Jesienny humor

Teresa Rudolf

Fraszka o Bezwstydzie

A mnie nie jest wstyd,
że ani trochę mi nie wstyd,
choć tobie, lub tobie wstyd…

I może kiedyś 
“umrę ze wstydu”, 
że wciąż i  ciągle,
nie jest mi wstyd…

A będzie to TAKI
wstyd cudny,
umrzeć TAK
bezwstydnie,
ze wstydu…

Jesień

Bliźniaczki,
a takie przecież różne,
ta: kolorowa artystka,
malarka uśmiechnięta,
pod nosem nuci sobie,
malując lasy i parki…

a ta: płaczliwa łzami
jak deszcz chłodnymi,
lamentuje nad światem
stukając w okna domów
melancholijną szarzyzną,
strasząc, że będzie gorzej…

…bo kiedyś przyjdzie zima.

Patrzysz i co…

Patrzysz 
w błękit nieba,
patrzysz 
na ulicy ruch,
patrzysz
na przyrodę,
patrzysz w jej oczy…

…wspaniałe jest
tak patrzeć,
ale… czy widzisz,

BŁĘKIT NIEBA,
ULICĘ,
PRZYRODĘ,
JEJ OCZY?

Cierpienie zwierząt, czyli karp

Reblog z gazeta.pl

Krakowska uczelnia pod ostrzałem. Student ujawnił, jak zabijano karpie

Oliwia Ziółkowska

29 września 2025, 11:18

Student weterynarii na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie w 2023 roku sfilmował wykładowczynię zabijającą karpia bez ogłuszenia. Wideo trafiło do Fundacji Viva! Po nagłośnieniu sprawy mężczyzna został niesłusznie skreślony z listy studentów. Ostatecznie wywalczył sprawiedliwość.

Continue reading “Cierpienie zwierząt, czyli karp”

W epoce AI-Fona łupanego

Ze Szczecina przyszło na messendżera takie oto powiadomienie:

Dzień dobry Pani Ewo!

Jestem artystką sztuk wizualnych i wspólnie z moim życiowym i artystycznym partnerem Marcinem zaprezentowaliśmy ostatnio całkowicie recyclingową wystawę “z epoki ai-fona łupanego” w Kurzym Młynie- niezależnej galerii w Szczecinie. Wystawa miała bardzo dobry miedzy pokoleniowy odbiór i owocowała w wiele pięknych doświadczeń i pytań. Obecnie musimy wystawę zwinąć. Chcielibyśmy gdzieś ją dalej zaprezentować- pomyśleliśmy o Berlinie. Amanda Korol zasugerowala, aby odezwac sie do Pani – może ma Pani do polecenia przestrzeń dla naszego pokazu? Może to być galeria jak i  przestrzeń niezależna czy dzika. Jesteśmy otwarci na pomysły i kontakty.  Uważamy materiał za wartościowy i chcemy dalej dzielić się nim z ludźmi. Będziemy bardzo wdzięczni za polecenia lub i wskazówki. Załączam opis i kilka ilustrujących zdjęć i linków do dokumentacji.

Pozdrawiamy serdecznie

Ula Niemirska i Marcin Żukiert

Publikuję je, bo może osoby ze Stowarzyszenia Partnerstwo miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain zobaczą w tym mailu coś bardzo wartościowego, co moglibyśmy jako Stowarzyszenie wsprzeć.

Ula Niemirska (HollyUlcia, Święta Ramoneska) artystka sztuk wizualnych, malarka, twórczyni obiektów i performerka, działającą często w obrębie przestrzeni miejskieh i sztuki zaangażowanej społecznie. Warszawianka mieszkająca od niedawna w Szczecinie. Absolwentka malarstwa i sztuki w przestrzeni publicznej na ASP w Warszawie. Marcin Żukiert  (Doktor Szpera, Święty Ramzes) artysta multidyscyplinarny, inżynier elektryk, charyzmatyczny twórca muzyki i obiektów wizualnych i elektrycznych, wynalazca i ekodesigner. Wspólnie tworzą projekt mobilny TUITERA i JAITYstudio jak i SZTUKA SPOJONYCH.

