Moja Kalina

Zanim oddam głos autorowi dzisiejszego wpisu, powiem tylko, że Dygat był przez lata moim ulubionym pisarzem, a jego powieść Jezioro Bodeńskie była nawet jednym z ważniejszych wątków w mojej debiutanckiej książce Portret z ametystem.

Zbigniew Milewicz

Czytam Cukier, wiersz Łukasza Szopy, mojego ziomala z Tychów, podesłany mi po znajomości przez adminkę, i włącza mi się myślówa: cukier? Zucker? Lucy Zuckerowa? Skojarzenia prowadzą mnie prosto do zmysłowej i niewiernej żony żydowskiego fabrykanta z reymontowskiej Ziemi Obiecanej, postaci drugoplanowej w tej książce, ale dla mnie przecież najważniejszej. W ekranizacji powieści, filmie Andrzeja Wajdy, nakręconym w 1974 roku, Lucy zagrała Kalina Jędrusik, w której jako młody człowiek byłem nieprzytomnie zakochany. Sprawdzam w Wikipedii, kiedy zmarła, to był 7 sierpnia 1991 roku, a więc mija już 25 lat, jakże skutecznie czas zaciera ślady w ludzkiej pamięci, nawet po kimś bliskim i trzeba przypadku, żeby go sobie znowu przypomnieć.

Urodziła się w 1931 roku w Gnaszynie, który dziś jest dzielnicą Częstochowy; była córką Henryka Jędrusika, przedwojennego senatora RP i żoną pisarza, Stanisława Dygata. Absolwentka krakowskiej PWST, debiutowała na deskach gdańskiego Teatru Wybrzeże, wspólnie m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bobkiem Kobielą. Później już była stolica, kolejno sceny teatrów Narodowego, Współczesnego, Komedii, STS-u, Rozmaitości i Polskiego. Dziesiątki ról dramatycznych i charakterystycznych. Na większą skalę stała się popularna dzięki programom telewizyjnym niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów, autorstwa Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, teatrowi TV oraz kreacjom filmowym, m.in. w Niewinnych Czarodziejach, Pingwinie, Upale, Jowicie, Lalce, Ziemi Obiecanej, Lekarstwie na miłość, Hotelu Polanów i jego gościach. Widownia była dokładnie spolaryzowana, Kaliny w Polsce nie cierpiano, albo ją ubóstwiano, z obojętnym odbiorem się nie spotykała. W latach 60 i 70 uchodziła w kraju za symbol seksu oraz obyczajowego wyzwolenia, lansowała mocny makijaż i śmiałe dekolty, co oczywiście PRL – owskiej kołtunerii się nie podobało i stanowiło główny powód sporów o artystkę.

Kiedy na jednej z barbórkowych gali wystąpiła z przebojem Marylin Monroe Bye bye babe, ubrana w obcisłą sukienkę, ze złotym krzyżykiem na falującym, odsłoniętym biuście, do tego bez stanika, Władysław Gomułka, ówczesny I sekretarz partii, ze złości podobno rozbił popielniczką ekran telewizyjny. Bliska kręgom rządowym aktorka Nina Andrycz twierdziła wprawdzie, że to nie towarzysz Wiesław zrobił, tylko jego nieatrakcyjna i zawistna żona, ale przez jakiś czas państwo G. nie mieli telewizora, a Kalina wezwana została na poważną rozmowę do dyrekcji TV. Postawiono jej warunek: w następnym, przygotowywanym programie wystąpi przed kamerami ubrana od stóp do głów, albo dostanie w telewizji szlaban. Zgodziła się. To był jakiś program rozrywkowy, emitowany na żywo; wszystkie panie na estradzie miały wydekoltowane kreacje, tylko ona nie, wystąpiła w skromnej, wełnianej sukience z golfem. Zaśpiewała piosenkę, ukłoniła się i odwróciła do widowni tyłem. Oczom publiczności ukazały się jej gołe plecy i dekolt tylni… do granic możliwości.

Marian Brandys: Kalina była postacią z bajki

Przypięto mi etykietkę osoby „dziwnej” – zwierzała się w jednym z wywiadów. – Narastała atmosfera nienawiści i niechęci wokół mnie. Zaciążyło to na całej mojej karierze. „Jak mogłeś tę kurwę puścić na ekran…” (…) Życie prywatne aktora utożsamia się z rolami – truizm. Z pewnej strony to nawet komplement dla aktora, bo oznacza, że zagrał sugestywnie, wnikliwie, prawdziwie. Na tym polega szukanie „złotego środka“. Aktor w jakiś sposób musi na chwilę utożsamić się z kreowaną przez siebie postacią. Dla mnie niestety okazało się to zgubne. Mówiono: „Ona po prostu taka jest“. Zepsuta, bo grałam kobietę zdradzającą męża. Byłam narkomanką, bo moje oczy takie nienaturalnie przymknięte. Gra alkoholiczkę, jest alkoholiczką. Ci wszyscy ludzie w kinie i w teatrze wiedzieli lepiej ode mnie, kim jestem. Koszmar… Wiem, tańczyłam na tej delikatnej linie, która oddziela kobietę broniącą swojej niezależności, od kobiety pozbawionej szacunku…

Kazimierz Kutz, który był zaprzyjaźniony z rodziną państwa Dygatów, mówi: Kalina była arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką napisał. Tyle, że żywą. Była jego zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem tamtych fascynacji. Zresztą były to fascynacje wspólne i towarzyszyły im przez całe życie…

Kalina poznała swojego przyszłego męża w Gdańsku, kiedy po szkole krakowska animatorka teatralna i pedagog Lidia Zamkow ściągnęła ją do Gdańska; Stanisław Dygat, już wówczas uznany pisarz, był kierownikiem literackim Teatru Wybrzeże. Debiutowała w sztuce Alfreda de Musset, Nie igra się z miłością. Jakiś omen – mówiła później – zaczęłam od igrania z miłością. To był wielki sukces. Piękny. To jest szczęście trafić na „swoich“, przyjaciół – tak samo myślisz, tego samego chcesz, jeden drugiego inspirował. Bywaliśmy na swoich próbach, na premierach. Mój Boże, przejmowaliśmy się swoimi losami. Taka nieprawdopodobna wspólnota (…) Zaraz potem powstał satyryczny teatrzyk „Bim –Bom“. Przewodzili nam: Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki. Cudowne, wesołe czasy. A satyrycznym mottem był kogut – symbol zarozumialstwa, obojętności, głośnego piania, głupoty, która niszczy mądrość i radość. Przeciwko temu „kogutowi“ występowaliśmy… Pierwsze duże role, zostałam zauważona, co dla młodej aktorki jest prawdziwym szczęściem…

Była zafascynowana prozą Dygata, na egzaminie wstępnym w PWST recytowała fragment Jeziora Bodeńskiego, imponował jej jako człowiek. On, starszy o 16 lat, stracił dla niej głowę. Kalina wyglądała wtedy, jak świeżo wypieczona bułeczka – kontynuuje Kazimierz Kutz – z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc nieco po staroświecku – była ponętna. Ale jej seks był z modelu, który dopiero miał nadejść.

