Jeszcze Zaduszki

Karolina Kuszyk

Wszystkich nieświętych

Zamykam oczy i znów widzę tamten sen. Mama i tata, młodzi, w kraciastych koszulach, na odkrytej platformie pociągu towarowego, plecami do mnie, zajęci sobą. Śmieją się. Ja leżę za nimi, nieruchawy bobas w śpioszkach, na wznak.

A potem nagle dostaję nóżek. Tak się czasem u nas mówiło, gdy coś zniknęło i nie leżało tam, gdzie powinno. Co, nóżek dostało? I dzięki tym nowym, ruchliwym nóżkom zsuwam się z platformy i ruszam na rekonesans. Dworzec jest niebotycznie wysoki, jak katedra, a na samej górze siedzą szare gołębie i zlewają się z szarościami sklepienia. Podobno urodziłam się w szpitalu na Jaworzyńskiej, ale ja w to nie wierzę. Urodziłam się na dworcu, który jest jednocześnie katedrą, nie mogło być inaczej, zważywszy moje upodobanie do częstych podróży i nabożeństw. A potem raz-dwa dostałam nóżek. W rodzinnych opowieściach zaczęłam chodzić bardzo późno, za to podobno dużo i ładnie mówiłam. Znowu nieprawda, było dokładnie odwrotnie. Odkąd sięgam pamięcią, wolałam chodzić i milczeć zamiast siedzieć i mówić. To inni zmusili mnie do mówienia, i to zazwyczaj nie tego, co naprawdę chciałam powiedzieć. Naprawdę. Podobno każdy ma swoją prawdę. Babcia Zofia powiedziała kiedyś w okolicznościach, o których z całej siły nie chcę pamiętać, że jej prawdy nikt nie dostrzega. Ja wolę myśleć, że każdy ma swoją naprawdę, tak jest bezpieczniej.

W tamtym śnie biegam po dworcu i przyglądam się pociągom i lokomotywom, jakbym już wtedy wiedziała, że za paręnaście lat wyjadę, i że to w nich, pociągach, spędzać będę połowę życia. Ale gdy w końcu, syta wrażeń, chcę wrócić do rodziców, widzę z przerażeniem, że znikła platforma towarowa, na której siedzieli. Czyżby odjechali beze mnie? Podbiegam do stojącej w pobliżu wielkiej, starej parowej lokomotywy, jakie widywało się jeszcze w końcu latach siedemdziesiątych, wchodzę na stopień i otwieram ciężkie żeliwne drzwi. Chcę zobaczyć, czy w środku nie ma mamy i taty. Może się schowali dla żartu. Ciągnę, ciężko. Otwieram. W środku jest całkiem czarno.

W dzieciństwie budziłam się z tego snu wielokrotnie i zawsze w tej samej chwili. Otwieram drzwi, a w środku jest całkiem czarno. Nigdy potem, ani w snach, ani na jawie nie widziałam większej, bardziej czarnej, bardziej nasyconej i nieprzeniknionej czerni. To musi być ta sama czerń, w którą dwa lata temu weszła babcia Zofia. Od tamtego czasu wiem, że muszę coś zrobić z pamięcią, zanim niesyta czerń pochłonie pozostałych, a wreszcie i mnie. Nie wiem, czy ta lokomotywa jeszcze tam czasem przyjeżdża. Nawet jeśli tak jest, widzą ją pewnie tylko dzieci, specjalny gatunek staruszek i może jeszcze gołębie pod dworcowym sklepieniem, potomkowie tych niemieckich. I jeśli raz po raz wracam na ten dworzec i przekradam się na ostatni peron, oglądając się za siebie, jakby ktoś mnie śledził, to po to, żeby sprawdzić, czy nie stoi tam tamta lokomotywa. Bo jeśli rzeczywiście czasem tu przystaje, to chyba tylko tam, na ostatnim, gorszym peronie, na którym na pewno nie zatrzyma się żaden intercity.

Za dwa dni znów znajdę się na tym dworcu. 1 listopada, święto zmarłych. Na przykościelnej religii, bo religii uczono kiedyś przy kościele, przestrzegając starego dobrego podziału na sacrum i profanum, ksiądz często nas poprawiał, powtarzając do znudzenia, że nie powinno się mówić „święto zmarłych”, tylko „wszystkich świętych”. Jakby w słowach „święto zmarłych” już wtedy przeczuwał czające się za oceanem bezbożne, szatańskie halloweeen, święto duchów, czarownic i wampirów, które przypłynie do nas z Ameryki pod postacią fałszywie uśmiechniętej dyni. Halloween, któremu dwadzieścia lat później ten sam ksiądz wypowie z ambony świętą wojnę.

Nikomu z żyjących nie mówiłam, że przyjadę, bo to sprawa między moimi zmarłymi a mną. Całe miasto już z samego rana popędzi na cmentarz, zajmie się rytualnymi przechadzkami od grobu do grobu, zapalaniem zniczy, stawianiem na wyszorowanych pomnikach doniczek z chryzantemami, skrytym czekaniem na znaki od tych, których ciała leżą tam, pod spodem – a ja pójdę na ostatni peron i będę czekać, popijając z termosu mocną, specjalnie posłodzoną na tę okazję herbatę. Bo ci, którzy odeszli, należeli do gatunku, który słodził, czasem nawet po dwie łyżeczki.