Ula

Z epoki aiFONA łupanego

Nasz performatywny pokaz ukazuje futurystyczne bytowanie po katastrofie i wielkiej awarii prądu.  Zamieszkujemy krainę JUNHUNA a nasze czasy to epoka aiFONA łupanego. Żyjemy w Rezerwacie, żywimy się resztkami elektroniki imitującej ryby i stwory morskie, które wyławiamy z głębin: nadziewamy na patyki procesory i pieczemy je na patyku na ogniu z kabli. Mieszkamy w nadpalonej Łodzi, która także wibruje i gra. Do REZERWATU mają wstęp jedynie Dzieci. Dorośli oglądają nas zza płotu (chyba,że mają przy sobie paszport lub zostawią nam odcisk palca w specjalnie zbudowanym czytniku) Tworzymy naszą Sztukę Pierwotną ze znalezionych odpadów. Zbudowaliśmy Świątynie a w niej Święty Krąg Strażników- obiektów, z których każdy ma imię, osobowość cechy, skład i swoją historię. Postacie stworzyliśmy z częściowo działających sprzętów do odtwarzania muzyki, połączyliśmy je z łowionymi w jeziorze glonami i znalezionymi grzybami.. To nasze nowe prastare Stonehenge. W ich kręgu znajduje się Święty Krąg Medytacyjno interakcyjny zbudowany z komputerowych klawiatur. Zadane na nich kroki są zczytywane na obraz. Zapraszamy odwiedzających wystawę gości do wspólnego rytualnego medytacyjnego zataczania kół, doświadczania kontaktu z klawiaturą w zupełnie inny sposób.  Zapraszamy również do łupania kamieniem wyłowionych i znalezionych IPHONów! Ze świata gdzie każda rysa na wyświetlaczu staję się problemem a wizja utraty ekranu katastrofą, gdzie wpatrywanie się w ekran oddziela i izoluje, proponujemy wspólne łupanie, i refleksje nad podstawowymi ludzkimi potrzebami. Proponujemy nowe jakości doznań, innego kontaktu ze spojoną już z naturą elektroniką. Bawimy się funkcją i znaczeniem.  Zaprezentowaliśmy naszą wystawę w niezależnej przestrzeni Kurzego Młynu, dawnej zabytkowej zoologicznej stacji co nadało pokazowi dodatkowej jakości.

Małą Mi z powrotem (1)

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Dzień pierwszy powrotu.

Działalność gospodarczą podejmujemy, licząc na zyski, ale związane są z nią  koszty. Nie podejmujemy działalności gospodarczej, jeśli koszty przekraczają zyski, chyba że uda się przynajmniej część kosztów zepchnąć na innych. I tu potrzebne jest państwo ograniczające wolność gospodarczą. Wolność do.  Świetnie prosperujący ośrodek narciarski Czarna Góra nie ponosi wszystkich kosztów swojej działalności, a do nich należą katastrofalne powodzie w Kotlinie Kłodzkiej. Z pewnością duży udział w tych powodziach mają ośrodki narciarski i żadnego udziału w kosztach. I tu potrzebne jest państwo. Państwo, które obroni ośrodki narciarskie przed agresją wszystkich tych, których  powódź pozbawiła dobytku. Państwo, które zatrudni ekspertów, którzy wykażą, że powodzie nie mają nic wspólnego z wycinką lasów pod trasy narciarskie, ekspertów, którzy wskażą domy do wysiedlenia, by na ich miejsce pobudować zbiorniki retencyjne. Państwo, które znajdzie winnych, gdy któryś z tych zbiorników zawiedzie, pociągnie za sobą inne i będziemy mieli kolejną powódź tysiąclecia. Ale nie o tym chciałem mówić.

Continue reading “Małą Mi z powrotem (1)”

Berlin okiem nomady i flâneura (1)

Od Adminki: Nauka napływa ze wszystkich stron, ba, nie tylko nauka w ogóle, ale etnografia! Wspaniale. Bardzo lubię etnografię, mimo że ją tylko studiowałam, a nigdy nie “praktykowałam”. Byłam archeolożką i odróżnialiśmy nasze nauki, czyli archeologię i etnografię, dwoma słowami. Garnki to była archeologia, koszyki – etnografia. Ale to było ponad 50 lat temu. Nie sądzę, by autor znalazł koszyki w Berlinie, aczkolwiek w Berlinie jest wszystko, więc z całą pewnością również koszyki.

