Listopad 2020. Asiu…

Ela Kargol

Asiu, od kilku miesięcy mówię do Ciebie tym zdrobnieniem, łagodniejszą wersją Aśki. Aśka była żywotna, pełna wigoru, planów, obowiązków, zabiegana, Aśka była zadziorna, pełna pomysłów, też naszych wspólnych, naszych wyjazdów, wspólnego pisania, rozmów, wędrówek pieszych i rowerowych z przerwą na piwo albo dwa. Aśka była życiem. I nie wiem w którym momencie przestałaś być Aśką. W momencie, kiedy Ty jeszcze może nie wiedziałaś, a ja już wiedziałam, że trzeba oswoić śmierć, która nadejdzie prędzej czy później, a ze śmiercią trzeba łagodnie, trzeba po dobroci.

Wtedy stałaś się Asią.

Nie pamiętam, kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłam i nie wiem, kiedy ostatni. Ten ostatni raz na pewno da się poszukać w naszych whatsappowych rozmowach.
Trochę mnie oszukałaś, niechcący. Miałyśmy dalej pisać o Berlinie, pojechać pociągiem do Kultury do Wrocławia, potem do Szczecina, albo odwrotnie, miałyśmy chodzić z naszymi wnukami na spacery, place zabaw, na koncerty, wykłady, miałam do Ciebie wpaść, jak wyjdziesz ze szpitala, jak znowu Cię podleczą, wyleczą i na chwilę będziesz znowu Aśką.

Ja z Poznania, Ty znad morza, spotkałyśmy się na studiach w Poznaniu. Smukła, wysoka z czupryną długich rozwianych loków na głowie, taką Cię pamiętam. Nie byłyśmy wtedy przyjaciółkami, ale dobrymi koleżankami, zresztą do Ciebie wszyscy ludzie lgnęli. Miałaś w sobie jakiś magnes, który przyciągał nie tylko samych ludzi, ale i to, że się przed Tobą otwierali, a ty cierpliwie i z zainteresowaniem ich wysłuchiwałaś, każdą ich historię, wspomnienia, przeżycia. Tylko u Ciebie mogłam sie wyżalić, gdy umarł mi ojciec, gdy zięć opuścił moją córkę. Teraz, gdy jestem chora też bym do Ciebie najchętniej przyszła. Przyjdę.

Przyjechaliśmy z Tomkiem autostopem do Gdyni, pamiętam twój rodzinny dom, kotlety mielone, które przygotował nam twój ojciec, bez jajka, bułki tartej i przypraw, tylko ze solą. Pyszne.
Ja na drugim roku zostałam mamą i na kilka lat wyniosłam się z życia studenckiego, ale gdzieś tam się mijałyśmy, na pewno na strajku. Potem wszyscy zaczęli wyjeżdżać na zachód. Ty też pojechałaś.
Znalazłyśmy się w Berlinie, chyba ja Ciebie znalazłam, z naszego roku mieszkało wtedy w tym mieście kilkanaście osób. Byłaś jedną z nielicznych, z którymi nawiązałam kontakt. Inni się pochowali, zaczęli nowe życie, nie szukając starych przyjaźni.
Z Witkiem Kamińskim byłam świadkiem na twoim pierwszym, może niefortunnym ślubie. Nie, ślub był fortunny, ale dalsze codzienne życie już nie bardzo.
Zamieszkaliście na Märkisches Viertel dzielnicy z wielkiej płyty, przypominającej polskie osiedla. Udawałaś, że ci się podoba. Przedtem mieszkałaś na Kreuzbergu, nie pamiętam gdzie. Tam w tym mieszkaniu przedtem, tam przychodziły tłumy ludzi. Nie pamiętam ich wszystkich, niektórzy czekali na wyjazd gdzieś dalej. Dużo z nas zostało w tym mieście otwartym i zamkniętym, pięknym. Stąd było blisko do Polski, i ta bliskość, mimo braku wyjazdów pomagała. A Berlin przyciągał i cały czas to robi.

W końcu zostałaś mamą, założyłaś rodzinę, w dalszym ciągu przyciągałaś do siebie ludzi, a ludzie ciebie. Szczęście jest pewnym stanem, który się docenia, gdy on przeminie. Wychodząc z takiej definicji szczęścia, byłaś bardzo szczęśliwa.

Twój rak był z tych gorszych, z tych, które stawiają cię zaraz na przegranej pozycji. Jeszcze trochę pozwala ze sobą walczyć, prowokuje, okłamuje, podpuszcza, niby tak się boi tej całej chemii, że już go nie ma, no może jeszcze trochę, że niby się usuwa, że zdrowie wraca. Gówno prawda, a tu bęc, przyczaił się i od razu powalił, już nie pozwolił na jakieś gierki. Raczysko, wstrętny wróg, którego tylu wokół pokonało, tylko nie ty. Dlaczego nie ty? Nawet twojej mamie było dane 9 lat walki. 9 lat, to tak dużo. Mała Ela pamiętałaby Cię nie tylko ze zdjęcia.

O śmierci mało rozmawiałyśmy, chociaż nie, inaczej: o śmierci naszej, twojej i mojej mało rozmawiałyśmy. O innych śmierciach, tak. Zawsze przecież umierają inni, aż do teraz.
Bo teraz umarłaś Ty i jakaś część mnie w tobie, Asiu.

Wierszolisty powstały i powstają od czasu, gdy odeszłaś, a ja jeszcze jestem.

Asiu…

Joasiu, dokąd poszłaś i mnie nie zabrałaś?
Sama.
Tam nie ma świata, tam jest niebo, tam tylko samoloty i chmury i słońce i nic.
Nic, a może jednak coś?
Może Bóg, może Matka Boska?
Może mama, tata, przyjaciele, których już dawno przestaliśmy opłakiwać.
I anioł stróż, który nie rozpostarł nad Tobą skrzydeł,
bo już nie mógł,
bo chciał, żebyś dołączyła,
bo właśnie Ciebie wybrał.
Jedną z pierwszych.
My już będziemy po tobie.
Nie wiemy w jakiej kolejności.
Wybranką jesteś.

Nowy adres

Byłam dzisiaj u ciebie,
pod twoim nowym adresem,
tam, gdzie jeszcze cię nie ma,
tam, gdzie Chrystus upada pod krzyżem,
a Maryja wszystkiego ze szczytu dogląda,
tam, gdzie bluszcz alejki wyściela,
i liściom daje posłanie.
Który blok, które piętro i które mieszkanie?
Ah, o piętro nie powinnam się pytać.
Mówłaś, że przecież się spoktamy.
Jak nie teraz, to kiedyś,
jak nie tu, to tam.
Wiewiórka skacze z gałęzi na gałąź,
wrony grzebią w śmietniku.
A ta jesień, taka złota, taka polska.
Widziałaś ją, jeszcze miesiąc temu.

Ładnie tu.
Przyjdę do ciebie, jak się wprowadzisz.
Nie będę się umawiać,
przecież będziesz, Asiu.

Odwiedziny

Odwiedziłam Cię dzisiaj
w twoim nowym mieszkaniu.
Ta sama dzielnica,
trochę mniejszy metraż.
Ulica bez nazwy,
ale za to z numerem.
Coraz zimniej się robi
i dzień taki krótki.
Czy duszom jest zimno?
Jeśli tak, to Cię ogrzeję,
czapkę na zimę przyniosę, szalik i rękawiczki.
Wypijemy herbatę i grzane piwo.
A potem każda z nas pójdzie w swoją stronę.
Ty ulecisz, ja odjadę.

Będę tęsknić.

A na dodatek jeszcze to

Oto list stowarzyszenia, skupiającego polskich lekarzy w Niemczech. Słyszeliście o tym?
Ciekawe, gdzie jeszcze Panowie Rządzący Obecnie Polską szukają ludzi i pieniędzy?

Dr Bogdan Miłek
http://www.poloniamed.de
poloniamed@gmail.com

W., w dniu 15.11.2020

Szanowny Pan
Jarosław Kaczyński
Prezes Partii Prawo i Sprawiedliwość
Wicepremier Rządu RP

Szanowny Panie Premierze,

W związku z apelem posłanki Joanny Lichockiej na łamach prasy do Niemiec o „zwrot polskich lekarzy” w czasach pandemii COVID-19 jestem zobowiązany, jako Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech, zabrać głos.

Kiedyś emigrowano za chlebem. Zarobki lekarza po czarnorynkowym kursie wynosiły 10 – 15 dolarów na miesiąc, a wszystko można było nabyć jedynie za dolary (rok ok. 1988). Wówczas niektóre kraje przyjmowały polskich lekarzy i dawały im szansę na pracę. Uratowało to polskich lekarzy także dla Polski. Wielu dzieli się swą zdobytą najnowszą wiedzą medyczną z kolegami w kraju, m.in. poprzez zorganizowanie przez Federację Polonijnych Organizacji Medycznych wraz z kolegami z Polski, szczególnie środowiskiem Izb Lekarskich 10 wielkich kongresów medycznych. Zajmował się tym szczególnie niedawny kandydat PIS na Senatora – prof. Marek Rudnicki. Szereg stypendiów, szkoleń i staży, organizowanych poprzez fundacje i organizacje polonijne, podnosi poziom wiedzy polskich lekarzy. Dzieci wielu polskich lekarzy z całego świata studiują na polskich uczelniach na studiach płatnych, a co za tym idzie, zostawiają pieniądze w kraju i wspierają tym samym warunki studiowania krajowych studentów.

Reasumując Polonia, mimo odległości geograficznych i granic administracyjnych, sercem jest w Polsce. Dlaczego Polacy decydują się na emigrację, skoro zawsze o niej pamiętają i wspierają?

Oczywiście, że 98% polskich lekarzy emigrantów wolałoby, by Polska stała się krajem, z którego już nikt nie emigruje – poza ciekawością świata i względami rodzinnymi – lecz niestety tak nie jest i to nie od nich zależy. Jako przyczynę emigracji (i jednocześnie braku dostatecznej ilości personelu) wiceminister zdrowia Waldemar Kraska w wywiadzie dla „Wirtualnej Polski” wykluczył wysokość wynagrodzenia.

Należy zaznaczyć, że nieporównywalnie większe są możliwości szkolenia specjalizacyjnego np. w Niemczech czy Austrii niż w Polsce… Ponadto ogromne znaczenie ma organizacja pracy, atmosfera panująca w kraju zamieszkania, poczucie wolności jednostki. Ratując z pełnym poświęceniem zdrowie i życie pacjentów lekarze nie chcą być z tego powodu prześladowani, szykanowani jako grupa zawodowa czy straszeni prokuratorem.

Pozostaje jeszcze kwestia powrotu do kraju i możliwość dalszej praktyki lekarskiej. Polski lekarz pracujący w kraju Unii Europejskiej, który pragnie odnowić prawo wykonywania zawodu musi przejść cały szereg formalności i płacić składki izby lekarskiej pod groźbą windykacji jej przez komornika.

W tych dniach mija 40 lat od pierwszego w Polsce strajku w sprawie służby zdrowia. W sali Gdańskiego Urzędu Wojewódzkiego strajkowały polskie pielęgniarki, przedstawicielki oświaty i kultury – o więcej pieniędzy na służbę zdrowia, o poprawę warunków leczenia i pracy. Na czele – Alina Pieńkowska-Borusewicz. Wiele środowisk poparło ten strajk!

Studenci krakowskiej Akademii Medycznej byli pierwszymi w Krakowie, i bodaj pierwszymi studentami w Polsce, którzy zorganizowali strajk okupacyjny w 1980 roku. Strajk poparły wszystkie środowiska Akademii Medycznej, wezwały do niego obie organizacje studenckie (NZS i SZSP). Na czele strajku stanął charyzmatyczny wówczas przewodniczący NZS-u AM Bogdan Klich, w prezydium KS znalazł się też młody członek SZSP Bogdan Miłek (niebawem w duchu postrajkowym zostanie szefem Rady Uczelnianej), w Komitecie strajkowym studenci – dziś Rektor CMUJ Tomasz Grodzicki oraz obecnie najwyższy rangą lekarz – urzędnik Unii Europejskiej, były wiceminister w rządzie Jerzego Buzka – Andrzej Ryś. Grupa absolwentów Akademii Medycznej wspierała logistycznie pewną część strajkujących – w tej grupie był też obecny prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja. Wówczas kierowałem sekcją żywieniową strajku i mogę zaświadczyć, że na bramce strajku przy ul. Grzegórzeckiej 16 ludzie mieszkańcy przekazywali słowa wsparcia, zachęty i życzyli wytrwania. Przekazywano nie tylko pozdrowienia ale i dary- m.in. wspaniałości kulinarne mimo panującego wówczas kryzysu, kartek na żywność itp.