A potem na peron wtoczy się samotna lokomotywa, zatrzyma się, posapując, i wysiądą z niej wszyscy moi zmarli. Wysiądzie babcia Zofia, najnieszczęśliwsza osoba na świecie, która jak nikt inny potrafiła wygrywać na poczuciu winy, wreszcie spokojna, bo będzie ze swoim mężem Władkiem. Za nią – garnitur, koszula, spodnie na kant, chmura wody kolońskiej – sam dziadek Władek, znany mi tylko z listów, dziadek, którego w czterdziestym piątym zabrali Sowieci. Przez chwilę zadźwięczy mi w uszach straszne słowo Workuta i przypomnę sobie to wyobrażenie z dzieciństwa: pewnego dnia załomotali w drzwi, weszli i po prostu włożyli dziadka Władka do wora-Workuty. Jak straszni panowie w ciemnych klatkach schodowych, przed którymi ostrzegała mnie w dzieciństwie babcia Zofia. Wysiądzie stara szurnięta Ada, która mieszkała na pięterku i pasjami lubiła szczać na najbardziej wystawionej na spojrzenia sąsiadów części ogrodu, budząc sensację na osiedlu domków jednorodzinnych i mój szczery podziw, bo kto nie lubi robić siku pod gołym niebem, w dodatku na własnym kawałku ziemi, a jak niewielu na to stać. Wysiądzie małomówny dziadek Antek, który potrafił wszystko naprawić, ale niczego załatwić w urzędzie, i którego kochały psy, dziadek Antek, z którym najlepiej na świecie oglądało się filmy o zwierzętach. I wyjdą, popiskując, popuszczając z przejęcia, pomiaukując i machając ogonami, wszystkie psy i koty, te własne i te spotkane gdzieś po drodze, te, które przyszły i zniknęły, albo przyszły i zostały do końca, jedyne stworzenia, od których nauczyłam się niekłamanej radości. Wysiądą ciała pochowane niedaleko naszego domu, i wreszcie się dowiem, kim były; jak to dobrze, że znam niemiecki. Wysiądą wszyscy Żydzi zamordowani pod Chełmnem, o których opowiada czasem babcia Róża, i wiem, że gdy i ona zniknie kiedyś w tej lokomotywie, skończy się dla mnie wiek złoty, a zacznie żelazny. Wysiądzie wujek Marian, co służył u generała Maczka i nie cierpiał Ukraińców, nie pomijając własnego szwagra, a za nim przysadzista prababka Paraskewia spod Sambora, ze srogim wzrokiem i gotowa na wszystko. Wysiądzie Aneta, koleżanka ze studiów, która powiesiła się na pasku od spodni z nieszczęśliwej miłości, a przecież wszystko na pewno by się ułożyło. Wysiądzie wujo Rysio z nieodłączną szklaną lufką, w której tkwić będzie własnoręcznie skręcony papieros, a za nim wyskoczy ławeczka, na której siadywał, żeby zakurzyć, bo nie potrafię wyobrazić sobie wuja Rysia bez ławeczki. Wysiądą, pogawędzą, rozprostują kości. Wyjaśnią sobie to i owo. Może pośmieją się z żywych. Moi wszyscy zmarli, moi wszyscy nieświęci, no, może za wyjątkiem dziadka Antka i tych czworonożnych.

A gdy znowu zaczną zbierać się w dalszą podróż, powiem im, żeby już się nie martwili. I że wiem, że nie mogli inaczej. I że zrobili wszystko najlepiej jak się dało. A oni pokiwają głowami i jeszcze chwilę ze mną posiedzą, na czym tam kto będzie miał. A gdy przyjdzie czas, wsiądą z powrotem do swojego pociągu. A ja dołączę do rodziny spacerującej po cmentarzu, ani słowem nie wspominając o naszym spotkaniu, a następnego dnia wsiądę w powrotny do Berlina. I na jakiś czas będę miała od nich wszystkich święty spokój.

Berlin, tuż przed świętem zmarłych 2014

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

Kot czyli zając

plakat-krolikSłowo Ewy Marii Slaskiej na niedzielę wielkanocną

Jest taki film. Wypodukowano go 5 lat temu. Jego zapowiedź brzmi następująco: Alegoryczny film przedstawiający życie dzikich królików między murami podzielonego Berlina. Między murami króliki czuły się bezpieczne, dopóki nie okazało się, że mur nie służy ich ochronie. Króliki zapragnęły wolności. O budowie i upadku muru berlińskiego z zupełnie innej, niecodziennej perspektywy.

Królik po Berlińsku, 2009

film produkcji polskiej i niemieckiej
producentka: Anna Wydra
premiera: 24 kwietnia 2009 (świat)
reżyseria: Bartosz Konopka
scenariusz: Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski

Fajny film, wielokrotnie nagradzany, w roku 2010 nominowany do Oskara.

Ale ja już jestem taka Panna Czepliwa i zawsze znajdę coś, żeby się przychrzanić. Bo oto w Berlinie między murami (bo MUR to były dwa mury i tzw. pasmo śmierci między nimi) żyły króliki, tak jak to jest w tytule filmu, ale w filmie jest mowa na przemian o królikach i o zającach.

haseishaseNo cóż, może nie każdy wie, że królik i zając to nie są te same zwierzęta. Wygląda na to, że nie wiedzieli tego ci mieszkańcy Berlina Wschodniego, którzy jeszcze za czasów NRD zainicjowali Akcję Zająca jako symbolu wolności. Myślę natomiast, że twórcy filmu już to wiedzieli, ale chwytliwość tytułu straciłaby znacznie na sile, gdyby coś tu trzeba było ekstra tłumaczyć. Na ekranie pojawia się więc zając, a lektorka, Maria Peszek, łagodnym i spokojnym głosem mówi o króliku, w kadrze filmu widzimy napis Hase bleibt Hase! przetłumaczony w podpisie na tytułowego królika. Królik zawsze będzie królikiem.

