Lejana y sola (1)

Zgodnie z zapowiedzią, rozpoczynam dziś publikację fragmentów pracy magisterskiej Kingi na temat tłumaczeń Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej.

Celowo wybrałam ten właśnie, a nie inny moment pierwszej publikacji: w piątek, 19 sierpnia, minęła 80 rocznica śmierci największego poety współczesnej Hiszpanii, Federico Garcii Lorki, rozstrzelanego przez siepaczy frankistowskich w wąwozie Viznar koło Granady. Poezja Lorki była wielką fascynacją Mamy.  Wczoraj minęła 21 rocznica jej śmierci.

RIP

drugaKinga Szpuler

Introducción

La siguiente tesina presenta a la persona y el trabajo literario de Irena Kuran-Bogucka, una artista gráfica y traductora polaca de poesía española. Su trayectoria profesional es sorprendente y muy interesante porque, por pura afición al arte, se atrevió a descifrar el mundo mágico de los poemas españoles. Nunca había estudiado la lengua española en una universidad ni nadie le había enseñado las reglas de traducción. Sin embargo, sus versiones de los poemas son muy coherentes y nos transmiten el hechizo y la riqueza de la lengua española.

– ¿Cómo y para qué hacerse traductora de poesía española sin conocer la lengua en absoluto?
– ¿Por qué una artista gráfica muy apreciada decide cambiar totalmente su ocupación y dedicarse a la literatura?
– ¿Qué factores definen a un buen traductor de poesía: es un pedante concienzudo o un visionario inspirado?
– ¿Hay que ser artista para poder interpretar el arte?

Estas preguntas le hacían muchas personas a Irena Kuran-Bogucka al publicar sus primeras traducciones de la poesía de Federico García Lorca y después también de Rafael Alberti.
En este trabajo vamos a responder a estas preguntas en base a varias explicaciones de la misma traductora, que en cada antología esclarece los motivos y métodos de su trabajo. Por consiguiente, vamos a analizar algunas de sus traducciones y compararlas con otras interpretaciones polacas. Dedicaremos un pequeño capítulo a las obras alemanas de Heinrich Heine, Günter Grass, Martin Pohl y Mascha Kaléko cuyos poemas también fueron traducidos por Irena Kuran-Bogucka. En la última parte de la tesina aprenderemos algo más sobre nuestro personaje, concretamente desde el punto de vista de sus hijas, Ewa Maria Slaska y Katarzyna Bogucka-Krenz.

3.1. Poemas de Federico Garcías Lorca
3.1.1. Canción del Jinete, del poemario Andaluzas (1921-1924)

Canción del Jinete

Córdoba.
Lejana y sola.

Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba.

Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba.

¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba!

Córdoba.
Lejana y sola

(Lorca 1977: 307)

Piosenka jeźdźca

Kordoba
samotna w dali.

Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby.

Poprzez wiatr, porzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby.

Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby!

Kordoba
samotna w dali.

(Lorca 1982: 134)

El poema Canción de Jinete, escrito en el año 1924, pertenece a los poemas más emblemáticos de Federico García Lorca. Ya el título se refiere a la estructura formal del texto, o sea, es la canción, en la que al principio y al final encontramos un breve estribillo y además tres estrofas de cuatro versos octosílabos. En los versos pares observamos las rimas asonantes . La métrica del poema es bastante simétrica, entonces, la cesura casi siempre se ubica en el medio de la línea, es decir, después de cuatro sílabas.

El contenido del poema se refiere a los símbolos andaluces y a la vez a los gitanos, que están presentes en muchas obras de Lorca: el jinete desconocido, la ciudad inalcanzable, la jaca negra, la luna grande y roja, y sobre todo la muerte acercándose. El autor presenta varios epítetos muy sugestivos que nos ayudan a imaginarse el paisaje nocturno del poema e identificarse con el hombre. El jinete está viajando a Córdoba pero presiente de que no podrá llegar a su destino, porque sabe que morirá por el camino. La dominante semántica se encuentra en la conección de la forma de la canción y de la imagen siniestra. Sentimos la misma angustia que él, sin embargo, no podemos parar el trote del caballo; la canción tiene que ser cantada hasta el final trágico.

La traducción abarca perfectamente todos los elementos mencionados, tal en su estructura como en el contenido. En la versión polaca vemos la misma forma de paréntesis, es decir, dos estribillos y tres estrofas. Destacan los versos octosílabos y las rimas cuidadosamente imitadas, que demuestran la maestría de palabra. También los epítetos en la lengua polaca son bastante convincentes: “ogromny księżyc, krwawy księżyc, koń mój wrony, koń niestrudzony”. Los adjetivos llevan consigo muchas emociones y tienen el sonido duro como en español, porque todos contienen la letra “r”. Tenemos la impresión de ver el mismo paisaje y escuchar la misma canción, aunque en otro idioma.

Xilografía del ciclo “Romancero cygańskie”, 1961

Łużyce w Berlinie…

Urszula Usakowska-Wolff i Ewa Maria Slaska

… a będzie też i o tłumaczeniach z łużyckiego

Od wielu tygodni Tomasz Fetzki, który na użytek tego blogu, przybrał przydomek Viator, wędruje z nami po Zachodnich Kresach Polski i Wschodnich Kresach Niemiec czyli po Łużycach. Ciekawe, że dopiero teraz, dzięki wpisom Viatora, my dwie, Urszula i Ewa, od lat zamieszkałe w Berlinie, ustaliłyśmy, że obie jeździłyśmy na Łużyce, obie organizowałyśmy projekty polsko-niemiecko-łużyckie lub brałyśmy w nich udział i obie kiedyś tłumaczyłyśmy wiersze łużyckich poetek na polski i/lub niemiecki.

Zacznijmy jednak od tego, że w Berlinie te Łużyce nie są aż tak odległe i nieznane jak odległe i nieznane są w Polsce. W Berlinie tradycyjnie jeździ się do Spreewaldu, popływać barkami lub kajakami, pooglądać z wody wiosnę, lato czy jesień, kupić kiszone ogórki, najlepsze w całych Niemczech i szprewaldzką ciemnoniebieską ceramikę w białe kropy, a wiosną piękne pisanki, najpiękniejsze w całych Niemczech. Łużyczanie zwani tu Sorbami przyjeżdżają na polskie festyny do Berlina. Są sorbskie sklepy z lokalnymi produktami. Wszystko razem nie oznacza może jakichś niezwykle ożywionych kontaktów, ale te kontakty są i są nacechowane wzajemną sympatią.

Był jeszcze jeden ścisły związek łączący Berlin i Łużyce.

Poznałam Łużyce w ramach polsko-niemieckiego projektu kulturalnego Statek Literacki (Deutsch-Polnischer Poeten Dampfer) w latach 1995-1999, wtedy też widziałam wsie zniszczone przez wydobycie węgla brunatnego i księżycowy krajobraz jaki pozostawiają po sobie kopalnie odkrywkowe. Ten węgiel brunatny, w Polsce niemal zapomniany, mimo że oczywiście i my mamy jego wychodnie, że wspomnę Konin, Bełchatów i Turów, był w Berlinie i Brandenburgii po prostu wszechobecny. W Berlinie było i nadal jest, choć oczywiście teraz mniej niż przed 30 laty, mnóstwo mieszkań wciąż jeszcze ogrzewanych piecami, a najtańszym opałem był i jest właśnie węgiel brunatny. Sama tak mieszkałam kiedyś dawno temu. Opalane brykietami z węgla brunatnego mieszkania produkowały tony lotnego brązowego popiołu i wysyłały nad miasto kilometry sześcienne dymu w kolorze rdzy, co sprawiało, że zimą cały Berlin przybierał rudawy kolor. Co jakiś czas ogłaszano zagrożenie smogowe i wtedy jeździło trochę mniej samochodów, a to przecież mieszkania produkowały ten brązowy smog a nie samochody i pewnie trzeba by było zakazać palenia w piecach, ale na to by się przecież nikt nie poważył.
Już dawno nie mieszkałam w mieszkaniu z piecami, gdy podczas Polsko-Niemieckiego Statku Literackiego dotarłam na krawędź takiego wyrobiska węgla brunatnego i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jego szkodliwość ekologiczna w Berlinie była małym problemikiem w porównaniu z tym, co on oznaczał na Łużycach. Choć oczywiście zanim zaczniemy urągać przemysłowi, przeczytajmy raz jeszcze wpis Tomasza Fetzkiego, który pisze o tym, jak trudno jest zachować równowagę pomiędzy naszymi potrzebami życiowymi a naszymi poglądami ekologicznymi.

Podczas projektu Poetendampfer (Parowiec Poetów – świetna nazwa, znacznie lepsza niż nudna nazwa po polsku!) poznałam też poetkę łużycką Róžę Domašcynę i na bieżąco tłumaczyłam jej wiersze na polski. Urszula z kolei brała udział w 32 Festiwalu Poezji Sorbskiej w Budziszynie w 2010 roku, też tłumaczyła wiersze Róžy i promowała ją w Westfalii. Moje tłumaczenia, wykonywane odręcznie na papierze, odczytywane podczas imprez z karteluszków, z kretesem zaginęły. Również Urszula nie ma wierszy Róžy po polsku, ale znalazła tłumaczenie wiersza Hańžy Budarjowej (1860-1937).

Prządki u kołodzieja w Łazie

W tym pięknym ogrodzie, do którego chętnie chodzę,
rosną kwiaty czarujące,
wszystkie pięknie kwitnące, w blasku wiosny lśniące,
młode, zapatrzone w słońce.
Te kwiaty są tak cnotliwe,
jak nasze wiejskie dziewki,
co u kołodzieja w Łazie zbierają się na prządki i śpiewki.

Może w tym ogrodzie znajdą się trzy róże,
które cudne imiona mają:
miłość, pokój i jedność, bo wszyscy Łużyczanie je znają
i za najpiękniejsze uważają.
Z tych róż przykład brać
i o nie dbać będziemy,
ale teraz sobie w Łazie znowu poprzędziemy.