Oba strajki wygrały – najpierw ten w Gdańsku, a potem ten nasz, krakowski. Jaka panowała wówczas solidarność, jaki entuzjazm, i brak podziałów – chodziło o zdrowie WSZYSTKICH! Bez podziału na lepszych i gorszych.

Minęło 40 lat, w Polsce, zmieniło się wiele, ale stan służby zdrowia nadal pozostawia wiele do życzenia. W niektórych dziedzinach (np. kardiochirurgia) poczyniono duże postępy, ale co z pozostałymi?

Niewątpliwie czas na zmiany z entuzjazmem, takim jak wspólnoty sprzed 40 lat, ale bez sztucznego tworzenia podziałów, siania wrogości miedzy Polakami czy oczekiwania od pielęgniarek i lekarzy pracy ponad ludzkie siły. Potrzeba zmian systemu,

Przed ponad 50 laty wybitny krakowski lekarz i humanista, prezes Krakowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej, profesor Julian Aleksandrowicz wespół ze swoim przyjacielem, krakowskim biskupem Karolem Wojtyłą oraz ówczesną świecką władzą w Krakowie zorganizowali akcję obywatelską pod hasłem „przez wzajemną życzliwość do zdrowia i dobrobytu”. Może byłby czas do tego nawiązać?

Z poważaniem

dr n. med. Bogdan Miłek

Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech

Pismo powstało przy współpracy Katarzyny Wieczorek, skarbniczki PTM, przedstawicielki młodego pokolenia emigrujących lekarzy

Z wolnej stopy 21

Zbigniew Milewicz

Pamięci obrońców Daugavpils

Nasi korespondenci zagraniczni nie próżnują. Aina Jakovele z Łotwy przysłała mi jeszcze ciepłą informację o odsłonięciu pomnika dowódców kampanii łatgalskiej, o której pisałem w materiale Polacy nad Dźwiną z 26 sierpnia b.r. Pomnik, przedstawiający marszałka Józefa Piłsudskiego oraz generałów Edwarda Rydza-Śmigłego, Janisa Balodisa i Peterisa Radzina powstał w Parku Wolności w Daugavpils, wpisując się pięknie we wspólne, łotewsko-polskie obchody odzyskania niepodległości. Uroczystość miała miejsce 15 listopada i była celebrowana przez przedstawicieli władz wojskowych i państwowych obydwu krajów.

Czytelników zainteresowanych szczegółami operacji wojennej sprzed stu lat, przeprowadzonej w ramach wojny polsko–bolszewickiej, odsyłam do tego wpisu. Dzisiaj natomiast chętnie przytoczyłbym słowa marszałka Piłsudskiego, który powiedział: „Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi. A niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale bardzo kosztownym”. Przypomniano je przy odsłonięciu pomnika, bo pod Łatgale armia łotewska i polska straciły kilkuset żołnierzy, kilkuset kolejnych zostało ciężko rannych a kilkudziesięciu zaginęło. Igor Prelatov, przewodniczący Rady Miasta Daugavpils, czyli Dyneburga, wyrażając wdzięczność ludziom, którzy złożyli tę ofiarę, podkreślił , że minęło ponad 100 lat, a przedstawiciele Łotwy i Polski po raz kolejny stoją tu razem, co oznacza, że czas ich zjednoczył i współpracują ze sobą coraz bliżej. Nic nie cementuje przyjaźni narodów tak mocno, jak wspólne bitwy, wspólne straty i wspólne zwycięstwa – mówili kolejni oratorzy. Oczywiście, akcentowano również obecne, wielkie znaczenie Sojuszu NATO dla obronności Łotwy i Polski oraz fakt, że nasi żołnierze ze sobą współpracują w ramach różnych, konkretnych zadań. Polscy żołnierze są również obecni w łotewskiej grupie bojowej, aby zademonstrować nie tylko pozycję i jedność sojuszu wojskowego, ale także zjednoczenie obu narodów poprzez przyjaźń” – stwierdzono.

Pomnik dowódców kampanii Łatgale wykonano ze specjalnego metalu – cortine; autorem jest Romuald Gibovsky. Cortin nie potrzebuje malowania. Z czasem nabiera charakterystycznego, rdzawego odcienia, który pasuje do tego środowiska, pobliskiej kolei, budynków i wydarzeń z przeszłości. Koszt produkcji i montażu pomnika wyniósł ok. 20 tysięcy euro; pokrył go polski fundusz wspierający Polaków na Wschodzie.

Zdjęcia z gazety Latgales laiks.

A tu tekst po łotewsku:

Atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem

Polijas un Latvijas neatkarības gadadienas svinību ietvaros svētdien, 15. novembrī pl. 12.00, Daugavpilī, Brīvības parkā netālu no krusta kritušajiem poļu karavīriem, tika atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem – maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerālim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam, kuri vadīja kaujas, kurās Daugavpils tika atbrīvota no lieliniekiem.

Pirms vairāk nekā simts gadiem Latgalē sākās Polijas un Latvijas armijas kopīgā uzbrukuma operācija “Ziema” ar mērķi padzīt Padomju Krievijas lieliniekus. Polijas un Latvijas valstu vadītāji secināja, ka, tikai darbojoties kopīgi, valstīm izdosies aizsargāt savu suverenitāti.

1919. gada 30. decembrī Polijas militārais atašejs Rīgā pulkvedis Aleksandrs Miškovskis, Latvijas Bruņoto spēku virspavēlnieks ģenerālis Jānis Balodis un Latvijas armijas virspavēlnieka štāba priekšnieks ģenerālis Pēteris Radziņš parakstīja vienošanos par sadarbību. Lēmumu par Polijas iesaisti karadarbībā pašos Latvijas austrumos pieņēma Polijas valsts vadītājs maršals Juzefs Pilsudskis.

3. janvārī Polijas un Latvijas spēki ģenerāļa E. Ridza-Smiglija un Latvijas armijas Galvenā štāba vadībā stājās cīņai ar iebrucēju. Kopumā kaujās iesaistījās ap 20 000 Latvijas armijas un 35 000 Polijas armijas karavīri. Gaisa temperatūra janvārī bija noslīdējusi līdz -30 °C atzīmei. Daugavpils tika atbrīvota jau pirmajā uzbrukuma dienā. (…)

“Poļi vēlas neatkarību un vēlas, lai tā maksātu tikai divus grašus un divus asins pilienus. Taču neatkarība ir ne tikai vērtīga, bet arī dārga,” kādreiz teicis Polijas armijas virspavēlnieks Juzefs Pilsudskis. Latgales atbrīvošanas kaujās Latvijas un Polijas armija zaudēja vairākus simtus karavīru, vēl vairāki simti tika smagi ievainoti, bet vairāki desmiti karavīru pazuda bez vēsts.

Daugavpils domes priekšsēdētājs Igors Prelatovs, uzrunājot klātesošos, pauda pateicību tiem, kas savulaik palīdzēja Latvijai aizstāvēt savu suverenitāti. “Ir pagājuši vairāk nekā 100 gadi un Latvijas un Polijas pārstāvji atkal stāv šeit kopā, kas nozīmē, ka laiks mūs ir apvienojis un mūs sadarbība kļūst aizvien ciešāka,” uzsvēra Igors Prelatovs.

Turpinājumā klātesošos uzrunāja arī Polijas pagaidu pilnvarotā lietvede Latvijā, konsule Malgožata Heiduka-Gromeka.

Latvijas Nacionālo Bruņoto spēku komandieris ģenerālis Raimonds Graube klātesošajiem atgādināja senu patiesību, ka nekas neuztur tautu draudzību tik stipri kā kopējas kaujas, kopēji zaudējumi un kopējas uzvaras. Turpinājumā viņš nolasīja Latvijas aizsardzības ministra Arta Pabrika vēstuli.

Zemessardzes 3. Latgales brigādes komandieris pulkvežleitnants Oskars Purmalis nolasīja NBS komandiera ģenerāļa Leonīda Kalniņa vēstuli, kurā viņš pauž pārliecību, ka Latvijas un Polijas militārā savienība nav formāls dokuments, bet gan radīta uz izcila vēsturiskas draudzības apliecinājuma. “Arī patlaban Polijas karavīri atrodas Latvijas kaujas grupas sastāvā, lai demonstrētu ne tikai militārās alianses nostāju un vienotību, bet arī abu nāciju savienību caur draudzību,” vēstulē norādījis Leonīds Kalniņš.

Pasākumā tika nolasīta arī Polijas kultūras ministra Pjotra Gļinska un Polijas armijas ģenerālštāba komandiera ģenerāļa Raimonda Andžeičaka vēstule. Pēc apsveikuma uzrunām un vēstuļu nolasīšanas Igors Prelatovs un Malgožata Heiduka-Gromeka atklāja pieminekli, kam sekoja ziedu nolikšana.

Piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem — maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerāim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam ir izgatavots no speciāla metāla — kortēna. Tā autors ir Romualds Gibovskis.

Kortēnam nav nepieciešama krāsošana. Ar laiku tas iegūs rūsai līdzīgu nokrāsu, kas piestāvēs šai videi, tuvumā esošajam dzelzceļam, ēkām un to tālo dienu notikumiem. Pieminekļa izgatavošanas un uzstādīšanas izmaksas ir teju 20 000 eiro, tās sedz Polijas fonds, kas atbalsta Austrumu zemēs dzīvojošos poļus.

 

Listopad 2020, spacery cmentarne

Ela Kargol

Friedhof Schöneberg III

Cmentarz przy Stubenrauchstrasse w Berlinie Friedenau założony został w roku 1881, wciśnięty między kamienice, szkołę, otoczony wysokim murem, po którym bluszcz pnie się aż na drugą stronę, prawie na ulicę, a szkolne podwórko pełne dziecięcego gwaru doskonale kontrastuje z cmentarną ciszą. We Friedenau nie było miejsca na cmentarz. Poświęcono jeden z placy, mianowicie Plac Hamburski. Już przy planowaniu cmentarza, myślano o jego likwidacji. Cmentarz przetrwał do dziś.

Mówi się o nim, że jest cmentarzem artystów z uwagi na bliskość osiedla zwanego Kolonią Artystów (Künstlerkolonie Berlin). Ale nie tylko artyści znaleźli tu ostatnie miejsce spoczynku.

Najczęściej poszukiwanym i odwiedzanym grobem jest grób Marleny Dietrich.

Przychodziłam tu na spacery z córką, gdy Marlena jeszcze żyła, a na cmentarzu był tylko grób jej matki. Ale ja o tym wtedy nie wiedziałam. Prawdopodobnie mało kto o tym wiedział. Dopiero gdy na grobie matki Marleny pojawiła się informacja o likwidacji grobu, a do odpowiednich urzędników dotarło, o jaki grób chodzi, kartkę o przemijającym terminie ważności usunięto, a grób uporządkowano.

Uwielbiałyśmy „katakumby”, które naprawdę są kolumbarium, zaprojektowane przez tego samego architekta, który zbudował wcześniej już wspomnianą szkołę i kaplicę cmentarną. Hans Altmann urodzony w Gdańsku główny architekt dzielnicy Friedenau zaprojektował nie tylko tę szkołę, ale jeszcze dwie inne. Jedną z nich, Paul Natorp Oberschule ukończyła moja młodsza córka. Gdy wydawało się, że nie starczy miejsca na cmentarzu we Friedenau, wzorem innych dzielnic zakupiono grunty za Berlinem, w Güterfelde (wtedy Gütergotz) i w roku 1914 otwarto dla dzielnicy Friedenau cmentarz Waldfriedhof Friedenau in Gütergotz, który graniczy bezpośrednio ze znanym cmentarzem w Stahnsdorfie. Kształtem cmentarz nawiązuje do zarysu dzielnicy Friedenau. Nie cieszył się on długo popularnością. Zmieniły się tradycje pochówków i za duża odległość od Berlina nie sprzyjały planom architektów i pomysłodawców. Cmentarz, ten w Güterfelde jest dość pusty. Jedynym znanym grobem jest grób Maxa Schrecka, aktora, mieszkańca Friedenau, odtwórcy roli hrabiego Orlok w słynnym filmie Murnaua Nosferatu – symfonia grozy.

