Że nie umiem gotować

O trzeciej w nocy na Facebooku napisałam do Czytelników tego bloga przyzwyczajonych, że wpis pojawia się minutę po pólnocy, że nie ma rady, trzeba poczekać do rana. I poszłam spać. Wpis nadszedł o godzinie 3:37. Niestety ja już spałam.

Tatatata!!!

Dorota Cygan. Trzeci tekst festiwalowy!

Że nie umiem gotować …

…  to Ewa wie. Wie to Każdy, kto nie został poczęstowany bryją nieokreślonej barwy o trudnym do zaakceptowania smaku, kawałkiem czegoś z czymś polanym czymś podobnym, choć trudnym do nazwania. I Każdy to docenia. Przyjaciół z zasady nie częstuję tym, co gotuję, zależy mi na nich. Niezaproszenie i niepoczęstowanie jest oznaką respektu i dowodem prawdziwej przyjaźni. A innych? No cóż, życie generalnie pełne jest ryzyka, jak mawia moja polska przyjaciółka and full of zasadzkas. Widocznie lubią ryzyko. Niemiecka przyjaciółka powiedziałaby w tym miejscu jeder muss selber wissen (uwaga: nieznający niemieckiego powinni się koniecznie nauczyć tego zdania – jest to bodaj najczęstszy komentarz do wszelkich wydarzeń i najważniejsza zasada pedagogiki niemieckiej – mówię serio). Skoro Ktoś zjadł, to widocznie takie doświadczenie było mu potrzebne, der hat was daraus gelernt. Zresztą ludzie przedziwne rzeczy nazywają gotowaniem, ja zaś wolę szczerość. Powiem Wam w zaufaniu, na czym polega dramat takich leworęcznych kucharzy: Często dobrze wiedzą, jak coś powinno smakować i proszę mi wierzyć, bynamniej im to nie pomaga, zwłaszcza w jedzeniu tego, co wysmażyli. Pierwsze zmagania kuchenne pozostają ich jedynymi. Uświadamiam sobie ten fakt po raz kolejny, tym razem po powrocie znad morza po 10 dniach beztroskiego opychania się przysmakami obcych kuchni. Nie życzę Wam takich powrotów z wakacji.

No tak, to że nie umiem gotować, to Ewa wie. Tyle comingoutu może być. Ale że nie jestem w stanie napisać na jutro rano tekstu, dowiedzieć się jednak nie musi, a nawet nie powinna, jeśli chcę, żeby mnie nadal częstowała ciastem czekoladowym i naleśnikami w polewie pomarańczowej, mmmmm…. (Jeśli ktoś tu pomyśli, że nie ma związku między tymi dwoma faktami, to zapewniam, że Ewa poważnie traktuje Czytelników blogu. Jak ja swój żołądek). No, jak by patrzeć, wysmażyć ten tekst trzeba. Już wszystkie czynności pozorujące pracę mam za sobą: sprzątanie biurka, ścieranie kurzu, zredukowanie zapasów czekolady, staranne wycierania ekranu laptopa ściereczką antystatyczną także, wszystko już było. Jeśli za chwilę zajmę się ustawianiem optymalnej wysokości krzesła biurowego i będę to robić z wielką precyzją do rana, a tekst jednak nie powstanie, to będzie mniej więcej tak, jakby – wyobraźcie sobie taką scenę – na salę pełną publiczności wszedł zapowiedziany wcześniej pianista, zasiadł, długo poprawiał krzesło i smoking, gładził klawisze, rozdał kilka uśmiechów, po czym zabrał się i poszedł (w dodatku ciągnąc za sobą oporny instrument). No, takiego numeru zrobić nie mogę. Już mniejsza o ten mój żołądek, ale to scena zupełnie jakby ze skeczu Loriota (porównanie poniżej tej półki jakoś mi nie przychodzi do głowy), sami rozumiecie, nie wypada się mierzyć ze zmarłym mistrzem, zwłaszcza, że nie ma on szans na replikę.

No więc z głodu i desperacji sięgam po notes, który mi podarowała Ewa z przeznaczeniem na przepisy kulinarne. Okrutna kobieta. Podarowała mi PUSTY notes. Taki miała podły zamysł pedagogiczny. Zaglądałam doń od czasu do czasu licząc na to, że może czymś się sam zapełnił. Ale nic. Właściwie powinna mi była podarować Zaczarowany Ołówek, on to przynajmniej miał jakąś moc sprawczą. Tymczasem nie wiedząc, co począć z tym pustym zeszytem, rozkładam go, gdy jestem głodna, w pociągu na kolanach, używając jako tacy (lub, jak mówią germaniści, jako Tablettu) i stawiając na nim kawę rozwijam … nie, bynajmniej nie zapomniane w domu kanapki, tylko wyobraźnię. Czyli zachowuję się mniej więcej tak, jak bohater przeczytanej w dzieciństwie bajki z tomu Dar Rzeki Fly, który nie mając pieniędzy na rybę przesiadywał w kuchni bogatego pana, gdzie wdychając zapach potraw wyobrażał sobie ich smak żując przy tym kawałek suchego chleba. Moje myśli krążą z grubsza wokół jednego zawsze wątku: cóż by to kucharz w tej chwili zaserwował, gdyby miał więcej wyobraźni i rozpoznał, żem głodna. Jednocześnie z braku efektu tych myślowych sugestii zapisuję jakieś przypadkowe słowa hasła na użytek tekstów blogowych. Dyktuje mi je głodna wyobraźnia. Niezaspokojona do samego końca jazdy.

No tak, ale w przypadku kucharza Deutsche Bahn wypada powiedzieć, że czeka on na zamówienie. Które nie zostało złożone. Ewa wszak zamówienie jednak złożyła, i to w sposób nie pozostawiający miejsca na inną interpretację (że może nie na jutro, może nie tekst i może w ogóle nie ja). Więc jeśli los mojego żołądka choć odrobinę mnie jeszcze obchodzi, to jednak wysmażę ten tekst, przynajmniej do rana. Wysmażyć, ba, ale Czytelnik wybredny, nie lubi zwietrzałych przypraw, retorycznej piany, mdłej papki ani zleżałych półproduktów. Tekst musi być zwarty, nie należy go zbytnio rozwałkowywać. Nie zniesie też kuchennego recyklingu, więc robię tekst na zamówienie, na świeżo, będzie rano jeszcze ciepły.  Tak to Ewie wytłumaczę. Ucieram go powoli, trzymam na wolnym ogniu, odstawiam co czas jakiś, by się przegryzł (czekoladką), podlewam (ale to nie wodolejstwo, najszczersza subiektywna prawda!), doprawiam na samym końcu i nie próbuję za często, żeby się zbytnio nie rozsmakować. Ale jednak samo to nie wystarczy, potrawa musi nosić ślad ręki mistrza. Inaczej nie wyjdzie poza, sorry za tę uszczypliwość, poziom Warsu lub Mitropy. A to niestety mały szkopuł, jak się w życiu niczego nie ugotowało oprócz skluszczonego budyniu z torebki, a przypalić potrafi nawet wodę w czajniku.

To może podejdźmy to kwestii serwowanej potrawy zgodnie z wyuczonym zawodowym profilem i zadajmy sobie pytanie filologiczne: Po co kucharz smaży ten tekst, do czego ma się on Czytelnikowi przydać, jakie ma mieć walory poznawcze i cechy stylistyczne, czyli jaki reprezentować gatunek? Decyzja szybka: Otrzymają Państwo małą próbkę prozy motywacyjnej w celu autopromocji. Będzie to przekąska na okazję typu rozmowa z pracodawcą, przyda się Każdemu, kogo czeka w najbliższym czasie trzeci w życiu epizod uzupełniania kwalifikacji, prezentowania swoich silnych stron, tudzież wielkie wyzwanie i ekscytująca zmiana otoczenia zawodowego poprzedzona obiektywnym konkursem umiejętności wraz z nerwicą w pakiecie (gratis). Taki niewielki, acz pożywny poczęstunek. Skoro germanistka może przeistoczyć się w kucharza, to czyż to, co Wam zaserwuje, nie jest cennym impulsem motywacyjnym, którego siły nie sposób przecenić? Dla Was to robię, mając w pamięci (tak, tak, tyle mam już lat i jeszcze więcej doświadczenia) zbawienne skutki masowego przekwalifikowywania w latach 90tych rusycystów na anglistów i germanistów. Teraz mamy etap drugi – germaniści (także owi gjermaniści) przekwalifikowują się na kucharzy, Wam podsuwając najlepsze smakołyki z własnej kuchni, jak widać na załączonym tekściku. Za swój cenny czas poświęcony na czytanie dostajecie więc: nowy bukiet metodyczny, świeże spojrzenie na profesję kucharską oraz słodko-kwaśny posmak po lekturze, wszystko podane estetycznie i w ciepłej temperaturze. Co wierniejsi Czytelnicy mogą liczyć też na preferencyjną cenę przyszłych Blogów Naszych Zebranych, czyli 100 Przepisów Kucharzy Językowych dla Osób Stale Ubiegających się o Pracę.

No to spróbujmy z tą prozą motywacyjną. Posłużymy się w tym celu sprawdzoną zabawą z lat  wczesnoszkolnych, której polecenie brzmiało: „proszę ułożyć zdania z podanymi wyrazami”. Pamiętam, że ideałem było ułożenie jednego zdania ze wszystkimi słowami-hasłami naraz. Może się sprawdzi i tym razem: „Szanowni Państwo, jako kandydatka jestem wykwalifikowaną, elastyczną mobilnością, której dyspozycyjność i odporność na stresogenność i hiperkrytyczność zaskoczy nawet Waszą Królewską Szefowość zapewniając mi Wieczność w aureoli Chrystusowości.”

