Mój 1968 rok

Okrągła rocznica marca była w zeszłym roku, a teraz to nawet marzec już minął. Ale to chyba bez znaczenia, bo Marzec 68 to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące co najmniej dwa lata. Nie bacząc więc na brak konkretnej okazji, publikuję tu tekst Tomasza Prota “Mój rok 1968…” Bardzo ciekawy. Ukazał się w V tomie publikacji “Dzieci Holocaustu mówią” na str. 240 – 256.

tomaszprot

Foto: To­masz Ozdo­ba / newspix.​pl w: http://www.fakt.pl/Tomasz-Prot-dla-Faktu-Ocalalem-dzieki-milczeniu-Polakow,artykuly,161076,1.html

Tomasz Prot
… czyli jak zostałem Żydem

Urodziłem się jako syn Jana Prota, który zmienił swoje rodowe nazwisko Berlinerblau na pseudonim, którego używał w Związku Strzeleckim i w Legionach, oraz matki z domu Deiches, z osiadłej od XVI wieku w Krakowie rodziny żydowskiej.
Rodzina Deiches już w XVI wieku osiągnęli poważną pozycję społeczną, skoro w 1608 roku Dawid Deiches jest jednym z seniorów kahału w Krakowie, a od sierpnia 1866 Salomon Deiches był radnym miejskim i w 1870 roku został wiceprzewodniczącym Rady Wyznaniowej Krakowa. Nazwisko Deiches jest hebrajskie i oznacza ”daj” – pod dostatkiem a „iches” – pochodzenie zobowiązujące do godnego zachowania się.
Tak więc już od urodzenia byłem i jestem Żydem, ale przez znaczną część mojego życia nie miało to dla mnie więk¬szego znaczenia. Obie rodziny, tak Deichesowie jak i Berlinerblau były od lat zasy¬milowane, nie przywiązujące większej wagi do spraw religijnych, a zatem ich kontakty z ortodoksyjnymi gru¬pami żydowskimi, zachowującymi obrzędowe obyczaje przodków, ich stroje i język, były luźne. Sądzę, że moja babka od strony ojca, Jadwiga z domu Chwat, znała jidysz, ale nigdy nie słyszałem jej mówiącej w tym języku, natomiast, kiedy chciała porozmawiać z ojcem tak, żeby dzieci czy służba ich nie rozumiały, przechodziła na francuski. Ojciec całe swoje życie był polskim patriotą, począwszy od strajku szkolnego w 1905 roku w obronie języka polskiego, za co został wydalony z „wilczym biletem” z gimnazjum w Warszawie, przez walkę o niepodległą Polskę w legionach i wojsku polskim w wojnie 1920 roku, gdzie dosłużył się rangi majora i krzyża virtuti militari, aż do budowy przemysłu obronnego w Niepodległej Polsce jako naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Oboje rodzice przeszli na katolicyzm i w młodości moje życie religijne było zawsze związane z kościołem Rzymsko-Katolickim. A zatem, od urodzenia do października 1939 roku, byłem Polakiem i katolikiem. Wiedziałem oczywiście, że moi przodkowie byli Żydami, ale uważałem, że jest to nieistotne. Wprawdzie w szkole przed wojną spotykałem się z przykrościami ze strony moich szkolnych kolegów ze względu na mój semicki wygląd, ale uważałem to za nieprzyjemne wybryki, i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Moja rodzinna sytuacja zmieniła się po rozpoczęciu wojny w 1939 roku. Zostaliśmy przez okupanta zaszeregowani do społeczności żydowskiej i nasze dalsze okupacyjne losy zostały temu podporządkowane. Ja jednak nadal nie czułem się Żydem, tylko Polakiem żydowskiego pochodzenia. Wprawdzie represje stosowane przez okupanta wobec narodu żydowskiego dotyczyły również mnie i mojej rodziny, ale tak postanowił wróg, a jego decyzje nie obowiązywały ani nas, ani przyzwoitych Polaków. A zatem Niemiec mógł zadekretować każde głupstwo, co mogło stawiać ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, ale zawsze było to bezprawie wymuszone przez okupanta. Na tej zasadzie, ukrywając się przez całą okupację po „aryjskiej” stronie, nie czułem się Żydem, czułem się Polakiem, którego wróg mój i wszystkich Polaków uznał za Żyda. Mój osąd sytuacji nie uległ zmianie po wojnie. Wprawdzie wtedy przyznanie się do swoich korzeni nie groziło już śmiercią, ale ani ja ani moi najbliżsi nie poczuwaliśmy się do wspólnoty z narodem żydowskim. Oczywiście, boleliśmy nad tym, że część naszej rodziny zginęła zamordowana przez okupanta, z odrazą dowiadywaliśmy się o działaniach „Ognia” na Podhalu, czy o pogromie w Kielcach, ale nadal czuliśmy się częścią narodu polskiego, a w każdym razie tą częścią, która tak w czasie okupacji jak i po niej nie splamiła się współpracą z Niemcami czy antysemityzmem. Stąd, jak sądzę, bierze się mój stosunek do tzw. „Sprawiedliwych”. Uważam, że obowiązkiem Polaków w czasie wojny, było zaangażowanie się w walkę z okupantem. W zależności od możliwości walka ta mogła być prowadzona w różny sposób, od bezpośredniej walki np. w oddziałach partyzanckich czy zamachach na gestapowców i konfidentów, do udziału w konspiracji przez przechowywanie broni, kolportaż „gazetek”, prowadzenie małego sabotażu czy chronienie ludzi poszukiwanych przez okupanta, w tym także obywateli polskich prześladowanych za to, że byli Żydami. Za każdy z tych czynów groziła kara śmierci, i rozumiem, że łatwiej jest przechować karabin niż Żyda, jednak tak jedno jak i drugie powinno być uważane za obowiązek patriotyczny, nie wymagający fanfar i odznaczeń, szczególnie ze strony Polski. I wyczuwam w tym często nutę polityczną, szczególnie prawicowi działacze pragną nierzadko podkreślić, że w czasie okupacji byli liczni, poza szmalcownikami i obojętnymi na los Żydów, Polacy niosący pomoc swoim żydowskim współobywatelom. Ale odszedłem od zasadniczego tematu.
Po Powstaniu Warszawskim koniec wojny spędziłem w internacie RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Bochni, a po wyzwoleniu, wraz z matką i siostrą zamieszkaliśmy od grudnia 1945 roku we Wrocławiu. W początkowym okresie było tu niewielu Żydów można podzielić na trzy grupy, mające ze sobą słabe kontakty.
Jedną z nich stanowili ludzie tacy jak moja rodzina, tj. zasymilowani, stanowiący przed wojną inteligencję polsko-żydowską. W większości spędzili oni okupację po „aryjskiej” stronie, bądź przybyli z „Zachodu” i nadal ukrywali swoje korzenie, albo, nie wypierając się swojego pochodzenia, nie uważali tego w obecnym ustroju za istotny problem. Chyba byliśmy naiwni, ale to inna sprawa. Z reguły byli to ludzie posiadający wyższe wykształcenie.
Drugą, dosyć liczną, grupę stanowili repatrianci żydowscy ze Wschodu. Ludzie, którzy przed wojną zamieszkiwali wschodnie rubieże Polski i którzy uratowali się przed eksterminacją w ZSRR. Przeżyli oni wojnę nie widząc niemieckiego żołnierza i znali okupację jedynie z opowiadań, często negatywnych, jeżeli chodzi o stosunek Polaków do Zagłady narodu żydowskiego. Trzymali się razem, nie asymilując się z napływową ludnością polską. Zakładali gminy żydowskie, domy modlitwy, a także szkoły i kluby sportowe. Nie czuli się związani z Polską i w większości uważali, że Polacy przyczynili się do Holocaustu. Byli to często ludzie prości, zarabiający na życie jako robotnicy czy rzemieślnicy. Praktycznie wszyscy oni opuścili Polskę pod koniec lat 40.
I na koniec trzecią grupę tworzyli komuniści żydowskiego pochodzenia, również przybyli ze Wschodu, w większości z I Armią, którzy zaliczyli szlak bojowy „od Lenino do Berlina”. Nie integrowali się z ortodoksyjnymi Żydami (byli z reguły bezwyznaniowi) i zajmowali wiele kierowniczych stanowisk w tworzącej się administracji rządowej i partyjnej.
Moja rodzina należała do pierwszej grupy. Nic nas nie łączyło ze strukturami administracyjnymi i kulturalnymi organizowanymi przez żydowskich ortodoksyjnych przybyszy ze Wschodu, natomiast nasze kontakty z grupą tworzącą podwaliny komunizmu w Polsce nie były związane z naszymi żydowskimi korzeniami, a raczej były to kontakty towarzyskie. Byliśmy zaabsorbowani nowymi, powojennymi warunkami egzystencji i musieliśmy z czegoś żyć. Głównym środkiem utrzymania była praca mamy w Bibliotece Głównej Politechniki Wrocławskiej, gdzie dostawała jakieś grosze, siostra studiowała, a ja chodziłem do szkoły. Żyliśmy bardzo skromnie. Nasza przeszłość wojenna tak żydowska jak akowska, nie miały, jak sądziliśmy, znaczenia. Oczywiście mieliśmy świadomość napływu Żydów ze Wschodu, ale tak ich przybycie na „ziemie odzyskane” jak ich późniejszy, masowy wyjazd do Palestyny, nie budził naszego zainteresowania. Również to, że szereg kierowniczych stanowisk w Partii i ZMP było obsadzonych przez żydowskich komunistów, uważaliśmy za naturalne, ale nie ze względu na ich pochodzenie, ale wyznawaną, przeniesioną ze Wschodu, ideologię. I tak np. I sekretarzem PPR na wrocławskiej Akademii Medycznej był Ignacy Wald, (oficer I armii WP), analogiczne stanowisko na Politechnice posiadał również człowiek o żydowskich korzeniach, kolega chemik – Paweł Rozdział, szefem miejskiego ZMP był tow. Goldberg (tak zwany powszechnie Złotogórski), a w mojej grupie ZMP na studiach także prym wiedli młodzi żydowscy komuniści. Ale to nie było istotne, naszych znajomych i przyjaciół nie dobieraliśmy według ich pochodzenia, odwrotnie, pewną niechęć budziły we mnie osoby, które uważały żydowską krew za sprawę pierwszej wagi, co było częste wśród przybyszy ze Wschodu.
Tak biegły lata, w szkole, na uczelni we Wrocławiu i Łodzi, potem w pracy w Warszawie, nie przynosząc większych zmian. Nadal nie rozróżniałem wśród moich kolegów i współpracowników, czy ich korzenie są polskie czy żydowskie, i uważałem, że to samo dotyczy i mnie. Oczywiście, jeżeli ktoś miał typowe niemiecko-żydowskie nazwisko jak np. Feigin, Wajnryb, Rubin itp, to wiedziałem, że są to Żydzi, jednak w 1956 roku ze zdziwieniem przyjmowałem wyjazd z Polski moich kolegów z pracy, o których pochodzeniu dopiero wtedy się dowiadywałem. Po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście spotykałem się czasami z objawami antysemityzmu, ale były to sporadyczne wypadki, przykre, ale, w moim pojęciu, nie mające znaczenia. Takim incydentem był np. mój spór z konduktorem w autobusie, który na moje uwagi dotyczące jazdy powiedział: „W Palestynie będziesz się rządził, ty Żydzie”.
Po 1956 roku wstąpiłem do PZPR, wierząc, pod wpływem Klubu Krzywego Koła, którego zostałem członkiem, że przemiany demokratyczne są w tym ustroju możliwe i będą przez partię kontynuowane.
W 1963 roku, zaraz po doktoracie, jako świeżo upieczony adiunkt, rozpocząłem pracę na Politechnice Warszawskiej w Katedrze Fizyki Ogólnej A. Byłem dosyć zdziwiony, kiedy w parę miesięcy po rozpoczęciu pracy, zaproponowano mi żebym został sekretarzem OOP PZPR na Wydziale Elektrycznym. Katedra Fizyki A była wówczas powołana do obsługi dydaktycznej paru Wydziałów Politechniki, ale przypisana do Wydziału Elektrycznego. Stąd ta komórka partyjna obejmowała członków partii tego wydziału, jak również partyjnych mojej katedry fizyki, oraz Katedry Matematyki D, także przypisanej do Wydziału Elektrycznego. Wprowadzającą mnie do tej komórki partyjnej i proponującą zgodę kandydowania na jej sekretarza była Krystyna Bieńkowska z katedry matematyki. Oczywiście wybory były wtedy formalnością. Moja kandydatura musiała być uzgodniona z Komitetem Zakładowym PZPR i wyniki wyborów były z góry wiadome. I tak w 1964 roku zostałem sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym. Cała grupa liczyła 40 osób, zaś egzekutywa 7 osób.
Dziekanem Wydziału Elektrycznego w tym okresie był profesor Jan Podoski. Był to nadzwyczaj mądry i miły człowiek o barwnym życiorysie. Był synem Romana Podoskiego, znanego profesora, specjalisty od trakcji elektrycznej, który pracował na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej od roku akademickiego 1919/1920. Równocześnie z pracą na uczelni Roman Podoski zajmował się elektryfikacją polskich kolei. W roku 1918 wystąpił ze znacznie wybiegającym w przyszłość projektem elektryfikacji trzech magistrali: z Warszawy do Krakowa i Katowic, z Warszawy do Poznania i z Krakowa przez Przemyśl do Lwowa, a także zaprojektował trakcję elektryczną z Krakowa do Zakopanego. Z kolei jego syn – Jan Podoski w latach 1928-1933 kontynuując pracę ojca opracował projekt elektryfikacji warszawskiego węzła kolejowego. Od 1933 do 1939 roku był dyrektorem naczelnym Bydgoskich Zakładów Przemysłowych, jednocześnie pracując na pół etatu jako asystent na Wydziale Elektrycznym PW. W okresie wojny był oficerem, członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. był szefem wydziału zajmującego się przerzutami „cichociemnych” do kraju, a następie walczył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Po powrocie do kraju w latach 1947-1949 wykładał w Szkole Inżynierskiej „Wawelberga” i był dyrektorem naukowym Instytutu Elektrotechniki. Aresztowany pod koniec 1949 roku, został oskarżony o szpiegostwo i skazany w 1951 roku na 8 lat więzienia oraz pozbawienia praw obywatelskich i honorowych na trzy lata. Uzyskał ułaskawienie w roku 1954 i podjął pracę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a następnie został wybrany przez Radę Wydziału na stanowisko dziekana.
Będąc sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym, byłem członkiem Rady Wydziału i miałem zaszczyt kontaktować się często z Dziekanem w wielu bieżących sprawach. Wśród profesorów było paru członków partii. Współpraca układała się nam dobrze, profesorowie partyjni nie wtrącali się do bieżącej pracy OOP, a ja miałem na tyle rozumu, że na zebraniach szacownej Rady Wydziału nie zabierałem głosu, a jeżeli były jakieś sprawy do omówienia, to zgłaszałem się bezpośrednio do Dziekana.
Tymczasem w Polsce po „odwilży”, w pierwszej połowie lat 60 nastrój coraz bardziej się zmieniał i w wielu wypadkach dochodziło do inspirowanych przez partię działań antyinteligenckich i antykościelnych, często z podtekstem antysemickim. Okres ten jest opisany przez wielu historyków, dlatego pozwolę sobie przypomnieć tylko niektóre zdarzenia. Każde z nich, jak się wydawało, było tylko epizodem o małym znaczeniu i ani ja ani nikt z moich bliskich, nie przewidywał ogólnopolskiej nagonki antysemickiej. Tak więc można wymienić:
* Sprawa Wielkiej Encyklopedii wydanej przez PWN. Gdy ukazał się tom z hasłem “obozy hitlerowskie”, podającym zgodnie z prawdą, że dzieliły się na “obozy koncentracyjne” i “obozy zagłady” (Żydów), partia rozpętała nagonkę na PWN. Rozgłoszono, że większość redaktorów to Żydzi, oskarżono ich o spisek syjonistyczny, mający na celu “umniejszenie cierpienia narodu polskiego”.
* Gwałtowna i nieprzychylna reakcja partii na orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 roku, „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
* Wyrzucenie z partii 27 X 1966 roku filozofa Leszka Kołakowskiego, byłego działacza komunistycznego, za krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu, a także ostra reakcja partii na list w jego obronie wysłany do KC, sygnowany przez piętnastu literatów i intelektualistów, w którym domagano się przywrócenia Kołakowskiego w prawach członka. Pod listem podpisali się czołowi intelektualiści, między innymi: Paweł Beylin, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Julian Stryjkowski i Wiktor Woroszylski.
* Zezwolenie na granie w teatrach sztuk sugerujących, że UB stalinowskie to Żydzi, (np. „Pruski mur” wystawiony w 1966 roku przez Ireneusza Kanickiego w Teatrze Klasycznym), czy ośmieszających Żydów, jak to miało miejsce w „Lalce” w Teatrze Powszechnym, reżyserowanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1966 roku, oraz spektakle jednoznacznie antysemickie wystawiane w teatrze „Eref”, założonym i kierowanym od 1966 roku przez Ryszarda Filipskiego.
* „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione pod koniec 1967 roku w Teatrze Narodowym ze scenografią Andrzeja Stopki. Przedstawienie zyskało wymiar polityczny, zaniepokojone jego odbiorem społecznym i antyradziecką wymową władze komunistyczne nakazały zdjęcie spektaklu z afisza. Decyzja spowodowała protesty, które zapoczątkowały wydarzenia Marca 1968.
Można by wymieniać dalej różne wydarzenia stanowiące pierwsze sygnały nadchodzących wydarzeń marcowych. Ale pragnę wrócić do spraw związanych z moją działalnością partyjną. Konstatuję to teraz z pewnym zdziwieniem, ale nie odczuwałem tych wszystkich symptomów nadchodzącej burzy jako stanu zagrożenia.
Oczywiście zapłonem do wydarzeń marcowych nie były te, wymienione przeze mnie epizody, lecz napór zwolenników Moczara i jego poplecznika, generała Grzegorza Korczyńskiego na Gomułkę oraz, przede wszystkim, wygrana przez Izrael w dniach 5 do 11 czerwca 1967 roku tzw. Wojna Sześciodniowa. Izrael, sojusznik USA, pokonał kraje arabskie, popierane przez ZSRR. Wtedy dużą część żołnierzy Izraela, służących pod dowództwem Mosze Dajana, stanowili emigranci żydowscy z Polski, i wielu Polaków okazywało zadowolenie, że „nasi” Żydzi dali w dupę Arabom, co z kolei bardzo denerwowało Komitet Centralny z Gomułką na czele. Ale jednocześnie, po cichu wymawiano towarzyszowi Gomułce pochodzenie jego małżonki Liwy Szoken, polskiej komunistki z żydowskiej rodziny osiedlonej na warszawskiej Pelcowiźnie (nawiasem mówiąc – „Dziecka Holocaustu”). Próbę ratowania proarabskich nastrojów podjął Gomułka już 19 czerwca 1967 na kongresie Związków Zawodowych w Warszawie w Sali Kongresowe. Wygłosił tam przemówienie, w którym powiedział między innymi: W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć, co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową (oklaski). Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi. Władze państwowe traktują jednakowo wszystkich obywateli Polski Ludowej bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel naszego kraju korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowo obywatelskie obowiązki wobec Polski Ludowej. Ale nie chcemy, aby w naszym kraju powstała piąta kolumna (oklaski). Nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również bezpieczeństwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu polskiego, opowiadają się za agresorem, za burzycielem pokoju i za imperializmem. Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości – wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski (oklaski).
