Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.

Reblog: Najładniejsze dekoracje halloweenowe w Nowym Jorku

Z blogu:

Little Town Shoes

zapiski o życiu w Nowym Jorku

Filmik nagrała i blog prowadzi Magdalena Muszyńska, która tak pisze o sobie:

O mnie

Przeniosłam się do Nowego Jorku osiem lat temu. Jak większość osób, które mieszkają tutaj jestem zakochana w tym mieście. Czasami trudno uwierzyć dlaczego, bo głośno, bo brudno, bo drogo:) Ale Nowy Jork jest niezwykłym miejscem. Energia, koloryt i tempo tego miasta uzależnia. Jest też jednym z tych niewielu miejs, gdzie każdy, bez względu kim jest i skąd pochodzi, może tu być sobą.

Obecnie pracuję w firmie social media w Soho, Trzy lata temu zostawiłam pracę w Agencji, a moja pasja czyli “opowiadanie o Nowym Jorku”, stała się moją pracą. Zdałam egzamin na przewodnika po NYC i oprowadzam po moim ukochanym mieście.

Jeżeli planujesz wyjazd do Nowego Jorku i szukasz prywatnego przewodnika i pomocy w organizacji wyjazdu tu znajdziesz więcej informacji.

Obecnie jako jedyny polskojęzyczny przewodnik otrzymałam „złotą gwiazdę” od miasta jako dowód uznania wiedzy o NJ.

W marcu została opublikowana moja książka “Z Nowym Jorkiem na NY”, która jest na pierwszym miejscu pod względem sprzedazy w Empiku w kategorii turystyka i przewodniki w 2016 roku.

Moj blog o Nowym Jorku, a życiu w Ameryce, o życiu na emigracji. To trochę subiektywny przewodnik po Nowym Jorku, to trochę zbiór notek o codziennym życiu w Nowym Jorku, to trochę „insiderskich” porad, od kogoś kto tu już kilka lat mieszka.

Moje opowiadania, nowojorskie historie i zdjęcia zostały pokazane między innymi w TVN, Radio Zet, Radio ZET Chilli, Magazynie Gazety Wyborczej, Elle Polska, Twoj Styl, wp.pl. i wielu innych publikacjach prasowych.

Mieszkam na Brooklynie z mężem, psem i dwoma kotami.

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Magda

Travel Channel & LittleTownShoes

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Wierszyki na dzień dziecka

Z okazji Dnia Dziecka „Bajeczki Broma”, dla tych najstarszych, średnich, oraz najmłodszych, czyli pra… dziadków, rodziców, dzieci, wnuków et caetera, z życzeniami dziecięcej radości oraz miłej, świątecznej, rodzinno-pokoleniowej zabawy

Roman Brodowski

Dzień dziecka

Każdy z nas, i Ty, i ja
Dzieckiem był i dzieckiem jest
Każdy to „coś” z dziecka ma
Choć nie każdy o tym wie.

Pierwszy czerwca mamy dzisiaj
Więc na spacer weźmy dzieci
Lub kochane wnuki, wnuczki
I szalejmy do wieczora
Robiąc z nimi figle, sztuczki

Zapomnijmy dzisiaj o tym
Że gdzieś strzyka, lub coś boli
Bądźmy tacy jak … przed laty
Nie pytając czy przystoi

Żeby dzieci swe zrozumieć
I być z nimi zawsze w zgodzie
Powinniśmy żyć ich życiem
Nie raz w roku ale… co dzień

Więc nie licząc swoich lat
I bez względu na pogodę
Ślę życzenia dzisiaj nam
Bo w nas jeszcze dusze młode.

Berlin 26.05.2018

Myszka

Spotkałem raz myszkę maleńką.
Pod krzewem niedużym siedziała.
Ach witaj mój drogi olbrzymie
Ach witaj ! – w mą stronę wołała.

