Miasta poza sezonem. Lund

Było już kilka takich wpisów. Odpowiednikiem zeszłorocznej Kopenhagi jest w tym roku Lund.

lund-katedraW okolicach katedry (po lewej): trzeba zadbać o zwiedzających, w kadrze z katedrą zawsze pojawi się też strzałka do toalety. Po prawej przypomnienie średniowiecznych obyczajów: mały labirynt, ta najmniejsza pielgrzymka, pąć dla ubogich, dlatego i muszle są małe, mniejsze niż muszle jakubowe.

lundpbrazowy

Uniwersyteckie miasto Lund, zbudowane z brązowej cegły.

lunddrzewalundciekawostki
Ten po prawej to Linneusz, już przez troskliwych studentów ubrany na zimę. Po lewej, jako odbicie w szybie – ja.

Chór wieków

Ewa Maria Slaska

Lechowi

Rozmowy rodzinne z moją teściową

W rodzinie urodziło się nowe dziecko. Chłopczyk. Zapytałam, jak ma na imię?
– Chyba Konstanty. W każdym razie tak jak miał na imię ten ksiądz, co go Sowieci zamordowali. Bo on był stryjecznym dziadkiem Maćka.
Maciek jest dziadkiem dziecięcia, mężem Beci, kuzynki mojego (byłego) męża, Marka. Znam ich od lat, o dziadku zamordowanym przez Sowietów nigdy nie słyszałam. Co oczywiście o niczym nie świadczy. Mieszkamy daleko od siebie, a poza tym już nawet w naszej rodzinie jest nas dużo, w rodzinie mojego męża są po prostu tabuny kuzynek, wujków i stryjecznych dziadków. A każde z nich ma, lub może mieć kuzyna, ciocię, stryjecznego dziadka.

Teściowa nie ma komputera ani dostępu do internetu i właśnie jak już myślę, że na razie niczego więcej się nie dowiem, okazuje się, że mam wejść na fotel, nie, jednak na stół, bo z fotela nie sięgnę i wyciągnąć książkę, w której jest wiersz o księdzu Budkiewiczu. chorwiekow-dedykacjaChyba Iłłakowiczówny. Teściowa nie jest pewna, ale dobrze pamięta koniec wiersza, rozmowę, jaką prowadzi dusza zamordowanego księdza z duszą matki Lenina.
– Taka gruba książka, Chór wieków. Okładka jest biała, pożółkła i poszarpana.

Sięgam ze stołu, szukam i nader szybko znajduję, nie ma to jak precyzyjne instrukcje. Książka pochodzi z Bystrzanowic, o których tu już kilkakrotnie pisałam, majątku w którym wyrastała moja teściowa jako młoda panna. Rodzina była zmuszona opuścić Bystrzanowice w dramatycznych okolicznościach w roku

Obracam w rękach gruby pożółkły tom. To oczywiście przypadek, że rodzina przed wojną posiadała tę książkę i że antologia przetrwała zawieruchy dziejów i stoi teraz na półce u mojej teściowej na Brodwinie. Maćka, dziadka małego Konstantego, jeszcze nawet w planach nie było, nikt nie kupił tej książki z przyczyn rodzinnych. Po prostu takie książki się wtedy miało i czytało. Teściowa mówi, że kiedyś kopiowali ten wiersz Iłłakowiczówny (bo jednak Iłłakowiczówna!) i wysyłali do Beci, gdy wyszła za mąż za Budkiewicza. Książkę oficjalnie wydano w roku 1936, ale najwyraźniej można ją było kupić już kilka tygodni wcześniej, skoro dwaj kuzyni Teściowej mogli ją byli ofiarować jej Mamie, babci Konstancji, na Gwiazdkę 1935 roku.

chorwiekowChór wieków, antologia poetycka w układzie Wandy Miłaszewskiej, Jana Rembielińskiego i Stanisława Miłaszewskiego / z przedmową Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza.
Iłłakowiczówna napisała ten wiersz w roku 1927.

Kazimiera Iłłakowiczówna, Z opowieści o moskiewskiem męczeństwie

IX

A dlaczego posmutniały krzyże w Krasławiu* nade drogą!?
A dlaczego rybitwy na Dźwinie zapłakały nad wodą?
Brzozy stoją po gościńcach całe deszczem spłakane,
płoty nisko poklękły, czują żałość i stratę;
i piasek się przesypuje między kolejami,
O tem, skąd ta boleść płynie, szeptem radzi;
staw jeszcze lodu całkiem pod most rzeczułką nie zrzucił,
cały się w niebo zapatrzył, cały się do nieba obrócił.

W grobie leży święte ciało Chrystusowe
całe w biały całun spowite,
schodzą się do niego prości ludzie
niespokojni, żałośliwi, opuszczeni.
A wieczorem z poklasztornych białych ganków
wolno idą popod lipy starzy księża,
starzy księża, suche dziady, ślepe babki,
postukują, pokaszlują, biedę czują,
szepcą pacierz za skazanych w Moskwie księży,
pod figurą świętych Rocha i Donata,
szepcą pacierz za prałata Budkiwicza,
znajomego niegdyś chłopca w jasnych włosach.

*W Krasławiu urodził się ksiądz Budkiewicz.

Z Wikipedii:
Konstanty Budkiewicz
(ur. 1867 Zubrach koło Dyneburga, zm. 1923 w Moskwie). Polski ksiądz. Był synem Juliusza i Marii z Borkowskich. W latach 1886-1890 uczył się w seminarium duchownym, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1893 roku. Był zastępcą proboszcza, a potem proboszczem w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Dzięki jego działalności polskie gimnazja, męskie i żeńskie przy jego parafii osiągnęły bardzo dobry poziom nauczania. Zajmował się organizowanie oświaty dla najbiedniejszych. Brał udział w pracach Towarzystwa „Sokół Polski”. Był członkiem Ligi Narodowej. W 1917 roku kierował pracami Polskiego Komitetu Obywatelskiego, udzielającego pomocy Polakom przebywającym na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w ZSSR i przyjął obywatelstwo sowieckie, dla zapewnienia opieki religijnej ludności polskiej. Od sierpnia 1922 roku był profesorem w ukrytym seminarium duchownym w Petersburgu. W marcu 1923 roku prałat Budkiewicz i 12 innych księży zostało wezwanych do Moskwy, gdzie wytoczono im proces przed Najwyższym Trybunałem Rewolucyjnym: o propagandę antyradziecka, przeciwstawianie się oddzieleniu Kościoła od państwa oraz konfiskacie dóbr kościelnych i przechowywanie w kościołach zwłok zmarłych. Arcybiskup Cieplak i prałat Budkiewicz zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Cieplakowi złagodzono wyrok na 10 lat więzienia. Prałat Budkiewicz został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 roku w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Zwłoki zostały prawdopodobnie spalone.