Maciej Dudziak

O etnografii Berlina

Zastanawiam się, jakby tu zaprezentować Wam tę książkę, drogie Czytelniczki płci i niepłci wszelakiej. Trudno, bardzo trudno, już sam spis treści powala. Nie wiem, co wybrać jako zachętę. Spis treści jak wiersz o moim / naszym mieście. Już wiem, że na pewno zaprosimy autora do Polskiej Kafejki Językowej. Ale na to jest jeszcze czas, bo na razie wszystkie nasze Trzecie Piątki Miesiąca już do grudnia zajęte. Wybór jest więc całkowicie dowolny. I będzie za tydzień 😉


Wstęp
Antropologiczna nieuchronność świata znaczeń
Rozdział 1: Flâneur jako figura nowoczesności
Zastosowanie empiryczne: flânerie w praktyce badawczej
Walter Benjamin: montaż pamięci i dialektyka ruin
W.G. Sebald: flâneur jako archiwista pamięci i traumy
Synteza: trzy modele flâneuryzmu jako trzy metody poznania miasta
Inne figury tożsamościowe Berlina
Rozdział 2 Berlin: mapa mentalna
Plakat jako ślad wspólnoty. Dworce, słupy ogłoszeń i kontrstruktury codzienności
Terapia wspólnotą. O aktywności zbiorowej w świecie mieszających się rzeczywistości
Rozdział 3 Pierwsze spojrzenie. Przyjazd do Berlina i semiotyka dworca
Berliński ocean
Nawigacja
Podróżowanie
Bywalec
Squad – poszukiwanie wspólnoty
Inwazja kolorów – (nie)obecność Muru
Wizja
Rozdział 3 Zielony Lichtenberg. O przestrzeni, transformacji i gentryfikacji
Kiedy ulica traci głos mieszkańca. Lichtenberg między oswojeniem a wyobcowaniem
Miejsce jako potrzeba. Antropologia domu w mieście kryzysu
“Mietendeckel” – między ochroną a niepewnością. Antropologiczna refleksja o miejscu, prawie i lęku
Niewidzialne ciężary. O wzroście kosztów i antropologii niepewności
Miejsce jako potrzeba. Antropologia domu w mieście kryzysu
Simone. O utracie miasta, które było własne
Most jako granica, most jako rana. Antropologia przejścia przez Oberbaumbrücke
Przechodząc przez most. Flâneur na Oberbaumbrücke