Staś wyłowił mnie z morza i zostałam jego złotą rybką, tak mówił – wspominała. – Był moją pierwszą, prawdziwą miłością, najszczerszą… Dla Kaliny rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, jej koleżanką po fachu, w podróż poślubną poślubną w 1958 roku pojechali do Italii, a później określi ją jako najpiękniejszą podróż swojego życia. Tam spotkali się z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, poznali Guliettę Massinę. Dla ich przyjaciela domu: byli najwspanialszym i najniezwyklejszym małżeństwem (…) i przede wszystkim najautentyczniejszym, bo bez grama obłudy i kłamstwa; jak z dobrej literatury amerykańskiej, a nie z naszej rzeczywistości. PRL-owska opinia publiczna wolała jednak karmić się skandalem. W pamięci Agnieszki Osieckiej Kalina dosyć ostentacyjnie się zakochiwała, właściwie wykonywała wielką sztukę pt. „Kocham się“. I lubiła o swoich romansach mówić głośno. Staś również w tym uczestniczył, obnosząc się po całym mieście, że ma nowego rywala i trzeba będzie się strzelać. Wielki show. Oni prowadzili życie na pokaz. To było bardzo teatralne życie. Jednocześnie czuło się, że są sobie bardzo bliscy i niezbędni – na pewno było to niekonwencjonalne małżeństwo. A poza tym Warszawa była mała – żeby powstała legenda środowisko musi być małe (…)

Sama Kalina mówiła na ten temat tak: Przeżyłam kilka szalonych romansów, nie dużo… No, kiedyś policzyłam – pięć. To wcale nie jest dużo na całe życie… Nie umiałam ich ukryć – żer dla legendy. I jeżeli ktoś „życzliwy“ opowiedział mężowi o mojej nowej fascynacji innym mężczyzną, on mawiał swoim cudownym, wolterowskim „r“: „Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty. Ona kocha cudowne przeżywanie i proszę się nie wtrącać do naszego małżeństwa”. Kochany, tolerancyjny, wyrozumiały… Te moje i jego różne miłostki nigdy nie zmieniły naszej miłości, wzajemnego szacunku i zaufania.

W Warszawie państwo Dygatowie mieszkali początkowo na Mokotowie, w niedużym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku, najpierw w jednym, później drugim, stamtąd przenieśli się do szeregowca na Kochowskiego, na Żoliborz. Niezależnie od kubatury mieszkania prowadzili zawsze dom otwarty, kolorowy salon, do którego schodziła się stołeczna bohema. Często bywali u państwa Dygatów m.in. Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Adam Hanuszkiewicz, Łapiccy, ale i ludzie nikomu nie znani. O każdej porze dnia i nocy można było tam przyjść i znaleźć schronienie – wspominał Holoubek. – Spotykało się tam bezdomnych; jakieś dzieci uliczne, które zajmowały się drobnymi usługami – przynosiły mleko, chleb, pocztę, w końcu sekretarzowały państwu. Te małe dzieci Kalina traktowała je wszystkie jak własne… Była zjawiskiem niezwykłym i to przede wszystkim jako człowiek. Należała do tych rzadkich kobiet, które prowadzą życie otwarte, całkowicie jawne, nie poddane żadnej pruderii, żadnym kłamstwom, żadnym niedomówieniom; a równocześnie nosiła w sobie pewną tajemnicę. Tajemnicę czegoś, czego jej brakowało w życiu. Zajmowała się innymi ludźmi, niosła im pomoc, troskę, współczucie – i domagała się wobec siebie tego samego. Była krucha…

Początki swojej kariery scenicznej w Warszawie i życie ówczesnej bohemy opisywała z rozrzewnieniem: Na chwilę zawitałam do Teatru Narodowego. Wkrótce Erwin Axer zaproponował mi etat w Teatrze Współczesnym, najlepszym chyba wówczas teatrze. I wielki sukces w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego. Ten start w teatrze wielkiego Axera był piękny i czysty. Czule wspominam ten okres. Doznałam takiego szczęścia, że „otarłam się” o wszystkich najwspanialszych tego świata, o wielkie duchy Spatifu lat 60-ych. Tam się kotłowało. Antoni Słonimski, Otto Axer, Janusz Minkiewicz, Staś Dygat, Żuławski, Studnicki… Ja wykołysana na kolanach ostatnich Skamandrytów; ja, która byłam na „ty“ ze Słonimskim… Ta bohema to było coś wspaniałego. Oni nas młodych otoczyli swoimi opiekuńczymi skrzydłami. To były nasze uniwersytety po szacownej szkole krakowskiej, kiedy dostałam się w warszawskim Spatifie lat 60-ych do grona wielkich, wspaniałych artystów. Piłam z nimi wino, wspólnie oglądaliśmy spektakle, kończyło się to nad ranem w „Bristolu“ i spacerem w Łazienkach. Czarowne, tajemnicze, kochane…

Chciała, żeby w ich żoliborskim domu było przejrzyście i kolorowo – trawa, kwiaty, leżak, na stoliku dzban domowego wina. Przyjaciele, mnóstwo przyjaciół, goście. Ale stało się to niemożliwe, bo tuż obok jest sklep mięsny. Aby skrócić sobie czas oczekiwania na mięso kolejkowicze obserwowali, co też ja robię: „Wyszła w szlafroku. Wymalowana od rana. Nie wymalowana? Jak ona wygląda. Kto u niej jest?” Uwagi te wypowiadano na tyle głośno, abym słyszała. Wszystko było nie tak, jak „ powinno”. Każdy mój ruch był komentowany. I pewnego razu ustawiliśmy z przyjaciółmi wysoki płot, który zasłonił cały ogród. Odetchnęłam z ulgą. Przy całej mojej wielkiej tolerancji na ludzką głupotę, przyszedł moment, że nie wytrzymałam psychicznie. Nie można żyć przez całą dobę „na tacy“.

Kiedy w 1962 roku zdobyła Złotą Maskę w plebiscycie Expresu Wieczornego na najpopularniejszą aktorkę telewizyjną (głosowało na nią 113 tysięcy osób), niektóre media nagłośniły również odgórnie spreparowany, pełen oburzenia list dwudziestu kobiet z Rybnika, które podpisały się pod petycją, aby jej nie pokazywać w telewizji, bo gorszy ich mężów. Dostała to przyobiecane embargo na publiczne występy i jedynymi, którzy stanęli w jej obronie byli wspaniali Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, Starsi Panowie Dwaj. Bez Jędrusik nie będzie Kabaretu Starszych Panów – argumentowali. I decydenci to stanowisko uszanowali, co tygodniowe, telewizyjne spektakle kabaretu cieszyły się w PRL- u ogromnym wzięciem, na równi z czwartkową Kobrą, kiedy wyludniały się ulice, ludzie gromadzili się przed telewizorami i oglądali, chłonęli te pełne wyszukanego intelektualnie humoru kuplety, dialogi, scenki. To były okazje do uroczych, towarzyskich spotkań i wymiany poglądów.

Kalina wiele lat walczyła o artystyczne przetrwanie, jeździła po Polsce z monodramem Tabu wg powieści Jacka Bocheńskiego i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją na żywo, ale już nie pamiętam, gdzie to było. Dopiero w 1974 roku spełniło się moje marzenie, żeby osobiście spotkać się z Kaliną. Przyjechała z okazji jakiegoś artystycznego widowiska do Katowic, u władzy gierkowskiej nie miała szlabanu, wykorzystałem to, żeby zrobić z nią wywiad dla Dziennika Zachodniego, gazety, w której wtedy pracowałem. Była zdziwiona, że tyle o niej wiem. Kiedy powiedziałem, że od lat wycinam z gazet wszystko, co o niej piszą i wklejam to do specjalnego zeszytu, obdarzyła mnie tym swoim cudownym, lekko kpiącym uśmiechem, który wart był dla mnie więcej niż całe złoto świata.

Jakiś czas później spotkaliśmy się w katowickim Marchołcie, już jako dobrzy znajomi, wtedy podarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją, dla Zbyszka. Rozmawialiśmy m.in. o Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany`ego T. Capote `a, z którą się utożsamiała i uważała, że to  najlepsza rola w jej scenicznej karierze. Kiedy w 1978 roku Stanisław Dygat zmarł na atak serca, w ich towarzyskim salonie się przerzedziło. Z latami lista przyjaciół malała – opowiada Aleksandra Wierzbicka, która opiekowała się Kaliną w ostatnich latach jej życia – zostali tylko ci najwierniejsi. A ona była taka, że nikomu niczego nie odmawiała, jeżeli tylko mogła, pomagała każdemu. W domu było takie powiedzenie, że robi się na małpę: malowała się i ubierała wytwornie, aby ruszyć do ataku, czyli coś dla kogoś załatwić. I wcale nie były to błahe sprawy. Dla niej największą tragedią było odejście Stasia. Szczególnie, że stało się to, kiedy jej przy nim nie było. Kalinę mało się wtedy widywało, bardzo często wyjeżdżała w trasy, zarabiała. Książek Stasia nie wydawano… Co roku, w rocznicę śmierci męża, zamawiała mszę i zapraszała przyjaciół na wystawne przyjęcie, na których były zawsze jego ulubione trunki i potrawy, a gotowała ponoć znakomicie.