XII
Szedł sługa Boży, ksiądz Konstanty
Budkiewicz i – już blisko niebieskich bram –
nagle mu się zdało,
że jest nie całkiem sam;
więc przerwał różaniec pacierzy,
patrzy – ktoś obok bieży,
dusza mała, starcza, osobliwa,
smutna wielce, widać,
choć chustą oczy zakrywa.
Krzyżyk ma na sukni
wyszarzanej, zrudziałej,
i zapłakała, ale tak smutno
– aż stanął zdumiały.

I mówi dusza żałośliwa w te słowa:
“Jam jest biedna matka,
stara Uljanowa

mam jednego syna
Wołodję Lenina.
Och biedne moje stare kości!…
… Dobre dziecko było od małości.
Straszni mi bez niego tęskno
I do nieba niesporo;
chcieli mię tam wziąć, alem się skryła,
i moż mnie stąd nie zabiorą:
zawsze tu jakby bliżej do niego;
niż z nieba, co go straże anielskie strzegą.
Ale mię za to skarano ślepotą,
i oto
nie widzę oczyma temi
jak inne dusze – ziemi!
Powiedz że mi tedy, dobry człowieku,
pielgrzymie litościwy,
czy mój Wołodja jeszcze po ziemi chodzi żywy?”

“O matko biedna,
o stara Uljanowo-Pani
śpieszno mi tam odejść,
gdzie królują wybrani.”

“O, powiedz mi przynajmniej,
niż staniesz w bramie gwiazdami zasnutej,
czy mój Wołodja syty,
odziany i obuty?”

“O matko biedna,
o biedna matko droga,
śpieszno mi bardzo
dojść do tronu Boga.”

“Więc mi tylko powiedz,
bo mój wzrok się w noc zanurza;
czyś widział przy nim blisko
jego Anioła Stróża?”

“O stara Uljanowo,
o Pani nieszczęśliwa,
muszę już Was porzucić
bo Chrystus mie przyzywa.”

“O dobry mój człowieku,
boję się pytać dalej!
Wielu tu przechodziło,
nic mi nie powiadali…”

“O matko najbiedniejsza,
mija moja godzina,
będę prosił u Chrystusa
o miłosierdzie dla twojego syna.

Będę na klęczkach prosił,
aż kolana rozranię,
aby miał nad Leninem
corychlej zmiłowanie.”

Droga do Santiago de Compostela. El Acebo

Ewa Maria Slaska

Środa, 27 września 2007 roku

Pełnia księżyca. Dobry czas, żeby się wspinać na najwyższą górę na trasie. Wstaję o świcie. Bar zamknięty, nie ma automatów z kawą, automat z papierosami nie wydaje papierosów. Bez śniadania i picia, po ostatnim papierosie, wychodzę w kompletną  ciemność. Jest za 10 siódma. Ogromne gwiazdy i pełnia księżyca prosto w twarz. Idę przed siebie, nie widać żadnych strzałek ani drogowskazów, mam więc tylko nadzieję, że idę tak jak trzeba – prosto w wielki, niesamowity księżyc. Po godzinie księżyc zachodzi za górę Rabanal, to tam muszę wejść. Trochę mi nijako tak samej, po ciemku, tylko z księżycem, ale Mamie by się podobało. Choć nie wiem, czy poszłaby tak sama w ciemność pełną księżyca.

Romance de la luna, luna

La luna vino a la fragua
con su polizón de nardos.
El niño la mira mira
El niño la está mirando.

Księżyc jest jeszcze wysoko, jest więc srebrny i zimny, ale gdy zaczyna zachodzić, zmienia kolor, staje się ciemnożółty i ogromny jak patelnia do smażenia paelli dla całej wioski. Z tyłu za mną, powoli, szaro i żółto wschodzi słońce. Jest zimno, im wyżej, tym zimniej. Gdy już wzejdzie słońce, widzę szron na wrzosach i szałwi. Dochodzę do wioski, ale nie ma tu niestety ani paelli, ani nawet kawy. Wioska śpi. Do następnej wsi sześć kilometrów. Zjadam kilka rodzynek i ssę cukierka. Zimno i wciąż do góry, ale jakoś tak przyjemnie. Wioska Rabanal i wreszcie bar, kawa, woda, magdalenka, papieros. Zaraz za wioską znajduję piękne duże kamienie i postanawiam je zabrać na górę. Dla Jacka. Dopiero jak dojdę na górę i zobaczę usypaną tam górę kamieni, uświadomię sobie, że nie pamiętając w ogóle, że Rabanal to owa góra z krzyżem i kamieniami, podporządkowałam się jednak woli samej góry, albo zbiorowym myślom setek i tysięcy pielgrzymów, znacznie lepiej przygotowanych do tej pielgrzymki niż ja, i zabrałam na najtrudniejszy kawałek Camino ciężar swoich grzechów. Ciążą mi okropnie… Idę, niosąc ciężar myśli i kamieni. Nagle przestało być piesko zimno i robi się wściekle gorąco. Ostatnia wioska, tuż pod szczytem, niemal całkowicie zrujnowana, ale wiem, że jest tu albergue, gdzie można się przespać za darmo, jeśli się popracuje. Ciekawe, jaka to praca, ale nie sprawdzę, nie będę tu spać, ani nawet pić kawy. Po wiosce wałęsają się psy, a ja nic, idę, równym krokiem średniowiecznego pielgrzyma, niosąc kamienie-grzechy, w upał, i czuję, jak mi się robi taki średniowieczny wzrok jak z Breughla, skierowany w siebie, obojętny na świat i na to, co na zewnątrz. Widzę drzewo jarzębiny, całe czerwone.

Wciąż jeszcze strasznie daleko do szczytu, jeszcze trzeba iść i iść, znowu mijając jakieś psy i krowy, a ja nic, idę, mijam… Wreszcie dochodzę. Kamienie, które przedtem ważyły co najwyżej trzy kilo, teraz ważą z dziesięć. Dopiero, gdy stanę na szczycie, u stóp usypiska kamieni, rozpoznaję to miejsce. Każdy je zna, kto choć raz obejrzał jakąś relację z Camino. Cruz de Ferro. Słynny krzyż, gdzie wszyscy pielgrzymi zostawiają kamienie. Podobno  to stara iberyjska czy galijska magia, a pielgrzymi średniowieczni tylko ją przejęli.