W dolnej części  kolumbarium zawsze było sporo wolnych „mieszkań” i tak jest do teraz. Ta pustka bardziej wieje grozą niż jej część nadziemna, prawie całkowicie “zamieszkana”.

Dzisiaj przyszłam tutaj już z dorosłymi córkami i wnuczką, która nie może się nadziwić, jak szybko i sprawnie skaczą wiewiorki, jak szybko i sprawnie chowają orzechy między nagrobne kwiaty i jesienne liście. Z ponownym ich znalezieniem będzie już kłopot.

Trzy starsze panie siedzą na ławce przy honorowym grobie kompozytora Ferruccio Busoniego, dokładniej u stóp pomnika „Geniusz”, autorstwa Georga Kolbe i grzeją się w promieniach listopadowego słońca, delektują kawą, zagryzają tortem. Podchodzę bliżej, każda trzyma na kolanach papierową tackę z kawałkiem szwarcwaldzkiego tortu. Urodziły się chyba tuż po wojnie, więc nie mogą już być tymi słynnymi „Wilmersdorfer Witwen” z musikalu „Linie 1”, chociaż takie było moje pierwsze skojarzenie. I nagle zachciało mi się też, jak one wypić kawę i zjeść ciastko wśród tej grobowej nieciszy. Wysłałam córki do graniczącej z cmentarzem cukierni, zapragnęłam może nie dziadów, ale małej uczty cmentarnej. Torcik makowy, cappucino, a obok anioł śmierci, harce wiewiórek i dwie wrony.

Wrony łączą się z symboliką śmierci, w każdym kraju te wierzenia są trochę inne. Dla mnie wrony zawsze są duszami zmarłych. Wspominam tych, którzy niedawno odeszli i tych, o których zawsze będę pamiętać. O wiewiórce nic nie wiem, więc doczytuję.

Wiewiórka tak jak wrona jest podobno zwierzęciem mocy, ale zamiast śmierci przynosi nam witalność i radość z życia. Może to dobry znak, że wiewiórki, choć mniejsze od wron, cały czas je przeganiają. Życie zwycięża, zawsze.

Obok mogiły Marleny Dietrich jest grób Helmuta Newtona, słynnego fotografa, dwadzieścia lat młodszego od Marleny. Pochodził z zamożnej żydowskiej rodziny, w roku 1938 udało mu się opuścić Berlin i przez Singapur dotrzeć do Australii. Helmut Newton sfotografował Marlenę w roku 1983, choć niektórzy mówią, że po kłótni artystów w latach 70, Dietrich odmówiła dalszej współpracy z Newtonem i fotografowi do zdjęcia pozowała lalka w ubraniu artystki. Helmut Newton obchodziłby 30 października swoje setne urodziny, stąd bardzo oficjalny wieniec na jego grobie, przysłaniający zdjęcie fotografa.

Przechadzam się alejkami, pełnymi starych drzew, czytam nazwiska, daty. Prawie każdy cmentarz ma kwatery z mogiłami z obydwu wojen. Choć nie wszyscy to żołnierze, ale ich mogiły zawsze poukładane są w wojskowym szyku.

Pod wielkimi płaczącymi bukami jest grób inny od wszystkich, kolorowy, z popielniczką i butelką piwa, z puszkami ze sprayem i pisakami, na zniczach różne napisy. Yanneck miał 18 lat, gdy zginął wraz z kolegą podczas sprajowania kolejki miejskiej. Yanneck był artystą graficiarzem. Koledzy graficiarze bardzo dbają o mur cmentarny.

Mazia, moja wnuczka wyprosiła u mnie aparat, by fotografować wybryki wiewiórek. A gdy jej uciekały wynajdywała takie cudeńka na grobach, których ja, choć w okularach, bym nigdy nie dostrzegła. Złotka, serduszka, morskie koniki i małe kamienie, a na nich jeszcze mniejsze namalowane aniołki. Doskonale przeciwstawiają się aniołom śmierci, które pod postacią posągu otwierają drzwi do świata zmarłych i krainy wieczności, choć niektóre stoją tylko na straży grobu.

Nad bramą cmentarną dostrzegam symbol alfy i omegi, dwóch liter alfabetu greckiego który powtarza się często na nagrobkach. Α i Ω, początek i koniec, a pomiędzy nimi jest życie i wiele liter. Moją ulubioną literą jest pi, dla matematyków liczba π, w środku alfabetu greckiego, w środku życia, liczba niewymierna i nieskończona.

Nie każde życie zaczyna się alfą, a kończy omegą, niektóre kończą się wcześniej, na becie, gammie, lambdzie albo właśnie na pi.

Wspomnienia (2): wojna

Umarła moja Teściowa, Zofia Slaska. W zeszłym tygodniu przypomniałam pierwszą część wywiadu z nią spisanego w roku 2010 przez mojego wnuka. Dziś druga część.

Zofia Slaska, babcia i Jacek Slaski, wnuk rozmawiają o życiu babci w czasie wojny

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze. Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Bielskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka, Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września, się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała.

Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w 1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Asią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Asi, która mieszkała z matką w Kielcach. Gestapo przyszło do Asi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski zamieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej synowie chodzili do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Asia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Hanusi i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać. Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy (tu gdzieś jest cała paczka listów). Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie. Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie „mleczarek” przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.

I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia ze swoją opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto dziesiąte i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

Tak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy nie dopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka, ta, która przeżyła, mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali do nas, odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Asia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były jakieś komplikacje,i Henryk pojechał na tę operację do Szwecji.

Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci.

Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć. Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania. I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Też i nie wiem, co to dla ojca znaczyło, ta wizyta, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku.

To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

We dworze już od 1940 roku mieszkali różni ludzie, Wojtek Morawski, który był mniej więcej w moim wieku, ale przede wszystkim zamieszkałau nas ciocia Azia Umiastowska, siostra mojej mamy, z mężem morfinistą. Nie była to moja ulubiona ciotka, a mój ojciec nie lubił jej męża, bo był leniem, ale co było robić. Od czasu uwięzienia mamy ciocia Azia prowadziła dom. Nie znała się na tym zupełnie, ale musiała i jakoś dawała sobie radę. Była chora psychicznie, miała ataki, chciała się targnąć na życie, pilnowano jej, ale uciekała. Mój ojciec sprowadzał do niej neurologa, a jak dostawała leki, jakieś krople na uspokojenie, to jej mąż je jej podpijał. Brakowało mu morfiny i sięgał po wszystko. Pamiętam, że była taka umowa z aptekarzem, bo była apteka w Janowie, że służba folwarczna z Bystrzanowic mogła realizować receptę u aptekarza, a rachunek pokrywał ojciec. Tylko recepta musiała być podpisana przez lekarza i mojego ojca, a jak ojca nie było, to przeze mnie, choć miałam dopiero kilkanaście lat, ale nie przez ciocię Azię. Ojciec bał się, że mąż cioci Azi mógłby zmusić ją do podpisania sfingowanych recept na morfinę.

Ty wciąż jeszcze byłaś uczennicą?

Byłam uczennicą, ale mieszkałamw domu i uczyłam się, miałam nauczycielki. Te panie się zmieniały. Bo moja nauczycielka, która mnie uczyła całą podstawową szkołę i jeszcze przez 1 i 2 klasę gimnazjalną już sama stwierdziła, że dalsze uczenie mnie przekracza jej możliwości. Języków uczyła mnie w tym czasie ciocia Azia. Angielki nie było, bo w 1939 roku wywieźli ją Niemcy. Niemcy zebrali wszystkich cudzoziemców, już nie wiem, czy w Częstochowie, czy wszystkich odstawiono do Warszawy i stamtąd wysiedlili ich na Zachód, do Holandii. Potem miałam drugą nauczycielkę, bardzo wspaniałą panią, która byłaz wykształcenia chemikiem bodaj czy fizykiem, chemikiem chyba, i ona mnie uczyła półtora roku. Ale ciocia Azia dla niej była przykra i ona odeszła. Mnie powiedziano, że dlatego, że mama jej choruje, ale naprawdę, to przez ciocię. Później się z tą panią jeszcze widziałam, były kontakty nawet po wojnie, śliczne sukienki mi przysłała dla Ewuni. A z jej siostrzenicą, nie – z bratanicą, byłam na studiach w Poznaniu, ale ja byłam na czwartym roku a ona na pierwszym. I to ona mnie odnalazła. I później była jeszcze jedna nauczycielkaz Częstochowy, która uczyła mnie pół roku. I tak skończyłam cztery klasy gimnazjalne. Już byłam sama, bo nie było Wojtka, który wyjechał do Krakowa po aresztowaniu mamy, więc i tak było trudniej. No a później pojechałam do sióstr Nazaretanek do liceum do Częstochowy.

We wrześniu 1943 roku?

Nie, to był rok 1944, w Warszawie było powstanie, do końca powstania było niespokojnie i ja chyba dopiero pod koniec października pojechałam do szkoły. To była szkoła dziewczęca, w klasztorze. Weszłam do klasy z bieżącym programem, ale musiałam sama nadrobić te pierwsze dwa miesiące. Nadrabiałam i na Boże Narodzenie pojechałam do domu. W szkole było fajnie, bo wreszcie miałam koleżanki. A poza tym miałam wspaniałe oparcie, bo mój ojciec, jak sprowadził tę Hanusię Dąbrowską z sierocińca i przywiózł ją z Kielc do Bystrzanowic – Hanusia była malutka, miała 6 lat, była 10 lat młodsza ode mnie, urodzona w kwietniu w 1938 roku – to przyjechała z nią pani Anka Lisińska, która była jej opiekunką w Kielcach jeszcze, do czasu aresztowania moich kuzynek. Anka była trochę starsza ode mnie i uczyła się sama. Panna Zofia, ta moja nauczycielka, jej pomagała, jakieś podręczniki dla niej sprowadzono i Anka uczyła się sama. Myśmy przerabiali – myśmy, bo wtedy był jeszcze Wojtek, całą tą zimę z roku 1942 na 43 – trzecią klasę gimnazjalną, a ona chyba pierwszą licealną. Anka poszła do sióstr wcześniej niż ja. Mój ojciec bardzo wspomagał ten klasztor i jakoś to zostało finansowo załatwione, że Ankę tam przyjęto. Jakaś inna pani z córeczką przyjechała zajmować się Hanusią i jej ojciec, ten właśnie Henryk Dąbrowski, zabrał ją w 1946 roku do Anglii, gdzie jeszcze dotąd żyje.

No więc w szkole w Częstochowie miałam w Ance wspaniałe oparcie, ona już była w klasie maturalnej i pomagała mi w matematyce. Bo ja miałam te dwa miesiące do nadrobienia. Polskiego nie musiałam nadganiać, miałam znajomość literatury na odpowiednim poziomie i nie było też problemem samej poduczyć się geografii czy historii, ale matematyka! A trzeba było nadgonić i program z matematyki, bo z każdego przedmiotu miałam ustny sprawdzian.

Wróćmy jeszcze do wojny. Jak funkcjonowały Bystrzanowice podczas wojny?

Wojna dotkliwie dała się odczuć w życiu rodziny, ale nie dotknęła majątku. Bystrzanowice znalazły się na terenie Generalnej Guberni, czyli nie zostały włączone do Niemiec. Trzeba było obowiązkowo odstawiać kontyngent, tak to się nazywało, bardzo duże ilości zboża, a wysokość dostawy była naliczana w zależności od ilości ziemi użytkowanej rolniczo. Był też przymus sadzenia takiej rośliny, która się nazywała oxalis, z której Niemcy chcieli produkować paliwo. Ziemniaki się nadal wywoziło do syropiarni, tylko pewnie tam Niemcy zabierali produkcję. Kolczykowano też świnie – Niemcy wprowadzili taki „spis” świń, wiedzieli, ile ich było i nie wolno było zabić dla siebie na potrzeby gospodarstwa, tylko te wyliczone sztuki, wyhodowane do normalnej wielkości, musiały być dostarczone do niemieckiej rzeźni. Oczywiście to się omijało, jak się zabijało świnię, to się jej obcinało kolczyk z ucha i przyczepiało prosiakowi.