Spojrzałem na myszkę z wysoka
Zdziwiony tym faktem wyraźnie
I szeptem, by myszki nie spłoszyć
Odrzekłem jej, witaj…, przyjaźnie

A potem dłoń do niej zbliżyłem
(Bo w dłoni trzymałem bułeczkę)
I chciałem podsunąć pod ryjek
By myszkę nakarmić troszeczkę

Lecz myszka niestety uciekła
Ukryła się w norce przy krzaku
Bo myszki na ogół się boją
I ludzi i kotów i ptakòw.

Więc moją bułeczkę spokojnie
Powoli wsunąłem pod krzaczek
A potem szybciutko odszedłem,
Do tyłu, spokojnie jak raczek.

Czekałem ukryty w oddali
Cierpliwie, z nadzieją że wróci.
Bo chciałem ją jeszcze pożegnać,
Bo chciałem jej piosnkę zanucić.

Lecz myszka została w swej norce
Nie chciała się więcej pokazać…,
I tak się skończyło spotkanie,
Przygoda, co rzadko się zdarza.

Dla Kasi. Berlin 11. 05. 2013

Kwiatowa kołysanka

W naszym ogródku na rabatce,
Gwiaździstą nocą lub o świcie,
Można usłyszeć mowę kwiatów
Mówiących o swym krótkim życiu

Czerwona róża – herbacianka
Spiera się z kwiatem piwonii
O to, kto pachnie intensywniej
W czyjej wiatr letni tańczy woni.

Stokrotka chwali się przed bratkiem
Bogactwem śnieżnobiałych płatków,
Bo bratek chociaż też jest kwiatkiem,
Żyje w swych płatków niedostatku.

W dali, przy płocie śliczna lilia
Stoi samotnie w cieniu krzewów.
Spogląda z góry na narcyza
Słuchając jego – córko – śpiewu

Tylko maciejka milczy skromnie.
Czekając wieczorowej chwili,
Błękitem kwiatków z trawy zerka,
Pragnie by ludzie ją chwalili.

I ludzie chwalą ją, wąchają…,
Choć niepozorna jest, nieduża
Pachnie wieczorem najprzyjemniej
Swoim zapachem wprost odurza.

Żeby usłyszeć mowę kwiatów
Musimy zamknąć swe oczęta.
We śnie możemy ją zrozumieć
Rankiem? – możemy ją pamiętać.

Więc zamknij oczka moja Kasiu
Niechaj przytuli Cię poduszka,
Niechaj melodia wszystkich kwiatów
Napełni twoje małe uszka.

Czerwcowy poranek

Zapukało słoneczko do okna
Rozjaśniło porankiem komnatkę
I uśmiechem złocistych promieni
Zaprosiło Kasię na herbatkę.

Wstawaj miła panienko z łóżeczka
Czas powitać czerwcowego przybysza.
To kolejny, szósty już miesiączek.
Radość dziecka przyniósł sobą dzisiaj

Kasia wstała pospiesznie z pościeli
Do okienka podeszła wesoło
I spojrzała na świat spoza szyby
A tam pięknie, kwieciście wokoło.

Bez liliowe otworzył dzwoneczki
Niby kiście winogron wśród liści.
Tulipany zakwitły w ogródku.
Nieopodal bardzo starej wiśni.

Na zielonym jak morze dywanie
Pośród trawy wyrosły żonkile
Stoją dumnie ciesząc ludzkie oko
Uśmiechając się do świata mile.

Nawet ptaki śpiewają weselej
W swoich małych mieszkankach.
Zapraszają Cię moja księżniczko,
Na ich koncert ciepłego poranka.

Więc nie czekaj aż poranek minie
Szkoda czasu na leniuchowanie
Niespodzianka dziś czeka na ciebie…,
Ale najpierw…, rodzinne śniadanie.

Berlin 01.05.2015.

Bajka o Koparce

Dziś zapytał mnie Kamil z przedszkola
Czy znam jakąś o koparce bajeczkę?
Cóż, nie znałem niestety, tak bywa.
Więc odrzekłem, pomyślę troszeczkę.

Pomyślałem, i bajka na życzenie powstała.
„Bajka o przyjaźni walca i koparki“
Z którą razem wiosenną oraz letnią porą
Budowali drogę z Krakowa do Warki.