A jednak pisanie prozy motywacyjnej ma walory literackie (uwaga na funkcję impresywną tego komunikatu). Toż to prawie Białoszewski w swojej samochodowości! Dociekliwym polecam odnalezienie oryginału cytatu! Smacznego!

Architektura wnętrza

Dorota Cygan – festiwal, dzień drugi

Architektura wnętrza

Wchodząc do
środka siebie
lepiej starannie zamknąć
za sobą drzwi
by ktoś za nami
nie wszedł
lub co gorsza nie wcisnął
między drzwi a framugę
brudnego buta
a pod podeszwą
pokiereszowany ochłap
cudzego serca
bezdomny

Domykać szczelnie wynalazek
strażników tożsamości
klamek nie ruszać
w wariatkowie własnego ja
nigdy nie wiadomo
może być tak sobie
albo i gorzej

Wejście awaryjne
czy głuche echo
niedoczekanego pukania
no bądź tu mądry

Gedanke des Tages / Myśl dnia
“Stop making stupid people famous”
Street text somewhere in the world

Algorytm porządku

Dorota Cygan

dawno tu niewidziana, dostaje więc – za jednym zamachem! – trzy dni czyli dziś, jutro, pojutrze. Tego jeszcze nie było. Cygański festiwal! Lalki wracają od przyszłego wtorku.

 ALGORYTM  PORZĄDKU

Szosa krajowa E (ileś), dwupasmowa, dwa wolne (!) pasma prosto na wakacje, łagodna wstęga raz pośród pól, raz bliżej lasu, byle dalej od tego, co uwiera na co dzień, czerń asfaltu pocięta białymi paskami, odmierzającymi regularne odcinki – coraz dalej od obowiązków, coraz bliżej niemyślenia. Niemyślenie – stan szczęśliwości dany na stałe niewielu szczęśliwcom. Tylko jak go osiągnąć? Może bezrefleksyjnie wyrzucając przez okno samochodu myśl po myśli, a najlepiej parami, żeby było szybciej. Uśmiercone myśli ulatujące przez okno ku niebu parami – czyż nie ładny to obrazek?

Radio nadaje pośród sieczki popowej raz po raz tekst mówiony, który wprawne ucho konsumenta rozrywki kasuje, zanim zdąży on dotrzeć do świadomości, redukcja podprogowa (ciekawe, czy istnieje taki termin) w służbie higieny psychicznej, mądry mechanizm, co komu po radiowych tekstach paplanych? Zaraz, co oni mówią? Że gminy nie radzą sobie z ustawowo nakazanym sortowaniem śmieci? A co w tym dziwnego? Człowiek nie radzi sobie nawet z sortowaniem własnych myśli, mimo że jednak własne, a co dopiero radzić sobie z produktami obcego pochodzenia, obcego marketingu i obcej myśli technicznej? Kto by to ogarnął? Wystarczy się rozejrzeć na lewo i prawo: tu niebieski worek w lesie, tam lodówka. Sama pamiętam, jak rok temu na tym zakręcie zostawiłam myśl ważną i istotną dla przyszłości, od tej pory jestem ‘nadal na zakręcie’. Albo parę kilometrów dalej, tam gdzie ślady po pikniku, wyrzuciłam ostatecznie myśl o jednej niepotrzebnej, niemądrej i właściwie nieistniejącej miłości. Ech, cała ta droga E (ileś) usłana jest śmieciami własnej pamięci, ofiarami nieprzemyślanej czystki. Ile zgubiłam ‘z własnej woli, ile przeciw sobie’, nie warto już dociekać. No właśnie, gminy sobie nie radzą, więc co dopiero ja.

Ileż by było pożytku, gdyby się dało w drodze posortować, poukładać, nadać sens i kierunek myślom! A może bym tak dała zaprzyjaźnionemu inżynierowi za zadanie wymyślić jakiś mały, poręczny algorytm do porządkowania myśli? Za coś takiego to Nobel od razu. Powiedział kiedyś, że jak zarobi pierwszy milion, to się ze mną podzieli. Nie mówiłam mu oczywiście, że od razy podzielę się dalej z jakimiś kreatywnymi niezarabiającymi, bo może inżynier niekoniecznie rozumie takie rzeczy, zresztą nieważne, on rozumie algorytmy a ja księgowość kreatywną, czyli działania wyłącznie na liczbach ujemnych, i to wystarczy. Umowa od tej pory między nami stoi, gdyby tak został autorem algorytmu porządku, to byłoby więcej niż kamień filozoficzny. Ach, bo się rozmarzę: A gdybyż tak faktycznie udało się wszelkie nieszlachetne myśli przemienić w szlachetne? No, tego to nawet spowiedź nie potrafi. A ileż materiału do rozważań naukowych! Wystarczy zajrzeć do niemieckiego Słownika pojęć filozoficznych otwierając na haśle ORDNUNG, żeby zrozumieć jaka to szansa na zaistnienie w nauce humanistycznej, dzięki podrzuceniu do rozbudowanego hasła ‘Ordnung’ jednej skromnej linijki z algorytmem porządku myśli. I to jako inżynier! (po niemiecku z dużej litery!) Ech, inżynierię gospodarczą potrzebną do rozparcelowania tego miliona jakoś by się opanowało – i to bez kursów wieczorowych może. A i niejedną rozprawkę filologiczną na temat by się może napisało. O właśnie, może to nie jest głupia myśl: najpierw trzeba tworzyć pojęcia i inne byty, żeby potem móc o nich pisać. Proste.

Tymczasem jest lekko z górki, co zakręt to jedna myśl mniej, a co parking, to o cały pakiet lżej. Ale koniecznie trzeba by utylizować te myśli ‘na sicher’, jak mawiała babcia. Żeby mi się żadna nie odnowiła nie chciana! Potrzebne jest rozwiązanie systemowe i trwałe, takie są wymogi unijne. Nie jak teraz, proszę: tu, na tym zwężeniu jezdni pięć lat temu zarzuciłam myśl o karierze tłumacza, tu przy przejeździe obok tych wywróconych kubłów – myśl o odchudzaniu, tam za mostem całkiem niedawno przebłysk o kupieniu strychu za niewielkie pieniądze – i proszę, każda z tych myśli wraca nieproszona, choćby ją ileś razy zasypał śnieg, poturbował grad, podmoczył deszcz lub wytrawiło słońce, jakieś niezniszczalne te zmory, nic tylko je kołkiem osinowym… A jedna to już nawet wiem, czemu się tak nie może odczepić, przykleiła się do opony z tyłu i udaje, że jej nie ma, raz po raz mi mignie w lusterku wstecznym i znów znika, wiem, co chce osiągnąć, narzuca się z tym swoim „pisz, pisz wreszcie, nie ociągaj się, nie będziesz żyć stu lat, napisz coś w końcu, nie wykręcaj się”. Ani myjnia nie pomogła, ani ostra jazda po żwirowisku, mówię Wam, przykleiła się ‘na fest’(znowu – jak mawiała babcia), pomoże tylko radykalna utylizacja w nowoczesnej technologii. Niech by te gminy sobie wreszcie poradziły ze śmietniskiem, bardzo tego sobie życzę. To może być prawdziwy skok jakościowy w moim życiu.

To próbujmy tymczasem zrobić sortowanie przedwstępne, będzie taniej i bardziej eko. Dzielimy myśli na: 1. Te najprzydatniejsze (dotyczące strategii ataku i obrony), 2. Najtrwalsze (troska o własne geny), 3. Najbardziej trujące (zawierające spory komponent religijno-patriotyczny), 4. Najdłużej się rozkładające (to te o miłości), 5. Te najnaiwniejsze (że jeszcze kiedyś wrócę na Ziemię w przyszłym życiu), 6. Te najpiękniejsze (że ludzie są fajni, jacy są), 7. Te najbardziej toksyczne (że im jeszcze kiedyś pokażę, jeszcze mnie docenią) plus 8. Jedna myśl całkowicie eko-kompostowa (że dam się skremować, gdy przyjdzie czas) tudzież 9. Jedna myśl szklana (by jednak nie tłuc porcelany po szczerej wymianie zdań) oraz 10. Jedna generalna myśl plastikowa (że ważna jest nienaganna cera, depilacja i wyjazd do ciepłych krajów według najnowszego katalogu). To katalog otwarty, zaznaczam, nie mam nic przeciwko, gdyby szanowni Czytelnicy katalog rozszerzyli.

Ideałem byłaby ekokonwersja zupełna, niepozostawienie niczego, żadnej myśli, siedzenie i trwanie. Gapienie się w morze, nieskażone jedną nawet przypadkową myślą. Plaża musi pozostać czysta. Polecam radykalne zakopywanie każdej przypadkowej myśli w głębokim piachu. I proszę uważać, żeby nie zabrać żadnej myśli z plaży do domu, należy dokładnie wysypać wszystko z butów, pięty opłukać pod prysznicem i niepostrzeżenie wymknąć się do pensjonatu, gdzie przed telewizorem nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, że powstanie jakaś myśl własna lub że spotkamy się z jakąkolwiek myślą cudzą. Jedno jest wszakże bardzo ważne: Nie wyzbywajmy się opakowań po myślach – to one bowiem stanowią o naszym działaniu na ludzi, czyli w efekcie i o sukcesie. Liczy się Forma, proszę Państwa. Gombrowiczowi śmiech by przeszedł, gdyby widział to zupełne i niepodzielne zwycięstwo Formy. Przeszłyby go ciarki nawet w pełnym słońcu nad morzem.