Niewątpliwie meldunki przekazywane Gomułce celowo wyolbrzymiały problem żydowski, a często go zakłamywały, aby pokazać w jak najgorszym świetle polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Wykorzystywano każdy zamieszczony w prasie komentarz czy przejawy oburzenia z powodu tendencyjnej i kłamliwej propagandy antyizraelskiej. Cel, jaki przyświecał Mieczysławowi Moczarowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, był prosty – chodziło o to, aby przekonać Gomułkę, że istnieje rzekome “zagrożenie wewnętrzne”, że konflikt bliskowschodni ma też polski wymiar. Dawało to pretekst do przeprowadzenia czystek kadrowych, na co mocno naciskała frakcja “partyzantów”. Zamiar Moczara przynajmniej częściowo powiódł się. Między innymi przeprowadzono czystkę w wojsku i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usuwając lub przenosząc na emeryturę oficerów pochodzenia żydowskiego. Tylko w 1967 roku zwolniono ponad 200 wysokich stopniem i funkcją oficerów Ludowego Wojska Polskiego, w tym 14 generałów.
Może zaskakiwać fakt, że wszystkie te sprawy nie znajdowały odzwierciedlenia tak w działalności mojej wydziałowej organizacji partyjnej jak i Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki. Oczywiście przekazywano nam informacje o bieżących sprawach, jak np. o wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego i proteście partyjnych pisarzy i intelektualistów, czy akcenty „antysyjonistyczne” z cytowanego przeze mnie przemówienia Gomułki, ale nie było w tym objawów późniejszej agresji. Sytuację tę na terenie Politechniki zmieniły dwa zdarzenia – referat sekretarza KW PZPR Józefa Kępy na Plenum Komitetu Warszawskiego PZPR 25 września 1967 roku oraz manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza po zakazie wystawiania w teatrze „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ale do tego jeszcze wrócę.
W lutym, w przerwie semestralnej, wszyscy członkowie Komitetu Zakładowego wyjeżdżali na kursokonferencję do Zakopanego. Na tym spotkaniu omawialiśmy różne partyjne zadania, braliśmy udział w wycieczkach, jeździliśmy na nartach, a także integrowaliśmy się w czasie wspólnej zabawy. Zabawa ta, jeden raz w ciągu konferencji, odbywała się wieczorem i w nocy w restauracji, przy dużej ilości alkoholu.
Spotkanie w 1967 miało miejsce w orbisowskim domu „Świt”, natomiast wieczorna zabawa miała miejsce w restauracji „Janosik” parę kroków od Krupówek. Te szczegóły nie są istotne, ale doskonale pamiętam, że wtedy nie było żadnych ostrzegawczych znaków, dotyczących późniejszych wydarzeń, tylko typowe dla tamtych czasów rozmowy na temat wzrostu partii i pracy partyjnej z młodzieżą akademicką. Nawet z tego, co pamiętam nie było jakiejś dyskusji na temat wydalenia z partii Leszka Kołakowskiego. Po powrocie do Warszawy i rozpoczęciu nowego semestru panował spokój, zajęcia toczyły się normalnie i nie było żadnych specjalnych zaleceń ze strony partii. Może być, że egzekutywa KZ dostawała jakieś instrukcje, ale pracownicy Politechniki realizowali w spokoju swoje zajęcia, wykłady i ćwiczenia, sesję, egzaminy na I rok studiów itp. A potem zaraz rozpoczęły się wakacje i Uczelnia zamarła na prawie trzy miesiące.
Cała sprawa wystąpienia w czerwcu Gomułki, a następnie referatu o problemach ideologicznych i zadaniach warszawskiej organizacji partyjnej Józefa Kępy (sekretarza KW PZPR) i przemówienia na zakończenie Plenum KW PZPR I sekretarza Stanisława Kociołka powinna przygotować mnie na dalszy bieg spraw, jednak wydawało się, że są to w dużej mierze rozgrywki wewnątrzpartyjne. Wprawdzie mówiło się o czystkach w wojsku, a np. nasz daleki krewny, kapitan statku handlowego, który przepływał w czerwcu przez kanał Sueski i którego załoga zaopiekowała się rannymi na półwyspie Synaj – tak Żydami jak i Arabami – został pozbawiony stanowiska, ale ciągle myślałem, że są to pojedyncze incydenty, a nie jakaś zakrojona na szeroką skalę akcja. A przecież na tym Plenum padły sformułowania: W niektórych środowiskach usiłowano w miejsce problemu politycznego stosunku do imperialistycznej agresji postawić problem rzekomego antysemityzmu, insynuując instancjom partyjnym rzekome „rozpętywanie fali antysemityzmu”, kierowanie się w ocenie wystąpień niektórych członków partii kryteriami narodowościowymi, a nie jak to jest w rzeczywistości – politycznymi i klasowymi, a także: …należy z całą mocą podkreślić, że określenie „antysemityzm”, oskarżenia o antysemityzm podnoszone niekiedy w stosunku do organizacji partyjnych, instancji partyjnych – są nadużywane.
Można powiedzieć „uderz w stół – nożyce się odezwą”.
Jednak po wakacjach odczułem pewną zmianę stosunku moich towarzyszy partyjnych do mnie. Trudno, szczególnie po tylu latach, powiedzieć, na czym to polegało, ale wyczuwałem, że czekają oni na jakiś ruch z mojej strony, który pozwoliłby zakwalifikować mnie jako „syjonistę”. Z drugiej stronny inni, przede wszystkim I sekretarz KZ, Tadeusz Kalewski, akceptowali mnie, bo byłem wygodny jako „dobry Żyd”, członek KZ’tu, a zatem ewentualne zarzuty o antysemickim nastawieniu Komitetu można by uznać za bezpodstawne. Wszystko razem było dla mnie bardzo trudne. Mój szwagier, wieloletni działacz partyjny, milczał jak zaklęty, natomiast moja bezpartyjna siostra, pracownica Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej prowadzonej przez prof. Hausmanową-Petrusewicz, była coraz bardziej zdenerwowana i przebąkiwała o emigracji, pomimo złożonej pracy habilitacyjnej. Tak, że z ich strony trudno było mi liczyć na jakąś radę. Z kolei nie wyobrażałem sobie wyjazdu z Polski, wiedziałem, że nie będę przyjęty na Zachodzie z otwartymi rękami, zaś wyjazd do Izraela w ogóle nie wchodził w grę.
Jeszcze jako tako wszystko przebiegało spokojnie do końca listopada 1967 roku, aż do zdjęcia przedstawień „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawionych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, protestacyjnej manifestacji pod pomnikiem Mickiewicza dnia 30 stycznia 1968 r. i wreszcie pamiętnego nadzwyczajnego posiedzenia oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich pod koniec lutego 1968 roku.
Tymczasem w lutym, w czasie przerwy semestralnej, komitet Zakładowy PZPR Politechniki Warszawskiej wyjechał jak zwykle do Zakopanego na kursokonferencję. Tym razem mieszkaliśmy i obradowaliśmy w schronisku na Kalatówkach. To był dla mnie bardzo trudny okres. Na nasze spotkanie przyjechał z referatem tow. Tadeusz Walichnowski, uznawany ówcześnie za specjalistę od spraw syjonizmu. Jego wystąpienie można byłoby porównać do tekstów ze znanej antysemickiej publikacji „Protokoły Mędrców Syjonu”. Mówił, że w obecnych założeniach ruchu syjonistycznego miejsce państwa żydowskiego jako celu, wokół którego obraca się działalność organizacji syjonistycznych, zajął światowy naród żydowski, a celem ruchu syjonistycznego jest odtąd jego utrzymanie i umocnienie. Całość przemówienia była tak jawnie antysemicka, że byłem przerażony jej jednoznaczną wymową. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można wygłosić tak ewidentnie antysemickie wystąpienie i że wszyscy moi partyjni koledzy spokojnie tego słuchają i nawet przytakują. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdybym wystąpił w dyskusji i powiedział, co o tym myślę, to nie tylko zostałbym usunięty z partii, ale z pewnością także z pracy na Politechnice. Więc milczałem, ale wstyd mi było, że spokojnie wysłuchuję tych bzdur. W kiepskim nastroju wróciłem do Warszawy i zająłem się swoją pracą – realizowałem badania mające stanowić podstawę mojej pracy habilitacyjnej. Ale nie opuszczała mnie obawa, co będzie dalej.
8 marca w południe wstąpiłem z jakąś sprawą do sekretarki KZ pani Barbary Kuszewskiej i spotkałem jednego z członków egzekutywy, który zapytał mnie z krzywym uśmiechem: „Ty tutaj, a nie na Uniwersytecie?” Zdziwiłem się i zapytałem, dlaczego miałbym tam być, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Dopiero jak wróciłem do domu i żona opowiedziała mi, co widziała z okien Pałacu Staszica wychodzących na Krakowskie Przedmieście, zrozumiałem intencję pytania.
Następnego dnia – 9 marca – rozpoczęły się zebrania protestacyjne na wielu uczelniach, także na Politechnice, dotyczące brutalnej ingerencji milicji, ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i tzw. „aktywu robotniczego” na wiecu studentów Uniwersytetu. Ciekawe, że tego dnia spotkałem w Komitecie Zakładowym syna naszych przyjaciół, aktywnego działacza ruchów młodzieżowych – Pawła Bąkowskiego, późniejszego znanego opozycjonistę i członka KOR. Próbował on jakoś dogadać się z T. Kalewskim w sprawie protestów studenckich, ale, o ile wiem, bezskutecznie. Na początku Komitet Zakładowy starał się uspokoić nastroje, wierząc, że można powstrzymać narastającą falę protestu. Ja nie wtrącałem się do działań na szczeblu Komitetu, a współdziałałem z Dziekanem, prof. Podoskim, starając się chronić studentów naszego Wydziału. Może to zobrazować jeden epizod. Do Dziekana, w mojej obecności, zwrócił się student, który brał udział w którejś z ulicznych manifestacji, został zagarnięty przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i przewieziony do Pałacu Mostowskich. Tam go tak nastraszono, że zgodził się być donosicielem i podpisał jakiś cyrograf, a teraz prosi Dziekana i mnie o interwencję, żeby zwolnić go z tej funkcji. Mieliśmy dylemat, czy to jest prawda, ale też może prowokacja w celu skompromitowania dziekana, byłego politycznego więźnia i mnie, człowieka podejrzanego pochodzenia. Co robić? Studenta odesłaliśmy, mówiąc, że jest dorosły i jak coś podpisał, to jego sprawa. Ale jednocześnie zatelefonowałem do Kalewskiego i powiedziałem, że wiem, że wśród studentów są ludzie zwerbowani przez MO, ale ani dziekan ani ja nie chcemy wiedzieć, kto pełni te funkcje, a milicja musi tak sobie dobierać współpracowników, żeby nie przychodzili wypłakiwać się w mankiet dziekana. Na tym sprawa się skończyła, ale wierzę, że po tym telefonie MO zrezygnowało z werbunku nowego donosiciela. Moją postawę tak opisuje prof. Jacek Przygodzki, wówczas asystent i Przewodniczący Rady Oddziałowej ZNP (Miesięcznik Politechniki Warszawskiej, wydanie specjalne, marzec 2008, str.6) Pamiętam spotkanie w dziekanacie, na którym oprócz władz wydziału byli przedstawiciele organizacji młodzieżowych… Był oczywiście sekretarz wydziałowej komórki PZPR i, co ciekawe, jak na owe czasy, on także chciał chronić studentów, mimo wytycznych partyjnych i z pełną świadomością tego, że może ponieść konsekwencje takiego działania. Tak też się stało. Po wydarzeniach marcowych przestał być sekretarzem i wkrótce odszedł z uczelni. Tu drobna nieścisłość, z uczelni odszedłem nie zaraz, a dopiero w 1978 roku (po habilitacji), na skutek delikatnie mówiąc braku przychylności ówczesnego rektora PW, a w 1968 członka egzekutywy – Stanisława Pasynkiewicza (plotkowano o nim, że ma matkę Żydówkę i dlatego musi być bardziej papieski niż papież).
Nie będę opisywał po kolei historii marca 1968 roku na Politechnice Warszawskiej. Tzw. „wypadki marcowe” trwały przez wiele dni i trudno mi odtworzyć ich dokładną chronologię. Pamiętam, że po wiecu 9 marca, Zarząd Uczelniany ZMS w dniu 12 marca podjął na plenum uchwałę, w której na wstępie napisano: Na przestrzeni ostatnich kilku lat narastała na Uniwersytecie Warszawskim działalność zorganizowanej grupy antypartyjnych demagogów, których powiązania rodzinne i towarzyskie z ludźmi o ambicjach politycznych sprzecznych z interesami PRL, są w świetle ostatnich wydarzeń oczywiste. (Uchwała Plenum Zarządu Uczelnianego ZMS Politechniki Warszawskiej podjęta w dniu 12 marca 1968 r. ) I tak dalej w tym duchu.
Następnie 13 marca odbył się legalny wiec studentów PW, na którym podjęto trzynastopunktową rezolucję. Odpowiedzią było „Stanowisko Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki Warszawskiej w sprawie ostatnich wydarzeń w środowisku studenckim zaprezentowane w dniu 17 III 1968 r. na zebraniu aktywu partyjnego Uczelni, zaś w dniu 18 III 1968 na zebraniach studenckich” oraz Uchwała Senatu PW z dnia 15 III, podpisana przez Rektora prof. Dionizego Smoleńskiego. W kilka dni potem, 19 III radio i telewizja transmitowały pięciogodzinne przemówienie Władysława Gomułki z wyraźnymi akcentami antyinteligenckimi i antysemickimi. Teraz już nic nie mogło zatrzymać popieranej przez partię hecy antysemickiej, a z drugiej strony strajków studenckich.
Strajk okupacyjny na Politechnice rozpoczął się 21 marca, na teren nie wpuszczano obcych, ale pracownicy mogli wchodzić i wychodzić bez kłopotu. Wszyscy członkowie partii pełnili całodobowe dyżury. Na Gmachu Głównym PW wisiał olbrzymi plakat, na którym były wypisane żądania studentów.
W trakcie strajku doszło do ataku ZOMO na Gmach Wydziału Elektroniki. Nie byłem przy tym, ponieważ parę godzin wcześniej poszedłem do domu chwilę się przespać, ale opowiedziano mi, że wywiązała się bijatyka i oddziały milicji zostały odparte. Gdy wróciłem, zobaczyłem zabarykadowane wejście do Gmachu Głównego i całkowicie pusty plac przed Politechniką, obstawiony milicją. Nie wiedziałem, czy dotrę bezpiecznie do Gmachu, ale jakoś nie zaczepiany zostałem wpuszczony przez dyżurujących studentów. Narastało poczucie zagrożenia, Politechnika była otoczona oddziałami ZOMO i było wiadomo, że jeżeli dojdzie do ataku, to wielu studentów zostanie ciężko pobitych. Rektor, zdając sobie sprawę z sytuacji, wydał 22 marca odezwę do studentów, żądając zakończenia strajku i przystąpienia do zajęć od rana 23 III. Sytuacja była trudna, z jednej strony wielu pracowników bezpartyjnych i partyjnych namawiało studentów do zakończenia strajku i opuszczenia terenu Politechniki, z drugiej strony studenci obawiali się, że gdy będą wychodzili z budynku, milicja będzie ich wyłapywać i bić. Typowa dla nastrojów wśród studentów może być moja rozmowa z jednym ze studentów wydziału Elektrycznego, który w drodze do domu musiał dojść do stacji kolejki. Kiedy namawiałem go do opuszczenia gmachu Politechniki, on zapytał, czy nie zostanie pobity? Na co odpowiedziałem, że nie mogę za to ręczyć, ale jeżeli chce, to mogę go odprowadzić na dworzec, ryzykując, że jeżeli przyjdzie co do czego, to zostaniemy obaj pobici. Zrezygnował z mojej propozycji i jak się potem dowiedziałem szczęśliwie dotarł do domu. Ale to oddaje atmosferę tych ostatnich godzin strajkowych.
Po 23 marca na Politechnice niby wszystko wróciło do normy, ale nadal trwała nagonka antysemicka i antyinteligencka. W prasie ukazywały się artykuły pisane przez „ludzi marca” takich jak Kazimierz Kąkol, Tadeusz Walichnowski, Ryszard Gontarz, Wiesław Mysłek, Tadeusz Kur i inni, piętnujących profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, „komandosów marcowych” i tzw. ‘encyklopedystów” i dających do zrozumienia, że wszystko razem jest wielkim spiskiem żydowskim. W tym tonie także odbywały się zebrania Komitetu Zakładowego. Z tego okresu utkwiły mi w pamięci pewne zdarzenia, które zaważyły na tym, że nagle poczułem się stuprocentowym Żydem. Nie pamiętam ich kolejności w czasie, ale miały one miejsce po marcu 1968 roku.
W kwietniu, szczególnie po sławetnym przemówieniu Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca, w ramach kampanii antysemickiej zaczęto poszukiwać Żydów, których można zmusić do emigracji. Objęło to także Politechnikę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Uniwersytet. Wynikało to z faktu, że pracownicy Uniwersytetu to humaniści, mający dobre podstawy do dyskusji ideologicznych w odróżnieniu od inżynierów z Politechniki. Jednak i tu rozpoczęto sabat czarownic.
Nastrój jaki mnie wtedy otaczał dobrze oddaje następujące zdarzenie. Jak już wspomniałem pierwsza propozycja, żebym został sekretarzem OOP, wyszła od dr Krystyny Bieńkowskiej – adiunkta w Katedrze Matematyki D. Krystyna była żoną Edmunda Lipińskiego, pracownika na Wydziale Elektrycznym, który w 1966 roku zrobił habilitację, ale miał jakieś kłopoty z uzyskaniem etatu docenta. Państwo Lipińscy deklarowali mnie i mojej żonie swoją przyjaźń, bywali u nas na Saskiej Kępie i zapraszali do siebie. Ta sielanka trwała do marca 1968, kiedy pewnego dnia spotkałem Krystynę, która powiedziała mi wprost: „przykro mi Tomku, ale musisz zrozumieć, że nasza znajomość musi się skończyć, ponieważ dalsze jej trwanie może wpłynąć negatywnie na nasze kariery na Politechnice”. Takich sytuacji w owym czasie miałem więcej, tylko że w większości wypadków nikt nie stawiał sprawy tak otwarcie.
Jednak najważniejsze dla mnie znaczenie miał incydent na jednym z zebrań Komitetu Zakładowego. I sekretarz Tadeusz Kalewski, informując towarzyszy o tym jak to Żydzi szkalują naród polski, opowiedział, że jedna z Żydówek napisała w swoim pamiętniku, że getto warszawskie było obstawione nie tylko żandarmerią niemiecką, ale również polską granatową policją. Miało to być stwierdzenie oburzające i kłamliwe. Ja z kolei pamiętałem, że moją siostrę w czasie okupacji zaczepił na ulicy i odprowadził na posterunek przy getcie właśnie „granatowy” policjant, a moją kuzynkę również polski policjant przepytywał ze znajomości pacierza. I wtedy nie wytrzymałem i po głosach oburzenia moich kolegów z KZ, powiedziałem, że syjonizm syjonizmem, ale niektóre wypowiedzi są zwyczajnie antysemickie. Zapadło milczenie, po czym jeden z członków egzekutywy KZ powiedział, że widać, iż tow. Prot nie rozumie aspektów politycznych przemian dokonujących się w kraju i my towarzyszowi możemy to wytłumaczyć. I wtedy, wstyd się przyznać, tak się przestraszyłem, że mnie wyrzucą z Politechniki i zmuszą do emigracji, że zacząłem coś bredzić, o moim węgierskim pochodzeniu, o mamie z Kossuthów (zmienione, fałszywe okupacyjne nazwisko rodowe mamy) oraz o potrzebie właściwego przedstawienia partyjnych racji. Ale po tym zebraniu odczułem straszne upokorzenie, że dałem się tak zastraszyć, że wyparłem się moich przodków i moich bliskich, którzy ponieśli śmierć w czasie Zagłady i postanowiłem, że nigdy więcej tego nie zrobię, że odtąd na zawsze będę Żydem. I tak dla mnie zakończyły się dni marcowe.
Zresztą wkrótce odbyły się wybory i zostałem szeregowym członkiem partii. Wszyscy moi towarzysze z Komitetu Zakładowego PZPR z okresu marca 1968 zostali nagrodzeni za właściwą postawę. Adiunkci, którzy mieli jaki taki dorobek, zostali docentami, J. Buć został Dyrektorem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, S. Pasynkiewicz został Rektorem PW (kadencja 1973-1981), podobnie Z. Grabowski (kadencja 1985-1988 – po odwołaniu Władysława Findeisena), H. Frąckiewicz został rektorem Kielecko-Radomskiej WSI, przemianowanej później na Politechnikę Świętokrzyską itp.
A ja, zgodnie z tytułem tych wspomnień, zostałem już na zawsze Żydem!

