Mity nasze powszednie (2): Syzyf

Albert Camus

Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei. Jeśli wierzyć Homerowi, Syzyf był najmądrzejszym i najbardziej przezornym ze śmiertelnych. Wedle innej tradycji jednak miał skłonności zbójeckie. Nie widzę w tym sprzeczności. Opinie wyjaśniające, dlaczego został bezużytecznym pracownikiem piekieł, są rozmaite. Zarzuca się Syzyfowi przede wszystkim, że traktował bogów z niejaką lekkością. Zdradzał ich tajemnice. Egina, córka Asoposa, została porwana przez Jowisza. Ojciec, zaskoczony tym zniknięciem, poskarżył się Syzyfowi. Ten wiedząc, w czym rzecz, przyrzekł Asoposowi wyjaśnienie, pod warunkiem jednak, że Korynt otrzyma od niego wodę. Wolał błogosławieństwo wody od piorunów niebieskich, za co został ukarany w piekle. Homer opowiada również, że Syzyf uwięził śmierć. Pluton nie mógł ścierpieć widoku swego pustego i niemego królestwa. Pchnął boga wojny, który wyzwolił śmierć z rąk jej zwycięzcy. Podobno też Syzyf, gdy był bliski śmierci, chciał nieprzezornie wypróbować miłość swojej żony. Nakazał jej, aby nie grzebała jego ciała, ale rzuciła je na plac publiczny. I trafił do piekieł. Rozdrażniony postępkiem żony tak sprzecznym z ludzką miłością, wyjednał sobie u Plutona powrót na ziemię, aby ją ukarać. Ale gdy znów zobaczył świat i zakosztował smaku wody i słońca, ciepłych kamieni i morza, nie chciał powrócić do cieni piekielnych. Nie pomogły wezwania, gniewy i ostrzeżenia. Żył jeszcze długie lata, mając przed oczami łuk zatoki, olśniewające morze i uśmiechy ziemi. Trzeba było aż wyroku bogów. Zjawił się Merkury, by pochwycić zuchwalca; i pozbawiając Syzyfa jego radości, siłą zaciągnął go do piekieł, gdzie czekał już przygotowany kamień. Nietrudno zrozumieć, że Syzyf jest bohaterem absurdalnym tak przez swoje pasje, jak i udręki. Za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie skończy. Oto cena, jaką trzeba zapłacić za miłość tej ziemi. Nie wiemy nic o Syzyfie w piekle. Po to są mity, by ożywiała je wyobraźnia. Tu widać ciało napięte, aby dźwignąć ogromny kamień i pchnąć go w górę po stoku, setki już razy przebytym; widać ściągniętą twarz, policzek przy kamieniu, pomocne ramię, o które wspiera się oblepiona gliną masa, stopę odnajdującą równowagę, palce sprawdzające pozycję głazu i dwie pełne ziemi niezawodne ludzkie dłonie. U końca tego długiego wysiłku, mierzonego przestrzenią bez nieba i czasem bez głębi, cel jest osiągnięty. Syzyf patrzy wówczas, jak kamień w kilka chwil spada w dół, skąd trzeba będzie go znów wynieść na górę. Schodzi na równinę. Interesuje mnie Syzyf podczas tego powrotu podczas tej pauzy. Twarz, która cierpi tak blisko kamieni, sama jest już kamieniem. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim, ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Ten czas, który jest jak oddech i powraca równie niezawodnie jak przeznaczone mu cierpienie, jest czasem świadomości Syzyfa. W każdej z owych chwil, kiedy ze szczytu idzie ku kryjówkom bogów, jest ponad swoim losem. Jest silniejszy niż jego kamień. Jeśli ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa? Współczesny robotnik poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu. Bezsilny i zbuntowany Syzyf, proletariusz bogów, zna własny w całej pełni: o nim myśli, kiedy schodzi. Jasność widzenia, która powinna mu być udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo. Nie ma takiego losu, którego nie przezwycięży pogarda. Jeśli zatem to zejście w pewne dni jest cierpieniem, w inne może być radością. W określeniu nie ma przesady. Wyobrażam sobie także Syzyfa powracającego do kamienia w dniach pierwszej udręki. Kiedy obrazy ziemi zbyt mocno trzymają się pamięci, a głos przyzywający szczęście nazbyt nagli, smutek wzbiera w sercu człowieka: to zwycięstwo kamienia, to sam kamień. Bezgraniczną rozpacz trudno udźwignąć; przychodzą nasze noce w Getsemani. Ale druzgocąca prawda ginie, gdy zostaje rozpoznana. I tak Edyp wpierw posłuszny jest przeznaczeniu, którego nie zna. Tragedia zaczyna się, kiedy Edyp wie. Ślepy, bez żadnej nadziei, stwierdza jednak, że jest coś, co łączy go ze światem: świeża dłoń młodej dziewczyny. I wówczas padają wielkie słowa: “Choć tak bardzo zostałem doświadczony, wiek mój podeszły i dusza moja znająca wielkość mówią mi, że wszystko jest dobre”. Edyp Sofoklesa, podobnie jak Kiryłow Dostojewskiego, daje więc formułę zwycięstwa absurdalnego. Antyczna mądrość łączy się z bohaterstwem nowoczesnym. Nie odkrywa się absurdu bez pokusy ułożenia kilku reguł szczęścia. “Jakże to, idąc ścieżką tak wąską…?” Ale świat jest tylko jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są nierozłączne. Błędem byłoby powiedzieć, że szczęście siłą rzeczy rodzi się z odkrycia absurdalnego. Zdarza się również, że poczucie absurdu rodzi się ze szczęścia. “Mówię, że wszystko jest dobre”, oświadcza Edyp i te słowa są święte. Rozbrzmiewają w okrutnym i ograniczonym świecie człowieka. Uczą, że wszystko nie jest i nie zostało wyczerpane. Bóg, który znalazł się w tym świecie wraz z niezadowoleniem i upodobaniem do niepotrzebnych cierpień, zostaje wygnany. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi. Stąd płynie milcząca radość Syzyfa. Los jest jego własnością, kamień jest jego kamieniem. Podobnie człowiek absurdalny: gdy zgłębi swoją udrękę, zamilkną bogowie. Cisza zostaje nagle przywrócona światu i słychać tysiące głosów ziemi. Wołania nieświadome i tajemne idą od wszystkich ziemskich twarzy: to jest ta druga strona i nagroda za zwycięstwo. Nie ma słońca bez cienia i nie można nie znać mocy. Od chwili gdy człowiek absurdalny mówi: tak, jego wysiłkom nie będzie końca. Lecz jeśli istnieje los, to nie został dany z wysokości, dane jest tylko rozwiązanie nieuchronne; człowiek absurdalny stwierdza, że jest ono nieuchronne i godne pogardy. Lecz wszystko inne do niego należy. Powraca do życia, Syzyf do swego głazu. Syzyf rozważa działania następujące po sobie i pozbawione związku, które stają się jego losem — stworzonym przez niego, spojonym jego pamięcią; przypieczętuje je śmierć. Przeświadczony o ludzkim początku wszystkiego, co ludzkie, ślepiec, który chce widzieć, a wie, że nie ma końca ciemnościom, nie ustaje nigdy. Kamień toczy się znowu. Zostawiam Syzyfa u stóp góry. Człowiek zawsze odnajduje swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre. Świat bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda z cząsteczek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym.

Ewa Maria Slaska

Cóż za paskudny tekst. Syzyf. Jak w ogóle można wpaść na pomysł, że jest szczęśliwy?! Dziwne i zastanawiające. Dlaczego Syzyf miał być szczęśliwy? Bo miał pewność, że zawsze będzie wiedział, co robić, bo zawsze będzie toczyć kamień i choć ta czynność nie służy żadnemu celowi – to jednak był w jego życiu jakiś pewnik, którego my nie mamy, jeśli oczywiście pominąć fakt, że umrzemy. Tym niemnej od posiadania w życiu jakiejś pewności, nawet tej najgorszej, do stwierdzenia, że to powód, żeby być szczęśliwym, jest jeszcze bardzo daleka droga. Przyznaję, nie wiem, po co Camus ją w ogóle przeszedł, bo jego myśl jest zwyczajnie nieludzka. Jeśli dla Camusa Syzyf jest metaforą ludzkiego życia, to po raz kolejny stwierdzam, że Boecjusz wprawdzie uważał, iż filozofia może przynieść pocieszenie, ale na pewno nie otrzymamy go od filozofów egzystencjalnych. Jeśli wszystko, co robimy sprowadza się do bezsensownego pchania kamienia pod górę i nasze całe życie jest bez sensu, to co nam pozostaje?

Ale żaden kierunek filozoficzny nie jest wyrocznią. To, że egzystencjalizm mnie przekonuje, że moje życie nie ma sensu, nie musi naprawdę tego oznaczać, bo może po prostu oznaczać, że muszę poszukać na swój użytek innego systemu filozoficznego. I to naprawdę nie oznacza, że chowam głowę w piasek, albo że unikam myślenia o tym, że świat jest podły i nie ma nam nic dobrego do zaoferowania. Ale zawsze mam jeszcze osobiście kilka powodów, żeby oceniać swoje życie trochę lepiej niż jako wieczne pchanie kamienia pod górę.

A zatem ja, Ewa Maria Slaska, nie zgadzam się na los Syzyfa według Camusa. Nie zgadzam się osobiście, dla mnie samej, ale nie zgadzam się też z jego wnioskami społecznymi. Wydaje mi się, że są pełne pogardy i zgody na niesprawiedliwość społeczną, że filozof patrzy z góry na życie tych, których los skazał na niewolnictwo, prawdziwe czy społeczne, bo go to nic nie obchodzi i bo sam żyje lepiej.

Współczesny robotnik, pisze Camus, poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny, prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu.

Bardzo to arbitralne, niesprawiedliwe i bez sensu, bo dlaczego robotnik nie miałby mieć świadomości własnego losu.

Oczywiście Syzyf to jest archetyp człowieka, którego praca nie przynosi żadnych efektów. Ale nie tylko, Syzyf jak Don Kichot pojawia się ciągle w kulturze, ale nie w swej całej złożoności, tylko obaj sprowadzeni do jednej cechy – Syzyf do syzyfowych prac (które jednak są raczej ciężkie i wymagają czasu niż beznadziejne i bez końca), a Don Kichot do donkichoterii.

Polski raper Tomek Karenka (ur. 1980) po ciężkich doświadczeniach osobistych zmienił imię na Hiob, zaczął grywać i nagrywać na chrześcijańskim graniu, nagrał na płycie Stwardnienie rozsiane (2019) piosenkę zatytułowaną Syzyf, w której rozlicza się… z babcią, za to, że go w dzieciństwie krępowała i więziła wiecznymi zakazami i obiecuje jej wkrótce… pojednanie. Gdzie tu Syzyf? Co artysta miał na myśli, wybierając taki tytuł piosenki? Dźwigał te zakazy, marzył o ucieczce, gdy miał lat 20 uciekł, przeżył swoje i teraz wraca. Piękne, chrześcijańskie, wcale nie syzyfowe…

Fragmenty baratarystyczne

Ewa Maria Slaska

O dwóch poetach

Szczeciński poeta Marek Maj jako Don Kichot pojawia się na tym blogu nie po raz pierwszy (zob. TU i TU). Po raz pierwszy jednak w historii baratarystyki Rosynant jest jednocześnie Pegazem. Co też poeta potrafi zrobić z prozą, nawet tą światową!

Marek wydał właśnie tomik wierszy, a zrobił to chyba dzień lub dwa po tym, jak ostatni raz byłam w Szczecinie, a teraz nie wiadomo, kiedy znowu pojadę i czy, jak dojadę, tomik będzie jeszcze do “miecia”, czyli “mania” (Był kiedyś taki felieton, bodaj czy nie Jerzego Waldorffa, opublikowany w słynnym swgo czasu tygodniku Świat, o tym jaką formę przybiera słowo mieć w formie odrzeczownikowej; w rachubę wchodziło jeszcze “mienie”, a chodziło o “miecie w dupie”).

Ale wracajmy do poezji, czyli do zdania “Marek Maj wydał właśnie tomik wierszy”,  zatytułowany Teorie naiwne.

Leszek Żuliński w recenzji opublikowanej na portalu Latarnia morska pisze, że to wiersze intelektualne, ciekawe i mądre. A na dowód przytacza te trzy (przytaczam te same, bo co mam zrobić, skoro tomiku w ręku nie mam i sama przytoczyć ani utoczyć nic nie mogę):

Kobietyka poety

Do ciebie zmierzam, do twych ramion,
wśród wersów oddech mi się plącze,
ślady litotą sprzeczną mamią
potykam się o szlak ramiączek

Odwijam z ciebie interlinie,
treść wciąż pomijam, chociaż badam
po niespełnieniach czule płynę,
akbym w nieznane się zapadał.

