Przedruk: Zaszczuta wiceminister

Zbigniew Milewicz

Z drugiej ręki

Nie czytam dwutygodnika Kobra, ale robi to Jurek, mój monachijski sąsiad, z którym sobie czasem przy piwku politykujemy. Od niego więc mam ostatni, grudniowy numer pisma z ubiegłego roku, w którym jest m.in. tekst na temat Moniki Zbrojewskiej, współkierującej resortem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej. Dobry materiał dziennikarski, pióra Anny Fijak, którym chciałbym się z Państwem podzielić, opowiada on o wszechobecnym na scenie politycznej mobbingu i jego tragicznych skutkach.

kobra

Z hasłem miłości bliźniego na ustach potrafimy zabić. Wprawdzie nie bezpośrednio, przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, ale słowem. Złe słowo, zwłaszcza dzisiaj, w dobie internetu, ma zabójczą moc. Dotyka przede wszystkim osoby wrażliwe, bo te gruboskórne zniosą wiele. A co do tego, że Monika Zbrojewska była kobietą kruchą, jej znajomi nie mają wątpliwości. Gdy nastąpił bezpardonowy atak, nie umiała sobie z nim poradzić.

Piątek 23 października, wczesne popołudnie. Ulicą Byszewską w Łodzi jedzie toyota yaris, za nią samochód kierowany przez emerytowanego policjanta. Policjant widzi, że poprzedzający go pojazd dziwnie się zachowuje, mówiąc wprost – jedzie zygzakiem. Zawodowa rutyna daje znać o sobie. Były funkcjonariusz wyprzedza toyotę, zajeżdża jej drogę zmuszając do zatrzymania. W środku kobieta, jakby nie zdająca sobie sprawy, co się dzieje. Wyczuwalny jest alkohol. Kiedy później przeprowadzono badanie okazuje się, że stężenie wynosiło ponad dwa promile. To dużo, w przypadku kobiety bardzo dużo.

Przyjeżdża policja. Kobieta nie wszystkie polecenia wykonuje bez sprzeciwu. Zostaje odwieziona do Izby Wytrzeźwień. Jeszcze nikt nie wie, że chodzi o wiceministra sprawiedliwości Monikę Zbrojewską.

kobra (1)Zanim informacja dotarła do przełożonych, ktoś dał cynk dziennikarzom. Przypadek? Są tacy, którzy wszystko widzą w jasnym kontekście. Monika Zbrojewska jest ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej. Za kilka godzin rozpoczyna się cisza wyborcza, a z nią kończy się w mediach okładanie ciosami poniżej pasa. Ale o konkretnym przypadku pisać przecież można. Następuje zmasowany atak. Media, zwłaszcza te związane z Prawem i Sprawiedliwością, biją na odlew. Internet pełen jest chamskich komentarzy. I nic to, że wiceminister nie należy do PO, nie uważa się za polityka. Dla jednych wystarczy, że jest ze znienawidzonego rządu, dla drugich radość sprawia, że ktoś, kto był tak wysoko, właśnie z hukiem z tej wysokości spada. Dla różnej maści nieudaczników, przeciętniaków, a czasami wręcz pospolitych leni, porażka człowieka bardziej uzdolnionego, bardziej pracowitego jest najsłodszym miodem na zawistne serce.

Nic nie wskazywało, że kiedyś osiągnie zaszczyty. Rodzice posłali ją do technikum odzieżowego, bo Łódź była wówczas centrum przemysłu włókienniczego i zawód dawał gwarancję pracy. Wprawdzie po transformacji padał zakład za zakładem, ale gdy Monika Zbrojewska rozpoczynała edukację w szkole średniej, nikomu nie śnił się krach socjalistycznej gospodarki, a z nim bankructwo całych gałęzi przemysłu.

W technikum uczono zawodu, po macoszemu traktując przedmioty humanistyczne. Nagle okazało się, że uczennica Monika ma większe ambicje. Marzyło się jej prawo, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że ze świadectwem z „odzieżówki“ i wyniesioną z tej szkoły wiedzą, na prawnicze studia nie ma żadnych szans. Obowiązywały wówczas egzaminy wstępne, a sito na tradycyjnie obleganym przez kandydatów prawie było szczególnie gęste.

Ku zaskoczeniu komisji stała się rzecz niezwykle rzadka. Absolwentka technikum odzieżowego zdystansowała dziesiątki kandydatów z „lepszych” szkół. Nikt nie wiedział jednak, że za tym sukcesem kryły się setki godzin spędzonych nad podręcznikami, których nie obejmował program nauczania w technikum. Monika Zbrojewska okazała się jedną z najlepszych wśród ubiegających się o indeks Uniwersytetu Łódzkiego. Studia skończyła wśród trojga najlepszych studentów na swoim roku. Zaproponowano jej pracę w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Została na uczelni.

Szybki doktorat, dziesiątki naukowych publikacji. Stała się znana poza wąskim, naukowym środowiskiem, dzięki komisji śledczej w sprawie afery Lwa Rywina. Została jej ekspertem. Posiedzenia komisji transmitowane przez wszystkie znaczące stacje telewizyjne, cieszyły się olbrzymią oglądalnością. Wśród ekspertów wyróżniała się właśnie Zbrojewska. Z jednej strony fachową wiedzą, z drugiej obiektywizmem. Niektórzy z występujących traktowali udział w komisji jako trampolinę do kariery, a ich stronniczość była aż nazbyt widoczna. Na ich tle Zbrojewska budziła szacunek nawet u osób, którym obiektywne opinie pani ekspert się nie podobały, bo stały w kolizji z politycznymi interesami. Potem, jakby naturalną koleją rzeczy, były komisje w sprawie prywatyzacji PZU i w sprawie Olewnika.

Wielu jej zazdrościło. Szybkiej kariery naukowej ukoronowanej habilitacją w wieku 41 lat, co w naukach prawniczych nie jest częste, także statusu materialnego związanego z prowadzoną równolegle praktyką adwokacką. Zazdroszczono znanych klientów, takich jak choćby Leszek Miller (proces przeciwko Zbigniewowi Ziobrze) czy niegdysiejsza gwiazda telewizyjna Irena Dziedzic. Zazdrośnicy nie zastanawiali się nad ceną, którą za powodzenie przychodziło Monice Zbrojewskiej płacić. A cena była bardzo wysoka, bo w życiu nic nie jest za darmo.