Poza osadą Tczew

Kolejny tekst Romana Brodowskiego o zielonej miłości, a ode mnie – Redaktorki – postmodernistyczna zagadka – z nagrodą! Kogo i gdzie tu parafrazuję? Ja, nie Autor!
Rozwiązanie zagadki w komentarzach pod wpisem.

Roman Brodowski

Kiedy zimową nocą podróżny…

Nareszcie rozpoczęły się ferie. Długo oczekiwane, zimowe ferie. Spakowane walizki, od kilku dni stoją pod stołem, w oczekiwaniu na komendę wymarszu, na dzień naszego wyjazdu do rodzinnych domów, do naszych najbliższych, przyjaciół. Ja niecierpliwie liczę godziny dzielące mnie od spotkania z moją Marią, układając coraz to inny scenariusz tego wydarzenia.
Przed chwilą wrócił Mietek z dworca kolejowego z zakupionymi na wieczorne pociągi, biletami. Tak się złożyło, że obydwa wyjeżdżają, prawie równocześnie.
Pociąg do Gdańska o osiemnastej, a ten w kierunku na wschód, do Białegostoku dziesięć minut później. Jeszcze tylko wspólny, ostatni w tym roku obiad w stołówce, krótki odpoczynek przed podróżą, wkładamy mundury i… można powoli kierować kroki do dworca.

Pożegnaliśmy się kierownictwem internatu i z kolegami z klasy i wreszcie wyruszyliśmy. Na ulicach o tej porze mimo chłodnej, a ściślej mówiąc mroźnej pogody było jeszcze tłoczno i, wbrew naszym oczekiwaniom, nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Obładowani bagażami, zmarznięci i zmęczeni, dotarliśmy na dworzec pół godziny przed odjazdem pociągu.
Usiedliśmy w barze mlecznym i, popijając ciepłą herbatę z plasterkami świeżej cytryny, z uwagą wsłuchiwaliśmy się w skrzeczące zapowiedzi, wydobywające się z głośników. Tak usłyszeliśmy, że „pociąg osobowy z Krakowa do Gdyni, z powodu złych warunków atmosferycznych, jest opóźniony około czterdziestu minut”. Spojrzałem rozżalony na Mietka, który właśnie starał się wyłowić ze szklanki żółty, bogaty w witaminę C kawałek owocu.
– Cholera! – powiedziałem prawie krzykiem, przerywając panującą w poczekalni ciszę.
– Nie ekscytuj się, bo to ci tak czy tak, w niczym nie pomoże. Twoja Marylka czekała na Ciebie tyle czasu, że jedna godzina niczego nie zmieni – starał się mnie uspokoić Mietek.