Miasto nomadów. Bezdomność, wybór i antropologia współczesnej mobilności
Wspólnota przetrwania. Misje, bezdomność i cicha sieć troski
Recykling istnienia. Bezdomni jako cisi przetwórcy miasta
Efemeryczne wspólnoty. Nomadzi ulicy w berlińskiej antropologii przetrwania
Koczowiska między miastem a nieobecnością. Transetniczne wspólnoty nomadów w Niemczech
Liminalność — stan bycia pomiędzy. Antropologiczna figura przejścia
Liminalność jako orientacja. Topografia przemocy, punkty znaczenia i nieoczywiste mapy miasta
Fragmenty istnienia. Zróżnicowanie nomadów miejskich jako mikrostruktura przetrwania
Czas doraźności. Antropologia chwili w nomadycznym rytmie miejskiego przetrwania
Post-ponowoczesność jako krajobraz rozszczelniony. Antropologia w czasach po końcu
Retrotopie i iluzje jednorodności. Odpowiedź populistyczna na chaos post-ponowoczesności
Między usunięciem a powrotem. Koczowisko jako figura lęku i antropologii nieciągłości
Rozdział 4 Płynny czas i antropologia przyspieszenia. Post-ponowoczesność w rytmie zerwanej synchronizacji
Berlin — miasto przemęczone
Rozdział 5 CHAoS iN fORm. Rytuały przejścia, witryny tożsamości i nomadyzm estetyczny na Falckensteinstrasse
CHAoS iN fORm – historia miejsca jako mikrohistoria Berlina
Antropologiczna geografia sklepu
Znaczenie nazwy i filozofia przestrzeni
Kreuzberg: palimpsest kultur, oporu i przechwyceń
Rozdział 6 Zieloni Nomadzi. O ogrodzie, który sam się wydarza
Między skrzynką a krzakiem pora. Antropologia miejskiego ogrodu
Warstwy migracyjne nomadów regeneratywnych. Wspólnota po wspólnocie
Ogrody zamknięte, ogrody otwarte. Pomiędzy porządkiem NRD a nomadyczną wspólnotą
Dwa końce tego samego płotu: ROD-y i działki NRD jako formy wspólnoty przejściowej
Działka jako pole walki o sens wspólnoty
W stronę ogrodu hybrydycznego
Ogród jako pytanie o wspólnotę
Nowa diaspora: migracja klimatyczna i ekologiczne wspólnoty przejścia
W stronę wspólnoty przyszłości. Po katastrofie z ziemią
Kleingärten. Ogrody pomiędzy czasem a troską
Niepozorne archiwum troski
Ciało i miasto: relacja nielinearna
Sztuka antropocenu – krajobraz jako archiwum katastrofy i czułości
Ciało – granica między naturą i kulturą
Polityczność chwastów
Rolnik jako tłumacz: Regeneratywne rolnictwo w kontekście koncepcji prawodawcy i tłumacza Zygmunta Baumana
Rolnictwo regeneratywne jako antropologia gleby i wspólnoty
Rozdział 7. Berlin: zwierciadło świata
Pendler i nomada
Pismo jako magia. Frazerowska typologia magii w analizie współczesnej kultury tekstu
Zakończenie

Ciąg dalszy za tydzień

Joanna, trzeci piątek miesiąca i my trzy

Joanna Pfaff

Universitäten des Lebens: Wissen, Ohn-macht, Zugehörigkeit

Dr. Joanna Pfaff-Czarnecka ist Sozialanthropologin, mit dem regionalen Schwerpunkt in Südasien (Nepal und Indien). Sie arbeitet als Senior-Professorin an der Universität Bielefeld. Ihre Forschungsgebiete sind Universitäten und die Prozesse des Studierens, sowie die Kreation von Wissen mit dem Fokus auf Ohn/Macht und Ungleichheit. Theoretisch erkundet sie Konstellationen von Zugehörigkeit; methodologisch beschäftigt sie sich mit qualitativer Erforschung asiatischer Gesellschaften und Kulturen über Verflechtungen und Vergleiche.

Über Ihr Vortrag schreibt sie: Die Welt des Wissens ist stark hierarchisch organisiert und sie zeichnet sich durch zahlreiche
Exklusionen aus. Wie benachteiligend und ausschließend die Welt des Wissens – das heißt Orte, wo Wissen kreiert und weitergegeben wird – sein kann, haben beispielsweise die südasiatischen Dalits, vormals: in Indien und Nepal als ‚unberührbar‘ bekannt, einschneidend erlebt und erfahren. Mein Vortrag schildert den Kampf der Dalits um Anerkennung und um den Zugang zu Orten des etablierten Wissens, etwa zu Universitäten. Dabei zeige ich auch, wie mir diese Thematik zu Einsichten über die Bedeutung des nicht-akademischen Wissens verholfen hat, und welche Möglichkeiten des Engagements ich heute wahrnehme.

Im Rahmen des Projekts „Wir Drei” werden
Ewa Maria Slaska, Elżbieta Kargol und Krystyna Koziewicz
am Freitag, den 17. October 2025
Joanna Pfaff
zu Gast haben.

Od Adminki:

My trzy, Ela Kargol, Krysia Koziewicz i Ewa Maria Slaska zapraszamy do SprachCafé Polonisch na spotkanie z niezwykłą podróżniczką po światach, kulturach i językach, naukowczynią z kategorii tych, których niemal się nie spotyka, a jacy powinni być zawsze i wszędzie, żebyśmy mogli poczuć na twarzy prawdziwy jesienny powiew nauki (nauka się zaczyna jesienią,przychodzi razem z grzybami i kolorowymi liśćmi, wszyscy to wiemy), która jest czymś znacznie więcej, niż zbieraniem punktów za publikacje.

