Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Stare papiery 7 – oszczędność papieru

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Archiwum, cz. II

W teczce opisanej “Lorca” znajduję zamówioną przez wydawnictwo opinię Roberta Stillera na temat planowanego wydania poezji Federica Garcii Lorki. Zaczyna się nieźle. „Kuran-Bogucka jest tłumaczką bardzo zdolną, wnikliwą i pochłoniętą swoim autorem.” Ale potem następuje miażdżąca, druzgocząca krytyka. Stiller zaleca Mamie, by nie „wgadywała” w Lorkę, tego, czego tam nie ma, by narzuciła sobie „rygor, dyscyplinę i pokorę”, by strzegła się egzaltacji i zakrzykiwania autora. Ma też wyrażać w sposób prosty to, co jest u poety proste, bo sama ma skłonność do zawiłości. Nie ma manierycznie piętrzyć podtekstów, nie ma dodawać tego, czego nie ma. W końcu pisze: „W wielu wypadkach zaczynają się ze sobą przepychać dobra tłumaczka Kuran-Bogucka z mierną poetką Kuran-Bogucką, a inteligentna czytelniczka Kuran-Bogucka przygląda się temu i ponieważ ma równą słabość do nich obu, więc toleruje tę drugą, zamiast ją wyprosić za drzwi.”

Jest też odpowiedź Mamy, tak pełna godności i spokoju, że po prostu wstrząsa. Jestem przyzwyczajona do tego, że część mojej rodziny, na przykład ja, w takiej sytuacji wyciągnie miecz, zabije przeciwnika i przy okazji porani się sama w nogi, druga część natomiast sfrustruje się niepomiernie, ale łyknie tę żabę bez mrugnięcia. Mama tymczasem, udzielna władczyni, dobrze znająca swoją wartość, grzecznie tłumaczy, że pan nie ma racji i dlaczego, a jednocześnie w wielu miejscach spokojnie przyznaje, że pan ma rację, a ona się zastosuje do jego porady. Czytam ten tekst i wścieka mnie, że nie mam czasu, żeby go przepisać, nie mogę mu zrobić zdjęcia, bo nie wolno i nie mogę poprosić o ksero, bo trzeba by wypełnić podanie, dostać zgodę i rachunek, zapłacić rachunek przelewem na jakiejś poczcie, a potem z dowodem wpłaty wrócić do Archiwum, aby odebrać sobie zamówione kopie. A ja mam na wszystko dwa dni czasu. I przed sobą stertę teczek.

Gdy przewracam kartki, papier stawia delikatny opór i leciutko skrzypi, to rozdzielają się sklejone przed kilkudziesięciu laty strony. Sklejone, bo Mama, podobnie zresztą jak Ojciec, a i ja sama, nadzwyczaj oszczędnie obchodziła się z papierem. Pisało się po obu stronach, kopie z maszynopisu wykonywało się na przebitkach. Nanosiło się dodatkowe wyrazy pomiędzy linijkami, aby potem ręcznie dorysować szeroki lejek lub smukłe V wprowadzające wyraz we właściwe miejsce. Jedna z moich maszyn umożliwiała przeciągnięcie na siłę wałka w lewo lub w prawo, aby móc dokonać zapisu na marginesach. Nikogo nie zrażały zaiksowane w maszynopisie litery, wyrazy i zdania.

Papier i klej stanowiły podstawowe narzędzie pracy pisarza. Pisał o tym Parandowski w „Alchemii słowa.” Mama i Tata potrafili ponaklejać na kartce grube warstwy papierów. Pagórki poprawek. Paseczki poprawionych słów i urywków zdań, równiutko wklejonych klejem. Tylne strony arkusików poprzekreślane lub pozaklejane starymi maszynopisami lub rękopisami, żeby się stare nie mieszało z nowym. Lorca z Albertim, hiszpańskie oryginały z kolejnymi wersjami tłumaczeń, teksty Ojca z tekstami Mamy. Gdzieś na odwrocie pojawi się fragment jakiegoś mojego listu urzędowego, z moim odręcznym podpisem, użytego do sklejenia dwóch fragmentów maszynopisu w jedną stronicę.

klejenieGdy spoglądam pod światło, jestem w stanie odczytać te stare teksty, ¡Ay Sewilla se acarcan… ¡Ay Guadalquiwir!

oszczednosc-papieruSfotografowane (nielegalnie) w archiwum – recenzja o grafikach Mamy z jej poprawkami; autor nieznany, osobiście przypuszczam jednak, że jest to tekst pani Heleny Karpińskiej, dziennikarki Radia Gdańskiego.