Poczekalnia która jeszcze przed kilkunastoma minutami świeciła pustkami, teraz wypełniła się podróżnymi aż po brzegi, a my w obawie przed brakiem miejsc siedzących w pociągu i perspektywą wielogodzinnej jazdy na stojąco, obmyślaliśmy strategię działania takiej. Postanowiliśmy, że w momencie zatrzymania się pociągu, ja błyskawicznie wskoczę do wagonu, zarezerwuję miejsce i otworzę okno, a Mietek poda mi nasze bagaże, po czym zamienimy się miejscami. Mietek z natury jest spokojny i nieco ślamazarny, więc nic w tym dziwnego, że martwiłem się o komfort jego podróży.
Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Natychmiast po zapowiedzi pociągu, pośpiesznie udaliśmy się na peron, na którym stała już kilkusetosobowa grupa podróżnych.
Mietek pilnując naszych tobołków stał nieco z boku peronu, ja natomiast w chwili, kiedy pociąg zatrzymał się, przecisnąłem się przez najpierający tłum, otworzyłem drzwi wagonu i pod naporem „ludzkiej masy” wciśnięty zostałem do środka. Nie obyło się oczywiście bez inwektyw ciskanych w moim kierunku, ale czego się nie robi dla prawdziwych przyjaciół. Najważniejsze, że udało mi się zapewnić mu miejsce i to przy oknie, i w kierunku jazdy. Dalej poszło jak z przysłowiowego płatka. Mietek podał mi bagaże, wszedł do pociągu, usadowił się wygodnie na wskazanym przeze mnie miejscu. Ja natomiast, pożegnawszy się z nim serdecznie, opuściłem wypełniony już wagon, by stojąc na opustoszałym peronie, pomachać mu na pożegnanie.

Do odjazdu mojego pociągu pozostało jeszcze trzydzieści minut, które spędziłem w towarzystwie nieco starszej, dopiero co zapoznanej dziewczyny, która jak się okazało, tak jak ja, jechała na święta, tym samym pociągiem, w tym samym kierunku, tylko nieco dalej, bo do Gdańska. Zosia była studentką pierwszego roku pedagogiki i uczyła się na uniwersytecie śląskim.
Aby i nam udało się spędzić w godnych warunkach podróż, zastosowaliśmy ten sam fortel, co z Mietkiem. I tym razem wszyskto poszło zgodnie z planem. Zajęliśmy wygodne miejsca w przedziale, obok okna, na przeciwko siebie.
Zosia opowiadała mi o studenckim życiu, o planach na przyszłość, a ja w milczeniu patrzyłem na nią szukając w niej podobieństw do mojej Marii, i im bardziej ją obserwowałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie ma nikogo, kto mógłby chociaż w najmniejszym stopniu jej dorównać.
Maria jest jak Nefretete, jak Mona Liza, tajemnicza, piękna, emanująca niebywałym i niewytłumaczalnym ciepłem. Jest jedynym egzemplarzem, jaki stworzył Pan Bóg i żadna, choćby nie wiem jak piękna kopia nie jest w stanie jej zastąpić – myślałem z dumą. Zosia mówiła, mówiła, mówiła, a ja oparty o rozkładany stolik, słuchałem jej cierpliwie, od czasu do czasu wtrącając jakieś słowo, aż w końcu, nie wiedząc kiedy, usnąłem.

Nagle poczułem delikatne szturchnięcie, oraz dobiegający z oddali głos.
– Obudź się! Zbliżamy się do Tczewa.
– Do jakiego Tczewa? – zapytałem zdziwiony – W Tczewie mamy być o czwartej rano, a my dopiero co wyjechaliśmy z Bytomia. Zosia roześmiała się dobrodusznie, podstawiając mi pod nos zegarek.
– O piątej rano? Dochodzi już piąta. Pociąg z powodu śnieżycy jest opóźniony o ponad pół godziny – powiedziała. – Całą noc spałeś, chrapiąc tak głośno, że zagłuszałeś ciągnącą nas lokomotywę – dodała, śmiejąc się jeszcze bardziej, a wraz z nią pozostali pasażerowie.
Czułem się bardzo głupio, i to nie z powodu chrapania, ale dlatego, że zasnąłem wówczas, gdy Zosia opowiadała mi o sobie. Bałem się, że mogła poczuć się z tego powodu urażona…, do czego miała pełne i słuszne prawo. Oczywiście, zacząłem przepraszać, prosić o wybaczenie, tłumaczyć się, a ona słuchając tego wszystkiego była wyraźnie zdziwiona i zażenowana moim szarmanckim zachowaniem. Pożegnaliśmy się ciepło, życząc sobie wzajemnie pięknych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia.

Na zaśnieżonym peronie, pośród wielu ludzi udających się do pracy, stała niewysoka, w szczelnie zapiętym, grubym płaszczu, czekająca na mnie, dobrze znana mi postać – moja dobra, kochana mateńka.

Uczę się Ciebie

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Codziennie czytam twoje wyznania
I jest mi jakoś dziwnie przyjemnie
I coraz bardziej pragnę, kochania

Budze się ze snu wczesnym rankiem
Zły, że już muszę wstawać do szkoły.
We śnie byłem twoim kochankiem
To był czas dla nas bardzo wesoły

Gdy w siedzę w szkolnej, pustej ławce
Myślami pływam w marzeń świecie…,
Tam widzę Ciebie na huśtawce
I tam Cię obsypuję kwieciem.

Ty jesteś w moim sercu, we mnie
I będziesz po czas niezmierzony
Walczyć z tym faktem jest daremnie.
Kiedyś zagrają dla nas dzwony.

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Noszę przy sobie fotografię.
I wiem, że pragnę Cię niezmiennie
Lecz tego wyznać nie potrafię

Bytom, 10.03.1977

A niech sobie mówi!

Ktoś powiedział, że jesień jest szara
Komuś smutno widocznie na świecie.
Dla mnie jesień jest porą poezji,
Którą tworzę kochanej kobiecie.

Ktoś powiedział, że nie lubi zimy,
Bo jest mroźna, bez koloru, biała,
Dla mnie zima to pora nadziei.
A nadzieja zawsze jest wspaniała.

Ktoś powiedział, że nie lubi lata
W lecie dużo słonecznych udarów
Dla mnie lato to pora szczególna
Czas miłości i miłosnych czarów.

Ktoś powiedział…, a niech sobie mówi,
Ja szczęśliwy jestem każdą, miła, porą
Zakochani przecież widzą tylko siebie,
Życie bardziej romantycznie biorą

Więc nie słuchaj moje Ty kochanie
Tych, co ciągle tylko narzekają
Widać, brak im tej mojej radości.
Oni Ciebie po prostu nie znają

Bytom, 23.11.1976

Bystrzanowice. Wojna i śmierć

Zofia Slaska
kolejna część wspomnień, spisanych w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone, dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Jelskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

konstancja2To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała. Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

konstancja1Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Masią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Masi, która mieszkała z matką w Kielcach.

Gestapo przyszło do Masi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski mieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej córki chodziły do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Masia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Ewy i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać.

Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy. Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie.
Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie mleczarek przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.
I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym  pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia z opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła, lecz zmarła w czerwcu. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

konstancja3-zosiaTak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy niedopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Masia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były komplikacje, i Henryk pojechał na operację do Szwecji. Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci. Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć.

Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania.
I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Nie wiem, co dla ojca ta wizyta znaczyła, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku. To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

Następna część wspomnień już się ukazała. Była zatytułowana 1945.

Zabawy i święta w Bystrzanowicach. Książki

Zofia Slaska

wywiad przeprowadzony w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego, ciąg dalszy wspomnień, których pierwszą część opublikowałam TU tydzień temu.

bystrz-zosiaJakie mieliście rozrywki?

Ja przed wojną byłam na dwóch wielkich imprezach rodzinnych. Jedna to był ślub mojej kuzynki, siostrzenicy mojego ojca, Teresy Wielowiejskiej, która wyszła za mąż za pana Jelskiego. Byłyśmy druhnami, trzy małe dziewczynki – dwie córki jej starszej siostry Jaskółowskie i ja. Niosłyśmy jej welon czy tren. Miałyśmy różowe sukienki i ślicznie wyglądałyśmy. A drużbami było dwóch chłopców Wielowiejskich w kontuszach. Świetnie pamiętam, że był taki osobny stół dla dzieci. To był czerwiec 1938 roku, a pierwszy syn Jelskich, Andrzej rodził się w 1939 roku pod bombami. To było w Lubczy, to był wielki dwór rodziców panny młodej. W tym samym roku żeniło się też dwóch braci Teresy, ale to były śluby w Warszawie – tam nie byłam, moi rodzice jeździli.
A druga impreza to było 25-lecie moich wujostwa Adamostwa Grabkowskich, stryjecznego brata mojego ojca. To też była wielka impreza, srebrne wesele w Michałowie, to był chyba 1937 rok. Mój stryj Adam był plenipotentem Zamojskich w Klemensowie, w pałacu pod Zamościem. A stryjostwo mieszkali w wielkim dworze w Michałowie i tam właśnie wyprawiali swoje srebrne gody. Zamojscy też byli. Ja tam byłam najmłodsza i w dwa dni po przyjęciu zostałam do nich zaproszona, bo ich najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Pamiętam, że przyjechała po mnie powozikiem i pojechałyśmy do pałacu. Ja miałam 10 lat, a ona mogła mieć 12 lat. Miła dla mnie była, bardzo gościnna. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe drzewka cytrynowe. To było lato i te drzewka stały w takich wielkich donicach. Zamojscy to była arystokracja, mieli wielkie posiadłości i to był bardzo uprzemysłowiony majątek, były cukrownie i gorzelnie, bo to było Lubelskie. Tam się tańczyło, ale ja po prawdzie to niewiele mogłam skorzystać z lekcji tańca, których udzielał mi ojciec, bo zanim bal się na dobre rozpoczął, mama wysłała mnie do łóżka.

W czasie wojny bywały podwieczorki tańcujące u państwa Grabowskich. Pan Grabowski to był nadleśniczym w Złotym Potoku. Państwo Grabowscy mieli trzy córki, dwie starsze ode mnie i Alinę – młodszą. A ja byłam przyzwyczajona do tego, że jestem najmłodsza w prawie każdym towarzystwie, bo byłam najmłodsza w całej rodzinie. Obracałam się wśród starszych i byłam „mała stara”.

Najwyraźniej pamiętam z Michałowa dwie rzeczy. Myśmy zajmowali pokój na piętrze, wchodziło się na piętro, wokół holu były pokoje gościnne, a po środku było WC. Tak im było pewnie najwygodniej poprowadzić kanalizację. A druga rzecz, że mnie ogromna krzywda spotkała. To był wielki bal, zaczynał się po kolacji i mnie mama o północy zapakowała do łóżka, a lody były o pierwszej. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale te lody to pamiętam.

Często jedliście lody?

Oczywiście u nas w domu też bywały lody, robiło się lody, to była cała ceremonia. Lodówka była skrzynią, a w środku była mniejsza skrzynia. Wokół sypało się pokruszony lód. Lód przywoziło się zimą ze stawów, musiał być tęgi mróz. Lód składało się w lodowni – to był dół w ziemi, taka wykopana piwnica, wyłożona słomą. Tam się ten lód sypało, przekładało też słomą, przykrywało i grubo obsypywało ziemią. I to do lata trzymało. Latem wybierało się ten lód dołem. Tam się też latem przechowywało bańki z mlekiem z wieczornego udoju. Rano, po porannym udoju, gdy mleczarek wywoził mleko na stację, to zabierał też bańki z wieczornego udoju. I to mleko dojeżdżało do mleczarni świeże.

Słuchało się muzyki?

Był gramofon w dziecinnym pokoju. Taki na korbkę. I słuchało się płyt. Kiepury, ale były też melodie taneczne, bo uczyli nas tańca, walca, tango, lambeth walk. To mój ojciec tak zadecydował i on nas uczył tańca. Gramofon zaginął już na początku wojny, jak wyjechaliśmy na ucieczkę. Kiedy wyjechaliśmy, to w powozie był gramofon i jak nocowaliśmy w Kurozwękach, to wszystko wyjęliśmy z powozu i zanieśliśmy do przedpokoju, a rano zapomnieliśmy go wziąć. Rodzice nie bardzo się tym przejęli, ale my, dzieci, bardzo nad tym ubolewaliśmy.

A chodziło się do kina?

Byłam przed wojną w kinie. W Krakowie. Jechało się na egzamin po skończeniu piątej, a później szóstej klasy i u Urszulanek przez jeden czy dwa dni zdawało się egzaminy. To był 1937, 38 rok. W kinie byłam na filmie pt. „Ben Hur”, klasyk. To był film czarno-biały, ale z dźwiękiem. I na pewno widziałam jeszcze jakiś film z Shirley Temple. Może w Częstochowie? Byłam z mamą i z nauczycielką. I byłam w Krakowie w teatrze, na „Balladynie”. Bo to było tak, że najpierw jechaliśmy do Krakowa, a potem my jechaliśmy dalej, np. do Nadowa do Bocheńskich, a nauczycielka jechała na wakacje do swojej rodziny.

Jak obchodziło się święta?