Koparka, co w ziemi kopała bez przerwy
Pomagając ludziom na placach budowy,
Zapragnęła zmienić swoje nudne życie
I ruszyła w drogę, w świat zupełnie nowy.

Wędrowała długo, przez lasy, przez pola
Szukając wokoło ciekawej posady.
Aż w końcu dotarła na budowę drogi
Na budowę nowej, pięknej autostrady.

Podeszła cichutko do szefa odcinka
Skłoniła się nisko, po czym przedstawiła,
I warkotem spokojnym swojego motoru,
O przyjęcie do pracy grzecznie poprosiła.

Szef koparkę zatrudnił po krótkiej kontroli
Obok walca, co asfalt niby ciasto rozgniatał,
By mu swoją pomocą w każdej chwili służyła… .
I chcąc nie chcąc maszyny obie z sobą pobratał.

Więc pracują codziennie niby para dobrana.
Dni, tygodnie, miesiące, podążają przed siebie
Przebywając ze sobą od wieczora do rana,
Kiedy słonko przypieka i gdy chmury na niebie.

Tak za nimi, powstaje droga nowa i piękna.
Autostrada wiodąca z Krakowa do Warki
Po niej będą niebawem autokary jeździły
Kiedy skończą budowę ludzie, walce, koparki.

Berlin, 16.10.2013

Herrensalat na Herrentag

czyli Tibor Jagielski

Sałatka ze szparagów (stary przepis krzyżacki)

jaja (6, ugotować, obrać, pokroić)
szparagi (250 gram, to samo, co wyżej, tylko najpierw  obrać)
pieczarki zebrane świeżo na polu (250 gram, podsmażyć na maśle, pokroić – u mnie pieczarki rosną na podwórku, już wyrosły – Adminka)
ogórki konserwowe (250 gram, chyba też pokroić, jak mniemam – Adminka)
pietruszki, szczypiorku, koperku do woli,
dodać sos á la byk (patrz: blog „gotuj się”, adamczewski, 2009, chyba też maj, ale nie jestem teraz pewien)
wymieszać ostrożnie, odstawić na parę godzin w chłodnym miejscu,
zaserwować, śpiewając czastuszki i strzelając hołubce;
smacznego!
tibor

A teraz informacje dodatkowe ode mnie czyli Adminki.

First things first, jak mawiają starożytni Anglicy. Rzecz pierwsza: sos.
Sos z bloga “gotuj się”, Adamczewski znalazłam na youtubie:
https://www.mojegotowanie.pl/filmy-kulinarne/gotuj-sie-piotr-adamczewski-zaprasza-na-szparagi-3
Mam nadzieję, że to ten. Pewności oczywiście nie ma. Jakby się wam nie chciało notować podczas oglądania, podaję: wrzucić pokrojone w kawałki jajko na twardo do miski, dodać grubą sól morską i dużo oliwy pierwszorzędnej jakości z pierwszego tłoczenia (czyli, jako się rzekło, first things first). Można zblendować lub zmiksować, ale panowie (panowie! toć to Herrensalat na Herrentag!) wybierają metodę pana Adamczewskiego czyli utrą te składniki ręcznie, a trzeć będą, aż uzyskają gładką masę.

Rzecz druga: Tibor.

Tibora poznałam lata temu, gdy pracowałam w redakcji Poglądu. Trudno w to uwierzyć, ale Pogląd przestał istnieć (przestał istnieć!) trzydzieści lat temu. Czas to jednak straszne hadztwo.

Rzecz trzecia: Pogląd.

Pogląd przestał istnieć trzydzieści lat temu, a my tam pracowaliśmy póki jeszcze istniał, każde z nas póty, póki nas z tej pracy nie wyrzucił redaktor naczelny i założyciel czasopisma, Edward Klimczak.

Rzecz czwarta: Edward Klimczak.