Wszystko zbudowała na jednym filarze. Kariera, praca zawodowa. Nie było żadnej innej podpórki, choćby tej natury osobistej, żadnego oparcia. Taka konstrukcja jest bardzo niebezpieczna. Gdy pada jedyny filar, wszystko obrócić się może w ruinę. Takiej ruiny Monika Zbrojewska doświadczyła.

kobra (2)

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Cezary Grabarczyk, obejmujący fotel ministra sprawiedliwości i jego propozycja skierowana do łódzkiej znajomej o objęcie stanowiska jednego z zastępców. Monika Zbrojewska została wiceministrem.

Wchodziła do budynku przy Alejach Ujazdowskich chyba nie zdając sobie sprawy, jakie to miejsce. Miejsce zasiedziałych pracowników, odpornych na zmiany personalne na szczytach, biegłych w zakulisowych grach i zwalczaniu konkurencji. Nowa wiceminister bez politycznego zaplecza (wszyscy przecież wiedzieli, że do PO nie należy), bez umiejętności bezwzględnego wymuszania na podwładnych posłuszeństwa, z góry stała na straconej pozycji. Dodatkowo górowała nad większością ministerialnych urzędników wiedzą, a jest to grzech, którego wielu wybaczyć nie potrafi. Nie miała męża, nie miała dzieci, więc pracy mogła całkowicie się poświęcić, a takie zawodowe zaangażowanie także nie może podobać się ludziom, żyjącym w rytmie ośmiogodzinnego dnia.

Było trudno, a stało się jeszcze trudniej, gdy z ministerstwa odszedł Cezary Grabarczyk. Nowy szef resortu, Borys Budka, został zaskoczony atakiem na wiceminister Zbrojewską. Szczególnie zajadły był jeden z ustosunkowanych urzędników. Minister Budka chcąc sprawę ostatecznie wyjaśnić, zarządził konfrontację, ale do niej nie doszło, gdyż urzędnik wycofał się z oskarżeń. Sprawy jakby już nie było, ale przecież zły osąd pozostał. Monika Zbrojewska została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To dla niej bolesna porażka, bo uzmysławia sobie, że jednak jej wrogowie odnieśli zwycięstwo, a minister Budka jej nie obronił. Nie chciał, czy nie mógł?

Powinna sobie odpuścić. Zbliżały się przecież wybory, a sondaże wskazywały, że Platforma Obywatelska nie otrzyma mandatu na dalsze sprawowanie rządów. Jeżeli padnie PO, to padnie również minister Budka, a z nim wszyscy jego zastępcy. Czy jednak gorycz i emocja były silniejsze od trzeźwej kalkulacji? Czy to, co stało się 23 października na ulicy Byszewskiej w Łodzi, nie wiązało się z zawirowaniami w ministerstwie?

Alkohol temat drażliwy. Współpracownicy Zbrojewskiej będą utrzymywać, że nie piła. Na oficjalnych imprezach lampka lub dwie wina, nigdy nie zdarzyło się, by nie przyszła na zajęcia. Ale przecież 23 października nikt nie zmusił wiceminister do wypicia szklanki wódki i do zajęcia miejsca za kierownicą. Ludzie nieuzależnieni od alkoholu zwykle nie sięgają po tak dużą dawkę, by rozładować stres.

Psycholog Andrzej Wroński zastrzega się, że o przypadku pani wiceminister mówić nie będzie, bo go nie zna. Co najwyżej o alkoholizmie wśród kobiet. Staje się on problemem. Coraz więcej pań w tajemnicy przed otoczeniem, nawet najbliższą rodziną, sięga po kieliszek. Najczęściej wieczorem, po trudnym dniu. Z czasem to samotne picie staje się nałogiem. Kobiety odrzucają od siebie brutalną prawdę, że wpadły w uzależnienie. Rano przecież wstają do pracy, normalnie funkcjonują, w czym więc problem? Kac leczą porcją tabletek. Współpracownicy nie mają pojęcia, że dzieje się coś złego. Czy tak było w przypadku Moniki Zbrojewskiej? Być może…

Reakcja jest szybka. Po kilku godzinach od zatrzymania wiceminister, premier Ewa Kopacz podpisuje jej dymisję, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska stwierdza, że dalsze uczenie prawa przez osobę, która dopuściła się przestępstwa, będzie niemożliwe, Rada Adwokacka grozi wydaleniem z zawodu. Sankcje poważne, ale przecież zasłużone. Czy jednak to, co działo się potem, można już usprawiedliwić?

Monice Zbrojewskiej zawalił się cały jej dotychczasowy świat. Pracę na uczelni, adwokaturę w ciągu jednej chwili powinna wykreślić z życiowego kalendarza. A przecież zawodowemu sukcesowi poświęciła wszystko. Na dodatek internet zieje jadem. Każdego dnia zatrzymuje się w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu nietrzeźwych kierowców, ale nikt się nimi nie interesuje. Są przecież anonimowi, nic nie znaczą. Zbrojewska wystąpiła jednak przed szereg, a polski szereg bardzo nie lubi, gdy ktoś łamie jego szyk i przy najbliższej nadarzającej się okazji z lubością wdepcze delikwenta w ziemię.

Nie wychodzi z domu. Najbliżsi radzą, by nie uruchomiała komputera i nie czytała dotyczących jej wpisów, by nie sięgała po gazety. Czy jest jednak w stanie odizolować się od świata, w którym tkwiła po uszy?

Rodzina zawozi ją do szpitala. Przechodzi gruntowne badania. Wykazują silne zatrucie lekami. Czyżby sięgała po zwiększone porcje tabletek, by choć na chwilę zapomnieć albo na chwilę zasnąć? Monika Zbrojewska umiera 30 października. Lekarze jako przyczynę śmierci podają niewydolność wielonarządową. Monika Zbrojewska chciała, by je ciało skremowano. Kiedy przygotowywano się do pogrzebu byłej wiceminister, internet dalej syczał. Dominowało przekonanie, że 43-letnia kobieta zapiła się na śmierć. A fakt, że akurat było to kłamstwem, nie miał dla piszących żadnego znaczenia. Prawda bowiem jest ostatnią rzeczą, którą nienawistnicy zwykli się przejmować.