My trzy
Ewa Maria Slaska, Elżbieta Kargol, Krystyna Koziewicz
zapraszamy na spotkanie w Polskiej Kafejce Językowej

w piątek 17 października o godzinie 19

Schulzestr. 1
13187 Berlin – Pankow
Stacja kolejki Wollankstrasse (tylne wyjście!!!!)

Cierpienie zwierząt. Psy łańcuchowe


DIOZ Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt

KONIEC ŁAŃCUCHÓW W POLSCE! ⛓️‍💥🐾🆘

Od dziecka walczyłem z łańcuchami. Gdy miałem trzynaście lat, po raz pierwszy stanąłem do tej walki – i od tamtej pory ściągnąłem z szyi zwierząt tysiące tych przeklętych ogniw. Każdy łańcuch, który odpadał, był symbolem wolności, nadziei i zwycięstwa nad okrucieństwem.

Dziś Sejm za sprawą 260 posłów uchwalił nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, zakazującą trzymania psów na łańcuchach. Tak – wreszcie! To, co przez lata było symbolem cierpienia, upokorzenia i niewyobrażalnej samotności, przechodzi do historii.

Continue reading “Cierpienie zwierząt. Psy łańcuchowe”

Ségolène (fragment powieści)

Narratorem jest Holger, Niemiec z NRD, przyjęło się mówić byłej, ale to bez sensu, NRD sama z siebie jest była, już jej nie ma.

Krzysztof Maria Załuski

(…) próbowałem opowiadać jej o mojej pracy, o dziesiątej rocznicy upadku Muru Berlińskiego, o tym jak od miesięcy tym tematem maltretuje nas wydawca. I jak redagowanie tych wszystkich pamiętników, albumów i całej reszty okolicznościowych broszur doprowadza mnie do mdłości… No bo ile można pisać o zasiekach, polach minowych, reflektorach, wieżyczkach strażniczych, sowieckich czołgach, tajnych współpracownikach Stasi, żołnierzach Narodowej Armii Ludowej i partyjnych aparatczykach?

A potem powiedziałem Ségolène, że mieszkałem kilkadziesiąt metrów od granicy, na Strelitzer Straße1. I że z czwartego piętra ten mur wyglądał jak brudny cień. Czasem nawet o nim zapominaliśmy. Bo on po prostu był. Taki codzienny, oczywisty, zwykły, jak ściana pomiędzy kuchnią a łazienką… Ale dziewiątego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku przestaliśmy się go bać. Berlin śnił już tylko o wolności.

Pamiętam tamto morze szarych ludzików, którzy napierali na betonową zaporę z siłą tsunami. Kruszyli ją kawałek po kawałku, przęsło po przęśle. Uderzenia młotków i szczęk dłut przerywały okrzyki radości. Oklaski i wystrzały korków szampana zagłuszały komunikaty z megafonów. Wszyscy widzieli, ale nikt chyba jeszcze nie wierzył. Zbyt wiele razy nas oszukiwano. Więc może i tym razem ta wolność miała być jedynie iluzją, jakąś komunistyczną prowokacją? Tak wtedy myśleliśmy… Niepewność podsycali jeszcze zdezorientowani strażnicy, którzy nagle znaleźli się po niewłaściwej stronie historii – zdumieni, niepewni, jak roboty pozbawione instrukcji… A jednak nie otworzyli ognia. Pochowali się, jakby samo przyjęcie do wiadomości faktu, że to koniec tamtego świata, przerastało ich intelektualne możliwości. Patrzyli z niedowierzaniem na tłumy, które już za moment miały złamać tabu i przejść granicę mitycznego Zachodu, ten widnokrąg rzeczywistości, która istniała do tej pory jedynie w naszej wyobraźni.