W pamięci swoich koleżanek i kolegów artystów oraz ich bliskich żyje w licznych anegdotach, m. in. z modnych niegdyś nadmorskich Chałup, dokąd wszyscy wyjeżdżali latem, choć przeważnie akcja działa się w stolicy.

Jerzy Gruza: – Klęła jak szewc. Ale słuchało się tego z przyjemnością, nie było w tym chamstwa. Nie żyjący już Andrzej Łapicki przytaczał taką historię: – Kiedyś była jakaś próba w Sali Kongresowej. Kalina pali papierosa. Podchodzi do niej strażak, salutuje i mówi: ‘Tu się nie pali’. Na co ona, nie odwracając głowy: ‘Odpierdol się, strażaku’. On skonfundowany odszedł, ale po minucie, zastanowiwszy się, wrócił i mówi: ‘Sama się odpierdol, stara kurwo’. Tylko że tam już nie stała Kalina, tylko Krafftówna, bo się zamieniły miejscami. Zuzanna Łapicka: – Na początku lat 80 Magda Umer postanowiła, że ochrzci się razem ze swoim synem Mateuszem. Mnie wybrała na matkę chrzestną Mateusza, a Kalinę na swoją. Przed chrztem, którego udzielił zaprzyjaźniony ksiądz, rodzice chrzestni musieli się wyspowiadać. Odbyło się to w mieszkaniu księdza. Jedna osoba się spowiadała, a reszta czekała na swoją kolej. W ten sposób, chcąc nie chcąc, usłyszeliśmy fragmenty spowiedzi Kaliny, która miała donośny głos. Powiedziała: ‘Ja wiem, proszę księdza, że ja strasznie klnę’. Na co ksiądz: ‘Kalinko, to nie jest wielki grzech, najgorszy grzech to jest nienawidzić drugiego człowieka. A ty przecież jesteś niezdolna do nienawiści’. Zapadła chwila ciszy i Kalina mówi: ‘Nie nienawidzić? Ale niektórych to ja, kurwa, tak nienawidzę. A co ja, Jezus Chrystus jestem?’

W latach 80 włączyła się do polityki, brała udział w kampanii wyborczej „Solidarności“. Kiedy spotkaliśmy się na krótko po raz trzeci, to był 1989 rok, a może 1990. Odwiedziłem ją w garderobie Teatru Polskiego, w przerwie prób do Tanga, Sławomira Mrożka, w którym grała Eleonorę. Sprawiła na mnie wrażenie zmęczonego człowieka, trochę nieobecnego duchem. Jej ramiona i dekolt pokrywały liczne, świeże zadrapania, to moje kociaki – uprzedziła pytanie. Była uczulona na kocią sierść, ale za nic nie chciała oddać swoich ulubieńców. Cierpiała na astmę i 7 sierpnia 1991 roku zmarła podczas ataku choroby. Podobno nie była zbyt przesądna, ale wierzyła w magię liczb i do siódemki zawsze miała uprzedzenie. Pochowano ją obok jej męża, w powązkowskiej Alei Zasłużonych.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gacka Kalina Jędrusik Muzykalność na życie i artykułu Jacka Szczerby w Wysokich Obcasach z 15.10. 2012 r., p.t. Co, ja Jezus Chrystus jestem?

kjzmrozkiem

 

Modlitwa jak miecz ostra

Roman Brodowski

Modlitwa do Prawdy

Wołają Ciebie Panie od zawsze
Szukają w zakrytej przestrzeni
Dotykają granicy człowieczeństwa
A Ty się ukrywasz między psalmy.

Otwierają ksiegę Twej mądrości,
Tajemnicę objawionego Jestestwa,
I ślepotą czasu błądzą w ciemności
By dosięgnąć mocy sprawiedliwej

A ja słyszę Dawida niosącego modły
Do gwiazdopełni bezkresu nieba
Głos wypełniający sakralną przestrzeń
Zapachem, niepojętej nikomu, prawdy.

Słyszę Jezusa w aureoli wszechmocy
Głoszącego światu Chwałę Twoją,
Syna Ojca, stąpającego ścieżką prawdy
Odrzuconego przez zgniłe owoce ziemi.

Słyszę przemykające obok mnie cienie,
Każdy z symbolem jakiegoś wyznania
Niesie w swych ustach relikwie niemocy
Zapach mirtu zmieszany z piołunem.

Świat przestał się pytać o sens istnienia,
Przestał pytać o drogę pojednania.
Wiara nie potrzebuje drogowskazu
Oliwne lampy dawno wygasły

Czy to nie Ty powiedziałeś – Ojcze
Głosem Narodzonego Zbawienia
Że nie można służyć dwóm panom?
Jak mam odnaleźć Cię pośród innych?

Świat gubi się w urodzaju świętości,
A ja spragniony czystej źródlanej opoki,
Nadal tkwię w ciasnym uchu igielnym
Wystawiony na drwiny bogobojnych.

Bo wciąż szukam śladów w mej bliskości
W wielkiej szczodrości chlebowej ziemi
W konarach przydrożnych, starych drzew
W nostalgii szumiącego, leśnego potoku.

Idąc za głosem mojego jestestwa
Do Ciebie zwracam się z prośbą żebraczą.
Nie do dogmatów, obrazów, skał nagich…
Nie do pasterzy pasących owce bezwiedzą

Z Tobą rozmawiam potrzebą wnętrza
Jak marotrawny syn z miłosierdziem Ojca
A Ty? – Czekając na progu, zapraszasz do snu

Hosanna! – Oto tajemnica mojej drogi

Berlin, kwiecień 2011

Apokryf XXIX

„Kim jesteś ty, co się odważasz
Sądzić cudzego sługę?”
List do Rzymian 14:4

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A wiary w ich czynach nie odnajdziesz.
Dlaczego – Ojcze!

W ślepej bezwierze
Bezprawiem czynią prawo
Dzieląc na lepszych i gorszych
Dlaczego – Ojcze!

Dla małego człowieka
Wyrzekają się twojej wielkości
Osądzają efekt Twojego dzieła
Dlaczego – Ojcze!

Nawet niebo w bezkresie
Nawet słońce w mocy światła
Nawet ziemia w zapachu chleba
Żyją wolą Twojego tchnienia

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A nie poznają synów Twoich w pragnieniu.
Dlaczego – Ojcze.

Czyżby właśnie dlatego?
– Ojcze!

Berlin, 26.09. 2007

Apokryf XXXVI

„Oto nadejdą dni, gdy ześlę głód na ziemię,
nie głód chleba ani pragnienia wody,
lecz głód słuchania słów Pańskich”
Księga Amosa 8:11

Niby szarańcza na przedżniwiu
W nadmiarze zachłanności
Na żer ruszyły, być i mieć
Ludzkiego dosytu wiary

Pola pleśń chabrów ukwieciła
Ziarno pokory pokrył chwast
A słowa pieśni dziękczynnej
Pojedynczo opuszczają skansen

I tylko nieliczni podnoszą ręce
Ku chwale niepojętej mocy
Składając swoje być i mieć
Na ołtarzu zwyczajnej pokory.

Świat naszego Bogochwalstwa
Powoli odchodzi do lamusa
Zamykając kolejny akt nadziei.

Nadchodzą dni posuchy Twych słów

Berlin, 21.03. 2013

Apokryf XXXXII

„…Nie człowiek wyznacza swoją drogę
I nie w jego mocy leży kierować krokami, gdy idzie”
Jer 10 :23

Kryształki kwarcu
Rozsypane
Na bezdechu
Karmionej
Powolną erozją
Pustynnej wielkości
Niemego
Doświadczenia.

Wielkość
Odziana
W sakramenty
Ostatniej posługi
Rzucona w beskres
Ludzkiej niemocy
W czas procesu
Dojrzewania.