My już dziś nie wiemy, nie pamiętamy, że tak można było oszczędzać papier. Była to oszczędność, tak mi się dziś wydaje, spowodowana raczej niechęcią do kolejnego przepisywania, bo w końcu ile razy można coś przepisywać. Ale i trudności z kupnem papieru miały w tym swój udział, natomiast na pewno nie wiązało się to ze skąpieniem pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby w tej krainie papieru, jaką był nasz dom, ktoś oszczędzał na papierze jakieś złotówki. Ale trzeba było czuwać nad tym, żeby go nigdy nie zabrakło, bo papier był niezbędny zawsze. Do pisania podań, opinii, artykułów, referatów, listów, wypracowań, do przepisywania bibuły, do pisania tekstów, tłumaczenia i publikowania, do zdjęć, do grafiki. Papier stanowił o naszym życiu, byciu i nie-byciu.

wiersze-na-polareksie2stronyDwa fragmenty wierszy w tłumaczeniu Mamy – “Król Olch” Goethego i “Król Ryszard” Heinego, zapisane na odwrotnej stronie kawałka papieru listowego Polarexu, firmy założonej przez Tatę w latach 90.

Ta oszczędność papieru była najwyraźniej akceptowana przez wydawnictwo. Wydaje mi się, że nawet gdyby dziś ktoś jeszcze dostarczył do wydawnictwa taki maszynopis, co właściwie chyba graniczy z niemożliwością, zwłaszcza, że nowoczesne drukarki nie tolerują papieru używanego drugostronnie, wydawnictwo natychmiast zleciłoby przepisanie tego tekstu, a przynajmniej skopiowanie go, co już zdecydowanie ujednoliciłoby kolorystykę, strukturę i fakturę maszynopisu przeznaczonego do opracowania redakcyjnego. W archiwalnej teczce widać jednak, że tam wszyscy pracują na jednej i tej samej poklejonej przez Mamę kopii, która na pierwszej stronie otrzyma kolejno pięć okejów z datami i podpisami – ostatni Mamy.

okejeWszystkie zdjęcia wykonałam bez zezwolenia w archiwum, używając komórki. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, wiem.

***

Jak już opublikowałam ten wpis, uświadomiłam sobie, że historia korespondencji mamy z Panem Stillerem miała przecież dalszy ciąg – oboje się ze sobą zaprzyjaźnili, latami współpracowali i wymieniali uwagi na temat możliwości tłumaczenia poszczególnych słów. Pamiętam, jak Mama kiedyś, bardzo zadowolona, powiedziała, że nie pasował jej w tłumaczeniu jakiegoś wiersza niemieckiego, bodaj czy nie Grassa, wyraz kabura i wtedy Stiller powiedział jej, że może przecież użyć słowa “patrontasz”. Wydaje mi się zresztą, że to Stiller namówił Mamę do tłumaczenia poezji niemieckiej. W każdym razie u niego, w “literaturze na świecie” zaczęła je publikować.

W następnym tygodniu – skarbczyk

Stare papiery 6: Wigilia mojego dzieciństwa

Regina Mikielewicz z berlińskiego miesięcznika “Akcenty” poprosiła mnie o kilka słów na temat “mojej Wigilii”. Napisałam, wyszło trochę więcej niż kilka słów.