A pracownicy?

Stosunek ludzi do ziemiaństwa nie zmienił się w czasie wojny. W każdym razie u nas się tego nie odczuwało. Mój ojciec był bardzo uważający dla swoich pracowników. Na przykład sprzedawał im zboże po normalnych cenach, co było w gruncie rzeczy nieopłacalne, bo na czarnym rynku zboże było wielokrotnie droższe. Ale ojciec nie handlował zbożem na czarnym rynku. Bo to było tak – część ziemian stawiała ponad wszystko wartości etyczne. Mówiło się – chlebem się nie handluje. Nie w czasie wojny. Sprzedaje się uczciwie, ale nie na lewo. Tak samo wuj Staś z Planty nie sprzedawał na lewo żyta, bo to jest chleb.

Dlaczego akurat zboże było towarem na czarnym rynku?

Polakom nie wolno było mieć białej mąki na bułki, tylko razową. Bo biała mąka jest nieekonomiczna – tylko 40% ziarna idzie na mąkę, reszta to otręby, czyli pasza dla zwierząt. Kaszy manny też Polakom nie wolno było mieć. Dlatego się jechało do znajomego młyna, bryczką, z wizytą, wiozło się 50 kilo pszenicy, za to dostawało się 20 kilo kaszki manny dla dzieci, dla staruszków.

Czyli pradziadek nie handlował na czarnym rynku?

A i owszem, ale nie zbożem. Bo na polach siało się nie tylko samo żyto czy ziemniaki, ale była też plantowana koniczyna czy lucerna, których jednak nie kosiło się jako zielonych roślin, tylko były hodowane na nasiona. I to się bardzo opłacało. Nasiona się odstawiało do spółdzielni rolniczej, za to się dostawało deputat cukru, spirytusu albo wódki i materiały, kupony na odzież. Wódkę całą ojciec sprzedawał. W domu się nie piło, trochę się robiło nalewek, więc jak był deputat na 100 litrów, to się powiedzmy dwa litry zostawiało w domu, a resztę się sprzedawało, gdzieś tam w Częstochowie. Cukier też ojciec częściowo sprzedawał.

Czyli trzeba było odstawiać kontyngent dla Niemców, ale trzeba też było płacić dzierżawę? Jak to było z tą dzierżawą?

Dzierżawa opiewała właściwie na dziewięć lat, ale przepisy w czasie wojny były takie, że nie rozwiązywano umów i dzierżawa się przedłużała na czas nieokreślony. Gdy Rosjanie się zbliżali, Niemcy dosyć szparko zwiali ze Złotego Potoku i okolicy, chyba już w marcu, ale jeszcze w kwietniu próbowali bombardować Częstochowę. Pamiętam, bo już wtedy, od 1944 roku, byłam w internacie u sióstr Nazaretanek. Był alarm. Kazano nam zejść do piwnicy. Siedziałyśmy rządkiem w takim korytarzu kuchennym, a z nami Matka Przełożona. Nie pamiętam dokładnie, co tam robiłyśmy, pewnie różaniec odmawiałyśmy. W okolicy Częstochowy nie było żadnych walk, w każdym razie ja nie widziałam żadnych akcji wojennych, tylko koło Bystrzanowic przejechały jakoś tak bokiem sowieckie czołgi, w drodze na Zachód.

Bystrzanowice cały czas były pełne ludzi?

Pod sam koniec wojny wszyscy ci krewni i znajomi, którzy u nas mieszkali, po kolei opuszczali Bystrzanowice. Ciocia Azia wyjechała, jej męża, już po wojnie, zastrzeliło podobno AK, ponoć miał kogoś zdradzić. Cioci Azi znacznie się poprawił stan zdrowia, ale później, w Krakowie, miała chyba znowu jakieś kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Początkowo pracowała jako nauczycielka, uczyła języków. Kiedy się jej pogorszyło, opiekowała się nią jej młodsza siostra, ciocia Zosia, która też w międzyczasie owdowiała.

Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Cd w poniedziałek za tydzień

Koledzy mojej Cioci

Ciotuchna (spisała Ewa Maria Slaska)

Moja Ciocia ma 92 lata i jest ostatnią osobą z rodziny z tego pokolenia. Wszyscy inni już odeszli, a ona wciąż sprawna intelektualnie, dowcipna, zaangażowana, mieszka z kotem na Ochocie w Warszawie. Ja mam Ciocię na Ochocie, mówię zawsze, jak ktoś mnie pyta, gdy jadę do Warszawy, gdzie będę mieszkała? Ciocia teraz, od dwóch chyba lat, już nie pisze sama, ale dawniej pisała, jako Mirka albo jako Ciotuchna, jej teksty można znaleźć tu na blogu, liczne i na różne tematy, od wspomnień okupacyjnych po relacje o tym, jak domowa suczka miała małe. Dziś już nic mi nie napisała, ale porozmawiałyśmy.

Zacznijmy więc od tego, że Ciocia chodziła do słynnej szkoły, czyli tzw. Rejtana, który był jedyną szkołą, jaka w miarę nietknięta wyszła z wojny i powstania. Reszta leżała w gruzach, a uczniowie tłoczyli się jakichś zaimprowizowanych budynkach. W szkolnym roczniku Cioci, tym który przyszedł do szkoły w roku 1946, a w roku 1948 zdał maturę, było kalendarzowo licząc aż siedem lat metrykalnych. Najmłodsi uczniowie urodzili się w roku 1931, a uczyli się na kompletach i często przeskakiwali klasy. Z drugiej zaś strony byli też uczniowie z roczników 1924 czy 1925, którzy przez całą wojnę nie mogli chodzić do szkoły. Teraz uczyli się wszyscy razem, a byli wśród nich różni bardzo potem znani ludzie. Jednym z nich był malarz Fangor, o którym już kiedyś z Ciocią sobie poplotkowałyśmy, a ja te plotki spisałam i opublikowałam TU.

Tym razem właściwie nie będzie nic o Fangorze, tylko troszeczkę o Madzi, która z Ciocią i Józiem chodziła do tej samej klasy i o tym Józiu dziś poplotkowałyśmy, czyli o Józefie Patkowskim, a to dlatego, że właśnie ukazała się jego biografia, zatytułowana…

Niezwykły tytuł, a podobno on sam był równie niezwykły. Urodził się 15 listopada 1929 roku w Wilnie. Dziś miał by urodziny, i to sprawiło, że dziś tu o nim piszę. Zmarł 26 października 2005 roku w Warszawie.

Pochodził ze znanej profesorskiej rodziny. Jego ojciec, również Józef, był profesorem fizyki na Uniwersytecie w Wilnie, niewykluczone, że również dziadek był profesorem, ale na temat dziadka nic nie znalazłam.

O tacie Józefa, muzyka i muzykologa, Wikipedia pisze:

Józef Stanisław Patkowski (1887-1942) – polski fizyk. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Monachium. W 1917 uzyskał tytuł doktora filozofii. W II RP był naukowcem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Tematem jego badań była promieniotwórczość i spektroskopia optyczna. W roku 1934 uzyskał nominację na profesora zwyczajnego. Po wybuchu II wojny światowej mieszkał w Warszawie z żoną i pięciorgiem dzieci. Był wykładowcą na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Zginął w nocy 20/21 sierpnia 1942 roku podczas bombardowania Żoliborza w trakcie sowieckich nalotów na Warszawę.

O synu zaś czytamy:

Józef Patkowski, (1929-2005) polski muzykolog i twórca muzyki filmowej. Zasłużony dla rozwoju polskiej muzyki elektro-akustycznej.
Ukończył w 1953 studia muzykologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, przedstawiając pracę magisterską pt. “Znaczenie prawidłowości akustycznych w badaniach muzykologicznych”. Równocześnie, w latach 1950–1953 studiował fizykę na UW. Przeszedł do historii polskiej muzyki współczesnej, jako założyciel (w 1957) Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia – jednego z najstarszych na świecie, a pierwszego w Europie wschodniej, którym kierował do 1985. W 1974 założył Studio Muzyki Elektronicznej Akademii Muzycznej w Krakowie, które prowadził aż do 2000. Był także czynny w środowisku muzycznym, będąc latach 1979–1985 prezesem Związku Kompozytorów Polskich, później (1985–1996) sekretarzem generalnym Polskiej Rady Muzycznej przy UNESCO. Od 1989 do 1995 sprawował także funkcję prezesa Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego. Był członkiem honorowym Związku Kompozytorów Polskich, Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej oraz Deutsche Gesellschaft für Elektroakustische Musik.

Na stronie culture.pl można jeszcze znaleźć notkę o karierze akademickiej Patkowskiego: Od 1952 roku był wykładowcą akustyki, technologii muzyki elektroakustycznej i estetyki muzyki XX w., do r. 1972 na stanowisku asystenta, w latach 1974-1995 starszego wykładowcy, a później docenta kontraktowego w Zakładzie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1992-2000 był wykładowcą w Akademii Muzycznej w Katowicach, a w latach 1995-2000 profesorem nadzwyczajnym Akademii Muzycznej w Krakowie.

Recenzent(ka) biografii Patkowskiego pisze:

Agnieszkę Pinderę zafascynowały łatwość, z jaką Patkowski łączył wiedzę z różnych dziedzin, oraz intuicja pomagająca mu wyławiać nowe, wartościowe przejawy twórczości. Zgromadzony materiał pokazuje, że można Patkowskiego uznać za jednego z pierwszych kuratorów sztuki w Polsce, oddanego artystom opiekuna projektów na pograniczu nowych mediów, performansu i instalacji. Tak jak awangarda w muzyce ukształtowała Patkowskiego jako muzykologa, tak neoawangarda na polu wszystkich sztuk ukonstytuowała przyjętą przez niego rolę – mediatora między dziełem a odbiorcą. „Ambasador muzyki z Marsa” jest więc nie tylko biografią Józefa Patkowskiego, ale też raportem z kształtowania się nowego interdyscyplinarnego zawodu kuratora, który upowszechnił się wraz z nadejściem XXI wieku i wyszedł poza mury muzeów i galerii sztuki współczesnej.

Pisze też, że: Patkowski swoją pasję realizował dzięki współpracy z kompozytorami i animacji życia koncertowego, a dla jego audycji – nadawanych począwszy od 1959 roku – zasiadali przed radioodbiornikami spragnieni nowej muzyki słuchacze.

Inny recenzent, dr hab. Paweł Możdżyński, dodaje, że tłem życia zawodowego Patkowskiego były kolejne punkty zwrotne życia kulturalnego w XX wieku: socrealizm, odwilż, stan wojenny, obrady Okrągłego Stołu.

Przyglądam się tym różnym zapiskom i dziwię się, że nie ma w nich tego, co prawdopodobnie z punktu widzenia (słyszenia?) normalnego widza w tym, co wiemy o Patkowskim jest pewnie najważniejsze: był jednym z twórców i kuratorów Warszawskiej Jesieni, festiwalu, o którym Ciocia powiedziała krótko i treściwie: moje ucho tego słuchać nie umiało i nie chciało.

Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” to największy w Polsce i jeden z ważniejszych na świecie festiwali muzyki współczesnej. Powołany został do życia w roku 1956, a już w roku 1958 podjęta została decyzja, że organizowany będzie corocznie. Przez długi czas był to jedyny festiwal muzyki współczesnej w Bloku Wschodnim. Organizatorem “Warszawskiej Jesieni” jest od początku Związek Kompozytorów Polskich. Festiwal odbywa się w drugiej połowie września i trwa dziewięć dni.

W powyższych zapiskach nie ma też innej, z naszego punktu widzenia, ważnej informacji: w roku 1985, po 25 latach pracy, Józef Patkowski został wyrzucony z Polskiego Radia.

Krzysztof Knittl na pogrzebie Józefa Patkowskiego przypomniał nie tyle wielką postać, ile człowieka, który przyjął jego i jego żonę na rok do siebie na mieszkanie, kiedy Knittl kończył pracę magisterską i nie miał gdzie mieszkać. Wspomina to z wielką atencją i wzruszeniem.