Edward Klimczak umarł 15 kwietnia 2011 roku. W roku 1988 przestał istnieć założony przez niego Pogląd. Pogląd był od roku 1983 kontynuacją Biuletynu Informacyjnego KOS czyli Komitetu Obrony Solidarności. Biuletyn Informacyjny KOS był organem Grupy Roboczej Solidarność, którą Edward Klimczak założył w Berlinie Zachodnim w dzień po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Klimczak przyjechał do Berlina w roku 1976 i pracował tu na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim jako lektor i wykładowca. Do Niemiec przyjechał w roku 1973. Studiował filologię angielską i rosyjską. Urodził się w roku 1944 w Kielcach.

Rzecz piąta: Tibor po raz drugi.

Wraz z przepisem otrzymałam od Tibora taką oto informację: przez dziesięć lat byłem na blogu adamczewskiego “gotuj sie!” (“polityka”) i zamieściłem tam ponad setkę przepisów, w tym parę moich własnych, oryginalnych.
Generalnie – Tibor pisze, ma świetne tytuły. Ostry miecz horyzontu, Metalowe oko satelity. Reszta też dobra.

Rzecz szósta: Herrentag (zwany też Vatertag czyli Dzień Ojca)

Herrentag to święto Wniebowstąpienia Jezusa (co w bezbożnych Niemczech jest dniem wolnym od pracy, a w katolickiej i świętobliwej Polsce – nie). W ten Pański Dzień czyli Herrentag panowie (Herren) po dziś dzień (Tag), pojedynczo lub grupkami, udają się do lasu na pieszą wędrówkę lub przejażdżkę wozami drabiniastymi lub innymi, często gęsto popijając z manierki przyczepionej do specjalnej okutej laski. Jedzą też zabrany na wycieczkę prowiant lub odwiedzają leśne oberże, racząc się głównie mięsem.

Niewykluczone jednak, że w czasach krzyżackich typową potrawą w Dniu Ojca była wegetariańska sałatka szparagowa.

Wielkanoc. Rytuały przejścia

Anna Dobrzyńska

DZIEŃ

A kiedy się spełni mój czas określony,

I dzień kolejny po prostu przeminie,

Wskazówki zegara się znowu spotkają,

Na znanej, zwykłej, pradawnej godzinie,

X

W jesiennym półmroku, wieczoru szarości,

Srebrny liść spadnie, kolistym swym lotem,

Na ziemię, co wkrótce do siebie go przyjmie,

I śnieżnej czapy zasnuje go złotem,

X

Odejdą w niepamięć mych dni, chwil tysiące,

Zagaszą ogień, mej świecy płomieni,

Światło się skończy, i mrok poczernieje,

Ciepły wosk w kamień, zimny się zmieni,

X

Odstąpi dzień nocy, swe jasne godziny,

Chłód na stworzenie, zimowy sen ześle,

Ucichną polany, las cisza otuli,

Zima swą mroźną, woń wokół roześle,

X

A gwiazdy na niebie, których po miliony,

Spadną z wysoka, i zimnem przeszyją,

Tak trwałe na niebie, tak kruche wśród ludzi,

Płatkami śniegu, co ziemię przykryją,

X

Trzask tafli jeziora, skrzyp śniegu pod butem,

Zadmie wiatr zimny, powietrzem swym zmrozi,

Gałęzie drzew starga, szron na nich osadzi,

Siła, potęga, żywemu wciąż grozi,

X

Z gór rzeki przeniosą, wód kroplę źródlanych,

W ocean wielki, setki mil odległy,

Z chmur nasiąkniętych, wodami spod ziemi,

W końcu deszcz spadnie, na teren rozległy,

X

I szarość się zmiesza z błękitem, zielenią,

Tak jeszcze bladą i niewybarwioną,

Z każdym dniem silniejszą, mocniejszą, barwniejszą,

Pełną odcieni, w słońcu opaloną,

X

I ziemię przebije, wiosenny pierwiosnek,

Co daje radość przez samo istnienie,

Tak ładny i skromny, tak biały i czysty,

Żyjący swym pięknem, na słońca skinienie,

X

A zza oceanu, i zza wielkiej wody,

Ptaki powrócą, do domu, do siebie,

I z słońca promieniem, lot cichy skrzyżują,

W blasku jasności, jaśnienia na niebie,

X

I pójdę w tę jasność, w bieli, czystości,

…Z Miłością mą całą, po bezkres wieczności.