Człowiek
Poszukający
Kolejnej gwiazdy
Na bezdrożu
Dogmatycznej
Interpretacji
Świadomego
Boskiego Bytu,

I Przestrzeń
Zaknięta
Granicą przemijania
Zwaną potocznie
Wiecznością.
Nieosiągalna
Przestrzeń wiedzy.
Tylko miejsca dla Boga… brak.

Berlin, 27. 07. 2016

Stuart 5

Joanna Trümner

Lawina

It’s like an avalanche, I feel myself go under
And the weight of it’s like hands around my neck
I never stood a chance
My heart has frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

To jest jak lawina, czuję jak w niej tonę
A jej ciężar jest jak zaciskające się wokół mojej szyi ręce
Nigdy nie miałem szansy
moje serce powoli zamarzło
I czuję się, jakbym chodził po cienkim lodzie

Leonhard Cohen Avalanche/Lawina

Powroty

Lawina, która spadła na matkę, niespodziewana i przynosząca ze sobą wiele znaków zapytania choroba ciążyła na całej rodzinie. Sprawa jej powrotu do zdrowia stała się priorytetem dla wszystkich. Bezradny ojciec z pewną ulgą pozwolił jej starszemu bratu – Stuartowi-seniorowi, którego wizyty do tej pory ledwie tolerował, na przejęcie głównej roli w procesie rekonwalescencji. To brat woził ją co miesiąc do psychiatry w sąsiednim miasteczku i rozmawiał z nim na temat dozowania lakarstw z nadzieją, że niedługo będzie można je zredukować. Starał się odwiedzać ją co tydzień i nigdy nie dopuszczał do dłuższych przerw. W te dni matka ożywiała się już od samego rana, spędzała dużo czasu przed lustrem, przymierzała najlepsze sukienki, nakładała delikatny makijaż – patrząc na to z boku można by pomyśleć, że czeka na narzeczonego. Spędzali wiele godzin na rozmowach. O czym matka opowiadała podczas tych rozmów przy zamkniętych drzwiach sypialni? O tryskającym radością i beztroską młodym chłopcu, z którym miała zwiedzić wspólnie cały świat, a który z biegiem lat zmienił się w wiecznie niezadowolonego i zmęczonego gbura? O dzieciach, dla których nie miała czasu, o czytanych im na dobranoc bajkach, przy których zasypiała ze zmęczenia? O poznanym przed kilkoma laty w pociągu do Londynu pisarzu, z którym spotkała się kilkaktrotnie i z którym prowadziłaby, być może, lepsze, ciekawsze, szczęśliwsze życie? A może spędzali te godziny na wspominaniu szczęśliwego dzieciństwa – historii małego Stuarta i Mary, wychowanych w domu pełnym radości i ciepła, przekonanych, że życie składa się z samych szczęśliwych chwil i że nigdy nie spadnie na nich żadne nieszczęście?

Te wielogodzinne rozmowy, które na zawsze pozostaną ich tajemnicą, były ważnym krokiem w kierunku powrotu matki do życia i przebudzania się z wielomiesięcznej apatii – przygniatająca ją lawina zaczęła powoli topnieć. Już nie spędzała całego czasu samotnie w sypialni, coraz częściej i dłużej przebywała w kuchni lub salonie. Czasem niespodziewanie wchodziła do pokoju syna, żeby posłuchać muzyki, co ją przenosiło w świat innych ludzi. Tylko do pubu za nic nie chciała wracać, było to już całkowicie królestwo ojca.

Na 60 urodziny, na początku listopada, Stuart-senior opłacił jej wizyty domowe Meg Millner, psycholożki. Była nowa i młoda, niewiele starsza od Stuarta, i praktykowała w Walton zaledwie od kilku lat. Otwierający jej drzwi ojciec zastanawiał się zapewne, kto tu komu będzie pomagał? Jak ta pozbawiona jakiegokolwiek doświadczenia życiowego dziewczyna może rościć sobie prawo do kierowania czyimś życiem?

Sama Meg też obawiała się, że nie uda jej się dotrzeć do pacjentki, która mogłaby być jej matką. Ta filigranowa, wyglądająca prawie jak dziewczynka kobieta miała jednak nie tylko świetnie ukończone studia, ale i doskonałą intuicję, szybko udało jej się nawiązać kontakt z matką. Teraz i z nią matka prowadziła coraz dłuższe rozmowy przy zamkniętych drzwiach sypialni. A kiedy po raz pierwszy od miesięcy obie wybrały się na długi spacer brzegiem morza, zarówno ojciec jak i pozostali członkowie rodziny stwierdzili, że warto było dać jej szansę.

Co dwa tygodnie z inicjatywy młodej psycholożki odbywały się konferencje rodzinne, podczas których wspólnie zastanawiali się, jak można byłoby przyspieszyć proces rekonwalescencji. Jednym z pomysłów Meg było pomalowanie i przemeblowanie mieszkania, co miało stworzyć symbol nowego początku w starym miejscu. Meg mówiła im, że każdy człowiek nosi plecak upokorzeń, zawodów i smutku, które czasami stają się zbyt ciężkie i że każdy ma prawo zatrzymać się, usiąść, zastanowić i w wybranym przez siebie momencie iść dalej. Prosiła rodzinę o cierpliwość, uprzedzając równocześnie, że proces powrotu do życia będzie długi i pełen przeszkód i nawrotów choroby, a matka przez co najmniej kilkanaście miesięcy nie może zrezygnować z psychofarmaków. Teorie Meg o ludzkiej psychice były tak proste i oczywiste, a równocześnie tak pełne mądrości i optymizmu, że Stuart coraz częściej przyznawał się przed sobą, jak bardzo Meg zaczęła go fascynować i jak bardzo czeka na te rozmowy. I nagle odezwał się w nim strach, który paraliżował go tak mocno, że zaczął unikać patrzenia w jej oczy i ograniczał spotkania do minimum, unikając panicznie sytuacji, w których znaleźli by się sam na sam.

W kilka dni przed Bożym Narodzeniem ojciec przyszedł do pokoju Stuarta. Miał tak zagubiony i bezradny wyraz twarzy, że Stuart szybko zrozumiał, że teraz on musi przejąć rolę tego starszego – wysłuchać, doradzić, dodać otuchy i ochoty do życia. Łamiącym się głosem ojciec opowiedział mu o strachu przed tym, co go czeka z matką, o pracy, do której powoli brakuje mu sił, o krążących po miasteczku plotek o ich rodzinie i wiecznych pytań o zdrowie matki, o świecie, który zobaczył w czasach, kiedy pływał na statku i tęsknocie za nim. A gdy w powietrzu zawisł niewypowiedziany przez ojca zarzut „gdyby was nie było” – Stuart wiedział, że szukanie winnego jest tylko wyrazem jego bezradności i zmęczenia.

Zaczęli się wspólnie zastanawiać nad zmianami w pracy pubu – Stuart namówił ojca, żeby zatrudnił pracownika na sezon letni, a jesienią i zimą otwierał pub dopiero po południu. Poprosił też ojca o pokazanie mu ksiąg, zresztą skrupulatnie prowadzonych, i po kilku wieczorach ślęczenia nad słupkami cyfr zaproponował wprowadzenie kilku oszczędności. Napisał też listy do dostawców z pytaniem o rabat przy zakupie towaru. Pomysłem Stuarta było też zamknięcie pubu na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Wbrew oczekiwaniom pierwsze rodzinne święta po chorobie matki były wesołymi dniami, spędzonymi na wysypianiu się i objadaniu się przygotowanymi wspólnie przez Kate, Stuarta i Eve posiłkami, i wspólnymi spacerami nad morzem, na które udało się wyciągnąć również matkę.

Na Sylwestra Stuart zdecydydował się po raz pierwszy od skończenia studiów odwiedzić Londyn. W momencie, gdy wysiadał na Victoria Station, wiedział, że popełnił wielki błąd. W tym mieście każde miejsce przypominało mu Ann i miłość, do której nie było już powrotu. Ból, uśpiony do tej pory problemami codzienności, obudzony pobytem w ich wspólnym mieście, odezwał się tak mocno, że wydawało się, iż rozerwie mu serce.