Chcemy w naszym towarzystwie dalej się gromadzić,
żyć w spokoju i w pokoju, nikomu nie wadzić,
i do środy razem prząść i śpiewać wesoło,
bo już wkrótce słońce wzejdzie i zaświeci wkoło:
nad łąkami, nad lasami, nad polami,
i z ciemności nas wyzwoli,
byśmy mogli pracować na roli i śpiewać ze skowronkami.

A gdy starość nastanie, będzie czas na bajanie
o pięknych latach młodości,
o tym, ile radości sprawiało nam chodzenie
do kołodzieja przy Stawie w Nowym Łazie na przędzenie.
Oj, będą się nam dziwować,
oj, będą się naśmiewać
z naszych bajek, z naszych fraszek – młodzieńczych igraszek.

1927

Przekład z języka górnołużyckiego: Urszula Usakowska-Wolf, 2010

Hańža Budarjowa (1860-1937), aktywistka łużyckiego stowarzyszenia „Handrij Zejler“ w Lohsa (Łaz) i poetka ludowa, autorka 158 opublikowanych wierszy i 13 nieopublikowanych manuskryptów, pisała prawie wyłącznie po łużycku.

Róža Domašcyna, urodzona w roku 1951 w Zerna, mieszka i tworzy w Budziszynie. Foto Jens Domaška.

Zersplittet
den brustkorb an seinem brustkorb halten
mit der rechten hand seine linke herzkammer melken
mit der linken hand seine rechte herzkammer melken
dabei
das eigene vordertürchen verschlüsselt wissen
rücklings eine ferse in die hintertür stellen
und so wie so den hals verstöpselt tragen

Rozfragmentowanie
opierając klatkę piersiową o jego klatkę piersiową
prawą ręką dojąc lewą komorę jego serca
lewą ręką dojąc prawą komorę jego serca
a przy tym
pilnując by własne klapy były dobrze zamknięte
od tyłu wstawiając stopę w kuchenne drzwi
a szyjka i tak zakorkowana

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

A tu jeszcze wiersz Róży po łużycku, pełen gier słownych i gier z różnymi językami. Konia z rzędem temu, kto go przetłumaczy na jakikolwiek język 🙂

Kosycka, Reiherschnabel, Eródium

Rólerkacka: Odin! Mu Bechery heiss.
Reimscheues lobe. Dny corki. Hórka.
Hólce reibe krydu. Kino ma es. Rasch.
Birne, hack Kurioses. A hdy mrócele?
Rohes kusa irr. Cim bóle necke hody.
Hei, bóle minus. Sydk Recher kacora.

Mama i Lorca

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety, wszystkie zostały już przetworzone. Nigdy ich przedtem nie słyszałam. Prawie miesiąc temu opublikowałam pierwszą część wywiadów, dwa tygodnie temu – drugą, przed tygodniem – trzecią, a dziś – zakończenie.

lorca-alberti2Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej

Za wydanie wierszy zebranych Rafaela Albertiego – “Chłodna mięta mórz”, Wydawnictwo Morskie 1986 – Mama otrzymała stypendium rządu Hiszpanii za najlepsze światowe tłumaczenie literatury hiszpańskiej. Pojechała wtedy do Hiszpanii, gdzie odwiedziła miejsca związane z życiem Lorki.

romancero Anna Sobecka: Czy ta możliwość pozwoliła jeszcze lepiej poznać samego Lorkę? Czy w tych miejscach czuła Pani obecność jego ducha i działanie tej magii?

Irena Kuran-Bogucka: To było trochę inaczej. Więcej uzyskałam w tamtym czasie, jeśli chodzi o działanie ducha, przez to, że to już był ten czas, kiedy się świetnie rozwinęła wiedza o jego poezji. Bo jak wiadomo, jak dyktator doprowadzi czy dopuści do zamordowania poety, to bardzo nie lubi, żeby później o tym mówiono. I ci, co w pierwszych latach po śmierci Lorki próbowali studiować jego życie i twórczość, nie mieli łatwego zadania. Natomiast po powrocie z emigracji, tej Wielkiej Emigracji Hiszpańskiej, poetów emigrantów, a zwłaszcza rodziny Lorki, odkryto mnóstwo nieznanych przedtem materiałów, też studia, już swobodnie prowadzone, poszły dalej. To mi dużo dało. Natomiast, co mi dało na przykład pojechanie do Fuente Vaqueros, miejsca, gdzie Lorka się urodził. Lorka ma taki wiersz, bardzo wczesny, z pierwszego tomu, Książka wierszyTopole ze srebra. Ja sobie wyobraziłam, nie widząc przedtem tych drzew, że są to topole o takich srebrno szarawych listkach, bo wiadomo, że liście topoli, też wierzby, nie jest bardzo jaskrawozielony. A tymczasem pojechałam tam na przedwiośniu i nagle zrozumiałam, co to są topole ze srebra. Jak jest przedwiośnie, to u nas drzewa na tle już wiosennego nieba są czarne, we Włoszech są seledynowe, złotawe, różowe, a w Hiszpanii są srebrne. W tym wypadku wykształcenie malarskie mi dopomogło do zauważania takich właśnie pozornie błahych, a istotnych dla całego obrazu rzeczy.

Mówiła Pani o poezji Lorki, o jej pięknie i o jej magii. Porozmawiajmy może teraz o samym poecie. Jakim on był nie tylko poetą, ale człowiekiem?

Trudno to powiedzieć. Ja będę próbowała o tym pisać, już mam jakieś maszynopisy, ale żeby znaleźć klucz do rozumienia tej twórczości, warto wiedzieć oczywiście, jakim był człowiekiem? Spróbuję dać odpowiedź i z góry wiem, że ta odpowiedź nie będzie pełna ani kompletna. Wiem, że nie zdołam. Ale też biografowie – najbliżsi przyjaciele – piszą o nim rzeczy tak różne, rozbieżne, wręcz przeciwstawne. A wszystko, co piszą, jest prawdę. Jorge Guillén, jego przyjaciel, rówieśnik i biograf, też poeta, opisuje przyjaciela pełnego pogody, życzliwego, lubianego, w każdej chwili życie jego owiane było natchnieniem, Pablo Neruda mówi – „Nigdy nie widziałem osoby tak pełnej magii, tak radosnej, tak pogodnej, tak serdecznej.” Lorka zresztą wspomina żarty i figle, z czasów swoich studiów zwłaszcza, natomiast w przedmowie do drugiego wydania dzieł wszystkich Vincente Alexander, noblista późniejszy, też rówieśnik i przyjaciel Lorki, pisał: „miał serce zdolne do namiętności, jak rzadko kto, a zdolność do miłości i cierpienia uszlachetniała jego czoło”. Wiele kochał, w co nie chcieli wierzyć ludzie powierzchowni i cierpiał przez tę miłość bardziej niż ktokolwiek przypuszczał. Jego bardzo dobry znawca, którego poznałam w Hiszpanii, Miguel Garcia Posada – Garcia nie znaczy, że był krewnym, to bardzo pospolite nazwisko – w odniesieniu do Lorki używa słowa „wieloosobowość”. On miał mnóstwo wcieleń i żadne z nich nie było imitacją, każde było jakimś autentycznym fragmentem jego osobowości i odczuć.

Jak wyglądał?

Zdjęcie pokazuje Andaluzyjczyka o gładkich czarnych włosach, ciemnych oczach, dość takich grubo ciosanych, właściwie chłopskich rysach. Zdjęcie nam nie mówi NIC. Jego przyjaciel, który z nim się na przestrzeni lat spotykał, Carlos Morla Lynch, który napisał zresztą książkę „W Hiszpanii z Frederikiem”, notuje takie słowa: „nie można utrzymywać, że Lorka jest piękny, ale nie można też twierdzić, że tak nie jest, gdyś bije z niego coś, co budzi powszechną sympatię.” Musiał być nie urodą, lecz osobowością fantastyczny. Bo tak to nie odróżniał się od średniego wyglądu Andaluzyjczyka tamtego czasu, był też średniego wzrostu, i, jak Pani wie, do starości nigdy nie doszedł – nie wiadomo, jak starość wyżłobiłaby tę twarz. Ale jeszcze trzeba dodać, że niezależnie od ładunku, jaki niesie jego poezja, ktokolwiek się z nim zetknął, choćby pobieżnie, przez wiele lat go nie zapomniał. Jego przyjaciel, admirator wielki, chwilami też i rywal, Rafael Alberti, jeszcze 40 lat po jego śmierci, w latach 70, pisał – „spróbuję opisać ten pejzaż, ale czy ja dam radę, lepiej by to zrobił Federico”.

sonetyA nad czym Pani teraz pracuje?

Między innymi jest to absolutnie nikomu nie znany, nie istniejący w całości fragment tomu „Sonety ciemnej miłości”, które dopiero w ostatniej dekadzie zostały odkryte w licznych jak wspominałam, brulionach, przywiezionych przez rodzinę, która uszła do Ameryki przed prześladowaniami. I tych sonetów nie zna niemal nikt, mało kto widział, niemal nikt nie tłumaczył. Ja mam wszystkie, jakie istnieją, nikt nie wie, czy wszystkie ocalały. Istniejących jest jedenaście. Bardzo piękne, wstrząsające erotyki, o tyle osobliwe, że sonet nie był ulubioną formą Lorki.

***

Cierpienia miłosne

Ten ogień, który pochłania i nęka,
Ten pejzaż szary od końca do końca.
Ten ból przez jedną myśl spośród tysiąca.
Ta niebios, świata i chwili udręka.

Ten płacz krwi, która zdobić się nie lęka
liry bez tętna; ta żagiew paląca.
Ten ciężar morza, co w odmęt mnie strąca.
Ten skorpion w piersi mojej – co za męka!

Wieńcem miłości są, rannego łożem,
gdzie ja, bezsenny, śnię, że jesteś ze mną
w mej piersi, pośród ruin i zniszczenia.