Na święta w Bystrzanowicach bywali goście, bliźniacy Morawscy, ci z Warszawy, i przyjeżdżała siostra mojego ojca. Bardzo pobożnie spędzaliśmy święta. Była duża choinka i w drugie święto była duża impreza dla dzieci z czworaków, u nas w pralni, we dworze. Ja byłam w stroju aniołka, a któryś z moich kuzynów był przebrany za św. Mikołaja i rozdawał prezenty. Na wigilię jadło się karpia, zupę grzybową i kluski z makiem. Nie pamiętam, czy było 12 potraw, ale na pewno były same niedobre rzeczy. Karp miał ości, zupa grzybowa niedobra, kluski z makiem bardzo niedobre. Kompot z suszeniny też niedobry. Lodów nie było. Ale prezenty były. Tylko prezenty to były bardzo skromne. Jakąś książkę się dostawało. Na imieniny też prezenty były bardzo skromne. Większy prezent dostawałam od mojej matki chrzestnej, siostry mojego ojca. Ładną sukienkę jakąś. Nie było wspólnego muzykowania ani instrumentów, ale ojciec miał dobry głos i ładnie śpiewał. Ciocia Mimi też ładnie śpiewała, więc jak było śpiewanie kolęd, to bardzo ładnie wychodziło. Kolędy również były na płytach.

bystrz-zimaA Wielkanoc?

Na Wielkanoc też było bardzo pobożnie i więcej było z tym zachodu, bo większe były przygotowania. Najgorsze było to, że się w Wielki Piątek piekło mazurki. I to było tak, że na stół w jadalni przynoszono wszystkie produkty potrzebne do mazurków. Mamusia miała przepisy. I my dzieci wszystko przygotowywałyśmy do kolejnych mazurków, według przepisów. Ale to był Wielki Piątek i nie wolno było łasować. Pamiętam, że się wszystko do kolejnego mazurka układało na talerzach, ale nie mąkę i cukier, tylko migdały, rodzynki. Jajek się nie malowało w obrazki, tylko były gotowane w cebuli i w czymś, co dawało zielony kolor. Jedzenie na Wielkanoc było smaczne. I Wielkanoc była wspaniała. W sobotę przyjeżdżał ksiądz święcić, ale nie jakiś tam koszyczek, tylko dwa zastawione stoły w jadalni. Na tych stołach było wszystko – baby, mazurki, wieńce kiełbas, a raz był nawet cały pieczony prosiak. Przed domem stała służba folwarczna ze swoimi koszykami i im ksiądz to też święcił. I na Wielkanoc było inaczej niż w normalne dni, bo w normalne dni nie wolno było nic podjadać, były ustalone godziny posiłków – tylko wtedy się jadło, a po obiedzie się dostawało dwa cukierki, chyba że czasem czekoladkę. A w Wielkanoc nie było obiekcji, można było między posiłkami ukroić sobie coś i zjeść.
Na imieniny mojego ojca fornale przychodzili, z bata strzelali i później ojciec z wódką wychodził. Ale imieniny to nie były wielkie uroczystości.
W lecie zawsze było mnóstwo gości. Czasem i na Wielkanoc było dużo gości. Pamiętam taką Wielkanoc, ostatnią przed wojną. Była śliczna pogoda i byli Morawscy, Stanisław August ze swoimi braćmi. I graliśmy w krykieta przed domem. Zachowały się takie fotografie. Ja byłam w mundurku szkolnym. Bo od święta i niedzieli wyjściowym strojem był mundurek – granatowa spódniczka i bluza z marynarskim kołnierzem. To było moje odświętne ubranie.
Dożynki były wspaniałe, bo na dożynki fornale przychodzili przed dom, a dziewczyny przynosiły wieńce, i śpiewali „A ta pani nasza…“ Dziewczyny miały zapaski, takie pelerynki w paski. Ja też miałam taką zapaskę i chodziłam w niej później, jak byłam w ciąży. Służba podchodziła pod dwór, a myśmy stali na ganku, odbieraliśmy wieńce, a potem roznosiliśmy poczęstunek. Ja już też chodziłam i częstowałam, chlebem, ogórkami kiszonymi, kiełbasą. Ojciec chodził z wódką. A potem była zabawa wiejska, ale nie przed domem, tylko jakoś dalej. Grało się na harmonii i były tańce. Ale tam już myśmy nie chodzili.

bystrz-balJednak główną rozrywką było czytanie. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać sama, ale mimo to długo jeszcze nam czytano, na przykład całą „Trylogię”. Do wojny pożyczało się książki dla młodzieży z biblioteki Macierzy Szkolnej w Janowie. Na przykład siedem tomów powieści Jadwigi Łuszczewskiej (Deotymy) z epoki Bolesława Wstydliwego pt. „Branki w jasyrze”, o tym jak na Podolu Tatarzy porwali dziedziczkę i jej siostrę i wywieźli. Całe jakieś niesamowite historie, jak te kobiety zostały zarażone trądem, zostały wyrzucone przez Tatarów, wędrowały z dzwoneczkiem, żeby ludzie je omijali, i jak dotarły do Polski.
W czasie wojny przywoziło się z Wierbki (majatek krewnych – rodziny Moesów) mnóstwo powieści, a ja też w czasie wojny zaczęłam czytać książki dla dorosłych z biblioteczki moich rodziców. A mieli oni – jak na dwór – całkiem sporą bibliotekę. Czytałam „Noce i dnie”, „Chłopów”, ale też „Lato leśnych ludzi”. Pożyczało się też książki z pałacu. Stamtąd była powieść Gastona Leroux, którą czytałam po francusku „Le Fantôme de l’Opéra” („Upiór w operze”). A przed wojną dorośli mieli taką „latającą bibliotekę”, to była organizacja, którą zresztą zajmowała się ciotka mojego ojca. Dwór należał do grupy bibliotecznej i wpłacało się raz na rok jakąś określoną kwotę na zakup książek. W grupie było 12 dworów, które przekazywały sobie kolejno co miesiąc 5 książek – w obrocie było więc na rok 60 książek. I to jakoś tak było, że to, co dany dwór miał w grudniu, to już zostawało na własność.
Rodzice abonowali też czasopisma, też francuskie, „Illustration“. Na pewno jakaś gazeta i był „Bluszcz”, takie damskie pismo, były tam jakieś powieści były w odcinkach, artykuły, przepisy, ja mam do dziś dnia przepisy z „Bluszczu” na mazurki. Dostawałam książki na gwiazdkę i na imieniny. Strasznie kochałam książkę Joanny Szczepańskiej „Córka kapitana okrętu” i powieści Marii Buyno-Arctowej, np. „Nasza maleńka”, jakaś jej powieść działa się w lesie, jakaś na Helu. I czytałam „Płomyczek”, takie czasopismo dla dzieci, i „Młody las”. Czytałam ten „Płomyczek” lata całe, aż później się okazało, że tam jakieś infiltracje bolszewickie są i przestano kupować.
Rodzice mieli bardzo określone poglądy polityczne – w Bystrzanowicach lubiło się Piłsudskiego. Miałam lalki i jedna miała na imię Jagódka, a druga Wandzia. Sama im nadałam takie imiona, bo wciąż o nich słyszałam. Nie traktowałam tego jak poglądów politycznych, tylko jako sprawy ważne. W końcu jak Piłsudski umarł w 1935 roku to ja miałam 6 lat. Ale pamiętam z dzieciństwa, że Rosjan się nie lubiło. Chyba Austriaków bardziej się lubiło niż Rosjan i niż Prusy, oni tak nie prześladowali Polaków.
A wracając jeszcze do książek. W Złotym Potoku w administracji pracowali i mieszkali państwo Milewscy, którzy mieli trzy córki. Najstarsza była Jagoda, a druga była Hania – to jest dzisiaj pani Anna Milewska, która napisała książkę „Życie z Zawadą” – to ja ją pamiętam jako taką pięcioletnią dziewczynkę. Kiedy dziewczynki dostały wietrznej ospy czy odry, państwo Milewscy pożyczyli ode mnie dwa roczniki „Płomyczka” dla dziewczynek, bo one długo leżały i musiały coś czytać. Ale ponieważ to była choroba zakaźna, to te gazety później chyba spalono, a ja dostałam za to bardzo dużo różnych książek. I miałam też takie francuskie książki dla dzieci, które się abonowało – „Bibliotheque rose” i „Bibliotheque bleu”.

Ciąg dalszy za tydzień

W oparach zielonej miłości

Wszyscy byliśmy kiedyś tacy naiwni i sentymentalni, ale nie wszyscy chcemy sobie o tym przypominać. Roman Brodowski już kilka tygodni temu zaczął tu opowieść o zielonej miłości. Dziś ciąg dalszy.

… Za oknem, w oddali majaczyły kontury kopalnianych szybów i szaroczarne, podobne do pagórków nagie hałdy, a tuż za betonowym ogrodzeniem internatu znajdował się nieduży, ale bardzo zadbany stadion klubu sportowego „Czarni”, po którym biegała gromadka rozwrzeszczonych dzieciaków, uganiających się za czymś, co przypominało piłkę.

Zmęczony wyczerpującą podróżą, spędziłem resztę dnia na kontemplacji pustego jak mnisia pustelnia pokoju, a wreszcie usnąłem.

Obudziłem się bardzo wczesnym porankiem. Pierwsza przespana na nowym miejscu noc minęła spokojnie. Usiadłem na miękkim, wygodnym łóżku. Obok mnie, na nocnej szafce, przy otwartej książce leżała uśmiechająca się do mnie z fotografii, Maria.
– Witaj kochanie – powiedziałem, przykładając fotkę do ust. – Jaka szkoda, że nie ma Ciebie przy mnie – dodałem, kładąc ją niby sacrum, delikatnie na pustym stole.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta.
– Kto tam? – zapytałem zdziwiony tym, że o tak wczesnej jeszcze porze ktoś „buszuje” po internacie.
Do pokoju wszedł wysoki chłopak, o wiernych, nieco psich rysach twarzy.
– Dzień dobry, jestem Mietek – rzekł nieśmiało, melodyjnym, zabarwionym wschodnim akcentem, głosem. – Przyjechałem z Białegostoku, a właściwie z jego okolic by rozpocząć naukę w tej szkole. W sekretariacie powiedziano mi, że mam mieszkać z kolegą w tym pokoju.
– To znaczy, że przyjdzie jeszcze kolega? – zażartowałem – rozbawiony jego przypominającym Kargulowy, dialektem. – A tutaj jak widzisz są tylko dwa miejsca do spania – dodałem.
– Niiie! Źle mnie zrozumiałeś – zaczął tłumaczyć, wierząc w powagę moich słów, wyraźnie zmieszany – rozmówca. Kolega to ty. To z tobą, ma się rozumieć, mam dzielić pokój.
– Jak tak to zapraszam. Nazywam się Roman i przyjechałem z Gdańska, a właściwie z jego okolic i tak jak ty zamierzam zacumować w tym porcie na kilka lat – powiedziałem podając mu na powitanie rękę.
Mietek usiadł na krześle, przy stole i trzymając kurczowo w dłoniach wypchaną po brzegi wielką podróżną torbę, rozglądał się dookoła.
– Czuj się jak u siebie – zaproponowałem. – To łóżko i ta szafka przy nim, są wolne – wskazałem na meble stojące po prawej stronie okna. W szafie na ubrania, cała lewa strona należy do Ciebie. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia – dodałem i usiadłem obok niego, po drugiej stronie stołu.
– To twoja dziewczyna? – zapytał Mietek, wskazując na leżące nadal na stole zdjęcie. – Bardzo ładna. Ja też pozostawiłem moją Iwonkę na Fermie – dodał z nieukrywanym żalem, podając wyjętą z portfela, nieco pogniecioną fotografię przyjaciółki. – Ferma to moja mała wioska, z której pochodzę, a ściślej mówiąc sioło, w którym moi rodzice gospodarzą.
– Tak, to jest moja dziewczyna, mój poranny kwiatuszek, moje słoneczko – odpowiedziałem, podobnie jak on nieco przygaszony faktem rozłąki.
Potem długo jeszcze opowiadaliśmy sobie o nas, o naszych rodzinach, przyjaciołach, marzeniach… I im bardziej zwierzaliśmy się sobie, tym bardziej rodziła się między nami cieniutka nić przyjaźni, zaufania i zrozumienia.

Inauguracja roku szkolnego miała się rozpocząć o godzinie ósmej rano. Ciekawi tego, jak wygląda nasze przyszłe miejsce edukacji, wyszliśmy z Mietkiem nieco wcześniej, by spokojnie obejrzeć sobie szkołę.
Przed drzwiami witała nas prawdziwa górnicza orkiestra dęta. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli w czarne galowe mundury. Na głowach mieli czapy z czarnymi piórami, takie same, jakie widziałem czasami w telewizji. Wyglądali imponująco.
Przyjechać w takim mundurze do domu, to by była nie lada atrakcja – pomyślałem. Wyobrażam sobie moich sąsiadów, wybiegających na ulicę, by mnie zobaczyć. Wszystkie dziewczyny z pewnością zazdrościłyby Marysi takiego faceta.
Szkoła była imponująca dla kogoś takiego jak ja, młodego przybysza z małej miejscowości.
W czteropiętrowym budynku znajdowało się mnóstwo sal lekcyjnych z pełnym wyposażeniem w sprzęt dydaktyczny do nauki zawodu górnika.
Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego wszyscy uczniowie pierwszych roczników pozostali w auli. Starsi udali się do swoich klas na pierwsze w nowym roku zajęcia.
Do pierwszej klasy zgłosiło sie nas ponad dwieście osób i trzeba było przydzielić wszystkich do poszczególnych grup kierunkowych.
Mnie zakwalifikowano do klasy o profilu mechanicznym, Mietka do klasy elektrycznej.
Dopiero po interwencji przydzielono nas do jednej i tej samej klasy. Zostaliśmy adeptami sztuki, której absolwent nazywać się będzie „mechanik maszyn górniczych”.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Czas płynął nieubłagalnie wolno. Rzucony na głęboką wodę oceanu mojej nowej rzeczywistości pracowałem ciężko nad sobą, by, gdy już znajdę port, w pełni gotowy do samodzielności zbudować dom marzeń, dom, w którym wraz z moją Marią moglibyśmy wspólnie spędzić szczęśliwe i dostatnie życie.

Listy od Marii otrzymywałem regularnie, zawsze w środę lub w czwartek. Były to najpiękniejsze dni podczas mojego pobytu poza domem. Pisała o wszystkim. Informowała o tym, co porabia, co nowego wydarzyło się w naszej rodzinnej miejscowości, o pogodzie, ale przede wszystkim o tym, że czeka na mnie, że o mnie myśli i liczy dni do naszego ponownego spotkania.
Nie byłem jej w tej korespondencji dłużny. Też pisałem o wszystkim, co mi na myśl przyszło, opisywałem szarą prozę życia, ale nie skąpiłem też ważnych pełnych ciepła wyznań. Oczywiście, za każdym razem tworzyłem dla niej nowy, czasami bardzo naiwny, wiersz. Wiedziałem, że to, czego nie potrafiłem powiedzieć słowami, zwłaszcza to wszystko, co dotyczyło sfery uczuć i intymności, przekazane w formie wiersza zostanie zrozumiane. Gdyby nie te listy, nie wiem jak poradziłbym sobie z problemem rozłąki, tęsknoty, brakiem kontaktu z tymi wszystkimi, którzy byli przy mnie w niedalekiej jeszcze przeszłości.