Nie cieszył się rozpoznawaniem znanych miejsc, przez trzy dni pobytu w Londynie krążyły mu po głowie powracające jak bumerang myśli: Co ona teraz robi? Czy kogoś ma? Czy jeszcze czasami o mnie myśli? Sylwester spędzony w towarzystwie Stuarta-seniora i Briana był jednym z najsmutniejszych wieczorów w jego życiu. Nie odwiedził też kiosku Rasheeda, to miejsce za bardzo przypominało mu beztroskie i szczęśliwe czasy z Ann. A w drodze powrotnej do Walton, walcząc z myślami o Ann, złożył sobie obietnicę, że nigdy już nie dopuści żadnej kobiety tak blisko do siebie, nigdy nie pozwoli się nikomu tak zranić.

Pierwsze kroki Iana

Tymczasem na drugiej półkuli Ian doznał pierwszego rozczarowania w życiu – ten ujmujący wszystkich swoim urokiem, przystojny młody mężczyzna o bujnej, poskręcanej czuprynie i rozbrajającym uśmiechu po raz pierwszy został przez kogoś odrzucony i skrytykowany.

Przyjaciel ojca z czasów wspólnych studiów medycyny w Cardiff – Mat, a właściwie Matthew, latami koncentrował całą swoją energię na nauce i w wieku 35 lat stał się jednym z najlepszych neurochirurgów na świecie. I chociaż uczelnie medyczne i szpitale na całym świecie dobijały się do jego drzwi, on zdecydował się na pracę w mało znanym szpitalu w Sydney. Był tak zajęty wspinaniem się po coraz to wyższych szczeblach kariery, osiąganiem perfekcji w wykonywaniu prekursorskich, opisywanych przez prasę fachową z całego świata, operacji, że nie zauważył, jak z latami zmienia się w pozbawionego kontaktów z otoczeniem, życia prywatnego i rodziny autystę. Ucieszył się z prośby, która dotarła do niego z Cardiff, cieszył się, że zamieszka u niego młody człowiek, czekał na życie, którym miało się wypełnić mieszkanie. Nie wyobrażał sobie jak wygląda Ian, ale już w momencie, kiedy odbierał go na lotnisku w Sydney młodego, roześmianego chłopaka, który miał w sobie wszystko to, czego brakowało Matowi – radość, pogodę i beztroskę młodości – wiedział, że nie będzie im łatwo. Osiem tygodni, które Ian spędził w eleganckim mieszkaniu na Martin Place w centrum miasta były nieudaną próbą wychowania go po raz drugi – po licznych awanturach o bałagan, wyjadanie bez pytania jedzenia z lodówki, powroty o różnych porach nocy i głośną muzykę pobyt Iana skończył się wystawieniem jego rzeczy na zewnątrz i kartką z adresem najbliższego schroniska młodzieżowego. Jeszcze po latach Mat będzie wspominał swojego gościa z antypatią, a wspólne mieszkanie pod jednym dachem zamieni się w tych opowiadaniach w koszmar.

Ian, jak zwykle, miał szczęście – schronisko młodzieżowe, w którym zamieszkał, szukało kogoś do prowadzenia księgowości i mimo że nie była to zbyt dobrze płatna i atrakcyyjna praca, uchroniła go przed upokarzającym telefonem do rodziców z prośbą o zastrzyk finansowy. Już po kilku tygodniach pobytu w Sydney poznał tam zresztą wiele osób, ponawiązywał pierwsze przyjaźnie i zaczął poznawać scenę muzyczną miasta. A kiedy po raz pierwszy zadzwonił do Stuarta w kilka dni po rozpoczęciu nowego roku, był znowu tak pełen optymizmu i planów, że nie wspomniał nawet o incydencie, jakim było mieszkanie z Matem.

Cdn

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…

Z zapisków stróża (5)

Zbigniew Milewicz

Krwawy lipiec

Lato w pełni, ludzie się wczasują, tylko Zły nigdy nie ma urlopu. Można odnieść wrażenie, że w sezonie urlopowym pracuje wręcz na zdwojonych obrotach, żeby zepsuć człowiekowi zasłużony odpoczynek. Ostatnio działa w dokładnych, czterodniowych odstępach czasu: 14 lipca ma miejsce rzeź w Nicei, 18 – w pociągu pod Würzburgiem uciekinier z Afganistanu przy pomocy siekiery i noża ciężko rani turystów z Hongkongu, a 22 dochodzi do tragedii w Monachium, mniej więcej cztery kilometry od osiedla, na którym mieszkam. Jest więc coraz bliżej.

Dowiaduję się o strzelaninie via Berlin, od starszego syna, który na bieżąco śledzi newsy w swoim iphonie i zaraz dzwoni do mnie, żeby się zorientować, czy ze starym wszystko w porządku. Później kolejno zgłaszają się młodszy syn i córka, z tym samym pytaniem, czy żyję, na szczęście żadnego z nich nie ma w tym czasie w Monachium. Firma ochraniarska, w której dorabiam do emerytury, sprawuje pieczę również nad centrum handlowym OEZ, pod którym zabójca zastrzelił z pistoletu dziewięć osób. Tego dnia, zgodnie z planem pracy, byłem w innym obiekcie, na rannej zmianie, gdzie w pobliżu też znajduje się McDonald. Nie lubię jedzenia z tej sieci, ale czasami kupuję sobie tam kawę i gdyby mi przyszło pracować na wieczornej zmianie w Olimpiaeinkaufszentrum, to być może zaszedłbym do miejscowego Mc- a i później już nie odebrałbym tych wszystkich telefonów. Co komu pisane…

Zły działa globalnie i czasami można się go spodziewać. Kiedy w pierwszej połowie lipca, w Luizjanie i Minnesocie biali policjanci zabijają z błahych powodów dwóch Afroamerykanów, w Dallas, podczas demonstracji zorganizowanej w związku z tymi wydarzeniami, ciemnoskórzy snajperzy likwidują w rewanżu pięciu stróżów prawa, białych oczywiście. A kiedy na nadmorskiej promenadzie nicejskiego kurortu tłum bawi się z okazji narodowego święta Francji, to wręcz prosi się, żeby policja profesjonalnie zaryglowała ten teren, bo okazja do zepsucia zabawy jest ogromna, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tego nie robi. Człowiekiem, który bohatersko zajedzie drogę rozpędzonej ciężarówce śmierci, będzie niepozorny kierowca skutera o imieniu Franc, pracujący na miejscowym lotnisku. Pochodzący z irańsko-niemieckiej rodziny Ali David S., otworzył ogień do swoich ofiar na monachijskim Moosachu dokładnie w piątą rocznicę masakry dokonanej przez Breivika, norweskiego prawicowego ekstremistę, który w imię ochrony swojego kraju przed islamizacją zabił 77 osób. W pokoju osiemnastolatka znaleziono dowody dużego zainteresowania sprawcy tą postacią, jak i ogólnie wcześniej dokonanymi w świecie przez różnych psychopatów zbiorowymi morderstwami, ich osobowościami, taktyce policji w prowadzeniu śledztw, etc. W większości sprawcy byli młodociani i wykonywali egzekucje w szkołach, na rówieśnikach i nauczycielach. Wyczerpujące informacje na ten temat czerpał głównie z przetłumaczonej na niemiecki książki amerykańskiego psychologa, Petera Langmana, zatytułowanej „Amok im Kopf“.

Już w kilka godzin po dokonanej zbrodni, kiedy zidentyfikowano dziesiąte zwłoki, leżące w bocznej uliczce nieopodal OEZ, jako należące do sprawcy, policja orzekła, że najprawdopodobniej jego czyn nie miał charakteru politycznego. Uznano za mało prawdopodobne pogłoski o możliwych powiązaniach S. z neonazistami albo z tzw. Państwem Islamskim. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu w głowę – stwierdzono, dodając, że był… leworęczny. W sobotę przybyło w mediach informacji. Pokazano sąsiadów rodziny S. z Maxvorstadt, którzy dziwili się, jak taki miły i grzeczny młody człowiek mógł z zimną krwią zamordować dziewięć osób, głównie swoich rówieśników, ale i dzieciaków. Jak na krótko przed zbrodnią podstępnie wabił swoje ofiary przez fejsa na jedzonko do McDonalda. Mieszkał z rodzicami i młodszym bratem we wspólnym mieszkaniu, ojciec był taksówkarzem. Maxvorstadt należy do zamożniejszych, monachijskich dzielnic, tu przeprowadzili się niedawno z dużo biedniejszego Moosach, gdzie Ali uczęszczał do średniej szkoły. Był w niej podobno ofiarą mobbingu i nie lepiej wiodło mu się w nowej szkole. Nieliczni jego koledzy określają go mianem spokojnego, zamkniętego w sobie odludka, którego poza komputerowymi grami siłowymi niewiele interesowało. Trochę z nimi przesadzał – mówią.