Odpoczywam i zaczynam schodzić. Jest mi lekko, jakby mi ze sto kilo z pleców zdjęto. Dobra droga, magiczna. Może ulży mi w moich przewinach. (Gdy to piszę, wiem, że ulżyła, ale tylko mnie, nie zmniejszyła jednak ciężaru mojej winy u tego, wobec kogo zawiniłam. Niestety.) Wiję wianki i układam kamienie w intencji moich bliskich, i tak mnie pochłaniają owe magiczne zajęcia, że nawet nie zauważam, że jest już z powrotem ciężko, potwornie stromo, niebezpiecznie. Dochodzę do Manjarin. Właściwie chciałam się tu zatrzymać. Waldemar tyle opowiadał o tym miejscu, o Thomasie, współczesnym templariuszu, który w ruinach średniowiecznego zamku założył komturię. Mieszka tu bez prądu i innych udogodnień cywilizacyjnych. Ma symbolizować to, co zawsze było dobre na drodze – bezinteresowność opieki nad pielgrzymami. Po to kiedyś powołano templariuszy do Hiszpanii – żeby strzegli Drogi. Ale Thomas strzeże jej dla siebie, a nie dla nas. Piję wstrętną zimną przestałą kawę i oczywiście zamierzam za nią zapłacić, choć wstrętna, ale nie jest mi dane dokonać tego dobrowolnie, bo asystent Thomasa sokolim wzrokiem pilnuje, czy aby uiściłam ów dobrowolny datek. Przysiadam na ławeczce w cieniu jakiegoś krzaka, głaszczę kota i już wiem, że tu nie zostanę, pójdę dalej. Ale dzięki kotu mam okazję obejrzeć widowisko. Na drogę do schroniska podjeżdża autobus, wysypuje się pół setki zmotoryzowanych pielgrzymów z muszlami, wszyscy lecą siusiu do sławojki, potem robią sobie zdjącie z Thomasem, a potem wrzucają pieniądze do puszki. Ciekawe, czemu mi to przeszkadza? W końcu każdy musi z czegoś żyć. Ale mimo to wiem, że to co widziałam, jest odrażające.

Bezskutecznie próbuję wypełnić misję, którą poruczył mi Waldek. Mam pozdrowić Thomasa od niego. Thomas jednak niczego nie kojarzy, nie pamięta, nic go moja opowiastka nie obchodzi. Biedny Waldek, a tak był zachwycony tym miejscem i tym człowiekiem. Uważał go za swojego najważniejszego przyjaciela na Camino.

Idę dalej, do następnej wioski, El Acebo, co znaczy ostrokrzew, jeszcze siedem kilometrów. Trudno, coraz trudniej, ale za to widok wynagradza wszystkie trudy. Schodzi się z góry do wsi pełnej domów pokrytych czarnymi dachami z łupka. Bajkowy widok. Tu mieszkał wujek Marie z Dziadka do orzechów, jestem pewna.

Super schronisko, super atmosfera, dostaję nowe japonki, jest wspólna kolacja z nadzwyczaj “mięsistą” zupą, wspólne śpiewanie pieśni o Camino, którą kazano mi przełożyć na polski (bo nikt tego jeszcze nie zrobił), a wieczorem podczas spaceru rozmowa ze staruszkami, którzy przysiedli na przyzbie i zaśmiewają się do łez, bo po południu przeszli przez wioskę Szkoci w kraciastych kiltach, ciągnący gitarę na kółkach. Pelo verde, pelo rojo, zaśmiewają się staruszki i staruszkowie. Jasne, obaj Szkoci mają przecież kolorowe irokezy, jeden czerwonego, drugi zielonego.

Prababcia i inni

Ewa Maria Slaska o Eugenii Lublinerowej, Olesinie i stawach. Nowy Beniowski czyli opowieść dygresyjna.

Przyjechałam do Olesina w listopadowy, mglisty dzień, a listopad, wszyscy wiemy, nie jest miesiącem zachęcającym do wędrówek po polach i łąkach. Listopad, co właśnie znalazłam na Facebooku, to, zdaniem Tuwima, wrzód na dwunastnicy roku.

olesin-drogowskazTym niemniej muszę powiedzieć, że ten dzień w Olesinie zapisał mi się wspaniale w pamięci i chyba zaliczę go do tzw. highlight’ów roku 2014. Przyjechaliśmy we dwójkę z moim siostrzeńcem Adamem (Czytelnicy bloga znają Adama z interesujących wpisów, np. TU, i ciętych komentarzy). Przed dworcem czekał Artur Czyżewski, naczelny pisma on-line Kurier Skruda, a w samochodzie byli już też pan Jan Majszyk, kronikarz lokalnej historii, oraz Adam Kostyra, archeolog awiacji, który w naszym spotkaniu pełnił przede wszystkim funkcję dokumentalisty. Potem doszlusował do nas “pan Andrzej”, o którym wiem niewiele, żeby nie powiedzieć – nic, ale z tego nic wynika, że to barwna i ciekawa postać, na pewno zasługująca na odrębne rozmowy i pióro Andrzeja Stojowskiego.

pieciupanowAdam S., Adam K., Artur, pan Majszyk, pan Andrzej

Pan Andrzej opowiedział nam (Adamowi i mnie) na przykład, że w ramach akcji crowfundingowej zasponsorował wyjazd jakiegoś polskiego globtrottera na Syberię, a potem umówił się z nim na kawę w Irkucku i bez większych przygotowań ruszył, bodajże starą toyotą, na trasę i dotarł do Irkucka, gdzie globtrotter wcale się z nim nie spotkał, bo… nie wierzył w sepulki. (To była zagadka, z nagrodą, rozwiązana przez Marię. Co to są sepulki i skąd je znamy? – z Lema! I nikt nie wie, co to jest.) Oczywiście pan Andrzej jechał po utartych szlakach, a globtrotter zaplanował sobie przygodę życia, ale ruszyć na Syberię prawie z marszu, no… też bym chciała, ale oczywiście nie mogę, bo nie mam prawa jazdy i nie jeżdżę na rowerze. Musiałabym na piechotę, ale czy ja wiem – 20 tysięcy kilometrów na piechotę? Dersu Uzała. No tak, to marginalia, ale ta Syberia, która wcześniej budziła we mnie niepokój i niechęć, od czasu lektury Lodu Dukaja stała się skrytą tęsknotą. Marzy mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska.