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej i Dariuszu Boguckim (Wpis ze zdjęciem prawie ślubnym)

Wigilia u mnie to praktycznie rzecz biorąc wigilia z mojego dzieciństwa, czyli wigilia Boguckich, bo Mama chyba do tradycji wigilijnej nic nie wniosła. Tradycje ustaliła Mama mojego Ojca, Babcia Mita Krynicka, a Ojciec ją tylko z kawalersko-żeglarską fantazją urozmaicił eksperymentami w zakresie tworzenia mazurków wigilijnych. Dokładnie tak: mazurki wigilijne. To był niewątpliwie hit kulinarno-cukierniczy, a wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy polegała na tym, że w mazurkach wigilijnych więcej było orzechów i czekolady, czyli było to dokładnie to, “co tygrysy lubią najbardziej”.

rodzice-rocznica-slubuRodzice, 10 rocznica ślubu czyli święta Bożego Narodzenia 1958
zdjęcie zrobione w jakimś obcym mieszkaniu, bo My…
My mieliśmy kaloryfery. I od jakichś dawnych czasów – telefon, ale nie wiem, czy już wtedy.

Tak poza tym – potraw było dwanaście, o sianie pod obrusem nikt najczęściej nie pamiętał, na stole stał pusty talerz dla zdrożonego wędrowca, a na choince wisiały czarodziejskie ozdoby, jakich w żadnym innym domu nigdy nie widziałam – kryształy z poniemieckich kandelabrów. Poniemieckich – w końcu mieszkaliśmy w Gdańsku.

No i wreszcie, jakie to były wigilijne potrawy? Przede wszystkim – żadnych śledzi ani, Boże uchowaj, sałatek z majonezem. Barszcz, w najdawniejszym dzieciństwie – z ziemniakami, potem, gdy ja już też z Ojcem gotowałam, z uszkami. Barszcz gotowała Mama, ale na pewno nigdy nie kleiła żadnych pierogów, ani dużych, ani małych.

Czyli po kolei:

1/ Barszcz z uszkami
2/ Kapusta wigilijna z grzybami
3/ Karp pieczony
4/ Karp gotowany, polany masłem i posypany posiekanym jajkiem na twardo
5/ Ryba w galarecie (chyba dorsz)
6/ Kulebiak z ciasta kruchego z kapustą

Wtedy następowała przerwa na wręczanie prezentów, co było zajęciem bardzo długim, bo prezentów przygotowywaliśmy mnóstwo, wszyscy dla wszystkich, dużo z nich było albo własnoręcznie wykonanych albo odznaczało się jakimś pomysłem lub dowcipem. Na przykład trzy gumowe maty na biurko – podkładki pod maszyny do pisania – podarowane przez Tatę Eryce, Olimpii i Remingtonowi czyli trzem naszym maszynom do pisania. Zawieszki na prezenty też wykonywaliśmy sami i nawet ja przed świętami potrafiłam się wykazać talentem do rysunku. Na każdym prezencie musiał być dowcipny opis osoby obdarowywanej, czasem zagadka, od kogo, dla kogo, często wierszyki, które mistrzowsko układała Mama. Jeden z nich przeczytać można TU.

Po przerwie lub, ewentualnie już podczas rozdawania prezentów, następowały potrawy na słodko.

7/ Kompot wigilijny
8/ Mak z miodem i bakaliami (bez klusek, ciastek, kaszy i innej paszy objętościowej!)
9/ Sernik
10 – 11/ Mazurki wigilijne
12/ Bakalie, czekoladki, pierniczki

Czy muszę dodawać, że ani mak, ani barszcz, ani kompot wigilijny nie smakują dziś tak, jak smakowały ponad pół wieku temu? I to chyba nie tylko dlatego że wszystko we wspomnieniach jest lepsze od rzeczywistości. Po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, jedzenie nie smakuje dziś tak jak kiedyś. Podobno ćwierć wieku temu rocznie zjadaliśmy w pożywieniu 3 kilogramy środków chemicznych, a dziś zjadamy 25 kilo.

W następną sobotę drugi odcinek opowieści o archiwum – oszczędność papieru

Reblog: Spodnie Havla / Short trousers/ O krátkých kalhotách

spodniehavlaKrótsze nogawki dla Václava Havla

to inicjatywa, która zrodziła się w 2012 roku i ma na celu uczczenie pamięci zmarłego Václava Havla wyjątkowym, zapadającym w pamięć i co najważniejsze gestem łatwym do wyrażenia dla grupy zwolenników tej wyjątkowej osobistości czeskiej nowożytnej historii.