Czyżby więc postanowił się za ten mobbing zemścić, nie wirtualnie, ale realnie? Śledztwo pewnie wykaże, jaki miał kontakt z rodzicami, z młodszym bratem, co o nim w sumie wiedzieli. Stwierdzono, że w swoim czasie leczył się na depresję, nic ponadto.

Żywię naiwną nadzieję, że w kolejny czwarty dzień lipca nic szczególnie złego się nam nie przytrafi, że limit nieszczęść na ten miesiąc jest wyczerpany, ale przed nami jeszcze Światowe Dni Młodzieży w Polsce. Dla dobrych ludzi będzie to okazja do zademonstrowania pozytywnych wartości, dla służb porządkowych – zdolności do ich ochrony, ale Zły może też się upomnieć o swój ogarek, więc nie lekceważmy jego inteligencji. W Doniecku już nie udaje, że śpi, bratobójcza wojna o wschodnią Ukrainę rozgorzała ze wzmożoną siłą.

Krysieńka z Rudy Śląskiej, z którą się znamy i lubimy już tak długo, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają, także martwiła się o mnie. Napisz cykl porad, jak sobie radzić w dzisiejszym, złym świecie – zaproponowała w smsie. Hmmm… łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Jedno jest pewne, egoizmem ewentualnie można coś wygrać, kiedy życie toczy się gładko i w miarę przewidywalnie, a po schodach na pewno łatwiej się wchodzi nie samemu. Funkcję poręczy pełni ramię i serce drugiego człowieka, raz moje, raz twoje :-).

Letni wiatr

Andrzej Rejman

na początku miał być tytuł “letni niespokojny wiatr”
chciałem uniknąć słowa samego w sobie niespokojnego…
jednak w tym wietrze było coś, jakieś echo wydarzeń…

tyle się dzieje, że nie sposób nawet komentować…
spojrzałem więc w chmury – bo człowiek chyba jednak powinien szukać spokoju…
może to kwestia wieku zresztą, albo jakichś cech wrodzonych?
są ludzie, którzy poszukują niepokoju – i może dlatego wybuchają wojny?

a może są czasy wojny i czasy pokoju?

Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.

Stuart 3

Joanna Trümner

“He deals the cards as a meditation. And those he plays never suspect” („Rozdanie kart to dla niego medytacja, a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają” – Sting: Shape of my heart).

Los, czy też On, w którego istnienie Stuart nie wierzył, rozdawał mu przez następne cztery lata same asy i króle. Ten szczęśliwy okres w życiu zaczął się pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu, wynajmowanym przez rodzeństwo z Cardiff – Iana, studiującego ekonomię na tej samej uczelni, co Stuart i jego siostrę, Ann, studiującą literaturę angielską na innej z londyńskich uczelni.

Ten pierwszy wieczór spędzili na słuchaniu muzyki i rozmowach, popijając piwo kupione dzięki uprzejmości nie pytającego o wiek klientów Rasheeda. Mały sklepik Rasheeda, znajdujący się na parterze ich domu, który oferował klientom alkohole, papierosy, kilka podstawowych artykułów spożywczych i ostre przekąski kuchni indyjskiej, nieraz ich uratował przed pustą lodówką i przymusowym głodowaniem. Byli jedynymi brytyjskimi klientami, co sprawiło, że do końca pobytu na Greenwich korzystali z przywileju zakupów na kredyt.

W miarę upływu godzin w maleńkiej kuchni, gdzie rolę krzeseł spełniały wypożyczone od Rasheeeda skrzynki po piwie, znajdowali coraz więcej wspólnych zainteresowań, a pod koniec wieczoru ustalili, że będą wspierać muzyczną karierę Stuarta – Ann, pomagając mu przy pisaniu tekstów piosenek, a Ian szukając kontaktów czy sal na koncerty i prowadząc rozmowy o honorariach awansował do roli menadżera.

Już podczas tego pierwszego spotkania Stuart zapatrzył się w oczy Ann, ciemnoniebieskie, przypominające wzburzone morze. Była tak inna od kobiet, które znał do tej pory – od matki, sióstr, rozchichotanych koleżanek ze szkoły w Walton, jej opowiadania o przeczytanych książkach i recytowane półgłosem wiersze Emily Dickinson brzmiały jak muzyka, z każdą spędzoną wspólnie godziną tonął coraz głębiej w tych ciemnoniebieskich oczach.

Wkrótce Stuart, Ann i Ian stali się nierozłączni. Po zajęciach na uczelni spotykali się na mieście, w mieszkaniu na Greenwich, żeby wspólnie gotować dosyć nieporadne obiady, albo przed studiem na Abbey Road, gdzie wraz z tłumem innych młodych ludzi z różnych zakątków świata czekali na okazję do zobaczenia chociażby przez chwilę swoich idoli. I po kilku miesiącach wyczekiwania, pewnego deszczowego kwietniowego wieczoru, kiedy przemoknięci do suchej nitki i bliscy odejścia stali na chodniku przed Abbey Road Studios, los w końcu się do nich uśmiechnął. Otworzyła się brama studia i wyszedł z niej Paul McCartney. Wyglądał tak inaczej niż w telewizji i na zdjęciach w gazetach, tak młodo, że nie bardzo od razu mogli uwierzyć, że to właśnie on podawał im rękę na przywitanie, uśmiechając się i witając skromnym „Hi, I am Paul” – tak jakby jeden z najbardziej znanych na świecie muzyków, którego twarz znana była milionom ludzi na całym świecie, musiał się komukolwiek przedstawiać.

Paul zaprosił ich do studia, i pokazując miejsce, w którym powstawały znane wszystkim młodym ludziom piosenki, wypytywał, kim są i czym się zajmują. Stuart odważył się przyznać do tego, że też jest muzykiem i usłyszał radę: „W Europie i Stanach będzie potwornie ciężko się przebić, to walka na noże, bez pardonu, pomyśl o jakimś innym kraju”. Spędzili na Abbey Road niecałych dziesięć minut, które w późniejszych wspomnieniach wydawały im się wiecznością.

Wracając do mieszkania na Greenwich odtwarzali w pamięci każdy szczegół tego spotkania, nie bardzo wciąż wierząc w swoje szczęście. Ian, który musiał tego wieczoru pracować w jednym z klubów na Soho, opuścił ich około ósmej, a Ann i Stuart kupili u Rasheeda pierwszą w życiu butelkę francuskiego szampana, aby godnie uczcić ten szczególny dzień. Była to też ich pierwsza, wspólnie spędzona noc – początek bliskości, jakiej nie przeżyli do tej pory z innym człowiekiem. Dziecinne zafascynowanie Stuarta zaczęło przeobrażać się w pierwszą, odwzajemnioną, dojrzałą i bardzo szczęśliwą miłość, a każdy dzień w kolejną wspólną przygodę.

Wolne od nauki wieczory spędzali na pisaniu i komponowaniu piosenek lub na rozmowach o książkach, teatrze, życiu, i zmianach, które zachodziły wokół nich. Szczególnie lubili długie, deszczowe dni, które otuleni jednym kocem spędzali w łóżku, słuchając muzyki – nawet milczenie z Ann było piękne. Po latach wracał myślami do tych wieczorów, zastanawiając się, czy wszyscy ludzie na świecie chociaż raz przeżyli podobną miłość w życiu – nie tylko fascynację, seks, kilkumiesięczne zapatrzenie, ale bliskość, uczucie, że od tej pory nigdy już nie będziesz sam, bo ktoś stał się nieodłączną częścią życia. Myślał o ludziach, którzy nigdy nie kochali, o Rasheedzie, żyjącym w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie z kuzynką – on prawdopodobnie nie wiedziałby, co zrobić z taką miłością.