Anna Fijak

 

List z Polski

Katarzyna Krenz

Normalne życie i złe sny. Impresje grottgerowskie

Czarna sukienka

Nasz pra-pra-dziad stracił majątek za udział w powstaniu styczniowym. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli przez traumę wojny, a my do dziś nawet nie wiemy, co wtedy robili i jak wielką cenę musieli za to zapłacić, bo na wszelki wypadek milczeli. Nie, nie ze wstydu, bo wstydzić się nie mieli czego, przeciwnie, „sprawili się dzielnie”, jak powiedziałby mistrz Sienkiewicz. Oni nie opowiadali nam o „swojej” wojnie z obawy o nasze bezpieczeństwo.

Milczenie dziadków i rodziców nie ustrzegło nas jednak przed tym, co miało dopiero przyjść. Polityczne macki kilku -izmów położyły się długim cieniem na kolejnych pokoleniach, ucząc nowego milczenia, zabraniając studiów i pracy w szerokim świecie, zmuszając do parad, czynów społecznych i wykonów w imię obozowej przyjaźni. Karząc tych, którzy myśleli inaczej. Po czasach wojny i barykad, przyszedł czas zakazów i nakazów. Cenzura, odcięcie od świata i autentyczna bieda: kartki na mięso i ślubne obrączki, zapisy na mieszkania i szarość egzystencji. Poświęcenie dla dobra ogółu. I jeszcze: musisz zrozumieć, są ważniejsze sprawy niż ty i twoje osobiste szczęście.

Orzeł w koronie

Siłą młodości każdego pokolenia jest wiara w lepszą przyszłość. Nasze pokolenie nie odbiegało od tej normy: my jeszcze nie, my już nie, ale nasze dzieci będa mogły zejść z barykad i żyć normalnie. Co to znaczy żyć normalnie? Lista możliwości, jakie otwierają się przed młodym człowiekiem w wolnym demokratycznym państwie jest długa, powiedzmy zatem krótko: dwadzieścia sześć lat temu Wielka Zmiana dała nam i naszym dzieciom, między innymi, prawo decydowania o sobie samych. I choć nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co mamy począć z tym ptakiem wolności, nagle wypuszczonym z ponurej klatki komunizmu, radość odczuliśmy wielką i piękną. To było jak powrót do domu. Nareszcie nie wolność „od”, tylko wolność „do”. Kto wie, myśleliśmy, może w końcu, po rozbiorach, powstaniach, wojnach i przewrotach przyszedł czas na spełnienie własnych marzeń, realizację swoich talentów, poznanie smaku lepszego życia? Może jeszcze zdążymy?

Tak się stało – dzięki Solidarności i Lechowi Wałęsie, i dzięki rodzinie Lecha Wałęsy, która zaznała wszystkiego, tylko nie spokoju. To dzięki nim nasze dzieci nareszcie mogły się zająć swoim życiem, a my z dumą mogliśmy patrzeć, jak sobie dzielnie radzą w wolnym świecie, do którego myśmy nie mieli dostępu.

W wolnym świecie prawa i obowiązki obywatelskie, a więc uczestnictwo w życiu społecznym i politycznym, to wyższy poziom, na który wchodzimy dobrowolnie, z poczucia troski o wspólne dobro. Mamy budować, a nie niszczyć. To już nie barykady, tylko prawo do głosowania, chęć wyrażania opinii o tym, jak ma wyglądać moje miasto i program nauczania w szkole naszych wnuków. I w jaki sposób można pomóc innym, dotkniętym kataklizmem, głodem lub wojną – ludziom w potrzebie.

Krajobraz po bitwie

Ileż to razy słyszeliśmy: „Polacy potrafią tylko walczyć i ginąć za Ojczyznę, trzeba pokoleń, żeby nauczyli się żyć i pracować w pokoju”. Nie mówcie więc, że inteligencja przegrała, że ludzie nie poszli do wyborów, ponieważ nic ich nie obchodzi, bo to nieprawda. Dobrobyt państwa buduje się z małych cegiełek indywidualnego dobrobytu i szczęścia jego obywateli. Nasze dzieci były zajęte normalnym życiem, co jest trudnym zadaniem dla kogoś, kto nie ma wzorców wyniesionych z przeszłości. Do czego potrzeba nie tylko sił i odwagi, ale również czasu i – spokoju. Pokoju!

I znów… Okazuje się, że był to krótki epizod. Łyk świeżego powietrza, i koniec. Powracają stare wzorce walki, i to w najgorszym wydaniu: wojny domowej podsycanej nienawiścią i pomówieniem. Oto kolejne pokolenie musi porzucić swoje domy i wrócić na barykady, opowiedzieć się po jednej ze stron, określić, kto wróg, a kto przyjaciel. Zapomnieć o studiach, pracy, rodzinie, a zająć się Ojczyzną w potrzebie. I tak nasze dzieci znów nie zdążyły się dowiedzieć, jak miało wyglądać normalne życie.

Ilustracja: Artur Grottger, Już tylko nędza, z cyklu: Wojna (1866-1867)

Maile z Polski

Styczeń 2016

Mężczyzna, po 50

dziś demonstracja… wspaniale było…

Mężczyzna, 60 lat

… to pewnie też kwestia wieku,
gdybym miał 30/40 lat, to bym się spakował i wyjechał,
w wieku 60 lat, to jest naprawdę trudna decyzja,
stad moja frustracja …
sam już nie wiem, co robić …
prowadzę rozmowy dotyczące nowych projektów,
więc może jeszcze trochę pooszczędzam,
szczególnie, że czasy idą ciężkie,
ale nie wiem, czy nadążę z odkładaniem …

ponieważ ostatnie kilkanaście lat wyglądało, że w Polsce da się żyć,
więc wszystkie aktywa na przyszłość (mieszkania, oszczędności)
zgromadziłem w PLN,
a teraz paru cwaniaków z PiS postanowiło się dorobić na społeczeństwie,
i w kilka miesięcy zdewaluowali PLN o ponad 12%
(pomijam co zrobili z giełdą – tam na szczęście nie mam żadnych aktywów);
… z moich zasobów odłożonych na emeryturę ukradli mi tyle,
ile odłożyłem przez ostatnie 1,5 roku (i to pracując na dobrym
kontrakcie);
jestem kompletnie zdołowany 😦
jak coś zdecyduję, to może przyjadę do Berlina na dzień/dwa,
trochę się rozejrzeć, i pooddychać normalnym powietrzem
(zanim zamkną granice)

Mężczyzna, 30 lat

czyli byłby sens przyjechać w połowie miesiąca
ale ja nie wiem, czy wytrzymam tu do tego czasu.

tu jest tak strasznie
okropnie
smutno
pochmurno
blotniście
depresyjnie
przygnębiajaco
beznadziejnie

Mężczyzna, 44 lata

… rozpada się nam marzenie o wspólnej Europie. Najboleśniejsze jest jednak to, że konsekwencje tych durnowato-radosnych działań międzynarodówki nacjonalistycznej ponosić będzie pokolenie Twojego wnuka. Ludzie tak naprawdę nie lubią wolności – mają to w naturze.