Na razie jednak jesteśmy w Olesinie, gdzie pan Majszyk i ja powoli dopracowujemy się jakiegoś consensusu w sprawie majątku Pradziadka i szkoły Prababci. Gdy już mniej więcej wiemy, gdzie i kiedy funkcjonowała Sylwana, przypominam sobie nagle: stawy! Nikt z nas nigdy nie widział Sylwany, ale Ciocia twierdzi, że w majątku były stawy. Liczba mnoga czyli minimum dwa. Pytam więc, gdzie są stawy? Albo gdzie mogły być stawy? Rozpoczynają się debaty, konsultacje z mapą, rozmowa z dozorcą zakładów chemicznych Chema. W końcu wszyscy zdecydowanie pokazują palcem: tam! Tam były stawy! Dojść się nie da, objeżdżamy autem na około. Wychodzimy. Płaskie przestrzenie zarośnięte trawą, podwyższone groble, kanał, studnia. Jestem zachwycona, są stawy to znaczy, że jesteśmy w Sylwanie.

olesin-domniemane-stawyGdy już wrócę do domu, dostanę od Artura Czyżewskiego mapkę z komentarzem:
“Z tymi stawami to daliśmy ciała. Kiepscy z nas detektywi 🙂 . Przeanalizowałem google maps i oto wynik śledztwa.”

olesin-stawyPodoba mi się. Tu stawy, tam stawy, najważniejsze, że były stawy. Ciocia, która jest młodszą kuzynką Mamy, nigdy nie była w Olesinie, ale Mama tam jeździła na wakacje. Oddawano ją tam pod opiekę psa Halo czyli Halusia, któremu ktoś z dorosłych tłumaczył, że ma iść z dzieckiem na spacer, pilnować, żeby nie weszło do wody (czyli do owych rzeczonych stawów), a o drugiej oboje, dziewczynka i pies, mają wrócić na obiad.

haloHalo, a w tle – Sylwana, przynajmniej tak myślę. Oczywiście tak naprawdę w tle widać tylko jakieś podwórkowe badziewie, ale jest ono podwórkowym śmieciem z Sylwany.

Droga do Santiago de Compostella. Sta Catalina

Ewa Maria Slaska

Wtorek, 26 września 2007

Podczas śniadania rozmowa z parą Kanadyjczyków o Paolo Coelho. Są na Camino, bo przeczytali jego książkę i zrobiła na nich wrażenie. Może więc trzeba tu powiedzieć parę słów o książkach, jakie człowiek przeczytał, zanim wyruszył na Camino. Ja przeczytałam cztery i tylko jedna mi się podobała: Włodzimierz Antkowiak, Vamos, Peregrino! Tu też miałam pewne drobne zastrzeżenie, bo autor trochę zbyt mocno epatował swoją nader skromną sytuacją życiową, którą dość często porównywał ze znacznie lepszą sytuacją innych pielgrzymów, głównie Niemców – tych zresztą wyraźnie nie lubił. No tak, nobody is perfect, ale tak poza tym książka dobra, rozsądna, wyważona i nie zarozumiała, a autor mógłby być zarozumiały, bo był na Camino w roku 2003, był więc zapewne jednym z pierwszych Polaków, którzy poszli w Drogę (oczywiście nie liczę Papieża JPII,  królewicza Jakuba Sobieskiego oraz wyimaginowanej księżniczki głogowskiej, o której pisała Jadwiga Żylińska w Wyspie dziwnego żartu).

Ponadto przeczytałam tragiczną i tragikomiczną książkę Shirley MacLaine, A Journey of the Spirit i myślę, że ta słynna pani i znakomita w końcu autorka będzie mi wdzięczna, jeśli nic tu więcej o jej “dziele” nie napiszę. Jedno tylko trzeba jej przyznać – była na Camino, gdy tamtędy niemal nikt jeszcze nie chodził. Podobnie zresztą jak brazylijski piewca filozofii hippisowskiej, Paolo Coelho, który się na tym opiewaniu wyrzeczeń dorobił niezłego majątku. Jego debiutancką książkę o Camino (Pielgrzym) dostałam przed wyruszeniem w drogę po niemiecku, a na trasie widywałam ją w niemal każdym schronisku i niemal każdym języku, nawet po japońsku. MacLaine była na Drodze w roku 1994, Coelho – w 1986. Łączy ich nie tylko pionierski animusz, ale i skłonność do relacjonowania przedziwnych spotkań mistycznych, jakie były ich udziałem na Drodze. Oboje spotykają anioły, demony, własne wcielenia sprzed setek tysięcy lat… No i wreszcie Hape Kerkerling, nadzwyczaj popularna osobistość, niemiecki komik, który swoją opowiastką Ich bin dann mal weg sprawił, że na Camino ruszyły (czwórkami! naprawdę! nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie wiem) dziesiątki Niemców płci męskiej. Sam Hape był w Drodze w roku 2001, ale jego relacja ukazała się dopiero w roku 2006 i dopiero wtedy Niemcy odebrali Francuzom pierwszeństwo na camina franca. Ich bin dann…  to historia opowiedziana przez człowieka, który bardzo lubi sam siebie, natomiast nie lubi brudu, bo… fuj, brudny. Ciekawe, że w roku 2014 powstają filmy zarówno według Hape Kerkerlinga jak Paolo Coelho. Szkoda, że nie według Antkowiaka.

Wróćmy jednak do śniadania. Pielgrzymka Koreanka je ryż z algami. Patrzymy na to ze zdumieniem. Nie z uwagi na zestaw gastronomiczny, zasadniczo ważna jest oczywiście zasada, że każdy je, co lubi i na co ma ochotę, dręczy nas jednak pytanie, czy ona niesie ze sobą zapas alg na sześć tygodni?

Droga bardzo piękna i początkowo również łatwa. Sfalowana wyżyna, pola, lasy karłowatych dębów, orzechy włoskie, mimoza. Po drodze jakaś jedna wioska, a tak tylko natura – ładna, nie męcząca, różnorodna. Tu gdzieś kończy się meseta. W oddali już widać Astorgę – takie hiszpańskie Zakopane u podnóża gór. Dziś tam dojdziemy, do podnóża gór. A od jutra góry po kilometr i półtora. Kilometr w stronę nieba.

Ta jutrzejsza góra jest najstraszniejsza, nawet ci, co przeszli przez Pireneje (ja – nie), nie mieli takiej góry pod drodze.

Astorga pełni może funkcję Zakopanego, ale zbudowali ją Rzymianie, są mury, termy, jest też katedra gotycka i to taka, jakiej zapewne chętnie dorobiłby się Kraków a nie tylko Zakopane. Dopadam do wrót katedry dosłownie na ostatnią chwilę, ale udało się – wchodzę. Jak dobrze. Bo za chwilę zaczyna się sjesta i będzie trwała do 17, a tyle przecież nie mogę czekać. Obok muzeum zbudowane przez Gaudiego. Nigdy przedtem nie widziałam żadnego budynku zaprojektowanego przez tego secesyjnego wizjonera, nie byłam w Barcelonie (teraz, gdy to piszę – już byłam), a teraz, nagle, na trasie co dzień natykam się na jakieś jego dzieło.