 

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 3

Andrzej Stasiuk

Wielki Piątek

Tylko kościoły są otwarte. Żółte światło wychodzi przez uchylone drzwi i gaśnie za progiem. Czuwają u zwłok Żyda zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze i obłędnie lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby „się wykonało”. Księża w sutannach, biskupi na złoto i z pastorałami, baby wiejskie, lud pobożny, który cały dzień dzisiaj na klęczkach sunął po zimnych posadzkach, by całować rany z gipsu, by rozpamiętywać, sycić żałość, karmić nienawiść, oni wszyscy w tych ciemnych sukienkach, w chustkach, z torebkami, z książeczkami, w których wszystko czarno na białym zapisano, ze zmiętymi bejsbolówkami w garściach, w dzinsach, z ciut zakrytymi pępkami, na chybotliwych obcasach, w zielonkawych garniturach, w skórach czarnych, rozścielający chusteczkę, żeby żeby przyklęknąć w naftalinie, w perfumach, w niewinności, oni wszyscy musieliby dzisiaj wołać do schrypnięcia: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!” Ale im się udało. Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli im tego wybaczyć. Tak rozmyślałem, wpatrując się w czerwone światła wyprzedzających mnie aut. Każdy ma taką drogę krzyżową, na jaką zasłużył. Numer 865 na przykład. Płazów, Narol, Kadłubiska. Wielki Piątek. Powinienem skręcić do Bełżca. Gdy palono tam ciała na wolnym powietrzu, na rusztach z szyn kolejowych we wsi na szybach osiadał tłuszcz. Ale zapadła noc, więc co? Stałbym przed czarną żelazną bramą i patrzył w ciemność. Stałbym i nasłuchiwał pociągów. Wąchał powietrze. Więc jednak skręcam w lewo, na siedemnastkę. I zaraz jest Tomaszów. Na stacji Shella przed myjnią stoi sznurek aut. Chłopaki przekomarzają się z dziewczynami. Zaczyna się weekend. Jadę przez mój kraj, wypatrując kościołów, wypatrując znaków. Myślę o niej, o matce, o tym, jak szuka w radiu swojej mszy. Sama w pustym pokoju. Kręci gałką i oddziela niepotrzebne dźwięki, usuwa zgiełk i w końcu odnajduje nabożeństwo. Tak jest od lat. Dawno temu w niedzielny poranek obracała mnie przed lustrem w przedpokoju. Wystrojonego, wyprasowanego, nadąsanego. Czułem lodowaty dotyk palca z kroplą wody kwiatowej. Do kieszeni dostawałem złożoną na cztery albo osiem chusteczkę. Była sztywna i twarda od żelazka. Jak cienka deszczułka. Szło się z pół godziny. Asfaltową ulicą w cieniu starych drzew. Rodziny trzymały się razem. Potem dziciarnia odpryskiwała i zbijała się w oddzielne ruchliwe stadka. Kosciół stał na piaszczystym wzgórzu. Wchodziło się po szerokich cementowych schodach. Skromny, smukły neogotyk. Do środka mogło wejść ze sto osób. Można było poczuć, że jest się naprawdę wybranym, ale ja po prostu umierałem z nudów. A teraz chcę, by tamto powróciło, lecz wiem, że nadaremnie. Podglądam żółtawe światło pełznące z kościelnych drzwi. Wśród