Projekt Irena Bobowska – zapowiedź

Anna Krenz & Ewa Maria Slaska

Wrzesień 2022 / 4 wieczory / 4 dyskusje / 4 performance / 4 koncerty / 4 miejsca

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Projekt ma być kolejnym przyczynkiem do debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości, szczególnie w obliczu kolejnej wojny w Europie. Kim były te kobiety, Polki, które walczyły o wolność? Jak wiele możemy się nauczyć z historii i jak o niej rozmawiać? Jak możemy zachować pamięć o zapomnianych bohaterkach? W jaki sposób wspólne debaty historyczne i sztuka mogą przyczynić się do głębszego zrozumienia i uniknąć powtórzenia historii?

W naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ponieważ w naszej kulturze historię piszą zwycięzcy – mężczyźni. Zapisana w annałach historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, w których dominują bohaterowie – generałowie, wodzowie, żołnierze, papieże. Stawia się im pomniki, pisze się o nich epopeje. Dlatego w naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ofiarach i cichych wojowniczkach.

W ostatnich latach w Berlinie toczy się dyskusja na temat miejsc pamięci i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Debata była długa, odbywała się wśród ludzi na różnych wysokich szczeblach i naukowych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, zwłaszcza młode, reprezentantki społeczeństwa obywatelskiego, czy nie należące do zamkniętych kręgów naukowych i osoby zainteresowane, nie brały w tym udziału.

Bohaterką projektu jest Irena Bobowska, poznańska poetka, która w roku 1942 w wieku 22 lat została zamordowana przez hitlerowców w Berlinie. Dla nas jest ona symbolem tych wszystkich młodych, utalentowanych kobiet, które zostały zamordowane, udręczone, torturowane w czasie wojny, a potem wygnane w niepamięć przez potomnych.

Program i więcej info:

A w ramach projektu ogłaszamy też

call for statements!

Druga z czterech debat odbędzie się 8 września pod “naszym” pomnikiem na F’hain.
Temat: Wojna (jako idea, 2 wojna światowa, wojna w Ukrainie). Forma: manifesty!

Serdecznie zapraszamy te z Was, które interesuje temat wojny do wystąpienia z manifestem, oświadczeniem, przemówieniem 8.9.2022 | 18.00.
Po perfo i manifestach odbędzie się koncert Jemka Jemowita.

Zgłoście się na email: bobowskaberlin@gmail.com


Die Reihe besteht aus 4 Veranstaltungen mit Performative Lesungen von Bobowskas Gedichte, mit Diskussionen mit eingeladenen Expertinnen und eine Ausstellung mit Informationen und ein Porträt sowie Werke von Irena Bobowska und den historischen und  Kontext. Darüber hinaus wird eine Gedenkzeitung “Pobudka” (Weckruf) mit Bobowskas Gedichten in polnischer und deutscher Sprache erscheinen – jedes Gedicht wird von einer anderen Frau übersetzt. Ende des Jahres wird auch eine Publikation zum Thema erscheinen.

Die Botschaft der Polinnen* ist ein Kunstprojekt von Anna Krenz, es ist eine temporäre mobile Rauminstallation mit Spitzenwänden ohne festen Sitz. Die Botschaft veranstaltet Treffen, Ausstellungen und Diskussionen zu Politik, Umwelt und engagierter Kunst. Die Eröffnung und Einweihung der polnischen Botschaft fand im Juni 2020 im Haus der Statistik in Berlin statt. www.facebook.com/AmbasadaPolek/

“Die Kunst ist das Gewissen der Menschlichkeit.” Anna Krenz

Die Veranstaltungen an diesen Orten werden von der Botschaft der Polinnen* begleitet.

PROGRAMM: 

Heimat

1. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Regenbogenfabrik, Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin (Kreuzberg)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Anna Burek / 
Soziolinguistin, Autorin
Masha Pryven / 
Fotografin instagram.com/masha.pryven/
Dr. Kamila Schöll-Mazurek / Leiterin Welcome-Willkommen-Witamy Interkulturelle Anlauf- und Beratungsstelle für Migranten, Polnischer Sozialrat e.V. / polskarada.de

Konzert: Don Philippe Facebook >>>


Krieg

8. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | „Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit“, Virchowstraße, 10249 Berlin (Volkspark Friedrichshain)

Performance: Karen Kandzia

Diskussion mit:

Aleksandra Puciłowska, Autorin

Konzert: Jemek Jemowit | www.jemek.net

Unterdrückung

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße” von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/


Erinnerung

22. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Ch. 100, 12524 Berlin (Treptow – Köpenick)
Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.  lg-ravensbrueck.vvn-bda.de
dr Iwona Dadej
 / Instytut Historii PAN cbh.pan.pl
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia polonia-biuro.de
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin. www.aktives-museum.de
Anja Witzel 
/ Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

14 Milionen Ukrainer sind jetzt auf der Flucht.

550 Plakate von Karsten Hein

Ab dem 7. Juni bis Anfang September werden sieben Motive aus Lviv als 18/1 Plakate auf Plakatwänden der Firma Ströer in Berlin und Brandenburg zu sehen sein. Alle 10 Tage werden ca. 50 Plakate in einem anderen Bezirk bzw einem anderen Ort geklebt werden.

Das erste ist schon da: Gleditschstraße, Ecke Grunewaldstraße.


Aus dem Pressetext:

Seit Russland einen brutalen Angriffskrieg gegen sein Nachbarland Ukraine begonnen hat, fliehen Ukrainer und Ukrainerinnen vor den Tod und Zerstörung bringenden russischen Soldaten und Raketen. Innerhalb des Landes sind nach Angabe des Internal Displacement Report des IOM über 8 Millionen Menschen auf der Flucht (Stand 3. Mai), über 6,5 Millionen Menschen sind laut UNHCR (25. Mai) inzwischen aus ihrer Heimat ausgereist, vor allem nach Polen, Rumänien, Ungarn, Moldau, Slowakei und auch Russland. Viele treibt es weiter in andere Staaten der EU, so unter anderem nach Deutschland, wo bis zum 1. Mai 727.000 Flüchtlinge registriert wurden. Europa erlebt die größten Flüchtlingsströme seit dem Ende des Zweiten Weltkriegs. Das mediale Interesse ist riesig, die Hilfsbereitschaft der Menschen vor Ort groß. Zumindest bisher. Aber so wie sich früher oder später eine Kriegsmüdigkeit einstellen wird, besteht auch die Gefahr eines Verebbens der Hilfbereitschaft den ukrainischen Flüchtlingen gegenüber.

Hier setzt eine Plakataktion des Berliner Dokumentarfotografen Karsten Hein an, die ab Anfang Juli bis in den September hinein in Berlin und Brandenburg auf Plakatflächen der Firma Ströer zu sehen sein wird. Hein möchte das Bewusstsein für die menschlichen Schicksale der aus der Ukraine Fliehenden und bereits Geflüchteten wachhalten. Dabei setzt er auf Bilder von hohem Wiedererkennungswert, die dem Bereich der Straßenfotografie zugeordnet werden können. Keine Schreckensszenen aus dem Krieg, keine verzweifelten Gesichter, sondern Menschen aus dem Osten der Ukraine, die – oftmals erschöpft – eine Bahnhofstreppe in der westukrainischen Stadt Lviv heruntergehen, bepackt mit dem Nötigsten, auf dem Weg zu uns unbekannten Zufluchtszielen. Zu sehen ist immer wieder der mehr oder weniger gleiche Bildausschnitt, aber mit jeweils anderen Menschen, die symbolisch stehen für den anhaltenden Exodus aus dem schwer vom Krieg gebeutelten Land. Sieben Motive sind für die Plakataktion ausgewählt worden und werden nacheinander an immer wieder neuen Standorten zu sehen sein, versehen mit einem Spendenaufruf der Caritas, die – wie andere Hilfsorganisationen in Deutschland auch – Ukrainekriegsflüchtlingen Unterstützung bietet und mit der Hein bereits seit 2003 immer wieder projektbezogen zusammenarbeitet.