Mówiłem jej o tym, że Berlin jeszcze długo pachniał tamtym wilgotnym listopadem, rozłupanym betonem i nadzieją – niestety gasnącą z każdą rocznicą Zjednoczenia Niemiec. Kawałki muru najpierw stały się relikwiami, swoistymi trofeami – namacalnym dowodem udziału w obaleniu reżimu Honeckera, później pojawiły się na straganach pod Bramą Brandenburską. Przy stołach do tapetowania zasiedli okutani w syberyjskie papachy handlarze historią, którzy za kilka dolarów sprzedawali jej okruchy: sowieckie mundury, płaszcze, hełmy, pasy, bagnety, czerwone sztandary i ordery z Leninem, Stalinem i Mao… Tak oto historia stawała się własnym, żałosnym wspomnieniem i budzącą jedynie śmiech martyrologią. Z wolności i jedności pozostała tylko czapka z czerwoną gwiazdką, coraz mniejszą, coraz bardziej wyblakłą. Dawni funkcjonariusze systemu pozrzucali mundury, niektórzy wyjechali na Zachód i zostali kierowcami taksówek, ochroniarzami w supermarketach, pracownikami magazynów, inni, bardziej elastyczni, dostosowali się do nowej rzeczywistości. Ci sami ludzie, którzy bez zbędnej refleksji strzelali do uciekinierów, stali się szanowanymi policjantami.

Wspomniałem jej także, że największe rozczarowanie przyszło jednak później. Gdy okazało się, że wielu działaczy opozycji, ludzi, których podziwialiśmy za ich niezłomność i odwagę, przez lata współpracowało ze Stasi2. Byli rozgrywani jak pionki, pisali raporty, donosili na przyjaciół, sąsiadów, kolegów z pracy a nawet na własne rodziny. Mimo to spora część zrobiła kariery w zjednoczonej Republice Federalnej. Niektórzy w polityce, inni w służbach, a jeszcze inni w mediach… I nikt już ich nigdy nie pytał, na kogo pisali donosy… Kiedy parę tygodni po otwarciu granicy wyjeżdżałem z Berlina, nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedykolwiek będę musiał pisać o wątpliwym bohaterstwie moich rodaków. Czytając archiwalia, coraz częściej zastanawiałem się, w jakim stopniu historia jest mistyfikacją. Bo przecież na moich oczach rodziły się mity. Dawni oprawcy stawali się rzecznikami demokracji, a martwe ofiary systemu milczały, jak zawsze… Ale dla mojego wydawcy to było nieistotne. Dla niego liczyło się tylko to, żeby sprzedać licencję na ten chłam, żeby było o nas głośno w telewizji, w radio i w gazetach. Jego interesowały wyłącznie wyniki finansowe.

Nie wiem jak długo wtedy opowiadałem Ségolène o Berlinie Wschodnim i o moim, wymyślonym przez Stalina i Ulbrichta kraju, o tej nieszczęsnej Niemieckiej Republice Demokratycznej, która trzeciego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku tak cudownie zjednoczyła się z Republiką Federalną Niemiec. Mówiąc jej to wszystko chyba nie zdawałem sobie sprawy, że dla kogoś takiego jak ona, moje wspomnienia są kompletnie niezrozumiałe… No, bo co takich Szwajcarów, Brytyjczyków, Francuzów czy Amerykanów może obchodzić nasza historia – kapitulacja po wojnie, podział Niemiec, okupacja i deportacje w głąb Rosji… gwałty, rabunki i zbrodnie komunistów, powstanie w czerwcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku i jego brutalne stłumienie przez Sowietów, kolektywizacja rolnictwa i nacjonalizacja przemysłu, albo masowe donosicielstwo i ucieczki przez pola minowe? A już najmniej to, że na koniec, nasi bogaci krewni z Zachodu, tak nas oszukali

______________________________

1 Strelitzer Straße – ulica w berlińskiej dzielnicy Mitte, w rejonie dawnej granicy między Berlinem Wschodnim a Zachodnim. Po wzniesieniu Muru Berlińskiego w 1961 r. znalazła się po stronie wschodniej, tuż przy pasie granicznym. W jej pobliżu dochodziło do dramatycznych prób ucieczki do Berlina Zachodniego; w 1962 r. na skrzyżowaniu Strelitzer Straße i Bernauer Straße zginął Peter Fechter, jedna z najbardziej znanych ofiar muru.