Z kolei jeden z artystów berlińskich, Peter Unsicker, mówi, że zrobił na Wielkanoc pocztówkę z królikiem po berlińsku. Używa słowa Kaninchen – królik. A na pocztówce jest przecież zając. Ale mniejsza – potraktujmy to jako nasze blogowe życzenia świąteczne. Niech nam w tym roku obrodzi marchewka, kapusta i siano! Prawdziwe i symboliczne!

hasekaninchenNo dobrze, zapytacie, a gdzie kot?

O, po kota trzeba się udać do Azji. Bo w azjatyckim zodiaku jest taki znak, który w Chinach i Japonii nazywany jest Królikiem, w Wietnamie zaś Kotem.  W Europie, gdzie zodiak azjatycki jest po prostu modną ciekawostką, wróżbici i wróżbitki posługują się kotem i królikiem, nie zastanawiając się nawet, dlaczego dokonują takiego, a nie innego wyboru.

zodiak-Fukuoka_KushidaTen piękny rzeźbiony Zodiak został umieszczony na sklepieniu bramy do świątyni Kushida w Fukuoce (Japonia). To świątynia Amaterasu i Susanoo,  z 757 roku.
Między tygrysem a smokiem widać dwa białe króliki. Poniżej z kolei dwa na chybił trafił wybrane portale internetowe, gdzie zamiast królika jest kot. Lub Kot czyli Królik.

kot czyli krolikCzyli Zając = Królik = Kot.

A przecież jeszcze z Kota można zrobić tygrysa. Proszę, oto japońskie malarstwo, malowanego kota podrzuca nam na Wielkanoc Maryna Over. Kazuaki Horitomo Kitamura.

attoo artist Kazuaki Horitomo KitamuraCzyli Zając = Królik = Kot = Tygrys. Tygrys jest tradycyjnym europejskim zwierzęciem wielkanocnym.

Co było do udowodnienia.

Zabawy i święta w Bystrzanowicach. Książki

Zofia Slaska

wywiad przeprowadzony w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego, ciąg dalszy wspomnień, których pierwszą część opublikowałam TU tydzień temu.

bystrz-zosiaJakie mieliście rozrywki?

Ja przed wojną byłam na dwóch wielkich imprezach rodzinnych. Jedna to był ślub mojej kuzynki, siostrzenicy mojego ojca, Teresy Wielowiejskiej, która wyszła za mąż za pana Jelskiego. Byłyśmy druhnami, trzy małe dziewczynki – dwie córki jej starszej siostry Jaskółowskie i ja. Niosłyśmy jej welon czy tren. Miałyśmy różowe sukienki i ślicznie wyglądałyśmy. A drużbami było dwóch chłopców Wielowiejskich w kontuszach. Świetnie pamiętam, że był taki osobny stół dla dzieci. To był czerwiec 1938 roku, a pierwszy syn Jelskich, Andrzej rodził się w 1939 roku pod bombami. To było w Lubczy, to był wielki dwór rodziców panny młodej. W tym samym roku żeniło się też dwóch braci Teresy, ale to były śluby w Warszawie – tam nie byłam, moi rodzice jeździli.
A druga impreza to było 25-lecie moich wujostwa Adamostwa Grabkowskich, stryjecznego brata mojego ojca. To też była wielka impreza, srebrne wesele w Michałowie, to był chyba 1937 rok. Mój stryj Adam był plenipotentem Zamojskich w Klemensowie, w pałacu pod Zamościem. A stryjostwo mieszkali w wielkim dworze w Michałowie i tam właśnie wyprawiali swoje srebrne gody. Zamojscy też byli. Ja tam byłam najmłodsza i w dwa dni po przyjęciu zostałam do nich zaproszona, bo ich najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Pamiętam, że przyjechała po mnie powozikiem i pojechałyśmy do pałacu. Ja miałam 10 lat, a ona mogła mieć 12 lat. Miła dla mnie była, bardzo gościnna. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe drzewka cytrynowe. To było lato i te drzewka stały w takich wielkich donicach. Zamojscy to była arystokracja, mieli wielkie posiadłości i to był bardzo uprzemysłowiony majątek, były cukrownie i gorzelnie, bo to było Lubelskie. Tam się tańczyło, ale ja po prawdzie to niewiele mogłam skorzystać z lekcji tańca, których udzielał mi ojciec, bo zanim bal się na dobre rozpoczął, mama wysłała mnie do łóżka.

W czasie wojny bywały podwieczorki tańcujące u państwa Grabowskich. Pan Grabowski to był nadleśniczym w Złotym Potoku. Państwo Grabowscy mieli trzy córki, dwie starsze ode mnie i Alinę – młodszą. A ja byłam przyzwyczajona do tego, że jestem najmłodsza w prawie każdym towarzystwie, bo byłam najmłodsza w całej rodzinie. Obracałam się wśród starszych i byłam „mała stara”.

Najwyraźniej pamiętam z Michałowa dwie rzeczy. Myśmy zajmowali pokój na piętrze, wchodziło się na piętro, wokół holu były pokoje gościnne, a po środku było WC. Tak im było pewnie najwygodniej poprowadzić kanalizację. A druga rzecz, że mnie ogromna krzywda spotkała. To był wielki bal, zaczynał się po kolacji i mnie mama o północy zapakowała do łóżka, a lody były o pierwszej. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale te lody to pamiętam.

Często jedliście lody?