Ian przyglądał się temu, co zachodziło między nimi, z pewnym niedowierzaniem i ciekawością, czasami denerwował go ten nadmiar szczęścia i niewdzięczna rola obserwatora. Z pewnym pobłażaniem myślał o tym, że każdy wrażliwy muzyk musi mieć jakąś muzę, jemu samemu zaś wystarczały niezobowiązujące znajomości z ładnymi kobietami, których imiona zapisywał skrupulatnie w kalendarzyku. Wieczory wolał spędzać na tętniącym życiem Soho, poznając nowych ludzi z różnych zakątków świata i zbierając pierwsze doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Dzięki kontaktom Iana Stuart zaczął dorabiać jako ochroniarz w jednym z klubów nocnych na Soho, te dodatkowo zarobione funty umożliwiły mu kupno drugiej gitary. Stypendium z uczelni, regularne zastrzyki pieniężne Stuarta-seniora, praca w klubie i comiesięczne wizyty w Walton, gdzie nawet ojciec, dla którego był do tej pory niewidoczny, zaczął wpierać finansowo pierwszego studenta w rodzinie, pozwalały mu pobyt w tym drogim mieście.

Stuart-senior pełnił dalej rolę anioła-stróża, jego „rodzina” powiększyła się teraz o Ann i Iana. Wpadali do galerii co najmniej raz w tygodniu i podczas z którejś z wizyt Stuart-senior wpadł na pomysł, żeby odbywające się raz w miesiącu wernisaże urozmaicić występami siostrzeńca. Pierwszy publiczny występ Stuarta zakończył się bisami – ludzie potrzebowali jego pełnych radości i optymizmu piosenek.

Lata studiów były latami pełnego szczęścia, niezmąconego nawet przez fakt, że dwa letnie miesiące spędzał pracując w pubie rodziców w Walton. Bardzo brakowało mu Ann, ale wiedział, że ktoś na niego czeka i z radością wypatrywał dnia, kiedy otworzy drzwi mieszkania na Greenwich. Pisali do siebie piękne, długie listy – listy Ann kończyły się zawsze zdaniem: „Kocham Cię niesamowicie”.

W Walton nie narzekał zresztą na samotność. Godziny w pubie przepracowywał w towarzystwie młodszej o dwa lata siostry – Kate. Z tej małej dziewczynki, która jako dziecko denerwowała go pedantycznie poukładanymi w pokoju rzeczami, nielubianej w szkole prymuski, zrobiła się pewna siebie, bardzo oczytana i dowcipna, piękna młoda kobieta. Jako druga w rodzinie zdobyła stypendium na uniwersytecie w Brighton. Tak jak Ann będzie studiowała literaturę angielską i młode kobiety wkrótce zostaną najlepszymi przyjaciółkami. Kate będzie odwiedzała ich w Londynie co miesiąc i zapisana zostanie pod numerem 79 w kalendarzyku Iana. W czwórkę wybiorą się w pierwszą zagraniczną podróż – dwutygodniowy wyjazd na Cypr. Wyjazd ten, zakończony aresztowaniem przez miejscową policję i dobą spędzoną w areszcie za kąpanie się na golasa w morzu, był zwiastunem czarnych chmur, które zaczęły gromadzić się nad głową Stuarta.

Burza, która doprowadziła do końca jego związek z Ann, rozpętała się na rozgrzanej sierpniowym słońcem plaży w Walton. Ann przyjechała do niego z niezapowiedzianą wizytą i poprosiła o wspólny spacer nad morzem. To, co miała mu do powiedzenia, nie było przeznaczone dla uszu ciekawskich rodziców i klientów pubu.

Wyznanie Ann, że najprawdopodobniej jest w ciąży, było dla niego szokiem, oczami wyobraźni widział siebie w roli nauczyciela matematyki w szkole w jakimś prowincjonalnym angielskim miasteczku i koniec marzeń, którymi żył do tej pory. „To będziemy musieli się pobrać, bo chyba nic innego nie można zrobić” – powiedział cicho, nie wiedząc, że właśnie powstaje na ich związku rysa, której nie da się już naprawić.

Kiedy w kilka tygodni później, już w Londynie, dowiedział się, że ciąża Ann była fałszywym alarmem, odetchnął z ulgą i przekonaniem, że nic między nimi się nie zmieniło.

Ann, która spała przez wiele miesięcy w jego pokoju, wyprowadziła się z powrotem do swojego łóżka i coraz rzadziej spędzali wspólnie czas. Łudził się, że to chwilowa zmiana i zdecydował się przeczekać. Coraz więcej czasu spędzał z Ianem i kolegami ze studiów, poznając nocne życie Londynu. Skonkretyzował też swój plan wyjazdu – według rady Paula – to miała być Australia, bo tam rynek muzyczny nie był tak zapełniony talentami jak w Anglia, czy w USA i łatwiej można się wybić. Poza tym Stuart „anioł stróź” znał tam kogoś, u kogo mogliby przez jakiś czas zamieszkać. Kiedy nadszedł koniec studiów był tak zajęty zdawaniem ostatnich egzaminów i pisaniem pracy dyplomowej, że nie zauważył, że Ann milczy podczas rozmów o planowanym wyjeździe.

Cdn.

 

Stuart 2

Joanna Trümner

Brian

Zanim Brian przyszedł na świat w dwa lata przed wybuchem wojny jego rodzinny dom, stojący w jednej z najdroższych dzielnic Londynu – Highate wychował już kilka pokoleń lekarzy, prawników, bankierów, kupców i dyplomatów. Gdyby spoczywający na pobliskim cmentarzu w towarzystwie Faradaya, Dickensa i Galswothy‘ego Karl Marx mógł wstać z grobu i przejść się po Highgate, zdruzgotany byłby dobrobytem i „fetyszyzmem towarowym” jej mieszkańców. Ojciec Briana był kolejnym ogniwem tej nie przerwanej nawet przez II wojnę światową i naloty na Londyn rodzinnej historii sukcesów, prowadząc dobrze prosperującą kancelarię prawniczą, w której doradzał zamożnym klientom, jak nie stracić przekazywanych z pokolenia na pokolenie majątków w obliczu takich kataklizmów życiowych jak rozwód, długi lub niewdzięczne, marnotrawne dzieci. Decyzja Briana o podjęciu studiów na historii sztuki i wyprowadzenia się do wynajmowanego w centrum Londynu pokoju, postawiła co prawda pewien znak zapytania nad kontynuowaniem rodzinnej tradycji powiększania majątku i zdobywania coraz to wyższej pozycji społecznej, niemniej jednak ojciec zdecydował się na sfinansowanie tej fanaberii po poznaniu wśród swoich klientów ludzi, którym udało się zarobić duże pieniądze na handlu sztuką. Ojciec od dawna niepokoił się o przyszłość tego delikatnego, cichego chłopca, spędzającego najchętniej samotnie czas na malowaniu obrazów w pastelowych kolorach i czytaniu, tak bardzo różniącego się od swoich rówieśników. Zapewne pomógłby też Brianowi stawiać pierwsze kroki na rynku handlu sztuką, uruchomiając kontakty i pieniądze, gdyby nie doszło do tej fatalnej rozmowy podczas niedzielnego, rodzinnego obiadu w Highate, w trakcie której rodzice dowiedzieli się, że nie mogą oczekiwać od syna założenia tradycyjnej rodziny, bo nie potrafi żyć z kobietą. Rozmowa, którą dzisiaj określa się mianem „coming out” oznaczała w tamtych latach początek końca rodziny.