Katedra (po lewej) i Muzeum Biskupie (Gaudi)

Jestem głodna, ale w samym centrum miasta same centralnie eleganckie lokale. Szukam przez chwilę czegoś prostszego, w końcu rezygnuję i wchodzę w buciorach i z plecakiem do rokokowej kawiarenki – kwiaty na wewnętrznych balkonach, złote stoliki, rypsowe foteliczki.

Dostaję kawę i super ciastko czekoladowe: rodzaj ptysia, który jest z wierzchu oblany twardą ciemną czekoladą, a w środku wypełniony miękkim musem z jasnobrązowej czekolady. Czekolada na czekoladzie, to się nazywa wykwint. No ale też jestem w mieście, które słynie z czekolady. W kawiarni nikt nie robi min w sprawie buciorów i płacę dwa euro czyli dokładnie tyle, ile bym zapłaciła w byle budzie.

Za Astorgą 10 kilometrów wiejskiej drogi prosto jak strzelił w góry. Biała kamienista droga, żółtoczerwone kamieniste pola. Ciekawe jak to zrobili?

Ostatnie półtora kilometra tej drogi wspina się pod górę i jest to najdłuższe półtora kilometra, jakie w życiu przeszłam.

I tak dochodzę do Santa Cataliny.

Po śladach życia

Ewa Maria Slaska

Siedlce czyli Dębe Wielkie czyli Halinów czyli Olesin

EugeniaLubliner2Gdy zaczynałam szukać szkoły, którą sto lat temu założyła i prowadziła Prababcia, szukałam jej w Siedlcach, bo tak podawał Polski Słownik Biograficzny. Dopiero rozmowy z Ciocią pozwoliły uściślić: dojeżdżało się do stacji Dębe Wielkie, leżącej na trasie Warszawa – Siedlce, a szkoła była w Halinowie. Ja już się dalej nie umiałam ruszyć, ale nasz blogowy Autor czyli Viator, występujący tym razem jako historyk, doktor Tomasz Fetzki, poszedł jeszcze krok dalej i znalazł gazetę internetową Kurier Skruda, a w niej artykuł o… Olesinie.

http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu

Czyli tak jak napisałam w tytule, trzeba było mentalnie przejść przez cztery miejscowości, aby dotrzeć tam, gdzie Prababcia – zapewne – prowadziła swoją szkołę.

prababciajakoslicznapannaI tak się wędruje po śladach – w górę rzeki jak Zbigniew Milewicz, w głąb własnych wspomnień jak Konrad Sałagan czy Krzysztof Mika, po dokumentach jak Tomasz Prot. A jest jeszcze Jacek Slaski, który rozmawiał ze swoją Babcią, Zofią Slaską i jest mój ojciec, który zapisał swoje życiowe wspomnienia, które zatytułował Śladami życia. Tyle osób zebrałam na blogu, tylu tych, którzy próbują odtworzyć miniony czas, swój i swojej rodziny.

Na zdjęciu moja śliczna Prababcia jako młoda kobieta.

Napisałam do redakcji Kuriera Skrudy, podając to, co wówczas wiedziałam o pedagogicznych przedsięwzięciach Prababci. Nie wiedziałam wiele, a i tak niemal rok zajęło mi uporządkowanie tego, czego przecież nie wiedziałam. Tekst poniższy jest już uzupełniony o informacje, które zebrałam, gdy tydzień temu pojechałam do Olesina. Nieocenionym źródłem informacji okazał się miejscowy historyk, pan Jan Majszyk, któremu niniejszym bardzo dziękuję.

Obozna5-rok1885Opowieść o Prababci

Prababcia z koleżanką panią Dorotą Zylberową założyły, sfinansowały i prowadziły w Warszawie szkołę dla dzieci mało zdolnych. Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro.

Około roku 1910 Pradziadek zakupił wraz księdzem Stanisławem Zarembą majątek w Dębem Wielkim kolo Mińska Mazowieckiego w dawnym powiecie Siedlce. Majątek ten, część miejscowości Halinów, leżał we wsi służebnej Olesin Duży.

Ten ksiądz Zaremba był pierwszym proboszczem parafii Dębe Wielkie. Tradycja głosi, że był człowiekiem rzutkim i obrotnym. Wiadomo, że zajmował się handlem majątkami, które powstały w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to zmieniony został status prawny dotychczasowej królewszczyzny w Dębem Wielkim. Zarembę oceniano nader kontrowersyjnie. Z jednej strony uważano, że jego zachowanie bardziej znamionuje przedsiębiorcę niż osobę duchowną, ale patrzono też na niego jako patriotycznego reprezentanta pozytywistycznej idei pracy u podstaw. Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie.

Podobno nie było to żadną wielką rewolucją rodzinną, dom w Warszawie świetnie sobie dawał bez niej radę, w końcu był to czas kucharek i służących. U pradziadków służące były dwie, kucharka jedna.

dworzec Zbudowany w roku 1918 dworzec w Aleksandrówce (Dębem Wielkim), w roku 2014 wpisany do rejestru zabytków

Jeśli prababcia akurat przyjechała do Warszawy, to wracała do Olesina koleją. W każdym razie wiadomo, że rodzina nie posiadała automobilu, a Prababcia zarzekała się jeszcze, że do tego paskudztwa nigdy nie wsiądzie. Dojazd koleją był jak najbardziej możliwy i wygodny, bo w roku 1918 na trasie kolejowej Berlin – Warszawa – Moskwa powstał nowy dworzec: w Aleksandrówce czyli w Dębem Wielkiem.

duktZ dworca do Olesina były trzy kilometry, dobrą ubitą drogą, zwaną przez miejscowych duktem lub ulicą Brukową, którą ufundował pan senator.

Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana.

Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla).

Sylwana istniała ok. 10-12 lat, po czym została sprzedana. W pamięci rodzinnej sprzedaż Sylwany nastąpiła w roku 1930, z akt wynika jednakże, że majątek już w roku 1929 został zakupiony przez gimnazjum im. Zamojskiego w Warszawie, które prowadziło tu letnisko dla niezamożnych uczniów oraz programy, dziś zasługujące na miano “zielonej szkoły”. Gimnazjum zachowało nazwę Sylwana bądź też to właśnie nowy właściciel przemianował Sylwanę na Silvanę.

mapaolesin

***
O Olesinie i Sylwanie będę jeszcze donosiła. Już dziś znajdzie się sporo ciekawostek, o których można będzie opowiedzieć, jak np. rok wielu wesel, Mama i pies Haluś, stawy rybne, wielki dąb czy wreszcie opowieść o przypalonym szpinaku. Nie da się tego wmieścić w jeden wpis, a przecież mam jeszcze wielkie plany poszukiwań archiwalnych.