Jesień odeszła w zapomnienie, zima rozłożyła się poszarzałym śniegiem (jaki można zobaczyć tylko na terytorium dymiącego Śląska), a w oddali, na horyzoncie widać już było zbliżający się czas zimowych ferii, świąt Bożego Narodzenia, które miałem wszak spędzić z najbliższymi, no i oczywiście z Marią.

gornikNie wiem jak to się stało, ale zarówno Mietek jak i ja w pierwszym semestrze roku szkolnego otrzymaliśmy średnią ocen cztery i osiem dziesiątych, co dało nam miejsca w pierwszej dziesiątce najlepiej uczących się uczniów w całej szkole.
Nie bez powodu o tym wspominam i nie dlatego, aby się tym faktem chwalić, ale dlatego, że pierwszych dziesięciu uczniów otrzymywało zgodnie z tradycją (oczywiście nie na zawsze) galowy mundur górniczy, który mieli prawo nosić przez najbliższe trzy miesiące, czyli do kolejnego semestru. Oczywiście nie codziennie, ale jednak zawsze, gdy tylko sytuacja tego wymagała.
Dla wyjaśnienia powiem, że galowy mundur górniczy otrzymywali w nagrodę (na zawsze) najlepsi absolwenci zasadniczych szkół zawodowych. Dodatkiem do takiego munduru było czako, czyli czapka górnicza z czarnymi piórami. Natomiast prymusi techników otrzymywali w nagrodę szpadę górniczą i czako z białymi piórami. Innymi słowami noszenie takiego munduru było przywilejem i wyróżnieniem dla najlepszych adeptów sztuki górniczej.

Wizja wyjazdu do domu w takim mundurze sprawiła i mi, i Mietkowi ogromną przyjemność.
Tym bardziej dzisiaj, bo właśnie dzisiaj dostarczono nam do internatu przygotowaną na nasze rozmiary odzież, która na co dzień znajduje się w magazynach kopalni Dymitrow, w której odbywamy praktyki zawodowe.
– Co powiedzą moi sąsiedzi, widząc mnie w tym mundurze? Przecież oni nigdy nie widzieli prawdziwego górnika, co powiedzą rodzice, Maria, znajomi? – zadawałem sobie w myślach pytanie, dotykając wiszącego na wieszaku, okrytego foliowym workiem czarnego jak węgiel stroju ze złotymi kneflami*. Mundur był wyczyszczony i odprasowany, i wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod igły krawca.
Wyobrażałem sobie, jak wielką niespodziankę sprawię im wszystkim, jak wielką będę dla nich atrakcją. Te ich spojrzenia, gdy będę z moją dziewczyną przechodził pod ich oknami, ta zazdrość moich dawnych kolegów, i ten podziw wszystkich, którzy mnie zobaczą. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej byłem z siebie dumny. Bo przecież to ja, prosty, niczym nie wyróżniający się chłopak z małego pomorskiego miasteczka, będę paradował w takim szykownym (jak mawiają Ślązacy) mundurze.

Do wyjazdu pozostały już tylko trzy dni, nic więc dziwnego, że ogarnął nas obu szał
zakupów. A to Mietek chciał kupić rękawiczki na prezent dla Iwonki, a to ja dla mamy pantofle pod choinkę, on przypominał sobie, że jeszcze nie kupił dla ojca krawatu, ja, że nie mam podarunku dla mojego taty. Im bardziej myśleliśmy o naszych bliskich, tym nasze walizki stawały się grubsze i cięższe, a my zmęczeni biegaliśmy po sklepach, w tę i z powrotem, dokupując coraz to coś nowego.
Jak na prawdziwych, połączonych wspólnym pokojem, tą samą klasą i podobnymi zainteresowaniami przyjaciół przystało, wszystkie świąteczne sprawunki robiliśmy razem. Przecież nikt inny jak tylko przyjaciel może doradzić, co dla kogo wypada kupić, w jakim sklepie i za ile. Nawiasem mówiąc, to Mietek pomógł mi przy wyborze broszki, którą kupiłem w podarunku dla Marysi. Broszka w kształcie otwartej róży z górskim kryształem w środku. Mam nadzieję, że tym prezentem sprawię przyjemność mojej ślicznej panience.

cdn.

* Knefle – w śląskiej gwarze, ozdobne guziki.

Do M… – list IV

Jesień do okien już zagląda,
W treści wiersza się kryje,
A ja, wciąż myślę o Tobie
Wciąż tobą, najdroższa, żyję.

Niby na strunach skrzypiec
Wiatr gra piosenkę jesienną.
A ja w nim słyszę Ciebie
Twoją melodię codzienną.

Podnoszę liście kasztanu
W porannej rosie skąpane
A na nich czerwień i brokat
Jak twoje usta kochane.

Każda kropelka deszczu
Płynąca na ziemię z nieba
Mówi o tym, Kwiatuszku,
Jak bardzo mi Ciebie trzeba.

Gdy głowę ku chmurom kieruję
Szukając w nich przyszłości
Widzę w nich twoje odbicie,
Odbicie prawdziwej miłości.

Tak bardzo tęsknota mnie boli,
Tak bardzo cierpi me serce
Ja wiem, Kochanie ty moje…,
Oboje jesteśmy w rozterce.

Bytom 13.11. 1976

Wciąż do ciebie

Pociąg już czeka na peronie,
Para gorąca spod kół bucha.
I ja, siedzący tuż przy oknie
Na dworze tańczy zawierucha.

Przede mną tylko ciemna nocka.
I podróż, długa, nieprzespana
A po niej czas na powitanie
A po niej…, tylko ty, Kochana.

Będziemy znowu miła z sobą.
Będę dotykał twoich włosów.
Będę powtarzał, że cię kocham
Szczerze, normalnie, bez patosu.

Mamy dla siebie dwa tygodnie
Wiem, że to bardzo mało, Myszko.
Tak bardzo pragnę Ci poświęcić
To, co posiadam, czyli wszystko.

Moją młodzieńczą, dziką miłość,
Moje marzenia, moje dłonie,
I serce, które od lat wiele
Tylko dla Ciebie, Mario, płonie.

Pociąg powoli ruszył w drogę
Koła stukają szybciej, głośniej
A tam Ty tam czekasz, moja miła,
I coraz bliżej nam ku wiośnie.

Bytom 19.12.1975

Bystrzanowice

Zofia Slaska
wspomnienia spisane zostały w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego i wydane w postaci rodzinnej broszurki w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy. Fragment tych wspomnień, o roku 1945, już tu publikowałam.

W roku 1933 mój ojciec wziął w dzierżawę majątek Bystrzanowice, który należał do majątku Raczyńskich w Złotym Potoku. Bystrzanowice leżały 8 kilometrów jazdy lasem od Złotego Potoku, w powiecie częstochowskim. Ojciec prowadził tam gospodarkę rolną i hodował konie.

Prawdziwy dom…

dwor-bystrzanowiceW Bystrzanowicach był prawdzwy dom, rodzice byli u siebie, mama była panią domu, zarządzała też ogrodem. Ciekawe, że ogrodnikiem w Bystrzanowicach był stary Piotr Mizgała, który był ogrodniczkiem w pałacu, gdy moja mama jako dziewczynka tam mieszkała. Został potem ogrodnikiem w pałacu, ale miał sentyment do mojej mamy i przeszedł do pracy u niej. Ogród był ogromny, miał 8 hektarów, był sad, szparagarnia, duża plantacja truskawek.

stanislaw-konstancjaDwór w Bystrzanowicach wciąż jeszcze stoi, byłam tam kiedyś z dziećmi, a kilka lat temu twój tata, Marek, też tam pojechał ze swoimi dziećmi. Był to duży dom murowany, który miał dziewięcioro drzwi zewnętrznych. Mieszkaliśmy tam my we troje, nauczycielka jedna, druga, a w czasie wojny mieszkała u nas masa osób: wysiedleni z Warszawy, rodzina, Hulewicze i tacy państwo Zwolińscy, których ojciec znał jeszcze z czasów jak pracował na Wołyniu. Był pan Zwoliński, wuj Leon, z synem, co córkę, Danusię, stracił w powstaniu, a ciotkę wywieźli na roboty do Niemiec, ale zostało to jakoś tak załatwione, że już na Boże Narodzenie 1944 roku wróciła.

Przed wojną rodzice prowadzili duże gospodarstwo, w samej kuchni było pięć osób służby, ale we dworze mieszkały tylko dwie. Z tego Mszczonowa, gdzie ojciec przedtem pracował, przyjechała za ojcem do Bystrzanowic jedna rodzina – Jędrzejowscy. On był inwalidą, nie miał nogi, tylko protezę. Jędrzejowski był stróżem nocnym, jego żona zajmowała się świniami i drobiem, zięć był fornalem, jeździł wozem drabiniastym, Jadzia nie pracowała, a młodsza ich córka Stefka przychodziła się bawić ze mną i Rozmarynką. Pamiętam, że urządzałyśmy przedstawienia. I cała ta rodzina przyjechała za moim ojcem, bo mój ojciec był dobrym pracodawcą, uczciwym, dobrze gospodarował, był sumienny, akuratny.

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze.
Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Jak wyglądał dzień powszedni w Bystrzanowicach?

W Bystrzanowicach był rządca, który wstawał najwcześniej ze wszystkich, bo musiał dopilnować dojenia krów i transportu mleka pociągiem do Częstochowy. W międzyczasie fornale zadawali obrok koniom i wyruszali na roboty. Nas budzono o 7.00 rano, bo o 8.00 się zaczynały lekcje. Lekcje były oczywiście w domu, a uczyłam się czy to z Tomkiem Bocheńskim, czy to z innymi dziećmi w moim wieku, na przykład z Rozmarynką Wolską. Tomek przyjeżdżał po Bożym Narodzeniu i zostawał do końca roku szkolnego. Tak więc wstawaliśmy i jedliśmy śniadanie razem z nauczycielką. Rodzice jedli osobno, ojciec wcześniej, bo o 8.00 już albo urzędował w kancelarii albo wyjeżdżał w pole. A mama może z nami jadała, tego nie pamiętam. Na pewno mama też wstawała wcześnie. Wszyscy wstawali wcześnie. I zawsze się wstawało o 7.00. Nawet w niedziele. Bo lekcje były od poniedziałku do soboty, a w niedzielę się jechało do kościoła na 9.00, a żeby dojechać na 9.00, trzeba było wyjechać o 8.00 rano. No chyba, że była nadzwyczajna sprawa i ktoś był przeziębiony, to nie musiał jechać w niedzielę do kościoła. W dzień normalny po śniadaniu były lekcje, a obiad był o pierwszej, albo nawet o w pół do pierwszej. Na stodole był dzwon i o 12.00 jakiś podwórzowy dzwonił, a wtedy wszyscy schodzili z pola na posiłek. Robotnicy mieszkali w czworakach i tam jedli z rodzinami, a we dworze obiad był o tej samej porze. Rządca też żywił się we dworze, ale nie jadał z nami, tylko jedna ze służących niosła mu obiad w menażkach do jego mieszkania, w takim domku, już poza podwórzem. W tym domku z jednej strony mieszkał ogrodnik z żoną i czwórką dzieci. Te dzieci to już wszystko byli dorośli ludzie. Jeden z synów ogrodnika to był stolarz i ja wciąż mam tu meble, które on wykonał. I w tym domku ogrodnika było z drugiej strony osobne wejście do mieszkania rządcy. Rządca był kawaler, dlatego miał tylko pokój i kuchnię. Nie wiem, jak ze sławojką było. W moich wspomnieniach wraca często „chatka bliźniaków”. To było właśnie tam, taki pokój, do którego się wchodziło z tej samej sionki, co do mieszkania rządcy. W tym domku często mieszkali ojciec Stanisława Augusta i jego brat. Oni uwielbiali tam mieszkać. I tam im się nosiło śniadanie, ale już na obiad i kolację to przychodzili do dworu.

To kto siedział przy stole podczas obiadu we dworze?

Moi rodzice, nauczycielka i my. A jak byli goście, to goście.

A po obiedzie?

zosia-rozmarynkaPo obiedzie to myśmy się kładły, Rozmarynka i ja, leżałyśmy na podłodze na dywaniku, a mamusia nam czytała. Po polsku. Mamusia uczyła nas francuskiego i religii. Reszty uczyła nas nauczycielka, cały normalny kurs szkolny. Wszystko, łącznie ze śpiewem. Po obiedzie szło się z nauczycielką na spacer, zawsze, obowiązkowo, niezależnie od pogody. Czasem, ale to już było wielkie święto, mama szła z nami na spacer, ojciec nigdy. Ja już wtedy umiałam jeździć konno, ale to nie zastępowało spaceru. Konno się jeździło w czasie wakacji. Ze spaceru wracało się na podwieczorek, a od podwieczorku do kolacji, najprzód się odrabiało lekcje, a jak się odrobiło zadania, to można było się pobawić. To był czas wolny, taka rekreacja. I kolacja była o w pół do ósmej.
Gdy miałam 8 lat, czyli jak już mieszkaliśmy w Bystrzanowicach. Niania Cicia wciąż z nami mieszkała, ale przyjechała też nauczycielka, która miała mnie uczyć. Była też jeszcze guwernantka, Francuzka. Rodzina uznała, że trzy panie do jednej małej dziewczynki to za dużo szczęścia, i Cicia pojechała opiekować się w Karminie najmłodszą siostrą wuja Kajetana Morawskiego, Anusią, która się właśnie urodziła. Okropnie to przeżywałam, bo kochałam Cicię miłością wielką.