Wasza Mobilna Wakacyjna Sortownia Myśli

Między nami cygankami

Dorota Cygan

Między nami cygankami

Dzień po berlińskim Karnawale Kultur, w słoneczne południe Międzynarodowego Dnia Różnorodności Kulturowej podeszła do mnie w centrum Wrocławia cyganka. A dokładniej mówiąc to mnie zwyczajnie ‘podeszła’. Przyszło jej to łatwo, bo wzrok miałam nieobecny, a  ręce obwieszone siatkami zakupów dla tej, tamtej i innej duszy, a także dla owego i Iksińskiego, tudzież dla zaprzyjaźnionej psinki. Różnorodność Kulturowa nieomylnym instynktem wyczuła łatwy łup i otworzyła przemowę najskuteczniejszym wytrychem na świecie: „pani, parę złotych na chleb dla dzieci”. Bezdzietne kobiety w pewnym wieku miewają nieczyste sumienie – nawet jeśli się starają omijać wzrokiem wózki dziecięce, jedna najbanalniejsza statystyka demograficzna potrafi im przypomnieć o powinnościach wobec społeczeństwa tak skutecznie, że są gotowe obdarować lalkami Barbie nawet bezczelne dzieciaki z sąsiedztwa. Na chleb? Niech będzie, może być i na trzy. Każdy przytomny człowiek wie, że ta melodyjna inwokacja do sumień ludzkich (Paaani, poooomóż  Paaani… ) absolutnie zawsze  jest zaledwie przygrywką do reszty przedstawienia, skromną uwerturką do opery żebraczej o ściśle określonej wymogami gatunku strukturze i z góry wiadomym zakończeniu. Wie może każdy – ale przecież nie ktoś z takim nazwiskiem – ja się z tego obowiązku czuje w każdym razie zwolniona. Można tu oczywiście powątpiewać również w kompetencje wróżbiarskie ‘mojej’ cyganki, skoro nie wyczula nijakiego, choćby naciąganego, powinowactwa między nami i nie odstąpiła od swojego procederu. Ale nie stawiajmy w niekorzystnym świetle Różnorodności Kulturowej z czystej, bratniej zazdrości o profesjonalizm.

Powaliła mnie pierwszym chwytem: „A pani to taka szlachetna do ludzi, niewiele w zamian dostaje i takie ma życie pełne smutków…” Któżby się oparł takiemu dictum? A pewnie, że smutne, już od wczesnego dzieciństwa przezywali mnie cyganichą. Nikt człowiekowi nie odpuścił, najwyżej ci, co mieli jeszcze bardziej obce kulturowo nazwiska. Nie wiem, czy Inność Kulturowa wyczuła podskórną solidarność, czy tylko sądziła po numerze rejestracyjnym, że jak ktoś obcy, to łatwiejszy do „skrojenia”, w każdym razie obydwa czynniki na pewno były sprzyjające. Zrobiło się sympatycznie. Karty co prawda wychodziły chyba niespecjalne, przewaga czarnego i żadnych figur, nie budziły więc we wróżącej jakiejś euforii, ale poradziła sobie. Prognozę na przyszłość zakreśliła bowiem konstruując zręczne obejście: Zamiast czasu przyszłego i nieskończonych synonimów dla odmalowania udanego życia w przyszłości złożyła wypowiedź z samych zdań celowych: „Wyrywamy włos z Głowy, ŻEBY go spalić, ŻEBY odczynić tym uroki, ŻEBY życie potoczyło się szczęśliwiej. Chuchamy na grosik, ŻEBY go zaraz włożyć do schowka, ŻEBY go nie wydać, ŻEBY pieniądze się człowieka trzymały. Większy  zaś banknot z portfela puszczamy w obieg, ŻEBY się pozbyć złego pieniądza. Największy zaś banknot kładziemy cygance na dłoni, ŻEBY … (tę frazę możecie sobie dokończyć sami, skoro przećwiczyliśmy już gramatykę zdań celowych).

A jednak, lżejsza o te dwa deko, poczułam się mocno poruszona. Nie żeby odchudzenie mojego portfela miało takie działanie jak prawdziwa dieta. Strata banknotu nie spowoduje przecież ani przymusowej głodówki ani nawet minimalnych zmian żywieniowych. Ten banalny akt pozabankowego transferu gotówki poruszył jednak coś zupełnie innego. I kto by pomyślał? Przyprószone codziennością, zawalone obowiązkami i zaszczute własnymi myślami wydostało się na chwile na powierzchnię … moje ego (nawet teraz, w trakcie pisania, było tak nieśmiałe, że myślałam, czy nie powinnam dać go w cudzysłów). Nikt by się nie spodziewał, że się tak znienacka pojawi. Ani wielkiej okazji po temu typu ‘nowa praca’ ani typu ‘stara obrona dyplomu’. A tu jak po małym trzęsieniu ziemi. „Co będzie? Czy ja chcę żyć tak, jak do tej pory?”  Proste pytania, bez obudowy teoretycznej, sztafażu i przekłamań, autokreacji i  autokorekty, samooszukiwania i całej tej samoczynnej oczywistości,  wprzęgającej zniewolone ego w codzienny tryb zadań do wykonania. „Więc co dalej?”

Cyganka zapytała jeszcze, czym wierząca (proszę, nawet statystyki nie są jej obce) i inteligentnie zauważyła, że racja, Bóg wysoko ponad ludźmi, ale ona może chociaż odczynić uroki. I przystąpiła do dzieła.

Co tam uroki! Zrobiła w 10 minut więcej niż cykliczna i odnawialna lista postanowień noworocznych,  życzenia urodzinowe składane rok w rok samemu sobie, awans od skruszonego pracodawcy oraz spowiedź wielkanocna przed 20 laty razem wzięte.

(Tu w tekście jest pauza, czyli miejsce na myślową aktywność  Szanownego Czytelnika).

hanemann

Nie ucałowałam cyganki na koniec. Pamiętam zaledwie jej twarz z góry – ogorzałą, pomarszczoną cerę i czarne, mądre oczyska. Wrażenie wystarczające, by twierdzić, że tym się różni profesjonalizm starej cyganki od profesjonalizmu sprawnego żebractwa ulicznego, że jedno  pozwala nam być wielkodusznym, drugie zaś  zajrzeć sobie do duszy. Zrozumiałam  po fakcie z tekstu pt.  Korrektes Betteln  Ulego Heinemanna  (Neulich in Neukölln, 2008), znudzonego rozbudowaną retoryką  żebrzących i proponującego redukcje tejże do eleganckiego „proszę,  dziękuję, dzień dobry”, że autor ma pecha, bo może w tym mieście  jedynie obserwować lepszy lub gorszy performance. A nie zobaczyć siebie. Jako berlińczyk pozbawiony jest jednego istotnego elementu autentycznej różnorodności kulturowej, która siedzi od po wojnie we Wrocku, a nawet spoczywa w wystawnych grobach przy głównej alei największego cmentarza. (No, chyba że znacie w Berlinie prawdziwe, zasiedziałe od pokoleń,  miejscowe cyganki wróżące po niemiecku?) Do Berlina można przyjeżdżać i pisać doktorat o dramaturgii żebrania ulicznego (poznałam kiedyś taką osobę) – ale do pisania o głębokiej  filozofii wróżenia przez cygankę trzeba się udać za Odrę.

A jak ze szczęściem? Zapomniałam o szczęściu? Może i tak. Ale pewnie cyganka mu się w moim imieniu przypomni. Na początek wsiadłam dziś w pośpiechu do pociągu bez biletu – i nie było żadnej kontroli. Jak mnie to rozzuchwali, to wygram w totka i zasponsoruję jednorazowo tabory cygańskie. Więcej postanowień nie mam – no, może oprócz tego jednego, żeby nie spychać więcej mojego grzecznego ego na sam dół trzewi.

Jako że tekst może się kończyć apelem, powiem tak: Nie przeganiajcie cyganek. Zaproście je do stołu. Będzie to najmądrzej zainwestowana stówa – bo zainwestowana we własną  mądrość. Skuteczniejsza niż wydatki na psychoterapeutę, okulistę i krawca. Cyganka prawdę Wam powie.

Wasza C.

Europa Jagiellonica contra (in)docta ignorantia

jagiellonowie-plakatDawno nie widziana na blogu (wytęskniona zatem) Dorota Cygan, zaprasza, zachęca, a nawet można by rzec – zmusza do obejrzenia wystawy Europa Jagiellonica.

Były też w tekście dwie zagadki. Obie rozwiązała Julita.

Dorota Cygan

Europa Jagiellonica contra (in)docta ignorantia

Skoro nie ma to być tekst o niczym (co najbardziej lubię!), to aż kusi, żeby był chociaż o tym, czego na tej wystawie nie ma. Bo od kiedy wiem, że tego i owego brak, owe „to i owo” – biała plama – zaczyna zajmować coraz większą przestrzeń mojej i tak pustawej wyobraźni. Istna biała dziura! Grozi mi, że jeśli nie napiszę tego tekstu natychmiast, biała dziura w mojej zaanektowanej pamięci pochłonie wszystkie eksponaty wystawy, po niej zaś kasjerkę (a szkoda, bo okazała się NIEbezrobotną historyczką sztuki!) a następnie całe muzeum historii saksońsko-brandenburskiej – i wyjdzie na to, że to Jagiellonowie tak się posthum imperialnie rozpychają. Albo gorzej: z wrażeń z wystawy zniknie mi wszystko oprócz tytułu – zamiast  Europa Jagiellonica będzie  indocta ignorantia, czyli niejasne przekonanie, że była kiedyś taka dynastia i taki kraj, ale ani nie wiadomo jaki, ani gdzie leżał – czyli zostanie to, co statystyczny Polak wie o Jagiellonach: że Zygmunt August kochał Barbarę Radziwiłłównę a Bonę grała Aleksandra Śląska.