I choć roztropność ocalić mnie może,
twe serce stwarza mi dolinę ciemną
cykuty, gorzkiej wiedzy i cierpienia.

z tomiku “Sonety ciemnej miłości” Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 1994

Czasy były takie, że Mama bardzo ostrożnie podchodziła do tematu miłości homoseksualnej w życiu Lorki. Dziś, po 20 latach europejskiej dyskusji o homoseksualizmie i po filmie Paula Morissona “Little ashes” (“Popiołki”) z roku 2008, homoseksualizm poety dla nikogo nie jest już mroczną tajemnicą. Piszę o tym, bo pamiętam, ile wysiłku kosztowało Mamę tłumaczenie tych sonetów tak, by nie było wiadomo, czy obiektem miłości jest kobieta czy mężczyzna.

Wróćmy jednak raz jeszcze do spisanego tu i prezentowanego przez ostatnie tygodnie wywiadu Anny Sobeckiej z Mamą. Wywiad kończy się tą właśnie muzyką:

Mama tłumaczy

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Dwa tygodnie temu opublikowałam pierwszą część wywiadu, tydzień temu – drugą, dziś – trzecią, za tydzień – zakończenie.

aniol2Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej

Anna Sobecka: Język polski, język hiszpański należą do odrębnych grup lingwistycznych? Jaka jest możliwość, żeby oddać maksymalnie wiernie, choćby coś z tej magii, o której Pani mówi, co jest u Lorki? Co jest języku hiszpańskim. Jak oddać to w języku polskim?

Irena Kuran Bogucka: Odpowiedź jest taka, że właściwie w sztuce nic nie jest łatwe. Sztuka ma zawsze dwie fazy – rzemiosło i polot. Już dawno to wymyśliłam, jeszcze robiąc grafikę, że samo rzemiosło nie wzleci, a sam polot nie chodzi.

Można naśladować w języku polskim bardzo dużo dźwięków hiszpańskich. Mogę Pani powiedzieć taki przykład, to jest napisane w książce, ale kto nie przeczyta tego po hiszpańsku, ten nie będzie wiedział jak przekład blisko idzie tego dźwięku.

El almidón de su enagua
me sonaba en el oído,
como una pieza de seda
rasgada por diez cuchillos.

To jest z Mężatki niewiernej, Cygan prowadzi dziewczynę nad rzekę, wsłuchuje się w szelest jej halek i już wyobraża sobie jak będzie z niej zdzierał te halki dziesięcioma szponami, dziesięcioma palcami. I ja tak to przetłumaczyłam:

Krochmal jej halki w mych uszach
szumiał i sztywno szeleścił
Jak zwój jedwabiu przez dziesięć
sztyletów darty na części

Jak świetnie można porolować hiszpańskie „r”.

El torro de la reyerta se sube por las paredes

To ze Zwady.

Groźny byk zwady okrutnej przez zbocza parowu pędzi.

aniol1Hiszpański ma bardo dużo zbieżności dźwiękowych z polskim. Poza tym więcej, Hiszpania podobnie jak Polska była najechana, Polska była najeżdżana, Hiszpania została najechana przez… Wschód, pre Maurów, przez Arabów. U nas były najazdy turko-tatarskie, tam są pewne elementy arabskie w języku, które można u nas naśladować. Żeby nie mówić wąsko tylko o moich możliwościach, czy Pani pamięta jak pisze Słowacki o emirze Rzewuskim w Dumiez modlitwą Araba był w gmachach Khaaba, jaki to jest Orient? Oczywiście ja bardzo dobrze znam polską literaturę, w końcu tłumacz czymś się musi żywić, nie można tłumaczyć, znając tylko język potocznych rozmów.

No i co jeszcze? Polski ma coś, czego nie ma nawet włoski, tak niby fonetycznie blisko spokrewniony z hiszpańskim. El sentimento tragico de la vida – poczucie tragizmu życia. Tutaj znowu się opieramy o wieszczów, o ten okres nocy zaborów, o tę późniejszą, krótszą, ale jeszcze straszniejszą noc okupacji, i Mickiewicz, i Słowacki, i Baczyński dadzą nam to poczucie tragizmu życia.

A reszta to się dzieje poza świadomością. Jak się już to wszystko wie, to reszta się będzie działa sama, albo się nie będzie działa w ogóle.

Mówiła Pani o bloku utworów Lorki w Pani przekładzie, który zamieściła „Literatura na świecie”. I tam był fragment prozy. Ale to był jeden z nielicznych chyba fragmentów prozy Federica Garcii Lorki, które Pani tłumaczyła. Bo tłumaczyła Pani, tłumaczy Pani przede wszystkim… chyba nawet wyłącznie poezję.

aniol3Wie Pani, proza Lorki to nie była proza literacka. To były przeważnie prelekcje czy też eseje na temat kultury hiszpańskiej. Nie wiem, czy byłyby tak atrakcyjne dla naszego Czytelnika, który tej kultury tak nie zna. Natomiast niewątpliwie, jeśli się Pani zapozna z jego życiorysem, który przygotowuję do następnej książki – tam dużo fragmentów jest z jego własnej prozy. Jego wypowiedzi na temat tradycji Romancera, na temat tradycji Głębokiej Pieśni, na temat urody języka hiszpańskiego. To było bardzo ciekawe, ale chyba nie byłoby to interesujące dla polskiego Czytelnika. Co innego „Literatura na świecie”, która jest pismem specjalistycznym, a co innego książka, którą człowiek trzyma przy łóżku i czyta dla własnej przyjemności. W życiorysie, który teraz piszę będzie bardzo dużo cytatów czy z jego korespondencji, czy właśnie z tych referatów, esejów, odczytów, może raczej odczytów niż referatów, które miewał na temat kultury hiszpańskiej. Ale ja oczywiście przeczytałam prozę Lorki. Zresztą czytałam wszystko, korespondencję, dramaty, strzępki listów, notatki, wszystko, cokolwiek pozostało. Otóż: Lorka czytywał swoje wiersze głośno. On twierdził, że wiersz czytany tylko wzrokiem, traci swoją istotę, swoją melodię, dźwięk. I tutaj żeśmy się spotkali. A mówił – fantastycznie! I swoje wiersze mówił fantastycznie. I jak on mówił te swoje wiersze! Już od lat mówił je w gronie przyjaciół, znajomych, kolegów, innych poetów. Czyli – wiersze Lorca czytywał w gronie najbliższych, a prelekcje miewał na temat kultury Hiszpanii, ale w którymś momencie te dwa elementy się spotkały. W 1926 roku w Valladolid Lorca miał pierwsze otwarte wystąpienie, gdzie recytował romance z nowo powstałego, jeszcze nie ukończonego Romancera cygańskiego i gdzie miał prelekcję o tym romacero właśnie. Mówił na temat własnych wierszy, a trochę na temat własnych inspiracji. „Strzeżcie się” mówił, zapowiadając występ, poeta Guillermo de Torre, „kiedy ukończy swą pieśń, wszyscy będziemy w jego mocy. Chcę was ostrzec, słuchać Lorki, to znaczy poddać się jego poezji”. I dalej: „Za pomocą jakiej magii sztuka dla wybranych identyfikuje się tutaj ze sztuką dla wszystkich? Oto wielki sekret Federica Garcíi Lorki. Jego poezja jest i tradycyjna, i nowoczesna. A publiczność tę poezję rozumie. A publiczność zachwycona. Jakim cudem? Co to się stało?” Czy to było rzucanie uroków?

Okazuje się, że to rzucanie uroków, o którym Mama mówiła tydzień temu, może działać również na przestrzeni lat. I z dużej odległości.

***
Na zakończenie Ryszard Maria Fiszbach, fragment recitalu. Wydaje mi się, że i on nie żyje. Mama bardzo go lubiła i wysoko ceniła jego wykonania Lorki. W Internecie w wyszukiwarce osób pochowanych znalazłam informację: ur. 1935-03-25, zm. 1997-08-02. www.filmpolski.pl nie podaje jednak, że umarł, pisze natomiast, co następuje:
Aktor. W latach 1960-62 występował w Teatrze Ziemi Opolskiej w Opolu, w latach 1962-64 2 Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie, w latach 1964-65 w Teatrze 7.15 w Łodzi, w latach 1965-66 w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, w latach 1966-67 w Estradzie Łódzkiej. W latach 1967-69 aktor Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie, w latach 1969-72 Teatru Polskiego w Bydgoszczy, w latach 1972-83 Teatru Dramatycznego w Gdyni. W latach 1983-87 współpracował z Bałtycką Agencją Artystyczną. W latach 1987-90 występował w Teatrze Dramatycznym w Elblągu, w latach 1990-91 w Teatrze Powszechnym w Radomiu, w latach 1991-94 w Teatrze Dramatycznym w Legnicy.

Za tydzień – koniec wywiadu, trochę o książkach i trochę muzyki

Mistrzowie i uczennica

Anna Sobecka o Irenie Kuran-Boguckiej

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Tydzień temu opublikowałam pierwszą część wywiadu nagranego na tych kasetach, dziś – ciąg dalszy. I to wcale nie koniec.

***
Anna Sobecka: Czy był ktoś, u kogo Pani terminowała, jeśli chodzi o przekłady?

Irena Kuran-Bogucka: Bardzo dobre określenie – terminowała. To było tak. Lorka był dla mnie zawsze sprawą poważną, natomiast tłumaczenia nie traktowałam  poważnie, nie śmiałabym. Dla mnie literatura była zawsze wielką radością oraz prawdziwą tajemniczą umiejętnością, którą ktoś, oczywiście ktoś inny, umie wykonać. Przede wszystkim poezję. Bardzo lubię poezję. Duża znajomość poezji polskiej, z mocną podbudową poezji łacińskiej, dała mi mocne podstawy do wyczucia rytmu, bo poezja łacińska wspaniale ustawia rytm, a nasze kompletowe licea uczyły przedmiotów humanistycznych fantastycznie.

mistrzowie1Ale – u kogo ja terminowałam? Osobliwie jest śledzić, jak bogowie przeznaczenie na różnych zakrętach wyciągają do człowieka rękę. Ktoś mi pożyczył egzemplarz „Literatury na świecie”, dlatego że tam był przekład Isaak Denisen, to jest bardzo świetna autorka, duńska pisząca po angielsku, ale w tym samym numerze było kilka przekładów Heinego dokonanych przez doskonałego germanistę, Roberta Stillera. I było ogłoszenie, takie, że wzywam wszystkich, którzy kiedykolwiek tłumaczyli Heinego, żeby się do mnie zgłosili. A ja sobie tłumaczyłam Heinego, właściwie przedtem już tłumaczyłam Heinego, jeszcze, kiedy nie znałam hiszpańskiego. Wysłałam mu dwa czy trzy wiersze, przeczekałam, potem przyszedł taki bardzo gruby plik, normalnie, pomyślałam sobie, odsyłają, mistrzowie2ładnie, że odesłał.  Ale nie, pan Stiller sobie zadał dość fatygi, żeby napisać koreferat – to jest dobrze, to jest źle, tego się trzeba nauczyć.  Nie można robić tylko tych wierszy, które się człowiekowi podobają, trzeba sobie poradzić z każdym wierszem… I zaczął mi „zadawać”. W końcu w jego tomie wiele z moich utworów się nie znalazło, jakieś fragmenty, jeden wiersz przetłumaczyliśmy do spółki, takie „Rusałki”. On ma lepsze wiadomości, choć ja niemiecki znam płynnie, Heinego czytywałam od dziecka. Natomiast dowiedziałam się od niego kilku rzeczy, na przykład, jak należy obracać słowem, jak należy szukać odpowiedników, jak należy wybierać z kilku lub kilkunastu znaczeń. Tego się od niego nauczyłam.