Czeka nas bardzo długa zima!

Dlaczego Ci tak od rana psuję humor? Bo ja wiem? Może po prostu chcę się spytać: czy jest coś, czego my nie wiemy o naszych rodakach? Czyżby naprawdę dojrzeli do dyktatury?

Swoją drogą mam też refleksję. Ja się nie znam, to Ty byłaś w konspiracji, tak tylko sobie głośno myślę; czy w tych okolicznościach KOD i podobne inicjatywy nie wystrzelają się za szybko? Czy nie trzeba myśleć o czymś bardziej długofalowym, takim bardziej pozytywistycznym niż romantycznym? Co Ty na to?

I nie o słuszność chodzi – oboje wiemy, że sprawa jest słuszna – tylko o skuteczność. Ja nie chcę dulce et decorum umierać, lecz efektownie zwyciężyć, choćby i za jakiś czas. Myśl, weteranko! Jak będziesz miała pomysł na Drugą Kadrową, to będziesz też miała mój akces!

 

Festiwal piosenki natrętnej V

Tomasz Fetzki

Przedwiośnie, czyli natręctwo sprowokowane

Decyzja zapadła. Szefowa w profetycznym uniesieniu śmiało zarysowała wizję i precyzyjnie wytknęła kierunek marszu: witamy wiosnę!

Na Łużycach co prawda przyroda jeszcze nie wariuje tak jak w Berlinie, ale pewne zwiastuny zmian i tutaj można już zaobserwować. Niby zimno, ale w niektóre dni niebo wygląda jak lapis lazuli. Niby szaroburo, lecz gdzieniegdzie z błocka wychynęły zielone lance przebiśniegów – jeszcze nie kwitną, ale jaka to intensywna zieleń! Słowem, nie ma co grymasić. Wiosna to wiosna. I o niej opowie dzisiejszy tekst. Zresztą: poprzedni pomysł na wpis i tak był do chrzanu, trzeba to uczciwie przyznać…

Dziarskie hasło padło, a sprowokowane nim natręctwo natychmiast przybyło. Inna sprawa, że i tak by przyszło, tylko może nieco później. Bo przyplątuje się co roku na przedwiośnie. Wtedy, gdy kwiecie jeszcze nie kwitnie a dnie wciąż krótkie, ale już pyli leszczyna, zaś dreszczyki ciepła co i raz wstrząsają powietrzem. Zawsze w tym czasie Viator lubi sobie posłuchać kompozycji Czesława Wydrzyckiego, stworzonej do wiersza Jarosława Iwaszkiewicza. Taki duet musiał zaowocować powstaniem czegoś jedynego w swoim rodzaju. Chciałoby się stwierdzić: nie ma co dłużej gadać, po prostu słuchajcie. Poczujecie niepowtarzalną atmosferę głębokiego, jeszcze sekretnego przedwiośnia. Usłyszycie tęsknotę za wiosną: nie tylko tą klimatyczną skądinąd.

Chciałoby się, ale Viator, jak to on, musi pofilozofować. To silniejsze od niego. Przebóg! Jakże nie filozofować, gdy okoliczności aż się o to proszą? Nie chodzi tylko o ten bonus w postaci napisu Interwizja, pojawiającego się co pewien czas w tle scenografii. Nie idzie jedynie o zaskakującą refleksję, iż czym ta Interwizja była, tym była, ale kudy utworom z festiwali Eurowizji do takiej perełki…

Przemyśleń ma Wędrowiec więcej. Kiedyś obiła się o jego uszy opinia, iż powstanie piosenki było zaprawione odrobiną wazeliny. Że był to ponoć nieco wymuszony – czy raczej wyperswadowany – hołd dla sędziwego, a wciąż wpływowego Iwachy. Jeśli tak, to daj nam Panie nieco tego samego. Prawdziwego talentu nic nie ukatrupi. Ale może było zupełnie inaczej?

To wszystko jednak drobiazgi. Oto teraz Viator pozwoli sobie na świętokradztwo: ma odwagę nie godzić się z Autorem! Chyba dlatego, iż przeżył już kilka zim, które to i owo w nim wymroziły. Jestem w nieskończoności, w morzu miłości do ludzi… Ludzi, ludzkości… Nie przemawia ta fraza do Pielgrzyma, brzmi cokolwiek fałszywie: kto ludzkość miłuje, rzadko potrafi kochać konkretnego człowieka. Morze miłości skurczyło się Wędrowcowi do rozmiarów jeziora. Aralskiego. Sama sobie ludzkość winna.

Rozpacz to? Cynizm? Może jednak realizm? Na pociechę trzeba wszak dodać, iż nie jest Viator zupełnie pozbawiony zdolności do ciepłych uczuć. Ludzkości raczej nie lubi, ale kilkoro ludzi, których prawdziwie kocha, dałoby się odnaleźć. Będzie ich nawet więcej, niż tych sprawiedliwych, których Awraham szukał w Sodomie.

Zresztą, z czego chciałby się teraz wstydliwie zwierzyć, także Viator każdego dnia zanurza się w morzu czułości. Nie zdziwaczał do tego stopnia, żeby męczyć codziennie wszystkich wokół opowieściami o swej suczce, albo zasypywać serwisy społecznościowe jej fotografiami. Ale do kroćset! Raz na piętnaście lat chyba można?!

Łatka: jubilatka piętnastolatka. Patrząc w te oczy nie sposób nie zanurzyć się w morzu czułości.

Dość filozofowania. Idzie wiosna! Słuchajmy.