…miał bardzo silną, przywódczą osobowość, był niezwykle kreatywny i oryginalny, a także skuteczny. Wymyślał lub wynajdywał istotne muzyczne cele i najczęściej sam realizował swoje projekty (…) lubił pracować w grupie i umiał kierować zespołami wielkich indywidualności. Przyjaźnił się z najwybitniejszymi twórcami swojej epoki, drugiej połowy XX wieku, (…) często przebywał z młodymi kompozytorami, w Studio Eksperymentalnym organizował dla nich seminaria i warsztaty, próbując zarazić ich swoją miłością do nowej sztuki, a nade wszystko do muzyki elektroakustycznej. (…) był tolerancyjny, miał wyrafinowane poczucie humoru, (…) świetnie gotował.

Cała nasza klasa u Rejtana, ta która zdawała maturę w 1948 roku, była bardzo ciekawa, mówi Ciocia. Była to klasa matematyczna, a mnie ta informacja stopuje, bo całe życie wiedziałam, że Ciocia jest zakamieniałą humanistką i, bądź co bądź, psycholożką. Dlaczego chodziłaś do klasy matematycznej?, pytam i myślę, że znam Ciocię całe swoje życie, przegadałyśmy ze sobą setki, a może tysiące godzin i nie wiedziałam, że jako licealistka ciocia uważała się za matematyczkę i zamierzała studiować na politechnice.

W klasie było sześć dziewcząt i 40 chłopaków. Była taka grupka czterech kolegów – Józek Patkowski, Bogdan Wyporek, Maciek Zimiński i Rysio Gajewski – która… wybudowała sobie łódkę. Gdy łódka była gotowa, chłopcy spytali katechetę, księdza Bronisława Kuleszę, czy zechciałby ją poświęcić? Kulesza był typem księdza rebelianta, do historii nie tylko szkoły przeszło, że cytował… Lenina w oryginale, bo, jak twierdził, tłumacz nic nie zrozumiał i wszystko przeinaczył. Kulesza zgodził się, przyszedł umówionego dnia nad Wisłę, poświęcił łajbę i wszedł jako pierwszy na łódź. Stał wyprostowany jak maszt, a ubrany był w sutannę, tymczasem łódź nieubłaganie zanurzała się w modrej wodzie Wisły. Chłopcy rzucili się do cum, przyciągnęli łódkę na brzeg, przemoczony Kulesza wysiadł i bez słowa sobie poszedł. Pierwszego dnia szkoły cała czwórka siedziała w klasie cicho jak myszy pod miotłą. W końcu Kulesza był i księdzem, i nauczycielem, a oni go zwabili nad rzekę i narazili na różne nieprzyjemności, za które można się było spodziewać co najmniej reprymendy, a najpewniej również kary. Tymczasem ksiądz nie wspomniał o niczym nawet jednym słówkiem, tak jakby całej afery w ogóle nie było.

Chłopcy byli bardzo zainteresowani sportami, pływali, wiosłowali, jeździli na nartach. W szkole było też dobrze działające kółko teatralne. Co ciekawe, dodaje Ciocia, w tym roczniku maturalnym było aż 12 małżeństw. Jednym z nich było małżeństwo ślicznej Madzi, całej w loczkach, z Józiem Patkowskim, w którym urodziło się dwoje dzieci, a które się jednak dość szybko rozpadło. Druga żona Józia była ponoć dość rozmowna, tymczasem Józio, który w końcu nie tylko wykładał akustykę, ale i komponował, a do komponowania, jak mówił, potrzebna jest cisza, gdy przychodzili goście wychodził do kuchni i przygotowywał kolację. Tam przynajmniej było cicho, a kluski nie gadały, tylko smakowały. To zresztą wiemy, Knittl już nas poinformował, że Józef Patkowski gotował nader smakowicie.

Tyle ploteczek szkolnych o wielkim reformatorze powojennej polskiej sceny muzycznej. Pozostaje jednak pytanie, jak to się stało, że matematyczka zamiast studiować elektryczność na politechnice, poszła jednak na studia psychologii w Wyższej Szkole Higieny Psychicznej? I tu, nie po raz pierwszy zresztą, usłyszałam pochwałę… choroby. Podczas wakacji przedmaturalnych Ciocia pojechała na obóz harcerski, który był oczywiście fantastyczny, tyle że wszystkie harcerki wróciły chore na szkarlatynę. Jej stan był tak ciężki, że została umieszczona w szpitalu na oddziale chorób zakaźnych. Czyli z zakazem odwiedzin. Czytać też nie bardzo było można, bo książki też się zarażały szkarlatyną i trzeba je było niszczyć, a w pierwszych latach powojennych nie niszczyło się książek! Ciocia leżała więc sobie sama i bez żadnego zajęcia, zdana całkowicie na siebie samą i własne myśli. Tak się więc stało, że przyszłam do szpitala jako matematyczka, a gdy sobie wszystko gruntownie przemyślałam, po sześciu tygodniach wyszłam jako humanistka.

Mity nasze powszednie (1) Ajtra

Obiecałam Konradowi, że napiszę mu co jakiś czas coś o jakimś micie greckim. Aby nie uznał, że pisząc będę wybierała coś, co dobrze znam, zaproponowałam, żeby podał mi losowy numer strony, szpaltę i lokalizację hasła w mojej ukochanej ongiś książce, czyli Małej Encyklopedii Kultury Antycznej (rok wydania 1968, właśnie zaczynałam studiować archeologię i przeczytałam ten leksykon dosłownie od deski do deski). Wybrał stronę 28, lewą szpaltę u góry. Wylosował Ajtrę, właściwie nawet dwie, obie interesujące, ale musiałam się zdecydować na jedną. Wybrałam pierwszą.

Ewa Maria Slaska

Była córką króla Trojzenu i matką Tezeusza, tyle wiemy na pewno.

Mit chce, by Tezeusz był, jak tylu innych bohaterów (i bohaterek) greckich opowieści, synem (córką) ziemianki i boga. Był więc herosem, podobnie jak Herakles, Jazon, Orfeusz, Orion, Perseusz. Herosi byli ludźmi i umierali tak jak ludzie, bogowie żyli wiecznie. Uważani byli jednak za lepszych ludzi i pośredników między światem bogów i ludzi. Herosi byli piękni, silni, dzielni, wędrowali po świecie, walcząc z bestiami, karząc zbrodniarzy i ratując dziewice z rąk czarnoksiężników i sprzed smoczych pysków. Dziewczęta urodzone w takich związkach były nadzwyczajnie wręcz piękne, co nie zawsze przynosiło im szczęście. Helena trojańska, najpiękniejsza kobieta na świecie, pierwszy raz została porwana, gdy miała lat 12, a porywaczem był… Tezeusz; jej bracia odbili ją z rąk Tezeusza, Helena wyszła za mąż za Menelaosa, króla Sparty, po czym porwał ją Parys i zabrał do Troi, a dalej już każdy wie, Grecy postanowili ją odebrać, rozpętała się wojna, nazwana potem trojańską, która trwała 10 lat, Grecy zwyciężyli, a Helena z mężem wróciła do Sparty, wciąż jeszcze młoda i nadzwyczajnie piękna.

Jeśli niemal nikt nie pamięta Ajtry, matki Tezeusza, sam bohater jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych bohaterów mitów greckich, a jego przygody powtarzają się do dziś niemal niezmienione w legendach o królu Arturze, bajkach o tym jak rycerz pokonuje smoka, wielu opowieściach SF i Fantasy. Klasycznym herosem jest więc sam Tezeusz, podobnie jak Lancelot, rywal i przyjaciel króla Artura, jak Wiedźmin, jak Aragon z opowieści o Władcy Pierścieni, liczni bohaterowie Gry o tron, oczywiście, Don Kichot, a nawet Benia Krzyk, menel i bohater, król odeskich bandziorów u Babla. Praktycznie rzecz biorąc każda wartka opowieść o kolejnych nie związanych ze sobą przygodach walecznych wojowników jest powtórzeniem greckiego mitu heroicznego.

Tezeusz wychowywał się z mamą i dziadkami w Argolidzie. Obaj domniemani ojcowie przespali się z Ajtrą (czyli Eteryczną, a zatem Jasną) tej samej nocy, dlatego nie-jasne jest, który z nich faktycznie spłodził Tezeusza. O świcie Posejdon obiecał Ajgeusowi wyłączne ojcostwo spodziewanego potomka, po czym udał się do swych boskich zadań (co często oznaczało wylegiwanie się na kanapach i popijanie nektaru z ambrozją), a Ajgeus podążył dalej ku swem właściwemu celowi, czyli Attyki, którą zjednoczył i ustanowił jej stolicą Ateny. Zanim jednak odpłynął, pozostawił synowi miecz i sandały. Ukrył je w świątyni i przycisnął głazem. Jeśli urodzi się syn, powiedział Egeusz do Ajtry, powiedz mu, że tu ukryłem dla niego insygnia władzy. Gdy dorośnie i będzie w stanie poruszyć ten głaz, znajdzie tu przedmioty, które ma zabrać i przypłynąć do Aten. Zostanie moim następcą, królem Attyki.

Miecz w kamieniu, Excalibur, to jeden ze starych symboli prawa do władzy, pierworodny syn nie zostaje władcą za nic, musi udowodnić, że ma dość mocy, by po tę władzę sięgnąć.

Interesujące jest to, że w mitologii greckiej w wyniku podwójnego stosunku, a zatem niepewnego ojcostwa, kobieta zazwyczaj rodziła bliźnięta, które mimo iż identyczne, miały jednak odmienną naturę – jeden dzieciak był bogiem, drugi – człowiekiem. Najsłynniejszą taką parą (a właściwie czwórką) są Kastor i Polideukes (Pollux), bracia dziewcząt bliźniaczek Heleny (trojańskiej) i Klitajmestry. Ich ojcami byli Zeus w postaci łabędzia i Tyndareos, mąż Ledy. Polideukes i Helena byli bogami, Kastor i Klitajmestra – śmiertelnikami. Polideukes tak kochał brata, że ubłagał ojca o zapewnienie mu nieśmiertelności. Zeus zgodził się, ale jak to zawsze się dzieje, gdy bogowie coś obiecują – była to zgoda dziwaczna i perfidna. Obaj mieli co dzień zmieniać przeznaczenie. Jednego dnia żyli jako ludzie na Ziemi, następnego przebywali jako bogowie w konstelacji Bliźniąt.

Heros miał do wykonania liczne zadania, które przyjęło się nazywać “prace”. Do prac Tezeusza należało zabicie Minotaura, które uczyniło go sławnym, ale wykonał też wiele innych prac: rozprawił się zwycięsko z ogromną świnią, straszliwym bykiem i trzema zbójami: Perifetesem, Skejronem i Prokrustem, zabił olbrzyma Sinisa i pokonał w zapasach siłacza Mickuna oraz stoczył zwycięską walkę z Centaurami.

Jako archeolożka dodam, że herosi wędrowali po świecie starożytnym na historycznej granicy między kulturą minojską a mykeńską, czyli mniej więcej w XIV wieku przed naszą erą. Tezeusz był przedstawicielem najeźdźców i reprezentował kulturę achajską (mykeńską), a jego słynna wyprawa na Kretę jest opisem zwycięstwa dzielnych i surowych Achajów nad zniewieściałymi mieszkańcami greckich wysp. Jeszcze niedawno Grecy byli poddanymi króla Minosa i co rok musieli mu wysyłać daninę w postaci siedmiu dziewcząt i siedmiu chłopaków, których rzucano na pożarcie Minotaurowi. Młodych ludzi losowano i zazwyczaj siłą wydzierano rodzinom. Tezeusz zgłosił się dobrowolnie z zamiarem pokonania potwora i uwolnienia Attyki od okrutnej daniny.

Minotaur (byk minojski) był pół bykiem i pół człowiekiem. Byki są nieodłącznym elementem składowym kultury minojskiej. Matką króla Minosa była fenicka księżniczka, Europa, którą Zeus pod postacią białego byka porwał, przepłynął z nią z Azji Mniejszej przez morze na Kretę, gdzie spłodził z nią trzech synów. Minos zatem, sam zrodzony z śmiertelniczki i boga w postaci byka, musiał pogodzić się z szaleństwem swej żony, Pazyfae, bez pamięci zakochanej w byku i cierpieć na stałe obecność jej zwyrodniałego potomka, który miał ludzką postać i głowę byka, a obdarzony był nadludzką siłą. Byk ojciec, byk mąż, byk syn.