Über eine Berichterstattung würden wir uns freuen. Gerne steht der Dokumentarfotograf und -filmer Karsten Hein auch für ein Interview zur Verfügung.
Die Verwendung der Bilder im Zusammenhang mit der Berichterstattung über die Plakataktion ist frei. Wir bitten um Zusendung von zwei Belegexemplaren an die u.g. Adresse:

Kontakt
Karsten Hein
Werkstatt für interkulturelle Medienarbeit WIM e.V.
Crellestraße 19/20
10827 Berlin, 2. Hinterhof, 4. OG
http://www.wim-berlin.de
Pressekontakt
Jens Pepper

Haiku gegen Krieg

Joasia Rubinroth

lügen-diktator

putin der kranke eunuch.
eines nachts: angriff.

alles ausverkauft: 

gaskocher. mehl. batterien. 
deutschland war bereit. 
 
ein grässlicher ton.

ein widerliches klirren. 
eiserner vorhang.

die sonne lacht so,

als wären alle nachrichten vom krieg
fake news

putin droht mit knopf.

und die ganze welt zittert. 
während charkiew stirbt. 

wie kann es schön sein

wie können blumen blühen
wenn nebenan krieg

gesprengte brücken. 

asche und schutt. übrig: 
patriotismus. 

der kopf rafft es nicht,

dass ein mann soviel macht hat. 
und die welt bedroht. 

man sagt dass putin 

mit goldener klo-bürste 
die kindheit wett-macht

STOP MAIL EGO DESTROY THE WORLD!
(to nie haiku) 

manchmal ein funke

ein kleiner funke hoffnung
dass es noch gut wird

Hiob / Auschwitz

Bogdan Twardochleb

Autor przysłał kilka dni temu takiego maila:

Kochani,

Gero Hellmuth, artysta z Singen, prawie znad jeziora Bodeńskiego, dziecko wojny (ur. w 1940 w Neustrelitz, Mecklenburg) przywiózł do Gdańska swoją wystawę, której otwarcie będzie w czwartek, czyli pojutrze, 14 lipca 2022 roku w Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Termin otwarcia wystawy był z powodu pandemii kilkakrotnie przekładany. Hellmuth bardzo chciał tę wystawę w Gdańsku zorganizować. Początkowo była mowa o innym miejscu, ostatecznie jest Muzeum Drugiej Wojny. Nieważne. Bardzo ważne jest to, że postanowił przekazać Gdańskowi (Polsce) swą symboliczną rzeźbę – Tryptyk z Auschwitz.

Na wernisażu miałem wygłosić mowę, o którą Gero Hellmuth mnie prosił. Jestem po operacji i niestety nie mogę pojechać do Gdańska. O ile wiem, moją mowę przeczyta pani konsul generalna Cornelia Pieper. Przesyłam Wam tekst tej mowy i katalog wystawy.

Wydaje mi się, że to, co Gero Hellmuth postanowił zrobić, jest bardzo, bardzo ważne. A dziś, ze względu na to, co się w Polsce opowiada o Niemczech, jeszcze ważniejsze. Dlatego chciałem się z Wami podzielić tą ważną wiadomością. Może Was zainteresuje.

Serdecznie pozdrawiam

Bogdan


Bogdan Twardochleb

Otwierajmy drzwi

Gero Hellmuth urodził się w 1940 roku w urokliwym miasteczku Neustrelitz w Meklemburgii. Od ponad pięćdziesięciu lat mieszka w Singen am Hohentwiel blisko granicy niemiecko-szwajcarskiej. Maturę zdał w Stuttgarcie. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. Ukończył też historię sztuki i filozofię.

Cykl jego prac „Hiob” był w Niemczech prezentowany wielokrotnie. Przed czterema laty został po raz pierwszy pokazany w Polsce, w nowej filharmonii w Szczecinie. Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest drugim w Polsce miejscem, gdzie można go zobaczyć. Przygotowując wystawę w Gdańsku autor poszerzył go o cykl „Auschwitz”. Dołączył też obrazy z cyklu „Dzieci wojny” w innym wyborze niż w Szczecinie, podkreślającym przerażenie jego dzisiejszą aktualnością.

Wystawa w Gdańsku ma znacznie symboliczne, bo tu, od napaści Niemiec na Polskę, wojna się zaczęła. Jest to również miasto, gdzie powstał ruch, kierowany ideą solidarności, jakże inną od wszystkiego, co niesie ze sobą wojna. Solidarność nie szuka wrogów, nie przynosi cierpienia, lecz przezwyciężając je przynosi nadzieję.

Dla Gero Hellmutha wystawa w Gdańsku jest szczególnie ważna. Sugeruje to jej nowy tytuł: „Hiob – lament i przezwyciężenie”.

W twórczość artysty z Siengen, która wynika z przemyśleń nad współczesnością, wpisane jest przekonanie o zanurzeniu człowieka w odwiecznym losie świata, rozpiętym między życiem a śmiercią, cierpieniem a nadzieją. Dlatego tak ważna jest dla niego Księga Hioba – dramat o cierpieniu i nadziei. Przeżycia i wątpliwości Hioba są w naszej kulturze doświadczeniem każdego człowieka, bo jego cierpienie jest wpisane w los każdego.

Ale jest też cierpienie, nie wynikające z losu. Cierpienie, jakie jeden człowiek świadomie zadaje drugiemu człowiekowi, decydując o jego bólu i śmierci. Lata drugiej wojny światowej były nabrzmiałe od takiego cierpienia. Jesteśmy jego dziedzicami.

Gero Hellmuth sięga po najbardziej bolesny czas w historii człowieka. Obrazuje to cykl „Auschwitz”, inspirowany filmem dokumentalnym, pokazującym więźniów tego obozu śmierci w dniu jego wyzwolenia. Na ręce jednego z nich artysta dostrzegł wytatuowany numer 19… Uznał go za symbol XX wieku, w którym ludzie zostali obrabowani przez innych ludzi z nazwisk i godności, sprowadzeni do kilkucyfrowego numeru.

Na wystawie jest też obraz „Straße der Trauer II – Weg zum Vernichtungslager“, w który wpisane są strzępy słów z Księgi Hioba, jakby wyryte na świadectwo w obozowej celi śmierci.

Częścią cyklu „Auschwitz” jest tryptyk „Auschwitz – Uwolnienie 1945”, przypominający krzyż. Powstał na 50. rocznicę wyzwolenia więźniów Auschwitz i końca wojny. Gdy był pokazywany w Berlinie, w znanym kościele św. Mateusza, został ustawiony na ołtarzu. Było to symboliczne utożsamienie ofiar Auschwitz z ukrzyżowaniem Chrystusa. Ludzie, którzy w Auschwitz decydowali o cierpieniu i śmierci innych, przywłaszczyli sobie prawo Boskie, bo nie Bóg przecież, a – jak napisała w 1946 roku polska pisarka Zofia Nałkowska – to „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nad sprawcami takich cierpień nie wolno roztaczać parasola milczenia. Poprzez swoje prace Gero Hellmuth, przenosząc w przyszłość ból i cierpienie więźniów Auschwitz, staje się świadkiem ich losu, a jednocześnie świadkiem czynów tych ludzi, którzy taki los im zgotowali. Napisał: „Tryptyk Auschwitz (…) ma przypominać barbarzyństwo niemieckiego narodowego socjalizmu, pod panowaniem którego Polacy i wiele innych narodowości doznało niewysłowionych cierpień, a poprzez to ma ożywiać potrzebę wyciągania nauk z przeszłości”.

Tryptyk przypomina krzyż. Jest symbolicznym przedstawieniem przejścia od mroków wojny do światła przyszłości. Jego lewa część to obraz zagłady, centrum to drzewce krzyża, zwieńczone symbolicznymi drzwiami z numerem 19, a część prawa, jasna, to obraz nowego życia, w które wpisana jest pamięć o zagładzie.

Prologiem do wystawy jest niewielka rzeźba „Znalezisko” – metalowa kołatka, ocalona z drzwi domu, który utracił swych mieszkańców. Na co dzień kołatka służy do tego, aby ktoś, kto chce wejść do domu, mógł zapukać do drzwi. Po drugiej ich stronie musi jednak być ktoś, kto zechce te drzwi otworzyć.

W latach 1939-1945 drzwi między Polakami a Niemcami były szczelnie zamknięte. Nikt do nich nie pukał – nikt nie otwierał. Kołatki i klucze do wielu domów były i pozostały bezdomne, niczyje. W tym sensie również są metaforą cierpienia.

Od wielu lat między Polakami i Niemcami jest inaczej. Drzwi są otwarte. Nie znaczy to jednak, że tak musi być zawsze. Gero Hellmuth podpowiada więc, aby korzystając z tego, co dobre w polsko-niemieckim sąsiedztwie, umacniając je, nie zapominać o czasach dla niego najgorszych. By przypominać drogę, jaką przeszliśmy od nich do wzajemnego zaufania, otwierania drzwi i symbolicznie ją powtarzać. Nie wolno nam zapomnieć, jak była trudna, bo tylko pamiętając, będziemy odczuwać, jak bezcenne jest to, co mamy dziś.

Takie przesłanie jest w pracach Gero Hellmutha. Ma wymiar ogólnoludzki, bo też w ogólnoludzkim wymiarze trzeba widzieć historyczne doświadczenie polsko-niemieckie. Wtedy będzie niczym Księga Nadziei.

W 2015 roku artysta pisał: „Kołatka wskazuje na niezwykłą wartość zaufania, jakie pomimo (…) nieszczęsnej przeszłości zrodziło się między naszymi narodami w ciągu ostatniego siedemdziesięciolecia. Częstokroć zaczynało się od tego, że ktoś pukał do czyjegoś domu”.

Wystawa Gero Hellmutha jest właśnie pukaniem do drzwi naszego domu. Zostały otwarte w Szczecinie, a teraz w Gdańsku. Dlatego tak symbolicznie ważna jest zarówno otwierana dziś wystawa, jak i jej przyjęcie.

Do wystawy artysta włączył obrazy, symbolizujące cierpienia dzieci wojny. W katalogu wystawy szczecińskiej pisał: „Dziecięce oczy (…) stawiają nieme, przeszywające pytania: Co myśmy wam zrobiły? Co skłania was do tego, by zabierać nam pokój, poczucie bezpieczeństwa, miłość, otaczające nas ramiona rodziców…”.

W 1945 roku Gero Hellmuth miał pięć lat, gdy musiał uciekać z rodzinnego domu w idyllicznym Neustrelitz. Jak wszystkie dzieci wszystkich wojen poznał niewysłowiony dziecięcy strach. Dzieci wojny, które na pewno nie się niczemu winne, doświadczają losu Hioba.

Gdy pokolenie niemieckich dzieci wojny zaczęło rozliczać się z pokoleniem swoich rodziców, wzięło na siebie odpowiedzialność za jego winy i cierpienia, jakie wyrządziło innym. Świadectw tej odpowiedzialności, której symbolem stała się Akcji Pokuty, jest w niemieckiej sztuce współczesnej i życiu społecznym bardzo wiele. Za mało je w Polsce znamy. Należą do nich prace Gero Hellmutha.

Na wystawę w Gdańsku artysta przygotował nowy obraz „Krzyk dzieci wojny”, który powstał niedawno, pod wpływem wiadomości o wojnie w Ukrainie. Los Hioba znów jest losem dzieci. Cierpią, uciekają z matkami ze swych domów, chronią się także u nas, w Polsce i Niemczech. Ich cierpienie nas łączy.

Jest też na wystawie obraz „Oczy”. Gero Hellmuth umieścił w nim fragment wiersza Hilde Domin, poetki bardzo znanej w Niemczech, zatytułowanego „Napalm-Lazarett” (1970). Wstrząsający jest opisany słowami jakby pokrewnymi stylistyce Tadeusza Różewicza obraz dziecięcego cierpienia.

„Hiob” Gero Hellmutha jest zmetaforyzowaną opowieścią o upadku ludzi i dźwiganiu się z upadku. W obrazy z tego cyklu wpisana jest sylwetka człowieka, uwikłanego w biel i czerń, odcienie szarości, wieloznaczność budzącej się czerwieni.

Po drugiej wojnie światowej ludzkość z trudem dźwigała się z upadku. Europejczycy zaczęli budować nowy dom na fundamentach obrony godności człowieka, jego praw, zgody narodów, pojednania, dialogu, solidarności, wzajemnej odpowiedzialności za świat – nasze dobro wspólne. Mimo to po drugiej wojnie światowej nie było na świecie dnia bez wojny. Dziś boleśnie uświadamia to agresja Rosji na Ukrainę. W tym kontekście wystawa Gero Hellmutha zmusza do przemyśleń, czy te wartości, w oparciu o które budujemy nasz dom, mogą zatrzymać morze zła i cierpienia? Czy są na tyle silne, by odebrać im siłę? Jak to zrobić?

Na te pytania wciąż nie ma odpowiedzi, której szuka także Gero Hellmuth. Nie zakończył swej pracy. W szkicu „Przekraczanie granic” Hans Gercke pisał, że punktem wyjścia dla jego sztuki jest „empatyczne cierpienie wobec cierpienia innych” oraz „ufność, że w tym wszystkim musi być (…) perspektywa światła i nadziei”.

Taka perspektywa jest także we wspólnych przedsięwzięciach artystów polskich i niemieckich. Przykładem tego jest dzisiejszy wernisaż, podczas którego prace Gero Hellmutha dopełniają utwory młodego polskiego kompozytora, Michała Dobrzyńskiego oraz improwizacje jego żony Ewy Gruszki-Dobrzyńskiej do Tryptyku Auschwitz, który artysta z Siengen postanowił podarować Polsce tu, w Gdańsku.

Gdańsk to miasto, gdzie od napadu Niemiec na Polskę zaczęła się druga wojna światowa, która przyniosła ludziom bezbrzeżne morze cierpień. Wciąż słychać bolesny lament, jaki spowodowała. Mocno wybrzmiewa on m.in. w słynnej „Symfonii pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego.

Ideą Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest dokumentować owo morze zła i cierpienia, a poprzez to uczyć i ostrzegać, że wojna to najwyższy przejaw zła.

Jest to tym bardziej ważne, że wciąż są ludzie, którzy uznając wojnę za metodę rozwiązywania problemów, pomnażają morze cierpień.

Gdańsk to również miasto idei solidarności. Ona wyrosła w Polsce, zrodziła się tu, w Gdańsku, i stąd rozlała się po Europie morzem nadziei, co dokumentuje Europejskie Centrum Solidarności. Przezwyciężając lament Hioba, obalając mury i kurtyny, dotarła także do Niemiec.

Rozważając to wszystko, wyraźniej możemy dostrzec głęboki sens gdańskiej wystawy Gero Hellmutha, mającej tytuł „Hiob. Lament i przezwyciężenie”. W darze artysty z Siengen widzę symbol osobiście doświadczanego przezwyciężania zła.

Gero Hellmuth puka do drzwi. Otwórzmy mu je.

Kupmy Bayraktara Ukrainie!

Kupmy Ukraińcom Bayraktara!

🇺🇦 Українська версія – BELOW

🇬🇧 English version – LINK

Sławomir Sierakowski Zweryfikowany przelewem i dowodem osobistym

Wczoraj, gdy ja wpłacałam na konto i wstawiałam ten wpis wpłynęło już 6 892 316 zł 

z 22 500 000 zł, jakie inicjatorzuy chcą zebrać, czyli 30%.

Zostało 21 dni do końca (dziś już 20).

Było 62429 wspierających.

Zrzutka została udostępniona 74 640 razy.

Tu można wpłacić

https://zrzutka.pl/na-polskiego-bayraktara-dla-armii-ukrainy

Opis zrzutki

Kupmy Ukraińcom Bayraktara!

Litwini zebrali środki błyskawicznie i firma produkująca Bayraktary postanowiła przekazać drona za darmo Ukrainie, a zebrane pieniądze przeznaczyć na pomoc ludności. Później to samo stało się z kolejną zbiórką na trzy Bayraktary! Czas na nas. Pamiętacie Buczę, Irpień, Mariupol? Weźmy udział w tej walce. Kupmy polskiego Bayraktara. 

Suma jest wyjątkowo ambitna, ale zrzutka idzie doskonale! Jeśli zbierzemy mniej, przekażemy wszystko na fundusz Sił Zbrojnych Ukrainy w Narodowym Banku Ukrainy. To samo zrobimy z nadwyżką. Działamy!

Love, S 

Jeśli chcesz wesprzeć akcję, możesz równocześnie wziąć udział w konkursach i licytacjach organizowanych na grupie na Facebooku Zrzutka.Licytacje pod #goBayraktar lub na Allegro. Listę aktualnych konkursów i licytacji znajdziesz w aktualnościach zrzutki. Możesz także wystawić własne aukcje w tych kanałach, aby dochód z nich zasilił zrzutkę! Dołącz do nas!

_________________________________

Придбаймо українцям Байрактар!

Придбаймо для українців Байрактар!

Литовці зібрали кошти миттєво, і фірма, що виготовляє Байрактари, вирішила віддати безпілотник Україні безкоштовно, а зібрані гроші перерахувати на допомогу населенню. Пізніше так само відбулося і з наступним збором коштів на три Байрактари! Тепер наша черга.

Пам’ятаєте Бучу, Ірпінь, Маріуполь? Візьмімо участь у цій боротьбі. Придбаймо польський Байрактар.

Потрібна велика сума, але збір коштів проходить чудово! Якщо ми зберемо менше, то все перерахуємо для ЗСУ через Національний банк України. Так само зробимо з різницею коштів, якщо зберемо більше. Діймо!

З любов’ю, С

_________________________________

Let’s buy Bayraktar for Ukrainians!

The Lithuanians immediately raised money. The Bayraktar-making company decided to give the drone for free to Ukraine. What about money? All the gathered funds were donated to help people.

Later the same thing happened with the next fundraising for three Bayraktars! Now is our turn. Do you remember Bucha, Irpin, Mariupol? Let’s take part in the battle. Let’s buy the Polish Bayraktar!

The amount of funds is tremendous, but fundraising is going perfectly. If we collect less, we will transfer everything to the account of the Armed Forces of Ukraine to the National Bank of Ukraine. We’ll do the same if we’ll raise more money. Let’s do it together!

With love, S.


A może Bayraktar to Barataria?

Ein Loblied auf die Mittelmäßigkeit und den gesunden Menschenverstand


Monika Wrzosek-Müller

Seit Jahren, eher seit Jahrzehnten leben wir in immer spezialisierteren, effizienteren und exzellenteren Umständen. Immer schneller wechseln die Moden, die Ansichten, die Diäten; ja, der Fortschritt oder das Neue ist der Motor der kapitalistischen Welt, damit wird schnelles Geld verdient oder auch verloren. Wir sind von Professionalisten und Experten aller Couleur umgeben, die diesen Wechsel ermöglichen, erklären und vorantreiben. Sie sind so etwas wie früher die Pfarrer auf der Kanzel, deren Stimmen wir gelauscht haben. Dabei verlieren wir selbst immer mehr die Verbindung zu unserem gesunden Menschenverstand oder, noch tiefer und genauer, zu unserem instinktiven Bauchgefühl, dass uns in existentiellen Notlagen früherer Zeiten oft auch gerettet haben.

Die Pandemie hat gezeigt, wie wenig wir inzwischen bereit oder auch in der Lage sind, den eigenen Verstand einzusetzen, die Lage ernst zu nehmen und danach zu handeln. Es bedurfte einer Reihe von Maßnahmen, die von oben verordnet werden mussten, damit sich viele selbstverständliche Corona-Maßnahmen doch durchsetzen und etablieren konnten. Um zu verstehen, dass Masken bei einer über die Atemwege übertragenen Krankheit hilfreich sind, musste man nicht Epidemiologe und Chefarzt einer Klinik für Infektionskrankheiten sein. Warum musste das erst ganz ernst verkündet und dann doch manchmal wieder verwerfen werden; dass Abstand und Isolation helfen würden gegen die Ausbreitung der Krankheit, müssten eigentlich sogar Kinder schon wissen. Trotzdem erinnere ich mich genau, dass ungefähr halbes Jahr nach dem Pandemieausbruch ein holländischer Freund uns mit großem Ernst erklärte, dass Masken nicht helfen würden und dass es aus wissenschaftlicher Sicht völlig unnütz wäre, sie zu tragen; also trage er sie auch nicht. Auch aus Schweden hörte ich ähnliche Stimmen, die mit sehr ausgefeilten und zugespitzten wissenschaftlichen Expertisen und Zahlen gegen die Schutzmaßnahmen argumentierten, bis dann irgendwann klar war, dass eben nur Masken, Abstand und Lüften, dann die Impfung und das Testen etwas helfen.

Warum sind wir eher geneigt, komplizierten wissenschaftlichen Ausführungen Glauben zu schenken als der eigenen Intuition und Überzeugung? Warum beugen wir uns so schnell dem Diktat des Expertenwissens, anstatt den eigenen gesunden Menschenverstand einzuschalten? Geht es um Verantwortung, um Bequemlichkeit, um das oberflächliche Abhaken der Wirklichkeit, wenn man sich eben einfach schnell auf die Expertise verlässt? Wir, die Mittelmäßigen, können doch nicht gegen die Hochgebildeten, Aufgeklärten aufbegehren. Die Mittelmäßigkeit wurde derart gründlich schlecht geredet, dass die Menschen alles versuchen, um eben nicht dem Mittelmaß zu entsprechen; und das sind wir, in der überwiegenden Mehrzahl, eben doch, auch wenn viele Eltern meinen, ihre Kinder zu Genies erziehen und ihre besonderen Talente fördern zu müssen.

Jetzt, bei dem Krieg in der Ukraine, fällt mir wieder auf, wie schnell Experten, Militärs, Philosophen, Politiker, Journalisten, ganze Armeen von Professionalisten bemüht werden, um die richtige Strategie zu entwerfen, während die Zeit, die dort Menschenleben kostet, verrinnt. Eigentlich wissen wir doch alle, dass in einem solchen Krieg nur Waffen und schnelle Hilfe angesagt sind; alles andere sind Ausreden und Hirngespinste, doch es wird kräftig diskutiert und verschiedenen Optionen werden erörtert, offene Briefe hin und her geschrieben. Bis sich irgendwann die Einsicht auch bei den Politikern durchsetzt, dass es nur hilft, die Ukraine militärisch zu unterstützen und damit wird auch uns selbst schützen; wir verteidigen doch damit auch unsere Sichtweise, unsere Werte – von dem Leben unserer Mitmenschen gar nicht zu reden. Doch viele sind wie befangen in schon überholten Vorstellungen von Pazifismus, von historischen Konstruktionen, von Verpflichtungen gegenüber der Gesellschaft, der Sicherheit, dem Wohlstand, befangen letztendlich in veralteten Denkstrukturen, die jetzt herausgefordert werden.
Ist dieses Augenverschließen eigentlich nur durch politische und wirtschaftliche Faktoren bedingt, oder haben wir inzwischen selbst wirklich verlernt, intuitiv und aus dem Herzen zu entscheiden? Und ja, das Herz ist dabei eine wichtige Komponente; mit dem Herzen sehen, bedeutet etwas ganz Anderes als rational etwas zu konzipieren, zu erfinden und durchzuführen.

Was hat aber Mittelmäßigkeit damit zu tun? Nun, ich glaube, dass eben das Streben nach Individualität und Einmaligkeit zu sehr extremen und oft unlogischen Gedankengängen und Verhaltensweisen verführt und dass es dabei auch um die Qualität „Herzensgüte“ geht.

Vor Jahren beklagte Milan Kundera „die unerträgliche Leichtigkeit des Seins“, die Künstlichkeit, die Technokratie und die Unmenschlichkeit unserer Zeiten; brauchte man den Blick von der anderen Seite des Eisernen Vorhangs, um zu bemerken, dass die Welt zu schnell, zu gierig in eine Katastrophe rast? Leider ist in Deutschland die Erfahrung der DDR mit der Vereinigung völlig weggewischt worden, man hat nichts mitnehmen wollen aus der früheren Zeit, obwohl einiges dem „goldenen Westen“ doch gutgetan hätte. Es gab in Polen so ein Sprichwort „Ob im Stehen oder Liegen, zwei Tausender wird man kriegen!“; das war natürlich ein Lobgesang auf die Mittelmäßigkeit und nicht gerade ein Ansporn zu großen Anstrengungen, bedeutete aber auch einen kleinen Schritt in Richtung Bescheidenheit, für die es in der heutigen Welt eigentlich kaum Platz gibt.

Zu der Mittelmäßigkeit habe ich ein Lied von Klaus Hoffmann gefunden, nicht gerade meine Musik, aber der Text vielleicht nicht schlecht; auch eine ganz verrückte Punkband: Acht Eimer Hühnerherzen
hat mit dem Lied über das Mittelmaß einen Beitrag geleistet.


„Es muß nicht immer Kaviar sein“, hat schon Johannes Mario Simmel geschrieben, und William
Somerset Maugham hat sogar behauptet: „Nur ein mittelmäßiger Mensch ist in Hochform“.

Gdy wakacje są ważniejsze niż wojna

Tekst znaleziony na Facebooku 22 czerwca 2022 roku. Tytuł ogólny tego wpisu pochodzi ode mnie. Wydaje mi się, że wakacje, słońce, plaża, jezioro sprawiają, że zapominamy, co się dzieje na wschód od Polski. Tekst opublikowała na Facebooku Justyna Sobolewska, która podała go za Tomaszem Sikorą. Autorką tekstu jest Halyna Kruk, ukraińska pisarka i poetka, która wygłosiła go w Berlinie podczas otwarcia Festiwalu Poezji.

Zdjęcie tytułowe na stronie facebookowej Halyny

Halyna Kruk

Wojna nie jest metaforą

W czerwcu 2014 roku, kiedy rosyjskie kolumny czołgów wjeżdżały na ukraińskie regiony Doniecka i Ługańska, powiedziałam podczas odczytu w starej, dobrej Europie, że w takiej sytuacji nam, Ukraińcom, trudno będzie rozmawiać o poezji. Po czym moderatorka – 30-letnia Rosjanka z Berlina – wzięła się za pouczanie, że poezja jest ponad wojną, że wielka kultura rosyjska jest ponad wojną, że Cwietajewa, Achmatowa czy Pasternak nigdy nie zniżali się do tak przyziemnych, zwykłych tematów jak wojna, patrzyli na wieczność, byli ponad tym wszystkim. A w ogóle co to miałoby mieć wspólnego z Rosją? Przez osiem lat staraliśmy się, aby nasze głosy były słyszalne: hej, jesteśmy na wojnie, część naszego kraju jest okupowana, tu codziennie giną ludzie. Upominano nas i pouczano jak uparte dzieci: nie mów o tym, przestań, bądź mądrzejszym, bądź ponad tym.

Rosja od ośmiu lat budowała swoją armię i przygotowywała się do inwazji na pełną skalę, a apetyt rósł. Rosyjscy poeci nadal uparcie spoglądali w wieczność, nie zdając sobie sprawy, jak ich kraj stał się autorytarnym państwem imitującym demokrację, kultywując jednocześnie narrację o własnej wielkości. Ci, którzy nie mogli już sobie poradzić, wyemigrowali i nadal prezentowali rosyjską kulturę jako wysublimowaną rosyjską fasadę. Przypuszczam, że moje słowa nie spodobają się wam, zaznajomionym z najlepszymi świadectwami kultury rosyjskiej. Nie musicie w to wierzyć, tak jak mieszkańcy Borodjanki , Hostomla i Buczy pod Kijowem nie chcieli uwierzyć, że Rosjanie przyszli ich zabić, nieuzbrojonych cywilów, bez powodu, bez przyczyny, bez różnicy. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Zabijaj, gwałć, niszcz. Nie przychodzi mi do głowy żadna metafora, która uczyniłaby te słowa bardziej atrakcyjnymi lub przynajmniej mniej szokującymi.

Metafory nie działają przeciwko ludziom z karabinami maszynowymi. Kiedy twój samochód, którym ty i twoje dzieci próbujecie uciec przed wojną, zostanie przejechany przez czołg, żaden wiersz nie pomoże. Kiedy siedzisz całymi dniami przed zawaloną piwnicą wieżowca i słyszysz w środku krzyki swoich dzieci i wnuków, ale nie możesz ich wydostać, poezja jest nie na miejscu. Wydarzenia te są mocnym materiałem, europejski autor mógłby napisać o nich książkę na wieczność, a którą będzie czytać się w kółko. Ale ktoś, kto sam tego doświadczył, nie napisze tej książki. Ponieważ nikt nie ma siły, by przez to wszystko przejść, a potem tłumaczyć ten ból innym.

Wojna tworzy przepaść między tymi, którzy jej doświadczyli, a tymi, którzy znajdują się w bezpiecznej oddali. Widzę, że z każdym dniem coraz trudniej jest wytłumaczyć osobom z zewnątrz, jak się czujemy my, którzy jesteśmy w środku. A moja potrzeba wyjaśniania czegoś znika. Mówimy językiem, który staje się coraz bardziej niezrozumiały, nie mamy nastroju na poezję. Kiedy twój mąż jest na froncie, część krewnych jest poddawana straszliwej okupacji w obwodzie chersońskim, a inni w obwodzie charkowskim są pod ciągłym ostrzałem; kiedy ciągle trzeba być przygotowanym na kolejny alarm przeciwlotniczy, bo czasem naprawdę przylatuje coś, co zabija – wtedy trudno być wzniosłym. Poezja przybiera wtedy swoje własne formy, jako spontaniczna modlitwa, lament, a nawet przekleństwo przeciwko wrogowi. Te formy poezji są obce współczesnej poezji europejskiej, są funkcjonalne i rytualne, niezwykle istotne w swoich emocjach, niezwykle subiektywne, bardzo żałosne i nietolerancyjne. Trudno być tolerancyjnym wobec wroga, który zabija ciebie lub twoje dzieci. Kiedy zabije jednego, bierze się za następnego. Nie sądzę, że możesz być ponad to.

Obecnie jedna piąta mojego kraju jest czasowo zajęta. I niestety to nie jest metafora. Ludzie z okupowanych terytoriów są zabijani, terroryzowani, deportowani do obozów filtracyjnych w Rosji, rodzice i dzieci rozdzielani, wynaradawiani. Żadna poezja nie ma na to słów. Moja tablica na Facebooku aż roi się od zdjęć niesamowicie pięknych ludzi – mężczyzn i kobiet, rodziców, dzieci, zamordowanych przez Rosję. To nie jest metafora. Facebook blokuje lub usuwa te zdjęcia jako informacje zawierające intymne treści, które mogą zdenerwować użytkowników mediów społecznościowych. Ci ludzie nie urodzili się, by zginąć na wojnie, nie dostali dyplomu ukończenia studiów lub jakiegoś niższego stopnia, by zginąć na wojnie, nie rozwinęli swoich talentów, by umrzeć na wojnie. Utrata tych ludzi rozdziera ziejącą ranę, która pozostaje – w naszych duszach, w naszej kulturze, nauce, gospodarce, przemyśle, społeczeństwie. To nie jest metafora.

Nie znam żadnej poezji, która mogłaby uleczyć tę ranę. Ta wojna zabija nas wszystkich, każdego na swój sposób, chociaż na zewnątrz możemy wyglądać bezpiecznie i zdrowo, ale teraz poruszamy się małymi skokami, nawet na otwartej przestrzeni, głośne dźwięki sprawiają, że drżymy, a nasze małe dzieci, które miały doświadczenie siedzenia w piwnicy pod ogniem, nie płaczą już, kiedy się boją. Nawet najmłodsi wiedzą, że płacz może kosztować ich życie. I to też nie jest metafora.

Wojna wszystko wyjaśnia do tego stopnia, że ​​praktycznie nie ma już miejsca na poezję. Tylko na świadectwa.

Tymczasem nasi rosyjscy koledzy tworzą wzruszającą i głęboką poezję o wieczności, w bezpiecznym miejscu, na emigracji, gdzie nie ma strzelania, mając na uwadze artystyczne podejście i nie rozpraszając się brudem i przeciwnościami rzeczywistości. I ani syrena, ani kule, ani okupant z karabinem maszynowym lub czołgiem nie powstrzymują ich od skoncentrowanej pracy.

Bardzo żałuję, że poezja nie zabija.

List

Marek Ławrynowicz

W nowym numerze “Wyspy” pojawiło się moje opowiadanie:

Zadzwoniła Beata, kierowniczka produkcji z Teatru Polskiego Radia.

– Jakiś człowiek szuka z tobą kontaktu. – powiedziała.
– O co mu chodzi?
– Nie chciał powiedzieć. Zostawił nazwisko i numer telefonu. Zapisz sobie.
Zapisałem. Facet nazywał się Kazimierz Solski. Nic mi to nie mówiło, ale zadzwoniłem.

– Dzień dobry – powiedziałem i przedstawiłem się – w radio mi powiedzieli, że pan szuka ze mną kontaktu.
– Przypomina mnie pan sobie?
– Przykro mi, ale nie.
– Dwadzieścia pięć lat temu kupiłem od pana mieszkanie.
– No tak! Oczywiście. Zupełnie wypadło mi z głowy pana nazwisko.
– Przyszedł do pana list.
– Na pana adres?
– Tak. Zdziwiłem się, ale pomyślałem, że może to dla pana ważne. List jest z Rosji.
Zaskoczyło mnie to. Z Rosji? Do mnie? Teraz, w czasie wojny? W dodatku na adres sprzed dwudziestu pięciu lat? Jakaś prowokacja czy co?
– Wpadnie pan po ten list?
– Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, będę jutro około siedemnastej.
– Czekam.

Ciekawe, co sobie o mnie pomyślał pan Kazimierz Solski. Może, gdy list do niego dotarł, gdzieś z nim poszedł? Na przykład do Urzędu Ochrony Państwa. To byłaby uzasadniona obywatelska czujność. Pogadali tam z panem Solskim i zaproponowali, żeby oddał mi list, a oni przyjrzą się sprawie. Nie mógłbym mieć do nich pretensji, bo kto dziś dostaje listy z Rosji? Z drugiej strony nie chciał powiedzieć Beacie, o co chodzi. Czyli jest człowiekiem dyskretnym.

Następnego dnia pan Kazimierz wręczył mi list. Był adres nadawcy: Swietłana Sorokina, Nowosybirsk, ulica taka a taka. Swietka! Kiedyś bardzo czekałem na list od niej, ale nie nadszedł. Dopiero teraz. Czyżby szedł przez tyle lat? Spojrzałem na stempel pocztowy. List nadano w Nowosybirsku sześć dni temu.

Pospiesznie pożegnałem się z panem Solskim i pojechałem do domu.

Mój chwilowy, ale zapamiętany na zawsze romans ze Swietłaną, był owocem życzliwości kolegi Zdziśka Powrotnego. Na trzecim roku polonistyki Zdzisiek zrezygnował ze studiów i znalazł zatrudnienie w dziale kontaktów zagranicznych Centralnej Rady Związków Zawodowych. Do zakresu jego obowiązków należało organizowanie wycieczek do Polski z tak zwanych „bratnich krajów”, czyli ZSRR, Czechosłowacji, NRD, Węgier, Bułgarii… Organizując wycieczki, Zdzisiek zatrudniał także ludzi, którzy się mieli owymi wycieczkami opiekować. Pewnego dnia przyszedł na uniwerek i zaproponował mi pracę w charakterze pilota przybyszy z ZSRR. Zgodziłem się. Rosyjski nieco znałem, bo mój ojciec był rusycystą, ale przede wszystkim cierpiałem na nieustanny brak gotówki i byłem gotów zaopiekować się samym diabłem a nie tylko sowiecką wycieczką.

Poprowadziłem wycieczkę jedną, drugą – jakoś dało się żyć. Popijaliśmy z towarzyszami radzieckimi wódeczkę, gadaliśmy o żonach, dzieciach, krajobrazach, starannie unikając tematów drażliwych, bo wiadomo było, że w każdej wycieczce znajduje się przydzielony przez KGB kapuś. W trzeciej wycieczce była Swietka. Zakochałem się w niej w chwili, gdy postawiła nogę na peronie dworca Warszawa Główna, a ona we mnie, gdy wskazałem jej drogę do autokaru. To się nigdy nie zdarza, ale nam się przydarzyło. Stosowaliśmy dziesiątki wybiegów, by znaleźć się sam na sam. Dotykaliśmy się przy każdej okazji, całowaliśmy się w ciemnych kątach, gdzie nikt nie zagląda, wreszcie, w Zakopanem udało mi się namówić kierownika domu wczasowego, by dał mi klucze do niezamieszkałego pokoiku na strychu. Swietka przybiegła tam kilka minut po północy i została do rana. Ani przedtem, ani potem nie przeżyłem niczego podobnego. Nie wiem, czy kapuś z KGB wytropił tej nocy Swietkę, skradając się na palcach dotarł pod drzwi pokoiku na strychu i podsłuchiwał nas, aż pojaśniało za oknami. Następnego dnia przyjechała żona ważnej persony z Funduszu Wczasów Pracowniczych, zajęła nasz pokoik i łóżko, w którym zaznałem tyle szczęścia. Chodziliśmy ze Swietką w góry, całowaliśmy się wśród świerków i snuliśmy plany na przyszłość. Nie było to łatwe, bo Swietka miała w Nowosybirsku męża i małego synka. Postanowiliśmy, że się rozwiedzie, przyjedzie z synkiem do Polski i już nigdy się nie rozstaniemy. Wycieczka wróciła do Warszawy, odwiozłem ją na Dworzec Główny, potem jeszcze zobaczyłem w niedającym się otworzyć oknie smutną twarz Swietki i pociąg ruszył.

Pisaliśmy do siebie przez dłuższy czasny. Swietka przysyłała mi zdjęcia, swoje i z synkiem Dymitrem, złościłem się na nią, bo sprawa rozwodu się przeciągała, potem jej listy zaczęły się stawać coraz krótsze. Wreszcie przysłała mi piękny, pełen miłości list i zdjęcie ślicznej, uśmiechniętej Swietki. Było w nim coś niepokojącego, czego nie zrozumiałem. Napisałem długi list, w którym było wiele o moich przeczuciach i prośba o wyjaśnienia. Nie odpowiedziała. Wysyłałem kolejne listy pełne zniecierpliwienia i goryczy, ale Swietłana już do mnie nie napisała. Dopiero teraz, po ponad czterdziestu latach.

W domu pospiesznie rozerwałem kopertę.

„Mój kochany” – pisała Swietka – “Nie wiem czy jeszcze, żyjesz i czy, ten list do ciebie dotrze ale poczułam, że po tym co się stało muszę opowiedzieć ci wszystko. Wiem, że kochałeś mnie naprawdę i że byłabym z tobą szczęśliwa, ale Nowosybirsk jest za daleko od Warszawy, nie umiałabym żyć w Polsce, nie wyobrażałam sobie tego. Nie chciałam też krzywdzić mojego męża Nikołaja. Nie kochałam go, ale on mnie kochał i zawsze starał się, żeby mi było na świecie jak najlepiej. Wiedziałam to już wtedy, kiedy biegłam boso do pokoiku na strychu w Zakopanem, to była najszczęśliwsza noc w moim życiu – nigdy jej nie zapomnę, w chwili śmierci będę widziała twoją pochyloną nade mną twarz. Wiedziałam, że będziemy razem tylko przez kilka dni i nigdy cię już nie zobaczę. Wtedy na schodach zrozumiałam, że tak jak nie mogłabym mieszkać w Polsce, tak nie będę umiała żyć tak całkiem bez ciebie, muszę zabrać ze sobą coś, co będzie mi ciebie zawsze przypominać. To był jeden z tych niebezpiecznych dni, ale kiedy pytałeś, czy masz uważać, powiedziałam ci, że nie musisz, że jest bezpiecznie. Kłamałam, mój kochany. Oddawałam ci się każdą cząsteczką siebie, każdą kropelką krwi, każdym milimetrem skóry. Oddałam ci wszystko, co mogłam, zapadałam się w szczęście, nawet nie wiem, ile miałam tej nocy orgazmów, nigdy z żadnym mężczyzną nie było mi tak jak z tobą. Potem wyjechałam, patrzyłam w szybę pociągu i była we mnie sama pustka. Za jakiś czas okazało się, że jestem w ciąży. Gdy wróciłam do domu Nikołka rzucił się na mnie jakby chciał mnie przybić do kanapy, ale ja go nie widziałam, tylko ciebie, nie oddawałam się jemu tylko tobie kochany, tak było przez wiele dni i tygodni. Kiedy test wykazał, że jestem w ciąży, wiedziałam, że to nasze dziecko. Chciałam ci o tym napisać, ale jakoś nie umiałam. Napisałam tylko, jak bardzo cię kocham i wysłałam moje najpiękniejsze zdjęcie. Postanowiłam, że nigdy się o nim nie dowiesz, tak jak nigdy nie dowie się o tobie twój syn, czy córeczka, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to będzie chłopiec. Zrozumiałam, kochany mój, że nigdy nie będę z tobą, ale on będzie obok mnie i to mi musi wystarczyć. Nie odpisałam już na żaden z twoich listów.
Misza urodził się na wiosnę. Nazwałam go Misza na cześć Bułhakowa, którego książki tak kochałeś. Od pierwszej chwili było widać, że jest twój. Ma twoje niebieskoszare oczy, choć Nikołka twierdził, że to po nim są niebieskie. Nie wyprowadzałam go z błędu. Nikołka bardzo kocha Miszę, bardziej niż swojego prawdziwego syna, Mitkę.
Co ci mogę jeszcze napisać? Misza był mądrym, ładnym chłopcem. Dobrze się uczył. Skończył uniwersytet i jest nauczycielem języka rosyjskiego. Przed ukończeniem studiów ożenił się z Iriną, córką znanego lekarza. Są dobrym małżeństwem, choć Misza jest mało praktyczny, pieniądze przeciekają mu miedzy palcami, wieczorami pisze wiersze, czego Irinka nie potrafi go oduczyć. Tłumaczyłam jej, że tak musi być, choć nie powiedziałam dlaczego. To jest w końcu twój syn, to jakże tak bez wierszy, sam powiedz.
Tak to mija nam wszystkim życie. Nadal mieszkamy w Nowosybirsku. Są na świecie lepsze miejsca, ale przyzwyczailiśmy się. Gdybyś mnie dzisiaj spotkał na ulicy, nie poznałbyś swojej Swietki. Jestem starą kobietą, moje włosy są siwe, straciły połysk, wyglądają okropnie. Piersi, które całowałeś, opadły i straciły jakikolwiek kształt. Po pięćdziesiątce zaczęłam tyć, mam tyłek wielki jak balia, na wagę już dawno nie wchodzę, żeby siebie samej nie straszyć. Moja twarz, którą zachwycało się tylu chłopców, stała się zawzięta, jakaś taka krzywa, obrzękła, bulwiasta. Pousuwałam zewsząd lustra, żeby siebie nie widzieć, ale i tak co chwila pcha mi się przed oczy moje odbicie w wystawach sklepowych, szybach samochodów i wszędzie jest ono przerażające. Dobrze, że nie spędziliśmy ze sobą życia i nie musisz mnie oglądać takiej, jaka jestem, tylko pamiętasz dawną Swietłanę, najpiękniejszą ze wszystkich. Ty, mój miły, jeśli jeszcze żyjesz, pewnie wyglądasz nie lepiej. Widzę to po Nikołce. Zrobił się z niego dziad, brwi krzaczaste, pod nimi małe wyblakłe oczka, zawsze niedogolony, bez przerwy pokasłuje, postękuje, w dodatku śmierdzi tak, że mnie od niego aż odrzuca, ale co robić, żyjemy ze sobą jak dziad i baba ze starej rosyjskiej bajki.

Ale nie po to do ciebie piszę, mój kochany, żeby się skarżyć na starość i czas, który wszystko niszczy i zabija. Piszę ze względu na Loszę. To synek Miszy i Irinki. Loszka od dziecka był bardzo do ciebie podobny. Zwłaszcza uśmiech miał dokładnie taki jak ty. Wszyscy się temu dziwili, w naszej rodzinie nikt się tak nie uśmiecha. Loszka był zawsze bardzo wesoły. Figlarz jakich mało. Kręcił sił się po całym domu, zawsze coś kombinował. W szkole było z nim mnóstwo kłopotów, ale nauczyciele go lubili. Ze mną miał zawsze najlepszy kontakt, rozumiałam go, bo wiedziałam, ze Loszka to ty, tylko malutki i że pewnego dnia stanie się tak do ciebie podobny, że będę musiała jemu jednemu o tobie powiedzieć i wysłać go do Polski, żeby ciebie odszukał. Już nie wyślę. Alosza zginał tydzień temu pod Charkowem. Nie zawiadomili nas o tym, na temat jego ciała nikt nic nie wie, choć Irinka poruszyła ziemię i niebo, żeby je odnaleźć. Nic byśmy o jego śmierci nie wiedzieli, gdyby jego kolega z oddziału nie wysłał maila do Miszy. Tak się umówili, że jeśli jeden zginie, drugi da rodzinie znać. Nie możemy zrobić nawet pogrzebu, bo według władz wojskowych Loszka zaginął. Podobno wielu jest takich, którzy zaginęli i wszelki ślad po nich przepadł. Chciałabym tylko jednego, żeby mój Loszeńka miał grób. Choćby najskromniejszy, ale żeby było gdzie pójść i powspominać.
Wiem, co wy w Polsce myślicie o tej wojnie. Ale nie sądź Loszy źle. Na pewno nie chciał na nikogo napadać i zabijać. Włożył mundur i za to zapłacił. Zresztą myśl o nim, co chcesz. I tak już go nie ma.
Jeśli jeszcze żyjesz, proszę cię tylko o jedno. Pomódl się za spokój jego duszy, o to, żeby tam po drugiej stronie było mu wybaczone.
To już ostatni list do ciebie mój kochany.
Wspomnij o mnie czasem. Nieraz patrzę przez okno w noc i widzę wśród latarń twoją twarz.
Zakochana w tobie na zawsze.
Swietka.”

Siedzę w pustym kościele, w ostatniej ławce. Usadziłem się tutaj, żeby, jeśli pojawi się jakiś klecha, nie przyszedł do mnie o cokolwiek pytać. W katolickim kościele modlę się za spokój duszy prawosławnego Loszy, okupanta, mordercy, zbira, drania, ruskiego łajdaka. Mojego wnuka.

Projekt Irena Bobowska (3)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Poznaniu po śladach Ireny Bobowskiej (2)

Irenę Bobowską aresztowano w redakcji Pobudki, w Poznaniu przy ulicy Poznańskiej 27 wraz z innymi współpracownikami tej organizacji, Stanisławą Kwiatkowską i Stanisławem Dornem. Romana Kwiatkowskiego aresztowano w tym samym czasie w fabryce Romana Barcikowskiego (dzisiejszym Herbapolu), przy ulicy Składowej.

Secesyjna kamienica, odrestaurowana stoi do dzisiaj, jak wiele innych przy ulicy Poznańskiej. Jej właścicielem był w roku 1933 Jan Ritthammer, nazwiska Kwiatkowskich nie znalazłam w jedynej dostępnej w internecie księdze adresowej miasta Poznania. Ritthammer, nazwisko brzmiące z niemiecka, ale to jest Poznań i to nic nie znaczy. W zameldowanych pod tym adresem jest więcej osób z nazwiskami polskobrzmiącymi. Przy ulicy jest wiele kamienic secesyjnych. Pod numerem 27 znajduje się obecnie poczta, a na ostatnim piętrze z balkonu zwisa tęczowa flaga.

Matka i rodzeństwo Ireny cudem uniknęli aresztowania. Ostrzegła ich najmłodsza siostra Helena.

Irenę osadzono najpierw w areszcie poznańskiej siedziby Gestapo, które mieściło się w Domu Żołnierza.

Dom Żołnierza planowany od początku lat 20. ubiegłego wieku w Poznaniu, budowany w modernistycznym stylu w latach trzydziestych, otwarto kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej.

Już we wrześniu 1939 roku budynek zajęła Służba Bezpieczeństwa Rzeszy (Sicherheitsdienst), a potem Gestapo (Geheime Staatspolizei).


W piwnicach więziono zatrzymanych, trochę wyżej na piętrach, przesłuchiwano. Niektórzy, jak Irena Bobowska, trafiali potem do Fortu VII, a inni do więzienia na Młyńską i tam pod gilotynę.

Gilotyna z Młyńskiej znajduje się obecnie w Forcie VII, czyli w Muzeum Martyrologii Wielkopolan – Fort VII.

Fort VII mógłby być interesującym przykładem niemieckiej architektury militarnej z końca XIX w., jak możemy przeczytać na stronie głównej muzeum, był jednak miejscem kaźni, tortur i zagłady, a od października 1939 roku obozem koncentracyjnym (Konzentrationslager Posen).

Fort VII znany jest również jako Fort Colomb, nazwany na cześć pruskiego generała Petera von Colomba. Jego grób znajduje się w Berlinie na Starym Cmentarzu Garnizonowym. Przetrwał tyle lat, ale oni generałowie mają groby i godne pochówki. A Irena? Możemy tylko podejrzewać, że jej prochy leżą gdzieś tam lub tu w berlińskiej ziemi, może na cmentarzu Altglienicke, jak wielu z nas przypuszcza.

Fort VII był miejscem, gdzie po raz pierwszy, w ramach tzw. akcji T4, zamordowano około 300 pacjentów Zakładu Psychiatrycznego w Owińskach i oddziału psychiatrycznego Poznańskiej Kliniki Uniwersyteckiej przy ulicy Grobla 26. Dawną remizę artyleryjską przeznaczono na komorę gazową. Drzwi po zamknięciu zalepiono gliną, przez mały otwór wpuszczono tlenek węgla. Zwłoki wywożono do lasów koło Obornik i tam grzebano.


Irenę Bobowską uwięziono w celi nr 23. Jej pobyt w Forcie VII jest dokładnie udokumentowany w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej. Zachowało się dużo grypsów i listów Ireny i do Ireny. W obecnym forcie-muzeum poświęcona jest Neni jedna gablota ze zdjęciem i najważniejszym wierszem napisanym prawdopodobnie w więzieniu we Wronkach, ale jest również możliwe, że pisała go już w Forcie VII

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie! …


Rok lub dwa lata później więźniarki Fortu VII ułożyły hymn fortowy, jak same go nazwały. Autorstwo przypisuje się Wandzie Serwańskiej lub Walerii Leśnej-Bembnistej, więźniarkom Fortu VII.

Wszystko będzie dobrze

Jasne przyjdą dni
Słońce nam zaświeci
Otworzą Fortu drzwi

O szczęściu i swobodzie
Gromadka więźniów śni
Wszystko będzie dobrze
Jasne przyjdą dni

Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień
Więzienne znikną mury
Fortowy zniknie cień

I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień
Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień.


W październiku 1940 tak jak w piosence otworzyły się Fortu drzwi, ale niestety dobrze już nic nie było. Nenię przewieziono do więzienia we Wronkach. Podobno tam zaczęła pisać wiersze, uciekała w świat marzeń i poezji, znosząc równocześnie tortury, głód i upokorzenia. Pamiętajmy, że Irena była dziewczyną z niepełnosprawnością. We Wronkach odebrano jej wózek inwalidzki, odebrano szyny podtrzymujące sparaliżowane nogi. Irena musiała czołgać się po podłodze, żeby dojść na przesłuchanie. Razem z nią we Wronkach przebywała Stanisława Kwiatkowska, aresztowana na Poznańskiej w redakcji Pobudki. Gdy ją zwolniono, to właśnie ona przeniosła w bucie wiersz Ireny, ten o uczeniu się największej sztuki życia, uśmiechać się zawsze i wszędzie. Wiersz powędrował dalej, do innych więzień i więźniarek. Do Auschwitz zawiozła go Wanda Serwańska, współautorka hymnu fortecznego, harcerka, absolwentka Dąbrówki, rok młodsza od Ireny, więżniarka Fortu VII, obozu w Żabikowie, KZ Auschwitz-Birkenau, KZ Flossenbürg.

Pojechałam do Wronek. Już z dworca na którego budynku nigdzie nie mogę znależć napisu WRONKI, a który pewnie pamięta jeszcze napis Wronke widać największy w Polsce zakład karny typu zamkniętego. Więzienie, wtedy jeszcze pruskie zbudowano w 1894 roku na planie krzyża, w systemie celkowym. Po wybuchu Powstania Wielkopolskiego więzienie otwarto, więźniów wypuszczono, Niemców rozbrojono. Jakiś czas budynki więzienne służyły jako koszary dla II i VII Pułku Strzelców Wielkopolskich. Po zakończeniu walk budynki włączono w system więziennictwa polskiego.


W okresie okupacji hitlerowskiej obiekt więzienny we Wronkach włączony został w system więzień sądowych III Rzeszy w ramach Kraju Warty. Było to jedno z większych więzień wcielonych do Niemiec. Obiekt przeznaczony został dla mężczyzn i kobiet skazanych na karę więzienia od 6 miesięcy do 2 lat. Pod względem narodowościowym, więźniami we Wronkach byli przede wszystkim Polacy. Przez cały okres okupacji przez więzienie przeszło ponad 28000 więźniów. Liczba ta nie obejmuje jeńców, zakładników i innych osób osadzonych we Wronkach w pierwszych tygodniach okupacji. W więzieniu przetrzymywano ludność polską na wielomiesięcznych kwarantannach przed wysłaniem do innych więzień lub obozów koncentracyjnych, głównie Oświęcimia i Mauthausen, do zakładów przemysłowych wykorzystujących niewolniczą pracę. Więzienie było stale przeludnione. Najwyższy stan więźniów – 4458 odnotowano w dniu 1 listopada 1942 roku. Na samym cmentarzu wronieckim w tym okresie pochowano 804 Polaków. Hitlerowcy przeprowadzili także około dwóch tysięcy egzekucji w lasach położonych na drodze do pobliskiego Obrzycka.

W styczniu 1945 roku polskie władze uruchomiły więzienie, najpierw dla jeńców i zbrodniarzy niemieckich, później dla pospolitych przestępców, ale przede wszystkim dla Polaków sprzeciwiających się nowej władzy, dla żołnierzy AK, dla osób niewygodnych nowemu ustrojowi. Do roku 1956 było więzieniem politycznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Również później, gdy po amnestii w roku 1957 wypuszczono większość więźniów politycznych i przyjmowano coraz więcej więźniów tzw. pospolitych, recydywistów, nadal cele więzienne wykorzystywano jako miejsce odosobnienia dla więźniów politycznych. Tu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych swe kary odbywał Jacek Kuroń. W roku 1981, w trakcie stanu wojennego, zakład stał się miejscem internowania działaczy NSZZ Solidarność z województwa pilskiego.


W roku 1916 we Wronkach więziona była Róża Luksemburg, zamordowana rok przed urodzeniem Ireny, w Berlinie.

Z Wronek przetransportowano Irenę do Berlina, najpierw do więzienia w Spandau, potem na Moabit, później do Frauengefängnis na Barnimstraße i wreszcie na wykonanie wyroku do więzienia w Berlinie Plötzensee.


W Poznaniu, na cmentarzu Miłostowo, niedaleko ulicy Warszawskiej, na polu 39 jest grób rodzinny Bobowskich. Pochowana jest tam matka Ireny Zofia i brat Stanisław. Na płycie nagrobnej wyryte są jeszcze dwa nazwiska – Teodora Bobowskiego zamordowanego w Katyniu i Ireny Bobowskiej ściętej w więzieniu Plötzensee w Berlinie.


Wszystkie zdjęcia oprócz tych z Miejsca Pamięci Plötzensee wykonała Ela Kargol

Unsere süßen Katzen

Ewa Maria Slaska

Aus Russland

Andrey Scherbak aus Rostov Russia

Diese Katzen (es sind zwei Katzen, das sieht Ihr, hoffe ich, weil zuerst denkt man, sie ist nur eine) sind so süß und so real, dass man ernsthaft überlegen muß, ob es nicht eine Situation im Liliputland ist. Unsere Augen glauben, dass, der Künstler das Haus, die Mauer, Blätter und Zweigen, sogar den Menschen warheitsgetreu malen könnte, aber nicht die Katzen. Nicht so!

Und es stimmt. Auf den anderen Photos sieht man es ganz genau. Die Wirklichkeitselemente sind real und die Katzen auch, der Künstler verbindet sie und verarbeitet im Photoshop.

Auf der Seite odnoboko findet man viel mehr Fotos.

Wie würde die Welt aussehen, fragt sich eine Journalistin, wenn sie von Katzen geführt würde? Eine lustige und faszinierende Fantasie, die in den kuriosen fotografischen Schöpfungen des russischen Künstlers Andrey Scherbak eine Antwort findet, der auf seinem Instagram Profil mehr als 150 Bilder von über 3 Meter hohen Katzen hochgeladen hat, in denen die heute winzige Gestalt des Menschen nichts anderes tun kann, als sich an die neuen Meister des Planeten Erde anzupassen. Und in gewisser Weise könnte es auch die beste Lösung für die Zukunft unserer Welt sein!

Alles mag ich, die Katzen, die Idee, den Künstler, der ein sympatischer Mensch zu sein scheint, man sieht ihn immer wieder auf den Fotos, er sitzt mit der Katze in einem Café, er geht dorthin spazieren, wo sich eine andere Katze eingenistet hat, sie umarmen sich, die Katze und der Mensch. Und wenn es alles so schön ist, wieso habe ich die ganze Zeit ein mulmiges Gefühl, als ob ich etwas Unangenehmes oder gar Unanständiges gemacht habe. Nicht gewollt, nicht geplant, es ist halt so passiert. Wie als ob du auf einem goldenem Strand am Meer sitzen würdesr, zufrieden, relaxiert, glücklich, du buddelst leicht mit der Hand im goldenen Sand und steckst die Finger in dort versteckten Scheisse. Ist nichts passiert, nicht tragisches, du läufst Hände Waschen, kannst darüber lachen aber das Gefühl bleibt. Zäh, hartnäckig. Der Tag, das Los, oder vielleicht jemand absichtig hat dir den goldenen Tag verdorben.

Und plötzlich weiß ich es ganz genau. Es ist nur eine Frage: Weshalb habe ich es gerade jetzt gesehen? Wieso hat mir der berühmte Algorhythmus es vorgeschoben? Es war klar, dass ich den Köter schlucke, die Katzen und Kunst. Jeder weißt, dass es mich interessiert, und wenn ja, da auch ev. reblogge. Trage weiterhin die Kunde interessaner Kunst aus Russland, des Landes der großen Kultur!

Ich glaube der Scherbakow muss dies überhaupt nicht wissen, auch die Person, die dieses Bild der auf der Mauer schlafende Katzen mir empfahl, weiß es nicht. Aber doch, es ist Haufenscheiße, dass man uns hier schön verpackt vorgeschoben hat. Es stinkt.

Och fuck you alle! Ich hasse es! Diese verdammte Fähigkeit unsere Vorlieben gegen uns zu drehen! Och shit, idi na ch*j. Idi na ch*j.

Das habe ich hergestellt.

Ja, du russischer Troll, so sehen jetzt die süßen Katzen-Bilder aus, wenn sie Bucha oder Mariupol als Hintergrund haben werden! So oder viel viel schlimmer!

Und so sehen die Katzen aus Mariupol aus:

To jest wojna!