Wikłam się w dreszcze nad konturem,
w niegramatyczność, nagłą miękkość,
smakiem odliczam warstwy, które
skazują mnie na łatwe piękno.

Wychylam język niedomówień,
w stan nieskupienia wnikam bystro
i na powierzchni wątek gubię,
po czym się staczam w rzeczywistość.

Co wiadome

Co wiadome – istnieje, niewiadome – w kolejce,
by napocząć swe dzieje
i odnaleźć swe miejsce. Mają nazwy te byty –
łosek ciąg z pełnych gardeł –
w nich kod sensów ukryty,
i motywy niezdarne

To, co nie jest – pogodnie
tkwiąc w niebytu domyśle –
szczerze może się odnieść,
nie mieć nic – niezawiśle.
Nie istnieje z przyczyny
nie dość pewnej i jasnej –
nie istnieje – widzimy –
nie ma zastępstw dla następstw.

Voila

Pejzaż bez nazwy, bez miejsca i czasu –
kolory puste, zmyślają się same
w ten niedorzeczny porządek i zasób
czerni wsączonej w zawistny atrament.

Cienie bez mitów, wyrazy bez cieni,
wątpliwość w rzeczy przecieka z orzeczeń,
równoważników niewczasów i ziemi
wciąż nieodkrytych w poświacie i w świecie.

Bezradna cisza, donośnie odkryta –
bez makijażu, leksyki swych sukien –
czule kołysze w nielichych przybytkach
zdań wielokrążki – cyfrowe i drukiem.

Michał Anioł Buonarotti

Od dawna już noszę się z myślą, że w ramach pisania na blogu o rozmowach z Konradem, napiszę o starości i  miłości (jednak nie, nie ma co owijać w bawełnę, ma być o miłości, seksie i erotyce, czyli o trójcy, którą nazwałam MiSEr – res sacra miser, o zaprawdę), ciągle jednak odwlekam ten moment, przekonując sama siebie, że muszę jeszcze “doczytać”, zaczęłam więc czytać Ryszarda Przybylskiego Baśń zimowa. Esej o starości (wyd. Sic! 1998), a tam w pierwszym rozdziale (W gospodzie śmierci) na pierwszej stronie od razu cytat z Cervantesa: “Droga jest zawsze lepsza niż gospoda”. Nawet najgorsza droga. Bo droga to bezdroże, las, przenikliwy deszcz i zacinający wiatr. Ciemność. Bóg, który zachowuje się “bezróżnie”. A gospoda jest cuchnąca, obrzydliwa i ponura, mroczna i obskurna.  Tak zaczyna się opowieść o starości Michała Anioła. Poprzedziły ją już we wstępie starość Sokratesa i Kanta, opowiedziane jednak przez innych. Tu jednak Przybylski przywołuje tzw. Capitolo, wiersz, w którym poeta sam pisze o własnej starości, a ma lat co najmniej 70. Może trochę więcej, bo datowanie nie do końca jest pewne (1546? 1550?). A przypomnijmy, co artysta przekazał nam we freskach z Kaplicy Sykstyńskiej: człowiek sam, porywając się na zamkniętą w rajskim jabłku wiedzę o tym, co Złe i co Dobre, zawinił własnej starości. No ale nie my osobiście, dlaczego można nas ukarać za winę Adama (bo u Michała Anioła to Adam, a nie Ewa zrywa jabłko)?

Jako rdzeń drzewa w korze swej zamknięty,
Żyję samotny tutaj i ubogi,
Jak duch w naczyniu czarami zaklęty.
 
Na lot w mym ciemnym grobie mało drogi,
Jeno pająki pracują w zawody,
Jak gdyby tkackich czółenek tłum mnogi.
 
U drzwi mych piętrzą się odchody.
Czy winogrona zjadł, czy medycynę,
Tutaj załatwia swe wygody.
 
Kto koty, ścierwo, nocniki, grat stary
Wyrzuca, niech się na mój kąt domowy
Ze mną się nie mienia, bo znajdzie te dary.
 
W ciele jestem taki słaby i niezdrowy,
Że gdy ulżenia wiatrom chęć mnie ima,
Bym chleb zatrzymał lub ser, nie ma mowy.
 
Kaszel i katar przy życiu mnie trzyma;
Jeżeli wzdęcie nie odejdzie dołem,
Zaledwo oddać mogę dech ustyma.
 
Chromy, złamany i zbity mozołem
Żywota jestem; śmierć moja gospoda,
Gdzie żyję i gdzie stołuję się społem.
 
Smutek to moja jedyna pogoda,
Spoczynkiem moim niedola wśród bóli;
Kto cierpień szuka niech mu Bóg ich doda.
 
Śmiałbyś się widząc mnie w święto Trzech Króli
I tych pałaców rząd, który się puszy,
Wobec ubóstwa dachu, co mnie tuli.
 
Popiołów serca miłość już nie ruszy;
Jeżeli większy ból mniejszy uśmierza,
Dobrze podcięte są skrzydła mej duszy.
 
Głos mój jak szerszeń w naczyniu uderza,
Kości i żyły mam w skórzanym worze,
Smoły pigułki trzy w wnętrzu pęcherza.
 
Oczy zmętniały i spełzły w kolorze,
Zęby w klawisze instrumentu mienię,
Bo głos z ich ruchem dopiero wyjść może.
 
Musi oblicze me siać przerażenie;
Sama ma szata chociaż dłoń oszczędza
Kija, z suchego siewu kruki żenie.
 
W jednym mym uchu pająk sieć rozprzędza,
W drugim mi śpiewa świerszcza nocna zwrotka;
Charczę z kataru, który sen odpędza.
 
Amorze! Muzo! Groto kwiatów słodka!
Bazgroty, trąbki do pieprzu, do licha!
Precz, do rynsztoka z wami, do wychodka!
 
Po cóż lepiłem lalki, gdy kres czyha
Na mnie, jakiego doznał człek, co w sile
Przebywszy morze, potem w bagnie zdycha.
 
Sztuka wielbiona, w której miałem tyle
Sławy, do tego przywiodła mnie przecie:
W obcej się służbie, starzec biedny, chylę.
 
Jestem zniszczony, gdy mnie śmierć nie zmiecie.
 
Tłumaczył Leopold Staff
 

Podobno to wiersz w stylu florenckim. Dowcipny, ironiczny. Wzdragam się na myśl o ostrości, z jaką artysta widzi własną starość. I znikąd pociechy.

I tak było, żył jeszcze prawie 20 lat. Zmarł w wieku lat 89.

Tate Modern po raz drugi

Ewa Maria Slaska

Tak sobie tydzień temu napisałam trochę o Tate Modern i… poczułam niedosyt. Bo o Tate Modern można oczywiście w nieskończoność, a ja chciałam “tylko” o oknach, korytarzach, schodach i Themersonach, ale już i te chcenia wystarczyły, by znowu napisać o Tate Modern.

Okna i schody są moim ulubionym tematem w muzeach i w innych budynkach publicznych. Ale możliwe, że w muzeach przede wszystkim, bo są wytchnieniem dla oka i ducha, pozornie zajętych wchłanianiem sztuki wielkimi kęsami, a tak naprawdę coraz bardziej znużonych. Widok za oknem, pusta przestrzeń westybulu, funkcjonalność schodów przynosi ogromną ulgę. W Tate Modern świetnie to wiedzą. Naprzeciwko wielkich okien z widokiem na panoramę Londynu z Tamizą, katedrą św. Pawła i wieżowcem The Shard stoją długie ławki. Na każdej siedziała jedna osoba. Skutek pandemii czy postępującej atomizacji społecznej?

A o Themersonach muszę też koniecznie napisać, bo wydaje mi się, że ze “starej” polskiej sztuki tylko oni zostali pokazani w Tate. Z nowej wciąż się ktoś pojawia, ale ze starej nie ma nikogo, choć przecież co najmniej Witkacy świetnie by tu pasował. Albo “papież awangardy”, Tadeusz Peiper.

Themersonów znałam od dzieciństwa, bo moi rodzice i ich przyjaciele byli miłośnikami Przygód Pędrka Wyrzutka, książeczki dla dzieci, napisanej przez Stefana Themersona, a zilustrowanej przez jego żonę – Franciszkę.  Pędrek Wyrzutek był w zależności od tego, z kim rozmawiał, człowiekiem, rybą, psem i słowikiem. Ludzie widzieli w nim psa, według psów był słowikiem, a według słowików – rybą. Książeczka to seria odrębnych opowiastek o wędrówkach Pędrka i istotach które spotkał. Były to profesor-wielbłąd, karabinier, małpa, król Pingwin, kapitan Metaferejn, Subiekt sprzedający kapelusze, wilk i Mały Zafrasowany Człowieczek. Z tych historyjek najlepiej zapamiętałam świat, gdzie wszystko było udawane, ale ponieważ wszyscy się na to godzili, można było… udawać, że jest to świat prawdziwy.

Autor, z wykształcenia filozof, w tej błahej historyjce zadaje poważne filozoficzne pytania, o sens życia, o zgodę na normy, zasady i konwenanse, o to kim jesteśmy?

A skoro już jesteśmy przy pytaniu, kim jest Pędrek Wyrzutek, nie mogę nie zacytować tu wiersza Wisławy Szymborskiej Zdumienie:

Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecnosci?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto mil stąd,
nie wczoraj ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
– tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?

Stefan Themerson, urodził się w roku 1910 w Płocku, zmarł w roku 1988 w Londynie. Był nie tylko filozofem, ale awangardowym artystą, pisarzem, poetą, eseistą, filmowcem i kompozytorem; stworzył koncepcję poezji semantycznej i maszynę do filmowania poklatkowego. Pisał po polsku, francusku i angielsku. Jedna z recenzentek Pędrka (Marta_25) pisze: Stefan Themerson stworzył powieść uniwersalną, która do dziś nie traci na wartości. To książka trudna, wymagająca od czytelnika sporego zaangażowania i pewnej zdolności „zacierania granic” między fikcją, a rzeczywistością.

Themerson na tle obrazu swojej żony, Franciszki.

Równie niezwykłym powieściowym bohaterem Themersona co Pędrek jest też profesor Mmaa, czyli termit-antropolog, prowadzący badania nad ludźmi. Termity są bardzo dociekliwymi naukowcami, a zdobywają wiedzę pożerając książki. Wykład profesora Mmaa to kolejna opowieść utopijna o całym życiu i całym świecie, pełna odniesień do filozofii, religii i psychoanalizy.

Franciszka Themerson z domu Weinles (ur. 1907 w Warszawie, zm. 1988 w Londynie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia, rysowniczka, ilustratorka, scenografka; wydawczyni; żona Stefana Themersona.

W Tate znaleźli się oboje głównie dzięki awangardowym filmom. Wikipedia wymienia ich siedem, ale cztery zaginęły. Dwa powstały w Londynie na zlecenie Rządu RP na Uchodźstwie. W Tate można obejrzeć film The Eye & The Ear, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – rekonstrukcję  Apteki.

W historii Themersonów wzrusza mnie też ich wzajemne przywiązanie do siebie. Byli kuzynami, poznali się, gdy Stefan miał lat 19, a Franciszka 22, pobrali się dwa lata później. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat i jak twierdzą wszyscy, którzy ich znali, przez cały czas byli bardzo dobrym, zaprzyjaźnionym ze sobą małżeństwem. Umarli w tym samym roku, w odstępie trzech miesięcy.

Listopadowe spacery cmentarne. Poppy Day.

Ela Kargol

Brytyjski cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery)

O tym, czy maki kwitną w Stahnsdorfie wiosną, muszę się jeszcze przekonać. Na pewno zakwitają 11 listopada, a ściślej w niedzielę najbliższą tej dacie.

11 listopada 1918 w wagonie kolejowym w lesie Compiègne został podpisany rozejm między Ententą i Cesarstwem Niemieckim, kończący I Wojnę Światową. Rozejm wszedł w życie tego samego dnia o godzinie 11. Tego dnia Polska po 123 latach zaborów odzyskała niepodległość. W 1937 roku ustanowiono w Polsce 11 listopada Narodowym Świętem Niepodległości.

W Finlandii 11 listopada obchodzony jest Dzień Ojca, w Tajwanie Dzień Bliźniąt, w Chinach Dzień Singli, w Stanach Zjednoczonych Dzień Weteranów, we Wspólnocie Narodów Dzień Pamięci (Remembrance Day) nawiązujący też do dnia zakończenia I Wojny Światowej. Dzień Pamięci nazywany jest także Dniem Maku (Poppy Day).