No tak, ale to był mistrz, jeśli chodzi o tłumaczenia, ale nie mistrz, jeśli chodzi o literaturę hiszpańską, o Lorkę.

Wie Pani, ja jestem ze znaku Byka, ludzie ze znaku Byka mają wielkie możliwości w zakresie autodydaktyki. Zaskoczyłam. I zaczęłam pisać już trochę poważniej. W każdym razie miałam już na tyle opracowane cykle, że „Literatura na świecie”, pismo bardzo szanowane, przyjęła mi tak zwany „blok”. Tam była proza Lorki czyli jego referat o głębokiej pieśni, canto jondo,  pierwszej jeszcze prymitywnej twórczości ludowej Andaluzji, jego wiersze z cyklu „Poemat głębokiej pieśni” i jeszcze moja grafika, bo w międzyczasie moje uczucie do Lorki wyżywało się w moim poprzednim zawodzie. Gdy umieściła to „Literatura na świecie”, to z „Literatury na świecie” wzięło to radio. A wtedy, czy przeczytał to w „Literaturze na świecie” czy usłyszał to w radio, ale napisał do mnie pan Janusz Strasburger, żebym przygotowała zestaw Lorki do przygotowywanej przez niego i, mój Boże, do dziś nie wydanej i pewnie nigdy nie zostanie wydana, bo nie będzie na to pieniędzy, antologii pod tytułem „Tysiąc lat poezji hiszpańskiej”. Tu zaczęłam już pisać „na poważnie”, Lorkę, ale też Albertiego dla pana Strasburgera. On mnie nauczył, jak słyszeć poezję. Ja miałam nieźle ustawiony słuch, na poezji łacińskiej, zwłaszcza na Horacym. Ciekawa rzecz, że Horacy nie ma nic wspólnego z Lorką, a to też jest jeden z moich ulubionych poetów, od bardzo dawna. Cóż więc mi pokazywał pan Strasburger, a to, że tu można w ogóle nie użyć jakiegoś słowa, tu przestawić, bo przede wszystkim trzeba „złapać melodię”. On miał takie założenia – może być nie bardzo ściśle, ale niech brzmi tak, jakby od samego początku powstało w języku polskim. Zaraz powiem Pani taki wiersz: Dokąd idziesz, Sigirijo, w tym rytmie, rytmie bez głowy? A po rozmowach z panem Januszem, nie po poradach, on nigdy nic nie radził, to brzmi: Dokąd że to, Sigirijo, podążasz w rytmie bez głowy? Później to już i bez takich alternatywnych błędów zaczęłam mieć takie układy… To, co u Lorki jest a donde vas, donde, donde, to po polsku by brzmiało, dokładnie: dokąd idziesz, dokąd dokąd? A mnie, to jest cytat z kasydy, „Kasyda gorzkiego korzenia”, późny bardzo wiersz, późny, co nie znaczy, że starczy, przecież Pani wie, że Lorka nie dożył czterdziestki.  Jak szukałam tego pytania, to jest to tam tak ujęte: dokąd że, dokąd, a dokąd?a donde vas, donde, donde?

Niech Pani powie, co w tej poezji, co w twórczości Lorki, jest taką rzeczą, która panią najbardziej fascynuje. Tyle lat poświęciła Pani na czytanie go, na tłumaczenie, wreszcie na udostępnianie go czytelnikowi polskiemu.

***
mistrzowie3Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Nie skończę w tym wpisie tej audycji, bo muszę jednak dodać komentarz. Mama pięknie tu opowiada o terminowaniu u obu tych panów, Roberta Stillera i Janusza Strasburgera, i o książkach, które wydali czy chcieli wydać, gdzie miały być jej wiersze.  Spisywałam to w pociągu w drodze do Szczecina. Po południu mam w Szczecinie trochę czasu, idę więc do Książnicy Pomorskiej. Kiedyś była to moja ulubiona biblioteka w Polsce, miała drugą pozycję, zaraz po gdańskiej bibliotece PAN-u. Niestety – obie unowocześniono, budując im naprzeciwko duże modernistyczne budynki, co niestety odebrało im magiczny klimat. Ale biblioteka to biblioteka, tu zawsze jest dobrze. mistrzowie4„Radaru”, o którym była mowa w poprzednim wpisie, nie da się wypożyczyć, bo jest w jakichś odległych magazynach i mogę go dostać za tydzień, ale jest i owszem „Literatura na świecie”. Trochę na oślep zamawiam roczniki 1976 i 1977, choć po prawdzie nie wiem, kiedy Mama zaczęła terminować u Roberta Stillera. Ale mam szczęście – w grudniu 1976 roku w czasopiśmie znalazło się i opowiadanie Karen Blixen, o której Mama zawsze, ale to zawsze mówiła – Dinesenka, podkreślając, że wie, że to kobieta, ale że używała ona jednak męskiego pseudonimu, znalazł się też tekst Stillera o tłumaczeniach Heinego, kilka wierszy i wezwanie o nadsyłanie tłumaczeń.

To było zatem to zrządzenie Losu, ten moment, kiedy Bóstwo Przeznaczenia wyciągnęło rękę i powiedziało – Ty!

Rozochocona sukcesem, wypożyczam jeszcze dwa różne tomy Heinego mniej więcej z lat 80, oba w opracowaniu Roberta Stillera oraz – bo ukazał się jednak w roku 2000 – zbiór poezji hiszpańskiej w redakcji Janusza Strasburgera. Rzucam się na nie z apetytem. U Stillera miało wprawdzie być niewiele – kilka fragmentów i jeden wspólnie z nim przetłumaczony wiersz, „Rusałki”, natomiast u Strasburgera – dużo, bo i Lorca, i Alberti. Oglądam te trzy książki i oczom nie wierzę. Nie ma. W obu publikacjach Stillera nie ma fragmentów Heinego w tłumaczeniu Mamy i w ogóle nie ma „Rusałek”, to przykre i nieco dziwne, ale też i niewielki ból. To wprawdzie Heine, ukochany poeta Mamy, ale jednak “tylko” Heine. Ale u Strasburgera! Wydawczyni z Elm Books pisze, że Janusz Strasburger jest wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego i że w prezentowanej antologii zamieścił przekłady swoje i swoich studentów, a ja kąśliwie dodam, że głównie studentek. Informacja o studentach nie jest zresztą do końca prawdą, bo jednak w publikacji znalazło się kilka tłumaczeń Edwarda Porębowicza i jedno tłumaczenie Jana Winczakiewicza, to tłumacze grubo sprzed czasów Janusza Strasburgera, na pewno więc nie jego studenci. Jest też jeden przekład Bieszczadowskiego, choć przy nim nie jestem pewna, czy nie był jednak, kiedyś, studentem profesora Strasburgera.  Ale jakie to wszystko ma znaczenie? Jakie to ma znaczenie? W pierwszej antologii poezji hiszpańskiej w Polsce nie ma Mamy!Nie ma jednej z najsłynniejszych tłumaczek, a zarazem tej, u której wydawca osobiście zamówił Lorkę i Albertiego. W pięć lat po śmierci Mamy, u jej mistrza, którego Mama tak wysoko ceniła, nie ma o niej ani wzmianki.

Przypomina mi się wymiana maili na Facebooku z pewną panią, też tłumaczką, z którą korespondowałam przy okazji wpisu o Alfonsinie Storni. Wiedziałam, że były zaprzyjaźnione z Mamą, a gdzieś w Sieci znalazłam wywiad z nią, a w nim informację, że tłumaczyła i Alfonsinę. Udaje mi się ją znaleźć. Nie, nie tłumaczyła Alfonsiny. I chyba nie zna mojej Mamy. Piszę raz jeszcze i dostaję odpowiedź, że ach tak, przypomina sobie.

To się dzieje z pamięcią przez pięć, dziesięć, piętnaście lat.

„Nieobecni nie mają racji”, mawiała Mama.

Za tydzień – trzecia część wywiadu

Mama czyli jak się to zaczęło?

Anna Sobecka o Irenie Kuran-Boguckiej

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Anna Sobecka przeprowadziła ten wywiad jesienią 1992 roku, gdy nakładem wydawnictwa Mittel w Gdyni ukazało się “Romancero Cygańskie” w wersji dwujęzycznej.

Anna Sobecka: Jest pani z wykształcenia grafikiem, absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, uczennicą Tadeusza Kulisiewicza. Była Pani uznanym grafikiem.

piekna-lata60Irena Kuran-Bogucka: Tak miałam 40 (wystaw) w kraju i zagranicą i wydawało mi się, że to jest sens mojego życia.