Można by wzruszyć ramionami i powiedzieć, cóż za bzdura, nawet jeśli zdarza się, że zwierzęta i ludzie uprawiają seks, nigdy nie doczekają się żadnych potomków. Oczywiście na poziomie racjonalnym sceptycy mają rację. Przez wiele stuleci tłumaczyło się te wcale nierzadkie greckie mity o seksie bogów, ludzi, zwierząt, a nawet roślin, zwłaszcza drzew albo myśleniem życzeniowym (Pazyfae zapatrzyła się na byka, ale seks uprawiała z człowiekiem), albo metaforycznym (a więc Pazyfae zakochała się nie w byku, lecz w umięśnionym, silnym i pełnym wigoru mężczyźnie), albo symbolicznym (wyrafinowana kultura ulega zwierzęcej sile barbarzyńców). Ale (pisałam o tym TU) jest też inna możliwość: nie jesteśmy pierwszą wysoko rozwiniętą cywilizacją na Ziemi. Przed nami była jeszcze co najmniej jedna (albo wiele) i ich eksperymenty doprowadziły do upadku ich cywilizacji, pozostawiając nam w dziedzictwie wyprodukowane przez siebie potwory. My właśnie doszliśmy po raz drugi (albo kolejny) do etapu produkcji potworów. Zaczęło się od sklonowanej owieczki Dolly, ale poszło dalej. W środę, 02 kwietnia 2008 roku w prasie znalazła się następująca wzmianka: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Napisałam o tym na blogu, a mój komentarz brzmiał: właśnie wyprodukowaliśmy Minotaura!

Tezeusz z pomocą córki Minosa, Ariadny, pokonał Minotaura, co historycznie oznaczało, że Grecja achajska strząsnęła jarzmo minojskie, choć z upływem lat coraz bardziej się upodabniała do swej poprzedniczki. Ale, jak mawiał Kipling, to już zupełnie inna historia.

Gdy Tezeusz wracając z Krety zapomniał zmienić żagle z czarnych na białe, Ajgeus przekonany, że misja syna się nie powiodła, zabił się, skacząc w odmęty morza, które odtąd zwane jest jego imieniem: Morze Egejskie. Co ciekawe Ajgeus – Egeusz dał też drugą nazwę kulturze greckich wysp, nazywa się ją bowiem nie tylko minojską od króla Minosa, ale również egejską, co oznacza po prostu kulturę wysp na Morzu Egejskim. Tym niemniej zabawne jest pomyśleć, że obaj ojcowie niedobranej pary kochanków, jakimi zostali Tezeusz i Ariadna, dali imię kulturze, którą Minos doprowadził do rozkwitu, a syn Egeusza zniszczył.

Na zakończenie luźnych skojarzeń, jakie wywołało we mnie imię Ajtra, muszę jeszcze napisać o sprawach Tezeusza z kobietami. Zaczęło się od tego, że możliwość zabicia Minotaura, którego ojciec trzymał w  Labiryncie i wydostania się z matni nasz heros zawdzięczał Ariadnie, córce Minosa. Dziewczyna zakochała się w obcym pięknym jak bóg chłopaku i zdradziła mu tajemnicę Labiryntu. Dedal, budowniczy więzienia, przed ucieczką z Krety (uciekał na skrzydłach) powiedział jej, że ktoś, kto wchodzi do labiryntu ma przywiązać jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i rzucić kłębek przed siebie, a ten potoczy się do miejsca gdzie mieszka Minotaur. Uciekając z Krety Tezeusz zabrał Ariadnę ze sobą, porzucił ją jednak, samotną, na wyspie Naksos. Po powrocie do Aten i śmierci ojca Tezeusz został królem. Prowadził rozliczne wojny w tym z Amazonkami. Poślubił królową Amazonek, Antiope. Ich syn – Hippolytos (Hipolit) stał się jako młody chłopak obiektem namiętności kolejnej żony Tezeusza – Fedry. Odtrącona Fedra popełniła samobójstwo, oskarżając Hipolita o molestowanie. Tezeusz wygnał syna i dopiero po jego śmierci poznał prawdę. Wreszcie jako dość wiekowy mężczyzna porwał słynną już wtedy z urody dwunastoletnią Helenę, córkę Ledy i Zeusa, której jednak ze względu na jej wiek nie poślubił. Zachodzi więc pytanie, po co ją zatem porywał.
Wszystkie te historie są dość wątpliwe moralnie.

Zakończenie. Ten wpis mógłby być znacznie dłuższy, mógłby stać się rozdziałem książki, książką, albo księgą. Każde napisane tu zdanie można by było rozwinąć i poprowadzić opowieść w inną stronę, do Racine’a, Prousta, Einsteina, Bachusa, iluminatów, argonautów, wojny trojańskiej, Odyseusza, zabicia Ifigenii, patriarchatu, feminizmu, Freuda, Erynii, Klitajmestry, sztuki pamięci, Ericha von Dänikena, labiryntu, Borgesa… Gdzieś jednak trzeba się było zatrzymać.
Jeśli ktoś ma ochotę też coś napisać o mitologii, serdecznie zapraszam.

Rozmowy a nauka (rozmowy z Konradem)

Ewa Maria Slaska, Konrad oraz (z książek) Dariusz Bogucki, Jack Halberstam

Kasi i Konradowi z podziękowaniem za tysiące inspiracji

Dla wyjaśnienia, dla tych, którzy może tego nie wiedzą. Konrad wiosną zdał maturę w Gdańsku, ma 20 lat i od września studiuje filozofię na jednym z uniwersytetów w Anglii. Komunikujemy się głównie za pomocą WhatsAppa. Przysłał mi (na moje własne życzenie) skrin z prezentacji na temat kradzieży, omawianej podczas wykładów z etyki. Siedem sposobów okradzenia torebki pani Jessop. Chociaż moim zdaniem to nie są sposoby, tylko motywacje, powody albo przyczyny. Ale nie bądźmy drobiazgowi.

Ewa: Przeczytałam, ale jakoś nie poruszyło mnie to wyliczenie
Konrad: Mało co Cię porusza z moich zajęć 🙂. Już się przyzwyczaiłem
Ewa: Naprawdę? Ojej, przepraszam
Konrad: Za co? Tak reagujesz. Jest ok. Może po prostu to nie jest Twoja działka i to Cię zwyczajnie nie interesuje.
Ewa: Nie, nie o to mi chodzi. Mnie interesują różne rzeczy, to nie jest więc pytanie, czy to moja działka, czy nie. Kradzież jest zresztą fascynującym tematem literackim, socjologicznym, politycznym. Oczywiście również filozoficznym. Moim ulubionym bogiem greckim jest Hermes, czyli, wiadomo, bóg kupców i złodziei. Ma skrzydła u stóp. Ale te rzeczy, które mi przysyłasz, są bez polotu i ciężko obarczone nudną powagą. Bardzo nie angielską.
Konrad: Hmmm. No taka jest filozofia 🙂. Szalone pogadanki w środku nocy na balkonie zamieniają się w naukę.

Hmmm, no cóż, ponad wszystko uwielbiam pogawędki na balkonie, a rozmowę uważam za najwspanialsze osiągnięcie ludzkości 🙂

Dariusz Bogucki
z książki Śladami życia

Ciocia Marysia (…) zaproponowała, bym (…) stanął do egzaminu na kurs wstępny na Politechnikę Gdańską. Bo akurat taki się organizuje dla tych wszystkich, którzy nie mieli matury, a chcieli studiować. Bedziesz tam miał to swoje budowanie okrętów, powiedziała, i to od razu na poważnie, na przyszłość.
Plan był prosty: jeśli zdam, a następnie ukończę kurs, po roku będę studentem. Mieszkać zaś mogę u wujostwa, a nie w płatnym internacie.
Zamilkłem z wrażenia. Moje wyśnione morze było na wyciągnięcie ręki, ale decyzję, jakże ważką i „dorosłą”, musiałem podjąć samodzielnie, bez odwoływania się do starszych. No, i nie był to wcale prosty plan. Intuicyjnie czułem jednak, że choć to, co zamierzyłem, jest potwornie trudne, to jest to dla mnie wielka szansa.
(…)
Egzamin na poziomie maturalnym, dopuszczający na kurs wstępny, miał się odbyć na początku września. Wróciłem zatem do Gniezna i zabrałem się ostro do pracy. Powtórzyła się sytuacja sprzed paru miesięcy. Czekał mnie egzamin, do którego brakowało mi dwóch lat regularnej nauki, tyle że o poziom wyżej, bo nie gimnazjalnej, tylko licealnej. Do tego teraz byłem zdany wyłącznie na siebie, gdyż nie było tu pani Lody, która mi wtedy tak bardzo pomogła. Nie miałem też książek, z których mógłbym się uczyć. Skromna biblioteka pani doktor, u której mieszkała moja mama, była czysto medyczna, a w mieście na żadną bibliotekę nie natrafiłem. Gniezno bowiem w czasie wojny zostało włączone do Reichu, a to oznaczało, że działania okupantów miały na celu całkowite zniemczenie wszystkich podległych im grup etnicznych i kulturowych. Stąd niemal zupełny brak polskiego dziedzictwa w tym, co odzyskaliśmy tutaj po wojnie.
Nie mając wyboru, zmieniłem taktykę i zamiast z książek, uczyłem się przez rozmowy z mamą, z panią doktor, i w ogóle z każdym, kto pojawił się na horyzoncie naszego życia. Tak przygotowany, a właściwie nieprzygotowany, z początkiem września pojechałem do Gdańska. (…) Bez większej nadziei, ale zdeterminowany, zasiadłem do egzaminu. Tym razem nie były to zadania, tylko ogromny zestaw pytań w postaci testu z całej wiedzy, jaką przystępujący do matury licealista powinien rozporządzać. Na połowę pytań odpowiedziałem zaraz przy pierwszym czytaniu, na pozostałe, wprawdzie już z namysłem i niezbyt pewny swego, zdążyłem odpowiedzieć, mieszcząc się w czasie.
Następnego dnia okazało się, że dałem prawidłowe odpowiedzi na niemal wszystkie pytania. Egzamin ustny, ku mojemu pełnemu zaskoczeniu, poszedł równie gładko. Tym sposobem, wczesną jesienią 1945 roku, zostałem studentem kursu wstępnego Politechniki Gdańskiej.

Jack Halberstam, Przedziwna sztuka porażki
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2018

* Jack Halberstam (urodzony jako Judith Halberstam) – amerykański kulturoznawca, badający kulturę wizualną, media, sztukę queer i subkultury. Profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Opublikował m.in. Female Masculinity oraz Gaga Feminism. * Przedziwna sztuka porażki to manifest kluczenia, improwizacji, mylenia się, kręcenia się w kółko, w których znaleźć możemy jednak zupełnie nieoczywisty nowy cel. Mając za przewodników SpongeBoba Kanciastoportego i rybkę Nemo wyruszmy w rejs, w którym „zamiast opierać się kresom i ograniczeniom, pozostańmy radośnie wierni wszystkim naszym nieuniknionym fantastycznym porażkom”.

Dziękuję mojej siostrze, która podarowała mi tę pozycję bez żadnej okazji (ale nie bez żadnego trybu), tylko dlatego że uznała, iż Marylin Monroe z wąsami na okładce publikacji o porażce to na pewno książka, którą będę zachwycona. I tak właśnie jest! Patronami wydania są portale Chujowa pani domu, czyli, jak twierdzi jej autorka, Magdalena Kostyszyn, strona przekłuwająca bańkę perfekcjonizmu, oraz Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Michał Michalski, założyciel strony, mówi, że Coaching i rozwój osobisty to taki ruch antyszczepionkowy sfery mentalnej. Cóż za znakomity patronat! jestem pod wrażeniem.

A tu garść cytatów z podziękowań i wstępu, bo już w podziękowaniach objawiają się fantastyczne propozycje:
alternatywne formy produkcji wiedzy (o tak!)
alternatywne pedagogie
dążenie do niewiedzy
które są (jak rozumiem) odszczepieńczą, subwersywną i wywrotową formą uprawiania intelektu poza campusem.