Aby zapobiec skandalom, wolę się pochylić nad tą białą plamą.  Czego więc  nie ma na wystawie i czemu?  I przede wszystkim – kto tak twierdzi? Otóż dzięki słowiańskiej szczerości sprzedawczyni Czeszki nabyłyśmy z Lidą oprócz katalogu niemieckiego także ten dłuższy, w wersji angielskiej. No, serdeczna Czeszka miała prawo czuć radość, bo jednak najwięcej obejrzeli jej rodacy. Cieszymy się oczywiście,  solidarne z mniejszymi. Mój antyklerykalizm od razu nasunął mi jedno paskudne przypuszczenie, którego po lekturze katalogu nie sposób zrewidować, bo katalog milczy na tematy trudne. Ale nie będę się narażać Watykanowi, wytykając mu małostkowość z powodu kwestii niedostatecznego ubezpieczenia eksponatów. Oni milczą, to i my milczymy, kto powiedział, że prawda jest bardziej pociągająca niż  tajemnica. Nie wiedząc więc, czego nie ma, skazane byłyśmy na spekulację – przypuszczalnie mogło brakować kilku Witów Stwoszy lub głów wawelskich tudzież ważnych precjozów ze skarbca koronnego i kilku obrazów włoskich mistrzów. A i pewnie smoka wawelskiego raczej by nie wypożyczano, by Kraków nie stracił młodszych turystów.

Tak zwane twarde fakty są takie: W Kutnej Horze pokazano 350 dzieł (przy 60.000 odwiedzających), w Warszawie eksponatów było 230, czyli o 120 mniej (odwiedzających było  zaś 20.000), natomiast do Poczdamu dotarło 90 dzieł (czy i Ty znajdziesz się  wśród statystycznie prawdopodobnych 10.000 odwiedzających?), to jest JEDNA CZWARTA, ale wiedzieć trzeba, że część z pokazanych w Poczdamie  nie była pokazywana ani w Kutnej Horze ani w Wawie. Wyobraźmy więc sobie rozmowę trzech osób, które widziały różne realizacje tej wystawy – mogą się one na dobrą sprawę zupełnie nie porozumieć rozmawiając niby o tym samym. Fajne ćwiczenie na konwersację. Jak rozmowa Polaka z Węgrem i Litwinem bez znajomości angielskiego i bez tłumacza. Ta statystyka to też  jasna odpowiedź na niejasne poczucie zwiedzającego, że wybór eksponatów niekoniecznie miał ambicje reprezentatywności. Albo inaczej: ambicji tej pomysłodawca nie realizował pokazując największe perły ze skarbców rozległego imperium, lecz dobierając do składu coś, co miało reprezentować każdy odległy zakątek  w obrębie jagiellońskich rubieży. Żeby uściślić, że spektrum jest szerokie jak od morza do morza, powiedzmy, że są tam pojedyncze dzieła z (w kolejności alfabetycznej) z Bautzen, Brünn, Elbląga, Gdańska, Gniezna, Görlitz, Krakowa,  Pasawy, Poznania, Pragi, Torunia, Wenecji, Warszawy, Wittenbergi,  Wrocławia itd., wyliczać można by długo.

jagiellonowieOdpowiednio różne są i fizjonomie przedstawionych postaci – od lekko paskudnawych z  cennego ołtarza Zdjęcie z Krzyża z Torunia, inspirowanych sztuką niderlandzką – aż po bardziej słodkie, czeskie. I tak tryptyk Jeruzalem z Gdańska przypomina nawet takiemu laikowi jak ja trochę Memlinga i cieszy dlatego, że człowiek jednak coś rozpoznał lub przynajmniej mu się zdaje, a już z kolei piękna Madonna Praska z dwoma aniołami i alabastrową twarzą wystarcza że jest – bo jest piękna. Podobnie jest z Madonną Primavesi z Ołomuńca – wystarczy stanąć i patrzeć. Albo popatrzeć choćby na  relikwiarze – najładniejsze te z Bautzen czyli Budziszyna. Nic mi nie robi, że z Cranacha Starszego do obejrzenia  jest jedynie fragment ołtarza (a  dokładniej to pojedynczy portret, bo reszta zaginęła) – na wystawie dowiemy się np. co ma Cranach wspólnego z Wittenbergą a św. Christian z Jagiellonami, jak również to, że Albrecht Dürer przybył do Norymbergi z Górnych Węgier. Te i podobne informacje na wystawie i w katalogu są – ale nie narzucają się i można je zignorować. Także wyjaśnienie, że ołtarz Cranacha pocięto, by go uchronić przed protestantami ma smaczek – chronić przed zniszczeniem przez obcych, jak się okazuje, wolno niszcząc dzieła samemu.

W zasadzie największe zdziwienie bierze się stąd, że chodzi często o dziś nieznaczące miejscowości – i to jest może najważniejsza informacja, jakiej klasy mogły być małe dzieła w małych ośrodkach – nastawy ołtarzowe z prywatnych kaplic dają spojrzenie na polityczną i artystyczną spuściznę dynastii i świadczą o jej randze nie mniej niż najbardziej znane obiekty. A takie rzeźby jak Michał Archanioł ze smutną twarzą to już osobna jakość. Podobnie jak modlitewnik Królowej Bony. Są oczywiście pewne kurioza: Kilka zdjęć w katalogu odsyła do ołtarzy i rzeźb do obejrzenia … na miejscu, czyli np. w Görlitz lub Heilsbronn (o ile ktoś nie pomyli z Heilbronn).

Organizatorom współczuję, bo musiało ich boleć (kolektywne) serce, gdy z wystawy obwoźnej odczepiały się dyskretnie co bardziej strzeżone dzieła. Z kolei ze względów marketingowych pewnie faktycznie należało zachować nazwę wystawy, to zrozumiałe. Efekt uboczny jest, hehe, taki, że sztuka reprezentująca Jagiellonów skromniej się prezentuje niż zbiory  muzeum historii saksońsko-brandenburskiej w tymże budynku. Ale może to taki elegancki słowiański understatement. Zachowanie proporcji? Ach, nie stoimy o to! Są inne powody, by obejrzeć tę wystawę (patrz wyżej) – zgoła inne niż prymitywne, imperialne zadęcie z racji świetności sprzed 600 lat.

Co się właściwie dzieje, gdy na wystawach nie dominuje historia i opis kontekstu, ale reflektor punktowy w postaci konkretnych dzieł? Pomysł już wypróbowany, nie do końca zadowalający wszystkich – ale może sztuka to w sumie najlepszy wspólny mianownik eliminujący konflikty idei historycznych, lepszy niż zwykła polityczna poprawność ogólnikowych opisów. Kuratorzy starali się podkreślić, że w różnorodności sztuki firmowanej marką Jagiellonów przeglądała się ich zdolność asymilacyjna – umiejętność aplikowania wzorców cudzoziemskich rodzimym, w efekcie czego inspiracje miały szansę dzięki mobilności wzorców docierać także w odwrotną stronę, z powrotem na Zachód. Sprawny konsument sztuki spodziewa się, że za chwilę padnie tu określenie „integracyjna funkcja sztuki europejskiej” – i się nie pomyli, dokładnie tak chcieli kuratorzy. Sztuka doskonale wygładziła tu temat konfliktów o władzę i wpływy, nikt nie wyjdzie z wystawy z lekkim nawet niepokojem (a pamiętamy, co mówił Woody Allen po wyjściu z opery Wagnera – i w jakim filmie? –  “I can’t listen to that much Wagner. I start getting the urge to conquer Poland” w filmie “Manhattan Murder Mistery”) Nie mogę zawieść jednak oczekiwań historyków spośród blogowców i zdradzę, że dokument najważniejszego hołdu lennego (wiemy jakiego) w naszej historii też na wystawie jest (miał niedaleko, z Preußisches Staatsarchiv w Dahlem do Poczdamu jakieś 10 km). Jak również umowa przedwstępna dotycząca zawarcia małżeństw między Jagiellonami i Habsburgami (ta akurat przyjechała aż z Bratysławy). Generalnie przymiotnik „polski” nie pada jakoś przesadnie często (żeby nie powiedzieć „prawie wcale”), za to jest informacja – niby logiczna, ale jakoś często umykająca – że panny Jagiellonki, żenione potem z Wittelsbachami, Habsburgami, Wazami lub Hohenzollernami, wychowywane były dwujęzycznie.

Zanim do reszty wszystko zapomnę, dopowiem jeszcze, w których momentach moje ignoranckie serce zabiło mocniej. Nie, nie, moi drodzy, nie z przyczyn narodowych bynajmniej, jak już zaznaczyłam. Wiemy wszak, że najbardziej przez nas ukochane pojęcie narodu zrodziło się na dobre dopiero ponad trzysta lat później. Powód był inny – krótkowzroczność. Otóż obcowanie z rzeźbą średniowieczną na wysokości oczu i na długość nosa nie zdarza się codziennie. A jest wielkim przeżyciem. Nie namawiam Was na całowanie stóp rzeźby Michała Archanioła, ale daję głowę, że widok uduchowionych, przepięknych  twarzy w dobrym oświetleniu da Wam typ wzruszenia, który nazwać  trzeba mimowolnym przeżyciem estetycznym. To trudno wytłumaczyć, ale te rzeźby nie są zimne, obce i odległe. Albo inaczej: Przywykli do ekspozycji mocno rozstrzelonych w przestrzeni tu nagle stwierdzimy, że to kameralność nam się podoba. Można wręcz spojrzeć w oczy madonnie lub dostrzec szczegół rzeźbiarski typu żyłki na dłoniach lub rzeźba loków na głowie. To trochę takie wrażenie, jakie się ma zwiedzając muzea diecezjalne (patriotyzm lokalny każe mi tu koniecznie polecić wrocławskie). Dla znawców materii pewnie istotne jest, czy twarze są czeskie czy niderlandzkie czy niemieckie (albo wręcz szczegóły ikonografii Tronu Łaski) ale my laicy mamy prawo naiwnie się dziwić i przyglądać – bo od zdziwienia właśnie zaczyna się wszelkie aktywne obcowanie nie tylko ze sztuką. Właściwie wszelkie obcowanie z produktem artystycznym, nie polegające tylko na przyswajaniu i odtwarzaniu  przeczytanych informacji.

jagiellonowie2

Dla mnie osobiście ważne było jeszcze i to, że kurator – mimo oczywistych trudności, o których była mowa – zrobił wystawę z widoczną miłością do przedmiotu: niebanalna faktura tła eksponatów, kolorystyka dobrze eksponująca ich walory, a także w sumie ta kameralność.