No więc właśnie. Przez wiele lat była Pani grafikiem, miała Pani wystawy indywidualne, uczestniczyła Pani w wystawach zbiorowych, zdobywała Pani nagrody. Była pani uznanym artystą grafikiem. I w którym momencie zmieniła Pani sens swojego życia, w którym momencie przestała Pani być grafikiem, i zajęła się Pani tłumaczeniem poezji hiszpańskiej, a początkowo – poezji Federica Garcii Lorki? Jak to się stało?


Mama na wystawie (lata 60?)

Ja tego też nie rozumiem do końca. Przede wszystkim zawsze bardzo lubiłam poezję, od najwcześniejszego dzieciństwa. Najpierw mi czytywano, przede wszystkim wieszczów, później sama czytywałam. Po drugie – łatwo się uczę języków. Ale dlaczego nauczyłam się hiszpańskiego, żeby czytać sobie Lorkę, kiedy – gdybym chciała robić tłumaczenia poetyckie, to od dziecka znałam angielski, francuski, niemiecki. Po co ja się nauczyłam hiszpańskiego? Żeby zobaczyć, jak ten Lorca wygląda w brzmieniu? Jaki jest w środku? Gdzie jest łączność pomiędzy jego słowem, a znaną mi i bardzo lubianą przeze mnie muzyką hiszpańską? Mówię i o muzyce klasycznej i o folklorze.

piekna-hiszpankaKiedy to było?

Pierwszy raz zetknęłam się z poezją Lorki w połowie lat 50, pierwszy tomik, jaki dostałam do ręki, to była poezja Lorki w przekładzie Słobodnika. To nie jest bardzo doskonały przekład, bo przekładane było pośrednio przez rosyjski, czyli – on dźwięku tej poezji nie znał. Ale mimo że on nie jest wysoko przez oficjalną krytykę ceniony, uważam, że właśnie w jego tłumaczeniach jest bardzo dużo tamtej fascynacji., tej pasji, tej magii. No i jakiś czas byłam bardzo zadowolona, że mam tomik Słobodnika. Potem zaczęłam się niepokoić, dlaczego ten przekład, a i inne też, nie wykazują żadnej łączności z muzyką hiszpańską? W tym samym okresie dostałam pierwszy magnetofon w życiu, takie małe tonko, i idąc po omacku w to, co leciało radio, zaczęłam zbierać wszystkie nagrania hiszpańskie i latynoamerykański.


Mama “w roli Hiszpanki” w czerwonym szalu z cieniutkiej wełny; zdjęcie być może wykonane przez Mirosława Kubackiego

Najpierw wszystkie nieuporządkowane i byle jak, potem zaczęłam odróżniać Hiszpanię i Amerykę Łacińską, kiedy już doszłam do tego, że od pierwszego uderzenia gitary odróżniałam Meksyk od Argentyny, to już wiedziałam, że czegoś się o tej muzyce dowiedziałam, a przekład Lorki mi tej muzyki nie dawał. W jakimś momencie pomyślałam, że trzeba się będzie tego hiszpańskiego nauczyć. Nie miałam żadnych kontaktów z Hiszpanią. Był rok 61. U nas był wiadomy ustrój, a w Hiszpanii rządził w pełni sławy Generalissimo Franco. W Krakowie, gdzie prawie nigdy nie bywam, na Rynku weszłam do Klubu Książki i Prasy i znalazłam samouczek Teach Yourself Spanish, anglo-hiszpański samouczek i przez rok chodziłam z samouczkiem w kieszeni. Po roku mogłam czytać, ale nie miałam co. Bo przecież nie było skąd brać hiszpańskich książek. Pierwsze książki przysłali mi amerykańscy przyjaciele, ale jeszcze wcześniej, w piśmie Radar znalazłam wiersz Piosenka jeźdźca, Kordoba samotna w dali po hiszpańsku. I to był pierwszy wiersz Lorki po hiszpańsku, co potwierdziło moje przypuszczenia, że w samym dźwięku języka kryje się część owej magii.

Można nauczyć się czytać, pisać, rozumieć w obcym języku, ale czy można z samouczka nauczyć się mówić?

Zaraz Pani przedstawię mojego profesora wymowy. To jest Paco Ibanez, który śpiewa poezję, ale nie tak jak ją śpiewają w Hiszpanii, w tym krzyku, cante jondo, cante flamenco, tylko tak jak ją śpiewają francuscy piosenkarze, z wyraźną dykcją, z wyraźną wymową. Wskutek przywiązania do Paco Ibaneza mówię po hiszpańsku z lekkim akcentem andaluzyjskim, ale podobno nie jest to grzechem.


XXX

Canción del Jinete
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
XXX
Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba.
XXX
Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba.
XXX
¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba!
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
Piosenka jeźdźca
XXX
Kordoba
samotna w dali.
XXX
Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby.
XXX
Poprzez wiatr, poprzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby.
XXX
Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby!
XXX
Kordoba
samotna w dali.

Jak Pani poznawała twórczość Lorki, mówię oczywiście o twórczości oryginalnej?

Pierwsza książka, cała, jaka do mnie doszła, to było Romancero gitano, Romancero cygańskie. Przysłała mi je moja amerykańska przyjaciółka. Zaczęłam czytać, później znalazłam inne książki, może fragmenty. W 66 roku byłam na stypendium we Włoszech, a jakże, jako plastyk!, i tam znalazłam dwujęzyczną książkę Poezje Lorki, i miałam dość czasu, żeby sobie przepisać, ręcznie, niektóre wiersze. Oczywiście nie było to żadnym materiałem do poważnej pracy, ale musiałam czymś żywić swojego ducha i jego niespokojne zapotrzebowanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Lorce.
piekna-1974-pionKiedy zaczęłam tłumaczyć? Już Pani mówię. W 74 roku, pamięta Pani?, był strasznie duży ruch w Gdańsku. Odbyła się Operacja Żagiel, która po tym, jak “Dar Pomorza” zwyciężył w poprzednich regatach, miała swój główny port w Gdyni. Przypłynął wtedy prom ze Skandynawii, przyleciały samoloty z Ameryki, były wycieczki z Niemiec. W związku z tym Związek Artystów Plastyków zorganizował wystawę sztuki marynistycznej, połączonej z kiermaszem, a ponieważ ja mówię w kilku językach, to byłam prezenterem. I kiedyś przyszły na tę wystawę Hiszpanki. Franco chyba umarł dopiero co (Franco umarł dopiero w rok później – przyp. EMS), a w każdym razie był to pierwszy raz, że pozwolono studentom wyjechać z Hiszpanii, a właściwie tylko studentkom, i tylko do Polski, ze wszystkich krajów socjalistycznych – tylko do Polski, i mało tego – nie były to studentki humanistyki, te były medycyny. I one przyszły na tę wystawę. Zapoznałam się najpierw z jedną z nich, potem z drugą, a to był taki przedłużony weekend i przyjechały ich koleżanki z Poznania. I wszystkie przyszły do nas do domu. I była taka Flora, która mówiła szeleszczącym akcentem z Katalonii, i ona mówiła piosenkę jeźdźca, tą drugą, pod księżycem czarnym, zbójeckim księżycem śpiewają ostrogi… I ona to mówiła po hiszpańsku. Ja na ich cześć zdobyłam butelkę hiszpańskiego wina, puszczaliśmy ich muzykę i jak one poszły, to ja napisałam pierwszy przekład w życiu, nie biorąc tego dosłownie, po prostu pomyślałam, przecież to musi mieć odpowiednik. I muszę Pani powiedzieć, że ten przekład został niemal bez zmian.

piekna-1974-poziomOba zdjęcia: rok 1973, Mama na swojej wystawie w BWA w Sopocie

Do dzisiaj?

Do dzisiaj. Ta piosenka martwego jeźdźca na czarnym koniu pod czarnym księżycem, o mój Boże, Lorca jest wspaniały! I ja już potem nie mogłam bez niego żyć, ale jeszcze wciąż robiłam grafikę, jeszcze przez całe lata 70 robiłam grafikę. Jeszcze w końcu lat 70 miałam wielką wystawę w Muzeum Narodowym, w oddziale w Pałacu Opatów. Ale wtedy już zaczęłam na marginesach szkiców i odbitek notować sobie jakieś sformułowania hiszpańskie. Muszę powiedzieć, że uważałam to za żenujący nałóg raczej niż przygotowanie do zawodu, robiłam to chyłkiem, żeby nikt nie widział i tylko moja wścibska córka Kasia od razu to wykryła i wołała, Mama chodź na obiad, co ty znowu piszesz jakieś wiersze.

Trudno sobie wyobrazić, że robi doskonałe tłumaczenia wierszy ktoś, kto nigdy nie pisał wierszy, kto sam nie jest poetą. Czy Pani pisała?

Droga Pani Anno, ja nigdy nie pisałam wierszy, żeby wyrazić swoje uczucia, bo od tego miałam grafikę, ale miałam zawsze duże wyczucie rytmu, rymu, stylu. Pisałam pastisze, pisałam wiersze okolicznościowe, pisałam wiersze żartobliwe, czyli jakieś podstawy warsztatu miałam. Poza tym te wszystkie wiersze, poza tą piosenkę jeźdźca, która mnie zdumiewa do dziś, jak została utrafiona, właściwie tamte przekłady jeszcze były dalekie od doskonałości. Przecież ja o tym piszę we wstępie do książki, niektóre utwory, a do nich na pewno należą romance, chociaż ludzie małego ducha myślą, że romanca jest sama łatwość, niektóre utwory miały kilkadziesiąt wersji, nie kilkanaście tylko – kilkadziesiąt. Nie każdy wpakuje w taką robotę dwadzieścia lat życia. Bo od 74 roku to jest dwadzieścia lat prób już pisania, a czytałam jeszcze paręnaście lat przedtem.

(…)
Ciąg dalszy za tydzień

Berlin Zoo 1923

Wiktor Szkłowski

ZOO. Listy nie o miłości albo Trzecia Heloiza

Berlin, 1923

tłumaczyła Aleksandra Berkieta

List 18

(…)

Berlin trudno opisać.

Gdyby tak opisać Hamburg, można powiedzieć coś o mewach nad kanałami, o sklepach, o domach przeglądających się w kanałach, o wszystkim, co warto namalować.

Kiedy wjeżdżasz do wolnego portu miasta Hamburg, śluzy rozsuwają się jak kurtyna. Teatralny efekt. Ogromne pole wody, kłaniające się dźwigi, czarne czerpaki nabierające w usta węgiel wprost ze statków. Ich szczęki odchylają się jednocześnie w obie strony jak krokodyle. Wysokie na strzał z nagana, okratowane dźwigi, przypominające portale. Pływające elewatory, które mogą wessać 35 000 pudów ziarna dziennie.

Gdyby tak móc podpłynąć do jednego z nich i powiedzieć: „drogi towarzyszu, wyssij ze mnie, proszę, 35 000 miłosnych diabłów, które zamieszkały w mojej duszy”.

Albo można by tak poprosić o największy dźwig, który podniósłby mnie za kołnierz i pokazał zatamowaną przez śluzy Łabę, żelastwo, parostatki przy których samochody to zaledwie pchełki. I żeby powiedział mi parowy dźwig tak: „patrz, sentymentalny szczeniaku, na żelazo postawione na sztorc. Nie podobna tak cierpieć i płakać, więc jeśli nie chcesz już żyć, to wsuńże głowę do żelaznego czerpaka węgla, żeby ci ją odgryzł”.

O tak!

Można opisać Hamburg.

Jeśli by tak opisać Drezno, to roboty będzie więcej. Jest jednak sposób, chętnie wykorzystywany w nowej literaturze rosyjskiej.

Weźmy jakiś szczegół Drezna – na przykład to, że jeżdżą po nim czyściutkie auta, obite od wewnątrz szarym materiałem w paseczki.

Wszystko dalej jest tak proste jak dla dźwigu podniesienie jednej tony.

Trzeba następnie zapewniać czytelnika, że całe Drezno jest szare i w pasy, że Łaba – to pasek na szarym, że domy są szare, że Madonna Sykstyńska jest szara i w pasy. Nieważne, czy to prawda, ważne, że jest to przekonujące i w dobrym stylu. Szarym w pasy.

Trudno jednak opisać Berlin. Trudno go pojąć.

Rosjanie w Berlinie żyją, jak wiadomo, naokoło ZOO.

Wszyscy już wiedzą, to nie jest zabawne.

W czasie wojny mawiali: „jak wiadomo, wiosną atakują Niemcy”. Jak gdyby Niemcy atakowali na wiosnę.

Rosjanie chodzą w Berlinie dookoła Starej Kirchy tak jak muchy krążą wokół żyrandola. I tak jak do żyrandola przywieszona jest lepka kuleczka, tak w tej kirsze jest przyczepiony do krzyża dziwaczny kolczasty orzech.

Ulice widziane z poziomu orzecha są szerokie. Domy jak walizki. Wzdłuż ulic chodzą damy w futrach i w ciężkich skórzanych śniegowcach, a wśród nich Ty, w mysim palcie ze zdobieniami z uchatki.

Wzdłuż ulic chodzą szubrawcy w kudłatych paltach i rosyjscy profesorowie w parach, z rączkami parasolek zwisającymi na plecach. Tramwajów jest tu wiele, ale jeżdżenie nimi po mieście nie ma sensu, bo miasto jest wszędzie jednakowe. Pałace jak ze sklepu z pałacami. Pomniki jak serwisy. Nigdzie nie jeździmy, żyjemy na kupie wśród Niemców jak jezioro tkwi pośrodku swoich brzegów.

Zimy nie ma. Śnieg co spadnie, to topnieje.

W wilgoci i poczuciu klęski rdzewieją żelazne Niemcy, a my rdzewiejemy razem z nimi, zarastamy rdzą, choć nie jesteśmy z żelaza. (…)

Plik:Sklovsky.jpg***

Wiktor Borisowicz Szkłowski (ur. 24 stycznia (12 stycznia wg starego stylu) 1893 w Petersburgu, zm. 6 grudnia 1984 w Moskwie) – literaturoznawca, filmoznawca i pisarz rosyjski, jeden z współtwórców i najwybitniejszych przedstawicieli rosyjskiej szkoły formalnej, współzałożyciel OPOJAZ-u, autor artykułu „Sztuka jako chwyt” (1917).

Zbiór listów “ZOO” stanowi chronologicznie drugą część tzw. trylogii autobiograficznej Szkłowskiego, która w polskim przekładzie ukaże się w roku 2014. Tłumaczka, Aleksandra Berkieta, która przetłumaczyła i przygotowuje do druku całą trylogię, w porozumieniu z wydawcą uprzejmie udostępniła mi fragment „Listów nie o miłości” do opublikowania na blogu. 18 września Ola napisała na Facebooku:

To już koniec: 408 stron, 908 836 znaków, 881 przypisów rzeczowych + zmacerowana wątroba, odporność na kofeinę, mizantropia, lęk przed redakcją.

W 2014 roku wyjdzie gorzko-przygnębiająca “trylogia autobiograficzna” Wiktora Szkłowskiego w moim przekładzie (“Podróż sentymentalna”, “ZOO. Listy nie o miłości”, “Trzecia fabryka”) – zrobiłam wszystko, żeby był nie tylko wierny, lecz także piękny.

Jest piękny.

Aleksandra pisze: „ZOO. Listy nie o miłości“ były wcześniej tłumaczone na język polski przez M. Jagiełłę i wydane w „Literaturze na Świecie“ (1974, nr 8). Tłumaczenie zostało wykonane na podstawie kolejnych, radzieckich wydań dzieła z licznymi ingerencjami cenzury obyczajowej i politycznej, a także zmianami naniesionymi przez samego autora. Podstawę mojego przekładu stanowi pierwsze, berlińskie wydanie „ZOO“ z 1923 roku. “ZOO” to książka niesamowita, bo fikcja literacka staje się w niej rzeczywistością i na odwrót. Szkłowski tak naprawdę w każdym swoim dziele pisze o sobie – “ZOO” napisał, kiedy naprawdę siedział w Berlinie na wymuszonej emigracji (w Rosji zapewne zostałby skazany na śmierć za zbrojną działalność z ramienia partii Socjalistów Rewolucjonistów w czasie rewolucji – był dowódcą dywizjonu aut pancernych), zaś Ala, do której pisze listy, to Elsa Triolet – przyszła żona Louisa Aragona, pisarka, w której kochała się połowa petersburskiej bohemy intelektualnej, siostra Lili Brik – muzy życia Majakowskiego. Tych anegdotek biograficznych jest tam całe mnóstwo.

Der brennende Dornbusch / Krzew gorejący

Stanisław Kubicki 

Der brennende Dornbusch.
Die Berufung
Krzew gorejący.
Wezwanie
Wer rief?
Um mich die brennende Wüste
der gelbe sengende Sand
ein strahlendes Meer
ohne Küste
endlos gewelltes Land – –
Kto wzywał?
Wokół płonąca pustynia
piach spalony od słońca
oślepiające morze
bez wybrzeży
grzbiety wydm bez końca – –
Und doch ist als riefe wer
in diesen unendlichen Stillen!
als schrie’ es in meinem Herzen,
so daß ich wider willen
vergaß den Palmenhain
und das schattige kühle Zelt,
und eilte in diese Welt
und horchte hier
im öden Revier
weiß nicht, auf wessen Stimme. .
A przecież jakby ktoś wzywał
w tej bez kresu ciszy!
jakby w sercu mym wołał,
i choć nie chcę słyszę
zapomniałem o palmach,
o cienistym namiotów chłodzie,
tak w świat uchodzić mi pora
gdy słucham nikt nie odpowie
poprzez jałowe pustkowie
i nie wiem czyjżeż to głos. .
Tönen die Schmerzen
und dieses ferne Rufen
aus meinem eigenen Herzen?
Hat meine Seele solche Wüsten und Winde
und tödlichen Durst?
Ich hör in mir einen Widerhall
jetzt sehnend wie Schrei in Lebensnot
jetzt sanft und gelinde,
als weinte das All
um einen jungen allzufrühen Tod!
A może mój to ból
i moja rozterka
co z mego płynie serca?
W duszy padół pusty
wysączony suchymi usty?
A we mnie jakby echo grało
ongiś krzyk w ostatniej potrzebie
dziś łagodny bez grozy odwiecznej,
jest jakby wszechświat łkał
z powodu śmierci przedwczesnej!
Denn:
hier muß ich vergessen und lassen hinter mir
all meine jungen Tage
und meine Liebe
und Haus
und Tier . . .
Die stillen sanften Herden –
alles muß so vergessen werden,
daß nicht einmal die stillste Frage
– zaghaft und sacht –
“Wo” und “Warum”
in mir erwacht – – –
Bo:
zapomnieć mi trzeba zostawić
dni młodości
i miłość
i dom
i zwierzę . . .
i spokojne łagodne stada –
wszystko w niepamięć zapada,
nie obudzi
bo nie ma we mnie
nawet pytania
– nieśmiało wyjąkanego –
“gdzie” czy “dlaczego” – – –
O!
Meines Weibes stilles Weinen
seinen schmerzlichen Widerhall
darf ich nicht hören,
er könnt mich betören,
und reißt mir doch das Herz
entzwei – – –
O!
Cichy płacz mej kobiety
bolesnym powraca echem
już nie mnie go słuchać,
bo wszak może oszukać,
a rozdziera mi serce
na pół – – –
In meinen Ohren
ist nur noch dieser Schrei,
von dem ich nicht weiß:
kommt er von ferne
oder ist er in mir geboren?
W mych uszach daremnie
tylko ów krzyk,
i nawet nie wiem:
nadbiegł-że z daleka
czy zrodził się we mnie?
MojzeszOlej
O! ewige Qual!
denn ich bin wie ein Dornbusch, der brennt,
und werde doch nicht verzehrt,
denn mein Herz es lodert und glüht
und bleibt doch unversehrt! – – –
O! Bólu odwieczny!
I jestem jak gorejący krzew
nie zgorzeję jednak do trzew,
serce me żarzy się i płonie
a nie tknięte trwa! – – –
Und
durch dieses schmerzliche Tal
durch der Zeiten Endlosigkeit
durch diese Wüste,
die so öd’ und breit
über allem liegt auf Erden,
muß ein Weg gefunden werden . . .
Patrz
poprzez dolinę łez
przez nieskończony czasów zew
przez pustynię,
szeroką, daleką
jak ziemia bezkresna,
droga mnie wiedzie bolesna . . .
Und meine Seele,
in der es weint,
in der es ruft und spricht . . .
ich kenne sie nicht:
sie ist vielleicht wie die Welt
und voller Widerhall,
darinnen Durst und Hunger bellt
wie nachts Hyäne und Schakal . .
I dusza moja,
w której łkanie tkwi,
w której coś woła i mówi . . .
nie znam jej:
lecz wiem, pełna jest ech
po dech ostatni, po brzeg,
pragnienie i głód tu szczekają
jak hieny wtórują szakalom. .
Es gibt wohl stille Oasen
irgendwo
mit Palmen und kühlendem Quell,
da schöne Herden grasen
beschützt von der Hunde Gebell – –
Wiem są tu oazy ciche
gdzieś tu są wśród drzew
chłodne źródła, gdzie
stada się piękne pasą
co psi ich strzeże zew – –
Doch die sind klein
und vergessen –
es ist, als dürft’ es nicht sein,
als wär’ es frech
und vermessen,
hier vor Gottes Zorn
vor giftigen Winden
und Tod
vor zehrendem Hunger
vor des Durstes Not
zu hüten einen Born,
da heimlich und stille
vor der Wüsten Zorn
eine schattige Fülle
mit grünenden Ernten
und sanften Tieren
und einfachem Glück
vor der Qual der Welt
und der Not der Menschen
sich zog zurück . . .
Małe są
zapomniane –
tak jakby być nie mogły,
jakby to chytre było
i na wyrost,
tu się chronić, gdy tam
Boży gniew, wichru jad
i zgon,
głód nienażarty
i pragnienia grad
tu się chronić przy źródle,
szyto kryto ukradkiem
przed gniewem pustyni
w cienistej obfitości
w plonów zieleni
gdzie zwierz łagodny
a szczęście proste
przed bólem świata
i ludzką nędzą
się schronić tak . . .
Herr!
Wer machte mich zu diesem qualvoll brennenden Strauch
zu diesem Gewirre
aus Holz und Flammen,
das da ächzt unter Qualm und Rauch
und kann nicht in Asche fallen zusammen?
Herr!
ich fürchte mein Weg geht irre! . . .
Panie!
Któż uczynił ze mnie ten krzew gorejący
ten żmut
korzenia, dymu, płomienia,
ten jęk w oparach dymu
co się spopielić nie może?
Panie!
boję się, że się zbłąkam! . . .
Von meiner Brüder engen rauchigen Hütten
von ihrer Not und ihrem Weh’
bin ich so weit und fort geschritten
daß ich sie nicht mehr seh’ – – –
Daleko odszedłem precz
od biednych sadyb brata
mego w bólu daleko
jego biedy i męki nie moja już rzecz– – –
Herr!
und ich muß noch sagen
ein böses schmerzendes Wort:
nicht nur, von seinen Plagen
auch von meines Bruders Liebe
ging ich fort!
aus seinem ärmlichen Leben
aus seiner engen Welt
und seinem kleinen Streben,
in die du mich gestellt,
ging ich schon lange einen fernen Weg
einsam
weinend
ein verlachter Tor,
der stumm und dumm
das Beste verlor – – –
Panie!
pozwól, że jeszcze jedno
słowo powiem, tak złe,
bom nie tylko plagi jego porzucił
lecz i braterską miłość jego
i poszedłem, precz!
Obróciłem się od jego biedy
i ciasnego świata
małych potrzeb,
które i mnie przeznaczyłeś,
lecz ja dawno odszedłem daleko
sam
płacząc
wyśmiewany szaleniec,
błędny i zbędny
pogubiwszy to co najlepsze – – –
Denn:
ich liebe sie nicht,
die ich lieben wollte.
Bo wszak:
Nie kocham tych,
których kochać chciałem.
Und doch:
ich weiß um der Liebe Glanz
über allem irdischen Leben, –
ich weiß um den milden Strahlenkranz,
den sie um uns kann weben,
daß sie der helle Weg zum Paradies.
A jednak:
Wiem co miłości blask
na tym ziemskim padole, –
wiem jaki wieniec łask,
nam położy na czole,
i wiem, że drogą jest jasną do raju.
Ich weiß auch dies:
und hab’ es gefunden
in den stillsten Stunden,
wenn man die Arme um alles, was ist,
ausbreiten mag:
um Mensch und Tier und Pflanze und Stein,
um Jahr und Mond und Tag,
daß man nur dann kann glücklich sein,
wenn man sich selber verloren:
es zittert das Herz
und Lust ist wie Schmerz
und wir sind wie Kinder und Toren!
I to też wiem:
bo znalazłem ten jasny kwiat
w godzinie najgłębszej ciszy,
gdy człowiek wziąłby w ramiona,
cały swój świat:
człeka i zwierzę, roślinę i kamień,
na rok, na miesiąc lub dzień,
wiem, żem tylko szczęśliwy,
gdy się zapomnę:
gdy serce w radości i bólu
drży siebie niepomne,
a my jak dzieci i głupcy!
Und schau’ ich in solchen Stunden
meinem Bruder ins Angesicht,
dann ist mir der Glanz erloschen
und das Glück mit verschwunden – – –
A spojrzałbym w tę godzinę
w twarz brata mego,
na zawsze zniknął by blask
szczęścia słodkiego – – –
Und ich höre, wie mein Bruder spricht:
von seines armen Alltags Sorgen
von seiner tägliche Fron
von Weib
und Sohn
und daß er morgen
den Zins muß zahlen – und nicht kann.
I słyszę jak brat mój woła:
to troski mego powszedniego dnia
to znój mój w pocie czoła
to kobieta moja
i syn
a jutro
poradlne mi płacić – lecz jak.
Den Reichtum aber und himmlischen Glanz
den schaut er nicht an
und lacht
und spottet ob solcher inneren Pracht.
Nie spojrzy w oblicze niebios
w jego blask i obfitości zdrój
naigrywa się
i drwi ze mnie brat mój.
O! Herr!
ich weiß:
ich sollte lieben seine ganze Jämmerlichkeit
und seine Armut
und seinen Schmutz
sein armes tägliches Leid.
O! Panie!
wiem:
kochać mi trzeba jego biedną małość
jego mizerię
i brud
i znojny codzienny trud.
Doch schau ich ihn an
und seinen Tag
und sein Gebet,
kommt Mitleid mich an
und ich mag
ihn nicht sehn, wie er da steht
kurzsichtig eifrig
weinerlich und voller Klage
um seine kargen Tage . . .
Lecz gdy myślę
że to jego dzień
i to modlitwa jego,
choć litość mnie ogarnia
nie chcę widzieć wcale
tej pokory stania
ni krzątania ślepego
ani słyszeć jak jęczy
i skargi woła, i żale . . .
Dann ängstet mich die Frage:
warum ist die L I E B E so schwer –
so voller Qual?
Es geschiehet mir,
daß ich einem Tier
– einer garstigen Spinne –
eher meine Minne
meine volle Seele mag geben,
das Geschöpf an meinen Busen zu heben,
als diesem deinem Ebenbild – – –
Lecz pojawi się w tym pytaniu udręka:
czy M I Ł O Ś Ć musi być tak ciężka
i czy w niej jeno troska i męka?
Jakbym mą duszę oddał
nie tej, którą kocham
na podobieństwo Twe stworzoną
– lecz podłym zwierzom jakimś –
pająkom, pluskwom,
skorpionom – – –
Herr!
warum ist die L I E B E so schwer
und voller Qual?
woher die Not,
daß Mitleid wird der Liebe Tod? – – –
Panie!
czy M I Ł O Ś Ć musi być tak ciężka
i czy w niej jeno troska i męka?
skąd ta udręka,
i dlaczego litość śmierć miłości znaczy? – – –
Das Schlimmste aber ist mir mein Herz,
meine feige und gesunde Seele,
die alles schaut und um jeden Schmerz
zittert und schluchzt . . .
wie ich ihr befehle.
Bo serce me to najgorsza męka,
i moja zdrowa dusza tchórza,
co najmniejszego bólu się lęka
i płacze i jęczy . . .
tak jak jej każę.
Wer machte mich zu diesem qualvoll brennenden Strauch
zu diesem Gewirr
aus Holz und Flammen,
das da ächzt unter Qualm und Rauch
und kann nicht in Asche fallen zusammen?
Któż uczynił ze mnie ten krzew gorejący
ten żmut
korzenia, dymu i płomienia,
ten jęk w oparach dymu
co się spopielić nie może?
Denn ich bin wie ein Dornbusch, der brennt,
und wird doch nicht verzehrt,
mein Herz es schreit
und am End’
bleibt es doch unversehrt! . . .
I jestem jak gorejący krzew
nie zgorzeję jednak do trzew,
serce me żarzy się i płonie
lecz przecież
nie tknięte trwa! – – –
21.III.34 Tłumaczyła Ewa Maria Slaska, Berlin, marzec 2013

Dżdżownice

kaschnitzZnalazłam tę książkę, jak wiele innych w ostatnim czasie, na stole z książkami do rozdawania za darmo. W Berlinie taką akcję prowadzi kilka instytucji, w ratuszu, gdzie pracuję, książki na stół wykłada Büchertisch czyli… stół z książkami. Gdy się przed kilku laty przeprowadzałam, oddałam im pół ciężarówki książek, teraz więc bez wyrzutów sumienia coś sobie od czasu do czasu biorę.
Marie Luise Kaschnitz, Das Haus der Kindheit / Dom Dzieciństwa.
Erstausgabe 1956
(c) Claassen Verlag in der Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Niewielka powieść z roku 1956 – autorka miała wtedy 55 lat.
Niewiele o niej wiem, niewiele czytałam, wstyd się przyznać, bo to Wielka Dama niemieckiej literatury, dorównująca pewnie w naszym kosmosie literackim Marii Dąbrowskiej. Jest w Polsce mało znana, choć oczwiście germaniści na pewno wiedzą o niej wszystko i więcej. „Dom Dzieciństwa“ nie został przetłumaczony na polski. Z pozwoleniem wydawnictwa Ullstein tłumaczę więc kilka fragmentów.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
1
Zaczęło się od tego, że jakiś nieznajomy zatrzymał mnie na ulicy i coś do mnie powiedział. Zapytał mianowicie, czy znam miasto i czy mogłabym mu powiedzieć, jak dojść do Domu Dzieciństwa. A co by to miało być, zapytałam zaskoczona, muzeum? Nie sądzę, odpowiedział mężczyzna. To może szkoła, drążyłam, albo przedszkole. Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiem, odpowiedział. Miał siwe włosy i wyglądał z lekka prowincjonalnie. Włożyłam okulary i zaczęłam odczytywać szyldy na pobliskich budynkach. Konserwatorium, kino, ubezpieczalnia. Domu Dzieciństwa nie było. Dlaczego szuka Pan tego domu, spytałam, żeby zyskać jakiś punkt orientacyjny. Mam tam coś do załatwienia, powiedział mężczyzna, jestem stary. Grzecznie uchylił kapelusza. Poszłam dalej, myśląc o jego ostatnich słowach, nieco zagadkowych. Zamyślona skręciłam nie w tę ulicę co trzeba. Przeszłam kilkaset metrów i zobaczyłam ten dom.