Nie sortuję tych cytatów, nie zaznaczam cudzysłowami, nie wstawiam nawiasów z kropkami. Niekiedy je uzupełniam, najczęściej skracam. Tym niemniej wszystko, co poniżej, to cytaty. Chyba, że coś jest zaznaczone na zielono – bo wtedy to ja.

Zacznijmy od najważniejszego: Rozmowa zamiast praktykowania mistrzostwa faktycznie wydaje się naprawdę konkretnym sposobem bycia w relacji do nabywania wiedzy u mistrza (wykładowcy, profesora, nauczyciela) na uczelni, sposobem wolnym od obowiązku mierzenia się na punkty czy na publikacje (publish-or-perish).

Wszyscy przywykliśmy do tego, iż nasze marzenia idą w rozsypkę, nadzieje zostają rozwiane, iluzje roztrzaskane. Wiemy, wszyscy to wiemy. Co jednak zajmuje miejsce nadziei, gdy jej już nie ma?
Co? Poszukiwanie mądrości i nowego, porowatego jak gąbka stosunku do życia, kultury, wiedzy i przyjemności, sformułowanie alternatywnej wizji życia, miłości i pracy oraz przełożenie tej wizji na praktykę. Radykalni utopiści szukają sposobów na bycie w świecie, innych niż te, które zaleca konsumencki liberalizm.
Ta książka, badając te sposoby w kulturze masowej, porusza się na stałe w obszarze teorii niskiej, starając się zidentyfikować wszystkie miejsca “pomiędzy”, dzięki którym nie ulegamy pokusom konsumpcyjnym, ani nie nadziewamy się na haczyki hegemonii.
Oczywiście liczymy się z tym, że alternatywy zamieszkują w mętnych wodach bezgranicznie mrocznego królestwa krytyki i odmowy.
Autor, tłumaczony czasem jako kobieta (bym chybiała celniej), a czasem jako mężczyzna (Jack Halberstam na okładce), zastanawia się nad sposobami bycia i posiadania wiedzy, które plasują się poza konwencjonalnymi wyobrażeniami o sukcesie, bo sukces w społeczeństwie heteronormatywnego kapitalizmu jest w gruncie rzeczy utożsamiany z dwiema tylko cechami: dojrzałością reproduktywną i gromadzeniem bogactwa. A już nawet ekonomista, a nie tylko antropolog kultury widzi gołym okiem, że obie normy w XXI wieku przestały cokolwiek znaczyć.

Wiek XX zakończył się plajtą myślenia pozytywnego (“sukces jest moim dziełem, porażkę uczynili mi inni”). Sukces to “zbiorowe urojenie”, a bankructwo wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu, oznacza szansę dla odmieńców, bo niepowodzenie to coś, co odmieńcom (queers) zawsze wychodziło wyjątkowo dobrze. Niekiedy niepowodzenie, przegrywanie, niedawanie rady, nieposiadanie wiedzy mogą przynosić twórcze wspólnotowe i zrównoważone rozwiązania. Hasłem takich wspólnot jest zdanie: Nikt nie zostanie na lodzie lub (jak podczas wiosennej pandemii korony lub w listopadzie 2020 roku w Polsce podczas strajków pod hasłem “wypierdalać”) Nigdy nie będziesz szła sama /You will never walk alone.

Być może porażka to najwłaściwszy sposób bycia, pozwala ujść karzącym normom narzucanym nam przez społeczeństwo i pozwala uniknąć iluzji optymizmu. Pozytywne myślenie nie uleczy raka, a fakt, że zachorowaliśmy na raka nie uczynił z nas lepszych ludzi. Optymizm pozytywnego myślenia napędza tryby istniejącego porządku społecznego. Porady typu “bądź sobą” i “podążaj za marzeniami”, jeszcze niedawno najpiękniejsze hasło, jakie można było dać na drogę młodemu człowiekowi, wkraczającemu w życie, okazały się egoistyczną mazią, smarującą tryby korporacji, globalizmu i zniszczenia świata.

Nasz świat nie powinien zostać wydany na pastwę ludziom sukcesu, musi w nim być miejsce na coraz więcej odmieńców. Nauki ścisłe, szczególnie fizyka i matematyka, znają wiele przypadków niesfornych intelektualistów, ludzi błądzących po nieodkrytych terytoriach, don Kichotów nauki. Wprawdzie sam Don Kichot nigdzie w książce nie został wymieniony, jest ona jednak wręcz entuzjastyczną pochwałą donkichoterii i przydaje jej głębokiego sensu społecznego. Ci niesforni intelektualiści unikają konwencjonalnych metod produkcji wiedzy i wydeptanych szlaków, również dlatego że prawidła dyscyplin stoją na przeszkodzie poszukiwań, bo dają gotowe mapy myślowe tam, gdzie intuicja i błądzenie po omacku może przynieść lepsze rezultaty. Wąsko wyspecjalizowane dziedziny nauk, które się wyłoniły się ponad 100 lat temu w odpowiedzi na zapotrzebowanie nowej gospodarki rynkowej, tracą obecnie znaczenie. A to dobry czas, żeby ustalić nowe zasady. Możemy skorzystać z tego czasu, żeby wymyślić od nowa projekt myślenia i uczenia.

Oczywiście teraz, gdy to piszę, pandemia wymusiła na nas nowe techniki uczenia i uczenia się, a my myśleliśmy, że wymusi też na nas nowe myślenie o świecie i naszym w nim miejscu, ale na razie oprócz strachu, co będzie, jak system się zawali, nie widać, żebyśmy się przygotowywali do nowych zadań. Oczywiście najsłabsze ogniwa w łańcuchu sukcesu już czują ciężar spowodowanego koroną kryzysu – młody filozof pisze właśnie w Süddeutsche Zeitung, że jego koleżanki i koledzy nie znajdują teraz typowych prac studenckich, jak praca w knajpach czy babysitting, pracują w fabrykach lub zatrudniają się przy zbiorze jarzyn i owoców. Za każdą linijką tego artykułu czai się strach. Nie jest to oczywiście strach egzystencjalny, nikt z nas jeszcze nie przypuszcza, że będziemy umierać na ulicach i nie będziemy mieli co jeść, ale strach o to, co będzie i jak sobie poradzimy, towarzyszy wszystkim. Mieszkam w Niemczech, państwie opieki społecznej, gdzie każdy, kto nie zarabia sam, może liczyć na urzędową pomoc, ale oczywiście pobieranie zasiłku jest zgodą na to, że urząd pozbawi człowieka części jego praw obywatelskich. Czy dałoby się to rozwiązać inaczej? Przyznając wszystkim wynagrodzenie podstawowe? Wprowadzając zasadę solidarnego podziału tego, co zarabiamy? Opodatkowując bogatych? Robiąc fantastyczny indiański potlacz?

Niewątpliwie potrzebujemy nowych wizji społecznych, politycznych, nowej nauki, nowego systemu nauczania, nowego systemu własności. Bo siedem powodów okradzenia torebki pani Jessop to stosunkowo błahe powody.


– chcemy mieć coś, czego nie mamy (i bez czego świetnie możemy się obejść)
– kradniemy, bo jesteśmy biedni
– kradniemy dla zabawy
– ktoś nas zmusił (dwie opcje)
– jesteśmy kleptomanami (dwie opcje)

Tylko bieda jest w tym przykładzie prawdziwym dylematem. Autor tej listy z typową (chyba) obojętnością angielskiej klasy średniej pomija cały szereg innych powodów (a i obiektów) kradzieży. Bez drążenia tematu, wymienię tu jeszcze kilka problemów:
1. Do kradzieży z torebki (kradzież a sprawa polska)

A. Kradzież, bo się nadarzyła okazja

B. Kradzież, bo nigdzie nie można kupić
C. Bo to państwowe, czyli wspólne, czyli niczyje
D. W stylu Janosika – odebrać bogatym, dać biednym
E. Konspiracyjna (np Piłsudski)
Wersja a: osłabić okupanta
Wersja b: zdobyć środki na dywersję

2. Kradzież dla wyższych celów

A. Sokrates (kradzież duszy ucznia)

B. Prometeusz (kradzież ognia dla dobra ludzkości)
C. Plagiat (kradzież czyjejś własności intelektualnej)
D. Odebranie monopolu
E. Każda własność prywatna jest kradzieżą, a zatem kradzież nie jest niczym nagannym. Więcej nawet: kradzież można potraktować jako wyrównywanie niesprawiedliwego podziału dóbr

Halberstam podsuwa jeszcze jedną opcję dozwolonej kradzieży: kradzież z uniwersytetu (oczywiście nie chodzi o kradzież materialną), chodzi o to, żeby kraść oświecenie dla innych, stworzyć podwspólność uniwersytetów, co równa się deprofesjonalizacji nauki. Uwolnienie procesu zdobywania i tworzenia wiedzy od systemu egzaminowania i zbierania punktów. Nauka w okowach systemów uniwersyteckich równa jest więzieniu. Nie tyle idzie o zniesienie więzień, ile o zniesienie społeczeństwa, w którym możliwe są więzienie, niewolnictwo, płaca.

Czytelność, minimalizm, uporządkowanie są elementami opresji społecznej, bo ich prawdziwym sensem jest uproszczenie, ułatwiające zdyscyplinowanie chaosu. Idei pustego białego pokoju w kanciastym betonowym domu przeciwstawić musimy różnorodność, niezdyscyplinowanie, wzajemność, kolektywność, plastyczność i adaptacyjność. Małe różnorodne ośrodki zamiast ujednolicającej wszystko globalizacji.

Foucault wzywa studentów, by opierali się “globalnym i wszechogarniającym teoriom” i zwracali się ku wiedzy podbitej (ujarzmionej, a przez to porzuconej), czyli tym formom produkcji wiedzy, które zostały przysypane, odepchnięte, zlekceważone, a nawet zakazane. Nowy człowiek nauki powinien zwrócić uwagę na wiedzę naiwną, niską, nienaukową. Ale, tam gdzie to będzie potrzebne, ma bez lęku “okraść uniwersytet”. Okraść i wyjść poza porośnięte bluszczem ściany campusu, wybrać nieważnych, od których będziemy się uczyć, a stawić opór mistrzowi. To właśnie tu pojawia się rozmowa jako forma stawiania oporu mistrzowi.

I to by było na tyle, zatoczyliśmy koło, możemy wrócić na balkon i porozmawiać.

Burnum Burnum

Lech Milewski

26 stycznia 1988 roku Australia obchodziła uroczyście 200 lat… hmmm, trochę trudno
powiedzieć czego… Australii.
Obchody 200-lecia były huczne, pamiętam że przybył też polski statek szkoleniowy Dar
Młodzieży.
Nikt nie zauważył, że tego samego dnia, na skałach Dovru, aborygeński aktywista Burnum
Burnum ogłosił swoją deklarację: KLIK.

Oto dość swobodne tłumaczenie:

Ja, Burnum Burnum, szlachetnie urodzony mieszkaniec starożytnej Australii, biorę Anglię w
posiadanie na rzecz Ludu Aborygeńskiego.
Roszcząc sobie prawo do tej kolonialnej placówki, nie zamierzamy wyrządzić tubylcom żadnej
krzywdy, lecz wprowadzić tu dobre maniery, wytworność i dać szansę nowego startu.
Dlatego wizerunek Aborygeńskiej twarzy ukaże się na waszych monetach i znaczkach, aby
zaznaczyć naszą suwerenność w tym dominium.
Dla bardziej zaawansowanych wprowadzimy tu złożony język Pitjatjajara, nauczymy ich, jak
nawiązać duchowy kontakt z Ziemią i jak przygotować posiłek z tego, co można znaleźć w lesie..
Nie zamierzamy konserwować głów 2.000 waszych ludzi ani wystawiać publicznie szkieletów
waszych królów, jak to zrobiono z naszą królową Truganini, nie zamierzamy zatruć waszych wód, ani podrzucać wam strychniny.
Opierając się na naszej trwającej 50.000 lat tradycji, stwierdzamy konieczność zachowania rasy kaukaskiej z powodu naszego zainteresowania starożytnością i możemy chcieć zmierzyć wasze czaszki, by określić poziom inteligencji. Natomiast obiecujemy nie sterylizować waszych kobiet ani nie zabierać dzieci rodzicom.
Zobowiązujemy się nie stworzyć uzależnienia waszego społeczeństwa od rządowych zasiłków, lecz zapewnimy korzystanie z wszelkich pożytków aborygeńskiej równości.
Po dwustu latach zawrzemy z wami układ na drodze pokojowej, nie zaś przez podbicie.
Na koniec, uroczyście obiecujemy, że nie przekształcimy Anglii w kopalnię, nie będziemy eksportować Waszych minerałów do Australii, nie zniszczymy też trzech czwartych Waszych drzew, lecz poprzemy akcję Naprawy Ziemi, aby zjednoczyć ludzi, społeczności, religie i narody we wspólnym, produktywnym i pokojowym celu.