Po to piszę do Was ten tekst względnie natychmiast i względnie nie za późno, żebyście nie mieli wymówki, że w dzień przed zamknięciem wystawy był ważny mecz, poprawiny po Dniu Dziecka, nerwówka przed rozdaniem świadectw, a pomiędzy tym Dzień Matki lub Ojca, Wniebowstąpienie, Wniebowzięcie, Boże Ciało albo Bóg wie co, choćby upomnienie z Urzędu Skarbowego, tak że podobno nie było wiadomo, w co ręce włożyć. Dumna Polska Elito na uchodźctwie, proszę ruszyć się z foteli i iść nie na festyn majowy, tylko – zwartym szykiem – kierunek Poczdam! To Wasz patriotyczny obowiązek (oprócz odprowadzania 1% podatku na cele kulturalne) – tak jak poinformowanie zaprzyjaźnionych innostrańców lub zabranie ich ze sobą. Bo w niedzielę po południu nie widziałam ani jednego rodaka na wystawie. I nie usprawiedliwia Was brak na niej „tego i owego“ – bo to, co jest, wystarcza, żeby się pokłonić i ucałować stópki figurce Jezuska (mhm, a do jakiego kultowego filmu polskiego jest to nawiązanie? – “Dzień Świra”) No, blogowcy, skoro kultowe filmy znacie, to pora na resztę. Jedna biała plama w pamięci mniej – mam tu na myśli głównie swoją, oczywiście, indocta ignorantia.

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”?

Chciałam, żebyśmy miały na blogu co jakiś czas sugestie, co czytać, co obejrzeć, dokąd pójść? Ale to trudno się tak regularnie mobilizować do regularnych zadań doradczych, a tu tymczasem Dorota Cygan już nas wysłała do teatru na Castorfa, a teraz poleca nam pójście do kina. Niniejszym mianuję ją więc naszym doradcą kulturalnym, choć oczywiście to Lidia wysyła nas na wystawy, a ja się staram od czasu do czasu polecić dobrą książkę lub film.

Dorota Cygan

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”? Refleksje po wyjściu z „Searching for Sugar Man”

Po co opowiadać prawdę?

Pozyskać widza, zawładnąć jego emocjami i przykuć do fotela kinowego coraz trudniej. Wszystko już było. Niejeden fikcyjny chwyt scenarzystów i kamerzystów na tyle się zużył, że jest w obrębie schematu fabularnego doskonale rozpoznawalny, czyli przewidywalny, zwłaszcza od kiedy karierę robią fabryki kreatywnego pisania, czyli szkoły kreatywnego istnienia (na rynku pracy). Furorę robi wiec ostatnio chwyt bardziej wyrafinowany: dokument – lub fikcja stylizowana na dokument.

Gatunek to trudny – przykładamy bowiem do prawdy miarę absolutną: Prawda musi być czysta, niebanalna – i w dodatku …  prawdziwa. Już z każda z tych cech osobno jest problemem, ale wszystkie razem to już nie lada wyzwanie dla twórcy.

Po co ją ubierać w narracje? By dać ludziom szczyptę konkretnej treści  w miałkiej papce produkowanej na tony w wytwórniach rozrywki. A widz się popsuł –  potrzebuje silnego bodźcowania zamiast subtelnego światłocienia i wyważonych racji. Bodźcowania na przemian ostrym światłem i najczarniejsza ciemnością. Wszak na koniec mają go unieść emocje – najlepiej pozytywne. „Bo ludzie potrzebują pozytywnych historii”  – taka jest konkluzja jednej z narratorek filmu, komentujących życie jej ojca – bohatera „Searching for Sugar Man”.  Udany, jak najbardziej udany. Powiedzmy więcej: Tak udany, że ma swoje (rosnące!) grono fanów. Tak udany, że aż budzi niepokój w sceptykach.

Jak opowiadać  prawdę?

Film rekonstruuje detektywistyczne poszukiwania śladów muzyka rockowo-bluesowego, który jakby zapadł się pod ziemię. W zasadzie przestał istnieć w jednym miejscu, by stać się legendą w innym. Nie wiedząc o niczym, rzecz jasna. Elementy legendy są doskonale synkretyczne: Są tu cechy niepokornego rockmana popełniającego rzekomo śmierć samobójczą na scenie, rysy jednostki wykluczonej, latynoski background, przedmieścia Detroit, mit zapoznanego geniusza w muzycznym świecie  twardych reguł  konsumpcyjnych, męski Kopciuszek przed i po balu, nawet Jezus rozdający honorarium rodzinie i przyjaciołom. Sporo tych elementów mitu jak na jednego bohatera – ale jakże dyskretnie opowiedziane! Jak zgrabnie poprowadzony wielogłos narracji! Na tyle przekonująco, ze widz na wszelkie padające na ekranie porównania z Hendrixem, Dylanem i duetem Simon&Garfunkel tylko wzrusza ramionami. Bo jednak mimo że życzyłby mu medialnego sukcesu na miarę tu wymienionych, głównie emocjonuje go coś odwrotnego niż sukces – właśnie antysystemowość bohatera, jego pogarda dla establishmentu, wreszcie  bluesowy Lebensgefühl pełen dystansu i stoickiej zgody na to, co jest – i jak jest. A także sugestia, że to człowiek wolny, wyzwolony dzięki sobie – potrafiący mimo zewnętrznego zniewolenia ciężką harówką „być ponad”.

Jak opowiedzieć taką prawdę? Sięgając obficie po sprawdzone Stimmungsmacher – dymy nad Detroit, czarny romantyzm upadłych siedlisk ludzkich w epoce postindustrialnej, zdjęcia na przemian czarno-białe i kolorowe, miasto o świcie, miasto w czasie burzy, miasto-trup, aura tajemnicy (i dymu) wokół bohatera na scenach piwnicznych klubów, no i teksty, no i ten magiczny głos…  Wszystko razem wzięte daje kompletny wzorzec identyfikacyjny dla wykluczonych, którzy w filmie dostrzegą „soundtrack do swojego życia”, jak mówi jedna z bohaterek, albo też „symbol tego, do czego jest zdolny ludzki umysł”, jak komentuje ten spóźniony o 20 lat i krótkotrwały sukces inna z postaci. Lub stanowi też marzenie każdego z nas, by za połową życia  jednak nadal „pozostać sobą”, być mądrym, mieć bogate wnętrze, nie dać się życiu stłamsić lub wyhamować. Porywające to wszystko: understatement, tajemniczość,  zgoda na świat „mimo wszystko”,  a na koniec misterium, które się dokonuje w czasie tych kilku koncertów po latach artystycznego niebytu – misterium, od którego widzowi przechodzą ciarki po plecach. Bajka? A miał być przecież dokument? Dwa gatunki, wobec których mamy wszak  inne oczekiwania estetyczne – czyż nie?

Jak wykreować prawdę?

Ale może te dwa gatunki się zbliżają? Może rekonstrukcja detektywistycznych poszukiwań dzisiaj musi nabierać cech bajki, żeby nie serwować mdłej strawy znanej każdemu z własnej codzienności,  niespektakularnego wycinka zdarzeń podobnych do siebie i pozbawionych puenty? Baśnie to w końcu szczyt dyscypliny konstrukcyjnej – mają początek i koniec, pośrodku jakieś perypetie, a na zakończenie morał. Czy podobałaby się nam historia całkiem niezmanipulowana? Bez podkręconych puent pośrednich, polityki odkrywania i zarzucania fałszywych śladów, bez dozowania napięcia, bez całej  tej subtelnej poetyki przypadku? Z pewnością na rozum tak, ale emocjonalnie to już mniej – idę o zakład, że wyszlibyśmy z kina bardziej przygarbieni – a wychodzicie, wychodzimy uniesieni pozytywnymi emocjami. Czemu wiec produkt jest taki świetny – mimo tego całego „ no tak, ale…”?

Bo tło społeczne się zgadza. Pokrywa się z tym, co tworzy nasze uniwersalne i pokoleniowe doświadczenia. Pokoleniowe zwłaszcza w Polsce, gdzie wiemy, jaką siłę może mieć muzyka obecna w kanałach nieoficjalnych. Doskonale potrafimy sobie wyobrazić duszną atmosferę RPA z czasów apartheidu – autokontrola, zachowawczość, potulny konformizm życia artystycznego, tzw. emigracja wewnętrzna sporej części społeczeństwa, estradowość oficjalnej kultury – a zatem jej miałkość. A na tle tego subwersywny potencjał dźwięków pojedynczej gitary. Dźwięków tym donośniejszych, im bardziej odbijały się od estradowej kakofonii nurtu oficjalnego. Znamy to – i to nas potrafi unieść. To film dla nas.

Czyli działa zarazem dlatego, że jest trochę konstrukcją i trochę autentykiem. Bajką i dokumentem. Czymś jednostkowym i uniwersalnym. Prawdą i fikcją.