 

und was nun?

johanna

tanja ist ein geburtstagsgeschenk kaufen gegangen.
hat ihr porte-monnaie vergessen.
ich habe ihr das porte-monnaie aus dem fenster runtergeworfen.
es ist im baum gelandet.
wir haben zwei besen zusammengeklebt – zu kurz.
wir haben zwei besen an eine leiter geklebt – zu kurz.
ich in die wohnung der russischen s-m-puffmutter
die wohnung wird gerade seit 4 monaten zu einem luxus-loft umgebaut.
ein mann kommt mit hoch guckt, versucht was, geht nicht.
“er muss nachdenken”.
5 min später kommt er wieder hoch und baut aus holzleisten ein 4meter-holz-teleskop und mit grossem geschick befreit er das porte-monnaie aus dem baum.
als dank will ich ihm einen sekt schenken.
er sagt nein danke.
wir sprechen ein mix aus polnisch und ukrainisch.
beim gehen schaut er zu dem sekt: “und wenn wir ihn zusammen trinken?”
höflich will ich sein, “vielleicht” sage ich. oder “vielleicht schenkt er ihn auch jemandem” füge ich vorsichtshalber hinzu.
er nimmt ihn. ich freue mich.
5 min später klingelt es an der tür.
herr alex ist da, steht im dunklen treppenhaus, gibt mir eine visitenkarte –
er sagt etwas was ich nicht verstehe, ich wiederhole, wiederhole, endlich verstehe ich:
ah! er würde sich sehr freuen! ich bedanke mich höflich.
er geht davon.
ich schaue auf die visitenkarte:
auf der hinterseite einer bau-unternehmer-adresse,
mit bleistift, sein name, handynummer, adresse,
und … “20:00”
nun blutet mir das herz wenn ich mir vorstelle, dass alex abakaev aus der ukraine, in einer kahlen wohnung in der see-strasse, heute abend um acht auf eine polin warten, die nie kommen wird…

Festiwal piosenki natrętnej IV

Tomasz Fetzki

Cavatina, czyli nieodwołalnie utracona beztroska

Dziś piosenka nietypowa. Właściwie: w ogóle nie piosenka, tylko miniaturka instrumentalna. Wszelako natrętna. I to bardzo.

Gdy słuchamy utworu tekstowo-muzycznego, sprawa jest jasna, a treści oczywiste. Jednak go braknie słów… Mówią, że muzyka to najbardziej czysta, abstrakcyjna spośród sztuk wszelakich. Niczego nie przedstawia, niczego nie oznacza, po prostu wyraża ukrytą harmonię kosmosu. Skoro mówią, pewnie tak jest!

Jednak, od czasu do czasu, ktoś melodiom usiłuje nadać znaczenie; bywa, że z dobrym skutkiem. Gdyby Rudy Ksiądz z Wenecji nie opatrzył swego koncertu skrzypcowego E-dur dodatkowym tytułem, czy ta muzyka przywodziłaby nam na myśl powiew zefirka, trzepotanie motylich i pszczelich skrzydełek oraz taniec promyków młodego słoneczka? Może tak, może nie. Ale skoro kompozytor nazwał utwór Wiosną, to już się nam tak ona nieodparcie będzie kojarzyć. Podobne przykłady można mnożyć, ale to by było przeładowanie tekstu ornamentyką, a przecież ostatnio podnosiły się na blogu głosy sprzeciwu wobec barokizowania. Niechże przeto za cały barok Vivaldi wystarczy!

Albo taka, panie dziejaszku, muzyka filmowa. Siłą rzeczy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z dziełem wybitnym (a przecież jednym z elementów dobrego filmu jest sugestywna ścieżka dźwiękowa), melodia, choć sama w sobie nic nie znaczy, już na zawsze kojarzyć się będzie z treścią obrazu. Pozostaje tylko kwestia tego, jaką kto treść z jakiego filmu wysnuł dla siebie. Bo można różne.

Łowca jeleni. Budzi skrajne oceny. Dla niektórych synonim dłużyzny i nudy. Dla innych arcydzieło pod każdym względem. Wiadomo, de gustibus… Viator nikogo przekonywać nie ma zamiaru, ale chce zadeklarować: on należy do owych innych. Jego osobisty ranking od wielu lat niezmiennie plasuje ten film w pierwszej trójce najlepszych. Bo to dzieło znacznie głębsze, niżby się na pozór wydawało.

Można, rzecz jasna, skupić się na najbardziej zewnętrznej, publicystycznej warstwie, i potraktować go jako rozliczenie Amerykanów z wojną w Wietnamie. I będzie to oczywiście prawda. Ale jakże powierzchowna! Kontakt naskórkowy. Bo przecież nie przeżycia potomków łemkowskich imigrantów z Pensylwanii, wysłanych nad Mekong, są tu najistotniejsze. Gdyby zamiast nich ukazać młodzieniaszków z Karlsruhe zamarzających pod Stalingradem? Albo chłopców z Irkucka, walczących w Kabulu? Czy też dandysików z Bordeaux tonących w lodowatych nurtach Berezyny? Lub dziewczyny spod Tarnopola, które po latach poniewierki wstąpiły do Platerówek? Czy to byłoby coś innego? Łowca jeleni jest filmem o tym, jak wojna nieodwracalnie niszczy osobowość. Tylko wojna? Wojna to symbol zaledwie! Chodzi o zło. Nie takie zło zwykłe, codzienne, ale to stężone, dotkliwe i, co najistotniejsze, niezawinione. W miejsce wojny wstawcie sobie gwałt, zdradę (zwłaszcza doznaną od tych, od których najmniej się jej spodziewało), długotrwały mobbing, czy co tam jeszcze chcecie. Zło rani wszystkich, nawet odpornych. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Wolne żarty! Oto najsilniejszy z gromady przyjaciół: Michael. Wrócił z Wietnamu lepszy? Co najwyżej – nie gorszy. A na pewno bardziej cierpiący. O tym jest ten obraz.