Burnum Burnum

Spójrzmy bliżej na kilka spraw —

Autor Deklaracji ​ – Burnum Burnum – urodził się w 1936 roku jako Harry Penrith. Jego rodzice zmarli, gdy był małym dzieckiem. Wiele lat spędził w rządowych domach dziecka, po czym rozpoczął pracę w urzędach rządowych.
Przyjął nazwisko swojego dziadka ze strony matki. Wyróżniał się w grze w krykieta i rugby.
W latach 60 ubiegłego wieku studiował na uniwersytecie na Tasmanii. Otrzymał stypendium W. Churchilla na studia społeczności aborygeńskich. W wieku 50 lat wystąpił w kilku filmach.
Głównym nurtem jego życia była praca w instytucjach zajmujących się sprawami Aborygenów.
Zmarł w roku 1997.

Najwięcej rozgłosu przysporzyła mu Deklaracja, będąca tematem tego wpisu.

Treść Deklaracji  – wydaje mi się, że kilka punktów zasługuje na wyjaśnienie.

* Wzięcie Australii w posiadanie ​ –
Czy Anglia wzięła Australię w posiadanie?
Z formalnego punktu widzenia sprawa nie jest oczywista.
Po pierwsze: początek sprawy to rok 1770 – wizyta kapitana Cooka.
Kapitan Cook dostał polecenie sprawdzenia, czy wielki ląd rzeczywiście istnieje, czy ma jakiś ekonomiczny potencjał i, jeśli jest zamieszkały, nawiązania kontaktu z tubylcami i za ich zgodą wzięcie w angielskie posiadanie dogodnych pozycji.
Więcej na ten temat, ale w żartobliwej formie, pisałem na tym blogu ​TUTAJ​.
W roku 1788, kapitan Filip polecił wznieść brytyjską flagę i nazwał tereny (wschodnie wybrzeże) kolonią Nowa Południowa Walia.
W następnych latach identyfikowano dalsze tereny, początkowo włączano je do Nowej
Południowej Walii, później nadano im status kolejnych kolonii. Każda miała swojego
gubernatora, który podlegał angielskiemu monarsze.
Australia jako jedna jednostka administracyjna powstała w 1900 roku, już jako niepodległe
państwo.
Warto wspomnieć, że to państwo ignorowało istnienie Aborygenów, prawa obywatelskie
uzyskali dopiero w roku 1948, prawo głosu w 1962 roku.

* Język Pitjantjatjara ​ –
Australijscy Aborygeni posługują się ponad 300 językami, język Pitjantjatjara jest drugim
najpopularniejszym – używa go około 3.100 osób.
Żaden z aborygeńskich języków nie miał swojego pisma. Języków aborygeńskich uczy się w szkołach komunalnych, od kilkunastu lat również w szkołach stanowych. W roku 2019 w stanie Wiktoria uczyło się ich 1.867 uczniów.

* 2000 aborygeńskich czaszek, królowa Truganini –
W drugiej połowie XIX wieku Australią zainteresowali się antropologowie. Przyczyniły się do tego teorie, że Aborygeni są brakującym ogniwem w łańcuchu ewolucji. W rezultacie wiele muzeów w Europie prezentowało aborygeńskie czaszki.
Istotna sprawa to fakt, że według Aborygenów zmarli powinni być pozostawieni w absolutnym spokoju. Nie powinno się wspominać ich nazwisk, ani prezentować ich wizerunków. Obecnie w czołówkach filmów wyświetlane są ostrzeżenia, jeśli ta zasada nie została zachowana.
Pod koniec XX wieku rozpoczęto energiczną akcję odzyskiwania tych “zabytków”. Najdłużej opierało się British Museum.
Truganini była córką przywódcy jednego z plemion tasmańskich. Została wykorzystana w
akcji tworzenia przez Anglików zamkniętych rezerwatów dla Aborygenów. Sama zmarła w takim rezerwacie. Wbrew jej woli jej zwłoki zostały ekshumowane i jej szkielet wystawiono w gablocie w muzeum. W 1976 roku Burnum Burnum odzyskał je i zorganizował kremację.

* Zatrucie wody, podrzucanie trucizny –
Kolonizatorzy nie próbowali nawiązać kontaktów z Aborygenami. Zajęli ziemię, a następnie, w miarę wyzwalania skazańców, przydzielali im spore działki ziemi i zostawiali wolną rękę.
Wyzwoleńcy brali się do roboty i okrutnie traktowali kogoś, kto chciał im przeszkodzić.
Do największych konfliktów doszło chyba na Tasmanii, gdzie gęstość zaludnienia zarówno
Aborygenów jak i wyzwoleńców była największa.
Tam właśnie doszło do masowego podrzucania trucizny. Anglicy widzieli tylko jedno rozwiązanie – zamknięcie Aborygenów w rezerwatach na otaczających Tasmanię wyspach.

* Zabieranie dzieci​ –
Intencje były dobre.
Angielscy kolonizatorzy a potem władze niepodległej Australii nie widzieli szansy na integrację Aborygenów. Pozostawienie ich na marginesie lub w rezerwatach oznaczało całkowite zmarnowanie dzieci.
W tej sytuacji zabranie dzieci do ośrodków wychowawczych wydawało się dobrym
rozwiązaniem.
Ośrodki zapewniały podstawową edukację i pomagały w znalezieniu zatrudnienia.

* Akcja Naprawy Ziemi​ –
Akcja znajduje się w stadium początkowym. Nie tylko w Australii.

* Sytuacja obecna –
Jest tak pokręcona, że nie czuję się na siłach jej przedstawić.
Na poziomie rządu federalnego istotna/główna sprawa to specjalne uhonorowanie Aborygenów w konstytucji. Generalnie zgodzono się, że powinno być, ale od wielu lat nie sprecyzowano, co to miałoby być.

Z wolnej stopy 20

Zbigniew Milewicz

Miało być dobrze…

Niepodległość Polski, wywalczona 102 lata temu, była jak górniczy urobek, opłacony ludzkim znojem i życiem. Można było z niego zrobić diament. Premier nowo utworzonego rządu, socjalista i piłsudczyk, Jędrzej Moraczewski z euforią wtedy pisał: Po 120 latach prysły kordony! Nie ma ich! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili (…). Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swoim życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast, robotnik, urzędnik porzucał pracę. Chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów.

Równocześnie od pierwszych dni wolności główne siły polityczne kraju spierały się o własne zasługi w dziele odbudowy niepodległości i każda z nich inaczej przedstawiała prowadzące do niej drogi i same początki państwowości. Narodowi demokraci lansowali pogląd, według którego o swym losie polityczno-państwowym zadecydował sam naród polski, nie tylko zachowując w okresie ponad stuletniej niewoli tożsamość, ale jeszcze umacniając swe dążenia niepodległościowe i wolę odbudowy państwowości. Naturalnie, główną zasługę przypisywali sobie, dowodząc, że ich koncepcja wiązania przyszłości Polaków z polityką państw Ententy przyniosła pozytywne rezultaty. Negowali jednocześnie heroistyczno-elitarną interpretację procesu odbudowy niepodległości Polski upowszechnianą przez piłsudczyków, którzy głównie w czynie legionowym widzieli przyczynę odzyskania wolności.

Inne ugrupowania – zwłaszcza konserwatyści – uwypuklali znaczenie działań dyplomatycznych i roli mocarstw zachodnich, przede wszystkim Francji i Wielkiej Brytanii. Natomiast środowiska chrześcijańsko-demokratyczne bardziej skłaniały się do opinii narodowo-demokratycznej i zwracały uwagę na udział Kościoła katolickiego w rozbudzaniu aspiracji narodowych Polaków. Opinii tych nie podzielali  z  kolei socjaliści i ludowcy, eksponując znaczenie warstw plebejskich – robotników i włościan – jako tych, które poniosły największą ofiarę w procesie spełniania się marzeń wolnościowych wielu pokoleń Polaków. Wypisz, wymaluj spierano się o ojcostwo sukcesu, równie usilnie, jak dzisiaj o to, kto ma wypierdalać: rząd z politycznej sceny, czy demonstranci z ulicy? Do dnia dzisiejszego jeszcze wrócę, chciałem tylko zwrócić uwagę na długą tradycję brudnych walk politycznych o władzę w Polsce, których symbolem jest Targowica. Marzenie socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego się spełniło, pozbyliśmy się cudzych pijawek, ale przecież szybko wyhodowaliśmy własne.

Zarówno pod rządami Narodowej Demokracji, jak i później sanacji rosła zasobność krajowych, gospodarczych elit, ale także proletariacka bieda i nie można jej było przypisać wyłącznie wojnie z bolszewikami. Wśród urzędników państwowych szerzyła się korupcja na taką skalę, że kodeks karny przewidywał za nią nawet karę śmierci przez rozstrzelanie. O ile się jednak nie mylę, sądy II RP (poza wojskowymi) nigdy jej w tych sprawach nie orzekły, choć nie należały do rzadkości samosądy, dokonywane przez zdesperowanych obywateli na winnych różnych nadużyć i wtedy Temida ferowała zwykle łagodne wyroki. Myślę, że rozumiem tę prawniczą wstrzemięźliwość. Sędzia sam jest urzędnikiem i gdyby tak komuś udało się go skorumpować (czysto teoretycznie oczywiście rozumując), to inny sędzia mógłby go kazać kropnąć, a znowu tego drugiego jakiś trzeci wysłałby pod ścianę… W końcu zabrakłoby sędziów. Nie po to ciężko studiowali prawo, żeby gryźć ziemię, kawior lepszy. Ich obecni następcy pewnie są podobnego zdania.

Po latach kolejnej wojny, jeszcze okrutniejszej niż pierwsza, komuna w Polsce hodowała swoje pijawki. Później miało być już tylko lepiej, a jest tak, że prawnukowie komunardów z 1905 roku formują na ulicach nowe demonstracje, w obronie swojej wolności i godności osobistej a przeciw nadużyciom obecnej władzy. Są to ludzie przeważnie młodzi, jak dawni studenci z Marca 68, których pacyfikowali milicjanci wspólnie z ORMO – ochotnikami spośród partyjnych aktywistów. Ci mają przeciw sobie oddziały policji i kiboli. Nami, z marca, kierowali tzw. komandosi z grupy Michnika, wypierdalacze robią to, czego chce PiS-owska opozycja. Osobiście jestem bezpartyjny, nie trzymam żadnej strony i nie wiem, kto wygra w tej grze, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę wskazać przegranego – szeregowego demonstranta.

Piszę to na własnym przykładzie. Przyłożyłem się w jakimś stopniu do zmiany ustroju w Polsce, ale nigdy nie poprawiłem sobie przez to życia, wręcz przeciwnie, tylko na tym straciłem. Po 68 roku, ze stempelkiem nieprawomyślnego w papierach nie zrobiłem oszałamiającej, zawodowej kariery, a kiedy przyszedł czas Solidarności, miano mnie już za recydywistę i w końcu dostałem wilczy bilet w prasie. O Michniku tego powiedzieć nie można, ale mu nie zazdroszczę jego Wyborczej. W każdej wojnie są żołnierze, którzy w imię jakichś ideałów o coś walczą i dowódcy, którzy później odcinają sobie z tego kupony. Pierwsi nadstawiają karku, drudzy pierś pod ordery. Kiedy mój dziadek pod koniec swojego życia powiedział mi, że właściwie żałuje, że walczył w trzecim powstaniu śląskim o Polskę, nie rozumiałem tego. Tej nagłej, jak mi się wtedy wydawało, utraty etosu; dzisiaj, kiedy mam już jego lata, przypuszczam, że stopniowo dojrzewał do tego przeświadczenia, pod którym też mógłbym się podpisać.