Na razie chciałabym bardzo podziękować redakcji Kuriera Skrudy, a zwłaszcza jej naczelnemu  – Arturowi Czyżewskiemu za nadzwyczajną opiekę, jaką mi zapewnił podczas wizyty w Olesinie! Pan Artur jest na co dzień właścicielem eleganckiej restauracji La Veranda Verde w Cisiu. O panu Arturze też jeszcze opowiem, na razie donoszę, że w Zielonej Werandzie bardzo dobrze karmią!

Tydzień na lotnisku

Ewa Maria Slaska o książce Alaina de Bottona, Airport

In the summer of 2009 Alain de Botton was given unprecedented, unrestricted access to wander around Heathrow, one of the world’s biggest airports as a Writer-in-Residence. He spoke with everyone from airline staff and senior executives to travellers passing through, and based on these conversations he produced extraordinary account of life at an airport and what it says about modern existence.

Working with the celebrated documentary photographer Richard Baker, he explores the magical and the mundane, and the stories that inhabit this strange ‘non-place’ that we are usually eager to leave. Taking the reader through the departures lounge, ‘airside’ and the arrivals hall, de Botton shows with his usual combination of wit and wisdom that spending time in an airport can be more useful and more revealing than we might think.

Wszystko jasne, prawda? Pisarz (a właściwie – eseista) Alain de Botton (rocznik 1969, to czasem lubi się wiedzieć) i fotograf Richard Baker spędzili w roku 2009 tydzień na londyńskim lotnisku Heathrow, a dokładnie w najnowocześniejszym wówczas terminalu 5. Był to pobyt opłacony przez samo lotnisko i, podobno, zleceniodawca życzył sobie wręcz, by to, co napisze pisarz i sfotografuje fotograf było, jeśli zajdzie taka potrzeba, krytyczne. Możliwe. W książce nic specjalnie krytycznego nie znalazłam, a jeśli, to były to zdania innych (że jest, na przykład, za dużo sklepów). Tekst zresztą jest, jak to zawsze u de Bottona, inteligentny, a jego czytanie to dla ludzi lubiących niezobowiązujące i łatwo przyswajalne obserwacje i rozważania o życiu – sama przyjemność. Ale nic dziwnego, w końcu de Botton zapisał się nam we wdzięcznej pamięci czytelniczej jako autor znakomicie przyjętych również w Polsce książek Sztuka podróżowania i Architektura szczęścia.

Ale mniej więcej w połowie lektury samo obcowanie z tą książką (czytałam ją w wydaniu niemieckim, ale to chyba bez znaczenia) stało się dla mnie nieznośne i początkowo nie umiałam dociec, dlaczego. Książka o niczym, rozważania i obserwacje inteligentnego człowieka, ukazujące, że nie ważne o czym pisarz pisze, o mrówkach, Prouście czy lotnisku, w gruncie rzeczy i tak pisze o wszystkim, o świecie, Bogu, życiu i sprawach ostatecznych. Tomasz Fetzki od wielu tygodni udowadnia to w swoich wpisach, niby to o Łużycach. Ale w końcu wie, że to pretekst i nie na darmo nazwał swój cykl postów Lusatia alias Vita.

Takie książki są moją ulubioną lekturą i doprawdy zaniepokoił mnie fakt, że nie mam już ochoty czytać Lotniska.  Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to nie książka mnie drażni, lecz zamieszczone w niej zdjęcia. Są to zdjęcia marginaliów i tak jest OK. Zdjęcia pokazowe zalewają nas ze wszystkich stron i nie byłoby dobre a nawet wskazane, by w inteligentnych rozmyślaniach pisarza o życiu pojawiły się foty jak z folderów reklamowych.

Ale…

ludziebezwlasciwosciNie wiem, kto zadecydował o takim a nie innym doborze zdjęć, sam fotograf, pisarz, ich wydawca czy zleceniodawca, ale podejrzewam, że zadecydował przede wszystkim Duch Czasu, który wręcz histerycznie każe fotografowanym obiektom chronić własną prywatność i zmusza fotografa albo do wiecznego pytania każdego o zgodę, albo do fotografowania tak, żeby nikt się nie mógł przyczepić.

Jest to niezwykłe, bo doszliśmy do tego stanu w tej samej chwili, w której fotografowanie stało się tanią, demokratyczną rozrywką, dostępną doprawdy każdemu. I dokładnie wtedy, gdy każdy z nas może fotografować, i nic go to nie kosztuje, objawił się atawistyczny strach przed fotografią. Oczywiście można zrozumieć ostrożność w publikowaniu zdjęć dzieci, można zrozumieć, że jeśli pijemy na umór lub jak Jolka Jolka zdradzamy męża z autobusem Arabów, to nie chcemy, żeby nas fotografowano.  Ale ochrona własnej prywatności poszła tak daleko, że bez zgody właściciela pokoju nie można opublikować zdjęcia tego pokoju i fotograf musi mnie zapytać, czy wolno mu upublicznić zdjęcie mojej prywatnej kuchni.

Myślę, że nam odbiło i że nie umiemy już odróżniać rzeczy ważnych od nieważnych, a książka Bottona jest dobitnym przykładem tego, co się nam porobiło w głowach w sprawie zdjęć i fotografowania, a może szerzej – w ochronie tego, co uważamy za własną prywatność. Fotograf pokazuje nieistotne detale materialne, a jeśli odważa się pokazać człowieka, to są to albo upozowani funkcjonariusze zleceniodawcy i to upozowani tak, żeby nie było widać, że upozowani, albo absurdalne ujęcia, udające, że fotograf uchwycił życie w jego ulotnym wyrazie. W miarę normalne są zdjęcia ukazujące człowieka stojącego przy oknie lub śpiącego na ławce. To jeszcze wiem, że są to sytuacje, iż widzimy kogoś od tyłu. Ale są też zdjęcia ukazujące człowieka od strony łysiny, od strony tyłka albo z głową schowaną w walizce. Pojawią się nawet takie absurdy, że zdjęcie pocałunku, czynności zdałoby się intymnej i godnej ochrony przed wścibskim okiem aparatu fotograficznego, łatwiej doczeka się zgody na publikację, bo całujący się ludzie są na zdjęciu niewyraźni.