Powiadają ludziska, że początkowe sceny Łowcy jeleni – wizyta na sali bilardowej, wesele, polowanie – są zdecydowanie za długie i właściwie w ogóle niepotrzebne. Viator pozwala sobie zaprotestować: oto mamy do czynienia z najbardziej przejmującymi fragmentami filmu. To, co się wtedy rozgrywa między bohaterami (a co oddano subtelnie ukradkowymi spojrzeniami, znaczeniem ukrytym pomiędzy zdawkowymi dialogami, zatrzymanymi wpół gestami): lęk przed przyszłością, przeczucie nieuchronnego końca młodości – to istota Łowcy jeleni. Najlepiej widać ów strach w zachowaniu Stevena, tego spośród przyjaciół, który charakteryzował się najsłabszą konstrukcją psychiczną. Inna sprawa, że i spadło się na niego najwięcej. Nie tylko powołanie do wojska. Wszak to jego ślub i jego wesele. Których właściwie w ogóle być nie powinno. I teraz sami powiedzcie: jakiż to z Łowcy jeleni film wojenny?!

Takie treści wysnuł z niego Viator. Dlaczego właśnie te? Może dlatego, że, gdy oglądał go pierwszy raz, sam był w chwili przełomu, właśnie zdał maturę i musiał decydować, co dalej? Swoją drogą: słusznie ktoś już zauważył, że paradoksem, ironią losu i piekącą niesprawiedliwością jest fakt, że kluczowe decyzje, które na długo i głęboko zaważą na naszym życiu, musimy podejmować w momencie, gdy to życie i samych siebie, póki co jeszcze, exusez le mot, gówno znamy. No naprawdę – rosyjska ruletka!

Takie treści przemieszały się w umyśle Viatora z muzyką ilustrującą film. Żal za kończącą się młodością. Ściślej – za odchodzącą w przeszłość beztroską.

Może, gdyby Wędrowiec był wyznawcą cyklicznej teorii czasu, byłoby mu łatwiej. Tkwi jednakże po czubek głowy w teorii linearnej, czuje wyraźnie, iż nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy; z tej przyczyny utrata beztroski jest tak dotkliwa.

Kilka miesięcy temu jadł Viator jabłka maczane w miodzie, celebrując Rosz ha-Szana. Kilka dni temu pił szampana, świętując imieniny Sylwestra. To wszystko daty wybrane arbitralnie, jest pewnie jeszcze kilkanaście innych potencjalnych początków nowego roku, które można sobie obejść. Ale każdy z nich przypomina niestety, że czas nieubłagalnie płynie, a czarodziejska epoka beztroski odpływa coraz dalej. I w takich chwilach natrętnie brzmi Pielgrzymowi w uszach Cavatina.

Nie chciałby jednak Viator kończyć swej opowiastki zbyt pesymistycznie. Przemijanie, utrata – zgoda. Ale ta muzyka ma w sobie coś jeszcze, choć ciężko to coś określić. Nadzieja? Może raczej pogodna zgoda na nieuchronne. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Tak, chyba o to właśnie idzie. To się w tej melodii natrętnej ukrywa.

Nic się nie ukrywa! Niczego tam nie ma, poza dźwięków cudowną harmonią. I Tobie może zupełnie inne natrętne myśli przyniesie ze sobą Cavatina? Przekonaj się.

Na zimowe nastroje

Tomasz Fetzki

Dzika róża czyli zajączek

Dzisiejsza opowiastka będzie krótka, bezpretensjonalna i raczej mało oryginalna. Ale kto wie – może właśnie taka przypadnie komuś do gustu?
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: błogosławieni ci, którym tego oszczędzono! Viator do nich nie należy. Odkąd sięgnie pamięcią, musi się męczyć ze skłonnością do nastrojów depresyjnych. Ale to chyba cecha rodzinna, a już na pewno w tym pokoleniu: jego ukochana – wszak jedyna – młodsza siostrzyczka też tak ma. Przy okazji: Asiu, wszystkiego co wymarzone z okazji urodzin Ci życzę! Popatrz – nadrabiam jak potrafię…
I musiało to nieszczęsne rodzeństwo wynajdywać jakieś domowe sposoby przeciwko deficytom nadziei na lepsze jutro. Doszło na przykład do wniosku, że pewną ulgę może przynieść wychwytywanie refleksów piękna. Symbolem takiego rozbłysku stała się dla nich wspólnie ulubiona, jedna z najbardziej uroczych akwarel Dürera, czyli Zajączek.

1 Zajac

Niewinny, mięciutki i… po prostu piękny. Oczy bystre, uszy czujne i każdy włosek sierści oddany tak realistycznie. Rzeczywiście, potrafił i wciąż potrafi poprawić samopoczucie.
Od tego czasu nazywa się to wyszukiwaniem zajączków. A one czasem pomagają, a czasem nie. Bo nieraz do tego stopnia człowieka ściśnie, że żaden szarak nie poradzi, niechby i najbardziej milusi.
Ale teraz nie jest aż tak źle. Po prostu: jesień już zgniła, zima się jeszcze nie zaczęła, ludzie wokół… no… powiedzmy – różni. Brudno, szaroburo, słowem: melancholia nasza powszednia.
Prawdę mówiąc, z tą szaroburością nieco Viator przesadził. Popatrzcie dokładnie.

Znajdziemy tu zieleń – głęboką, choć odrobinę przygaszoną. Jest wytworny brąz, dyskretna oliwka, elegancki beż, znajdzie się i przydymiona nieco żółć. Tyle, że wszystkie te barwy takie jakby nienachalne. Ich odkrycie wymaga wysiłku, a czego jak czego, ale chęci do wysilania się nastrojonemu depresyjnie Viatorowi brak! Na szczęście kica ku niemu zajączek.
Płomienna, soczysta czerwień. Żadnego wysiłku nie wymaga jej odkrycie, sama odcina się wyraziście od pastelowego tła. Refleks piękna. Otucha Wędrowca. Jesienny krzak dzikiej róży, obsypany owocami. Już teraz wygląda zjawiskowo, a co będzie, gdy spadnie śnieg?! Mija go szczęśliwiec Viator każdego dnia, gdy pośród szarych porannych mgieł brnie do pracy.

Mało oryginalne? Z pewnością.
Ale, zaiste, pomaga!

Magia życia

S
Jacek Krenz, Scherzo 8b, Akwarela

Jacek Krenz

Chopinowskie à propos

Czy zdarzają Wam się rzeczy niezwykłe?