Oczywiście u nas w domu też bywały lody, robiło się lody, to była cała ceremonia. Lodówka była skrzynią, a w środku była mniejsza skrzynia. Wokół sypało się pokruszony lód. Lód przywoziło się zimą ze stawów, musiał być tęgi mróz. Lód składało się w lodowni – to był dół w ziemi, taka wykopana piwnica, wyłożona słomą. Tam się ten lód sypało, przekładało też słomą, przykrywało i grubo obsypywało ziemią. I to do lata trzymało. Latem wybierało się ten lód dołem. Tam się też latem przechowywało bańki z mlekiem z wieczornego udoju. Rano, po porannym udoju, gdy mleczarek wywoził mleko na stację, to zabierał też bańki z wieczornego udoju. I to mleko dojeżdżało do mleczarni świeże.

Słuchało się muzyki?

Był gramofon w dziecinnym pokoju. Taki na korbkę. I słuchało się płyt. Kiepury, ale były też melodie taneczne, bo uczyli nas tańca, walca, tango, lambeth walk. To mój ojciec tak zadecydował i on nas uczył tańca. Gramofon zaginął już na początku wojny, jak wyjechaliśmy na ucieczkę. Kiedy wyjechaliśmy, to w powozie był gramofon i jak nocowaliśmy w Kurozwękach, to wszystko wyjęliśmy z powozu i zanieśliśmy do przedpokoju, a rano zapomnieliśmy go wziąć. Rodzice nie bardzo się tym przejęli, ale my, dzieci, bardzo nad tym ubolewaliśmy.

A chodziło się do kina?

Byłam przed wojną w kinie. W Krakowie. Jechało się na egzamin po skończeniu piątej, a później szóstej klasy i u Urszulanek przez jeden czy dwa dni zdawało się egzaminy. To był 1937, 38 rok. W kinie byłam na filmie pt. „Ben Hur”, klasyk. To był film czarno-biały, ale z dźwiękiem. I na pewno widziałam jeszcze jakiś film z Shirley Temple. Może w Częstochowie? Byłam z mamą i z nauczycielką. I byłam w Krakowie w teatrze, na „Balladynie”. Bo to było tak, że najpierw jechaliśmy do Krakowa, a potem my jechaliśmy dalej, np. do Nadowa do Bocheńskich, a nauczycielka jechała na wakacje do swojej rodziny.

Jak obchodziło się święta?

Na święta w Bystrzanowicach bywali goście, bliźniacy Morawscy, ci z Warszawy, i przyjeżdżała siostra mojego ojca. Bardzo pobożnie spędzaliśmy święta. Była duża choinka i w drugie święto była duża impreza dla dzieci z czworaków, u nas w pralni, we dworze. Ja byłam w stroju aniołka, a któryś z moich kuzynów był przebrany za św. Mikołaja i rozdawał prezenty. Na wigilię jadło się karpia, zupę grzybową i kluski z makiem. Nie pamiętam, czy było 12 potraw, ale na pewno były same niedobre rzeczy. Karp miał ości, zupa grzybowa niedobra, kluski z makiem bardzo niedobre. Kompot z suszeniny też niedobry. Lodów nie było. Ale prezenty były. Tylko prezenty to były bardzo skromne. Jakąś książkę się dostawało. Na imieniny też prezenty były bardzo skromne. Większy prezent dostawałam od mojej matki chrzestnej, siostry mojego ojca. Ładną sukienkę jakąś. Nie było wspólnego muzykowania ani instrumentów, ale ojciec miał dobry głos i ładnie śpiewał. Ciocia Mimi też ładnie śpiewała, więc jak było śpiewanie kolęd, to bardzo ładnie wychodziło. Kolędy również były na płytach.

bystrz-zimaA Wielkanoc?

Na Wielkanoc też było bardzo pobożnie i więcej było z tym zachodu, bo większe były przygotowania. Najgorsze było to, że się w Wielki Piątek piekło mazurki. I to było tak, że na stół w jadalni przynoszono wszystkie produkty potrzebne do mazurków. Mamusia miała przepisy. I my dzieci wszystko przygotowywałyśmy do kolejnych mazurków, według przepisów. Ale to był Wielki Piątek i nie wolno było łasować. Pamiętam, że się wszystko do kolejnego mazurka układało na talerzach, ale nie mąkę i cukier, tylko migdały, rodzynki. Jajek się nie malowało w obrazki, tylko były gotowane w cebuli i w czymś, co dawało zielony kolor. Jedzenie na Wielkanoc było smaczne. I Wielkanoc była wspaniała. W sobotę przyjeżdżał ksiądz święcić, ale nie jakiś tam koszyczek, tylko dwa zastawione stoły w jadalni. Na tych stołach było wszystko – baby, mazurki, wieńce kiełbas, a raz był nawet cały pieczony prosiak. Przed domem stała służba folwarczna ze swoimi koszykami i im ksiądz to też święcił. I na Wielkanoc było inaczej niż w normalne dni, bo w normalne dni nie wolno było nic podjadać, były ustalone godziny posiłków – tylko wtedy się jadło, a po obiedzie się dostawało dwa cukierki, chyba że czasem czekoladkę. A w Wielkanoc nie było obiekcji, można było między posiłkami ukroić sobie coś i zjeść.
Na imieniny mojego ojca fornale przychodzili, z bata strzelali i później ojciec z wódką wychodził. Ale imieniny to nie były wielkie uroczystości.
W lecie zawsze było mnóstwo gości. Czasem i na Wielkanoc było dużo gości. Pamiętam taką Wielkanoc, ostatnią przed wojną. Była śliczna pogoda i byli Morawscy, Stanisław August ze swoimi braćmi. I graliśmy w krykieta przed domem. Zachowały się takie fotografie. Ja byłam w mundurku szkolnym. Bo od święta i niedzieli wyjściowym strojem był mundurek – granatowa spódniczka i bluza z marynarskim kołnierzem. To było moje odświętne ubranie.
Dożynki były wspaniałe, bo na dożynki fornale przychodzili przed dom, a dziewczyny przynosiły wieńce, i śpiewali „A ta pani nasza…“ Dziewczyny miały zapaski, takie pelerynki w paski. Ja też miałam taką zapaskę i chodziłam w niej później, jak byłam w ciąży. Służba podchodziła pod dwór, a myśmy stali na ganku, odbieraliśmy wieńce, a potem roznosiliśmy poczęstunek. Ja już też chodziłam i częstowałam, chlebem, ogórkami kiszonymi, kiełbasą. Ojciec chodził z wódką. A potem była zabawa wiejska, ale nie przed domem, tylko jakoś dalej. Grało się na harmonii i były tańce. Ale tam już myśmy nie chodzili.