Jak uznać to za prawdę?

Pierwsze wątpliwości mamy już wychodząc z kina – zbyt dobre, żeby było prawdą, no nie? A potem życzliwi sceptycy sączą  nam dalej do ucha truciznę podsuwając drobne dowody na nierzetelność dziennikarską. Wyczytali w internecie. Zgoda, popsuje mi to odbiór, jeśli uznam, że dokument jest zawsze czysty, tylko w tym przypadku nie. Ale czy właściwie chcę wiedzieć, ile retuszu jest choćby w reportażach Kapuścińskiego, Mularczyka, Jagielskiego? Może taka kontaminacja gatunków, czyli  dokument spaprany fikcją, jest bardziej prawdziwą informacją o naszych czasach niż absolutna, nieprzefiltrowana, dokumentalna prawda? A czy ja w ogóle jeszcze jestem w stanie poczuć jakość takiej prawdy – po latach obróbki mentalnej przez media? Chyba nie. Dlatego mogę pójść na film jeszcze raz, znowu obejrzeć go naiwnie i na wszelkie zaczepki sceptyków odpowiedzieć słowami bodajże Goethego (poeta pytany, czy nie widzi, ze pewien pan na jego oczach dopuszcza się czynów niegodnych, miał odpowiedzieć: „ależ widzę, oczywiście – ale nie wierzę”). Nie wierzcie i mnie, blogowcy. Ktoś, kto ma taki stosunek do prawdy, sprzedał Wam właśnie fikcję. Czyli bujdę. Ale na film i tak  idźcie.

A ja dodam od siebie – o tak, idźcie na ten film, nawet jeśli jest przesłodzony i podrasowany. Co w nim przerasowano i dosłodzono zostało opisane po niemiecku i angielsku (choć po angielsku zaledwie w dwóch linijkach):
http://de.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
http://en.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
a tu już na przykład – nic o tym nie napisano, no ale przyznajmy, że w ogóle napisano skromnie i niewiele:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sugar_Man

Kombajn mowy

Dorota Cygan

Kombajn mowy po Castorfie, czyli co zrobić, by poznać Krystynę Jandę

czechowjandacastorf

Foto Castorf: Ulf Mauder /Janda i Czechow – Wikipedia Commons

Ewa – nasza blogowiczka, niestrudzona i pełna poświęcenia  – wybrała się tydzień temu do berlińskiej Volksbühne, aby się bez reszty poświecić recepcji Czechowa Das Duell (czyli Pojedynek) w inscenizacji Franka Castorfa. Raczej nie było to poświęcenie w tym drugim, dosłownym, znaczeniu (Ewa się nie skarżyła, o nie!), i to dobrze, bo wolimy zapełniać blog myślami dobrymi, konstruktywnymi lub w najgorszym razie subwersywnymi, a nie wymownym milczeniem. No, spokojnie, nie mam intencji  wyręczać  Ewy  i pisać recenzji ze sztuki, której nie widziałam (wiem, lekceważę w ten sposób praktyki recenzenckie wielu gazet) – choć jest to myśl kusząca, przyznam, i przy okazji niezła wprawka stylistyczna. Chcę tu wystąpić ze sprawą bardziej osobistą.

Otóż Ewa była w teatrze z  panią dyrektor jednego z większych teatrów polskich, zaprzyjaźnioną, jak mi kiedyś wspomniała mimochodem, z Krystyną Jandą. Od kiedy to wiem, próbuję sobie odmalować, co należy zrobić, żeby poznać Krystynę Jandę – ale nie w Wawie, gdzie nigdy nie ma czasu, lecz w Berlinie, gdzie czas płynie inaczej. Czy nie mogłyby obie panie dyrektorki za którymś razem przyjechać do Berlina we dwie? To przecież takie oczywiste. Niestety, nic z tego. Kiedy usłyszałam od Ewy, że inscenizacja Castorfa trwała 4 (słownie cztery) godziny, pomyślałam, że  prędzej się stanie nie wiem co, niż ten cud, żeby wcielenie energii i dynamiki dało się przykuć do fotela na wieczność, nawet dla Czechowa. Swoją drogą cztery godziny to iście epicki rozmach, może tylko trochę usprawiedliwiony faktem, że chodziło o inscenizację bodajże jedynej POWIEŚCI wielkiego mistrza dramatu (eee tam, zaraz powieść, co najwyżej powieściątko – 60 stron – na szaro przypisy EMS). Można by pomyśleć, że reżyser chciał pokazać, co się stanie, kiedy z braku dramatów przyjdzie kolej na wystawianie prozy (a w dalszej kolejności artykułów gazetowych i reklamowych), ale jednak nie – ostatnio w Oldenburgu widziałam na scenie opowiadanie Kafki Die Verwandlung (Przemiana) – porównywalna ilość stron, a trwało tylko półtorej godziny (!). Musiało Castorfowi chodzić o coś innego. Ale niestety, jak by nie patrzeć, zużył na przesłanie artystyczne te prawie cztery godziny (no ale jednak dali nam 15 minut przerwy).

Mój zadaniowy charakter nie daje jednak za wygraną, kombinuje i podsuwa mi proste rozwiązania techniczne. Takie na przykład. Jeżeli prawdą jest, że teksty polskie są z reguły o jakieś  10 procent krótsze od niemieckich (jak zapewnia mój kolega tłumacz), to może … nie, nie, proszę nie myśleć  w tę stronę, nie będziemy oczekiwać od widza berlińskiego, żeby w teatrze w tym mieście na stałe obowiązywał język polski (tym bardziej, że nie mamy się co uskarżać, było już sporo gościnnych występów polskich w Berlinie, choćby w HAU). Ale można by skorzystać np. z wypróbowanego w polszczyźnie środka retorycznego, jakim jest elipsa. W niemieckim znacznie trudniejsza do zastosowania, jak się przekonałam, czytając opowiadania Czechowa w wersji dwujęzycznej  – też wychodzi na to, że tekst rosyjski, operujący  elipsą, jest o jakieś 20 procent krótszy od niemieckiego. Elipsa – owszem, niełatwa, ale przecież nie niemożliwa! Zyskalibyśmy ostrożnie licząc jakieś 20 minut z okładem. Po drugie, można by wyciąć trochę pauz – tych retorycznych i językowych, mówić z pominięciem akapitów i spacji, zatrudnić aktorów wyłącznie z północy Niemiec (mówią znacznie szybciej niż np. Bawarczycy) albo obcokrajowców (którzy i tak wolą z zasady równoważniki zdań), poopuszczać rodzajniki (to lubię!!), zrezygnować z (jakże „nienaturalnego”, jak wiemy)  wymawiania długich niemieckich samogłosek, zastępując je polskimi jasnymi „o, e, u”, po czym, przepuściwszy taki kombajn po tekście, otrzymalibyśmy produkt przynajmniej  zbliżony do tego, co statystyczny Polak uważa za poprawny akcent niemiecki (wiem, co mówię, walczą we mnie takie same upodobania melodyczne). A zbliżywszy szczęśliwie prozodię zdania niemieckiego do polskiego, zyskamy dalsze cenne minuty, marnowane na nabieranie powietrza i pracę organów artykulacyjnych w języku naszych zachodnich sąsiadów.

(Castorf, zapewne przewidując ten tekst, zrobił już pierwszy gest tego rodzaju –  zaczął od tego, że nad sceną umieścił napis po rosyjsku – cytat z Czechowa – nie tłumacząc go NIGDZIE!)

Wolno nam uczynić taki krok tym bardziej, że jest już w literaturze niemieckiej – ba,  w tekście niemieckiego noblisty! – pierwowzór takiej operacji językowej: W opowiadaniu Heinricha Bölla Doktor Murkes gesammeltes Schweigen (Zebrane milczenie doktora Murke, ale nie wiadomo tak naprawdę, bo rzecz nie została przetłumaczona na polski) bohaterowi wywiadu radiowego wycinają wszystkie przerwy w speechu na antenie – wychodzi im z jednego tylko wywiadu jakieś 15 minut – po czym bezlitośnie każą mu tego odsłuchać, prezentując mu jego „milczenie zebrane” – zamiast podziękowania. To znaczy, kulturze niemieckiej i takie radykalne eksperymenty nie są obce. (Ciekawe swoją drogą, jak by się miało ‚milczenie zebrane’ Krystyny Jandy z całego roku do jednorazowego milczenia böllowskiego bohatera. Wyszłoby pewnie po równo).

No więc takim sposobem uzyskalibyśmy jakieś dalsze 20 minut. Czy nie ucierpiało by na tym rozumienie spektaklu Castorfa? Niekoniecznie, skoro nawet recenzenci niektórych niemieckich gazet piszą wprost, że ten, kto mówi, że zrozumiał jego treść, zwyczajnie kłamie.  (To nieprawda, to po prostu oni nie zrozumieli, bo nie przeczytali uprzednio Czechowa, najlepiej po rosyjsku. Jakby przeczytali, to by zrozumieli) I przyznają jednocześnie, że mistrz i tym razem zaserwował niełatwą strawę intelektualną, z której widzowie mogą co prawda wyłuszczać pojedyncze aluzje do aktualnych spraw i bieżących produkcji artystycznych – i mieć podobno z tego uciechę, jednak o głównej idei tej wielkiej improwizacji w sumie mając pojęcie niewielkie. Nie szkodzi. Myślę, że wychodząc z teatru może on mieć poczucie, że otrzymał za cenę kupionego biletu rozrywkę odpowiedniej długości, niezależnie od tego, jak się zapatruje na genderowski dyskurs obecny w konsekwentnym obsadzeniu  ról męskich przez kobiety. Widz niemiecki to zna (ja to przynajmniej od Hamleta granego przez Angelę Winkler w Schaubühne ponad 10 lat temu) (Sarah Bernhardt też grała Hamleta, czego?) (Czy doceniacie, drodzy Czytelnicy/czki, zdania poboczne i wtrącone w nawiasach, jedne za drugimi, jak tramwaj? a będą jeszcze jedne w drugich), nie sposób go tym sprowokować – i NIE będziemy namawiać na wycięcie tych scen, bo nie chcemy zwiększać  poparcia dla aktywnych ostatnio polskich środowisk konserwatywnych, używających sobie na „gejowskim i takim tam” podejrzanym teatrze, ile wlezie. Te rzeczy zostawiamy, i tak wojująca prawica ma się nieźle.