Oto co wydarzyło się ostatnio, kiedy wczesnym rankiem zszedłem do pracowni. Szukając natchnienia, spojrzałem w górę. Na suficie pojawiła się rysa. Rysa? Nie było jej tam wcześniej! Zaniepokojony szybko ustaliłem konfigurację naszego domu w pionie. Stwierdziłem, że rysa pojawiła się w miejscu, gdzie niedawno postawiliśmy pianino. Poszedłem za tym tropem. Przy pianinie, na stole leżała książka zatytułowana “Piano rysuje sufit”. Nigdy wcześniej jej nie widziałem ani na naszym stole, ani w ogóle. Nowość wydawnicza, nowość w naszym domu. Skąd? Dlaczego? Obejrzałem się niepewnie za siebie…

Piano

 

Piano, piano!

Teraz już wiem, że znaczenie tytułu dotykało kwestii technicznych operowania ludzkim głosem, kunsztu śpiewaczego i zasad śpiewania na scenie czy estradzie “szeptem”. Śpiewania, które byłoby na tyle donośne, by głos śpiewaka zdołał wyrysować linię melodyczną na suficie teatru.

WIKR-964754Jak widać, nasze pianino znalazło łatwiejszy sposób, żeby zaznaczyć swoją obecność w architekturze. I przyznać trzeba, uczyniło to bardzo metaforycznie, w porozumieniu z pewną książką.

Magia, magia… Czyż nie jest to kolejny dowód na to, że nasze życie jest większe i bardziej nieodgadnione niż nam się wydaje?

Bo przecież nie jest to jedyny przypadek, zbieg okoliczności czy też inny równie tajemniczy fakt, który trudno byłoby nam wytłumaczyć w inny sposób, prawda?


Pieprzona żądza władzy

Tomasz Fetzki

O przedwczorajszych wydarzeniach, mimo sugerującego i zachęcającego tytułu, nie znajdziecie tutaj niczego. Chwyt marketingowy: wybory są tylko pretekstem. Minifelieton niniejszy powstał wcześniej, a wynik niedzielnego głosowania, jakikolwiek był, nie ma najmniejszego wpływu na jego treść. Nie idzie mi bowiem o publicystykę, lecz o meditatio philosophica, choćby i trącącą amatorszczyzną. Triumfatorzy wyborów się zmieniają, problem pozostaje.

Żądza władzy. Chora żądza władzy. Paląca wnętrzności żądza władzy. Destrukcyjna żądza władzy. Przeklęta żądza władzy. Pierdolona żądza władzy. Żaden epitet nie będzie tu nadmierny, naciągany czy przesadny.

Poeta zastanawiał się swego czasu:
Kto pierwszy został panem, kto pierwszy został sługą
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo
.

Na to pytanie odpowiedzi znaleźć się już chyba nie uda. Ale jedno jest pewne: dzień, w którym ktoś z nas po raz pierwszy odczuł przyjemność dominacji nad swym bratem, to najczarniejszy moment historii ludzkości. Odtąd już nie ma braci. Zresztą, czy kiedykolwiek byli?

Ta żądza rozprzestrzeniła się błyskawicznie, jak lotny wirus. I trwa. Stanowisko, organizacja, eklezja, opcja polityczna, zakres – są sprawami drugorzędnymi. WŁADZA! Sama w sobie, w stanie krystalicznie czystym, wydestylowana z kontekstów czasu i przestrzeni.

Ta żądza jest niebezpieczna, jak wirus zjadliwy. Nic tak nie skrzywi osobowości, nie zdegeneruje i nie upodli, jak przeklęta żądza dominacji. Żądza pieniądza? Żądza używki? One też niszczą, oczywiście. Ale tylko możność sprawowania władzy pozwala się ujawnić temu, co w człowieku najbardziej podłe, oślizgłe i ohydne. Zapyta jednak adwersarz: co to znaczy podłe, oślizgłe i ohydne? Konkrety proszę! Odpowiadam: dokładnie to – co podłe, oślizgłe i ohydne. Im ktoś więcej przeżył i zobaczył, tym lepiej zrozumie, o czym mówię, bo zna miarę podłości, oślizgłości oraz ohydy. A właściwie – brak miary.

Żeby było zabawniej, rozmiar owego bezmiaru w żadnym stopniu nie zależy od rangi zajmowanego stanowiska. Może być i odrobinka władzy – byle realnej! Byle pokazać, kto tu rządzi. Byle móc wpływać na życie innych wedle własnego upodobania. Tak po prawdzie – te małe, lokalne, kieszonkowe hitlerki, salazarki, kleopaterki, aminkowie, stalinki, pinocheciki, lady makbecikowe i inny pocieszny drobiazg – oni są najgorsi. Bo już zakosztowali ambrozji, lecz odrobinę jeno, i teraz pragnienie ich pali. Zrobią wszystko, by je ugasić. To nie figura stylistyczna. Naprawdę wszystko. Nie ma tak bliskiego przyjaciela, którego by nie zdradzili, tak żenującego donosu, którego by nie złożyli, tak odrażającej dziury, do której by, jak mówi prosty lud, bez masełka po stópki nie weszli…

Ja to wiem od niedawna. Lub inaczej – oczywiście teoretycznie wiedziałem o tym zawsze, ale realnie się przekonałem, że to aż tak – niedawno, krótko po czterdziestce. Wtedy dopiero doznałem wątpliwej przyjemności przekonania się naocznego, naskórnego i naemocjonalnego, do jakiego stopnia z ludzi, zwykłych ludzi, których się nawet lubiło, może wychynąć psychopatyczne bydlę. Oraz przekonania się, co potrafią robić, gdy już JĄ – władzę – mają. I że robią to z jednego tylko powodu – bo mogą.

Właściwie mogę się uważać za szczęściarza. Ostatecznie długie cztery dekady żyłem w błogosławionej niewiedzy. Wątrobę oszczędziłem, wrzodów się nie dorobiłem, żółci za wiele nie wyprodukowałem. Ale teraz szybko to nadrabiam. Jednak nie ma tej żółci znowu aż tak dużo, by mi zalewała oczy. Widzę wyraźnie. Wiem, że kierowanie innymi to zło konieczne. Oba słowa – zło oraz konieczne – są w tym miejscu tak samo potrzebne i prawdziwe. Dostrzegam też, że istnieją tacy – moja żona mówi o nich zadaniowcy – którzy dzierżą stanowiska dla realizacji celów, a nie dla napasienia swej chorej żądzy. Nie władcy, tylko administratorzy (przypominam: administrare pochodzi od ministrare, czyli służyć; minister to sługa, ot, taki żenujący żarcik). Oni jednak chyba myślą podobnie do mnie i moich inkryminacji nie odniosą do siebie. A poza tym – iluż ich jest?