bystrz-balJednak główną rozrywką było czytanie. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać sama, ale mimo to długo jeszcze nam czytano, na przykład całą „Trylogię”. Do wojny pożyczało się książki dla młodzieży z biblioteki Macierzy Szkolnej w Janowie. Na przykład siedem tomów powieści Jadwigi Łuszczewskiej (Deotymy) z epoki Bolesława Wstydliwego pt. „Branki w jasyrze”, o tym jak na Podolu Tatarzy porwali dziedziczkę i jej siostrę i wywieźli. Całe jakieś niesamowite historie, jak te kobiety zostały zarażone trądem, zostały wyrzucone przez Tatarów, wędrowały z dzwoneczkiem, żeby ludzie je omijali, i jak dotarły do Polski.
W czasie wojny przywoziło się z Wierbki (majatek krewnych – rodziny Moesów) mnóstwo powieści, a ja też w czasie wojny zaczęłam czytać książki dla dorosłych z biblioteczki moich rodziców. A mieli oni – jak na dwór – całkiem sporą bibliotekę. Czytałam „Noce i dnie”, „Chłopów”, ale też „Lato leśnych ludzi”. Pożyczało się też książki z pałacu. Stamtąd była powieść Gastona Leroux, którą czytałam po francusku „Le Fantôme de l’Opéra” („Upiór w operze”). A przed wojną dorośli mieli taką „latającą bibliotekę”, to była organizacja, którą zresztą zajmowała się ciotka mojego ojca. Dwór należał do grupy bibliotecznej i wpłacało się raz na rok jakąś określoną kwotę na zakup książek. W grupie było 12 dworów, które przekazywały sobie kolejno co miesiąc 5 książek – w obrocie było więc na rok 60 książek. I to jakoś tak było, że to, co dany dwór miał w grudniu, to już zostawało na własność.
Rodzice abonowali też czasopisma, też francuskie, „Illustration“. Na pewno jakaś gazeta i był „Bluszcz”, takie damskie pismo, były tam jakieś powieści były w odcinkach, artykuły, przepisy, ja mam do dziś dnia przepisy z „Bluszczu” na mazurki. Dostawałam książki na gwiazdkę i na imieniny. Strasznie kochałam książkę Joanny Szczepańskiej „Córka kapitana okrętu” i powieści Marii Buyno-Arctowej, np. „Nasza maleńka”, jakaś jej powieść działa się w lesie, jakaś na Helu. I czytałam „Płomyczek”, takie czasopismo dla dzieci, i „Młody las”. Czytałam ten „Płomyczek” lata całe, aż później się okazało, że tam jakieś infiltracje bolszewickie są i przestano kupować.
Rodzice mieli bardzo określone poglądy polityczne – w Bystrzanowicach lubiło się Piłsudskiego. Miałam lalki i jedna miała na imię Jagódka, a druga Wandzia. Sama im nadałam takie imiona, bo wciąż o nich słyszałam. Nie traktowałam tego jak poglądów politycznych, tylko jako sprawy ważne. W końcu jak Piłsudski umarł w 1935 roku to ja miałam 6 lat. Ale pamiętam z dzieciństwa, że Rosjan się nie lubiło. Chyba Austriaków bardziej się lubiło niż Rosjan i niż Prusy, oni tak nie prześladowali Polaków.
A wracając jeszcze do książek. W Złotym Potoku w administracji pracowali i mieszkali państwo Milewscy, którzy mieli trzy córki. Najstarsza była Jagoda, a druga była Hania – to jest dzisiaj pani Anna Milewska, która napisała książkę „Życie z Zawadą” – to ja ją pamiętam jako taką pięcioletnią dziewczynkę. Kiedy dziewczynki dostały wietrznej ospy czy odry, państwo Milewscy pożyczyli ode mnie dwa roczniki „Płomyczka” dla dziewczynek, bo one długo leżały i musiały coś czytać. Ale ponieważ to była choroba zakaźna, to te gazety później chyba spalono, a ja dostałam za to bardzo dużo różnych książek. I miałam też takie francuskie książki dla dzieci, które się abonowało – „Bibliotheque rose” i „Bibliotheque bleu”.

Ciąg dalszy za tydzień

Dzień kobiet Mamy

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

maybe-Alfonsina

Fragment tłumaczenia wiersza Alfonsiny Storni

Kobiety. Było ich w sztuce Mamy dużo, w szkicach, grafikach, linorytach, w tłumaczeniach już znacznie mniej, ale oczywiście była Alfonsina Storni oraz Mascha Kaléko, której wiersze Mama przetłumaczyła na moje zamówienie do jednej z pierwszych publikacji WIR-u, a mianowicie do tomu zatytułowanego Poetki z ciemności.