czarnej nocy Lubelszczyzny, czarnej nocy Wschodu z Bełżcem gdzieś na samym jej dnie, w podziemiach ciemności. Ale nie skręcam, tylko idę pomiędzy swoich, patrzeć, jak ładują do wózków, jak myją auta, jak kupują piwo w rozświetlonych pawilonach Shella, BP i Statoila. Zmieniam stacje, nasłuchując głosów ojczyzny. Całkiem jak ona w swoim pokoju. I też nastawiam Radio Maryja. Mam zaprogramowane na stałe. Wystarczy nacisnąć. Najlepiej się słucha przy bocznych drogach, tych wszystkich osiemset coś, pięćset coś, czterysta, trzysta. Jesienią i wiosną, gdy na drzewach nie ma liści. Wtedy dobrze widać domy i podwórka. Widać zakamarki. Widać to ściszone życie drugiego planu. Zaułki ludzkich dni. Schludną biedę z plastikowymi, udającymi mosiądz lampami nad wejściem. Wszystko przycięte, ułożone i wykorzystane. To tu, to tam, lalczynej wielkości. Dopilnowane resztką sił. Albo wypięte po nowemu, z tą smętną ostentacją zacierającą ślady dawnych dni. Do niczego niepodobne nowości nad nowościami. Minione pomieszane z jeszcze nienadeszłym. Druciana siatka, kury i wybetonowane grillowiska z głazów plus klinkierowy komin. Więc łapię ten Toruń i wjeżdżam głębiej w ojczyznę. Czterdzieści na godzinę i patrzę, skąd dzwonią. Stąd. Spod niskiego nieba. Zza płaskiego horyzontu dzwonią. Dzwonią z Wielkiego Piątku, gdy muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego, z krwi i kości, z naszego mięsa. Z tej samotności lechickiej dzwonią. Z tego opuszczenia. Z czeluści świata. Gdy tylko zaczyna się normalny kraj, trzycyfrowe drogi, to od razu ich włączam. Słucham człowieczych głosów. Że mają wersalkę do oddania. Niezbyt używaną, w dobrym stanie. Że są elektrykami i mogą za darmo w czymś pomóc w tej dziedzinie. Gniazdko naprawić, zajrzeć, jak gdzieś iskrzy. Że jak ktoś coś potrzebuje przewieźć, to jest furgonetka do dyspozycji popołudniami, tylko za paliwo, a jak nie, to też się obejdzie. Podaję telefon. Albo że mąż umarł, dzieci dawno odeszły, została tylko najmłodsza, ale ona bez wózka to się w ogóle nie rusza. Tylko z kuchni do pokoju, do okna z widokiem przez firankę i kwiaty, ale nie dalej, bo nie ma kto pomóc, żeby wynieść przez próg i po trzech schodkach, więc słońce przez szybę, przez okno. No to ktoś, że może przyjść raz, dwa w tygodniu i pomóc, podaję telefon. Albo że któregoś dnia przychodzi Matka Boska, zjawia się całkiem naprawdę i wtedy życie się odmienia, powracają siły i opada z ramion ciężar dni. Panie, dopomóż mojemu mężowi w zmaganiach z nałogiem. A mojej żonie dopomóż, by tak nie cierpiała w chorobie. Tego słucham. Wśród zagród uprzątniętych od drogi i zagraconych „a nuż się przyda” po zakamarkach. Niektóre podwórka zarasta trawa i widać już tylko jedną ścieżkę wydeptaną do furtki. Czasami w szybie bieleje nieruchoma twarz. Koty na parapetach wyczekują porannego słońca. Tomaszów. Opłotki.