Jakie były twoje nauczycielki i guwernantki?

zosia-guwernantkaTe nauczycielki, Francuzki i Angielki, załatwiało się przez specjalne biuro. Często nie mówiły po polsku, np. moja Angielka mówiła po francusku, ale to starannie ukryto przede mną, żebym się uczyła angielskiego, a nie mówiła po francusku. Bo przedtem przez trzy lata była u nas mademoiselle de la Bord, która nas, mnie i taką dziewczynkę Lidzię, uczyła francuskiego, i ja w tym wieku miałam pewnie większy zasób słów po francusku niż po polsku.

Opowiedz trochę o samych Bystrzanowicach.

Bystrzanowice to była wieś i duży majątek, liczył 300 hektarów i zaliczał się do kategorii tzw. małych folwarków. Niestety ziemia była marna, same piaski, i dobrze rosły tylko kartofle. Ale już w latach 20 w Złotym Potoku, koło stacji kolejowej, bardzo rozumnie została zbudowana syropiarnia – produkowało się syrop z ziemniaków, z którego wytwarzano cukierki i mączkę ziemniaczaną czyli krochmal. Właściwie stacja i syropiarnia znajdowały się w wiosce, która się nazywała Julianka, ale ponieważ ziemię pod stację dał majątek Złoty Potok, to stacja też się tak nazywała.

Te ziemniaki…

Ziemniaki się kopie w październiku i zawsze była cała wielka akcja. Zwoziło się ziemniaki na pole na tyłach obory i stodół, i tam się budowało kopce. Sypanie kopców to bardzo specjalna technika. Trzeba było wykopać rowy, wyłożyć słomą, ułożyć ziemniaki, też je okryć słomą i obsypać ziemią na tyle grubo, żeby nie przemarzły. I w styczniu, ale tu już nie sklecę, musiała być temperatura poniżej 10 stopni, mój ojciec najmował z sąsiednich wiosek gospodarzy z wozami, to były takie specjalne wozy, jakby skrzynie, i przez trzy dni wywoziło się ziemniaki do syropiarni oddalonej o 13 kilometrów, czy nawet 15 km, bo 13 km było do stacji kolejowej, a syropiarnia była dalej jeszcze niż stacja. W syropiarni podnosiło się z tyłu klapę wozu, osadzoną w łożyskach i wysypywało się ziemniaki.

Jakie było najbliższe miasto w okolicy?

Częstochowa, ale to było daleko, 30 kilometrów, dlatego wcale się tam często nie jeździło. W ogóle do dużych miast jeździło się rzadko. W 1939 roku byłam pierwszy raz w Warszawie. Mamusia zabrała tam nas, mnie i Tomka Bocheńskiego, mojego kuzyna, syna siostry mojej mamy, Zofii Bocheńskiej, z domu Morawskiej. Oni mieszkali pod Krakowem, ale jak siostra Tomka umarła, on został sam i wtedy za drogo było wujostwu mieć nauczycielkę tylko dla Tomka, żeby się uczył w domu, więc Tomek mieszkał w Bystrzanowicach i tu się uczył. Przyjeżdżał do Bystrzanowic po Bożym Narodzeniu i zostawał do czerwca. Przerabiał tu swoją klasę, ale nie uczyliśmy się we dwójkę, bo ja byłam młodsza od niego. Przez pewien czas mieszkała też u nas moja kuzynka Rozmarynka Wolska, córka kuzynki mojego ojca, wnuczka poetki Maryli Wolskiej, której syn ożenił się z cioteczną siostrą mojego ojca. Mieli szóstkę dzieci, najpierw jeszcze piątkę, bo Piotruś się urodził dopiero na początku wojny. I Rozmarynka była  chyba ze trzy lata w Bystrzanowicach.

Dlaczego wujek Tomek i Rozmarynka mieszkali w Bystrzanowicach?

Bo ja bym wyrosła na okropną egoistkę i rozpuszczoną – mój ojciec mnie bardzo rozpuszczał. Ale mama trzymała mnie w ryzach i dbała o to, żebym miała wokół siebie rówieśników. W moim pokoleniu niemal nie było jedynaków, nawet dwójka była dość rzadka. W rodzinach miało się dużo dzieci, troje i więcej.

Czy jeździliście w tamtym czasie?

tomekbochMama zabrała mnie i Tomka do Warszawy. Ale tylko raz. Za granicę, do Paryża czy Wiednia nie wyjeżdżało się w ogóle. A morze zobaczyłam chyba dopiero po I roku uniwersytetu. Takie wyjazdy były za drogie. Mama obiecała mi, że chyba po 6 klasie pojadę nad morze, ale zdążyłam przed wojną skończyć tylko 5 klas. Ale jeździło się co roku. Do rodziny. Jeździło się do Planty, dopóki żyli moi dziadkowie – mama zabierała mnie, jak jechała odwiedzić rodziców. Podróżowało się pociągiem. Najpierw jechało się końmi do stacji Złoty Potok, która leżała na linii Częstochowa – Kielce, a potem koleją, do Kielc, do Krakowa. W Kielcach mieszkała siostra mojego ojca, tak że tam też się jeździło w odwiedziny. I w Kielcach trzeba się też było przesiąść, żeby pojechać do Krakowa. O, a zimą 1938 roku dostaliśmy oboje z Tomkiem od babci Morawskiej, dziadek już nie żył, wyjazd na 2 tygodnie na narty. Mieszkaliśmy na Bukowinie, w pensjonacie. Z Tomkiem pojechała ciocia Zosia czyli jego mama, a ze mną panna Ala, moja nauczycielka. Moja Mama przyjechała na jeden dzień, jak kończył się nasz pobyt i zabrała mnie do Zakopanego, żeby się spotkać z bratową i synami Pawłem, Andrzejem i Tadziem. Panna Ala już pojechała do domu, bo przez nasz wyjazd nie miała urlopu i nie była u rodziny na święta. My z mamą z Zakopanego pojechałyśmy do Krakowa i dalej też do domu. W Krakowie było wspaniale. Mieszkało się w hotelu, chodziło do restauracji i można było samemu zamawiać. Ja zawsze zamawiałam to samo – kotlet mielony, bo to była jedyna rzecz, o której wiedziałam, że zjem. W domu też bywały kotlety mielone, ale bywały też różne niedobre rzeczy, na przykład wątróbki. Takie rzeczy, które trzeba było zjeść i nie wolno było nawet mrugnąć, ale to nie było dobre. A tam mogłam zamówić sama – kotlet mielony i lody. W Krakowie była rodzina i tam się chodziło z wizytą. Do Górskich się chodziło, do cioci Bisi Sapieżanki się chodziło i do takiej pani, panny Butrym, która była guwernantką mojej mamy, jeszcze w Złotym Potoku.
Ale po sąsiedztwie niewiele się jeździło.

Ciąg dalszy za tydzień

Zielony zeszyt i Mama

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zrezygnowałam z tytułu sobotnich wpisów “Stare papiery” – to są nadal stare papiery, ale jednak pojawiają się wspomnienia i bez papierów. Jak na przykład wspomnienia Kasi sprzed kilku dni, do których asumpt dały wcale nie stare papiery, lecz nowe rajstopy.

Wprowadzając regularny cykl wspomnień o Mamie wprowadziłam nie tylko mój świat i świat rodzinny w zawirowanie, ale spowodowałam zawirowania w świecie. Nagle wokół dawnych historii rodzinnych bardzo się dużo dzieje. Tak jakbym przywołując Mamę, poruszyła jakieś głębokie warstwy, z których wyłaniają się rodzinne elfy  ale i rodzinne strachy. Oczywiście, wywoływanie wspomnień to sprawa niebezpieczna. Moja facebookowa przyjaciółka, Maryna Over, napisała kilka dni temu:

Pal listy i fotografie. Drzyj notatki i zacieraj ślady. Inaczej pewnego poranka dopadną cię i wszystko zacznie się od początku. Nie ma rozdziałów, do których nie dałoby się czegoś dopisać. Nie ma zdjęć, które milczą i numerów telefonów, które zmieniają układ cyfr. Uczucia są jak podziemne źródła, a rany nie zabliźniają się. Uruchomisz efekt domina i mole przeszłości zjedzą ci kaszmirowy szal, w którym kryłaś się przed chłodem. Czas nie goi ran, to tylko wygodna iluzja. Dla rozdartych i samotnych.

Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady / Wzbije się dym trujący dla twego oddechu. // (…) // Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona / Inną ukaże twarz niż się spodziewałeś” (głos “Dziecięcia Europy” Czesława Miłosza).

Dziś z dawna obiecany zielony zeszyt. Pełen nieznanych mi już dziś tematów.

zielonyzeszytZielony zeszyt z notatkami.

Szukając Mamy, od czasu do czasu opuszczam karton po świeżych jajach i przeglądam półki z papierami. Zielony zeszyt z notatkami jest mój. Pisałam w nim w roku 2010, gdy z powodu trzech ciężkich operacji niemal bez przerwy przebywałam w szpitalach a potem w sanatorium. Nie pamiętałam wcale, że w tym zeszycie Mama jest wciąż obecna. Pojawia się w różnych miejscach i naprawdę muszę teraz wszystko przeczytać, żeby zobaczyć, że nagle, w ostatnim zdaniu jakiegoś tekstu znajdzie się i ona, choć cały tekst dotyczy czegoś zupełnie innego.

W notatkach jest właściwie wszędzie.

Zaczyna się od pojedynczych zdań, wszystkie zapisane w szpitalu. Te notatki są jak “Skarbczyk” Mamy – zapisy tego, o czym chciałabym napisać. Niektóre linijki są dziś dla mnie całkowitą tajemnicą.

krowa i tygrys
prosiłam i przyszło
Cez Noteboom

zielonyzeszyt-stronaNoteboom pojawi się też na następnej stronie. Marquez, Cortazar, Philip Roth. Przerwa. Grass, Kundera, Murakami, Noteboom.

Tu mogę się tylko domyślać, że prawdopodobnie chciałam przygotować cykl opowiadań (tego się nauczyłam od Mamy – trzeba pracować cyklami, dzięki temu nawet małe rzeczy znajdą swoje miejsce w narracji), których nadrzędnym hasłem byłoby nazwisko pisarza. Stworzyłam taką opowieść o Murakamim, a pewnie chciałam mieć ich siedem, może osiem albo dziewięć.

Ale nie wiem, jak do tych pisarzy (dlaczego to są sami mężczyźni?!) pasują te dwie kobiety?

Druga żona ojca pani z pokoju (to na pewno notatka szpitalna) – pani Arab wcale nie była Arabką, lecz Iranką, jej ojciec wziął sobie jako drugą żonę – drugą synchronicznie a nie chronologicznie – szkolną koleżankę córki. Dziś już nie tylko ojciec jest bardzo stary, ale i obie dziewczyny posunęły się znacznie w latach, bardzo się ze sobą przyjaźnią i opiekują sobą nawzajem.

Fauzia i gaje migdałowe. Opowieść o Fauzii jest konsekwencją słuchania historii pani Arab. Fauzia, Afganka, uciekinierka, była wiele lat temu moją koleżanką w pracy. Czasem, jak akurat nie miałyśmy nic do roboty, opowiadała mi o swoim życiu w Kabulu w czasach, zanim przyszli Rosjanie. Była jedną z czterech córek zamożnego człowieka, właściciela wspaniałych sadów i gajów migdałowych. Rodzina mieszkała zimą w dużym luksusowym domu w Kabulu, a na lato wyjeżdżała do pałacu w górach

Włamywacz – to historia którą zapisałam i opublikowałam zarówno na tym blogu jak w miesięczniku „Odra”. To przez niego byłam w szpitalu. Strasznie chorowałam, a wszystko wywołał stres, jeśli można nazwać stresem strach, który to zdarzenie wywołało. Ten człowiek przyszedł w nocy, obudził mnie i powiedział, że musi mnie zabić.

Operacja Hiszpania Holandia – bez przecinków. Tu znowu nie mam pojęcia, o co mi chodziło, oprócz może pewnej mini powieści Ceza Notebooma „Następna historia” – to taka inna, wcześniejsza chyba, wersja „Nocnego pociągu do Lizbony” –  wiem wiem, to inni autorzy, „Pociąg” został napisany przez Paula Merciera, ale mimo to jest to ta sama opowieść. Stary nauczyciel języków starożytnych z Amsterdamu we śnie przenosi się do Barcelony, gdzie jeszcze raz przeżywa miłość do dwóch kobiet: pięknej rudowłosej koleżanki-nauczycielki oraz swej najzdolniejszej uczennicy, która ma romans z mężem jego kochanki.

Günter Grass jest pojęciem nadrzędnym. Pod spodem są punkty, które zapewne łączy Gdańsk.

Gołąb w kościele
Mama tłumaczenia
Komputer Mamy
Menonici / Starowiercy
Dwie Ewy Slaskie
Dwie siostry księżniczki
Jacek i rewizja

Kilka z tych historii już zapisałam. Powstał wpis o dwóch siostrach, nazywa się, jakże oryginalnie, dwie siostry. Czteroletni Jacek pojawia się we wpisie „Bimber na kartki” – wpisu już nie ma, ale historia, jak mój ówczesny mąż pędził bimber i przyszła rewizja, została zapisana TU (trzeba wpisać w opcję szukania słowo “bimber”, a potem poczytać wcześniej i później).  O drugiej Ewie Slaskiej też już ostatnio napisałam we wpisie „Ewa Śląska jesienią”, choć pewnie należy się jej osobny wpis.

Menonici / Starowiercy? Grass pisał menonitach, ja o starowierach. Widziałam w tym kiedyś pewne nieoczekiwane zbieżności – dwie konserwatywne grupy, fanatycznie religijne. Menonici uciekinierzy z Holandii, Starowierzy z Rosji. Gdzieś na linii między Żuławami a Mazurami jest granica, której nie przekroczyli, a więc się nie spotkali. Jak granica między siedliskami buka i sosny.

Trzy pierwsze historie miały dotyczyć Mamy. Gołąb w kościele – wiem, oczywiście wiem, wydaje mi się, że już gdzieś o tym pisałam, o mszy żałobnej za Mamę – podczas podniesienia do kościoła wpadł gołąb i do końca mszy fruwał nad nami, bynajmniej nie spanikowany. Wszyscy byliśmy przekonani, że to dusza Mamy.

Tłumaczenia? Tu naprawdę nie wiem, o co mi chodziło.