Krótsze nogawki przypominają znane wejście Havla na scenę polityczną w roku 1989, inaugurację na urząd prezydenta, na której wystąpił w wysoko podciągniętych spodniach, na co uwagę zwrócił chyba cały świat. Na próżno przekonywał, że bardziej niż o błąd krawca chodziło o jego przyzwyczajenie do podciągania spodni przy okazji wszystkich „dramatycznych” sytuacji. Do tej, można by powiedzieć, ogólnoświatowej mitologii o krótszych nogawkach, z uśmiechem dodawał:„Muszę przyznać, że się z tego nawet trochę cieszę. Powtarzam sobie, że jest to całkiem delikatny sposób strojenia sobie ze mnie żartów”.

Prawdą jest, że chęć uczczenia tak poważanej osoby gestem, który przypomina ten zabawny epizod, na pierwszy rzut oka może się wydawać sprzeczna, ale jest prawdziwa. Podwinięcie nogawek w rocznicę śmierci Václava Havla uważamy za gest czysto czeski, zabarwiony satyrą, do którego przyłączyć się może każdy kto razem z nami chce tym zabawnym, hawlowskim sposobem uczcić pamięć ostatniego czechosłowackiego i pierwszego czeskiego prezydenta.

Václav Havel (5.10.1936 – 18.12.2011), czeski pisarz, dramaturg i wpływowy polityk został wybrany na czechosłowackiego prezydenta 29.12.1989 z ramienia antykomunistycznego ruchu Forum Społecznego, którego był współzałożycielem. Dysydent, krytyk reżimu komunistycznego i rzecznik Karty 77 po wstąpieniu na urząd podjął wszelkie starania by skierować kraj na drogę ku demokracji parlamentarnej. Głową Czechosłowacji a po rozpadzie federacji Republiki czeskiej był przez dwie kadencje aż do roku 2003. Światowe uznanie przyniosło mu nie tylko wyjątkowe podejście do dyskusji politycznej i wsparcie okazywane demokratycznemu społeczeństwu, ale także jego twórczość literacka, do której powrócił po wycofaniu się z polityki. Do jego najważniejszych dramatów należą Garden-party, Audiencja czy Odejścia.

18 grudnia 2012 do mniej więcej 15 osobowej grupki założycieli dołączyły się tysiące fanów na całym świecie. Sympatyzujący z postacią Václava Havla przysłali za pomocą portalu Facebook ponad 2 tysiące zdjęć, na których widać podwinięte nogawki u spodni a w paru czeskich miastach na różne sposoby wspominano zmarłego prezydenta- pisarza.

Jesteśmy przekonani, że ta inicjatywa nadal ma sens i nie tylko w sensie uczczenia pamięci Václava Havla. Tym pozornie powierzchownym gestem, od chwili narodzin samej idei, chcieliśmy przede wszystkim wesprzeć pozytywną obywatelską dumę, odwagę by dołączyć się i umieć publicznie poprzeć określoną wartość oraz demonstrować własne poglądy. I ten właśnie obywatelski udział, bez którego społeczeństwo demokratyczne nie może istnieć, może mieć różne odsłony – czy dołączymy się podwijając nogawki swoich spodni, czy przypomnimy sobie któreś z dzieł Havla, czy tylko poddamy się refleksji nad wartościami ówczesnego świata.

Wierzymy, że wielkie zainteresowanie, z którym spotkaliśmy się 18 grudnia 2012 roku nie było jednorazowym wydarzeniem, i że uda nam się i w tym roku nie tylko w Czechach, ale i na całym świecie rozbudzić chęć przypomnienia sobie osobistości, która nam do swojej ostatniej chwili przypominała, że demokracji nie da się utrzymać i rozwijać bez udziału obywateli a udział ten niech przyjmuje jakąkolwiek postać.

About short trousers

On 18.12.2012 and every following year on the anniversary of the death of Vaclav Havel we should have short trousers on

web-ico-animHavel always kept explaining that the trousers were not short, but just pulled up. When I arrived at Prague Castle, Ivan Medek said to me: “I called the tailor, he will sew you a tuxedo and you can attend all the receptions instead of me, I am tired of it”. When the tailor took my measurements, he said to me: “Do not worry; I have sewn Havel’s trousers,” recalled Havel’s colleague Šolc. He apparently did not react to the tailors comment, nevertheless the tailor went on to explain how it all happened.