Niekiedy widzimy tylko nogi.
Niekiedy palec w tyłku…

palecwtylku
Brrr… Ludzie bez właściwości, okropne zdjęcia. Rozmyślam o tym ewenemencie i wciąż przypomina mi się fragment minipowieści tegorocznego laureata nagrody Nobla, Patricka Modiano – Ulica ciemnych sklepików. Pojawia się tam człowiek plaż, gość, którego nikt nie zna, a jednak znaleźć go można na dziesiątkach zdjęć z wakacji. Widzimy go i nic o nim nie wiemy. Tajemnicza postać, która jednak bardziej do mnie przemawia niż znany z imienia i nazwiska pucybut na lotnisku, którego widzimy tylko od strony łysiny.

Droga do Santiago. Hospital de Órbigo

Ewa Maria Slaska, poniedziałek 24 września 2007 roku

Wstałam o 6, wyszłam, jak zwykle, o 7. Właściwie nie rozumiem, na co zużywam godzinę od wstania do wyjścia? Poranna toaleta ogranicza się do minimum i zajmuje góra trzy minuty, wybór stroju jest kwestią sekund – i tak mam tylko dwie pary spodni i cztery podkoszulki, po trzy pary skarpetek i majtek, z których po jednej parze jest do prania, bo były w użyciu poprzedniego dnia i zostaną uprane dopiero dziś po południu. Poza tym kurtka lub skafander, okulary słoneczne lub rękawiczki, ciepły szalik lub arafatka. OK, ubranie się zajmuje ze dwie minuty. Przygotowanie śniadania, jeśli jest to w ogóle możliwe, ze trzy minuty, bo mniej więcej tyle czasu trzeba, żeby zagotować w czymś wodę na kawę. Zjedzenie i wypicie – no, pięć minut. Papieros – pięć minut. Jeszcze raz do klopa – trzy minuty. Liczę i doliczyłam się 20 minut. A reszta? Całą resztę zużywam, jak rozumiem, na pakowanie plecaka. To skomplikowane zadanie, zgadza się, ale żeby codziennie wymagało ponad pół godziny? Dziwne, od kilku dni próbuję sprawdzić, co robię z poranną godziną i niczego nie odkryłam. Nie ma wyjścia, pakuję plecak pół godziny, 7 rzeczy na 17 różnych sposobów, codziennie inny.

Ciekawe zresztą te poranne ablucje zajmujące trzy minuty. Całkowite zerwanie z miejską codziennością. Porządne kąpiele, mycie włosów, kosmetyka, pielęgnacja ciała, to wszystko zadania popołudniowe. Po pracy! Tak jak to kiedyś bywało. Człowiek mył się po pracy, bo praca była ciężka i brudna. Dopiero gdy praca stała się intelektualnym zajęciem wydelikaconego pięknoducha, miała okazję, by stać się również  pokazem elegancji. W nowoczesnej pracy się człowiek nie brudzi, nie trzeba się więc szorować po pracy, trzeba się natomiast wypielęgnować przed pracą, a to zajmuje masę czasu. W Drodze to niemożliwe. Po pierwsze – nie ma warunków. Po drugie – wszyscy inni też muszą wejść do łazienki i nie będą czekać godzinami (a jak będą, to zabiją). Po trzecie – szkoda najlepszych godzin do wędrówki, gdy my nie jesteśmy zmęczeni, a pogoda jest jeszcze rześka.

Idę więc. Pogoda rześka. Noga jakby mniej dokucza – chyba trochę pomogły maści, które mi dała pani doktor.

Wydostanie się z Leon to sama przyjemność, a już wiem, że nie zawsze tak jest. Przechodzę koło prześlicznego placu św. Marka, gdzie stoi renesansowy pałac. Kiedyś był to przytułek dla pielgrzymów, dziś – pięciogwiazdkowy hotel.

Skręcam w prawo i wychodzę za miasto. Po drodze kościółek – wchodzę, msza, więc zostaję. Taka to pobożność na trasie. Na mszy sami pielgrzymi, w głębi pod chórem stoją oparte o ścianę plecaki. Wychodzimy po mszy wszyscy razem, strzałki prowadzą w bok i pod górę i, o Chryste!, tereny przemysłowe. Idziemy. Idziemy z Gdańska do Pruszcza przez Orunię i Jasień, Pszczółki, św. Wojciech. Wreszcie św. Wojciech, co się hiszpańskie warunki wykłada jako Virgen del Camino.

virgendelcaminoVirgen del Camino to jako żywo Dziewica Drogi czyli nasza pielgrzymia patronka, ale w kawiarni na cukrze narysowany jest śmieszny brodaty mnich z kosturem i tobołkiem. Co pewien czas spotyka się w Drodze takie postaci, które, o dziwo, nader szybko znikają. Kościół w Virgen del Camino jest po prostu obrzydliwy, najohydniejsza architektura lat 60, która chyba wszędzie zapisała się użytkownikom w niewdzięcznej pamięci. Nie ma w niej już zapału, z jakim budowano z byle czego miasta podnoszone z ruin zaraz po wojnie. Jeśli nie były piękne, to każdy wiedział, dlaczego. I nie ma w niej przewodniej myśli estetycznej, która pojawi się dopiero pod koniec lat 70. Dwudziestolecie 1960-1980 to najbrzydsza architektura na świecie, wymyślona przez skąpych urzędników bez polotu. Sama Matka Boska jak to Matka Boska, głowa przechylona, spokojne spojrzenie, mimo że nie jest jej lekko – trzyma w końcu na rękach ciało martwego syna. Msza, więc zostaję.

Postanawiam potwierdzić fakt, że tu dotarłam pieczątką w paszporcie pielgrzyma, ale ksiądz, który zbiera datki na… trzymajcie się! na Radio Maryja!, twierdzi, że kościół nie posiada pieczątki. Nie wierzę mu za grosz, ale każę mu się po prostu podpisać. Przy okazji dostaję ulotkę, z której wynika, że kościół wzniesiono w roku 1961 (o wiedzo niezawodna!), ale sama Matka Boska, cudami słynąca, znana jest od roku 1505.

Idę.

Po 5 dalszych kilometrach odpoczywam w ruinach jakiegoś kościoła. Na wieży kilka bocianich gniazd. Już puste, mimo iż jeszcze kilka dni temu widać było krążące nad polami bociany. Odleciały. Na wieżę można wejść, ale nie odważam się. Podejrzewam, że noga może nie lubić chodzenia po schodach.

Na ławce pudełko ze strawą dla pielgrzymów – jabłka, herbatniki. Biorę trzy ciasteczka i idę dalej.

Noga już bardzo dokucza, po dalszych dwóch kilometrach całkowicie odmawia posłuszeństwa. Przysiadam na skraju drogi i zmieniam kompres. Tym razem zatrzymuje się Cygan, patrzy mądrze na moją nogę i decyduje, zawiozę cię do Órbigo, tam jest schronisko i lekarz. Kiwam głową, choć tak naprawdę potrzebuję tylko schroniska, lekarz mi niepotrzebny. Noga miała odpoczywać cały dzień, a ja jej wrzuciłam 16 kilometrów.