Jak zwykle, ale Czytelnicy już się chyba przyzwyczaili, nie jestem w stanie zaprezentować tu ani pełnego przekroju prac Mamy, w których pojawiły się kobiety, ani pokusić się o syntetyczną analizę tematu “Kobieta w twórczości Ireny Kuran-Boguckiej”. Jednak z okazji Dnia Kobiet chciałam tu przypomnieć niektóre wykonane przez Mamę wizerunki kobiet. Rzadko były to portrety, choć niekiedy rozpoznać można znajome twarze. Była wprawdzie grafika zatytułowana Ewa, o której chętnie bym głosiła, że to ja, ale niestety – nie byłam to ja. Była to jakaś młoda szczupła dziewczyna w swetrze z golfem i blond fryzurą na chłopczycę. Najpiękniejszą grafikę zbliżoną do portretu Mama zatytułowała chyba Tulipany – na pierwszym planie znajdował się szklany kulisty wazon z kwiatami, za nim, chyba w lustrze, twarz kobiety, którą wtedy rozpoznawałam jako Marynę, choć chyba nie było to jej rzeczywiste imię. Była to przez stosunkowo krótki czas dziewczyna jednego z młodych znajomych rodziców – duża kobieta, z prostymi włosami à la Marina Vlady, stąd chyba jej imię, która nosiła się bardzo jak na owe czase modnie i ekstawagancko. Byłam nieznośnym zakompleksionym brzydkim kaczątkiem i Mama podawała mi Marynę za przykład, jak trzeba się umieć “zrobić”, co Maryna umiała fantastycznie.

Piszę tu o Ewie i Marynie tak szeroko, bo… nie mam ani obu tych grafik, ani jak dotąd nie znalazłam żadnej ich reprodukcji.

kobieta kobieta-siedzaca

szkic-glowy-kobietZ reguły jednak kobiety Mamy nie były portretami, lecz stanowiły syntezę pewnego określonego typu ludzkiego.  Widać to już w szkicach. Mama chętnie szkicowała podczas podróży, zapewne były to więc twarze napotkanych ludzi. Ale już w szkicu pojawia się to, co najważniejsze – linia przyszłego zsyntetyzowanego portretu.

Najpierw były portrety historyczne i egzotyczne – które w latach 50 Mama wykonała jako ilustracje do książek – katalogów Naszej Księgarni – Z książką przez stulecia i Z książką przez świat. Niestety nie mam tych książek i nikt z rodziny też ich chyba nie ma.

Już po opublikowaniu tego wpisu nieznany ofiarodawca przysłał mi mailem skany obu publikacji!

X

taniecbona

W obu tych książkach były zarówno przerywniki, jak i duże czarno-białe grafiki z jednym kolorem, w tych o historii był to niebieski, o kontynentach – kolor terrakoty.

Wystawa Ireny 022

mezatkaPortretem syntetycznym były też kobiety z cyklu Okupacja i z obu cyklów pomyślanych jako ilustracje do Lorki.

przerywnik-kobieta-patrzy

okupacja

Niewątpliwie najbardziej uproszczone są postaci z cyklu Metopy barbarzyńskie. Na marginesie dodam, że był to tytuł bardzo chętnie przerabiany przez dziennikarzy i prasę na Metody barbarzyńskie. No ale skąd dziennikarz miał wiedzieć, że fryz dorycki składał się z tryglifów czyli fragmentów kamienia we wzór geometryczny i metop – czyli płaskorzeźb. A zresztą – czy dzisiejszy dziennikarz będzie to wiedział? Wątpię. Mniejsza… Metopy barbarzyńskie były kondensacją rozmyślań Mamy o kulturach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Nie wiem, czy myślała o Azji, może o Tybecie, ale chyba nie o Chinach, Indiach i Indochinach.

kuran-metopy4 kuran-metopy3

MadonnaNomadow-uBabaciaPostaci z Metop to nie byli prawdziwi ludzie, to były tylko symboliczne sylwetki. Ale też wtedy Mama stworzyła najpiękniejszą swoją kobietę – Madonnę Nomadów. Sfotografowałam ją tu w mieszkaniu mojej Teściowej.

Gdy skończył się okres drzeworytów i Mama zaczęła pracować techniką linorytową, ludzie powrócili, ale jednocześnie wzmógł się stopień ich typizacji. W linorytach nie ma już podobieństwa do żadnego znanego czy nieznanego modela, tu już są tylko symboliczne figury miłości, tęsknoty, opuszczenia, śmierci.

nauzykaa-mama

Ach, święty Walenty…

Krystyna Koziewicz

Czy to jest miłość…

O fascynacji młodzieńców do starszej wiekiem kobiety pisze się bardzo rzadko. Odnosi się wrażenie jakby, problem w ogóle nie istniał. A przecież jest, to wiem… istnieją przypadki zakochania się pomimo dużej różnicy wieku. Weźmy przykład moich dwóch sąsiadek z bloku, jedna z nich związana jest od roku z mężczyzną o 27 lat młodszym. Czy jest szczęśliwa, tego nie wiem, ale obserwuję u niej duże zmiany na korzyść. Druga jest w związku ślubnym z młodszym o 20 lat facetem z Portugalii, ponoć jest im dobrze ze sobą – tak powiada. Nie pytałam o szczegóły, w każdym bądź razie obie pary wyglądają na zadowolone z partnerów i wcale się nie wstydzą paradować po mieście.
Natomiast w przypadku mężczyzn, jeśli różnica nie jest zbyt widoczna to nie ma sensacji w temacie. Wiemy, jak to jest, gdy w pewnym wieku chłopy zaczynają wariować, szukając potwierdzenia atrakcyjności wśród młodych dziewcząt, zostawiając małżonki z dzieciakami. Bez znieczulenia. Kobiecie natomiast jakoś nie wypada pokazywać się w towarzystwie młodego, bo zaraz pada ciekawskie pytanie, czy to syn, brat czy wnuczek? Dość typowa reakcja.