Piszę ten tekst w pociągu ze Szczecina do Gdańska. Właśnie stoimy w Lęborku. Długo. Tu wysiadłam 15 lat temu z porannego pociągu z Berlina, wsiadłam do autobusu i pojechałam do Kartuz, dokąd odwieziono rodziców po wypadku. Ojciec wyszedł po kilku dniach. Mama po dziesięciu dniach umarła. A zapowiadało się, że idzie już ku lepszemu, ordynator szpitala odesłał mnie więc do Berlina. Był początek roku szkolnego, a ja pracowałam wówczas jako nauczycielka i właśnie zaczynałam pracę w nowej szkole. Przyjechałam na jeden dzień. Następnego dnia Mama umarła. Miałam pociąg o 6 rano. W nocy układałam nekrolog z wierszem Maschy Kaleko, którą Mama jako pierwsza w Polsce tłumaczyła. Koło północy na dole zaczęło krzyczeć wniebogłosy małe dziecko. Mamo! Mamo! Mieszkało na parterze, ja na trzecim piętrze. Rodzina się właśnie wprowadziła, wcale ich nie znaliśmy, ani rodziców, ani dziecka. Potem zresztą szybko się wyprowadzili. Być może z mojego powodu, bo to ja w nocy zareagowałam na krzyki chłopca. Najpierw zeszłam do niego na dół, usiadłam na progu przed zamkniętymi drzwiami i próbowałam go uspokoić. Podziękowałam mu za to, że wołał Mamę, bo to ja powinnam krzyczeć na cały świat “Mamo, Mamo”. Potem opowiadałam mu bajki. Gdy jednak po godzinie słuchania chłopczyk znowu zaczął krzyczeć Mamo! zadzwoniłam po policję. Przyjechali dokładnie w tym samym momencie, kiedy wrócili też rodzice. Policja nie miała powodu, żeby ze mną rozmawiać, rodzice na mnie nawrzeszczeli. Nigdy tego dziecka nie zobaczyłam.

Wracam do notatek z zielonego zeszytu. Tłumaczenia Mamy. Tłumaczyła kilka wierszy Grassa, czy to miałam na myśli?

W notatkach tego nie ma, aż dziwne, ale pisałam już też o śmierci mamy w kontekście Stefana, którego 15 lat wcześniej spotkałam po raz pierwszy i wtedy go nazwałam Thanatos. Pojawił się u mnie w Berlinie jak grom z jasnego nieba zaraz po śmierci swojej Matki, Giny, tłumaczki Achmatowej, odszedł wkrótce potem, gdy symbolicznie odprowadził na śmierć moją Mamę.

No i ostatnia notatka pod nazwiskiem Grassa – komputer Mamy. No tak. Zatrzasnął się na zawsze po jej śmierci i nigdy nic nie udało się z niego odzyskać, mimo że zatrudniliśmy specjalistów. Dlatego dziś możemy się posłużyć tylko papierami.

niebieskizeszytCiekawe, że w papierach Mamy pojawi się ciemnoniebieski zeszyt, niemal “brat” mojego zielonego. To była pierwsza Mamy książka z tłumaczeniami Lorki. Rękodzieło.

Gdy przyjrzeć się uważniej tej okładce, to widać, że to nie zeszyt, lecz oprawiony przez introligatora maszynopis.

niebieskizeszyt-strona1
niebieskizeszyt-strona2

Za tydzień – teczki i kolejne zeszyty

Wojna z Niemcami

Dramatyczny koniec dzieciństwa. Dwa tygodnie temu moja teściowa Zofia Slaska we wpisie “1945” opowiedziała o tym, jak stała się dorosła, gdy umarła jej matka, przedwczoraj wiersze Romana Brodowskiego zaprowadziły nas w świat 15-letniej dziewczyny zesłanej do obozu pracy na Syberię, a mnie przypomniał się fragment książki mojego Ojca, opowieść o 12-letnim chłopaku, który ściął drzewo.

Dariusz Bogucki, z autobiografii “Śladami życia”

Od początku roku 1939 zagrożenie wojną zaczęło się coraz bardziej uwidaczniać, a latem bardzo się nasiliło. W maju, kiedy miał przemawiać w Sejmie minister Beck, zawieszono w szkole lekcje i zebrano nas w świetlicy, abyśmy mogli wspólnie wysłuchać jego mowy nadawanej przez radio. Podczas wakacji tego lata często chodziliśmy na stację kolejową i obserwowaliśmy przejeżdżające transporty wojska. Był to czas, gdy całe nasze kieszonkowe przeznaczaliśmy na papierosy, które małymi paczuszkami wrzucaliśmy żołnierzom na wagony. Pod koniec sierpnia Mama i babcia Krynicka, która zjechała do nas na wakacje, okleiły wszystkie okna paskami papieru na krzyż, a ja razem z Jackiem wykopałem w otaczającym dom lasku schron przeciwlotniczy, który na razie służył nam do zabawy, czasem jako kryjówka, a czasem okop czy przeszkoda do pokonania w harcerskim biegu patrolowym. Pomimo tych przygotowań żyliśmy spokojnie, tym bardziej, że nie mieliśmy radia, a gazetę kupowało się raz na tydzień.
Tak więc w piątek 1 września, nic jeszcze o wybuchu wojny nie wiedząc, Mama z samego rana pojechała do Pruszkowa, a my po śniadaniu poszliśmy z Babcią do dosyć odległego sklepu. W pewnej chwili na niebie zaroiło się od samolotów, usłyszeliśmy strzały i odległe wybuchy, a potem poczuliśmy wstrząs. Bliski wybuch ogłuszył nas zupełnie, a w powietrzu pojawił się biały gryzący dym. Babcia, wyraźnie przerażona, porwała nas za ręce i biegiem wróciliśmy do domu. W panice zamknęła okna i zaczęła nakładać nam na twarze mokre tampony, myśląc, że biała chmura to gaz, ale to był tylko swąd spalonego ładunku wybuchowego i kurz. Sprawdziliśmy później, że niedaleko nas, spadł na łąkę zestrzelony niemiecki bombowiec, a wyrzucona przez niego tuż przed upadkiem bomba, wybuchła w lasku, leżącym za płotem naszej parceli.

Taki był, zapamiętany przez niespełna dwunastoletniego chłopca, początek wojennego okresu, objawionego strachem przed bombami i dławiącym niepokojem o Mamę, bo nie była z nami, tylko tkwiła w dalekim Pruszkowie. Dla nas wyobrażalną miarą odległości była Warszawa, a dalej to już było tylko nieokreślone “gdzieś tam” i tam utkwiła Mama. Jednak, choć w najbliższym zasięgu nic się nie działo, groza wojny zagarniała nas powoli, docierając odgłosami bombardowania Warszawy i widokiem walk powietrznych, które często mogliśmy obserwować. Natomiast, jak ta wojna w rzeczywistości przebiegała, wiedzieliśmy tylko ze słyszenia, od sąsiadów, którzy mieli radio i od nich dowiedzieliśmy się, że Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. To jednakże było gdzieś daleko, a tu leciały na Warszawę bomby i zaczęły doskwierać braki, bo od pierwszych dni załamało się zaopatrzenie i ustalone formy życia. Szkoła była zamknięta, przestała działać elektryczność, skończyła się nafta i nie było chleba. Jednak Babcia potrafiła jakieś pożywienie zdobywać, jeszcze więc nie odczuwaliśmy głodu, tylko niedostatek.

Po tygodniu wróciła Mama, idąc z Pruszkowa przez Warszawę piechotą. Przyprowadziła kilku znajomych z pracy i przyniosła wiadomości o tym, co się dzieje. Dla dorosłych był to na pewno obraz bardziej przerażający niż dla nas, dzieci, bo choć mieliśmy wyobraźnię rozwiniętą, ale przecież nie znaliśmy tego realnego świata, który w huku bombardowań walił się w gruzy. Przybycie Mamy zmniejszyło jednak poczucie zagrożenia i wprowadziło jakby element ładu do naszego życia. A w ślad za Mamą zaczęli przewijać się przez nasz dom znajomi czy nawet obcy, uciekinierzy czy ewakuowani przed nadchodzącymi Niemcami. Każdy zostawiał jakieś wiadomości, które pogłębiały poczucie chaosu i zagrożenia, spotęgowane wieścią, że wojska sowieckie wkroczyły do Polski i bijemy się na dwa fronty. Wszystko to brzmiało strasznie, ale było jakby abstrakcyjne, zaś najbardziej przeraziła nas opowieść Wuja Jasia Krynickiego, który zajrzał do nas, aby chwilę wytchnąć. Szedł z brygadą remontową, piechotą od Torunia, przed cofającymi się polskimi oddziałami, cały czas naprawiając, niekiedy pod ostrzałem, linie kolejowe niszczone bombami Niemców. To już była relacja bezpośrednia od kogoś kto w tym koszmarze brał udział.

Dzień wkroczenia Niemców zapowiadał się taki sam jak poprzednie, dostaliśmy już swoją poranną porcję placków kartoflanych, smażonych na suchej patelni, bo chleba ani tłuszczy od dawna już nie było, i siedząc na ganku przed domem słuchaliśmy dalekiej kanonady artyleryjskiej, która od kilku dni do nas docierała, świadcząc, że front się zbliżył. I wtedy, w ten stan bezruchu jakby, kiedy wszystkie zmysły nastawione były na słuchanie, wtargnęli Niemcy. Zaroiło się wokół od groźnych postaci w hełmach i szarozielonych mundurach, z wycelowanymi w nas karabinami. Zamarliśmy i dopiero po chwili Mama powiedziała do nich parę słów po niemiecku, na co opuścili broń, zawrócili ku drodze i odeszli. A zanim zdążyliśmy ochłonąć, ulica wypełniła się wojskiem. Szła piechota, ciężko toczyły się działa i jeden za drugim sunęły wielkie ciężarowe samochody. Pod wieczór ten wojenny walec zatrzymał się, Niemcy zajęli szkołę i okoliczne domy, ale nas zostawiono w spokoju.

I tak, mimochodem jakby, znaleźliśmy się w łapach okupacji niemieckiej. Wprawdzie gdzieś niedaleko nas wojna trwała nadal, jednak myśmy tu na miejscu, już ją przegrali. Wciąż słyszeliśmy artyleryjską kanonadę i ciężkie wybuchy bomb od strony Warszawy, i to znaczyło że miasto się broni. A kiedy te odgłosy po kilku dniach ustały, wiedzieliśmy – Warszawa padła. Potem dotarła do nas wiadomość, że działania wojenne się skończyły i że teraz nasze wyzwolenie zależy tylko od Francji i Anglii, ale o tym co się tam dzieje żadne wiadomości do nas nie docierały. O bliższym nam świecie dowiadywaliśmy się z ust do ust, bo ani prasa ani radio nie działały. Tym sposobem dotarło do nas, że Warszawa jest bardzo zniszczona, ale można się dostać za Wisłę, bo Niemcy uruchomili most pontonowy. Sulejówek stopniowo pustoszał. Odeszli najpierw przyprowadzeni przez Mamę znajomi, a potem Ona sama wyruszyła do Pruszkowa, bo tu na miejscu żadnej pracy by nie znalazła. I tak jak w pierwszych dniach wojny, zostały dwie stare kobiety i trzech chłopaków.

Byłem najstarszy, więc siłą rzeczy, ile mogłem i potrafiłem, pomagałem Babci w zdobywaniu pożywienia i opału. Przede wszystkim zbierałem informacje, gdzie można coś kupić i pomagałem dźwigać. Oczywiście w żywność można się było zaopatrywać tylko bezpośrednio “u chłopa”, tworzyły się więc małe grupki sąsiadów i ruszaliśmy gromadnie na wieś, skąd przynosiło się ziemniaki i warzywa, a czasem nawet jajka czy kurę.  Zbierałem też po domu i sąsiadach resztki stearyny i robiłem z tego nowe świece, bo elektryczności i nafty do lamp wciąż brakowało. No i zaopatrywałem dom w drewno na opał.

Ściągałem z okolicznych lasków suche gałęzie i wyrywane z ziemi korzenie, a nawet całe kłody czy pniaki. Co było za grube, żeby można było przenieść, ciąłem piłką stolarską lub rąbałem siekierą na miejscu, a młodsi bracia ściągali to pod dom. Część szła od razu na opał, ale rosła też duża sterta zapasu na zimę. Kiedy okoliczne laski oczyściłem, ściąłem jedna po drugiej dwie dorodne sosny, rosnące tuż pod domem. Wybrałem je, bo zasłaniały światło w oknie naszego pokoju. Nie miałem dużo siły ani odpowiednich narzędzi, więc położenie jednego drzewa zajmowało mi cały dzień, a potem wiele dni rąbałem i piłowałem, aby wszystko mogło służyć na opał. Babcia Krynicka patrzyła na to co robię z troską, ale widocznie uznała moją działalność za konieczną, bo nie protestowała.

Nie wiem, czy starczyłoby tego drewna na całą zimę, bo pod koniec października przyszedł sołtys i powiedział żebyśmy sobie szukali mieszkania gdzie indziej, bo Niemcy zajmują tą część Sulejówka i wszyscy Polacy mają się wynosić. Babcia Krynicka, która do tego momentu działała sprawnie i skutecznie, wyraźnie załamała się w bezsilnej bezradności, a ciocia Bronia, od początku wojny jakby otumaniona, teraz zapadła się w całkowite, bezradne otępienie. Na szczęście zanim nadszedł zapowiedziany dzień wysiedlenia, wróciła Mama z wiadomością, że dostała mieszkanie w Pruszkowie i że się tam zaraz przenosimy.

Mama wynajęła na wsi dwie furmanki, załadowaliśmy na nie cały nasz dobytek z meblami i pościelą i ruszyliśmy. Po drodze, kiedy już pod wieczór czekaliśmy w kolejce furmanek i samochodów na przejazd mostem pontonowym, z jadącej z tyłu furmanki złodzieje ukradli nam tobół z lepszą pościelą, ale była to jedyna strata poniesiona w tej podróży. Przenocowaliśmy w Warszawie u Karpińskich i następnego dnia, pobieżnie odgruzowanymi po bombardowaniach i oblężeniu  ulicami, wśród ruin zniszczonych domów, pojechaliśmy do Pruszkowa.

Cała książka: Wydawnictwo Bernardinum (seria Poznaj Świat), Pelplin 2009 ISBN 978-83-7380-741-9