2
Oczywiście od razu pobiegłam z powrotem, aby powiadomić tego człowieka, ale już go nie znalazłam. Nic dziwnego, przecież to duże miasto, a w porze obiadowej na ulicach jest mnóstwo ludzi. A jeszcze na dodatek po wojnie wiele ulic odbudowano tak, że człowiek nie wszystkie miejsca rozpoznaje i czasem nawet nie wie, gdzie się właściwie znajduje. Zbudowano wiele budynków publicznych, również takie, jakich przedtem w ogóle nie było, wychodząc naprzeciw potrzebom chwili obecnej. Zakładam, że Dom Dzieciństwa też ma odpowiadać wymaganiom lat powojennych. Jeżeli w pośpiechu cokolwiek zdołałam zauważyć, to jest to duży szary dom bez żadnych ozdób, oprócz jakiegoś secesyjnego ornamentu nad wejściem i nazwą.
(…)

7
Dom Dzieciństwa leży znacznie bliżej mojego domu, niż to mi się początkowo wydawało. Znalazłam się dziś tuż obok zupełnie niespodziewanie i postanowiłam, korzystając z okazji, dokładnie go obejrzeć. W prawo od wielkich drzwi wejściowych znajdował się przycisk dużego białego dzwonka, płyta z mlecznego szkła i wgłębienie, do którego należy mówić. Kiedyś widziałam już taki aparat w jednym z nowych urzędów w mieście. Po naciśnięciu dzwonka zgłaszał się tam nader uprzejmy głos męski i mówił; „proszę się zameldować, podając imię, nazwisko i datę urodzenia”. Byłam przekonana, że to co widzę, to taki właśnie nowoczesny domofon, zapewne z aparatem fotograficznym, ukrytym za matową szybą, który zrobił mi zdjęcie i przesłał je do wnętrza budynku. Nienawidzę takich urządzeń, kojarzą mi się z tajną policją. Dlatego, oczywiście, oddaliłam się, nawet nie próbując nacisnąć dzwonka.
(…)

23
Dziś po raz pierwszy miałam okazję rzucenia okiem do wnętrza tego dziwacznego muzeum. Wcale nie było to takie trudne. Brama w murze, którą zauważyłam już uprzednio, a która była wówczas zamknięta, dziś była lekko uchylona. Powiększyłam nieznacznie tę szczelinę, tak by można było zerknąć do wnętrza. Trudno mi opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie muru. Niewątpliwie potwierdziło się moje wcześniejsze poczucie, że wszystko tu przypomina dekoracje, również dom, który jest samą tylko fasadą. Za tą fasadą znajduje się całe mnóstwo jakichś niewielkich budowli, trochę jak na terenie studia filmowego, są nawet ogrody i  zagajniki, ale nie wiem, czy prawdziwe, czy wykonano je z papieru, tkaniny lub drewna. Najbardziej mnie zdumiało, że obiekty te były w różny sposób oświetlone przez jakieś niewidoczne dla mnie reflektory, a niektóre z nich były nawet pogrążone w mroku. Wszystko sprawiało wrażenie nieporządku, może nawet chaosu, ale nie było to wcale straszne, odchodząc śmiałam się więc sama z siebie, że tak długo odsuwałam od siebie moment przyjścia tutaj, bo się bałam.
(…)

53
Znowu coś pięknego, choć już nawet podczas „lekcji” czuję, że wszystko zostało sztucznie zrobione, a mianowicie przez dorosłych, którym przydaje to czarodziejskich cech. Ciemne pomieszczenie, szepty, wiele dzieci siedzących na dywanie, zapach siarki, na maleńkiej scenie w głębi pomieszczenia wąwóz w lesie, rozświetlany blaskiem błyskawic i dziwnie zniekształcony głos mojej matki, przywołujący ducha, aż się pojawi zły duch Samuel. I zaraz potem, w tym samym pomieszczeniu, na prześcieradle zawieszonym jak ekran coś zupełnie innego – obraz gwiazdy, złożonej z barwnych elementów, które się przemieszczają, tworząc coraz to nowe wzory. I jeszcze później kolejny dowód magicznych mocy, jakimi dysponują dorośli, a mianowicie palec mojego ojca, zanurzony w szklance z wodą. Ojciec wyciąga palec ze szklanki i przeciąga nim po krawędzi do połowy napełnionych wodą kieliszków, wydobywając z nich melodię, raz delikatniejszą, to znowu mocniejszą, ale zawsze ulotną.
(…)

83
Nowy przerażający pomysł, przed jakim, nawet wbrew własnej woli, postawiony został człowiek, próbujący zgłębić tajemnice tego muzeum – tym razem mogę zobaczyć sama siebie, ale nie w lustrze, tylko z zewnątrz. Zmiana dokonuje się bez zapowiedzi i już chociażby dlatego jest straszna. Ale dziś było to dla mnie podwójnie nieprzyjemne, bo to co zobaczyłam, w żadnym stopniu nie przypominało niczego, co dotychczas o sobie wiedziałam. Gdy weszłam do budynku, kustosz znowu kazał mi nałożyć szynę na nogę, a potem wyprowadził na podwórko szkolne, gdzie wchodziłam jeszcze z niejakim zaciekawieniem. Ale zaraz potem zobaczyłam sama siebie, grubą, dziesięcioletnią dziewczynkę z dużymi okrągłymi oczami, jak stoi, całkiem sama, na boisku, pośrodku sterty papierów. Inne dzieci stoją wokół tej góry pogniecionego pergaminu, w jaki pakowało się kiedyś śniadania do szkoły, w grupkach lub parami, niektóre obejmują się, żartują lub rzucają kolorowe piłki. Dziewczynka-ja porusza się, choć szyna jej ewidentnie przeszkadza, próbuje wykonać parę nieporadnych kroków, woła coś, nikt jej nie odpowiada, rozgląda się we wszystkich kierunkach, wyciąga ręce do innych dzieci, ale na próżno. Ta sama scena po wielokroć, aż do przesytu, oczywiście napawa mnie smutkiem. Zobaczyć siebie samą w zawstydzającej sytuacji, to zarazem żenujące i irytujące, tym bardziej, że z czasów szkolnych wcale sobie nie przypominam takiego momentu.

Można by powiedzieć, że jest to jedna z wielu książek o dzieciństwie. To prawda. Czytałam ich mnóstwo, sama też coś w tym duchu napisałam, na przykład to: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/01/05/die-ewige-judin/
Co mnie jednak zachwyciło w mini powieści Kaschnitz to jeden z ostatnich akapitów tej książeczki. Autorka musi opuścić muzeum, które nazwała „Dom Dzieciństwa”, bo dzieciństwo się skończyło. Dziewczynka się zakochała, a zatem przestała być dzieckiem i jest młodą, bardzo młodą, ale jednak już dorosłą panienką. Jakąż wspaniałą pisarką była Kaschnitz, skoro potrafiła stworzyć taki opis pierwszej miłości:
(…)

murattiklein122
Tak jak wczoraj, tylko znacznie mniej romantycznie, bo znowu jestem na łące, ale moim zadaniem jest tym razem wykopanie dziury w trawie i przesiewanie palcami ziemi zamkniętej w czarnym oplocie korzeni trawy. To polowanie, a zwierzyną są dżdżownice. Łowię szaroróżowe ciała, wzbudzające w mnie odrazę, i wkładam je do blaszanego pudełka z naderwaną etykietką (Muratti), całe albo w kawałkach, bo często rozrywają mi się w palcach i mimo to nadal poruszają się kręto. Jestem niecierpliwa, wyczekuję, nasłuchuję, wypatruję, ale kogo, gdzie, za żywopłotem, to tam słychać krok, stamtąd dobiega śmiech, głos, ale czyj, chłopca, mężczyzny, głos który wykrzyknie moje imię. Dam mu dżdżownice w pudełku, on nabije jedną na haczyk, zarzuci wędkę, która zaplącze się w zielsko na stromym stoku strumienia, ja ją wyplączę, a potem będę stała i patrzyła, jak szybko obraca się kołowrotek. Woda w cieniu będzie ciemnozielona, spokojna, a w słońcu rozigrana i błyskotliwa, będę wypatrywała pstrągów, tych młodych lekkomyślnych i tych starych, które przezornie trzymają się bliżej dna głębokiego wykrotu i wszystko widzą. A przecież tak naprawdę będę patrzyła tylko na niego, wiem, że tak będzie, tak jak wiedziałam, jak to się rozwinie, choć nic się jeszcze nie zdarzyło, czyli nie mogło jeszcze stać się tematem dzisiejszej lekcji, w której najwyraźniej chodziło tylko o dżdżownice, i czekanie, i dobiegający z dali okrzyk.

Das Alter ist für mich kein Kerker, sondern ein Balkon, von dem man zugleich weiter und genauer sieht.
Marie Luise Kaschnitz, Orte