Mak już od starożytności symbolizuje wieczny sen i śmierć. Makami przystrajano grobowce faraonów. Architektura sepulkralna pełna jest maków wykutych w kamieniu.

Mak jest rośliną ulotną, przemija szybko, jak życie. Nasiona jego z kolei mogą wykiełkować nawet po 30 latach.

Najbardziej lubi ziemię nagą, bez roślin, taką przeoraną i wymęczoną, wzruszoną pługiem lub wojną.

Poppy Day nie wziął się ze starożytnych wierzeń, ale z flandryjskich pól, pól, gdzie toczyły się najkrwawsze bitwy I Wojny Światowej.

John Alexander McCrae był kanadyjskim poetą, lekarzem, żołnierzem Kanadyjskich Sił Zbrojnych. Brał udział w Wielkiej Wojnie. Podczas drugiej bitwy o Ypres 2 maja 1915 roku ginie jego dobry przyjaciel. Pogrzeb odbywa się następnego dnia i wtedy McCrae dostrzega ogrom kwitnących maków na wojskowym polowym cmentarzu. Zaraz potem John McCrae pisze swój słynny wiersz In Flanders Fields. Czerwony kwiat maku staje się symbolem Dnia Pamięci w krajach anglosaskich i w ten dzień noszony jest z dumą przypięty przez Brytyjczyków do ubrania. Ze sztucznych maków powstają wieńce, składane w miejscach upamiętniających wojny, nie tylko tę pierwszą. W Poznaniu, na cytadeli na Cmentarzu Wojennym Wspólnoty Brytyjskiej, jedynym takim cmentarzu w Polsce, od lat składa się w niedzielę najbliższą 11 listopada wieńce ze sztucznych maków. Te wieńce widziałam już tam kilka razy i aż wstyd się przyznać, nie umiałam ich połączyć z żadnym świętem. O samym maku-symbolu, papierowym kwiatku, dowiedziałam się również stosunkowo późno.

Wojskowy cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery) założony został w roku 1924. Jest częścią znanego cmentarza Südwestkirchhof Stahnsdorf, o którym TU pisałam niedawno. Pochowano tu 1172 ofiary Wielkiej Wojny. Przy Heerstrasse w samym Berlinie znajduje się inny Brytyjski Cmentarz Wojskowy dla ofiar II Wojny Światowej, na którym wśród żołnierzy innych narodowości pochowanych jest pięciu Polaków służących w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.

Te cmentarze projektowane są wszystkie w podobny sposób, zgodnie ze standartami Komisji Grobów Wojennych Wspólnoty Narodów. W centralnym miejscu umieszczony jest Krzyż Ofiarności (Cross of Sacrifice), w rzędach w wojskowym szyku ustawione są jasne wapienne stele z nazwiskiem zmarłego,  w równym szyku przed nimi rosną rośliny ozdobne i kwiaty. Wśród kwiatów na pewno są róże. Maków nie widziałam, ale to nie ich pora kwitnienia.

Przyjechaliśmy w tym roku tu specjalnie, żeby uczestniczyć w Remembrance Sunday, o godzinie 11 w dniu 8 listopada. Jechaliśmy z Berlina rowerami, bez współczesnych udogodnień, z mapką narysowaną ołówkiem na kartce. W końcu i przy końcu drogi wiedzieliśmy, że cmentarz musi być już gdzieś w pobliżu i wtedy wyłoniła się jakby z brytyjskiej mgły postać w meloniku z parasolem, w klasycznym trenczu z przypiętym do niego po lewej stronie papierowym makiem. Bardzo precyzyjnie i krótko opisał nam drogę i wojskowym szybkim krokiem pomaszerował dalej. Na cmentarz dotarł przed nami. Bo myśmy pojechali za głosem dudziarza, który ćwiczył w sosnowym lesie swoje smutne granie przed główną ceremonią. Była msza, bardzo uroczysta. Po odegraniu na trąbce wojskowego sygnału The Last Post nastąpiły dwie minuty ciszy. Krótko potem trębacz zagrał pobudkę Reveille. Nasz Brytyjczyk stał wyprostowany trzymając prawą rękę na sercu. Pastor opowiadał o okrucieństwach wojen i o utrzymaniu pokoju za wszelka cenę, i o wspomnieniu tych, co polegli. I nagle rozległy się dudy, pieśn żałobna wygrana z taką mocą i żalem, że aż mnie przeszedł dreszcz, tym bardziej, że nie widziałam dudziarza, słyszałam tylko muzykę, a potem go zobaczyłam, stąpającego między jasnymi grobami tych, najczęściej młodych, chłopców.

John McCrae

In Flanders Fields

In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,
That mark our place; and in the sky
The larks, still bravely singing, fly
Scarce heard amid the guns below.

We are the dead. Short days ago
We lived, felt dawn, saw sunset glow,
Loved, and were loved, and now we lie
In Flanders fields.

Take up our quarrel with the foe:
To you from failing hands we throw
The torch; be yours to hold it high.
If ye break faith with us who die
We shall not sleep, though poppies grow
In Flanders fields

Wśród Flandrii pól

Wśród Flandrii pól kwitnący mak
krzyża za krzyżem barwi szlak,
kres naszych dróg. Skowronka lot
wzbija się ponad armat grzmot
co śpiew mu głuszy – dzielny ptak.

Nasz los to Śmierć. Wciąż życia smak
w pamięci trwa, choć miłość wszak
nie kończy się, nasz grób jest tu,
wśród Flandrii pól.

Podejmij walkę, tam wciąż – wróg,
weź z rąk omdlałych złoty róg.
Niech zabrzmi znów, nie zawiedź nas,
Bo zburzysz nam spoczynku czas.
Zbudzimy się, choć maki śpią
Wśród Flandrii pól.

Tłumaczył Tichy na blogu Okruhy (Salon24)

Wiersze / Gedichte

Tibor Jagielski

F

faun jest dziki, faun jest zły,
faun ma ostre rogi, kły,
jeśli spotykasz fauna w gaju,
wiedz, że kluczem jest do raju.

tegel in nebel

mein flughafen blieb still heute nacht
die radarflügel
die lichter
schutdown

50 jahre sah ich zu dir hin
brachte dort jemanden
oder empfing

ich werde dich
vermissen

IX XI MMXX

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Schloss_Tegel_Sammlung_Duncker.jpg

lato czarnych stóp

lato było pełne jagód
lepiły się do stóp
ich sok tryskał obficie
i farbował wszystko na czarno

panował upał jeżyny
pęczniały od słodyczy
śliwki dojrzewały przedwcześnie
a żarłoczne osy dobierały się
im do skóry

nawet zmrok nie przynosił ulgi
nie spadła kropla na ziemię
i co raz to wybuchały pożary
zmęczeni ludzie chwytali za wiadra i sikawki
przeciwko smokom
ogień! ogień!
rozlegało się wkoło

a ja
niczym łoś wędrowałem po mokradłach i bagnach
przepływałem jeziora
by spocząć w cieniu olch

nie byłem sam
towarzyszyła mi miłość
niosła mnie ścieżka
drzewa rozwierały gałęzie
a nawet skały rozsuwały się
i wiatr dodawał skrzydeł

gwiazdy
mrugały do mnie na dobranoc
budziło słońce
tego lata obrodziły jagody
nie byłem sam

26 VIII 11/ 22 XI 20

Autor podpisał to zdjęcie / Autor gab dazu so eine Unterschrift: Amrumtasse

Z wolnej stopy (22)

Zbigniew Milewicz

Urzędowy savoir vivre – rocznik 1922

Pozostaję w latach międzywojennych. Urzędnicy, o których wspominałem we wpisie dwa tygodnie temu, mieli w II RP wysoki status społeczny. Od ich różnych decyzji zależały często losy i byt zwykłych obywateli, dlatego zapobiegliwi wydawcy różnych poradników książkowych starali się oswajać ten skomplikowany świat paragrafów i kto umiał czytać oraz pisać, ten mógł z nich skorzystać.

W drugiej połowie lat 70, myszkując po archiwum jednego z urzędów miejskich na Śląsku, natrafiłem przypadkiem na Podręcznik do nauki pisania pism urzędowych, pióra P. Zychowskiego, wydany nakładem autora w Poznaniu, w roku 1922. Książka leżała na stosie papierów, przeznaczonych na makulaturę, najwyraźniej zaglądano do niej bardzo często, ale była kompletna i kierownik działu nie miał nic przeciwko temu, żebym ją sobie przywłaszczył. W domu okazało się, że natrafiłem na ciekawy dokument epoki sprzed ponad pół wieku, odzwierciedlający obowiązujące wówczas normy językowe, prawne i obyczajowe, o czym później napisałem:

…Do pisania używa się czarnego atramentu, pisać należy czysto, starannie i czytelnie. Żadne pismo nie wygląda gorzej, niż pismo niedbałe, zwłaszcza na pobrudzonym i pomiętym skrawku papieru. Trzeba się postawić w położeniu odbierającego i pomyśleć, czy byłoby nam miło ślęczeć nad otrzymanem pismem, odcyfrowywać mozolnie litery i odgadywać właściwe znaczenie wyrazów, które się dwojako odczytać dadzą. Papier nie powinien być poplamiony. Dlatego dobrze jest umyć przed pisaniem ręce, gdyż nieraz i pot u rąk wystarcza, aby papier potłuścić. Zasypywania piaskiem trzeba ile możności unikać; jeżeli się go zaś używa, trzeba piasek dobrze strzepać. (…)

W każdem piśmie okazywać trzeba grzeczność, która jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Oczywiście, jak każda przesada, tak też i grzeczność przesadzona ma w sobie mniej szczerości, a więcej śmieszności. W zażaleniach wystrzegać się trzeba wszelkich wyrazów obelżywych, ordynarnych wyzwisk, wymyślań, gdyż łatwo można popaść w konflikt z prawem, które w takich razach przewiduje nawet surową karę. Chybi jednak ten, ktoby dla pozyskania względów władzy pragnął użyć do pisania powabnego papieru kolorowego i może go nawet chciał naperfumować. Ta forma jest w pisaniu urzędowem obcą i treści pismu nie doda. (…)

Na początek wzór podania do prezydenta państwa o ułaskawienie od kary więziennej:

Wierząc w wielką dobrotliwość Pana Prezydenta, okazywaną skruszonym winowajcom, ośmielam się udać do niego z prośbą o uwzględnienie następującej sprawy: Wyrokiem tutejszej izby karnej z dnia 5 maja t.r. skazany zostałem za popełnienie napadu na… miesięcy więzienia. Wyrok ten głęboko mnie dotyka, aczkolwiek przyznaję się zupełnie do winy, za którą od czasu popełnienia jej ciężko żałuję. Nie tylko splamiłem moje sumienie i honor uczciwego człowieka, ale niemniej widzę przed sobą okrutną przyszłość, jeśli się do więzienia dostanę. Nigdy dotąd nie byłem karany i gdyby nie rozpaczliwa nędza, która mnie już od długich tygodni męczyła, nigdy nie byłbym się odważył na cudze mienie i osobę. Jak ja teraz będę mógł stanąć w obliczu mojej żony i pięciorga drobnych dzieci, które we mnie widzą swego kochanego ojca i opiekuna?

Najpokorniej przeto proszę, ażeby Pan Prezydent Państwa darować mi raczył wymierzoną karę w drodze nieocenionego ułaskawienia, albo ażeby Pan Prezydent Państwa raczył złagodzić karę na mniejszą. Podpis: Ignacy Biesik, robotnik mieszkający w Poznaniu, Górna Wilda 8. (…)

Gdyby taki Ignacy Biesik nie był dajmy na to włamywaczem, ale nożownikiem, który ze swymi koleżkami o mały figiel nie wysłał na tamten świat pewnego posterunkowego, to poszkodowany, w trosce o własne zdrowie, tak winien prosić swych zwierzchników o przeniesienie go za biurko:

Przed dwoma laty stoczyłem z szajką bandytów, którzy włamali się do obory gospodarza Józefa Chamca w…. i skradli dwa barany, ciężką walkę, podczas której otrzymałem kilka pchnięć nożem w ramię i w bok. Pan Starosta złożył o tem szczegółowe sprawozdanie. Chociaż rany krótko potem się zagoiły, czuję jednak stale, mianowicie podczas uciążliwej służby, że ręka moja jest nieuleczalnie uszkodzona i boleśnie mi słabnie. W ostatnim czasie, a przede wszystkim w czasie słoty, nie mogę sumiennie spełniać ciężkiej służby złączonej z moją stacją w obwodzie liczącym 8 wsi. Ponieważ jednak nie czuję się tak dalece niezdatnym, ażebym żadnej pracy spełniać nie mógł, o czem także orzeka lekarz powiatowy w załączonym poświadczeniu, a również pan przodownik, śmiem niniejszym prosić, by Powiatowa Komenda raczyła mię z mego obecnego stanowiska zwolnić i przydzielić mnie do służby biurowej. Podpis: Posterunkowy Grzegorz Chwacki.