“We were in jail together,” recalled Šolc the tailor “and I used to tell him: “Václav, if you will make it in politics, then I will be your personal tailor”. Havel, of course, kept his promise, and so it happened. But it was not my fault. In jail, every time they came for him, they used to yell: “Havel, make yourself presentable” And so he used to grab his pants and pull them up like this. He kept doing it the whole time he was locked up,” explained the tailor to Šolc.

“So, he got into the habit that every time there was a dramatic event, he had to pull those trousers up. After all, it was his first inauguration, and before he emerged from the gate of honour, he pulled his trousers up,” Šolc further explained.

“I must say that I am kind of enjoying it. I say to myself that it’s a nice and gentle way to ridicule myself”.

Havel mentioned five years ago during an interview that people around the world still ask him about it. “To no avail, I keep explaining, that my trousers were not short, but pulled up. Every man knows that we pull our trousers up time to time and then it takes some time before they get back to the original position. That is what happened that time at the Castle. And because the military parade took place in the fourth minute instead of the fifth, since then it has become a national myth that I had short trousers at the inauguration,” said the President.

O krátkých kalhotách

Kalhoty pro Václava HavlaHavel vždy vysvětloval, že kalhoty nebyly krátké, ale jen povytažené. „Když jsem přijel na Hrad, Ivan Medek mi řekl: ‚Zavolal jsem krejčího, ten vám ušije smoking a vy budete chodit místo mě na všechny recepce, mě už to nebaví.‘ A když mi ten krejčí bral míru, tak řekl: ‚Nebojte se, já jsem šil Havlovi i ty kalhoty‘,“ vyprávěl Havlův spolupracovník Šolc. Krejčímu prý na poznámku nic neřekl, přesto se ale krejčí jal vysvětlovat, jak se všechno stalo.„My jsme byli spolu v krimu zavření,“ citoval Šolc výpověď krejčího, „a já jsem mu říkal: ‚Václave, jestli ty se v tý politice uděláš, tak já ti budu šít.‘ Havel samozřejmě všechno slíbil, a tak se pak taky stalo. Ale to nebyla moje vina. V kriminále, vždycky když na něj vrazili, tak na něj křikli: ‚Havel, upravte se!‘ A on si sáh´ do kalhot a takhle si je vytáh´. To dělal celou dobu, co byl zavřenej,“ vyložil krejčího verzi Šolc.
„Takže on si zvykl, že při všech dramatických událostech si musí vytáhnout ty kalhoty. Koneckonců to byla jeho první defilírka, no a jak vstupoval od té čestné brány, tak si stačil ještě stranou ty kalhoty vytáhnout,“ dovysvětlil Šolc.

“Musím říct, že se z toho víceméně raduji.
Říkám si, že je to docela něžný způsob posměchu vůči mojí osobě.”

Havel ještě před pěti lety v rozhovoru řekl, že se jej na to lidé po celém světě neustále ptají. „Marně pořád vysvětluji, že jsem tehdy neměl kalhoty krátké, ale kalhoty povytažené. Každý chlap ví, že si kalhoty občas povytáhne a pak nějaký čas trvá, než se opět usadí na původní místo. Tak nějak to bylo i tehdy na Hradě. A protože se vojenská přehlídka konala v minutě čtvrté místo minuty páté, tak od té doby patří k národní mytologii, že jsem měl při inauguraci krátké kalhoty,“ uvedl prezident.

Copyright: http://www.denvaclavahavla.cz/en/o-kratkych-kalhotach/

Poezja/ Ryszard Krynicki

wolanie-o-pomoc-klein

Ten przepisany na Mamy maszynie tekst znalazłam przeszukując jej papiery. Chodzę po domu i mruczę pod nosem, wołanie o pomoc, Kamiński, wołanie o pomoc… Wiem, że znam, wiem, że była taka piosenka i śpiewał ją mężczyzna. Niemen? Nie! Wodecki? Och, nie? Kto, kto śpiewał “Wołanie pomoc”? Gdyby to było 20 lat temu, ta kartka Mamy wpędziłaby mnie do grobu. Teraz, gdy już wiem, że nie wiem, pytam w internecie. I oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972 (obecnie do dostania w komplecie 40 CD pt. “Świecie Nasz”).