W moich wspomnieniach przywołam gehennę, jaką przeżyłam z młodym mężczyzną, który długo zadręczał nasz dom bezustannymi odwiedzinami. Po prostu zakochał się i kiedy o tym myślę, zastanawiam się, co ich fascynuje i czego szukają młodzi mężczyźni? Co ma wtedy kobieta zrobić z taką miłością? Przecież z góry wiadomo, że młodzi mężczyźni raczej dla przygody wiążą się ze starszymi kobietami. Może potrzebują opiekuńczości partnerki, jej dobrych rad, bo ze względu na ego nie bardzo mają ochotę słuchać rad swoich rówieśniczek. Dojrzała kobieta w stosunku do młodszego nie ma wielkich wymagań, doświadczenie seksualne przewyższa wszelkie umiejętności jego koleżanek, co najzwyczajniej w świecie pewnie ich bardzo „kręci”.
A jeśli dojrzała kobieta wiąże się z młodszym mężczyzną to na plus jest fascynacja młodością, która w ten sposób odmładza ją nie tylko mentalnie, ale jest też dostrzegana przez otoczenie.

W literaturze też znajdziemy ciekawe wątki zakochania się, jak choćby w kultowej powieści Rodziewiczówny “Lato leśnych ludzi”, gdzie do chaty w lesie przysyłają chłopaka, licealistę, który kochał się w kobiecie o kilkadziesiąt lat starszej i ponoć chciał sie truć czy strzelać.
No i pysznie, tylko, że naprawdę w tej chacie mieszkały… same kobiety, a Rodziewiczówna była Rosomakiem. To ciekawe, kogo naprawdę tym paniom tam przysłali i czy to chłopakowi pomogło?

Podobno w Konopnickiej, jak miała 50 lat, kochał się na zabój młody chłopak i nie mogła się od niego opędzić. Czyli wypisz wymaluj moja historia, tylko ja byłam wtedy dużo młodsza.

No i był taki film reżysera Bogdanowicza, kiedyś bardzo słynny, nazywał się “Ostatni seans filmowy” i tam też podobna historia jak ta niżej opisana, kiedy chłopak ze szkoły i kolega syna kocha się w mamie kolegi.

Na koniec więc coś z życia wzięte. Jest mężatka, jest dwóch synów i kolega z klasy, który często przychodził z wizytą. Zbyt często, ale niczego szczególnego nie zauważono, ot, chłopcy mieli wspólne zainteresowania, tematy, gry, zabawy. Pewnego razu, kiedy synowie pojechali na wakacje, niespodziewanie pojawił się ów młodzieniec. Już w drzwiach został poinformowany, że „przecież synowie wyjechali i wrócą za dwa tygodnie”. No, to już wiecie, że to byłam ja…
– Ale ja do Pani przyszedłem – oznajmia.
– Do mnie, stało sie coś? – miałam na myśli moje dzieci.
Zaniepokojona i podenerwowana wpuściłam do domu, pytając, o co chodzi? To, co usłyszałam zaskoczyło mnie całkowicie.
– Zakochałem się w Pani i to trwa od pół roku, nie mogę przestać o Pani myśleć, spać, ciągle mam Panią przed oczami.
Słucham, a on, że chce tu bywać częściej i, co ciekawe, zastrzega, że mam się nie dziwić, bo on dużo czytał na ten temat i taka miłość istnieje naprawdę.
– A jakiej spodziewasz się reakcji z mojej strony?
Gadałam prawdopodobnie bez sensu, bo nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Oczywiście, żadne argumenty, że jest w wieku syna, że jestem mężatką, że to mnie śmieszy, nie przekonały młodzieńca. Prosił, bym zastanowiła się i do następnego dnia dała mu odpowiedź, czy wyjadę z nim na wakacje pod namioty. O mało nie spadłam z fotela, słysząc propozycję wspólnego wyjazdu.
– A co miałabym robić pod namiotem?
– Jak to co, kochać się do upadłego… – odważnie wyjaśnił chłopak.
Byłam w szoku, pewnie myślał sobie, że skoro mąż na saksach, to ja być może potrzebuję najzwyczajniej seksu…Może i dobrze myślał, ale oczywiście nie zgodziłam się. Strasznie się zdenerwował, kiedy kategorycznie odmówiłam. Wyszedł obrażony, trzaskając drzwiami, aż cały dom się zachwiał. Nawet się trochę wystraszyłam, że sobie coś zrobi…
Po jakimś czasie, kiedy chłopcy wrócili z wakacji, znowu się pojawił, przychodził jak zwykle do syna, który początkowo o niczym nie wiedział. Siedział zawsze osowiały, jakiś dziwny, jak nieobecny – stwierdził mój syn. Stan ten trwał prawie rok. W końcu powiedziałam synowi o koledze, ale i tak niewiele to zmieniło. Przychodził nadal wprawdzie rzadko, ale pojawiał się, przynosząc a to lody, a to ciastka, a to coca colę. A mnie wcale nie było do śmiechu, byłam zła, chciałam mu siebie obrzydzić i mieć święty spokój. Wyjazd na Zachód dał kres niechcianej miłości!