Skoro już jesteśmy przy złym stanie zdrowia, to warto sobie uzmysłowić, że w tamtych czasach zaświadczenie lekarskie nie miało tej mocy urzędowej, co dzisiejszy druk L-4. Ówcześni podwładni, kiedy zmogła ich jakaś dolegliwość, musieli gęsto tłumaczyć się przed swoimi szefami. Pisało się np. tak: Łaskawy Panie! Na Zasadzie załączonego atestu, otrzymanego wczoraj od fizyka powiatowego, widzę się zniewolony prosić jeszcze o dalsze przedłużenie urlopu, ponieważ wyzdrowienie moje niewiele naprzód postąpiło. Nerwy moje mocno ucierpiały i wciąż mi jeszcze dokuczają, chociaż od rana do wieczora przebywam na świeżem powietrzu. Z prawdziwym szacunkiem uniżony Roman Mieliński. (…)

A oto fragmenty budującego pisma ojca do kierownika szkoły, w sprawie nagannego prowadzenia się jego syna:

Szanowny Panie Rektorze! Wiadomość, że Szanowny Pan Rektor nie jest z prowadzenia się mojego syna zadowolony i też być nie może, wielce mnie zasmuciła. Przedłożyłem jemu dzisiaj całą zgrozę jego zgubnego prowadzenia się i wyjaśniłem mu wszelkie smutne konsekwencje, jakie z takiego postępowania niechybnie powstać muszą. Mam nadzieję, że moje ojcowskie upomnienie nie będzie bez skutku i proszę na ten raz Szan. P. Profesora mojemu synowi raczyć przebaczyć i nadal go otaczać swoją cenną opieką (…) jestem przekonany, że syn mój Władysław postąpił źle nie ze złej woli, lecz zbłądził wskutek swej młodzieńczej lekkomyślności. Nagana Szanownego Pana Profesora jest mimo wszystko sprawiedliwa i na miejscu. Proszę z powodu zakomunikowania mi jej, przyjąć moje szczere podziękowanie. Przypuszczam, że i syn mój, gdy dorośnie, będzie umiał ocenić i uszanować wszelkie nauki udzielone mu przez jego profesorów i prawdziwych dobrodziejów. (…)

Bywało, że ktoś pilnie pragnął uzyskać swoje świadectwo urodzenia. Pisał wtedy do plebana:

Wielmożny Księże Proboszczu i Dobrodzieju! W pewnej sądowej sprawie zażądano odemnie nadesłania świadectwa urodzenia. Upraszam zatem, ażebyś mi W. Ksiądz Dobrodziej raczył je nadesłać, a ja po jego odebraniu odwrotną pocztą odeślę żądaną należytość. Dla ułatwienia w wyszukiwaniu w księgach kościelnych mej metryki nadmieniam, że urodziłem się r. 1872 dnia 24 sierpnia. Ojciec mój był we wsi, w której obecnie W. Ksiądz Dobrodziej pełnisz duszpasterstwo, rządcą u hrabiego M., który wraz ze swoją krewną bratanką Pelagią Czarnecką trzymał mnie do chrztu.

Wyczekując rychłego spełnienia mej prośby zostaję Wielmożnego Księdza Proboszcza Dobrodzieja najniższym sługą – Ludwik Kowalski.

Popatrzmy jeszcze, jak to usprawiedliwiali się niegdyś przed swoimi zwierzchnikami urzędnicy policyjni:

Do Magistratu, Dekretem z dnia 12 marca br. zostałem ustanowiony w mieście Brodach, jako niższy policyjny urzędnik. Składam za ten dowód zaufania uniżone podziękowanie i przyrzekam, że będę zawsze się pilnie stosować do poleceń mej przełożonej Władzy, nie zboczę na krok z drogi obowiązku. Oczerniono mnie jednak, jakobym się upijał. To fałsz. Prawda, że po skończonej służbie lubię się zabawić z porządnymi ludźmi w jakiej przyzwoitej oberży, ale nigdy mi się nie zdarzyło, abym był pijany, choć przyznaję, że czasem jestem wesoły. Nigdy przecież nie tknę się ani kieliszka wódki podczas godzin służbowych. I największy mój nieprzyjaciel nie uczyni mi tego zarzutu, bo nie mógłby stawić na to dowodów. (…)

Na zakończenie, pozostając przy policyjnym temacie, wzór raportu posterunkowego o dokonanym włamaniu:

Dzisiaj w południe dokonano kradzieży, przez włamanie się do mieszkania urzędnika magistrackiego A.B. Złodziej wydusił szybę w oknie w kuchni i otworzywszy je wszedł do mieszkania. Wskutek szelestu zauważono w pokoju mieszkalnym, że ktoś po kuchni chodzi i gdy B. do kuchni zajrzał, ażeby się przekonać, co się dzieje, złodziej prędko umknął znowu oknem, zabrawszy 2 surowe szynki. Chociaż natychmiast zaczęto go ścigać przy pomocy skotarza W. pasącego w pobliżu owce, nie było można go dogonić. Miał mniej więcej 35 lat, blond włosy i blond mały wąsik. Miał też okulary, na głowie krymkową czapkę, czarny paletot i zielonkawą, płócienną torebkę w ręku. Po drodze, w pobliżu szopy sikawkowej, zgubił chustkę z monogramem, która jedynie służyć może jako ślad w dochodzeniach osobistości sprawcy. G.A., posterunkowy.”

Od publikacji tego tekstu minęło już ponad czterdzieści lat, podręcznikowi P. Zychowskiego, który nadal stoi na mojej bibliotecznej półce niedługo stuknie setka. Może skorzystają z niego kiedyś jeszcze moje wnuki, nie pod kątem językowym oczywiście, bo język, którym mówimy i w którym piszemy zmienia się ustawicznie, ale względem różnych, uniwersalnych prawd, które książka ta zawiera. Takich na przykład, żeby nie włamywać się do mieszkania w czasie obecności gospodarzy, bo dwie szynki to marny łup, chyba, że złodziej długo niczego nie jadł. Surowa szynka po ugotowaniu jest bardzo smaczna, ale można nie zdążyć jej zjeść, jeżeli posterunkowy rzeczywiście nie popija na służbie, tylko pilnie stosuje się do poleceń swojej przełożonej Władzy. Swoją drogą, jak pięknie o niej kiedyś mówiono, aż łza się w oku kręci.

Achtung! Es geht um unsere S-Bahn!

Die S-Bahn Ausschreibung

Online-Konferenz *

Mi., 25.11.20 | 19:00 | RegenbogenKino

Was will der Senat – was will das Bündnis “Eine S-Bahn für Alle!” ?

Bis jetzt ist die S-Bahn noch zu hundert Prozent in der Hand der Deutschen Bahn, also in staatlichem Eigentum.
Doch vor wenigen Monaten wurden zwei Teilnetze – das sind zwei Drittel der gesamten S-Bahn – europaweit ausgeschrieben. Das heißt: Privaten Unternehmen wird die Tür für den Betrieb der S-Bahn und die Instandhaltung der Fahrzeuge geöffnet. Dabei kann nicht nur für den S-Bahn Betrieb auf jedem der beiden Teilnetze ein anderes Privat-Unternehmen den Zuschlag bekommen, auch die Instandhaltung der Fahrzeugen für die beiden Teilnetze kann an zwei verschiedene Privatunternehmen vergeben werden.
Das bedeutet die Zerschlagung und Privatisierung der S-Bahn.

Die Berliner*innen haben in den vergangenen Jahren mit Privatisierungen nur schlechte Erfahrungen gemacht. Das Wasser wurde privatisiert und musste dann – nach dem erfolgreichen Volksentscheid – für viel Geld wieder zurück gekauft werden. Tausende Wohnungen, die einmal der Stadt gehört haben, wurden ebenfalls verkauft.
Jetzt gibt es die Kampagne “Deutsche Wohnen & Co enteignen”, mit der ebenfalls viele Häuser, ehemals in städtische Hand gewesen, in öffentliche Hand zurückkehren sollen.

Wir wollen nicht, dass ein drittes Mal wiederholt wird, was zwei Mal komplett in ein Desaster geführt hat.

Das ist das Ziel des Bündnisses “Eine S-Bahn für Alle”:
Die Zerschlagung und Privatiserung der S-Bahn zu verhindern. Die Ausschreibung umfasst ein Volumen von 8 Milliarden Euro. Ein Abbruch der Ausschreibung ist möglich.

Redende:
Janek Neuendorf (S-Bahner, Mitglied der EVG), Ava Matheis (Bündnis “Eine S-Bahn für Alle”), ein Vertreter des AKI in der IG Metall

Veranstalter: Bündnis “Eine S-Bahn für Alle”

Mehr Infos gibt’s hier.
* Online-Zugang ab 18:40  unter:
https://bbb.extern.alt.coop/b/and-t4m-fkp
Nutzt als Browser Chrome oder Firefox.
Internet Explorer funktioniert nicht!

Wspomnienia (3): po wojnie

Zofia Slaska i Jacek Slaski

Jacek Slaski: Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Zofia Slaska: Nas wyrzucano w 1945 roku i to oczywiście nie Raczyńscy nas wyrzucali, tylko komuniści, dla których umowy dzierżawy niewiele znaczyły. Jednakże znaczyły przynajmniej tyle, że wiadomo było, że majątek nie jest własnością mojego ojca, czyli nie jest obszarnikiem. Mogliśmy wywieźć cały dobytek, meble i wyposażenie domu, tego nie odbierano. Gdybyśmy byli właścicielami, to byłoby inaczej, to wolno było zabrać tylko walizkę. W majątku rodziny mojego męża, twojego dziadka, Jacka Slaskiego, w Turnawcu zarekwirowano wszystko i uratowało się tylko to, co się udało wykraść. Ale i u nas nie było lekko. Mojego ojca w 1945 roku zamknięto do więzienia, prewencyjnie, na wszelki wypadek, żeby nie przeszkadzał w reformie rolnej. Dostał wezwanie do Częstochowy, pojechał i nie wrócił. To musiał być marzec 1945 roku, bo w maju wyszedł. Trzy miesiące był w więzieniu, ale mogło być gorzej, bo ojca Lilki Duninowej wywieziono i wielbłądy pasał w Kazachstanie. A ja zostałam sama w Częstochowie. We dworze mieszkali już inni ludzie, mama nie żyła, rzeczy wywiozła moja ciotka, jeszcze zanim ojciec poszedł do więzienia. Ale pomagali mi różni ludzie. Był na przykład nadleśniczy lasów w Złotym Potoku, żeby było śmieszniej, Grabowski się nazywał, bardzo mili ludzie, i on i jego żona, mój ojciec się z nimi przyjaźnił. Pan Grabowski załatwił mi przez Urząd Ziemski zaświadczenie, że mój ojciec był dzierżawcą, i że cały sprzęt rolniczy i zwierzęta były jego własnościąi nie podlegają reformie rolnej. I wtedy ja z urzędnikiem z Wydziału Rolnego pojechałam do Bystrzanowic po odbiór sprzętu, a tam ci ludzie, którzy tam mieszkali, zabrali już wszystko.

Ukradli?

Chcieli obrobić ziemię, był maj, to nawet rozumiałam, ale powinni mi byli za te narzędzia zapłacić. Nie wszystko odzyskałam, ale jednak dużo, i to kupowali ode mnie różni ludzie, a to leśniczy, a to jacyś inni. Poradziłam sobie.

Bardzo byłaś dzielna. Przecież wciąż jeszcze byłaś uczennicą. Młodą dziewczyną.