Ale cóż właściwie będzie miał z kolei polski widz do przeciwstawienia zadowoleniu niemieckiego widza z zasady „płacę i dostaję odpowiednio długi spektakl”? Przypomnimy mu oto, że on za to dostaje trzy w jednym! Bo też 32 omdlenia według Czechowa w Teatrze Polonia (2011) składały się aż z trzech jednoaktówek. W jeden wieczór! To dopiero jest efektywna gospodarka czasem. Polski widz może więc powiedzieć „idę do teatru i poznaję od razu trzy teksty”, i to nie bynajmniej skróty à la Reader’s Digest, tylko aktorstwo z najwyższej półki (Janda – Stuhr – Gogolewski), oczywiście w stosownym tempie, bez dłużyzn, milczenia itd.  (Wszystko, co koleżanka autorka proponuje Castorfowi, ten już przerobił – w roku 2010 wystawił bowiem Trzy siostry łącząc je z Chłopami (Czechowa, nie Reymonta) i nazwał to Do Moskwy! Do Moskwy!)

No więc jest 1:1, możemy  przystąpić do dalszej racjonalizacji gospodarki czasem i energią w teatrze berlińskim. Skoro już wiadomo, że należy wziąć Polkę Krystynę Jandę, aby było szybciej z tym Czechowem, to ruszmy to, wnieśmy sensowny wkład w bilateralne projekty, które można sprawnie  sfinansować (a skróty i cięcia zawsze można dobrze uzasadnić, no nie?). Nie bądźmy tacy sceptyczni. W życiu, jak  w teatrze, liczy się także tempo podejmowania decyzji. Działajmy od razu. Niech kulturę niemiecką wzbogaci piękna mowa nadwiślańska. Skądinąd zarzut kumoterstwa nie powinien się pojawić, skoro grają już w tej sztuce niegdysiejsza towarzyszka życia Castorfa oraz przyjaciel Heinera Müllera. Nie mam racji?

A wówczas będę mogła poznać w Berlinie Krystynę Jandę, usadzę ją przy stole i poczęstuję bigosem i pierogami mojej mamy – bo będzie na to jakieś dwie godziny czasu więcej niż w wersji pierwotnej, gdzie liczy się tylko strawa intelektualna. A gdyby kolacja się miała przedłużyć, to proponuje jeszcze odzyskać parę sekund zmieniając pisownię z Tschechow na Czechow. (No Чехов przecież! Jeszcze o dwie litery krócej. I tak to Dorota napisała tekst, a ja mam ostatnie słowo!)

Sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość jest siostrą talentu.
Czechow, “Pojedynek”

Zima

Dorota Cygan

7.00 – 7.30. Protokół myślowy z drogi do pracy

Jakiż piękny ten puch. Każdy płatek wdzięczy się i tańczy, a wszystkie razem kładą się do stóp, by mogły miękko stąpać, dając poczucie maksymalnego komfortu. Birkenstock by tego lepiej nie wymyślił. A ta biel dookoła, sakralna cisza i odświętność! Ależ to potrafi ukoić. Gdyby tak sobie  w domu powiesić  jakiś medytacyjny obraz w tym stylu, prawie całkiem biały, z kilkoma punktami nieśmiałej czerni i błękitu…

Bialy-kwadrat-1918_MOMA
Kazimierz Malewicz, Białe na białym, 1918, MOMA

No, nie od razu Caspar David Friedrich, można i skromniej, może by się coś kupiło, jak to zlecenie wypali, taki stonowany krajobraz w bieli, to jednak uspokaja, jak się robi tyle rzeczy i ma trochę spraw na głowie, zresztą coś trzeba robić dla wsparcia artystów, tak może bez przesady, niekoniecznie w randze Tarasewicza, ale w miarę możliwości, no i naprzeciw łóżka fajnie wygląda, takie śnieżne światy na białej ścianie, ciekawe, czy Malewicza zainspirował taki piękny śnieg, no bo jakoś na ten biały kwadrat wpadł.

tarasewicz-bruzdy
Leon Tarasewicz, Bruzdy 1985 http://galeria-arsenal.pl/wystawy/leon-tarasewicz-malarstwo.html

Ech, fajnie jest, przepiękne widoki, a nogi same niosą, ten chłód nawet daje niezłego kopa, aż się człowiek spręża na myśl o dzisiejszej to do list. Jak się potem tak wejdzie z zimnego w ciepłe, to się robota sama usuwa, energia człowieka rozpiera, właściwie to można by przygotować parę seminariów na zapas – na te leniwe i banalne tygodnie potem. Ależ wszystko ostro widać! Powietrze przejrzyste, że hej, może nawet wyjdzie słońce. A  na razie i bez tego puch się mieni tak srebrzyście, aż się człowiekowi zdaje, że chodzi po skarbach, ech,  chce się żyć.

ruiny_Eldena_1808_spalone_1931

Caspar David Friedrich, Mnich na śniegu (Ruiny klasztoru Eldena zimą) 1808; wystawiony w Szklanym Pałacu w Dreźnie, który spłonął w roku 1931 (obraz też).

xxx

Noo, teraz nawet trochę mocno zawiewa, trzeba się pochylić, hehe, nietzscheański heroizm w śniegu i pod wiatr, oto człowiek. Z tego heroizmu piszący trzy listy motywacyjne w weekend (np. najbliższy). To  w sumie nawet dobrze robi tak się rozpisać. Nooo, ale teraz to już nieźle zawiało, uff, trzeba było jednak wziąć czapkę, ależ te palce zgrabiałe, nawet kaptura nie przytrzymają…, ale nie marudźmy – trzymać to się trzeba struktur i obowiązków, nerwy trzymać na wodzy, od malkontentów trzymać się z daleka,  żebraków na dystans, rodzinę w garści, a z ludźmi wpływowymi trzymać sztamę. Tak trzymać i już. O, a tu co? Chyba wybiło wodę, zmarzlina podtopiona, poślizgać się można, bęc , no, to akurat nie był popisowy lot, płasko i blisko ziemi, łokieć boli, w zasadzie ktoś powinien odpowiadać za ten wyciek i masy śniegu, teraz to już nikt nie pracuje na serio. A ten gość, hola, jedzie, jakby oczu nie miał, prawie po chodniku, hej, patrz jak jedziesz, bryzgasz na boki, tak, tak, sam się postukaj w czoło, nie, mój drogi, do chodzenia po chodniku nie trzeba prawa jazdy, to się zdziwisz, jak cię zgłoszę na policję, po numerze rejestracyjnym cię znajdą, będziesz się tłumaczył za nieumyślne stwarzanie zagrożenia, tylko się tak dalej stawiaj, to zobaczysz. Ależ sypie, własnych nóg nie widać, a co dopiero rowerzystów, co za brak wyobraźni, czysta brawura, zaraz się wyłożycie mądrale jedne, cała ta wasza ekologiczna  wyższość moralna, z dzieckiem na siodełku, jeszcze chwila a będziesz leżał, ignorancie. Bęc, no właśnie, jeden nieostrożny krok i ból w kostce, proszę bardzo, sekunda nieuwagi, a łokieć też jakoś nie przestaje, rwie coraz bardziej. Że też żaden autobus tu nie jeździ, to jakaś paranoja, miasto wzięła w jasyr jedynie słuszna sekta ekologów a normalni ludzie… no cóż, ale trzeba się jakoś dowlec na miejsce, może się stawy powoli rozgrzeją, będzie ok. Ale to pisanie aplikacji to bez sensu, pracy nie ma i nie będzie, chyba że przy produkcji studiów wykonalności dla ścieżek rowerowych i wiatraków. I reklam tychże – także. A co będzie? Zima będzie. Jedna się skończy i nazajutrz zacznie druga. Będzie jeden kolor i już. Praktycznie. Najwyżej różne warianty brudnej bieli lub czystej szarości, jak kto woli. Mniej dylematów dla malarzy kolorystów. Czarno to widzę? Tak się wam zdaje, bo siedzicie przy komputerach, przebrzydli kreatywni. To ja wam coś powiem. Tak po prawdzie, to te płaty śniegu wyglądały na chodniku, jakby nad Oldenburgiem przeleciało sto tysięcy gołębi i wszystkie miały rozstrój żołądka, tyle wam powiem. A cała reszta zachwytu nad tym puchem to nic innego jak zakłamane  fantazje niespełnionych literatów upojonych faktem, że mogą posiedzieć w domu, gdy inni pracują. Oto cała filozofia drobnomieszczańskich estetycznych uniesień, ich podszewka i głębia. A malarze też nie lepsi. Tyle wam powiem. Bęc.

(Protokół sporządzono maszynowo lewa ręką. Ważny bez podpisu)

Halle poza sezonem

Dorota Cygan

Halle, Kaminer i my. Albo odwrotnie.