Może odnajdziesz w wyludnionym domu
bukiecik włosów na ściętej pościeli
i białą jabłoń kwitnącego szronu
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne piękno żelaznego świata
oświecać będzie naszych snów podziemia
ziemia zapłonie jak zamierzchła lampa
i nasze ciała będzie w chłam przemieniać
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Łagodne piękno współczesnego świata
osłaniać będzie nasze jasne czoła
do starej ziemi wciąż będziemy wracać
jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne światło przemiennego świata
oziębia nasze wspólne ciężkie serce
jeżeli nawet zabłądzimy w gwiazdach
to tylko twoje serce nas uśmierci
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

I w dobijaniu śmiertelnie raniony
do gwiazd do których żywi nie słyszeli
i w ocaleniu kruchej łzy z ogromu
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, przepisała ten tekst w dwa lata po ukazaniu się płyty, podejrzewam zresztą, że go nie tyle przepisała, co spisała, stąd błędy.  W tekście też są jakieś nieporozumienia. Co to na przykład jest ta ścięta pościel? Może zmięta? I w co się przemienią nasze ciała? W tła? W chłam? Szukałam w internecie oryginału wiersza, szukałam też tłumaczeń na inne języki. Nie znalazłam. Jakby ktoś miał… Po bibliotekach szukam w tomikach wiersza Krynickiego, oryginału. Też nie znajduję. Tekst-widmo. Diabeł ogonem nakrył. A może autor widmo? Może to wcale nie Krynicki tylko rzeczywiście Kamiński? Nieprawdopodobne, ale… Więc też szukam. I w końcu znajduję.

Piszę maila do Ryszarda Krynickiego, ale piszę też do Ryszarda Kamińskiego. Proszę o oryginalny tekst wiersza. Za Kamińskiego, dziennikarza “Wprost”, odpowiada pani, która pisze, że przestał pracować w redakcji ponad 10 lat temu. Krynicki nie odpowiada.

Rozmyślam o tym, dlaczego Mama przepisała ten wiersz? majewskiogrechucieOdpowiedzi na wszystkie pytania udziela mi niestrudzona poszukiwaczka, bibliotekarka i archiwistka, Annekathrin Genst, która odkryła, że wiersz (rzeczywiście autorstwa Krynickiego) został napisany jako piosenka dla Grechuty i dlatego nie został włączony do żadnego tomu. Pisze o tym Wojciech Majewski w biografii Grechuty (Społeczny Instytut Wydawniczy “Znak”, 2006). To wyjaśnia oczywiście również, dlaczego trzeba było wiersz przepisać. Po prostu trzeba było… A nazwisko Kamiński? Krynicki nie był wówczas na indeksie czyli liście autorów zakazanych – sprawdzam, ale takie to tam sprawdzanie w internecie – nie ma go w instrukcji PRL-owskiej cenzury z listopada 1977 roku. Z kolei Mama wcale nie musiała tego wiedzieć. Krynicki był uważany za poetę opozycyjnego, a piosenka “Może usłyszysz wołanie o pomoc” była rodzajem manifestu udręczonych. Trzeba się było kamuflować. Zacierać ślady, jak mówiła Mama.

PS. 10 grudnia, w dniu gdy przygotowywałam ten wpis, była rocznica urodzin Grechuty (10.12.1945).

Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, “remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Seume i Fermor. Grudniowa wędrówka

Ewa Maria Slaska

SeumeJGLubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.

Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld

9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

fermor
Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda.  Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.

Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?

Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.

Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.

 

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Stare papiery 4 – syreny

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej

W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.

Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz

 Syreny

Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…

syrenka-akwarela-malaNajstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.

U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:

ichtys-okladka-malaIrena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?    

Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.

ichtys-1-strona-malaTaki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.

ichtys-2-strona-malaZostała sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.

ichtys-9-strona-malaWięc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…

Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.

Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”

W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1

Jubileusz

Ewa Maria Slaska

andrzejandrzej2

Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967.  Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.

Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.

andrzej3aJuż o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.

andrzej3Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.

andrzej1Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.

andrzej3bA poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:

Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!

Brawo, brawo. Huczne oklaski.

PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.

Świat jest mały.