Jak mamusia umarła, to skończyło się moje dzieciństwo, dom prowadziła ciocia Azia, ale ja już byłam traktowana jak dorosła. Na przykład to ja pisałam listy do rodziny o tym, że mamusia zmarła. Ale to, że mnie traktowano jak dorosłą przewróciło mi w głowie całkowicie. Uważałam się za nie wiadomo kogo. Potem jednak okazało się, że ta twarda lekcja się przydała. Bo jak mojego ojca zamknęli, to spędzałam pół dnia w szkole, a pół dnia pod więzieniem. I też jakoś ze wszystkim dawałam sobie radę. Dziś już nawet nie wiem, kto mi pomógł, ludzie mi pomagali. Zanosiłam ojcu jedzenie – siostry dawały mi obiadw menażki. Musiałam też przynieść mu czyste rzeczy, a odebrać zawszone. Musiałam jakąś praczkę wynaleźć, która te rzeczy zgodziła się wyprać. Wszystko musiałam i jakoś sobie radziłam. Mieszkałam w Częstochowie, w internacie, a trzeba się było też zająć Bystrzanowicami. Nie przyjechał niktz rodziny, choć nie, i owszem, przyjechał wuj Umiastowski, ten morfinista. Tłumaczył, że on mi pomoże i że ja mam mu dać pełnomocnictwo. To był ten Umiastowski, co go potem zastrzelili. Ale wtedy jeszcze żył. Jednak ja już byłam za mądra. Wiedziałam, że on chciał zająć co się da i rozprzedać. Był jeszcze wuj Henryk Woźniakowski, ojciec Jacka, który mieszkał z drugą żoną w Częstochowie. I on mnie namawiał, dawał mi adresy, że mam wziąć adwokata, żeby wyciągnął mojego ojca. Ale się na to nie zgodziłam, bo trzeba by było płacić. Grzecznie wysłuchałam wujka, ale nie poszłam za jego radą. Było tak, że rodzina może nie bardzo mogła pomagać, bo wszyscy mieli podobne problemy, wszyscy byli wyrzucani i wszyscy musieli kombinować swoje. Natomiast najwięcej mi pomagali ci panowie z tej instytucji rolnej – pan Grabowski i inni panowie. Była też cała heca, bo, nawet nie wiem, jak się o tym dowiedziałam, ale przyjechała jakaś komisja, która miała sprawdzać sprawy tych zatrzymań. Chodziłam do tych ludzi na UB, tam częściowo byli jeszcze Ruscy. Poszłyśmy razem z taką moją koleżanką na to UB, bo jej ojciec też był zamknięty za jakieś sprawy, czy za AK, czy za coś innego, już nie sklecę. I ona chodziła przed gmachem UB po drugiej stronie ulicy, pilnowała, czy ja w ogóle wyjdę. A ja tam weszłam, a potem wyszłam. I rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że przecież ojciec nie był właścicielem, że jest dzierżawcą, że jest stary. I udało się. W końcu, jak na tamte czasy, wypuścili go bardzo szybko, po trzech miesiącach. I to chyba ta komisja załatwiła, do której też się dostałam.

Wszystkich ziemian wtedy zamykano?

Nie, nie wszystkich zamykali. Byli tacy, jak mój teść, Ludwik Slaski, który po prostu od razu wyjechał poza granice powiatu i jego nie zamknęli, ale ojciec mojej koleżanki, z takiego majątku oddalonego o 12 kilometrów od Bystrzanowic, był w więzieniu znacznie dłużej.

Twojego tatę wypuszczono.

Któregoś dnia, właśnie gdzieś byłam w mieście, spotkałam na ulicy koleżankę, a ona mówi: „ty leć do klasztoru, bo twój ojciec przyszedł”. I tak to się zakończyło. Bystrzanowic już nie było, rzeczy zostały sprzedane, było trochę pieniędzy, ojciec wyszedł, a ja musiałam jeszcze w następnym roku szkolnym zdać maturę.

Maturę zdałam w 1946 roku, w PRL-u. To był mój najlepszy rok, z 1945 na 46. Z powrotem byłam uczennicą, nie byłam osobą decydującą, nie byłam osobą, na której ktoś polega. Cieszyłam się z normalności. Byłam uczennicą, taką jak inne, mogłam się przejmować tym, czy mam co włożyć na zabawę karnawałową. Ze strojami były straszne problemy – każda z nas miała po jednej spódnicy, więc się wymieniałyśmy, żeby nie chodzić zawsze w tym samym. Ja na maturę miałam jakąś białą bluzkę, ale spódnicę pożyczałam od dziewczyny, córki młynarza, bardzo zamożnej, która kończyła właśnie czwartą klasę gimnazjalną i miała prawdziwą układaną spódnicę. I w tej spódnicy zdawałam maturę. Ogromnie się przejmowałam strojami, bo ogromnie się przejmowałam kolegami. Brat jednej z moich koleżanek uczył sięw tej samej klasie co ja, ale w liceum męskim. W czasie karnawału maturzystki zostały zaproszone do tego liceum na studniówkę. Może to zresztą nie była studniówka, tylko zabawa karnawałowa. Bo w „Nazarecie” myśmy tańczyły ze sobą, żadnych chłopców nie było. I się ogromnie przejmowałam, tam mi się jeden chłopiec podobał, ale nic z tego nie wyszło, nawet nie było kiedy, bo już na Wielkanoc wyjechałam do Poznania.

Dlaczego do Poznania?

Do mojego ojca, bo mój ojciec już był wtedy w Poznaniu. Pojechał tam na zaproszenie państwa Zwolińskich, tych którzy mieszkali w Bystrzanowicach po upadku powstania warszawskiego, i Hulewiczów, którzy byli z nami spokrewnieni. Genialna była matka wuja, jak ja to mówiłam, Leona Zwolińskiego. Zwolińscy mieli majątek na Wołyniu, kamienice w Warszawie i hektary, i dom w Poznaniu. Jak Rosjanie weszli do wschodniej części Polski i odebrali im majątek, to wyjechali do Warszawy, a jak powstanie upadło i trzeba się było wynosić, to najpierw mieszkali w Bystrzanowicach, a potem pojechali do Poznania, gdzie chcieli zamieszkać w swoim domu. Nie umiem powiedzieć, skąd i jak, ale oni mieli zawsze pieniądze, po wojnie też. W Poznaniu mieli dom na ulicy Dąbrowskiego i gospodarstwo, ale w międzyczasie ten dom i gospodarstwo zajęli Rosjanie. Wynajęli więc pokój na tej samej ulicy, żeby być w pobliżu i pilnowali. Jak Rosjanie się wynieśli z ich gospodarstwa – było małe i nie podlegało reformie, pewnie było tam ze trzy hektary, ale było w mieście – to Zwolińscy natychmiast tam weszli. W domu były cztery pokoje i, zabawne, bo dwie kuchnie, jedna – zimowa w domu, a w lecie druga – w przybudówce, w budynku gospodarczym. I tam, u Zwolińskich, zamieszkał mój ojciec, a Hulewicze, którzy też się przenieśli, wynajmowali dwa pokoje w budynku parafialnym w pobliżu. Czyli cała grupa, która pod koniec wojny mieszkała w Bystrzanowicach, to byli przyjaciele i rodzina, z którymi się nawiązało bliskie stosunki jeszcze wtedy, jak oni wszyscy byli na Wołyniu.

Czyli twój tata pojechał, a ty zostałaś w Częstochowie?

Najpierw myśmy tam pojechali razem z ojcem, oboje, latem 1945 roku, gdy ojciec wyszedł z więzienia, a ja miałam wakacje, bo właśnie się skończył rok szkolny. Całe wakacje spędziłam w Poznaniu, tylko na dziesięć dni zabrali mnie do siebie wujostwo Edziowie Morawscy, bo ciocia z dwójką dzieci mieszkała na plebanii u księdza w pobliżu ich dawnego majątku. Majątku już oczywiście nie było, a wuj Edzio też podjął pracę w Poznaniu, tak jak mój ojciec, w tzw. PNZ – Państwowych Nieruchomościach Ziemskich. Tam zresztą był dyrektorem mój przyszły teść, zresztą kuzyn mojego ojca, Ludwik Slaski. W PNZ głównie pracowało ziemiaństwo. Dyrektorem naczelnym, bo centrala PNZ-ów była w Poznaniu, był pan Marenż, bardzo światły człowiek i pełen inwencji.

Po wakacjach wróciłaś do liceum w Częstochowie?

Na ostatni rok szkolny. I tu już też było zupełnie inaczej – cały dom został zwrócony zakonnicom, bo przedtem część ich budynku zajmowało wojsko niemieckie. Były więc normalne klasy, bo przedtem, w czasie wojny, myśmy miały lekcje w sypialniach. Sypialnie na dzień zamieniano na klasy szkolne i miałyśmy lekcje na zmianę, jedna klasa w godzinach rannych, a druga po południu. A teraz każda klasa miała swój pokój lekcyjny, choć były też oczywiście takie finezje klasztorne – myśmy na przykład nie mogły po południu siedzieć w klasie i lekcji odrabiać, tylko przebywałyśmy w pomieszczeniu, które się nazywało uczelnia – było wspólne dla wszystkich panienek, które mieszkały w internacie. Jednak były to już całkiem luksusowe warunki i byłam tam bardzo szczęśliwa. Finansowo też się jakoś wszystko dobrze ułożyło. Już w jesieni 1945 roku musiałam zacząć płacić za internat – w końcu siostry żywiły nas, ogrzewały, opierały. Nie wiem, czy zostały jakieś pieniądze ze sprzedaży inwentarza w Bystrzanowicach, opłaty z siostrami uzgadniał mój ojciec, gdy był już na wolności, ale siostry jakoś to wyliczyły, że starczyło. Ojcu przecież nie został żaden majątek, w czasie wojny nie zarabiał, nie handlował na lewo. Tyle co ten spirytus sprzedawał, ale to było na bieżące wydatki. A w domu w Bystrzanowicach było pełno ludzi. Ich wszystkich trzeba było wyżywić. Ludzi było tyle, że piec chlebowy we dworze nie starczał, nie dało się raz na tydzień napiec chleba dla wszystkich, dokupywało się chleb na wsi.

Nic się z Bystrzanowic nie uratowało?

Trochę, ale bardzo niewiele. Przepadły na przykład akcje papierni w Myszkowie, które miała moja mama, papiernia została upaństwowiona i nigdy nic z tych akcji nie dostaliśmy. (Tu gdzieś jeszcze leżą te akcje). Był moment, że ojciec był odpowiedzialny za jakieś pieniądze i miał manko. I wtedy sprzedał dwa obrazy szkoły holenderskiej, które miał po swoich rodzicach i które wisiały w Bystrzanowicach w jadalni, a potem zostały wywiezione i wisiały w Poznaniu. Bo obrazy czy meble można było wywieźć. Część tych mebli mam do dziś i stoją w moim mieszkaniu. To zresztą też nie było takie proste. Ruchomości z Bystrzanowic zostały najpierw przewiezione do klasztoru na Jasną Górę i odzyskiwaliśmy je stopniowo. Najpierw ojciec przywiózł trochę rzeczy do Poznania, ale nie meble, tylko jakieś mniejsze rzeczy. A później ja dwukrotnie, raz przed moim ślubem, a drugi raz, jak już dzieci były dobrze podrośnięte, przywoziłam meble z Jasnej Góry do Poznania. Ale cała reszta została. Bystrzanowice to nie był nawet taki wielki dwór, we dworze było dziewięć pokoi, ale dziewięć umeblowanych pokoi to było dużo mebli i nie dało się wywieźć wszystkiego. Ja już później, jak moje dzieci były duże, wywiozłam tapczany. Blejtramy się na to mówiło – w ramie drewnianej były sprężyny na pasach i to było obite. I to były takie dodatkowe miejsca do spania – był w salonie taki tapczan i w kancelarii mojego ojca. Również tak zwane wkłady z łóżek drewnianych – twoi rodzice spali na takim bystrzanowskim tapczanie jeszcze na Grunwaldzkiej. I te obrazy też się udało przewieźć. Dwa sprzedał mój ojciec, a inny, określany jako Murillo, to ja sprzedawałam. Taki chłopiec, pastuszek, siedzący na kamieniu, ma nogę założoną i wyciąga sobie cierń z pięty. Ten obraz został wyjętyz ram i nieprawidłowo zwinięty farbą do środka. Farba się mocno pokruszyła, ale przez jakieś znajomości to zostało w Poznaniu sprzedane, Muzeum to chyba wzięło. Guzik to był a nie Murillo, ale jednak muzeum to wzięło. Mnie to jednak nie interesowało, nawet nie chodziłam sprawdzać, czy to wisi, czy nie. Zresztą muzeum nie pokazuje wszystkich obrazów ze swoich zbiorów, równie dobrze mogli kupić ten obraz, odrestaurować i potem sprzedać. Nie wiem. W każdym razie innych obrazów w Bystrzanowicach nie było – te dwa holendry i Murillo. Portretów rodzinnych nie było, były fotografie – do dziś u Marka wisi portret babci Teodozji w ozdobnej rzeźbionej ramie i owalna fotografia jej rodziców. Morawscy mieli swoje portrety rodzinne, również po Łempickich, ale te obrazy były w Plancie i wszystkie przepadły. W Plancie był front, czy Niemcy wywieźli, czy Ruscy wywieźli, czy zostało spalone, zniszczone. Bystrzanowice nigdy nie zostały zajęte tak jak Planta, ale Bystrzanowice to było odludzie, z dwóch stron 8 kilometrów lasu – to zupełnie się nie nadawało do zajęcia przez wojsko.