Órbigo to śliczne miasto ze wspaniałym średniowiecznym mostem, długim, wąskim, krętym. Jest średniowieczny, ale jego początki sięgają czasów rzymskich. Prowadzi nad rzeką Órbigo, nad terenami zalewowymi i nad kanałem.

Schronisko w Órbigo jest chyba najbardziej wystylizowane i wymuskane spośród tych, które widziałam na trasie, urządzone w jakichś zieleniach i żółciach, przypomina obrazy Magritte´a.

Jestem pierwszym pielgrzymem, który tu dziś dotarł, mam wolny wybór łóżka i mogę pobuszować w zapasach kuchennych. Rezultat niezwykły: sałatka jarzynowa z majonezem, tort migdałowy, lody z herbatnikami (to te, które wzięłam ze skrzynki dla pielgrzymów), herbata. Tylko herbata jest moja.

Znajduję też książkę po niemiecku – Elmar Bereuter Die Schwabenkinder, o niewolniczej pracy góralskich dzieci w XIX wieku. Przejmująca.

Ciekawe czy w Polsce też tak było? Bo że dzieci pracowały wszędzie, to jasne. Ale czy było tak jak od czasów renesansu aż po początek XX wieku w Alpach, skąd, pod opieką jednego dorosłego, wysyłano na niziny całe gromady dzieci. Opiekun doprowadzał je na tzw. targ dzieci, który odbywał się najczęściej w dniu św. Józefa czyli 19 marca.  Przybywali tu zamożni gospodarze ze Wirtembergii, Bawarii czy Badenii i wynajmowali małych robotników i robotnice na cały sezon letni. Jesienią, na świętego Marcina, 11 listopada, opiekun wracał, odbierał dzieci i inkasował zarobione przez nie pieniądze. Ocenia się, że w XVIII/XIX wieku w gospodarstwach wiejskich pracowało rocznie około 5-8 tysięcy dzieci. W roku 1908 praktyka wynajmowania dzieci do pracy na targach została zakazana, ale naprawdę ukróciły ją nie tyle zakazy, co nakazy. W roku 1921 rozszerzono w Wirtembergii przymus szkolny, obowiązujący dotychczas wszystkie dzieci miejscowe, również na obce dzieci.

Walton Ford and Monkeys

czyli

Ewa Maria Slaska o małpach w sztuce

Teresce

Kilka lat temu w Berlinie odbyła się wystawa, której nikt już chyba nie pamięta, natomiast wszyscy pamiętają jeden z eksponowanych tam obrazów, mają go na zdjęciach, plakatach i pocztówkach. Oto on:

Walton Ford, The Sensorium (2003)
Małpi bankiet.

Walton Ford namalował całą serię obrazów z małpami, a wyjaśnienie, “co artysta miał na myśli”, jest chyba jeszcze lepsze niż same obrazy.

Nieco skrócone wypowiedzi malarza pochodzą z wywiadu, jaki w roku 2003 przeprowadziła z artystą gazeta online art21 (http://www.art21.org/texts/walton-ford/interview-walton-ford-political-humor-and-colonial-critique). Tłumaczyła Ewa Maria Slaska.

“Zajmuje mnie ostatnio brytyjski eksplorer
i uczony, Sir Richard Francis Burton (nie mylić z aktorem! – EMS) Jest on dla mnie tak ważny, że namalowałem sobie jego portret na ścianie pracowni (w Great Barrington w stanie Massachusetts, USA – EMS). To jeden z tych XIX-wiecznych facetów, którzy mnie bardzo interesują. Był totalnie rąbnięty. Lingwista. Gdy kopnął w kalendarz znał chyba ze 30 czy 40 języków. Niektórymi władał tak dobrze, że brano go za tubylca. W latach 40 XIX wieku był oficerem brytyjskim w Indiach. Podobno dotarł do Mekki przebrany za perskiego kupca. Wciąż zmieniał osobowość. Był szpiegiem. Był częścią wielkiej gry.

Maluję teraz małpi bankiet. Umieściłem na nim dziewięć małp. Ale może będzie więcej. To część cyklu poświęconego Burtonowi. Czytałem o nim bardzo wiele, a jedna z tych historii dosłownie mnie zwaliła z nóg. Jako młody angielski oficer Burton trzymał w swojej kwaterze ze 40 małp w różnym wieku i różnych ras. Prowadził z nimi eksperyment lingwistyczny. Ciekawiło go, czy prymaty używają języka pozwalającego im komunikować się ze sobą. Mieszkanie razem z małpami miało mu pomóc w odkryciu ich języka. Nauczył się naśladować wydawane przez nie dźwięki i sądził, że rozumie, co one znaczą. Burton ułożył listę około 60 małpich słów, która niestety zaginęła podczas pożaru domu w roku 1860.

Isabel, żona uczonego, twierdzi, że małpy miały imiona i stanowisko. Był doktor, kapelan, sekretarz, adiutant, agent, a pewna mała małpka o jedwabistych włosach pełniła funkcję żony i nosiła w uszach kolczyki z perłami. Wielką przyjemność sprawiało mu oddanie małpom do dyspozycji pomieszczenia, które miało im służyć za jadalnię. Siadały do stołu na krzesłach, a służba podawała im potrawy. Każda małpa miała swoją miskę i swój talerz, i miały z nich porządnie jeść i pić. Sam Burton siedział u szczytu stołu biesiadnego, a obok w wysokim krzesełku dla dzieci siedziała jego mała małpia żonka.

Dla mnie ta opowieść to symboliczna historia kolonializmu. Burton poznaje język I kulturę tubylców, fascynują go też oni erotycznie. To wszystko przełożył z ludzi na małpy. To szalone. Jest w tym coś daremnego i beznadziejnego. I wszystko kończy się pożarem. To przecież w skrócie historia podboju Indii przez Anglików!

Maluję więc teraz jadalnię w domu Burtona, tę sytuację, która go tak bawiła. Na obrazie jest też ta żonka Burtona. Są też lekarz, adiutant, kapelan – wszyscy. Wyposażyłem każdego z nich w indywidualność. Podczas pracy do mego umysłu wkradł się maleńki tekst, coś w rodzaju podpisu – bo ten obraz jest też alegorią zmysłów. Jest wzrok, dotyk, smak, zapach i dźwięk. Tak jakbym odtwarzał kolonialny eksperyment, a wszystkie zmysły brały w nim udział.”

Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.


W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsipora
Podam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omlet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje