Barataria 81 szewski poniedziałek

Na ekrany w Polsce film miał już wejść w sierpniu, w Niemczech we wrześniu, we Francji i w Hiszpanii już jest w kinach, ale mimo to wcale nie jest pewne czy uda nam się naprawdę obejrzeć ten produkowany od ponad 20 lat obraz ex-Monthy Pytona. Dlatego z najważniejszym obecnie dla Baratarii szewcem, tym z filmu Terry’ego Gilliama, Człowiek, który zabił Don Kichota, chwilę jeszcze poczekamy. Dla porządku wyjaśnię jednak, że główny bohater, młody londyński reżyser reklamowy wpada w pułapkę szalonych majaczeń pewnego szewca, który “ma się” za Don Kichota i ląduje w Manchy jako jego giermek. A więc Barataria, Don Kichote, zawikłane historie, szewc, poniedziałek…

Ewa Maria Slaska

Już kiedyś tak było, że jakiś temat tak mnie opanował, jak teraz Barataria. Było to dawno temu, a zajmowali mnie szewcy, choć przyznaję nie pamiętam, w jakiej kolejności nawarstwiały się kolejne elementy tego zainteresowania. Czy dlatego zaciekawił mnie zawód szewca, że szewcem był (podobno) Żyd Wieczny Tułacz, a on mnie zajmował latami, czy może było na odwrót – zainteresowali mnie szewcy, a Ahaswerus objawił się jako kolejny i być może najważniejszy Wielki Szewc.

Na pewno w tym szewskim okresie mego życia ważne miejsce przypadło w udziale leśmianowskiemu Szewczykowi, ale pewnie równie ważny był pan Załuski, szewc z mojego dzieciństwa. Napisałam o nim po niemiecku, ale kiedyś powstał również tekst polski. To historia o szewcu, który śpiewał Odę do radości… O radości, córo bogów… Piękna historia, koniecznie ją przeczytajcie.

Ciekawe, że wpis na bloga o leśmianowym Szewczyku przygotowała Maria… Szewczyk. Nie był to więc przypadek, że gdy postanowiłyśmy obie, że uczcimy nie uczczony oficjalnie rok leśmianowski, to pierwszym wierszem, który przypomnimy będzie leśmianowski Szewczyk. Marysia nie mogła tego wiedzieć, że Szewc, Szewczyk ważny był w moich rozmyślaniach, bo co i rusz, wędrując, jak to mam we zwyczaju, od tematu do tematu, trafiałam na szewców, którym bardzo blisko było do Boga, znacznie bliżej niż nam, zwykłym ludziom.

Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Zdarzyło się też, że Iwona Waligórska ze Szczecina na zaproszenie Brygidy Helbig przyjechała do Berlina z recitalem poezji śpiewanej – z Leśmianem i Szymborską. Pięknie śpiewała Iwona różne wspaniałe wiersze, ale najpiękniej zaśpiewały obie, Brygida i ona, o Szewczyku, o tym, że w życiu nie ma nic oprócz życia, a w szyciu nie ma nic oprócz szycia i że błogosławiony trud, z którego twórczej mocy, powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy!

TU właśnie obie śpiewają, a z prawej mignie na nagraniu również profil… Marysi Szewczyk, która im jedno z takich spotkań zorganizowała. O, bo świat jest mały i tylko Temu tam na Górze na imię Nieobjęty…

Jako młoda matka, szukając, czym by tu się zająć w godzinach, gdy dziecko śpi, tłumaczyłam na konkurs (był to konkurs na tłumaczenie, a nie dla tłumaczy!) opowiadanie Isaak Dinesen o perłach. Wszystko się od tego czasu zmieniło. Isaak Dinesen, autorka wówczas, w komunistycznej Polsce w ogóle nie znana i nie tłumaczona, teraz jest już znana i tłumaczona, i już nie nazywa się jej tym jej męskim pseudonimem, lecz jest z powrotem kobietą, Karen Blixen, przez najbliższych nazywaną Tanią. Nie ma Polski komunistycznej, nie zostałam tłumaczką z angielskiego, dziecko wyrosło, a mieszkamy w Niemczech.

Karen Blixen (1885-1962), wybitna pisarka duńska. W 1914 wyszła za mąż za swojego kuzyna, szwedzkiego barona Brora von Blixen-Finecke, z którym wyjechała do Kenii i założyła plantację kawy. W roku 1925 rozwiodła się z mężem i przez kilka lat sama prowadziła plantację. W roku 1931, gdy nastąpiło załamanie na rynku kawy, Karen wróciła do Danii i zaczęła pisać. Wydawała swe książki po angielsku i pod męskim pseudonimem. Obecnie jej najgłośniejszym dziełem są wspomnienia z pobytu w Kenii – Pożegnanie z Afryką (1937) wg których został nakręcony film z Meryl Streep w roli samej pisarki. Ale sławę przyniosły jej przede wszystkim opowiadania, Siedem niesamowitych opowieści (1934) i Zimowe opowieści (1942).

Isaak Dinesen była ulubioną pisarką mojej Mamy, która tak o niej właśnie o niej mówiła – używała jej męskiego imienia i nazwiska, ale nie odmieniała ich po męsku tylko po kobiecemu. Najczęściej zresztą mówiła o niej Dinesenka. To Mama mi podpowiedziała, żeby przetłumaczyć jedno z opowiadań Isaak Denisen. Miała te opowiadania po angielsku w paperbacku. Mama miała całą chyba literaturę angielskojęzyczną w paperbackach…  Winter’s tales, Perły… Wy to już czytaliście zapewne jako Zimowe opowieści Karen Blixen w tłumaczeniu Franciszka Jaszuńskiego. Być może nie są to te same książki.

Bohaterka opowiadania Perły przyjechała z mężem do obcego miasta. Mąż ma jakieś zajęcia, młoda kobieta zostaje sama w hotelu, wychodzi na spacer i nagle zauważa, że zerwał się jej naszyjnik z pereł. Udaje jej się pozbierać wszystkie perły do apaszki, ale oczywiście naszyjnik trzeba naprawić. W miejscowości nie ma jubilera, ale ktoś jej radzi, żeby poszła do szewca, który jest godnym zaufania, akuratnym człowiekiem i na pewno dobrze nawlecze jej perły na nową nić. Szewc obiecuje wykonać pracę na popołudnie. Kobieta wychodzi i dopiero wtedy zaczyna się niepokoić. To piękne perły, podarunek od męża. 50 pięknych pereł. A co, jeśli szewc połakomi się na jedną z nich? Ale już się stało, już oddała perły w obce ręce, nie wiadomo komu. Z niecierpliwością czeka na umówioną godzinę, chce jak najszybciej mieć z powrotem ten naszyjnik, przeliczyć perły, upewnić się, że żadna nie zginęła. I gdy wreszcie je odbierze, idzie do hotelu, przelicza perły i widzi że jest ich 51, a jedna z nich jest piękniejsza niż wszystkie inne. Szewc wplótł w jej naszyjnik swoją perłę…

Rozmawiają potem, szewc i kobieta. To on jej mówi, że nieprawda, iż rolą szewca jest tylko pilnować kopyta. Pilnuj szewcze kopyta, ne sutor supra crepidam, nie sądź powyżej butów. Tak się mówiło. Było ponoć tak, a opowiedział to Pliniusz, że słynny malarz Apelles, ten który malował winogrona tak doskonale, iż ptaki przylatywały, by je dziobać, namalował kiedyś buty wcale nie tak doskonale i został skrytykowany przez jakiegoś szewca. Apelles namalowane buty poprawił, a to sprawiło, że rozzuchwalony szewc następnego dnia skrytykował również namalowane na obrazie szaty. Tu jednak malarz nie zamierzał okazywać pokory i napomniał krytykanta, żeby się nie wtrącał w sprawy, na których się nie zna i niech lepiej pilnuje kopyta (szewskiego oczywiście), bo nie sądzić mu o tym, co powyżej.

Szewc w rozmowie z młodą kobietą opowiedział jej historię perły, swoją historię…

Niewatpliwie szewcem, który nie pilnował kopyta i patrzył znacznie wyżej, szukając Boga, był Jakub Böhme, słynny niemiecki mistyk z Görlitz czyli Zgorzelca, o którym Hegel twierdził, iż był to pierwszy niemiecki filozof… Ale też tak naprawdę to on, a nie Hegel i Marks wymyślili dialektykę. Był słabego zdrowia, dlatego wysłano go na naukę do szewca… Jego myśl filozoficzno-teologiczna, zdumiewająca u człowieka, który nigdy nie studiował, koncentruje się wokół zagadnień panteizmu (Bóg jest naturą, natura – Bogiem), naturalnej skłonności człowieka do złego, i do dobrego, ale bo też i Bóg jest i kochający, i rozzłoszczony. Co ciekawe nauka była według naszego szewca czynnikiem żeńskim, a wolność uważał za przyrodzone prawo każdej jednostki ludzkiej.

O szukających Boga szewcach pisali też Herbert w Martwej naturze z wędzidłem i Jean Giono w Zbiegu.

Dużo się nazbierało tych szewskich opowieści na ten szewski poniedziałek, a jeszcze wciąż i wcale się nie wyjaśniło, jak ma się szewc do Baratarii. A to tymczasem Bata…

Szewc Tomáš Bata, Czech Bata, człowiek, który wymyślił płócienne buty, buty, bez których teraz nie wyobrażamy sobie życia… Był rok 1894, gdy w małym morawskim miasteczku Zlin trójka rodzeństwa założyła niewielką manufakturę obuwniczą, która już po roku… zbankrutowała. Tak rozpoczęła się historia jednej z wielkich światowych fortun. Tomáš Bata wpadł bowiem na genialny pomysł, że z „z wady zawsze można zrobić zaletę”. Skoro nie stać nas na kupno skóry, bądziemy produkowali buty z płótna, a ze skóry zrobimy tylko podeszwy. Tak powstały batiowki, przodkinie trampek, tenisówek, conversów i adidasów. Pomysł okazał się wspaniale nośny. W roku 1898 rodzeństwo Bata zdołało spłacić długi. Po 10 latach brat umarł, a siostra wyszła za mąż. Tomáš został jedynym właścicielem dobrze prosperującej fabryczki. Gdy wybuchła I wojna światowa, fabryka Baty otrzymała zamówienia rządowe. Bata wchodzi na rynki europejskie i światowe. Firma rośnie w oczach.

Od roku 1923 Bata jest burmistrzem miasta. W 1925 roku jego firma zatrudnia już 5000 pracowników, a produkcja przekracza 100 tysięcy par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie ma już ponad 30 obiektów, w tym osiedle mieszkaniowe dla pracowników – charakterystyczne osiedle ceglanych domów.

W roku 1932 Tomasz umiera. Fabrykę obejmuje jego przyrodni brat. Miasto rozrasta się. Jeszcze kilka lat wcześniej miało 5000 mieszkańców, teraz jest ich już ponad 45 tysięcy.

W Zlinie muszą wiąc powstać nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastruktura komunikacyjna, mieszkaniowa i techniczna. Bata ogłasza konkurs, do którego stają wielcy architekci tamtego okresu. Potem będą budowali miasto: Jan Kotěra, František Lydie Gahura, M. Lorenc, Vladimír Karfík i Le Corbusier! W latach 1935–1938 powstaje miasto wzniesione wzdłuż wykopżanego w tym celu Kanału Baty – który do dziś funkcjonuje. Bata buduje stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które przekształcą się w uniwersytet. Powstają przedszkola, biblioteki, ogromne kino, w owym czasie największe w Europie, kościoły – ewangelicki i katolicki.

Bracia Bata stworzyli kapitalizm z ludzką twarzą.

Już w roku 1930 Bata wprowadza 40-godzinny tydzień pracy. Pracownikom przysługuje dwugodzinna przerwa południowa. Kobiety mogą wrócić do domu i ugotować obiad, ale Bata nie widzi w tym sensu i buduje wielkie stołówki robotnicze.

– Kobiety! – mówi do pracownic Bata w jednym z przemówień – nie będziecie musiały nawet robić weków, Bata zrobi je za was.

Ale Bata robi nie tylko buty i weki, wymyśla też nowoczesne fabryki domów. Powstają moduły budowlane, które daje się stosować w budynkach fabrycznych i publicznych. Tak powstają hale produkcyjne, szpitale, hotele, biurowce, najwyższy o wysokości 16 pięter. Był to wtedy najwyższy dom w Czechosłowacji, drugi pod względem wysokości w Europie. Czesi nazywają go „mrakodrap”, czyli drapacz chmur.

Oryginalnym elementem wyposażenia fabryki w Zlinie, wyjątkowym na skalę światową, jest jedna z wind, mieszcząca mobilny gabinet szefa z klimatyzacją, telefonem oraz ciepłą i zimną wodą. Żeby nie odrywać od zajęć swoich pracowników, Bata zjeżdżał na wybrane piętro, mając zawsze wszystko pod całkowitą kontrolą. Mówił, że to zdecydowanie lepiej, kiedy to szef idzie do swojego pracownika, szanując jego czas i obowiązki.

Praktyczna utopia. Jeden z ważnych działów baratarystyki.


Pisząc tę część tekstu, która dotyczy Baty, korzystałam z opracowania w onet-biznes, jego autor z kolei korzystał z materiałów reklamowych Baty. Przegapił jednak jeden z najciekawszych i najbardziej interesujących elementów całościowej wizji braci Batów – własne studio filmowe firmy Bata, pozwalające nagrywać firmy reklamowe już w latach 30.

Barataria 80 Don Kichot i Janosik

Elżbieta Kargol

Na pewno można porównać Don Kichota i Janosika, ale za mało znam obie postacie, żebym się odważyła.

Tetmajerowskiego Janosika znam tylko z filmu Passendorfera. Byłam wprawdzie w Ruzenberku, gdzie został schwytany, ale nic poza tym.

Don Kichota zaczęłam czytać w liceum, ale chyba nie skończyłam. W sumie nie byłam zadowolona, gdy Tomek, przy mojej zresztą pomocy, tego Janosika w tym miejscu stawiał. Zburzył mi horyzont, może nie horyzont, ale to samo od lat spojrzenie w dal. Już się jednak przyzwyczaiłam. Latem w całej tej zieloności nie wysuwa się już tak na pierwszy plan. Tomek obiecał mi, że zmieni mu nakrycie głowy na bardziej “janosikowe“, na coś w rodzaju kłobuka zbójnickiego (kołpaka). No bo miska udająca kapelusz góralski czyni z niego górala podhalańskiego lub… Don Kichota.


Jak powstał? Ojciec mój budując dom w Lachowicach nasadził obok niego dużo świerków, jodeł i sosen. Gdy wyrastały za wysoko, ścinał im wierzchołki. Starał się tak uciąć w specjalnym miejscu, żeby swierkowi wyrosło kilka nowych wierzchołków. Im więcej tym lepiej, wtedy mógł ściąć taki świerk i po okorowaniu i odpowiednim przycięciu powstawało coś w rodzaju wideł do rozrzucania siana.

Świerkowi janosikowemu wyrosły tylko dwa wierzchołki, które Tomek zamienił w kończyny dolne a trzeci, jakby w zarodku, stał się janosikowym przyrodzeniem. Ramiona i ręce są umocowane i doczepione z pomocą metalowych obręczy, zakupionych w miejscowym sklepie budowlanym. A że postać jest wysoka, chuda, koścista, a w rękach trzyma ciupagę niczym kopię, która przy większym wietrze się łamie, z pewnością może przypominać Don Kichota.

Nasz Janosik Don Kichot zamiast z wiatrakami walczy z dzikimi świniami, które podchodzą pod okna i są tak bezczelne, że potrząsają śliwką i częstują się nie pytając.

Nie wiem, czy rzeźbiarz zaplanował następne postacie.

Zależy co wyrośnie i co się zetnie, i jak się zetnie lub co rzeźbiarz znajdzie.

Ja rok temu znalazłam w lachowickim potoku kamień już wyrzeźbiony. Dla mnie to Madonna z Dzieciątkiem, ale można też w kamieniu zobaczyć bacę z owieczką, może tą, która uciekła Don Kichotowi.

Koni w Lachowicach dostatek, tych rzeźbionych i tych prawdziwych, są kozaki, Sanczo Pansa też się znajdzie niejeden, no i Maryna biegnąca ku dolinom.

Zdjęcia: autorka, rzeźby: Tomek

Barataria 79 Babcia i wnuczka 2

Kilka tygodni temu po raz pierwszy ukazał się TU wpis o babci Zosi, która przez 20 lat pracowała w kawiarni “Barataria” w Warszawie i jej wnuczce Kamili. Kamila zaoferowała wówczas, że przeprowadzi wywiad z Babcią i słowa dotrzymała.

Dziękuję!

Kamila W.

Moja babcia Zosia ma 84 lata. Zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań, dotyczących nieistniejącej już warszawskiej kawiarni „Barataria”, w której przepracowała jedną czwartą swojego życia. Spotykam się z nią w jej mieszkaniu.

Pytam, czy mogę naszą rozmowę nagrać, żeby jak najdokładniej móc odtworzyć jej słowa. Zgadza się, więc zaczynamy:

– Babciu kiedy zaczęłaś pracować w “Baratarii”?

– Zaczęłam pracę 1 kwietnia 1963, miałam 29 lat.

– Byłaś już mężatką?

– Tak, miałam już dwoje dzieci, to była moja pierwsza praca po urlopach macierzyńskich (mój wujek i mama urodzili się w odstępie roku)

– Pamiętasz kto był wtedy właścicielem?

– Jak zaczęłam pracę w „Baratarii”, właścicielem był Karol Henn

– Dobrze go znałaś?

– Tak, ponieważ najpierw zaczęłam pracować w “Brazylijczyku” na ul. Puławskiej tuż przed kinem Moskwa. Współwłaścicielem tej kawiarni był właśnie pan Henn. Po pewnym czasie podjął decyzję o wyjściu ze spółki. Kiedyś zadał mi pytanie, czy jak założy swoją własną kawiarnię, to czy wrócę do niego pracować. Zgodziłam się.

– I przeszłaś tak od razu?

– Nie, pracowałam w “Brazylijczyku”, ale ciężko tam mi było. Straszna harówka. Zwolniłam się po mniej więcej czterechpięciu miesiącach. Potem w niedługim okresie czasu zaczęłam pracę w „Baratarii”.

– Wiesz, kto nazwał tak kawiarnię?

– Pierwsi jej założyciele, było to dwóch Braci Plastyków, ale nazwiska nie znam.

– Plastyków z zawodu?

– Tak. Pierwotnie kawiarnia nazywała się “Barataria braci Kleks”. To oni nadali jej wnętrzu taki dziwaczny charakter.

– Czyli jak ty zaczęłaś pracować to Karol Henn był trzecim właścicielem?

– Tak. Znałam też drugą właścicielkę, panią Marię Dembowską, która odkupiła od Braci Plastyków kawiarnię. Znałam ją prywatnie, mieszkała niedaleko domu moich rodziców, ja się z jej córką długo przyjaźniłam. Tak że kawiarnia, jak widać, przechodziła z rąk do rąk, najpierw Bracia, potem Pani Maria, a na koniec przejął ją Henn.

– Skąd wiesz o Braciach założycielach?

– Z opowieści stałych klientowi, którzy przychodzili do kawiarni od początku jej istnienia. Wiesz, kiedyś nie było tak, jak teraz, że ludzie w biegu żyją. Wchodzą, wychodzą oprócz dzień dobry i do widzenia, słowa nie zamienią z nikim. Kiedyś klientela przywiązywała się do miejsc, ludzie posiedzieli, porozmawiali… Większość bywalców znała się z imienia. Ja wiedziałam, kto jaką kawę lubił, co zamawiał do niej…

– Babciu, a czy w ogóle słyszałaś przedtem o “Baratarii” jako nazwie?

– Nie. Dowiedziałam się dopiero, jak zaczęłam tam pracować. Wtedy ta nazwa nic mi nie mówiła.

– A wracając do samej kawiarni– mogłabyś określić kiedy została mniej więcej założona?

– Wydaje mi się, że w latach pięćdziesiątych, nie wiem, nie chcę skłamać.

– Zawsze, jak opowiadasz o kawiarni to w taki sympatyczny sposób. Czy lata tam spędzone wspominasz jako szczęśliwe? Dlaczego?

– Lubiłam swoją pracę. Sama wiesz, że jestem towarzyska. Miałam miłych klientów, studentów i profesorów z Politechniki Warszawskiej, zoologów z pobliskiego instytutu, bardzo mili ludzi. Towarzystwo ciekawe tam się zbierało. Lubiłam tam pracować. Atmosfera była przyjemna.

– W jakich godzinach kawiarnia była czynna?

– Od 7.00 do 21.00

– I Ty pracowałaś w tych godzinach?

– Tak, bez przerwy. Obiad jadłam na raty, kiedy akurat nie było klientów, a to raczej zdarzało się rzadko. Pracowałam na zmiany: w poniedziałek zaczynałam, wtorek wolne, środa praca i tak dalej.

– Rozumiem, że w Twoich dniach wolnych, pracował tam ktoś inny?

– Na początku z szefową pracowałyśmy na zmianę. Potem została zatrudniona dodatkowa osoba. Też Zosia! I tak pracowałyśmy na zmianę. Codziennie zdawałyśmy sobie towar remanentem, żeby jedna za drugą nie ponosiła odpowiedzialności.

– Pracowałaś z szefową? A pan Henn?

– W niedługim czasie, jak zaczęłam pracować w „Baratarii”, pan Karol zmarł. Interes przejęła jego żona – pani Wanda Henn, która prowadziła kawiarnię do emerytury.

– Mogłabyś opisać wygląd kawiarni?

– Był to mały lokal, w którym mieściło się osiem okrągłych, czerwonych stolików. Od wejścia na ścianie, po lewej stronie wisiała klatka z dwiema żarówkami, a tam napis „śpiewające żarówki”.
Na wprost wejścia był bufet, moje główne stanowisko pracy, gdzie znajdował się ekspres do kawy. Zwróć uwagę na zdjęcie, tutaj dokładnie widać ladę i ekspres. Nad tymi półkami z alkoholem widniał taki napis: ”Samoobsługa nie dotyczy królów, mężów stanu i poetów”.
Tu, nad witryną z ciastkami był zegar, którego wskazówki kręciły się szybko, a ponad nim napis „Czas szybko leci”. Na tym zdjęciu już tego nie ma, ponieważ fotografia została zrobiona po remoncie, szefowa kilka rzeczy pozmieniała…
Po prawej stronie od wejścia w rogu przy oknie była postać nagiej kobiety ok. 150 cm wysokości, ale zamiast głowy miała szczotkę, na krótkim kiju, który stanowił szyję. Taka zwykła szczotka do zamiatania podłogi to była.

– Czyli to taki manekin jak z witryn sklepowych?

– Nie, to nie był manekin. To było ręcznie wykonana postura kobiety chyba z gipsu, o ile się nie mylę. Już jak przyszłam pracować to ten twór tam był. Tak samo, pod sufitem wisiały dwie nogi – jedna krótsza druga dłuższa, a obok nich napis „ NIE PODSKAKUJ”. Bracia Plastycy taką wyobraźnię mieli…

– I nikt od początku tych dekoracji nie zmienił?

– Moja szefowa zmieniła wygląd kawiarni. Chyba chciała ja troszkę „unormalnić” bo polikwidowała wszystko co dziwaczne, zostawiła tylko tą postać kobiety, której nikt kategorycznie nie mógł dotykać, a uwierz mi byli tacy, co dotykać chcieli.
Klienci nie byli za bardzo zadowoleni ze zmiany wystroju, bo jakby nie było trochę ubyło z niepowtarzalności.

– Wspominałaś mi kiedyś o cytatach z Gałczyńskiego…?

– Ja się nigdy ich nie nauczyłam na pamięć, tyle lat pracowałam, czytałam je na okrągło i nigdy się tego nie nauczyłam.

– A czy w kawiarni były gazety do czytania?

– Nie. Ewentualnie ktoś już przyszedł ze swoją gazetą. Ale tam się nie przychodziło czytać. Bywalcy zazwyczaj chcieli pogawędzić przy kawie i papierosku, bo w tamtych czasach można było palić w kawiarni, nikt nikogo nie wypędzał. Ludzie przychodzili grupkami, umawiali się z kimś, spędzali swój wolny czas od pracy. Było wesoło.

– Babciu tak patrzę na to zdjęcie przy ekspresie, pamiętasz po tylu latach jak parzyłaś wtedy kawę?

– Jeszcze i teraz bym umiała go obsłużyć. Ekspres ten robił pięć dużych kaw za jednym zaparzeniem, a te kurki na boku służyły do podgrzewania filiżanek parą. Oczywiście musiałam przejść kurs, aby nauczyć się go obsługiwać. Po jakimś czasie trzeba było go odnawiać. Spójrz tutaj, mam jeszcze na to papier.

(Babcia pokazuje mi zaświadczenie o odbyciu jednego z kursów)

– A klienci jaką kawę zamawiali najczęściej?

– Zwykłą czarną kawę, która kosztowała 2,20 zł za małą lub 4,40 zł za dużą filiżankę. Jak już kawa była gotowa, to na spodeczku stawiałam ją na ladzie. Cukier też stał na ladzie, każdy słodził sobie sam. W końcu była samoobsługa.

– Na jednym ze zdjęć trudno nie zauważyć, widać za Tobą półkę z alkoholem. Pamiętasz, jakie to trunki?

– Istra – wermut jugosławiański, Cinzano, Martini też wermuty, były wina takie jak Tokaj, Malaga, Calabrese, koniak… Chociaż z tego co pamiętam najczęściej szły Rieslingi, czyli białe wytrawne wina.

– A oprócz alkoholu i kawy?

– Wodę sodową! Fructon też zamawiano, to był taki napój jabłkowy, gazowany. Nie wiem, czy jeszcze jest na rynku.

– Na zdjęciu widzę gablotę…

– Tak, w niej były ciastka. Głównie eklerki, babeczki śmietankowe, rożki śmietankowe.

– Też je jadłaś?

– Co dzień inne! Ale, że pracę miałam stojącą i w ruchu od świtu do nocy, to i za wiele nie przytyłam! Jak się klientka zastanawiała, czy brać któreś z ciastek i biadoliła „oj, że w biodra pójdzie”, to ja jej na to odpowiadałam, że jestem chodzącą reklamą, bo jem je codziennie.

– Pamiętasz kto wam te ciastka dostarczał?

– Przywoził je ok. godz. 9.00 kierowca z cukierni Zdrojewskiego w Warszawie

– A wśród klientów byli amatorzy na te ciastka? Mieli swoje ulubione?

– Tak, np. miałam takiego klienta, zegarmistrza z naprzeciwka. Był akurat na kawie kiedy przyjechała Twoja Mama z Krystianem (mój starszy brat), który był jeszcze dzieckiem około trzyletnim. I ja dałam mu rożka śmietankowego, bo nie chciałam, żeby się wymazał w kremie, na co Krystianek niezadowolony głośno do mnie krzyknął „ciastko byleco mi dałaś!” Przy czym rozbawił klientelę. Od tamtej pory niezmiennie zegarmistrz prosił o kawę i ciastko byleco.

– Babciu, a jacy inni ludzie zapadli Ci w pamięć, którzy bywali w “Baratarii”?

– Na pewno pan Szymon Kobyliński, który mieszkał w tej samej kamienicy w której znajdowała się kawiarnia. Bywał często, wpadał na kawę. Zawsze siadał przy moim służbowym stoliczku, jak miałam chwilę, to się przysiadałam. Pewnego razu było tak głośno, że własnych myśli nie słyszałam, krzyknęłam do klienteli: „Cisza tu ma być, bo ja nie mogę pracować!” a on do mnie ze śmiechem mówi tak: „wygląda Pani, jak mikrus, a wkroczyła jak czołg!”

(Babcia ma 152cm wzrostu)

Nieraz też ktoś korespondencję dla niego u mnie zostawiał, a on jak odbierał to zawsze z kwiatuszkiem do mnie przychodził za podziękę.
A z innych osób to pamiętam pana Józefa – policjanta dzielnicowego. Przychodzili też taksówkarze, którzy czekali na kurs, lekarze ze szpitala na Koszykowej, głównie wpadali na koniaczek po swoich dyżurach, aktorzy..

– Pamiętasz którzy?

– Przychodził Jan Kobuszewski, Igor Śmiałowski, Wojciech Siemion, Emilia Krakowska, która robiła w pobliskim LOK-u kurs na prawo jazdy, więc zachodziła na kawę. Zawsze pytała, czy może ze mną przy bufecie wypić kawę, bo tak raźniej. Ale to tylko część klienteli, bo większość i tak stanowili studenci z Politechniki i profesorowie. W każdym razie często zdarzało się, że była kolejka, ekspres nie nadążał kawy parzyć, szczególnie w okresie kiedy zabrakło jej na rynku, kiedy była tylko na kartki.

– To w kawiarni musiało być wesoło i gwarno. Muzyka jakaś w tle pewnie też leciała?

– Radio było, musiało zagłuszać rozmowy klientów, żeby nikt nie czuł się skrępowany. Kawiarnia służyła ludziom do spotkań, każdy musiał czuć się komfortowo. Miejscem schadzek też była… Wiesz, miałam kiedyś taką sytuację – codziennie o stałej godzinie przyjeżdżała taksówką pewna para, siadali sobie przy stoliku w kąciku. Nigdy nie wychodzili z kawiarni razem, zawsze osobno. I kiedyś tak sobie siedzieli, aż tu nagle weszła chyba żona tego pana i poszła w ruch parasolka ku zdumieniu wszystkich. Temu panu mocno się oberwało, dziewczynie też. Już po tym zdarzeniu więcej ich nie zobaczyłam.
A wracając jeszcze do muzyki, to czasem studenci przynosili gitarę i grali sobie. Głównie przychodzili na mojej zmianie, szefowa nigdy nie pozwalała im grać, ja tak, jeśli byli grzeczni i przeszkadzali za bardzo innym, to nie widziałam w tym nic złego. Chyba mnie lubili…

– Babciu, a jak ogólnie wspominasz pracę podczas stanu wojennego?

– Pracowałam, dojeżdżałam do pracy i wracałam do domu bez żadnych przeszkód. Nigdy nie miałam żadnej stresującej sytuacji.

– Czy wiesz kiedy i dlaczego “Barataria” została zamknięta?

– “Barataria” została zamknięta już po moim odejściu z pracy. Ja odeszłam w ’83 roku, a kawiarnia jakieś pięć lat była jeszcze w utrzymaniu pani Henn. Potem pani Henn przeszła na emeryturę i sprzedała lokal, ale nie wiem komu. Podobno nowy nabywca przekształcił kawiarnię na bar. Ale trudno mi to już zweryfikować, bo już nigdy potem tam nie byłam.

– Zdradzisz mi czemu odeszłaś z pracy, którą uwielbiałaś?

– Przepracowałam tam równo 20 lat. Odeszłam bo byłam potrzebna gdzie indziej, powoli zbliżał się wiek emerytalny, przyszedł czas na zmiany…

– Babciu, dziękuję za podzielenie się swoimi wspomnieniami!


Dla przypomnienia – Gałczyńskiego było tak (a napisał to nam TU Mietek Węglewicz):

„O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Czeluść otwarta! Słońce w znaku Wodnika! Zorobabel krąży na wysokościach!”
P.S. Na ścianie kawiarni było krócej – może do Wodnika…

Na wszelki wypadek dodam, że to cytat z Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
Babcia i wnuczek czyli Noc cudów
Farsa w dwóch aktach z prologiem i intermedium

(Anty)Barataria 78

Lech Milewski

Trzy tygodnie temu, w pierwszym odcinku tej serii – KLIK – rozstaliśmy się z Irlandią w krytycznym momencie. Wnuczka Noego, Cesaire, która zamierzała tu zamieszkać, umarła ze zgryzoty. Jej mąż przeżył potop, ale jako łosoś.
Co dalej?

Kolejni ludzie dotarli do Irlandii po zakończeniu ery lodowcowej. Historia Irlandii rozpoczyna się jednak od Celtów, którzy przybyli tu z Galii – Francja i północna Hiszpania.
Na marginesie wspomnę, że za kolebkę Celtów uważa się tereny między obecnymi Czechami a Renem. Było to bardzo wojownicze plemię, które w III wieku p.n.e. wdarło się do Macedonii i Grecji (pokonali Greków pod Termopilami – to nie pomyłka) i ostatecznie osiedlili się w Azji Mniejszej, na terenach obecnej Turcji, gdzie nadano im nazwę Galatów (to u ich potomków przebywał w niewoli pan Zagłoba).

Koniczyna

Społeczeństwo celtyckie składało się z trzech warstw – rolników, wojowników i kapłanów.
Kapłani byli warstwą najwyższą, wyróżniano wśród nich trzy grupy – Bardów (poetów i śpiewaków), wieszczów (badaczy przyrody) i najwyższą grupę – druidów (uczonych posiadających wiedzę o gwiazdach, świecie, ziemi i bogach).
To druidowie uznali koniczynę za świętą roślinę, która odpędza złe duchy. Stała się ona godłem Irlandii.

Z nielicznych źródeł wynika, że kobiety miały prawa zbliżone do męskich. Tacyt wspomina, że celtyckie kobiety uczestniczyły w bitwach i zajmowały dowódcze stanowiska w armii.

Do tego momentu mogłem sobie marzyć, że właśnie tutaj znajdowała się Barataria, ale zbyt mało danych, aby to potwierdzić i zbyt wiele przeciwieństw losu, aby to trwało wystarczająco długo.

W XII wieku Irlandię najechali Normanowie i od tego czasu zaczęły się bliskie kontakty z Anglią. Krytycznym momentem była kolonizacja Irlandii przez Anglików, która rozpoczęła się w XVI wieku. Nazywało to się – Plantations of Ireland – a polegało na zabieraniu siłą ziemi Irlandczykom i przydzielaniu jej przybyszom z Anglii.

Jednym z takich przybyszów był Jonathan Swift, ojciec interesującego mnie Jonathana.
Jonathan Swift junior urodził się w listopadzie 1667 roku w Dublinie. Ojciec zmarł 7 miesięcy przed urodzinami jedynego syna. Przyczyną śmierci był syfilis, którym się zaraził od brudnej pościeli

Dygresja.
Syfilis od brudnej pościeli.

Diagilew

Zastanowiło mnie, że 150 lat później, w XIX-wiecznej Francji, choroba ta dotknęła wielu artystów – Gustave Flaubert, Charles Baudelaire, Guy de Maupassant, Eduoard Manet, Henri de Toulouse Lautrec, Paul Gaugin.
Jakaś zmowa w pralniach?
Przeczytana nie tak dawno obszerna biografia Siergieja Diagilewa skierowała mnie jednak na inny trop.
Gdy Siergiej ukończył 17 lat, jego ojciec – Paweł – miał do wykonania poważny ojcowski obowiązek – zapoznać młodzieńca z tajemnicami seksu.
Paweł Pawłowicz Diagilew ze zdumieniem stwierdził, że od czasu jego młodości nastąpiła istotna zmiana – w Rosji zniesiono feudalizm (1863 rok).
Co to ma do rzeczy?
Wiele, zamiast jak to kiedyś bywało, upatrzyć dla syna jakąś zdrową dziewoję i kazać jej ojcu lub mężowi, aby ją przysłał do dworu na specjalne usługi, ojciec musiał teraz zaprowadzić syna do burdelu.
Tak też zrobił ojciec Siergieja.
Rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania. Po pierwsze Siergiej nabrał obrzydzenia do seksu z kobietami, po drugie zaraził się syfilisem.
Sprawdziłem daty – w Anglii feudalizm zlikwidowano w połowie XVII wieku, we Francji – w wyniku Rewolucji Francuskiej.
Jonathan Swift senior, Flaubert i inni dobrze wpisują się w ten scenariusz.

A Polska? Czy jakiś sławny Polak miał syfilis?
Zacznijmy od podstaw.
Zabór rosyjski. Rząd carski zlikwidował feudalizm w Królestwie Polskim w 1864 roku.
Zabór austriacki. Następca Marii Teresy, cesarz Józef II, był człowiekiem Oświecenia, reformatorem. Jedną z jego reform było zniesienie feudalizmu w cesarstwie austrackim. Było jednak kilka wyjątków – między nimi Galicja, gdzie opór był tak wielki, że sprawę odłożono na później.
Idąc tym tropem znalazłem – Stanisław Wyspiański.
Czy jego małżeństwo z chłopką i fascynacja weselem poety i chłopki nie były odbiciem tęsknoty za dawnymi czasami i obyczajami?

Koniec dygresji

Pierwsze trzy lata Jonathan spędził pod opieką mamki i w tym okresie nauczył się czytać Biblię. W międzyczasie jego matka wróciła do Anglii, a opiekę nad nim przejął wujek – Godwin Swift. Wysłał on bratanka do szkoły a następnie na uniwersytet w Dublinie.

Jeszcze przed ukończeniem studiów Jonathan przeniósł się do Anglii, gdzie matka załatwiła mu posadę sekretarza u Sir Williama Temple, emerytowanego dyplomaty. Jonathan zyskał zaufanie swojego pracodawcy, który wtajemniczył go w wiele spraw państwowej wagi, a następnie polecił go królowi Williamowi III (Wiliam Orański).

Swift tkwił w centrum spraw państwowej wagi. Zawiódł go jednak instynkt, w niewłaściwych momentach zmieniał orientację – Wigowie kontra Torysi – i w rezultacie usunął się w cień, do swojej rodzinnej Irlandii.

Dopiero tu i teraz zauważył, co stało się z tym krajem.

Jeśli jestem wolnym człowiekiem w Anglii czemuż staję się niewolnikiem po sześciu godzinach, które są potrzebne aby przepłynąć Kanał (Ulsterski, oddzielający Irlandię od Anglii)?

Ludność która w 1641 liczyła półtora miliona, została w ciągu 11 lat zredukowana do 850 tysięcy, w tym 150 tysięcy angielskich i szkockich osadników.

Wynikiem tych obserwacji był szereg paszkwilów i popularne do dzisiaj Podróże Guliwera.

Jonathan Swift nie ograniczył się jednak tylko do satyry. W 1729 roku opublikował praktyczne rozwiązanie.

Skromna Propozycja

Dla zapobieżenia dzieciom biednych w Irlandii, bycia obciążeniem dla rodziców i kraju, a także dla uczynienia ich korzystnymi dla społeczeństwa.

Przygnębiający to widok dla tych, którzy spacerując po naszym wspaniałym mieście (Dublin), lub podróżując po kraju, widzą ulice, drogi, drzwi domostw, zaludnione żebrakami płci żeńskiej, za którymi tłoczy się troje, czworo, sześcioro dzieci w łachmanach nagabujących każdego przechodnia o jałmużnę.

Te matki zamiast pracować na godziwe utrzymanie, zmuszone są spędzać cały czas krążąc w poszukiwaniu wyżywienia dla swoich bezradnych dzieci, które, gdy dorosną, albo z braku pracy przemienią się w złodziei, albo opuszczą rodzinny kraj walczyć za Samozwańca w Hiszpanii, lub sprzedadzą się w niewolę na Barbados.

Sądzę, że wszystkie zainteresowane strony zgodzą się, że ta niesamowita liczba dzieci w ramionach, na plecach lub na piętach ich matek, a często ich ojców, jest w obecnym, godnym pożałowania stanie królestwa (Irlandii), bardzo wielkim dodatkowym utrapieniem; i dlatego ktokolwiek mógłby znaleźć sprawiedliwy, tani i łatwy sposób na zrobienie z tych dzieci rozsądnych i pożytecznych członkowów wspólnego bogactwa, zasłużyłby na posąg jako zbawca narodu.

Moja intencja jest bardzo daleka od ograniczania się do świadczenia wyłącznie na rzecz dzieci zadufanych żebraków: sięga znacznie dalej i będzie w stanie objąć całkowitą liczbę niemowląt w pewnym wieku, które urodziły się rodzicom, którzy nie są w stanie ich utrzymać i muszą błagać o naszą łaskę na ulicach.

Jeśli chodzi o mnie, to od wielu lat skupiłem moje myśli na tym ważnym temacie i starannie rozpatrzyłem kilka planów naszych projektodawców, i w każdym przypadku stwierdziłem, że oparte są na bardzo błędnych obliczeniach.

To prawda, dziecko może przeżyć rok wspierane wyłącznie przez mleko matki, plus niewielkie dodatki pokarmowe nie przekraczające wartości dwóch szylingów, które matka jest w stanie zapewnić przez dorywczą pracę, wyprzedaż dobytku lub legalne żebranie.
Dlatego dokładnie po ukończeniu jednego roku proponuję zająć się nimi w taki sposób, że zamiast być obciążeniem dla swoich rodziców, lub parafii, lub być skazanymi na brak jedzenia i okrycia do końca życia, przyczynią się do wyżywienia, a częściowo również ubrania wielu tysięcy.

Dodatkową wielką zaletą w mojego projektu będzie zapobieżenie dobrowolnym aborcjom, tej okropnej praktyce, w której kobiety mordują swoje nieślubne dzieci.
Niestety! Zbyt często powodem poświęcenia życia tych biednych niewinnych niemowląt nie jest wstyd lecz bieda.

Liczba dusz w tym królestwie (Irlandii) jest zwykle liczona jako półtora miliona. Obliczam więc, że mamy około dwustu tysięcy par, w których kobiety są nadal płodne. Od tego odejmuję trzydzieści tysięc par, które są w stanie utrzymać własne dzieci (zgadam się, że w obecnej, trudnej sytuacji królestwa jest to liczba przesadzone). Pozostając jednak przy pierwotnym założeniu pozostaje nam sto siedemdziesiąt tysięcy hodowców.
Ponownie odejmuję od tego pięćdziesiąt tysięcy kobiet, które poroniły, lub których dzieci umierają przypadkowo lub w wyniku choroby.
Pozostało tylko sto dwadzieścia tysięcy dzieci ubogich rodziców rodzonych każdego roku.
Pytanie brzmi: Jak ta ilość ma być utrzymywana?

Wspomniałem już wyżej, że żadna z proponowanych metod nie daje odpowiedzi na to pytanie.
Nie możemy ich zatrudnić w rzemiośle ani na roli; nie budują domów, nie uprawiają ziemi.
Bardzo rzadko mogą zapewnić sobie środki do życia przez kradzież (do wieku sześciu lat).
Przyznaję, że uczą się podstaw od małego, jednak w tym czasie mogą być właściwie postrzegane tylko jako stażyści. Jak poinformował mnie pewien dżentelmen w hrabstwie Cavan, nigdy nie spotkał więcej niż jeden lub dwa przypadki biegłego opanowania sztuki kradzieży poniżej szóstego roku życia.
Z drugiej strony, jak zapewniali nas nasi kupcy, chłopak lub dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet kiedy dochodzą do tego wieku, nikt nie da więcej niż trzy funty lub trzy funty i pół korony co ma się jak jeden do czterech w stosunku do środków, które muszą poświęcić rodzice lub królestwo na ich wyżywienie i odzianie.

Dlatego teraz pokornie zaproponuję swój własny pomysł, który, mam nadzieję, nie wzbudzi najmniejszych zastrzeżeń.
Bardzo dobrze zorientowany znajomy mi Amerykanin w Londynie zapewnił mnie, że młode, zdrowe i dobrze odżywione dziecko w wieku conajmniej roku, to najsmaczniejsze pożywne i zdrowe jedzenie, czy to duszone, pieczone lub gotowane; i nie wątpię, że będzie ono równie dobrze smakować w potrawce lub jako ragout.
(…)
Zakładam, że to jedzenie będzie dość drogie, a zatem bardzo stosowne dla właścicieli ziemskich, którzy, po pochłonięciu większości rodziców, wydają się być najbardziej uprawnieni do skonsumowania ich dzieci.
(…) W tym miejscu ośmielę się wspomnieć, że ilość katolickich dzieci w tym królestwie stanowi trzy czwarte ich populacji. A zatem moja propozycja przyniesie dodatkową korzyść – zmniejszenie ilości papistów.

Jak już wcześniej wyliczyłem, utrzymanie dziecka nędzarza, a do tych zaliczam wszystkich najemców, robotników i cztery piąte rolników, kosztuje około dwóch szylingów rocznie. Jestem przekonany, że żaden dżentelmen nie będzie sarkać na cenę 10 szylingów za ciałko smacznego, tłustego dziecka, z którego można wygospodarować 4 pożywne mięsne dania na posiłek dla rodziny lub przyjaciół.

— Tu następuje lista korzyści wynikająch z powyższej propozycji.
Są one tak oczywiste, że je pominę, za wyjątkiem ostatniego punktu,
który wnosi coś nowego —-

Po szóste, byłoby to wielką zachętą do małżeństwa, wzmocniłoby to troskę i czułość matek do ich dzieci, kiedy będą pewne, że ich biedne niemowlęta, będą źródłem zysku, nie wydatku.
W mężczyznach wzbudzi to troskę o żony w czasie ich ciąży, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku źrebnej klaczy lub cielnej krowy.
Z drugiej strony powstrzyma ich przed biciem żon (co obecnie jest zbyt częstą praktyką) ze strachu przed poronieniem.
(…)

Dr Jonathan Swift – rok 1729

 

Polak potrafi?

Z niewiadomych przyczyn powyższa propozycja nie została wprowadzona w życie, znalazłem jednak przypadek nieco innego podejścia do tego samego problemu.

Rok 1845, Irlandię nawiedziła Wielka Klęska Głodu (Great Irish Famine) – KLIK.

Klęska na tyle wielka, że Wielka Brytania zorganizowała Great Relief Association, która prowadziła akcję zbiórki pieniędzy a następnie rozdział zebranych środków wśród głodująch.
W 1846 roku do akcji włączył się Paweł Edmund Strzelecki, znany nam skądinąd jako badacz Australii. Wikipedia podaje, że jego sprawna działalność równoważyła marnotrawstwo środków przez utytułowanych filantropów. W maju 1847 roku został awansowany na dyrektora akcji – KLIK.
Nie wiem czy Strzelecki czytał wywód Jonathana Swifta, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden element – Swift wspomniał, że gromada głodnych i obdartych dzieci na karku uniemożliwia rodzicom jakąkolwiek działalność. Strzelecki też to zauważył i zapoczątkował akcję rozprowadzania pomocy dla dzieci przez szkoły. Dzięki temu dzieci otrzymywały przy okazji edukację. W szczytowym okresie ilość dzieci, które otrzymywały pomoc w szkołach przekroczyła 200,000 – KLIK.

Idąc polskim tropem przypomniałem sobie wpis, a nawet dwa, o Braciach Polskich – Arianach – KLIK + KLIK.

Dla mnie to czysta Barataria, że też musiałem odbyć tak długą podróż, aby to odkryć 🙂

Barataria 77 Swift

Lech Milewski

Czytelników mojego poprzedniego wpisu mogło zaskoczyć dziwne pomieszanie tematów – staroirlandzka legenda, rzeczowe obserwacje angielskich obyczajów dokonane przez czołowego filozofa epoki Oświecenia i Podróże Guliwera – bajki dla dzieci.

Dzisiaj zacznę od bajki.
Podróże Guliwera były jednym z największych sukcesów wydawniczych XVIII wieku. Pierwsze wydanie sprzedano w ciągu tygodnia. Za kilka miesięcy książka została przetłumaczona na francuski. Na początku 1727 roku książka została wydana w Hadze a we Francji ukazało się kolejne tłumaczenie autorstwa księdza Desfontaines’a.

Zatrzymajmy się chwilę na tym ostatnim tłumaczeniu.
Ksiądz Desfontaines w przedmowie napisał:
Nie mogę zataić, że w dziele pana Swifta znalazłem ustępy słabe, a nawet bardzo złe, niezrozumiałe alegorie, niesmaczne aluzje, dziecinne szczegóły, trywialne uwagi, wulgarne żarty, ordynarne dowcipy… słowem rzeczy, które dosłownie oddane po francusku… obrażałyby dobry smak jaki rządzi we Francji, okryłyby mnie samego wstydem i ściągnęłyby niechybnie słuszne zarzuty, gdybym był tak lekkomyślny i nieostrożny, aby je pokazać oczom publiczności.

Co rzekłszy ksiądz Desfontanes, jak sam pisze: …naprawiłem potknięcia i wypolerowałem miejsca, które mi się nie podobały.

Jeszcze cytat z Woltera, pisany bez znajomości Podróży Guliwera i ich francuskiego tłumaczenia.
Każdy tłumacz dowcipnych powieści jest głupi. Otóż dlaczego nigdy nie zrozumieją we Francji dowcipnego nauczyciela Swifta, którego nazywają angielskim Rabelais.

Wolter – Listy o Angielczykach

Pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w 1784 roku. Było to, zgodnie z ówczesnym obyczajem, tłumaczenie nie z angielskiego lecz z francuskiego.

Chyba jednak poprawki księdza Desfontanes za bardzo nie zaszkodziły, skoro w roku 1817 Jędrzej Śniadecki w wydawanych w Wilnie przez Towarzystwo Szubrawców – KLIK Wiadomościach Brukowych opublikował cykl Dalszy ciąg postrzeżeń włóczęgi Guliwera – satyrę na obskurantym szlachecki i nędzę chłopską na ziemiach litewsko-ruskich.

Pierwsze, prawie wierne tłumaczenie ukazało się w Lipsku w 1842 roku.

Ja czytałem Podróże Guliwera wydane w Warszawie w 1953 roku – wydawnictwo Iskry.

Podróże Guliwera

Zdjęcie pochodzi z witryny antykwariatu Rara Avis w Krakowie. Ilustracje w tym wpisie są autorstwa J.I. Grandville’a.

Rok 1953. Przygody Guliwera znane mi były z rysunkowego filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że znakomita ilość osób, którym tytuł książki coś mówi, zna ją właśnie z filmów lub książeczek dla dzieci. W rezultacie, gdy wydorośleją, nie sięgną raczej po dość grubą książkę, no bo co ich obchodzą tak naiwne bajeczki.

Jestem przekonany, że moja matka nie czytała całej powieści i w rezultacie byłem mocno zdezorientowany, że z jej rąk otrzymałem książkę zawierającą tak “wulgarne treści” i bardzo śmiałe obserwacje dotyczące zachowania istot rodzaju żeńskiego.

Obecnie jednak zajrzałem do Podróży Guliwera szukając Baratarii. Oto wyniki moich poszukiwań.

Liliput
Większość opowieści poświęcona jest opisowi jak też istoty o wysokości 15 cm radzą sobie z olbrzymem – Człowiekiem Górą (Quinbus Blestrin).
Radzą sobie nieźle, poza jednym – kosztami wyżywienia.

Poszukałem jednak informacji, które nie są tak oczywiste dla dzieci.
Gdy jakiś wielki urząd bądź przez śmierć, bądź przez popadnięcie w niełaskę (co się często zdarza) wakuje, pięciu lub sześciu kandydatów podaje Cesarzowi memoriały, ażeby mieli pozwolenie bawienia Jego Cesarskiej Mości i dworu skakaniem na sznurach.
Kto skacze najwyżej bez upadnięcia, ten otrzymuje urząd.

Dwa najpoważniejsze problemy, które nękały ten kraj to po pierwsze – rywalizacja dwóch partii politycznych Tramecksan i Slamecksan, tak nazwanych od Wysokich i Niskich Klocków, czyli obcasów trzewików, które nosili.
Wysokie Klocki bardziej się zgadzają ze starą konstytucją jednak Cesarz postanowił używać tylko Niskich Klocków, tak w sprawowaniu rządu jak i we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Niechęci dwóch partii w tak wysokim są stopniu, że ani jedzą, ani piją z sobą, ani do siebie gadają.

Drugi problem to zagrożenie Liliputu ze strony mieszkańców wyspy Blefusku. Te dwa mocarstwa toczyły od 36 księżyców wojnę, której powód był następujący: Wszyscy się zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad naszego Cesarza jeszcze gdy był dziecięciem, mając jeść jajo skaleczył sobie palec, skąd poszło prawo, żeby jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą tak był oburzony, że dziejopisowie o sześciu z tej okoliczności wspominają rozruchach. Na jedenaście tysięcy liczą ludzi, którzy woleli śmierć ponieść, aniżeli poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Zamieszanie wykorzystują władcy Blefusku, którzy oskarżają nas jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego Wielkiego Proroka objawione w 54 rozdziale Blundekralu (to jest Al-koranu), co jednak myślę jest tylko przekręceniem tekstu, którego te są słowa: “Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego (pogrubienie moje).

Wszystkie dzieci wiedzą, że Guliwer włączył się w decydujący sposób do wojny z Blefuskiem a mianowicie unieszkodliwił flotę najeźdźców.

I dalej o Liliputach:
Mają swoje prawa i zwyczaje osobliwsze, które bym może przedsięwziął usprawiedliwić, gdyby prawom i zwyczajom mojej kochanej ojczyzny nie były nazbyt przeciwne.
Pierwsze prawo, które nadmienię mówi o donosicielach. Oszukanie maja za obrzydliwszą zbrodnię niż kradzież i dlatego zawsze karzą śmiercią.
W obieraniu osób na urzędy więcej uważają na poczciwość niżeli na wysoką zdatność. Rząd potrzebny jest rodzajowi ludzkiemu, mówią oni, a zatem Opatrzność nie miała zamiaru zawiadywania interesami publicznymi uczynić umiejętnością trudną.
Nie chcą aby dziecko miało jakieś osobliwsze zobowiązania wobec ojca za poczęcie i wobec matki za urodzenie, które zważywszy nędzę ludzkiego życia, nie było dobrodziejstwem ani nie było zamierzone przez rodziców. Z tej przyczyny uważają, że ojciec i matka mniej od kogoś obcego nadają się do wychowywania swych dzieci.

Czytelnicy Przygód Guliwera wiedzą, że pobyt Guliwera na Lilipucie zakończył się intrygami i zamiarami zabicia go w podstępny sposób. Na szczęście morze wyrzuciło na brzeg rozbitą szalupę, którą udało się doprowadzić do stanu używalności i podróżnik dotarł nią w pobliże angielskiego statku, na którym znalazł ratunek.

Podsumowanie – może te, wymienione w ostatnim cytacie, osobliwe zwyczaje wykazują jakieś cechy Baratarii, ale wcześniejsze relacje i informacje o intrygach i podstępach zniechęciły mnie do tej wyspy. Nie, to nie tu.

Brobdingnag – kraina olbrzymów

Brobdingnag

Znowu znaczna część opowieści to relacja jak wiele zależy od punktu spojrzenia, tym razem zdecydowanie z dołu.

To w tej opowieści Guliwer relacjonuje bardzo niedyskretnie wygląd wypielęgnowanych ciał kobiecych ogladanych okiem liliputa. Równie niedyskretnie zdradza tajemnice damskich pokojów.

Nie dowiadujemy się wiele o stosunkach społeczno-politycznych Brobdingnagu. Odwrotnie, Guliwer musi opowiedzieć królowi o stosunkach i obyczajach panujących w Angli i królewska ocena jest zupełnie różna od tej wyrażonej przez Woltera.

Mój malutki przyjacielu Grildrigu, uczyniłeś niezwyczajną kraju swego pochwałę. Dowiodłeś arcydobrze, że niewiadomość, lenistwo i występek mogą być niekiedy jedynymi przymiotami prawodawców, że prawa bywają objaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, w których interesie jest ich zepsucie, zawikłanie i przekręcenie.

Opuszczam więc Brobdingnag z poczuciem, że nie znalazłem tam Baratarii. Co gorsza zwątpiłem, czy była nią Anglia.

Balnibarbi

Balnibarbi

Jak widać z powyższej mapy są to dwa terytoria – latająca wyspa Laputa oraz spora wyspa na Pacyfiku, na której znajduje się właściwe królewstwo.
Z opowieści Guliwera można wnioskować, że mieszkańcy tego kraju nie różnią się fizycznie od mieszkańców Anglii. Różnice jednak są:

Balnibarbi

Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi tak osobliwych w swojej postaci, odzieniu i obyczajach. Zwieszali głowę raz na prawą, raz na lewą stronę. Jednym okiem patrzyli w niebo, drugim ku ziemi. Suknie ich były upstrzone niezliczonymi figurami słońca, gwiazd, księżyca między którymi znajdowały się skrzypce, arfy, flety, gitary… Umysły tego narodu wydają się być tak roztargnione i w zamysłach pogrążone, że nie mogli ani mówić, ani uważać co drudzy do nich mówią bez pomocy trzaskających pęcherzy, którymi ich dla ocucenia bito albo po uszach albo po ustach.

Guliwer poświęca kilka rozdziałów opisowi zachowań i prac badawczych prowadzonych przez mieszkańców Balnibarbi. Z innych źródeł dowiedziałem się, że ten fragment powieści to satyra na Royal Society, Królewskie Towarzystwo Naukowe, które w tym okresie było pod wpływem partii Whigów.

Luggnagg

Podobnie jak w Balnibarbi Guliwer większość swej relacji poświęca jednej, charakterystycznej właściwości mieszkańców krainy.
Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (…).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: “Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie żyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków..”(…).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania. Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi… Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.

Strulbug

Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają.

Kraina Houyhnhnmów

Podczas kolejnej podróży to Guliwer jest kapitanem statku. Ma jednak pecha, jego załoga składa się z byłych korsarzy. Opanowują statek i w odruchu łaski wywożą Guliwera na mijaną właśnie wyspę.
Napotyka tam jakieś paskudne stwory, na szczęście w którymś momencie rozbiegają się w popłochu.
Przyczyną popłochu był zbliżający się koń. Koń obejrzał uważnie i obwąchał Guliwera z każdej strony. Podczas tych oględzin przybył jakiś drugi koń i ukłonił się bardzo grzecznie pierwszemu. Witały się uderzając łagodnie prawymi kopytami i zaczęły rżeć różnymi sposobami, jakby jakieś wymawiając słowa… Zadziwiony, że jeśli tak się ze sobą znoszą zwierzęta, pomyślałem, że mieszkańcy w tym kraju muszą być najmędrszymi na ziemi.

Houyhnhnm

Wszyscy wiemy, że rzeczywiście byli najmędrszymi, ale to były właśnie konie. Co gorsza te paskudne stwory spotkane na początku wizyty okazują się być coraz bardziej podobne do naszego gatunku ludzkiego. Konie, ujęte manierami i wiedzą Guliwera, traktują go bardzo przyjaźnie. Gdy jednak relacjonuje im szczegółowo zasady i obyczaje panujące w jego kraju, sam zdaje sobie sprawę, do jakiej kategorii istot należy.

I tak odwiedziłem z Guliwerem aż pięć wysp i nigdzie nie znalazłem Baratarii. Do tego wykreśliłem Anglię z listy potencjalnych kandydatów.

Pozostało jeszcze jedno miejsce, Irlandia, od której zacząłem poprzedni wpis.
Wszak Jonathan Swift urodził się w Dublinie, jego matka była rodowitą Irlandką a ojciec osiedlił się tam na stałe.
Dlaczego nie napisał nic o swoim kraju?

Napisał, napisał, ale o tym już w następnym odcinku.

P.S. Wnikliwych czytelników może zainteresować teoria, że nazwa yahoo może pochodzić od YHWH – Jahwe. Być może w kontekście “hnea Yahoo” jako antyteza Boga. Patrz TUTAJ.

Barataria 75 Genesis

Lech Milewski

W poszukiwaniu Baratarii

Szanowna Twórczyni Baratarystyki wspomniała nie tak dawno – TUTAJ – że poszukuję Baratarii i że trudno mi ją znaleźć.
To prawda. Nadeszła pora, aby zdać relację z tych poszukiwań.

Postanowiłem zbadać sprawę gruntownie. Kto i gdzie wspomniał pierwszy raz o wyspie? Czy to była Barataria to osobna sprawa.
Gdzie szukać takiej informacji? Gdzieżby indziej niż na samym początku czyli w Biblii.

A więc to było tak –
GENESIS.
Rodział I.1. Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.
2. A ziemia była niekształowna i próżna, i ciemność była nad przepaścią, a Duch Boży unaszał się nad wodami.

Powyższy i wszystkie następne cytaty biblijne pochodzą z tłumaczenia Biblii przez księdza Wujka.
Wydawnictwo – Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne. Warszawa. 1961.

6. Potem rzekł Bóg: Niech będzie rozpostarcie, w pośrodku wód, a niech dzieli wody od wód.

To jeszcze nie wyspa, to kontynent, bo wyspa nie dzieli wód.
I tak przeminęło osiem pokoleń Adamowych, zleciało kilka tysięcy lat.
A równocześnie…

Rozdział VI. 1. I stało się, gdy się ludzie poczęli rozmnażać na ziemi, iż córki im się zrodziły;
2. Że widząc synowie Boży córki ludzkie, iż były piękne, brali je sobie za żony, ze wszystkich, które sobie upodobali.
(…)
4. A byli olbrzymowie na ziemi w one dni; nawet i potem, gdy weszli synowie Boży do córek ludzkich, rodziły im się syny. A cić są mocarze, którzy od wieku byli mężowie sławni.
5. A widząc Pan, że wielka była złość ludzka na ziemi (…) żałował Pan, że uczynił człowieka na ziemi i bolał w sercu swem.
(…)
7. I rzekł Pan. Wygładzę człowieka, któregom stworzył, z oblicza ziemi, od człowieka aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego: bo mi żal żem je uczynił.

Dygresja. Komentatorzy Biblii podsuwają hipotezę, że potop to była swoista czystka genetyczna. Wytracić istoty ludzkie, które miały sobie geny owych wspomnianych w paragrafie 2. “synów Bożych”. Ale dlaczego gadziny i ptastwo niebieske?

8. Ale Noe znalazł łaskę w oczach Pańskich.
(…)
18. … i wnijdziesz do korabia, ty i synowie twoi, i żona twoja, i żony synów twoich z tobą.
(…)

A córki, a wnukowie i wnuczki? Przecież Noe musiał mieć liczne potomstwo
Oczywiście, że miał, ale informacji o tym szukać trzeba już poza Biblią.

Cesaire.
To wnuczka Noego, córka Bitha – syna Noego, którego ojciec nie zabrał do arki gdyż podejrzewał go o kradzież.
Bith pogodził się z myślą, że zginie w potopie, ale Cesaire miała inne plany.
Zbudowała nie jedną, ale trzy arki. Obsadziła wszystkie kobiecą załogą (razem 50 pań).
Jedyni mężczyźni, których zabrała to jej ojciec Bith, Larda – jej brat oraz jej mąż Fintan MacBochra.

Cesaire wzięła kurs na Irlandię logicznie rozumując, że skoro jest to wyspa niezamieszkała to nie zna grzechu, ergo nie powinna zostać zatopiona.

Droga byłą kręta i długa. Kronikarze piszą, że arki zbudowano na brzegu Nilu skąd pożeglowano na morze Kaspijskie, stamtąd, rzekami, na szczyty Alp i dalej na morze Śródziemne. Na północnym brzegu Hiszpanii Cesaire weszła na wieżę, taką jak ta

Wieża

I okazało się, że Irlandia jest tuż, tuż.

Zgodnie z oczekiwaniami Irlandia była bezludna i w tym momencie kolonizatorzy zdali sobie sprawę jak ciężkie czeka ich zadanie – zaludnić wyspę.
Bith jako najstarszy i schorowany otrzymał zniżkę – tylko 16 kobiet. Pozostali dwaj panowie po 17.
Już wkrótce okazało się, że 16 to też za dużo dla seniora więc młodym podniesiono normę o 50%. Brat Cesaire, Larda, który doznał kontuzji podczas lądowania, wkrótce podupadł na zdrowiu i zmarł.
Cały trud spadł na Fintana, męża Cesaire. W tym momencie najsłabszym punktem okazała się Cesaire, która nie mogła pogodzić miłości do męża z misją zaludnienia Irlandii i zmarła ze zgryzoty.
Fintan też wkrótce zorientował się, że misja go przerasta, porzucił kobiety i ukrył się w grocie.

I wtedy nadszedł potop, który wbrew oczekiwaniom nie oszczędził Irlandii, ale w obecnej sytuacji nie miało to już większego znaczenia.
Wody podnosiły się, podchodziły już do groty, w której zamieszkiwał Fintan, który większość czasu spędzał śpiąc. Przyśniło mu się wówczas, że jest łososiem. Sen przerwały zalewające grotę wody, ale Fintanowi nic nie groziło gdyż obudził się jako łosoś.

Salmon of Knowledge

Powyżej pomnik Fintana-łososia w Belfascie.

Źródło opowieści TUTAJ.

W tym momencie odłożyłem na bok irlandzkie legendy i rozejrzałem się w terenie. Wody po potopie opadły, wynurzyły się wyspy brytyjskie a wśród nich Lindisfarne a to już przecież Barataria, patrz TUTAJ.

Zatrzymam się chwilę na Lindisfarne

Lindisfarne

Jak widać na zdjęciu jest to wyspa pływowa – właściwszy wydawałby mi się termin przypływowa gdyż Lindisfarne jest wyspą tylko podczas przypływu.

Czy to jednak Barataria?
Stosunki społeczne tego nie potwierdzają gdyż przez wiele wieków wyspę zamieszkiwali tylko mnisi, podporządkowani klasztornej dyscyplinie.

Na szczęście Wyspy Brytyjskie oferują tyle różnorodności, że na pewno coś się znajdzie.

Skorzystam z relacji gościa z kontynentu.

Rok 1726 – Wolter poróżnił się z niejakim kawalerem de Rohan-Chabot. Obrażony kawaler wynajął bandziorów, którzy pobili Woltera. Wolter wyzwał kawalera de Rohan na pojedynek, ale wpływowa rodzina arystokraty załatwiła uwięzienie filozofa w Bastylii.
Wolter, obawiając się, że może to być uwięzienie bezterminowe, poprosił o zamianę kary więzienia na ekstradycję do Anglii, co władze francuskie z ulgą zaaprobowały.

I oto co znalazł:
Wnijdź do kupieckiego w Londynie domu (…) Tam Żyd, Mahometanin i Chrześcijanin obcują jeden z drugim jak gdyby jednej byli religii a nazwisko Bankruta niewiernym tam dają. Tam Prezbiterianin powierza się Anabaptyście a Angielczyk od Kwakra przyjmuje obietnicę. Z tego zgromadzenia jedni idą do synagogi, drudzy do szynkowni. Tamten każe się ochrzcić (…) a ów syna swojego obrzezać daje, mrucząc nad dziecięciem hebrajskie słowa, których sam nie rozumie. Inni w opuszczonych kapeluszach idą do swych kościołów, a wszyscy są uspokojeni. Gdyby w Anglii jedna tylko była religia, samowładztwa obawiać by się potrzeba, gdyby były dwie, wzajemnie by się pomordowały, ale że ich jest trzydzieści, wszystkie zgodnie i szczęśliwie żyją“.

Wolter – Listy o Angielczykach.

I jeszcze… “Żaden człowiek, przez to że jest szlachcicem czy księdzem, nie jest wyłączony od płacenia podatków, te zaś Izba Niższa stanowi. Każdy daje nie podług swojej godności (gdyż to rzecz szalona), ale podług swego dochodu“.

No, rzeczywiście Barataria, ale…

Przypominam – Wolter przybył do Anglii w 1726 roku. W tym to roku w angielskich księgarniach ukazała się książka niejakiego Lemuela Gullivera – Podróże do kilku odległych krajów świata.

Guliwer

Lemuel Gulliver pisze o wielu wyspach i niejedna z nich ma w sobie coś z Baratarii. Porównuje je czasem do Anglii i muszę stwierdzić, że czytając te relacje zastanawiałem się często która z wysp jest Baratarią, a która jej przeciwieństwem – Anty-Baratarią?

Przypisy a raczej przy-śpiewki. Polecam piosenkę Hydropiekłowstąpienie, która nieco wyjaśnia sprawę misji Noego.

Barataria 74 Wyspy

Tibor Jagielski

tauben an moens klint
hochsommer

gołębie na moens klint
szczyt lata

moen

chwila
rudzik wskakuje na łodygę rokitnika
tyle farb daje mi wiatr

moen

ein moment
das rotkelchen springt auf den sanddornzweig
so viele farben gibt mir der wind

moen

eichelhäher im garten
herbstwind wartet

moen

sójka w ogrodzie
wiatr jesienny nadchodzi

koniec poezji
haiku, jako ostatni,
uchyla kapelusza

ende der poesie
haiku, als letzter,
lüftet den hut

10/01/13

 

Orient powszedni IX

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Opuszczają Wędrowcy Zabłudów, smutno zadumani nad mrokami, jakie potrafią spowijać duszę ludzką. Tymczasem do głosu dochodzi coraz natarczywiej ciemna strona ich własnej cielesności. Jeść! Pora już wielka na obiad.

Gdzie będą jedli tego dnia posiłek, zdecydowali już dawno. Trzy lata temu, na szlaku którejś ze swych podróży, odwiedzili Wędrowcy Kruszyniany – jedną z kilku wiosek, jakie król Jan III Sobieski nadał Lipkom, czyli Tatarom pozostającym w służbie Rzeczypospolitej, jako rekompensatę za zaległy żołd. Do dziś mieszkają tam ich potomkowie. Byli Wędrowcy w meczecie, spacerowali po cmentarzu. I spożywali pierekaczewnik oraz inne specjały orientalnej kuchni w gospodarstwie Tatarska Jurta, miło gawędząc z jego właścicielką, panią Dżenettą. Wspomnienia z tej wizyty pozostały im jak najlepsze, toteż oczywiste było, że dziś powtórzą odwiedziny.
Aby było szybciej, ruszyli na skróty. A taki manewr bywa, jak wiadomo, nieco ryzykowny, zwłaszcza w nieznanym terenie. Dość poprzestać na stwierdzeniu, iż ostatecznie pobłądzili cokolwiek. Ale nic nie szkodzi! Wynagrodzone im to zostało w dwójnasób możnością powłóczenia się po cudownych bezdrożach (same szutry, zero asfaltu), zobaczenia małych, urokliwych wiosek, a przede wszystkim pogrążenia się w niebywałej zieleni. Viatorostwo mieszka w województwie o największym procentowym udziale lasów, otoczenie dzikich kniei, zarośli i łąk nie jest dla nich niczym niezwykłym. Lecz tutejsza, podlaska zieleń jest jakaś inna, egzotyczna, intensywna… Trudno orzec, w czym dokładnie rzecz. Ale na zmysły i na duszę działa, że hej! A wśród tych bezkresnych, północnych puszcz i pól ktoś rozsypał, jak garść błyszczących klejnotów, odpryski dalekiego czasem i przestrzenią śródziemnomorskiego, słonecznego Bizancjum. Cerkwie i cerkiewki ze złotymi, cebulastymi kopułami, jak choćby ta, w Gródku.

Jakieś struny duszy szarpią, coś przywołują, coś przypominają. Pałac Wielki konstantynopolitański? Pałac Porfirogenetów? Hagia Sophia? Orient powszedni.

Wreszcie wymarzone, wytęsknione (tym bardziej, że w brzuchach już głośno burczy) Kruszyniany! I… potężna konsternacja. Ale o tym opowie za chwilę Viatorka. Wędrowcy z żalem przemknęli przez wioskę, bez postoju, po lewej mijając Tatarską Jurtę<, po prawej zieloną świątynię. Na szczęście trzy lata temu wykonali solidną dokumentację fotograficzną, z której teraz można skorzystać. Oto kruszyniański meczet i mizar. Oba czynne, użytkowane.

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pośród podlaskiej zieloności i Wędrowcy docierają do następnej tatarskiej wioski. Bohoniki także odwiedzają po raz drugi. Tutejszy meczet i mizar również już widzieli. Ale z usług restauracji usytuowanej w Domu Pielgrzyma, siedzibie Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej wówczas nie skorzystali. Zapewne dlatego, że po obfitym posiłku w Kruszynianach nie byli w stanie już absolutnie niczego więcej pochłonąć. Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Drugie spotkanie z tatarską kuchnią miało miejsce właśnie tutaj, w Bohonikach. Kelner to z pewnością potomek Lipków – świadczą o tym jego oczy, w których, by użyć błysku poetyckiej metafory, ukrył się cały romantyzm ludów Wielkiego Stepu. Mówi się czasem: skośne oczy. Ale jakież tam one są skośne? Oczy są zwykłe, prościutkie. Natomiast specyficznego wyglądu twarzy Tatara nadaje coś, co nosi fachową nazwę zmarszczki, czy też fałdy nakątnej. Typowej dla wielu narodów Wschodu.

Po obiedzie Viator kieruje się w stronę meczetu. Tak, był w nim już trzy lata temu, ale chciałby tam, jak to mówią, nabyć drogą kupna czapeczkę tatarską, krymkę.

Podlaskie meczety. Wędrowiec przeczytał gdzieś kiedyś (nie może sobie przypomnieć gdzie i kiedy, nie jest także w stanie przywołać autora opracowania; a szkoda, bo było ono ciekawe), że tutejsi Tatarzy rozwinęli bogatą i różnorodną kulturę oraz sztukę, ale, jako iż byli długo ludem nomadycznym, nie obejmowała ona architektury. Nie stworzyli własnych form meczetu, toteż korzystali z wzorców miejscowych: w Kruszynianach naśladowali typową wiejską świątynię katolicką, w Bohonikach – cerkiew. Coś w tym jest, faktycznie.

Natomiast wnętrze urządzono absolutnie unikalnie, bez okolicznych wpływów. Islam, panie dziejaszku, islam!

Na zakup krymki trzeba chwilę poczekać. Pani, obsługująca sklepik, akurat wyjaśnia grupie turystów tajniki wyposażenia świątyni i zasad wiary Proroka. Siada Wędrowiec, na bosaka oczywiście, i przysłuchuje się także. Wiele już wiedział na ten temat, ale nie wszystko. Dziś na przykład usłyszał po raz pierwszy, czemu jednym z symboli islamu jest półksiężyc. A czemu mianowicie? Ano dlatego, że tylko jeden księżyc był świadkiem chwili, gdy archanioł Dżibril (Gabriel po naszemu) przekazał Muhammadowi objawienie Najwyższego.

Ta pani wygląda i mówi jak typowa, ciepła, swojska wiejska kobieta: serdecznie, ze swadą, nawet trochę plotkuje o sąsiadach. Jest zwyczajna… tyle tylko, że z babki prababki wyznaje islam. A w jej oczach też ukrywa się romantyzm Wielkiego Stepu. Orient powszedni.
Pokrzepieni na ciele i duszy ruszają Wędrowcy dalej. Po raz drugi w swym życiu przejeżdżają przez Sokółkę. Bez postoju. Ale Pielgrzym nie może się powstrzymać, aby, bodaj z samochodu, nie zrobić zdjęcia tutejszego kościoła katolickiego.

Dlaczego? No bo przecież Cud Eucharystyczny. Właściwie powinien Viator wzruszyć nad nim ramionami i skwitować go kwaśnym uśmiechem, ale to nie takie proste, tego nie da się zbyć – ot tak. Jako się już wielokrotnie rzekło, Podlasie to kraina ludzi gorącej wiary. Takiej, która chciałaby dotknąć Absolutu, Boga za nogi pochwycić, pozostać na górze Tabor z Przemienionym Mesjaszem, którego twarz (…) zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Jest popyt – jest podaż. Cud Eucharystyczny… można i tak.
Na północ! Czas myśleć o noclegu. Zmieniają się krajobrazy: nie ma już cerkiewek po wioskach, za to coraz częściej pojawiają się morenowe, polodowcowe pagórki. I tylko wciąż wszędzie pełno bocianich gniazd. Jeszcze tylko przejadą Wędrowcy przez Lipsk, z jego nieproporcjonalnie dużym, górującym na biebrzeńskimi łąkami kościołem, i zanurzają się w gęstwinie Puszczy Augustowskiej. Zapada wieczór i znów, jak zwykle, rzutem na taśmę i trochę przypadkowo, wynajmują pokój na kolejnych kilka nocy. Jak pokaże przyszłość, wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć. Ale o tym za tydzień.

Aha! Oczywiście kupił sobie Viator krymkę. Nawet dwie.

Viatorka

Wspominała już Viatorka w którymś z poprzednich odcinków, że podczas podróży doznania smakowe regionalnej kuchni są równie miłe i pożądane, co odwiedzanie historycznych miejsc, czy też podziwianie uroków przyrody. Dlatego kolejną atrakcją tego dnia miały być, słynne już w naszym kraju, potrawy kuchni tatarskiej. Trzy lata wcześniej miało już Viatorstwo możliwość skosztowania przepysznych potraw w Tatarskiej Jurcie, gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez panią Dżennetę Bogdanowicz we wsi Kruszyniany, trzy kilometry od granicy z Białorusią. Wówczas skoro świt wyjechaliśmy z Warszawy, żeby zdążyć na pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto z mięsem, serem, albo z kapustą i grzybami, czy też przygotowywane na słodko. Wiadomo bowiem, że ilość porcji jest ograniczona, a rezerwować go sobie nie można. Więc dziś już od Hajnówki jechaliśmy z pewnym niepokojem: czy zdążymy skosztować tego absolutnie popisowego dania. Po ostatniej wizycie w Kruszynianach miała nawet Viatorka ochotę sama przyrządzić tę potrawę, szybko jednak porzuciła ten zamysł po przeczytaniu przepisu. Nie, stanowczo że nie ma do tego zdrowia – wałkowanie kilku cienkich warstw ciasta makaronowego na jeden milimetr, smarowanie ich masłem…. Zresztą podobno istnieje powiedzenie, ze łatwiej pierekaczewnik zjeść, niż zrobić.

Tak więc stanowczo postanowiło Viatorstwo jechać na gotowe. Niestety, niewątpliwy sukces marketingowy pani Dżenetty okazał się dla Viatorostwa trudny do zniesienia. Kiedy dojechaliśmy do Kruszynian około godziny piętnastej okazało się, że jest tam tak wielu ludzi, iż trudno byłoby znaleźć miejsce do postoju, a co gorsza wciąż przybywali kolejni turyści. Sam widok tych tłumów sprawił, że odechciało się Viatorostwu zatrzymywać i bez żalu postanowili pojechać do Bohonik. Tam też podają tradycyjne, tatarskie potrawy. Podczas ostatniej wizyty serdecznie nas zapraszano na dania tatarskie do Domu Pielgrzyma, jednak zbyt byliśmy najedzeni, aby z zaproszenia skorzystać. A to w końcu też przecież ciekawe doświadczenie – porównać sposób przygotowania tych pyszności.

Cóż, dziś w Bohonikach zajadało się Viatorostwo pierekaczewnikiem z mięsem wołowym i z kapustą oraz grzybami, pierogami tatarskimi: kibinami i czeburekami, kołdunami tatarskimi z rosołem, a także słodkim listkowcem. Dania pyszne, choć nie zrobiły aż takiego wrażenia na Viatorostwu, jak te skosztowane przed laty w Kruszynianach. Ale może to jedynie efekt pierwszych wspomnień. Na pewno przydałoby się gospodarzom bohonickiej gospody odrobinę więcej zmysłu marketingowego. Gości mogłoby być więcej – oby jednak nie aż tylu, co w Kruszynianach! Bardzo miłe i sympatyczne osoby obsługujące, jednak wystrój sali zdecydowanie nieciekawy – całe wnętrze i meble jak ze stołówki szkolnej. Szkoda, że właściciele w większym stopniu nie wykorzystują atutów wynikających z tatarskiej tradycji. Tylko jeśli zaczną to robić, znowu Viatorostwu się nie spodoba, że tłumy… Takimi to jesteśmy dziwnymi ludźmi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Pojechało Viatorstwo po posiłku (niestety, mocno kalorycznym) dalej w swą podróż, a dwa dni później zajrzała Viatorka do Internetu i zamarła ze zdumienia. TATARSKA JURTA SPŁONĘŁA! Stało się to w nocy, kilkanaście godzin po tym, jak przejeżdżało tamtędy Viatorostwo i uciekło czym prędzej przed tłumami gości! No nie, to prawdziwa ironia losu. Trzeba bowiem nadmienić, ze niewiele brakowało, aby tę noc Viatorstwo spędziło właśnie tam, w gospodarstwie pani Dżenetty. Tylko że pomysł na zarezerwowanie noclegu przyszedł zbyt późno, dopiero kilka dni wcześniej we Włodawie, i wszystko było już zajęte. Pierwsze myśli które przyszły po tej smutnej informacji były mocno egoistyczne: jak dobrze, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie planujemy tak bardzo do przodu, jesteśmy po prostu wolni. W końcu mogliśmy stracić, jeśli nie życie, to wszystko co mieliśmy ze sobą, na drugim krańcu kraju. I jak wtedy wrócić do domu, nie mówiąc o tym, że w dalszą podróż nie moglibyśmy jechać. Życie jest dziwne, nieprzewidywalne, czasami nierealne. Tak szybko i niespodziewanie zniknęło miejsce będące przez ostatnie lata symbolem sukcesu, ważne dla tradycji. Wniwecz obrócił się tak wielki wysiłek. Żal dorobku pani Dżenetty, a przede wszystkim żal jej pamiątek, które gromadziła latami. Żal nerwów i wysiłku. Ale jednego są Wędrowcy pewni: Tatarska Jurta zostanie szybko odbudowana.

Pani Bogdanowicz to znakomita gospodyni, a i przyjaciół ma wielu. Może za kilka lat znowu ją odwiedzimy, choć pewnie ten jej dzisiejszy dramat przyniesie jeszcze większy rozgłos i przyciągnie jeszcze więcej turystów. A Viatorostwo znowu będzie marudziło, że zbyt dużo ludzi…

Barataria 73: baratarystyka

Do Wesela poety Antonia Skármety wrócimy, obiecuję, ale wciąż mam w Berlinie tylko kartki po hiszpańsku i egzemplarz po niemiecku, a polski, już zakupiony w bydgoskiej szperalni, czeka na lepsze czasy. Te zaś nastąpią pod koniec miesiąca…

Ewa Maria Slaska

Baratarystyka czyli co jest czym czego?

Jeden z blogowych autorów, Lech Milewski, zwany też Pharlapem, został przeze mnie mianowany baratarystą. Autor tytuł przyjął, ale wyraźnie miał wątpliwości, bo zapytał mnie niedawno, jak się właściwie szuka, a raczej – znajduje Baratarię. Odpowiedziałam coś od ręki, nie było to jednak jasne, bo odpowiedź brzmiała, że trudno mi jakoś trafić do Baratarii

Mnie właściwie też. Przypominam jednak, że baratarystyka jest nauką młodą, powstała zaledwie przed rokiem i jej założenia metodologiczne mogą, a nawet muszą z biegiem czasu ulec / ulegać zmianie.

Przyznam też, że choć to ja wymyśliłam baratarystykę, sama nie zawsze wiem, jak ją rozumieć i w jakim kierunku ma się rozwijać. W ciągu minionego roku poszliśmy co najmniej dwukrotnie tropami, które prowadziły do nikąd.

Przypomnijmy więc, że Barataria jest czymś w rodzaju nowożytnej Atlantydy, o ile jednak Platon poświęcił Atlantydzie całe ustępy dwóch swych ksiąg, Kritiasa i Timajosa, o tyle Barataria została przez swego wynalazcę, Miguela Cervantesa de Saavedra, wspomniana zaledwie raz – w części II Don Kichota. Sprawa zaczyna się jednak już na samym początku wędrówki Rycerza i giermka. Don Kichot bowiem od razu uprzedza Sancho Pansę, że nie będzie mu płacił pensji, ale przy nadarzającej się okazji, gdy walcząc z wrogami w obronie pięknych księżniczek, zdobędą jakąś wyspę, Sancho zostanie jej gubernatorem.  Ta wyspa pojawia się w całej książce, a również i w filmie właściwie bez końca i nawet wydaje się to dziwne, że do realizacji obietnicy dochodzi dopiero w II części, która przecież mogła w ogóle nie zostać napisana. W II części księżna i książę wycinają giermkowi paskudnego psikusa, ofiarowując mu ową wyspę, gdzie wszyscy i wszystko sprzysięgają się przeciwko niemu. Ale wyspa nazywa się wszak Barataria, co po hiszpańsku oznacza Oszustwo, a już samo jej położenie zapowiadało Wielkie Łgarstwo, bo była to wyspa na lądzie.

To jest zatem pierwszy i najważniejszy przedmiot badań baratarystyki – donkiszotowska Barataria.

I od razu kolejny przedmiot badań – różne wyimaginowane (a i prawdziwe) krainy oszustów. Najchętniej na wyspach. Tu, przypominam, znajduje się też dobrze w miądzyczasie zbadana wyspa San Escobar.

Oczywiście nie ma mowy, żeby badacze księgi rycerskiej o Don Kichocie nie próbowali zlokalizować miejsca, gdzie wielki pisarz umieścił ową wyspę na lądzie. Kolejnym zadaniem są więc poszukiwania Baratarii na mapie Hiszpanii.

Przygotowując giermka do objęcia funkcji gubernatora wyspy, Don Kichot wyjaśnił mu, jak ma wyglądać idealne państwo i jak ma się zachowywać idealny władca, a to kieruje nas oczywiście od razu ku wszelkim utopiom państwowotwórczym od Platona i Morusa poczynając, po nowe miejsca idealne, które teraz już przestały się nazywać utopiami, a zostały określone mianem dystopii. Znaleźliśmy w ciągu minionego roku wiele dystopii literackich, jedna z nich nazwana została nawet Baratarią.

Okazało się też, że niektóre dystopie ktoś gdzieś zrealizował i uzyskał  p o z y t y w n e  wyniki, tworząc samowystarczalne komuny lub zamieniając pustynie w kwitnące ogrody. Oczywiście prawdziwe Baratarie są nader ważnym przedmiotem badań baratyrystyki.

Już w tym samym XVII wieku, gdy Cervantes opisał Baratarię, nazwę tę nadano wyspie i zatoce w Zatoce Nowoorleańskiej. Geografia, przyroda i historia wyspy Barataria to oczywiście konieczny temat, jakim baratarystyka musi się zajmować, a który, przyznajmy, wciąż jeszcze traktujemy po macoszemu, zwłaszcza w zakresie botaniki, zoologii i geografii. Na szczęście historia wyspy była tak ciekawa – była ona siedzibą słynnego szelmy – pirata Lafitte’a, że poświęciliśmy jej już sporo uwagi. Pirackie historie o Baratarii pozwoliły nam też poznać dwie opowieści dla dzieci i młodzieży, związane z geograficzną Baratarią. W obu nie widać, by autorów w ogóle interesował literacki pierwowzór Baratarii.

Nauka nasza poszła jednak nie tylko tropem geografii i postdonkiszotowskich dystopii geograficznych, bo zajęła się też problematyką władzy – idealny władca Baratarii to przecież Książę Macchiavellego czy Dworzanin Górnickiego. Również tu poszukujemy dalszych wzorów idealnego systemu władzy. Tak miejsca jak władcy idealni okazali sią w większości przypadków wzorami antyidealnymi, bo w międzyczasie okazało się przecież, że systemy idealne prowadzą do totalitaryzmu, co udowodnił przede wszystkim Stalin. Idealnym władcą był na przykład Król Mrówek, o którym opowiedział nam Zbigniew Herbert.

Sancho Pansa stawia czoła wymaganiom, jakie ciążą na gubernatorze, nie daje się omamić dworakom, wykonuje swoje zadania w sposób inteligentny i skuteczny, w sprytny sposób oszukując sprytnych oszustów. Rozsądzanie spraw – tak, to wielki temat baratarystyki, a wzorem oczywiście sam Król Salomon.

Przygody pana i giermka, które zawiodły ich do Baratarii, są same w sobie tematem baratarystycznym, wykorzystywanym wielokrotnie w literaturze i filmie, co objaśniliśmy sobie szczegółowo na przykładzie dwóch literackich opowieści przygodowych: Rękopisu znalezionego w Saragossie i Przygód Sindbada Żeglarza. A więc baratarystyka literacka – nader ważny przedmiot badawczy. Zajęły nas jednak również opera, balet, muzyka wojskowa (jaka lekka, jaka radosna), jazz, teatr, film… Kultura po-cervantesowska okazała się pełna kulturowych Baratarii. Tym niemniej, tak dziś to oceniam, fałszywym tropem okazało się dokładne przypominanie przygód książkowych awanturników “w stylu” Cervantesa. Trzeba o nich czytać i tam też, do źródła, odsyłać Czytelnika. Cóż jednak, był rok Leśmianowski i tak wyszło…

Ale i sam Sancho Pansa jest figurą literacką realizującą dwa tropy literackie – po pierwsze jest to szelma i prześmiewca jak Zagłoba, Falstaff czy wojak Szwejk, bohater umożliwiający krytykę, ba, rozsadzanie sztywnych systemów społecznych nie tylko w literaturze ale i w rzeczywistości. Ale, po drugie, jako gubernator wyspy, przez kilka dni giermek nasz był figurą Karnawałowego Króla, postaci właściwie już mitologicznej, znanej od starożytności, której niezliczone odmiany znaleźć można w barokowym malarstwie, ale która istnieje zawsze. To ten, który cieszy się wolnością błazna, igra z losem, wciąż naraża się na śmierć, a władztwo jego trwa krótko…

Sancho Pansa uwielbiał przysłowia tak bardzo, że sam stał się przysłowiem, podobnie jak i jego pan. I dał tym samym asumpt do opierania różnych opowieści o przysłowia, czego przykładem był Teatr Dworski Barataria, zapomniane dzieło literackie, które tak chętnie bym przywróciła nam współczesnym (szukam sponsora!).

Sancho Pansa wydaje się osobą bardzo jednolitą, jak uciosaną z jednego prostego i swojskiego kawałka pnia. Gada co mu ślina na język przyniesie i wciąż troska się o rzeczy materialne. A tymczasem… A tymczasem Sancho osiąga niewiarygodną wielkość, gdy dobrowolnie rezygnuje z władzy i porzuca gubernatorowanie, gdyż uważa, że nie stanął na wysokości zadania! Naszym światem rządzą ludzie żądni władzy i dałby Bóg, żeby nauczyli się od prostego giermka, jak odejść, gdy się widzi, że się źle i niegodnie rządzi… Nota bene mistrz Kaczmarski też sugeruje, że można zrozumieć i Don Kichota i Sancho Pansę całkiem na odwyrtkę…

I uwaga, niezależnie od tego, którą gałęzią baratarystyki chcemy się zająć, pamiętajmy, że jest to nauka zobowiązana celem nadrzędnym do odkrywania wędrówek po kulturze, w czym doprawdy celuje wspomniany już na początku tego wpisu Lech Milewski, mianowany pierwszym baratarystą! Ale też, przypomnijmy, że u źródeł baratyrystyki leży niewielka powieść Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, która beztrosko chodzi sobie po rupieciarni mitów, motywów i motywacji kulturowych, czerpiąc z niej pełnymi garściami, w celu uzyskania radosnej, dowcipnej i ironicznej opowieści. Bo ironia, i jej siostra bliźniaczka syjamska, autoironia, wydaje się tu niezbędną cechą wytrawnego baratarysty.

Szukamy też oczywiście wszystkich miejsc, które ktoś kiedyś nazwał Baratarią, próbując zarazem dociec, co go do tego skłoniło i czy linia przyczynowo-skutkowa doprowadzi nas do Don Kichota czy do piratów na Karaibach, bo to są dwa główne ciągi inspiracji. Tu dużą pomoc okazał Mieczysław Węglewicz, odnajdując i Bar Barataria w Warszawie, i poemat teatralny Gałczyńskiego Noc cudów czyli babcia i wnuczek. Sam zresztą też napisał wiersz, w którym Barataria to rym do… Ewa Maria! No, że też sama tego wcześniej nie odkryłam!

Istnieje oczywiście motyw ogólniejszy, szerszy niż Barataria, jak na przykład mistyka wysp, o której wspominał między innymi prawdziwy, choć zapewne, w przeciwieństwie do Lipki, nieświadomy baratarysta – Piotr Wojciechowski w kultowej swego czasu powieści Czaszka w czaszce. Niestety przyznaję, że zwiedziona należącą w pełni do baratarystyki mistyką wysp, przez jakiś czas skoncentrowałam się na wyspach w ogóle i w szczególe. To jeden z tych tropów, które prowadziły w niesłusznym kierunku. Udało mi się wprawdzie na tej błądnej trasie stworzyć (lub zreblogować) parę wcale smacznych kawałków, jak Wyspy Bożego Narodzenia i Wyspa Wielkanocna, ale generalnie zwykłe wyspy geograficzne, bez dodatkowego powodu, nie mogą być przedmiotem zainteresowania baratrystyki. Nie zapominajmy jednak, że powód się zawsze znajdzie.

Paweł Kuczyński 2015

Nie umiem tego udowodnić, ale jestem zdania, że przypadek i zbieg okoliczności, deja vu i koincydencja, skrawki i strzępki też mieszczą się w granicach baratarystyki. To sienkiewiczowskie prawo alibo pozór. Proszę bardzo, częstujcie się…

Na zakończenie prolegomeny do wstępu do baratrystyki przypomnę pewną regułę, o której pisałam już przed rokiem, a której trzymam się od zawsze, od czasów, gdy po raz pierwszy ułożyłam dwa zdania koło siebie, tak by miały sens, i kiedy to wcale jeszcze nie słyszałam o Baratarii. To reguła opowieści w duchu Zen: zacznij gdziekolwiek, a i tak kiedyś opowiesz cały świat. I to jest właśnie Barataria – cały świat

Pasta Kiwi but ożywi

Lech Milewski

Podoba mi się ten tytułowy slogan reklamowy. Nic dziwnego, dobry poeta go wymyślił.
Czy ktoś wie albo domyśla się – kto? Odpowiedź na końcu wpisu.

Wygląda na to, że środki pielęgnacji butów inspirują do rymowania. Kolejny dowód poniżej:

– Luba istoto…
– Czy to nie będą może wiersze?
– Nie, nie!
– Tym lepiej. Wiersze to rzecz nienaturalna. Nie ma
ani jednego człowieka, który by mówił wierszami
z wyjątkiem zakrystiana w drugi dzień Bożego Narodzenia
i tych co zachwalają Warrena czernidło do butów

Charles Dickens – Klub Pickwicka – pogrubienie moje.

Proszę zwrócić uwagę – nie pasta do butów lecz czernidło – w oryginale: Warren’s blackin’.

Wikipedia informuje, że pasta do butów (shoe polish) pojawiła się na rynku w połowie XIX wieku, a popularność zyskała dopiero na początku XX wieku. Do tego czasu królowały czernidła – szczegóły TUTAJ.

W czasach PRL używałem do czyszczenia butów pasty produkowanej przez firmę Społem.

Społem

Obrazek na pudełku przypomina kolejną poezję – ruszymy z posad bryłę świata (w błyszczących butach oczywiście) – Międzynarodówka.

Dopiero w roku 1983 trafiłem na południową półkulę i tytułowy dwuwiersz nabrał praktycznego znaczenia.

Kiwi

Szkocja, rok 1841, w małej wiosce Forth urodził się John Ramsay. Jego ojciec był rzeźnikiem (w miejscowej gwarze – flesher). Młody John od dziecka był bardzo oddany religii, gdy dorósł został stolarzem meblowym.
Ożenił się z Margaret Thomson, mieli w sumie 11 dzieci.
Pierwszy syn, Wiliam, urodził się w czerwcu 1868. John przeniósł się wraz z rodziną do Glasgow, gdzie pomagał szwagrowi – Johnowi Darling – wynalazcy wiecznego pióra, żyroskopowego kołowrotka, barwników metali.

W roku 1878 John zdecydował się przenieść do Melbourne. W tym okresie, w wyniku odkrycia wielkich złóż złota, było to jedno z najbogatszych miast na świecie.
Podróż statkiem Sunart trwała 3 miesiące. Nie była to bezpieczna podróż, wybrzeże stanu Wiktoria usłane było wrakami 800 rozbitych statków. Nic dziwnego, że John dla zabrał ze sobą duży zapas biblii dla pokrzepienia duchowego pasażerów.

Nie samym słowem Bożym jednak człowiek żyje. John uzupełniał swoje dochody polowaniem na albatrosy. To był bardzo wartościowy ptak. Należało go tylko oskórować – naciąć na szyi kilka cali od głowy, rozczepić skórę na plecach i ściągnąć w dół. Skórę zachować na rękawiczki. Głowę można było wypchać. Małe kości ze skrzydeł nadawały się na cieszące się dużym popytem trzpienie do czyszczenia fajki zaś skóra ze stóp na portmonetki lub woreczki na tytoń.

Na początku czerwca 1878 roku przybyli do Melbourne. Statek Sunart rozbił się w drodze powrotnej do Anglii.
Wbrew oczekiwaniom Johna biblie nie cieszyły się w Melbourne powodzeniem, ale z powyższych relacji widać, że John nie bał się żadnej pracy. Import fortepianów, handel biżuterią – John wkrótce zyskał reputację jako ekspert od diamentów, handel nieruchomościami. To ostatnie najlepiej zdawało egzamin. 10 lat po przybyciu do Australii John Ramsay z rodziną wprowadzili się do Clydebank – rezydencji uznawanej obecnie za znaczący zabytek – KLIK.

W 1891 roku Australia przeżyła krach finansowy. Zbankrutowały cztery największe banki. John natychmiast dostosował się do nowych warunków – pracował jako taksator i likwidator nieruchomości. Rezydencja Clydebank została uratowana.

Pozycja państwa Ramsay musiała być znacząca, gdyż zostali zaproszeni na inaugurację australijskiego parlamentu w Melbourne – rok 1901.
Pod opiekuńczymi skrzydłami ojca rosła silna rodzina. Syn Hugh został uznanym malarzem – KLIK, kolejny syn – John – został równie znaczącym chirurgiem – KLIK.

A co z najstarszym synem, Wiliamem?
Poszedł śladami ojca, handel nieruchomościami. Jednak w 1904 roku przystąpił do spółki z Hamiltonem McKellanem. Firma specjalizowała się w produktach chemicznych – środki czyszczące do butów i uprzęży, środki do smarowania maszyn do szycia i strzelb, zapobiegające siwiźnie, leki przeciwko gruźlicy i na zapalenie płuc.

Zapewne to Hamilton McKellan opracował recepturę pasty do butów, która nadawała im połysk.

Przełom XIX i XX wieku – konne dorożki, błoto na ulicach. Buty padały pierwszą ofiarą. Na każdym rogu środmiejskiej ulicy funkcjonował pucybut – miał duży kociołek i skórzany worek z czernidłem zrobionym z czarnego pigmentu (ivory black), nawilżonego gruboziarnistego cukru, wody i octu. Po usunięciu błota smarowano but czernidłem przy pomocy szmaty na patyku. Żadnego szczotkowania czy polerowania.
Pod koniec XIX wieku coraz więcej osób było stać na buty, fabryki rozpoczęły masową produkcję i krzyk butów o lepszą pielęgnację został usłyszany.
Pastę do butów produkowano w kilku krajach. W paździeniku 1906 roku na rynku pojawiła się czarna pasta do butów z rozpoznawalnym do dzisiaj znakiem firmowym.

Kiwi.

Kiwi

Bardzo oryginalny ptak – bezlotek mieszkający jedynie w Nowej Zelandii. Fakt, że zapomniał latać przypisuje się przyjaznemu środowisku naturalnemu – brak drapieżników. Dopiero przybycie człowieka i towarzyszących mu zwierząt przyniósł poważne zagrożenie życia.
Pióra ptaka kiwi dostosowały się do okoliczności, są bardzo miękkie i w dotyku przypominają futerko.
Kiwi ma bardzo słaby wzrok, nadrabia to węchem. Jest jedynym ptakiem, który ma dziurki od nosa na końcu dzioba.
Inna oryginalna cecha – samica kiwi znosi nieproporcjonalnie wielkie jajka – ich waga sięga 20% wagi matki.

Ostatnia cecha – krzyk – miejscowi twierdzą, że brzmi jak kiiiii-łi! Stąd nazwa. Proszę sprawdzić – KLIK.

Tak się złożyło, że pod koniec 1901 roku William Ramsay wybrał się służbowo do Nowej Zelandii i tam zakochał się w pannie Annie Elżbiecie Meek. Ślub odbył się w styczniu 1902 roku.
Właśnie pani Anna zaproponowała Kiwi jako nazwę nowego produktu. Jej argument był fonetyczny – to słowo łatwo się wymówi w każdym języku.

A więc – październik 1906 roku – pasta Kiwi pojawiła się na rynku, w ciągu 3 miesięcy do końca roku sprzedano 86 grossów pasty.
Czy ktoś jeszcze wie co to był gross?
Mnie uczowo tego szkole podstawowej – 1 gross = 12 tuzinów czyli 144 sztuki. A zatem 86 grossów to 12,384 pudełek pasty. Niezły start. Poniżej – właściciele firmy w akcji.

Kiwi

Kolejna przełomowa data to rok 1908. W tym to roku firma McKellan&Ramsay wprowadziła na rynek pastę Kiwi Black Tan, która nie tylko nadawała butom połysk, ale również odżywiała skórę obuwia.
Dygresja – firma nosiła nazwę McKellan&Ramsay, ale Hamiltona McKellana już tam nie było. Dość szybko wycofał się z działalności w firmie, przez pewien czas pozostawał jej współwłaścicielem, ale współpraca z Wiliamem Ramsayem nie układała się dobrze i McKellan wycofał się z poczuciem, że został wykorzystany.

Rok 1912 – pora podbić świat. John Ramsay, ojciec Wiliama, udał się do Londynu i otworzył tam fabrykę pasty Kiwi. Wkrótce zastąpili go synowie Wiliam i Tom. Jednak po kilku miesiącach Wiliam musiał wrócić do Australii. Rak żołądka – zmarł we wrześniu 1914 roku.

W Londynie rodzina Ramsay poznała potrzebę reklamy, zamówili film reklamowy, oczywiście niemy, czas projekcji 9 min. Był to jeden z pierwszych, a na pewno najdłuższy w tym czasie, film reklamowy.

Na kontynencie europejskim szaleje już wojna. Biorą w niej udział żołnierze australijscy. Anglicy zauważają, że obuwie Australijczyków jest w dużo lepszym stanie niż ich własne. Rezultat – zamówienia od armii brytyjskiej.

Początek roku 1916 – australijska i londyńska fabryka zostają połączone w Kiwi Polish Company Pty Ltd. Prezesem firmy zostaje wdowa po Wiliamie Ramsay, która zyskała sobie pseudonim – Kiwi Anne.

Rok 1934 – okres depresji. Stagnacja na rynku, ale firma Kiwi Polish Company eksportuje swe produkty do 58 krajów.

Kiwi

Problemy stwarza Francja – ograniczono import do 25% importu w roku poprzednim.
Rozwiązanie – produkować pastę Kiwi we Francji. Wkrótce znajduje się zainteresowany – Pierre Zecchini prowadzi fabrykę butów i farb w Bagnolet, 5 km od Paryża. Chętnie przyjmuje nowy produkt.

W roku 1937 otwarta zostaje fabryka pasty Kiwi w Warszawie. Jej dyrektorem jest pan Rudolf Kulik

Rok 1939 – znowu wielka wojna. Fabryka w Warszawie zostaje zniszczona podczas bombardowania.
W 1940 roku rozpoczyna się okupacja Francji. Fabryka zostaje zamknięta, Niemcy zamierzają zamienić ją na garaże. Współwłaściciel fabryki, Pierre Zecchini, ostrzega pracowników, że stracą pracę i zachęca ich do przyjęcia oferty pracy w Niemczech. Jednak w 1941 otrzymuje zezwolenie od rządu Vichy na produkcję pasty do butów dla niemieckiej armii.
Wrzesień 1942 – fabryka we Francji zbombardowana przez brytyjski RAF.
Styczeń 1944 – londyńska fabryka zbombardowana przez Niemców jednak 2 bomby nie wybuchły, podobno pilot wyjął z nich detonatory.

Koniec wojny, próby kontaktu z panem Kulikiem w Warszawie nie przynoszą rezultatu.

Amerykańscy żołnierze w Europie poznali pastę Kiwi. Co zrobić, żeby jej nie zapomnieli?
Rok – 1947 fabryka w USA. Jednocześnie powstają imitacje w wielu krajach.
Oryginalny produkt jest sprzedawany w 158 krajach. Większość produktu pochodzi z fabryk w Anglii, Francji, Singapurze i USA.
To już jest przedsiębiorstwo warte setki milionów dolarów. Oto polska wersja reklamy produktu.

To jest za dobre, aby trwało zbyt długo. W 1986 roku amerykańska firma Sara Lee przejmuje kompletną kontrolę nad firmą.

Natchnienia do powyższego wpisu dodała mi próba wyczyszczenia własnych butów.
Niezbyt często noszę buty. Emeryt przedkładający spacer ponad jazdę samochodem czy komunikację miejską. Wystarczają mi sandały czy obuwie typu runners czy, jak to się w Polsce drzewiej mówiło, adidas.

Jednak od czasu do czasu trzeba założyć cywilizowane obuwie. Zajrzałem do pudełka z przyborami do czyszczenia butów i ze wstydem stwierdziłem, że w pudełkach z czarną i brazową pastą grzechocą jakieś zeschnięte bryłki.

Czym ja tu państwu głowę zawracam – czegoś brak – pojechać do sklepu i kupić. Nie po to żeśmy komunizm obalali, żeby obywatel kłopotał się brakiem pasty do butów.

Pojechałem do supermarketu czołowej amerykańskiej firmy. Po dokładnym przeszukaniu półek powtórzyłem słowa Cezara – veni, vidi, v…nici. Nici, czyli nie ma. Były tylko jakieś mikstury w buteleczkach, bezbarwna i zielona.
Zaprzęgłem do pracy internet. Oferta drugiego czołowego amerykańskiego supermarketu, ale gdy drążę głębiej otrzymuję odpowiedź – towar chwilowo niedostępny. Skąd ja to znam 🙂

Odwiedziłem więc sklep z obuwiem. Pasta Kiwi? Proszę, o tutaj, doskonała pasta… tyle że innej marki.

Nie-Kiwi

Kupiłem, spróbowałem. rzeczywiście bardzo dobra, ale jednak trochę smutno.

P.S. 1. Szperając po internecie zajrzałem również do polskich stron. W wielu spotkałem stwierdzenie, że nazwa Kiwi Shoe Polish kojarzy się z Polską. Hmmm – Anglosasom na szczęście się nie kojarzy, co innego Polakom.
Oto przykład – informacja, że reklama pasty Kiwi zdobyła Złotego i Brązowego Lwa na festiwalu reklamowym w Cannes w 2017 roku – link TUTAJ.
Proszę zwrócić uwagę na tekst linku – ..,polska-pasta-do-butow-gwiazdy-festiwalu… – pogrubienie moje. To jest profesjonalna strona byznesowa INN:Poland – znają się na rzeczy.

P.S. 2. Pasta Kiwi but ożywi – świetny slogan reklamowy. Autor podany TUTAJ.
Link wspomina inny popularny slogan reklamowy – Cukier krzepi – autor Melchior Wańkowicz. Wańkowicz jest również autorem sloganu – LOTem bliżej (czasy PRL) – oraz reklamy prezerwatyw firmy Eros – Prędzej ci serce pęknie – lata międzywojenne.

Źródła – Keith Dunstan – The Australian Brand That Brought Shine to the World.

Kiwi