Następne tygodnie ojciec spędził w bibliotece Królewskiego Towarzystwa Medycznego na czytaniu artykułów medycznych o metodach leczenia „choroby” syna. Jako prawnik nie chciał, by syn dopuszczał się wykroczeń przeciwko obyczajowości, prowadzących nieuchronnie do procesu i ukarania, być może nawet do więzienia, a jako ojciec i człowiek czynu wierzył głęboko w uleczalność każdej choroby, nawet tej, która do roku 1973 figurowała na liście chorób psychicznych Swiatowej Organizacji Zdrowia. Wśród licznych terapii, przedstawianych w fachowej prasie medycznej, najbardziej przekonywało go długoterminowe lecznie, polegające na próbie usunięcia podniecenia seksualnego poprzez wprowadzenie skojarzeń między bodźcami stymulującymi seksualnie z bólem w postaci szoków elektrycznych lub środków wymiotnych. Tę „terapię behawioralną” przeprowadzić można było w kilku specjalizujących się na niej klinikach w Stanach.

W deszczowy, październikowy dzień wezwany przez ojca Brian zasiadł na ławie oskarżonych w swoim rodzinnym domu, a pełniący rolę prokuratora ojciec postawił go przed ultimatum: „Albo zgadzasz się na terapię, albo przestajesz być członkiem naszej rodziny”. Odrzucił terapię, a to oznaczało zerwanie więzi z rodziną. Na pożegnanie ojciec nie podał mu ręki, lecz kopertę, w której znajdowało się 5.000 funtów – ostatnia inwestycja w przyszłość byłego członka rodziny.

Opuszczając na zawsze dom w Highgate natknął się na schodach na zapłakaną matkę i zdążył zadać jej pytanie: „Dlaczego nie pozwolicie mi być sobą?”

Następnego dnia Brian został skreślony z testamentu ojca, a kolejne dni w Highgate minęły na zacieraniu wszelkich śladów jego bytności w tym domu, co przeprowadzono w sposób dobrze zorganizowany i skrupulatny, nawet zdjęcia roześmianego chłopca z kręconymi włosami blond i smutnymi, jasnoniebieskimi oczami spalone zostały w kominku wraz z malowanymi w samotności dziecięcego pokoju pastelowymi obrazami.

Brian dość szybko znalazł pracę w Narodowej Galerii Portretu na St. Martin’s Place. Opracowywał katalogi i tablice informacyjne o wystawianych w galerii portretach słynnych Brytyjczyków, prowadził korespondencję w sprawie nabywania nowych obrazów lub zdjęć i organizował wystawy. Im dłużej przebywał wśród obrazów opowiadających o osobach i historiach z przeszłości tym bardziej pragnął znaleźć miejsce, które mówiłoby o toczącym się dookoła, kolorowym i dziejącym się dzisiaj i teraz życiu. Marzenie o założeniu własnej galerii – miejsca, w którym odkryci zostaną młodzi, nieznani przez nikogo malarze i które w przeciwieństwie do ciszy Narodowej Galerii Portretu tętnić będzie życiem i śmiechem młodych ludzi podczas spotkań i wernisaży, dojrzewało w głowie Briana przez kilka lat.

Galeria

W Narodowej Galerii Portretu znalazł też pracę w roli dozorcy mieszkający od kilku miesięcy w Londynie Stuart. Ich znajomość zaczęła się od długiej rozmowy przed najważniejszym eksponatem muzeum – portretem Wiliama Szekspira. Po tamtym spotkaniu zaczęli się spotykać co wtorek, w kilka minut po zamknięciu muzeum dla publiczności stawali przed coraz to innym eksponatem i prowadzili coraz dłuższe rozmowy o sztuce, Londynie i otaczającej ich dookoła samotności. Po kilku miesiącach znajomość ta przerodziła się w miłość, a ponad rok od spotkania pod portretem Szekspira zdecydowali się razem zamieszkać i podjąć próbę realizacji wspólnego marzenia o własnej galerii obrazów.

Pieniądze, które Brian otrzymał na pożegnanie od ojca, pozwoliły wynająć pomieszczenie na galerię przy Green Park. Na początku wisiało w niej tylko dziesięć obrazów, kupionych od ulicznych malarzy. Ale dzięki smakowi i wiedzy Briana z biegiem czasu, po kilkunastu miesiącach przeczekanych dzięki rodzinnemu „odszkodowaniu” drogę do galerii zaczęli znajdować kolekcjonerzy sztuki i turyści. Brian i Stuart uzupełniali się perfekcyjnie – Brian zajmował się doborem wystawianych dzieł, instynktownie odgadując zmieniające się oczekiwania klientów i obserwując zmiany zachodzące w sztuce, Stuart zajmował się organizacją – to dzięki jego pomysłowości odbywały się tam często wernisaże i happeningi, wieczory z poezją i muzyką. Z biegiem czasu galeria stała się jednym z ulubionych miejsc spotkań miłośników sztuki i zaczęła przynosić dochody. Stała się tym tętniącym życiem i śmiechem młodych ludzi miejscem, o którym marzył Brian.

Londyn

Anonimowość tego miasta-molochu pozwalała im być sobą, zaczęli poznawać podobnie żyjące pary i mimo, że od marszy London Pride, pokazujących całemu społeczeństwu kulturę homoseksualistów, dzieliło ich jeszcze ponad dwadzieścia lat, wiedzieli, że znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Pojawienie się w ich życiu Stuarta-juniora zbliżyło ich jeszcze bardziej do siebie. Dla tej pary, która nigdy nie będzie miała własnych dzieci, siostrzeniec, Stuart-junior, przejął rolę syna. Prześcigali się w dogadzaniu temu dziewiętnastoletniemu dziecku, spędzając wiele czasu na rozmowach o jego planach, podsuwając mu do czytania arcydzieła literatury światowej, zabierając go na ciekawe wystawy i koncerty i kupując płyty z muzyką, której słuchała wtedy młodzież na całym świecie. To właśnie dzięki nim poznał muzykę swoich idoli – The Beatles. Ich „syn” powoli pozbywał się strachu przed hałasem wielkiego miasta i resztek nawyków z prowincji, a z pierwszej wizyty u fryzjera w Londynie wyszedł ostrzyżony „na beatlesa”. Z każdym tygodniem coraz bardziej upodabniał się do młodych mieszkańców Londynu.

Nie zapominał też o swoich obowiązkach i dobroczynnym stypendium, dzięki któremu mógł opuścić Walton. Chętnie chodził na uczelnię i słuchał wykładów z matematyki – wydawała mu się jedyną dziedziną życia, w której wszystko da się tak dokładnie i systematycznie poukładać, wyliczyć i przewidzieć. Potrafił spędzać godziny na rozwiązywaniu równań, szukaniu algorytmów, rachunkach prawdopodobieństwa, zafascynowany tym, że matematyka mogła wszystko wyjaśnić i ułożyć w całość.

Jak każdy kochający rodzic, który wie, że dzieci muszą wyfrunąć z gniazda, żeby nauczyć się latać, Stuart-senior od samego początku pobytu siostrzeńca w Londynie był zdania, że powinien on zamieszkać ze swoimi rówieśnikami oraz poznać miasto i życie, widziane oczami młodych ludzi. Przez przypadek dowiedział się od klienta o rodzeństwie studentów, szukających współlokatora do taniego mieszkania w Greenwich.

Przeprowadzka Stuarta odbyła się 12 lutego 1964 roku, w dzień po pierwszym koncercie The Beatles w Waszyngtonie, który wywołał wśród tamtejszej młodzieży ekspolzję. Trzy tysiące oszalałych fanów czekało na członków zespołu: Johna Lennona, Paula McCartneya, Geroge’a Harrisona i Ringo Starra już pięć dni wcześniej, gdy ich samolot lądował na międzynarodowym lotnisku Johna F. Kennedy’ego. W dzień przeprowadzki Stuart oglądał krótkie wzmianki o tej wizycie w Stanach, myśląc z dumą o tym, że mieszka w tym samym mieście, co jego idole i musi znaleźć drogę do zobaczenia Abbey Road Studios w Westminster i swoich idoli.

Wchodząc z wielkim plecakiem i walizką do nowego mieszkania w Greenwich nie wiedział, że właśnie znalazł dwie najważniejsze osoby w życiu – przyjaciela, z którym zdecyduje się wyjechać do Australii i swoją wielką pierwszą miłość.

Cdn.

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.