Czyli twój tata jakoś zapłacił za internat u sióstr, ale za co na przykład kupowałaś ubrania czy pomoce szkolne?

Jesienią 1945 roku nie było pieniędzy, ale ja dawałam dużo lekcji i zarabiałam swoje pieniądze. I to był bardzo wspaniały rok. Tyle, że gdy pod koniec 1945 roku jechałam na Boże Narodzenie do Poznania, to się przeziębiłam. I to przeziębienie się ciągnęło i wciąż miałam stany podgorączkowe. Mam zwapnienia prawego szczytu płuc – to z tego okresu. A wtedy też miałam jakieś stany zapalne przy paznokciach, to się wtedy mówiło „obierały mi palce”. Było to ropne zapalenie, musiałam chodzić do infirmerii, w wodziez mydłem moczyć i maści mi jakieś przykładali. I, gdy zdałam maturę latem 1946 roku, rodzina zadecydowała, że trzeba mnie doprowadzić do porządku. Wtedy zabrał mnie do siebie Adam Grabkowski, bratanek mojego ojca. Był wtedy dyrektorem jakiejś stacji traktorów na Ziemiach Odzyskanych koło Kłodzka. I ja tam pojechałam wydobrzeć i odżywić się.

Ale najpierw zdałaś maturę?

Maturę zdałam dobrze, ale nie tak błyszcząco – byłam chyba trzecia w klasie, tylko że nas wszystkiego było w klasie osiem uczennic. Na maturze był stopień z geografii, który się uzyskało z czwartej klasy gimnazjum i tam miałam czwórkę, a inne przedmioty miałam na pięć. I chyba z religii miałam czwórkę, zresztą wszystkie miałyśmy obniżony stopień. Ksiądz się na nas okropnie wściekł, bo któraś mądralińska mu się przyznała, że się wycwaniłyśmy. Ksiądz dał tematy egzaminacyjne, które trzeba było sobie opracować i potem się zdawało końcowy egzamin, nie przed komisją, tylko u niego. I to było trudne, bo myśmy w pierwszej klasie liceum miały dogmatykę, a w drugiej – etykę. Kiedy ksiądz dał te tematy, a oczywiście młodzież była sprytna, każda z nas opracowała jeden temat, a reszty się uczyła z opracowań innych. I któraś mądralińska mu się przyznała, że to tak było. Skarżypyta straszna, ale awantura też była straszna. Zagrożone byłyśmy, że będziemy komisyjnie zdawać maturę z religii. W końcu nie doszło do tego, była komisja maturalna z kuratorium, ale się nie wtrącała do religii i tylko obniżono nam stopień. Czyli miałam te dwie czwórki na maturze.

A po maturze pojechałaś do wuja Grabkowskiego na Dolny Śląsk.

O, pan dyrektor miał mieszkanie służbowe, w domu była Niemka – gospodyni, pewnie była właścicielka tego domu, bo wtedy mieszkało tam jeszcze dużo Niemców, ich dopiero później wysiedlali. I tam spędziłam te wakacje, bite dwa miesiące. Były tam ze mną dwie siostry Adama, po kolei, pierwszy miesiąc jedna, a drugi – druga, bo one pracowały już i nie miały tyle wakacji, co ja. Rzeczywiście wydobrzałam tam, skończyły mi się stany podgorączkowe, palce się wyleczyły, wszystko było w porządku. Wyzdrowiałam i przyjechałam do Poznania. Ja sobie wymarzyłam, chciałam pójść na chemię albo na medycynę, ale oczywiście było dawno po egzaminach wstępnych. Poszłam więc na ekonomię na Uniwersytet Poznański, gdzie nie było egzaminów wstępnych – przychodził człowiek, zapisywał się i był studentem. Przeczekanie roku nie wchodziło w rachubę, trzeba było się uczyć. Natomiast było oczywiste, że będę studiowała, co jeszcze w pokoleniu mojej matki, która przecież matury nawet nie miała, jeszcze oczywiste nie było. Wszystkie kobiety w rodzinie miały wprawdzie ogromną wiedzę, ale uczyły się tylko w domu i nie studiowały, studiowali synowie.

W tym czasie poznałaś mojego dziadka, swojego przyszłego męża, Jacka Slaskiego.

Jacek przedtem też uczył się w domu, zdał maturę jako ekstern w Pińczowie i od razu zapisał się na pierwszą otwartą uczelnię w Krakowie – Akademię Handlową. Rok akademicki zaczął się w marcu 1945 roku i trwał do września. I jesienią 1945 roku, jak ja szłam dopiero do drugiej (ostatniej) klasy licealnej, żeby zdawać maturę, to on już przyjechał na II rok studiów do Poznania. Jego rodzice mieszkali jeszcze w Rawiczu, dokąd się przeniosły PNZ-ty i gdzie pracował jego ojciec, Ludwik. A Jacek w Poznaniu wynajmował kwaterę studencką. Decyzja zmiany miasta wynikała więc u Jacka tylko z tego, że chciał być z rodziną. Jego brat Michał nie przeniósł się za rodziną, studiował w Krakowie i bardzo długo tam mieszkał, a potem przeprowadził się do Warszawy. W każdym razie jak ja się zapisałam na I rok ekonomii, Jacek był na tym samym wydziale studentem III roku. Tyle, że w tym właśnie czasie doszedł do wniosku, że wcale nie chce być pracownikiem administracyjnym. Skończył studia ekonomiczne i już pracował, ale jednocześnie od III roku ekonomii studiował archeologię.

Drugie studia kończył równo ze mną. Jego zainteresowania archeologią datują się jeszcze na czas, kiedy mieszkał z rodzicami w ich majątku – Turnawcu, gdzie przed wojną dokonano jakichś odkryć archeologicznych. Znaleziono jakąś siekierkę, która zawsze leżała na biurku u jego ojca, ale znaleziono też jakiś skarb.

Poznałaś Jacka na studiach?

Wcale nie. To mój ojciec zarządził, a ja musiałam być posłuszna i grzeczna, że muszę iść z wizytą do wujostwa Slaskich, którzy właśnie się przeprowadzili do Poznania. A ja wcale nie miałam ochoty, miałam inne plany, spotkać się z kolegami czy coś. Zmuszona do wizyty, ze złości postanowiłam poderwać kuzyna. Było to w 1946 roku, właśnie przyjechałam i zaczęłam studiować. Poznaliśmy się więc na herbatce u jego rodziców.

Mieszkałaś razem z tatą w domu państwa Zwolińskich?

Nie, nie mieszkałam z moim ojcem, tylko wynajmowałam pokój na mieście. U Zwolińskich, w tym gospodarstwie, nie było miejsca, ale ja też nie miałam żadnej ochoty tam mieszkać. Najpierw długo mieszkałam u Berszów, których syn, malarz, był kolegą naszych – ze strony Morawskich – kuzynów Kicińskich. Staś Kiciński był przez rok w Bystrzanowicach jako praktykant. Kiepskim on był praktykantem, bo on nie lubił rolnictwa. Zresztą Staś później skończył szkołę mechaniczną i był specjalistą od samochodów. A młodzi Berszowie, bo ich było dwóch braci, też przyjeżdżali do Bystrzanowic, w lecie, na wakacje albo jak w mieście było więcej łapanek. Berszowie mieli mieszkanie w Poznaniu na ulicy Matejki, na III piętrze w kamienicy. Ale jakoś tak było, że starszy pan Bersz umarł i rodzice pani Berszowej mieli się sprowadzić do Poznania, żeby jej pomóc, więc już nie było dla mnie miejsca. Ale ja zawsze miałam jakieś pokoje i sobie świetnie radziłam. Trochę pieniędzy na życie dawał mi ojciec, a ja udzielałam lekcji. Biednie było, na pewno było biednie. Obiady jadałam w stołówce studenckiej i to się wypatrywało, w której stołówce jest trochę lepiej albo trochę taniej. Ciuchy się dostawało z Caritas Akademika, od czasu do czasu można było jakieś ciuchy dostać, jakąś bluzeczkę, jakieś coś tam. Z kupowaniem było trudniej, ale od ojca miałam całkiem porządny kostium, już nie wiem, czy on w tej firmie, gdzie pracował jakiś kupon dostał. Chodziłam w tym kostiumie na wszystkie egzaminy i może nawet byłam w tym kostiumie z wizytą u wujostwa Slaskich. Nie pamiętam. W każdym razie od połowy miesiąca zawsze chodziłam z wizytami do ciotek, tak koło godziny 19.00, żeby się załapać na kolację. I tak chodziłam do cioci Józinki Kicińskiej albo do cioci Elżuni Slaskiej. A z Jackiem to trwało a trwało, bo poznaliśmy się przecież w 1946 roku, tak z rok trwały podchody, w 1948 roku się zaręczyliśmy, w 1949 braliśmy ślub.

Było jakieś życie studenckie?

Ależ było, oczywiście. Namiętnie chodziłam na wszystkie występy, do teatru bardzo dużo i do opery, ale nie z Jackiem, raczej sama albo z ojcem. Bardzo się przyjaźniłam z Zosią, później Kolberg, Mogilnicką, która była moją koleżanką na roku, z tym że ona przez pierwszy rok studiowała jeszcze w Lublinie, bo oni pochodzili z lubelskiego, mieli tam majątek. Później państwo Mogilniccy, Zosia i jej brat przenieśli się do Poznania, i myśmy na moim roku ekonomii tworzyli taką szóstkę czy ósemkę przyjaciół, w tym Anka Uznańska i Iza Łaszyn, potem Kwilecka. To nie wszystko byli ziemianie, jednak w dużej części. Uznańscy byli właścicielami Szaflar, to taki majątek na Podkarpaciui tam była fabryka nart. Ale to czy moi koledzy byli ziemianami nie odgrywało zbyt ważnej roli, a w Klubie Włóczęgów już zupełnie nie. To była wspaniała instytucja, ten Klub Włóczęgów, zorganizowana przez Komorowskich, rodziców obecnego marszałka sejmu, Bronisława. Ja z Jadzią, jego matką, jestem w stałym kontakcie, bo ona teraz mieszka u córki tu, w Gdańsku. Zyś, ojciec marszałka, już nie żyje. Klub Włóczęgów to była tradycja. W dwudziestoleciu międzywojennym był taki Klub na Uniwersytecie Wileńskim, a Komorowscy są z Wileńszczyzny i dlatego ten nasz Klub tak się nazywał. Wiosną i jesienią organizowano niedzielne wycieczki po okolicy,a w lecie dłuższe, kilkutygodniowe wyprawy. Na przykład na Mazury. Byłam członkiem Klubu Włóczęgów, też mocno byłam zaangażowana w harcerstwie i w lecie jeździłam na obozy harcerskie. Natomiast bardzo się w poznańskim Klubie udzielali Krysia Slaska, córka wuja Jana Slaskiego, brata mojego teścia i Jurek Wiśniewski, za którego Krysia potem wyszła za mąż. Krysia studiowała rolnictwow Poznaniu, dopiero wiele lat potem stryj Jan kupił im dom w Krakowie.

I to wszystko byli ziemianie?

W tych organizacjach powiązania ziemiańsko-rodzinne niby nie od grywały już takiej roli, ale jednak jakąś odgrywały, bo wiele lat później, jak już byłam dorosła i miałam dzieci, kiedy powstał Klub Inteligencji Katolickiej, i ja się tam udzielałam i chodziłam na prelekcje, zebrania, to tam też było mnóstwo ziemian. Bo to była inteligencja, ludzie o szerszych zainteresowaniach, było to też dla tej grupy jakieś miejsce, gdzie mogli się spotykać. W drugiej połowie lat 40. taką funkcję pełniły zresztą te PNZ-ty – tam pracowali ziemianie, bo oni mieli wykształcenie rolnicze, odpowiednie, aby zarządzać gospodarstwami. Trwało to tylko kilka lat, potem zaczęły się czystki, wyniszczono ich, zamknięto do więzienia. Teść mój poszedł do więzienia w 1948 roku. Jak braliśmy ślub, to teścia nie było i były całe hece ze ślubem, bo teściowa Elżbieta Slaska, zwana Babunią, uważała, że trzeba czekać, aż dziadzio wróci z więzienia. Nie wiadomo było, jak długo to mogło trwać, bo teść był na razie aresztowany, zanim doszło do rozprawy w 1950 roku, to ja już byłam w ciąży z Ewunią. Dopiero potem dziadzio dostał wyrok, 10 czy 12 lat, z czego odsiedział siedem.

Czy planowaliście ślub?