Halle to wyzwanie. Nie tylko dla inwestorów, którzy, jak pisał przed 10 laty Władimir Kaminer w zbiorku historyjek Moja niemiecka księga dżungli, odeszli jeden po drugim, zostawiając to niebywałe eldorado na pastwę kolejnych inwestorów, w efekcie czego miasto przez chwilę o mały włos nie zasłużyłoby na przemianowanie go na Spielhalle. To wyzwanie także dla turystów, którzy wszak przyjeżdżają, żeby coś podziwiać, a nie pokrytykować dla zabawy. Lepiej sobie nie używać na takim mieście jak Halle i nie bawić się na koszt tych niewielu mieszkańców, którzy jeszcze się opierają trendowi migracyjnemu w zachodnim kierunku i trzymają fason. A że trudno się tej (poniekąd tradycji) oprzeć, skoro już Haendel opuścił Halle w wieku 17 lat, trzeba przyjąć, że tak to już jest.

halle1

Jako że pisarze bynajmniej nie rozpieszczają Halle opisami literackich podróży (a do traumatyzującej prozy rozliczeniowej Edgara Hilsenratha po prostu bałybyśmy się sięgnąć, by sprawdzić, czy Halle tam się w ogóle pojawi),  poczułyśmy trochę z przekory chęć okazania temu miastu spoza znanych tras turystycznych choć na krótko trochę uwagi. Jak tu nie poczuć solidarności na widok wielkopłytowych pomników socjalizmu, o których Kaminer pisał, że przeniosły go w myślach w czasy jego moskiewskiej młodości? Wiedzione tym impulsem i  prawdę mówiąc  trochę po to, aby z bezpiecznego dystansu naszych berlińskich domostw poczuć za darmo lekki horrorek, pojechałyśmy szukać Neustadt, spodziewając się, że dzielnica robotnicza będzie miała coś z dawnej zwartości, dumy i siły wczesnego socjalizmu. Ale nie. Rozstrzelona w przestrzeni na wiele kilometrów, może być jedynie metaforą dysocjacji osobowości lub jej zapowiedzią – dla tych eksperymentatorów, którzy jednak chcieliby autentyzmu na dłużej niż nasza krótka i intensywna przejażdżka.

halle2

Dajemy jednak miastu szansę, inaczej niż nasz wspomniany berliński autor o rosyjskich korzeniach (i uprzedzeniach). I widzimy: bogate wille  z czasów grynderskich, na wielu ozdobne fasady z przełomu wieków, bardziej wyważone proporcje niż ich odpowiedniki w Berlinie, czyli takie trochę jak w Dreźnie, widzimy starania konserwatorskie całkiem nowej daty i (mniej lub bardziej udane) próby adaptacji starych murów zamkowych do potrzeb wystawienniczych, tereny spacerowe i – no niestety, nie da się  skłamać – zupełny, uderzający i bolesny… brak ludzi. Jest oczywiście jakieś prawdopodobieństwo, że w niedzielne popołudnie w swoich czterech ścianach popijają lokalnego (!) szampana marki Rotkäppchen lub Mumm, testując realną lub fikcyjną różnicę między nimi po fuzji obu firm, ale nie jest ono wielkie. Ale być może w tej degustacji (fakcie kulturowym!), którą zawdzięczam właśnie Kaminerowi i którą regularnie praktykuję  na lekcjach niemieckiego, prosząc uczniów o arbitralne rozstrzygnięcie wewnątrzniemieckiego sporu intrakulturowego o wyższości jednego trunku nad drugim, tkwi rozwiązanie? Nie wiem, co pijał Lyonel Feininger, kiedy jeszcze przed dojściem nazistów do władzy i wymuszoną emigracją mieszkał półtora roku w Halle i malował tutejsze kościoły i wieże, ale w tym, co zostawił naszym oczom, jest magiczne zaklęcie rzeczywistości tego miasta – zaklęcie tych uliczek i placów, wyniesienie ich ponad realizm w rejony magiczne. Bo po pierwsze trzeba umieć patrzeć, żeby widzieć. Ale po drugie można nałożyć filtr wyobraźni i dopiero ruszyć w miasto. Albo wrócić jeszcze kiedy indziej, o innej porze roku. Zobaczymy.

Lidia Głuchowska

„Martwy sezon” w Halle

– we wszystkich tego słowa znaczeniach – nie tak mało wcale ma do zaoferowania. Niemal nie zniszczone podczas wojny, w pewnych zakątkach przypomina nie tylko zamożny niegdyś Lipsk, rezydencjonale Drezno, lecz i kurortową Jelenią Górę.

Hallepodwojne1

Jeśli nieopatrznie rozpocząć wycieczkę przy tutejszej Leopoldinie (niemiecka Akademia Nauk, założona w roku 1652, mieszcząca się w dawnym budynku loży masońskiej z roku 1820; informacja dla wrocławiaków – ich Aula Leopoldina jest starsza, bo zbudowano ją w latach 1728-1741), przez zamkniętą bramę będzie można popatrzeć na dziedziniec pełen róż chronionych przez pałuby, posępnie emanujący pustką.

Leopoldina

Po chwili jednak, nawet przy pochmurnej pogodzie, dostrzec można i „spolia” z lepszych czasów, które budzą refleksje i prawdziwy zachwyt.

Pobliski Moritzburg pozostawia wrażenie jeszcze bardziej ambiwalentne. Z tą perłą późnogotycko-renesansowej architektury, z portalami przywodzącymi na myśl i Wawel, i Chocim, i Lwówek Śląski, nie nazbyt życzliwie bowiem obeszli się konserwatorzy.

2_Halle pieknebrzydkieTak jedno ze skrzydeł wewnętrznych dziedzińca, ogołocone z balkonów, jak i monumentalne, zewnętrzne mury od strony „fosy”, z pewnościa odstraszą jak obronny gród…

Wewnątrz – podobna konsternacja – przyjazna obcokrajowcom obsługa „na piękne oczy” uwzględnia zniżkę dla dziennikarzy i historyków sztuki, stoi w kontraście z kubistyczno-więzienną szatnią i prowizorium aranżacji znakomitej skądinad wystawy fotografii z arcydziełami podpisanymi: Sudek, Sander, Man Ray, Witkacy, Rodczenko, Cindy Shermann…

Za chwilę znów zaskoczenie – stała ekspozycja: Die Brücke – Nowa Rzeczowość, konstruktywizm – przyciąga i koi wyważonym rytmem barw poprzecznych ścian – z początku dyktowanym staccato tonów harmonizujących z obrazami Schmidta-Rottluffa – stopniowo wyciszanych monochromią prounów Lissitzky’ego, rzeźb Lemmbrücka i protorenesansowych okien z marionetkami tutejszego teatru, rodem z wczesnych lat trzydziestych.

4 halle ekspopodw

Za progiem uwagę przykuwają Meduzy-maszkarony, i te z dziedzinca zamku, i te z bram wyburzanych kamienic

5 halle MaszkaronypodwojneKolejna perła to kościół w rynku – i jego cztery wieże – dwie od frontu i dwie z tyłu. Piąta, ta na zewnątrz, góruje ponad placem, za wielkim jakby dziś wobec rangi miasta.

8 halle-kosciolWewnątrz – arcydzieło proporcji – zgrabne i maleńkie – regencyjno-rokokowe organy dźwigają atlanty. A naprzeciw – jak żart architekta – „organki” – cukierkowe jak z dziecinnego pokoju, no i strojne w herby – na tle malowanej protestanckiej przypowieści.

Ponad wszystkim – sieciowe sklepienie, wykreślone regularnie, rodem z wzornika. Jest tu i ambona – kryta rozgwiazdą, jak po jubilersku zdobiona wieńcem manierystycznych putt.

10 ambona-sklepienie

Znak czasu to wystawa: a jakże –  ruch oporu – rodzeństwo Scholl – przestroga – byliśmy tu – raz jeszcze.

Trzecią odsłonę sztuki określa inny duch – „Piękno niewidomych”. To wystawa mody projektowanej wyłącznie z myślą o nich – ze smakiem i społecznym zmysłem – niewątpliwie potrzebnym.

gorset
Designerskie ubrania w minimalistycznym zestawie barw – bieli i czerni – zdobi tekst w alfabecie Braille’a, często wiersze lub myśli niewidomych modeli, dla widzących tłumaczone w folderach.

To przesłanie imponuje – idea integracji – czy dostrzeże ją świat poza Halle? Media? Internet?

12 moda-podwoj

Ewa Maria Slaska

Halle monochromatyczne

To ja byłam praprzyczyną wyjazdu do tego zimnego i pustego miasta, ponieważ miałam swój (bardzo skromny) udział w przygotowaniu wystawy mody dla niewidomych – pięknej mody dla pięknych niewidomych. Obejrzałyśmy wystawę, owszem, ale spóźniłyśmy się na wernisaż. Ale nie żałujemy. Wchłonęło nas miasto, miasto poza sezonem, martwe miasto, miasto monochromatyczne. Halle. Monochromatyczne z plamami czerwieni w strojach dwóch kobiet na moście.

***
O wystawie były już na blogu dwa wpisy:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/02/26/die-schonheit-der-blinden/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/09/modenschau-fur-blinden/

I jeszcze tu (choć już nie u nas): http://www.kunstforum-halle.de/veranstaltungen/die-schoenheit-der-blinden.html

halle-koniec

Jajko czy kura?

Dorota Cygan

Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony

Niemiecki  ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać:  sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym,  przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił  ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich.  No cóż, jak Genuss to Tarantino.

Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem  dajcie się nieść obrazom.

A jak to osiągnąć?

  1. Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
  2. Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była  także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha –  a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
  3. Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem,  ja też nie lubię tego spolszczenia)).
  4. Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.

Dlaczego podwójnej?

Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na  lekturę książki po – a nie przed filmem.  Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?)  z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego?  Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod  wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.

A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!

Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że  z  tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.

A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.