2 Stasi – potoczna nazwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD (Ministerium für Staatssicherheit), funkcjonującego w latach 1950–1990. Uchodziła za jedną z najskuteczniejszych i najbardziej represyjnych służb wywiadowczych w bloku wschodnim; zajmowała się inwigilacją obywateli, dezinformacją i tłumieniem opozycji.

Uwaga od Adminki: Czytałam tę wspaniałą powieść, wcale nie o NRD (to tylko nie nie znaczący fragment), tylko o życiu i historii, a zwłaszcza o miłości i kobiecie, jest rękopisem, czyli maszynopisem, a właściwie nawet komputeropisem i szukam dla niej wydawcy.

Małą Mi do Berlina i z powrotem (7). Berlin

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Pauza

Rozważałem dwa sposoby powrotu do Wrocławia. Albo wrócę tak jak tu dotarłem, czyli  płynąc lub idąc, albo spróbuję wrócić pociągiem, rozcinając MAŁĄ MI na cztery części. Miałem pewne wątpliwości co do jednego jak i drugiego sposobu. W końcu rozciąłem MAŁĄ MI na dwie części i schowałem do piwnicy Ewy Marii. Do Wrocławia wróciłem  Flixbusem. Okazało się to bardzo słusznym posunięciem. Gdybym płynął MAŁĄ MI z powrotem,  to  nie kupiłbym książki Życie seksualne kajakarzy. A jak bym pojechał pociągiem, nie dostałbym od Ewy Marii książki Amerykański sen.


Teraz te książki stoją u mnie na półce i prowokują prawie identyczni kolorami obwoluty, bym spróbował powiązać w jedną całość ich lajtmotiwy. A nie jest to proste, bo jedna mówi o seksie, czyli zjawisku biologicznym, a druga o wolności obywatelskiej, czyli zjawisku należącym do sfery polityki. Na razie,  kilka dni po przyjeździe do Wrocławia, zadzwonił do mnie kolega i poprosił o pomoc  w szkoleniu żeglarskim. I tak znalazłem się w Tychach, na jeziorze Paprocany z czterema szelmami na pokładzie. Doszukiwałem się w tym magii, ale się nie doszukałem. Za to miałem okazję skonfrontować moje poglądy z pokoleniem Z. Okazały się zadziwiająco zbieżne, nawet wtedy, gdy stwierdziłem, że młodzi ludzie są największą zarazą zagrażającą ziemi, bo chcą się uczyć, zdobywać dobry zawód i móc się dorabiać nowych samochodów,  mieszkań, mebli do tych mieszkań i wielu innych dóbr, a to przecież zagraża światu. Zetki przyznały  mi rację, ale nic z tego nie wynikło.  Kurs zakończyliśmy na DeZecie, łodzi dziesięciowiosłowej z dwoma masztami o tradycyjnym ożaglowaniu gaflowym.


Za honorarium za szkolenie kupiłem Życie seksualne kajakarzy Wojciecha  Koronkiewicza. Inaczej nie kupiłbym  tej książki, a szkoda, bo jako organizator i komandor wielu spływów kajakowych, zarówno harcerskich jak studenckich, mam swoje obserwacje w tej materii i szkoda by mi było pieniędzy. Tym bardziej, że jak się spodziewałem, o życiu seksualnym  kajakarzy było w niej bardzo mało, zaledwie pół zdania, za to zgodne z moimi obserwacjami. Ci kajakarze to przez cały dzień wiosłują, a wieczorem rozbijają namioty, lecz zamiast zająć się życiem seksualnym, rozpalają ogniska,  siadają przy nich i do późnej nocy śpiewają. Rozumiem jeśli tak robią harcerze, ale  że również studenci, tego to nie rozumiem, to do nich niepodobne. Coś tu nie gra. To trzeba wyjaśnić. 