Dogadaliśmy się z Jackiem w 1948 roku, że chcemy razem żyć, ale mieliśmy już zaplanowaną wspólną wycieczkę rowerową z Klubu Włóczęgów. Jacek też był w Klubie i był głównym organizatorem tej wycieczki. Jechała nas czwórka czy piątka, jeszcze jedna dziewczyna oprócz mnie i trzech chłopaków. To myśmy się nie przyznali, że myśmy się dogadali, Jacek nie oświadczył się mojemu ojcu o moją rękę, nie powiedział też nic swoim rodzicom. Tylko sobie pojechaliśmy spokojnie na tę wycieczkę. Wspaniała to była wyprawa, przez Zieloną Górę do Wrocławia. Wszystko rowerami. Zresztą wiele lat później pojechałam znów na taką wycieczkę rowerową z dziećmi, szlakiem orlich gniazd. Ale wtedy w 1948 roku, to się nocowało w gospodarstwach, to już nie były PNZ-ety, tylko PGR, mieliśmy takie papierki, to Jacek wszystko załatwił, żeby nas wspomóc, dać nocleg. Nocowaliśmy gdzieś na jakimś stryszku, na sianie. Bardzo to było romantyczne i bardzo sportowe. A we Wrocławiu zatrzymywaliśmy się u jakichś kolegów czy znajomych. I później we Wrocławiu wycieczka się rozwiązała, a myśmy pojechali we dwójkę do wujostwa Bronikowskich. To było kuzynostwo dziadzi Ludwika i do nich przyjechała na wakacje Babunia czyli mama Jacka. Myśmy tam pojechali i tam się przyznaliśmy, że jesteśmy zaręczeni. Jeszcze się gdzieś wybraliśmy na rowerach i potem wracaliśmy do Poznania razem z Babunią pociągiem, a na stacji czekał na nas ojciec Jacka, który już też wiedział, bo Babunia mu dała znać.

Rodzina była zadowolona, że się zaręczyliście?

Myślę, że rodzice Jacka byli zadowoleni, byłam z dobrej rodziny, znali mnie dobrze, choć Babunia w stosunku do mnie miała dużo wymagań, ale ona była takim człowiekiem i w stosunku do wszystkich miała dużo wymagań. Współżycie z Babunią nie było łatwe, ale ona też była w bardzo trudnej sytuacji. Teścia wkrótce potem zamknęli w więzieniu, ona pracowała, pracowała ciężko, w jakiejś ogrodniczej instytucji. Przenieśli ją z Poznania do Środy i codziennie dojeżdżała do Środy. Nie była już też najmłodsza, była po pięćdzisiątce. A dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia dopiero w 1956 roku.

Jak wyglądał wasz ślub?

Ślub się odbył w domu wujostwa Zwolińskich, tam gdzie ojciec mieszkał. Tu też się nie obyło bez komplikacji. Dawało się na zapowiedzi, a ja nie miałam wtedy jeszcze 21 lat i mój ojciec musiał za mnie chodzić do księdza proboszcza, żeby dać na zapowiedzi. Myśmy oboje byli bardzo młodzi, ale Jacek był rok ode mnie starszy, on już miał 21 lat. Nasz ślub był w czerwcu, a ja dopiero w sierpniu osiągnęłam pełnoletniość. Nie miałam też skończonych studiów, tylko trzy lata. Na ślubie nie było zbyt wiele rodziny. Był Franek Morawski, który wtedy mieszkał w Poznaniu, wujostwo Edziowie Morawscy, już nawet nie pamiętam, może ciocia Ola, jego matka, bo na też już mieszkała wtedy w Poznaniu. A ze Slaskich przyjechali z Krakowa stryjostwo Janowie i dwie ich córki, Brońcia i Hala, i stryj Michał był i Basia – rodzeństwo Jacka. Ślub nie był w mojej parafii, tylko u Pallotynów, w parafii mojego ojca.

Gdzie zamieszkaliście po ślubie?

Jacek mieszkał już wtedy u mamy, a ja najpierw mieszkałam w jego stancji na ulicy Matejki. Po ślubie musieliśmy się oboje przenieść na ulicę Zakręt, do domu, gdzie mieszkali moi teściowie – trzeba było zapełnić metraż, żeby nie odebrano im mieszkania. Mieszkanie było trzypokojowe, a i tak, mimo że Jacek po aresztowaniu ojca przeprowadził się do mamy, UB zajęło jeden pokój. Babunia miała dwa pokoje, w jednym z nich mieszkał Jacek, bo Basia była wtedy w szkole u sióstr Urszulanek w Pniewach, a Michał studiował w Krakowie. Mieszkało się z ubecją, wspólna kuchnia była, wspólna łazienka. Wyprowadziliśmy się wszyscy z tego mieszkania, jak dziadzio Ludwik wrócił z więzienia. Dziadzio przeprowadził proces o rehabilitację, bo to sądownie trzeba było przeprowadzić, wygrał i dostał nawet odszkodowanie, choć od sumy odszkodowania odjęto sumę za wyżywienie przez siedem lat.

Legenda rodzinna głosi, że za odszkodowanie kupiony został telewizor.

To rzeczywiście tylko legenda, bo pierwszy telewizor został kupiony przeze mnie, już po przeprowadzce na ulicę Marcelińską. Miałam stałą pracęi mogłam dostać talon na telewizor. Mnie potrącano z pensji raty, a dziadzio Ludwik mi co miesiąc zwracał te pieniądze.

Na Marcelińską przeprowadziliśmy się już, gdy dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia. Właściciele tego domu sprzedali go pewnemu panu Siekierczakowi, który wymienił z dziadziem Ludwikiem mieszkanie. Mieszkanie na Zakręcie było już znowu trzypokojowe, bo jeszcze zanim dziadzio wrócił, to ten ubek, pan Ledzian, dostał ataku serca, był w szpitalu i bardzo szybko umarł. Czyli nigdy się z dziadziem nie spotkał. Została jego żona i córeczka, ale one się wkrótce wyprowadziły. I bardzo śmiesznie się wyprowadziły. Bo jak ubecy zajęli Slaskim jeden pokój, to wtedy jednocześnie zajęli jeden pokój na piętrze właścicielom tego domu. Slascy zajmowali parter i tam były trzy pokoje, a właściciele – dwie siostry i brat, mieli takie samo trzypokojowe mieszkanie na piętrze. Też im wtedy zajęto jeden pokój, bo nie ma żadnego powodu, żeby dwie siostry nie mogły mieszkać w jednym pokoju. I tam się też wprowadziła rodzina ubecka, małżeństwo z córeczką. Córeczka miała na imię Grażyna, a Marek to przekręcił i nazywał ją gadzina. I to się Babuni szalenie podobało, że słusznie ją tak nazywa. No i jak już wszystko zostało załatwione, to tamta rodzina dostała jakieś ubeckie mieszkanie, a wdowa po panu Ledzianie z córeczką przeniosła się na I piętro.

Twój teść, czyli dziadzio Ludwik, bo tak go wszyscy nazywali, wrócił do pracy?

Dziadzio potem jeszcze bardzo długo pracował.

A babunia też pracowała?

Babunia przeszła na rentę dosyć szybko po tym, jak dziadzio wrócił. To była renta chrobowa. Babunia pracowała w magazynach owoców, nie fizycznie, bo prowadziła papierkową robotę, ale tam było zimno i wilgotno.

Czyli cała rodzina mieszkała na ulicy Marcelińskiej. Ale ty się potem wyprowadziłaś na Hetmańską?

Na Marcelińską przenieśliśmy się wszyscy w 1959 roku, jak był ślub Basi, siostry Jacka. Mieszkali tam moi teściowie, matka Babuni, pani Ostrowska, i ja z dwójką dzieci. A Basia z mężem, Zygmuntem Kanigowskim mieszkali w Warszawie, a potem w wynajętym mieszkaniu w Milanówku. Tomek się urodził w Poznaniu w 1960 roku, bo Basia tam pojechała rodzić, i potem Tomek mieszkał z nami, pod opieką Babuni. Basia pracowała w Warszawie i na sobotę i niedzielę przyjeżdżała do synka. W 1962 roku już jak była w ciąży z Joasią, a ja już miałam się wyprowadzić na Hetmańską, zaproponowałam, że na ten czas ja się przeniosę z dziećmi do takiej połówki pokoju, za szafę, gdzie przedtem mieszkała prababcia, a ona będzie mogła zająć z dziećmi mój pokój. Tymczasem oddanie mojego mieszkania na Hetmańskiej opóźniło się o trzy kwartały i przez ten czas tam już było potwornie ciasno.

Na Hetmańskiej mieliśmy nareszcie swoje mieszkanie, ale tylko dwa pokoje. W jednym ja mieszkałam z Ewunią, a w drugim mój ojciec z Mareczkiem. To było duże mieszkanie – 56 metrów – i ja musiałam mieć cztery osoby. Jak dostałam mieszkanie, to mój ojciec wyprowadził się od Hulewiczów i zamieszkał z nami. Miałam wniosek i przyznane trzypokojowe mieszkanie, ale nie wytrzymałabym tego finansowo.To było mieszkanie spółdzielcze, tzw. własnościowe, wpłacało się 15%, a resztę się spłacało przez 30 lat. A jak potem w 1978 roku wymieniałam Hetmańską na mieszkanie w Sopocie na Kolberga, to ja to mieszkanie już musiałam wykupić.

Na Hetmańskiej mieszkałam 15 lat, a tu w Sopocie już mieszkam 28 lat, największy odcinek mojego życia spędziłam w tym mieszkaniu. Biórków to było 6 lat, Bystrzanowice 12 lat, od 1933 do 1945 roku, potem w Częstochowie rok czy dwa, różne pokoje w Poznaniu, a od 1949 roku Zakręt i Marcelińska. Poznań to też było 30 lat, ale różne mieszkania. I to mieszkanie to twój tata z ciocią Ewą wybrali. Ta zamiana się ciągnęła przez dwa lata.

Wróćmy jeszcze do Poznania. Wzięliście z Jackiem ślub…

… i pojechaliśmy w podróż poślubną do Biskupina, gdzie Jacek miał praktykę, ale nie na samych wykopaliskach, tylko w magazynie, gdzie wszystkie te skorupki opisywał. Jacek był bardzo uczonym człowiekiem, dużo pisał, dużo publikował, pewnie by został profesorem, gdyby nie zginął w katastrofie samolotowej w listopadzie 1951 roku. Na pewno zostałby po studiach na uczelni i na pewno zostałby profesorem. Przed śmiercią został mianowany kierownikiem wykopalisk w Opolu, gdzie budowano halę widowiskową, w której się potem odbywał festiwal piosenki polskiej. Zanim podjęto budowę trzeba było przeprowadzić ogromne prace wykopaliskowe. I Jacek został dyrektorem całego tego interesu. On wprawdzie jeszcze studiował archeologię, ale miał już magisterium na Szkole Handlowej, a pracę magisterską pisał na temat ziaren zbóż na wykopaliskach w Egipcie. Czyli już na ekonomii znalazł sposób, żeby pisać pracę o archeologii. I tę pracę pisał, jak Ewunia była malutka, w 1950 roku. Potem skończył archeologię i jak zginął, to był już w trakcie pisania doktoratu. Jak zginął miał więc żonę, dwoje dzieci, dwa skończone fakultety i pisał doktorat. Był bardzo wybitnym człowiekiem.

Jacek zginął w pierwszej katastrofie samolotowej w Polsce powojennej.

Ten lot, w którym zginął, też był przez ten doktorat, bo Jacek konsultował się w sprawach numizmatycznych z jednym profesorem w Krakowie. I leciał wtedy do Krakowa. Ten doktorat Jacka tu jest, bo skończył go pisać Tabaczyński, jego młodszy kolega z archeologii. Praca została opublikowana, I część – Slaski, Tabaczyński, a II już tylko Tabaczyński. W każdym razie, wtedy Jacek leciał do Krakowa, a w Krakowie była mgła i ich nie przyjęto, więc zawrócili, a jest zasada, że niezależnie od warunków atmosferycznych samolot musi przyjąć to lotnisko, z którego wyleciał. I oni wracali do Łodzi, bo lot był z przesiadką, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków. I tak to było, oni mieli mały zakres czyli dostawali mało paliwa. To oczywiście było nietypowe, że on wtedy poleciał samolotem, a nie pojechał pociągiem. Atrasznie się cieszył na ten lot, pierwszy w życiu. Ja w trzy miesiące po śmierci Jacka poleciałam do sanatorium do Krynicy i leciałam tą samą trasą, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków.

Nie bałaś się?