Wspomnienia wróciły niedawno, kiedy po wielu latach na Naszej Klasie na moim profilu pojawił się kilka razy. Ręce mi opadły, jeszcze go interesowałam… Po tylu latach… Ach, święty Walenty!

Drei Könige und Die Aktion

Für Krzysztof zum Geburtstag

Heute ist der Tag der Heiligen Drei Könige. Das Bild unten, Erinnert euch im Winter an die Vogel oder Drei kleine Könige gehen zum Stall, stammt vom polnisch-tschechischen Maler, Wlastimil Hofman (1881 – 1970) und wurde erst 1956 gemalt. Nicht desto trotz ist es sehr typisch für den Jugendstil, in dem Hofman sein ganzes Leben malte  (http://muzeumsecesji.pl/galeria_pliki/hofman/hofman11.html)

3krolowieJetzt aber kehren wir zurück zu unserem Hauptthema: Weihnachten bei Avantgardisten. 1911

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. Und, wie man sieht, viel Sinn für Prophezeiung.

1stronaHänget Baionetten an den Christbaum! (…) Für einen Tag, für zwei Tage geht die Kriegspolitik in Filzschuhen um die Welt. Friede auf Erden… Rings starrt die Welt in Waffen. Wir feiern unser Friedensfest mit geladenen Waffen. (…) brutales Unrecht, schamlose Gewalt und soziale Gewissenlosigkeit schreiten mit Siegergebärde durch die Laube. Kerker, Zuchthäuser, Galgen, Schafotte, Guilottinen, Kasernen, Kanonen, Bajonette, Polizei und Soldaten grüßen als Eckpfeiler einer göttlichen Weltordnung allüberall. Am Wege sterben Tausende…

Metaphern der Ungerechtigkeit. In drei Jahren werden sie schon die Realität. 2014 werden wir noch tausend Mal darüber erinnert und uns selber zum Erinnern erheben.

2stronaAuf der Seite 2 kommt ein Artikel von Chestel Zwi über “Weihnachtsjudentum” und ein anderer von Ferdinand Nürnberger über Gier des Papstums, betitelt “Eine Weihnachtslegende”.

Man fragt sich, was hier, in diesen zwei Artikel, kritischer ausfällt, das Auslachen der judüschen Assimilation, von den Gegner (laut Text) nicht ohne Grund “Heranschmeicheln” genannt oder die Kritik der habgieriegen Klerus der katholischen Kirche.

Es ist nicht so paradox und geschmacklos, unser Assimilationjudentum bringt es fertig! Oder: Im Gnademonat christlicher Liebe darf unsere Damenwelt der jüdischen Geldaristokratie niecht feiern.  Und darum feiert sie den ganzen Dezembermonat die fröhliche, selige, gnadenbringende Weihnachtszeit in so ausgiebieger Weise, dass ihr der Festestrubel jedes Gefühl dafür nimmt, wie gerne man auf sie verzichten würde, blechte sie nicht mit der Naivität solcher, die nicht sehen wollen, in braunen und blauen Scheinen für die Ehre “unter dem Protektorate Ihrer Kgl. Hoheit der Erbprinzessin von Soundso” – gedruckt zu stehen.

(…) die absonderliche Blüte der pseudojüdischer Assimilationssensucht erblüht unter den Kerzen des Weihnachtsbaumes. Geht am Heiligen Abend über den Kurfürstendamm, wo ihr die – nach Protzengeschmack – schönsten Weihnachtsbäume seht, da, des könnt ihr sicher sein, singen “Weihnnachtsjuden” das Lied von der stillen, heiligen Nacht!

Damit es aber gerechtig ausgeteilt wird, schreibt Nürnberger gleich nebenan über Rotte Korah, den Konkordatstürmer und über das Sammeln des Peterspfennige, dh. des Geldes fürs bezahlen der Watikansoldaten, über Steuer für Kriegszwecke, die Gefangene in Besserungshäuser von ihrem winzigen Lohn abgeben müssen…

Grüß Dich Gott, Statthalter, sagte der Knabe, ich bringe Dir meinen Peterspfennig. Aber sage, wozu brauchst du nur all diese Pfennige, he?
Um das Reich Christi zu verteidigen
Warum nicht gar! Der Menschen Sohn hatte nicht, wohin er sein Haupt legte, und soll sein Statthalter mehr haben? Mein Reich ist nicht von dieser Welt, sagte Christus.

Heute, hundert Jahre später, muss der Franziskus offensichtlich den Diskurs um das Haben und die Macht der Kirche, genauso führen wie der naive Knabe aus der Satire von Nürnberger.

Als Abschluss noch ein Gedicht aus der Dezember-Nummer in Die Aktion 1911:

René Schickele
Vorortballade

Um seine Villa beneidet der eine den anderen, um das Leuchten des Wannsees,
um seine Terrasse mit geflochtenen Stühlen, um das Segelboot „Ramses“.

Um seine Hühnerhöfe auch und den schattigen Garten,
wo er in vielen Nächten verdammt war zu warten,

bis eine Dame kam mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

Nun aber möchte er Starkästen bauen, mit kleinen Hunden spielen,
dem Wetter vertrauen und im Schatten nach glitzernden Möwen zielen,

das Boot „Ramses“ besteigen, in Himmel und Wolken baden!
Vorallem aber wünschte er sehr, seine Freunde zum Essen zu laden

Wogegen der andre mit Schnaken kämpfte im schattigen Garten,
verdammt in vielen Nächten zu stehn und lange zu warten,

bis eine Dame käme, mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

1910

3stronaWir werden noch ab und zu zum Thema Weihnachten bei Die Aktion zurückkommen. Es scheint, dass sich die aktuellen Themen gar nicht ändern.