Po kursie żeglowania wróciłem do Wrocławia i zacząłem przygotowania do sprowadzenia MAŁEJ MI z Berlina do Wrocławia. Zadzwoniłem do Alka i upewniłem się, że jak utknę gdzieś w Polsce, to przyjedzie po mnie z przyczepką i wyciągnie mnie z opresji. Do Berlina udałem się Flixbusem i od razu zabrałem się za składanie MAŁEJ  MI. Okazało się to prostsze niż myślałem. Spieszyłem się, bo przede mną były dwa dni pomyślnych wiatrów na kanale Odra-Sprewa. Na odjezdne Ewa Maria dała mi swoją książkę Amerykański sen i świeżo upieczony placek drożdżowy.

Staszek Pyjas, zwei Stimmen / dwa głosy

Tibor Jagielski

pamięci pokolenia staszka pyjasa
twoje pokolenie
spadło ze schodów
w wieku lat 24

wczoraj
– po wielokrotnych denuncjacjach i inwigilacjach,
wiwisekcjach i ekshumacjach –
ogloszono na fesjsbuku:

było pijane
i samo sobie winne.

z cyklu: “wizje tylko lokalne”

***

Michael Meinicke

Staszek Pyjas – 7. Mai 1977 – Kraków

Mit den Leuten, die alle schwarze Regenschirme halten, stehe ich vor einem alten Haus im Zentrum der Stadt und versuche, die Rede eines polnischen Studenten zu verstehen. Er steht im Hauseingang, von schwarzen Todesfahnen umgeben. Links und rechts kleine Plakate an den Wänden, vor denen Sterbelichter flackern. Als ich das Haus betrete weiß ich, dass hier Staszek das letzte Mal an unsere Welt dachte, an seine Freunde, seine Liebe, an Arbeit, an den Kampf, den er im unerwünschten Komitee zur Unterstützung der Arbeiter führte, an Hass und Freude. Vielleicht auch an sein Philologiestudium, seine Artikel im Studentenmagazin und seine Pläne für die Zukunft, die Hoffnungen auf die Schönheit unseres menschlichen Lebens – bis er über das Treppengeländer stürzte und Schädel und Herz auf den alten Fliesen zerbrachen. Ich sehe auf die Blumen dieser Stelle und auf das kleine Passfoto, auf die Totenwache einer Studentin und eines bleichen Kumpels, den ich für eine Wachsfigur halte, als sich mein Körper verkrampft. Ich denke an meine Freunde und mein Leben und das alles in unserer Welt gleich ist, auch wenn wir durch Grenze und Sprache getrennt sind. Und ich fühle den Händedruck und das mutbringende Lächeln der Polen in der soeben besuchten Totenmesse in der Dominikanerkirche. Welches Entsetzen, welche Macht, welche tödlichen Erlebnisse lassen uns unsere Liebe und Sehnsucht vergessen? Ich schäme mich, weil ich nicht schreie, weil ich lebe und liebe in dieser Finsternis, weil ich nicht mehr helfen kann. Weil ich das hier begreifen, geschehen lassen muss. Nichts ist mehr möglich, nur durchhalten, um die winzige Flamme, diesen kleinen, fast vergessenen Traum des Glücks weitertragen zu können. Es wird die Zeit kommen, wo wir nicht mehr Straßen, Plätze mit den Namen der Opfer benennen müssen. Wo es keine Denkmäler und Tafeln mit Trauerblumen an den Wänden geben wird. Alles wird dann in uns selbst existieren. Wir werden daraus bestehen. Eins sein mit unserer Hoffnung und glücklich in jeder Sekunde. Glücklich, wenn Worte wie Terror, Kampf und Sieg vergessen sind. Endlich wird uns bewusst sein, dass wir leben ohne Angst, die Zukunft verlieren zu müssen. Wir werden uns mit dem unbekannten Staszek treffen und mit allen, die Schmerz und Entsetzen in die Musik einer kommenden Gemeinschaft verwandelt haben. Einmal werden wir uns ohne inneres Grauen lieben.

***

Erst nach Veröffentlichung dieses Beitrags, schickte mir Autor dieses Foto:

Beschreinung vom Autor: Foto – 1977 Kraków. Unser Treff. Links Sue, mit der ich immer befreundet bin. Rechts meine 1. Ehefrau. Unten heimlich von mir aufgenommen – sie stehen an, um Abschied zu nehmen. Hier wurde er ermordet.