Adwersarz znów zabiera głos: Towarzysze! Krytyka – tak. Ale konstruktywna!

Co mu odpowiem? Jak zaradzić złu? Natury ludzkiej zmienić nie sposób. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem byłoby powierzanie wszelkich stanowisk tym, którzy najmocniej się przed nimi bronią i, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, pozbywają się wątpliwych zaszczytów. Oni nie zrobiliby krzywdy sobie, ani innym.

To, rzecz jasna, niemożliwe, ale cóż szkodzi pomarzyć… A na razie, czekając na Godota, trzeba sobie jakoś radzić. Nigdzie i nigdy nie pozwalać, aby ktokolwiek uzurpował prawo do zajęcia miejsca naszej mamy i naszego taty. Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie życzę – nikt nie jest tego godzien.

Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc na ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni.
A kto nim, na własne życzenie, być przestał…
Dlaczego ja nie zapisałem się do anarchistów?

Konkurs Chopinowski

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania przy kawie

Jakiś czas temu zaczął się Konkurs Chopinowski. XVII. Od tego więc jakiegoś czasu rozmyślam o Chopinie. Myśli nie wiążą się ze sobą, tak się przecież rozmyśla. W każdym razie ja tak rozmyślam. Obawiam się, że dostanę po głowie za te rozmyślania, ale cóż amicus Platon sed magna amica Veritas. Nawet jeśli to prawda tylko moja i malutka, nie większa od prawdziwka.

Chopin jako zasłonka.
Rok chopinowski kilka lat temu. Na rozwalającym się w samym sercu Berlina na Unter den Linden budynku dawnej ambasady RP zakrywający nędzę i ruinę ogromny banner z Chopinem.
Nota bene, Ambasady nadal nie zbudowano. Ale poza turystami nikt już chyba nie zauważa tej ruiny. Zresztą często na niej coś wisi. Jak nie Chopin to reklama muzeum figur woskowych.

Chopin jako cwel.
W tymżeż samym Roku Chopinowskim Ambasada RP w Niemczech (mieści się jednak w inym budynku, nie w tym rozwalającym się) wydaje po niemiecku komiks o Chopinie. Ma on zostać rozdany w szkołach, musi więc być taki, żeby współczesne dzieci chciały go czytać. Zatrudnia się najlepszych komiksiarzy. Produkt spełnia oczekiwania, na pewno będzie się podobał młodzieży. Chopin nazwany jest cwelem i gejem, ale ponieważ nie było jeszcze hejtu antycudzoziemskiego, nikt mu nie przyczepia łatki przybłędy. Ktoś się jednak w ostatniej chwili orientuje, że coś tu jest nie tak. Polonia, która dowiedziała się z przecieków, co jest nie grane, protestuje. W ostatniej chwili zapada decyzja, żeby nie rozdawać tego Dzieła w szkołach, a nakład komiksu spalić. Powoduje to następną falę oburzenia wśród Polonii. Tylko reżimy palą książki… Komiks musi iść do muzeum!
No, nie dogodzisz!

Chopin jako element życia rodzinnego.
Jest poprzedni konkurs chopinowski. Do Berlina przyjeżdża moja siostra. Spędzamy czas tak jak lubimy, w tym samym rytmie pracujemy, gotujemy, jemy. Tak już byłyśmy razem w Grecji i w Szwecji, tak byłyśmy w północnych Niemczech i nad kaszubskimi jeziorami. Teraz tak sobie spędzamy czas w Berlinie. Pieczemy bułeczki, chodzimy na spacery, pracujemy, każda przy swoim komputerze. Obok stolika mojej siostry konstrukcja ze stołka i książek, a na niej radio. Od rana do wieczora Chopin. Albo ktoś go gra, albo ktoś opowiada o tym, jak go gra… Chopin, praca, muślinowe firanki w kuchni, złoty październik w Berlinie, pięknie…

Chopin jako kość niezgody.
Dawno temu, bardzo dawno. Idziemy większą grupą międzynarodową na jakąś imprezę. Nie wszyscy się znamy, musimy więc przy pomocy 20 pytań rozpoznać wrogów i przyjaciół. Jakiś Rosjanin pyta mnie, czy kocham Chopina? Czy kocham, nie czy lubię? Nie, odpowiadam zgodnie z prawdą. Kiedyś lubiłam, ale od czasu, gdy Jaruzelski, stan wojenny, Chopin, no wiesz, all that jazz, już nie lubię. Opowiadam, ale widzę, że nie dociera. Opowiadam dokładniej, jednak nic mi już nie pomoże. Rosjanin bluzga na mnie stekiem nienawistnej krytyki, bo Chopina trzeba kochać.
No tak, trzeba kochać…

Chopin u Prousta.
Czytam Prousta regularnie. Dawniej czytałam go niemal co roku, może nie wszystkie siedem tomów, ale pięć na pewno, teraz czytam go trochę rzadziej, ale nadal często. Częściej niż ktokolwiek, kogo znam. I zawsze odkrywam coś nowego, przy lekturze kilka lat temu – Chopina. Bo we Francji toczy się spór pokoleniowy między zwolennikami Chopina i Wagnera. Chopin to staroć niemożebna, Wagner jest in. Chopin jest, fuj, romantyczny. Brrr… Wynajmuje się pałacyki w Bayreuth, żeby zaprosić gości na festiwal i wspólnie słuchać wagnerowskich walkirii. Stara księżna Cambremer nie lubi synowej, bo ta jest zaciekłą wagnerzystką. Proust sam był wielbicielem Wagnera, a o Chopinie zapisał: “Chopin, mer de soupirs, de larmes, de sanglots / Qu’un vol de papillons sans se poser traverse / Jouant sur la tristesse ou dansant sur les flots.” – Chopin, morze westchnień, łzy, szloch, motyl lekki a bezkrytyczny, czasem smutny, czasem tańczący ponad falami.
A co, jeśli się nie lubi ani Chopina ani Wagnera? A co jeśli się lubi Janis Joplin? Choć ona też już dawno wylądowała na tej samej hałdzie historii, na którą przedtem spadli Chopin i Wagner. 

Najlepiej, żeby było cicho, jak się pije kawę.