Nie, nie miałam żadnych obaw, uważałam, że jak ma być, to niech będzie, niech się skończy raz na zawsze. Tak się wtedy czułam. Dostałam choroby wieńcowej na tle nerwicowym ze wszystkimi objawami, jakby to była angina pectoris i leciałam do Krynicy na kurację. Ja się nie bałam, ale nikomu nie powiedziałam, że lecę, dopiero z Krakowa zatelefonowałam i powiedziałam, że jestem na miejscu. Myślę, że Babunia by protestowała, gdyby wiedziała, że zamierzam lecieć. W końcu zostawiałam jej i takiej płatnej opiekunce dwoje maleńkich dzieci. To wszystko było strasznie dramatyczne. Teść w więzieniu, ja jako młoda wdowa z dwójką maleńkich dzieci, ciasnota mieszkaniowa, ubecy za ścianą. Przynajmniej Mareczek i Ewunia dostali od LOT-u renty sieroce… choć to bardzo długo trwało.

A twój tata? Co robił w PRL-u, jak przestały istnieć PNZ-ty?

Ojciec pracował bardzo długo. Jeszcze w wieku 80 lat pracował na uniwersytecie.

A ty studiowałaś jeszcze?

Ostatni egzamin dyplomowy zdawałam w listopadzie 1950 roku. Mój opiekun naukowy, profesor Curkiewicz miał zawał i we wrześniu nie pytał, a od października pytał tylko jednego studenta dziennie, a i to nie codziennie. Ewa była wtede maleńka. I miała do mnie potem o to pretensje, że jak jeździłam na egzaminy, to albo ją zostawiałam w wózeczku u krawcowej, którą mieliśmy w śródmieściu w Poznaniu, albo u portiera. Nie miałam żadnej opiekunki do niej, a wszyscy pracowali. Opiekunkę miałam, het, jak już dwoje dzieci urodziłam. Ewa zawsze miała pretensje, że ją zostawiałam u portiera, a tak by już miała zaliczone jakieś egzaminy czy wykłady, jakbym ją ze sobą brała na zajęcia. Gdy skończyłam studia, mój kuzyn Leitgeber pomógł mi znaleźć pracę. Bardzo chciałam od razu pójść do pracy.

Zatem poszłaś do pracy.

Tak. W listopadzie 1950 roku zdałam egzaminy dyplomowe i bardzo mi zależało, żeby już od razu, jeszcze w tym samym roku zacząć pracę, bo wtedy w następnym roku miało się już miesiąc urlopu. Leitgeber załatwił mi po znajomości u głównego księgowego jednej firmy budowlanej, że mnie przyjęli od 15 grudnia. I pech chciał, że dokładnie wtedy zaszłam w ciążę i rodziłam dokładnie 9 miesięcy potem, jak zaczęłam pracować w tej firmie. Pracowałam w dziale finansowym i zajmowałam się jakimiś rozliczeniami. Pracowałam tam, ciocia Ewa była w żłobku, a ja byłam na trzymiesięcznym okresie próbnym. I nie mogłam się nikomu przyznać, że jestem w ciąży, bo by mnie zwolnili natychmiast. Bo po co komu taki pracownik, który potem pójdzie na 3 czy 4 miesiące na urlop macierzyński? Na początku oczywiście nie wiedziałam nawet, ale potem już wiedziałam. I to ukrywałam. Nosiłam zapaskę – taki ludowy strój, pelerynka w kolorowe pasy, który był równieżw Częstochowskiem. I w biurze w tej zapasce chodziłam. Dopiero w maju, jak byłam w piątym miesiącu, a czas próbny dawno minął, przyznałam się, że jestem w ciąży. Jaki ten główny księgowy był wściekły, oburzony, cała heca była. W sierpniu urodziłam Marka i do ostatniego dnia chodziłam do pracy. Jeszcze w sobotę byłam w pracy, a w niedzielę 12 sierpnia urodził się Marek. Potem byłam na urlopie macierzyńskim, trzy miesiące i miałam miesiąc urlopu wypoczynkowego – Jacek jeszcze żył, zginął 15 listopada. A w firmie już wszystko było przygotowane, że jak tylko wrócę do pracy, to dostanę wypowiedzenie. Ale jak się okazało, co się stało, to pani personalna powiedziała: nie wolno, nie wolno zwolnić kobiety, która jest jedynym żywicielem rodziny. Był pełen socjalizm i takich rzeczy przestrzegano. Ale trzeba też dodać, że personalną była pani Jasnoszowa, której mąż był archeologiem, kolegą Jacka. Jacek pracował w Instytucie Historii u profesora Hensla, a tamten pracował w Muzeum Archeologicznym u profesora Kostrzewskiego. Więc jeszcze wykorzystywałam ten urlop, a potem jeszcze dostałam zwolnienie lekarskie. Bardzo się bałam, że mnie wyrzucą, tak że do pracy przyszłam dopiero w styczniu i wtedy personalna mi powiedziała, że nie grozi mi żadne wypowiedzenie. W tej firmie pracowałam do końca 1963 roku, dobre 10 lat. I oni mi dali częściowo wkład na to moje mieszkanie na Hetmańskiej. Bo to była Spółdzielnia Pracowników Budownictwa i firmy dawały częściowo wkład na mieszkania swoich pracowników. Ale trzeba było podpisać cyrograf – zobowiązanie, że się nie odejdzie z firmy do czasu zamieszkania w tym mieszkaniu. Zawsze mówiłam, że ja jestem chłop pańszczyźniany glebae adscripti, mówiłam to publicznie. Podpisałam, musiałam tam pracować i nie dostawałam żadnych podwyżek, bo po co dawać podwyżki pracownikowi, o którym wiadomo, że nie odejdzie. I wytrwałam tam aż do 1963 roku i natychmiast, jak się tylko zameldowałam w mieszkaniu na Hetmańskiej, złożyłam wypowiedzenie, choć nawet jeszcze nie wiedziałam, dokąd pójdę pracować.

I dokąd poszłaś?

Zosia Kolbergowa mnie ściągnęła do spółdzielczości pracy, gdzie troszkę więcej dostałam pieniędzy, a spółdzielczość organizowała świetne wakacje dla dzieci. To był Wojewódzki Związek Spółdzielni Pracy, a spółdzielnie były fryzjerskie, szewskie, budowlane, lekarskie, wszelkie. Tam najpierw pracowałam w różnych wydziałach, w administracji, a później w ramach tej spółdzielczości pracy przeszłam do Gdańska do Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Pracy. I tutaj w Gdańsku bardzo szybko awansowałam. Byłam sumienna i pracowita, i bardzo szybko zostałam kierownikiem działu ekonomicznego. Miałam lepsze pieniądze, bardziej odpowiedzialną pracę, swój gabinet. W 1983 roku, w momencie jak skończyłam 55 lat, przeszłam na emeryturę.

Dlaczego? Przecież miałaś dobrą pracę, lepsze pieniądze?

Bo to były te zmiany, euforia roku 1980 i 81, później stan wojenny, ciągle się też zmieniały przepisy administrowania tą spółdzielnią i powoli miałam wszystkiego dosyć. Mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę i skorzystałam z tego. To prawda, ja szalenie wcześnie przeszłam na emeryturę i dlatego mam taką małą tę emeryturę. Później zmieniły się przepisy, emerytury były wyższe i jak Zosia Kolberg przechodziła na emeryturę, trochę później niż ja, to dostała o wiele lepsze pieniądze. Myśmy były na równorzędnych stanowiskach, to znaczy ja w Gdańsku uzyskałam takie stanowisko, jakie ona miała w Poznaniu. I ona, jak tylko przeszła na emeryturę, to poszła na pół etatu do takiej niedużej spółdzielni. A ja tu przestałam pracować w 1983 roku i dopiero w 1986 roku, po urodzeniu się Adasia, poszłam w Sopocie do biblioteki na pół etatu. I wtedy mi się te trzy lata dołożyły do stażu pracy. To był jakiś taki przelicznik i potem miałam troszkę wyższą tę emeryturę.


Rozmowa z Zofią Slaską, zwaną Babaciem, przeprowadzona wiosną 2009 roku, przez jej najstarszego wnuka Jacka Slaskiego.
Spisała Ewa Maria Slaska

Zofia Slaska była mamą mojej najlepszej przyjaciółki na studiach, Ewy Marii Slaskiej. Gdy wyszłam za mąż za brata Ewy, Marka, ja też nazywałam się Ewa Maria Slaska, a mama Ewy i Marka została moją teściową. Gdy rozwiedliśmy się z Markiem, nadal mówiłam do niej “mamo” i często odwiedzałam ją i Ewę. Ewa umarła w roku 2005, teściowa dwa tygodnie temu. Zdjęcie zrobione tydzień wcześniej.

Wiersze z uśmiechem

Teresa Rudolf

Niewinny śmiech

Oczy twoje
tak błyszczą,
dziewczynka
śmieje się
do swego małego
psa bielusieńkiego.

Twoje oczy
śmieją się ciągle
tak prześlicznie,
wciąż cichutko
szepcze, szepcze
pieska uszkom.

Twoje uszka
tak przepięknie
mnie słuchają,
głęboko patrzy
w czujne, figlarne,
oczy psie wierne.

Coś ci powiem,
a ty nikomu, tak?
Tajemnica wielka
nie powiesz…
wiesz, wszyscy ludzie…
…Covida mają, szaaaa…

Pies zachłystując się
ze śmiechu, macha
ogonem bielutkim,
nie wiedząc jak i ona
co to ten Covid,
i czy to… do śmiechu…

Sen srebrzysty

A gdyby tak gdzieś
daleko stąd, w sam
środek, świeżutko
upieczonej bajki?

A gdyby tak gdzieś,
daleko stąd, na jakąś
białą, uśmiechniętą
chmurkę z nieba?

A gdyby tak gdzieś,
daleko stąd, na sam
księżyc, odwiedzić
księżycowe panny

Sen, srebrny księżyc
huśtał się nad nim,
śpiewając mu w ucho,
o całkiem innym jutrze.

Czekając na śnieg

Ewa Maria Slaska

Dwa zdjęcia znalezione w sieci przypomniały mi, że bywały zimy, kiedy padał śnieg.

POLAND. Silesia region. Kalwaria Zebrzydowska village. 1981.
Religious pilgrimage during the Holy Week. Foto Bruno Barbey.

 

Jacek Szymański
na portalu Gdańsk historyczny:
Rok 1904, Jaśkowa Dolina, restauracja Forsthaus… i ten klimat 

Lubię śnieg i lubię zimę. Może dlatego lubię też białe malarstwo. Gdy jesienią tego roku byłam w Tate Modern w Londynie zachwyciłam się salą poświęconą białemu malarstwu. Są też sale o innych kolorach.

Te dwa zdjęcia zrobiłam ja, resztę biorę ze strony Tate Modern (uwaga, póki co Tate Modern jest zamknięta do odwołania, oczywiście z uwagi na koronę. Jak ja byłam, korona też była, było też przez nią mnóstwo ograniczeń, nie było szatni ani kawiarni, trzeba się było rejestrować zawczasu, ale jeszcze można było wejść; dziś, dwa miesiące później, już nie można wejść).

Achrome 1958 Piero Manzoni 1933-1963 Purchased 1974 http://www.tate.org.uk/art/work/T01871

 

Monochrome White Painting 1963 Li Yuan-chia 1929-1994 Purchased 2004 http://www.tate.org.uk/art/work/T11871

 

White Painting 1969 Michael Buthe 1944-1994 Purchased with funds provided by the Edward and Agnes Lee Acquisition Fund 2016 http://www.tate.org.uk/art/work/T14782

Oczywiście w Tate Modern nie ma Białego kwadratu (kompozycji suprematycznej) Kazimira Malewicza, bo jest w MOMA w Nowym Jorku, ale nie mogę się oprzeć, żeby go tu nie przypomnieć. Oczywiście biały kwadrat nie jest tak słynny jak czarny. Ale to tylko kwestia marketingu.

Artist Kazimir Malevich
Year 1918
Medium Oil on canvas
Dimensions 79.4 cm × 79.4 cm (31¼ in × 31¼ in)
Location Museum of Modern Art, New York City[

Jeszcze jeden biały obraz – został rok temu sprzedany za 20 milionów dolarów: Robert Ryman (b. 1930), Bridge

Ciekawy, prawda?

No i wreszcie mój ulubiony – Jacek Mydlarski (1950-2020), gdański malarz bieli, przyjaciel. Kupiłam kiedyś, dawno temu dwa jego obrazy. Przyznaję, że nie za 20 milionów dolarów. Ale ponieważ nie miałam wtedy w ogóle pieniędzy, to może symbolicznie te zakupy są sobie równe.

Te dwa jego białe obrazy towarzyszyły najpierw mi, a potem mojemu siostrzeńcowi w wędrówkach po kilkunastu naszych mieszkaniach (jesteśmy nomadami). Artysta umarł niedawno, jego niezwykłe białe prace można obejrzeć online.

Obrazy bieli