Ciąg dalszy w Wielką Sobotę

Grób Pański w Biłgoraju

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 2

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. Wczoraj wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Wielki Czwartek

Z powieści Wschód, Czarne 2014, od strony 60

Rzeka rozlewa się spokojnie, szeroko i dziko. Srebrna i świetlista toczy się z głębi ziem, z głębi tego kraju porażonego neurozą, przeżartego histerią. Dlatego staję tu niemal zawsze, żeby popatrzeć na jej melancholijny majestat, na jej spokój, na jej przedwieczność, na jej obojętność. Wyobrażam sobie, że płynie z otchłani najdawniejszego, że przez ułamek, przez okruch czasu przetacza się tą krainą, a potem znika w oddali, w czasach, gdy już nas tutaj nie będzie. Ale nie potrafimy się od niej niczego nauczyć. Patrzymy na jej królewski spokój jak cielę na malowane wrota, jak sroka w gnat, jak szpak w pizdę i nie dociera do nas, że dostaliśmy jedynie wiórek, strużynę wieczności. Tak sobie myślę, dopóki jakiś facet nie podjedzie polonezem z przyczepką, żeby nakopać piachu, wędkarz na rowerze albo para młodych romantyków w starym golfiaku przerobionym na gaz. Wtedy ruszam dalej, w głąb kraju. Droga wciąż lgnie do rzeki. W Puławach można nowym, opustoszałym mostem przeprawić się na drugą stronę i potem przez Zwoleń i Lipsko, ale wolę trzymać się Pradoliny. Trzeba tylko minąć Kazimierz, zostawić go jak najszybciej za sobą, przejechać Opole Lubelskie i znów po prawej zjawia się rzeka. I nawet gdy jej nie widać, to i tak stojące nad nią powietrze ma inną barwę, jest cięższe i czuć mulistorybią woń sprzed tysiącleci. Szosa chwilami biegnie wypiętrzeniem i wtedy widać, jak drugi brzeg smuży się fioletowo aż po widnokrąg. Potem droga opada i wsie wciskają się między nurt a stromiznę. Niskie łąki, fasola i groch pną się po tyczkach, wielkie topole, zastoiska, butwiejące łodzie w zaroślach. jak wtedy, jak czterdzieści lat temu nad inną rzeka, we wsi na piaskach, z rybackimi kłoniami schnącymi pod okapami słomianych dachów. Ciasno plecione oczka pachniały rybą. Dotykałem ich i wydawało mi się, że lekko się kleją, ale to nie była prawda. Po prostu pamiętałem zimne, kleiste ciała płoci o czerwonych skrzelach, które leżały na kuchennym stole i czekały, aż kobiety je oskrobią i podłoga letniej kuchni pokryje się srebrzystymi płatkami lusek. Tak było. A ty mi każesz jeździć na Zachód. Jakbyś chciała mnie uwolnić od mojego własnego losu. Tak jak chcieliście się uwolnić wy wszyscy z tamtych czasów, z tamtych wiosek, z tych letnich kuchni pełnych much, łusek i rybich wnętrzności, na które cierpliwie czekały koty. Tak mówię do niej, gdy jadę przez ten kraj niewolników. Zaraz będzie Annopol i skręcę na most, żeby zobaczyć biel piaszczystych ławic, zielone brzegi i lustro wód odbijające obłoki. Tak. Wiem, że chcesz dobrze, ale ja nie mam zamiaru umykać własnemu losowi. Nie czuję pokusy, by stać się kimś innym. Wiesz, tutaj wszyscy cierpią niewolę. Wydaje im się, że są uwięzieni we własnym przeznaczeniu. Szarpią się jak zwierzyna we wnykach. Lis podobno potrafi odgryźć sobie łapę, by się uwolnić. Z nami jest tak samo. Za mostem zaraz lewo. Maruszów, Linów, Piotrowice. Wszyscy stąd umkną. Z tych wiosek, z tych miasteczek. Zostawią eternit, blachodachówkę, nietynkowaną i tynkowaną cegłę, sajding, udręczone przycinaniem krzewy i drzewa, zostawią przeszłość, pejzaż i się wymkną. Starsi w śmierć, inni do Kielc, do Warszawy, ponieważ miasto żywi się tanim mięsem. Umkną w przyszłość, która też jest mięsożerna. Jak za twojej młodości. Wędrówka ludu. Odejść ze swojej wsi, odejść ze swojego miasteczka, wyrwać się przeznaczeniu. Zostać kimś innym. Pustynia bez Mojżesza. Bez ziemi obiecanej. Widnokrąg daleki, jasny i zimny jak światło LCD. Lucyferyczny blask nad horyzontem. Zawichost. Za Winiarami długi prosty podjazd i potem widok z wysoka na wschód, na rzekę w oddali. Mógłbym tak jechać i jechać. Zmieniać płyty. Zmieniać stacje radiowe. Patrzeć, jak się rozstępuje pejzaż. Coraz głębiej w ten kraj. W jego wnętrzości. W głąb jego samotności. Teraz, gdy zaczyna się wiosna i nie ma jeszcze liści na drzewach, i to wszystko wokół jest takie nagie, takie bezbronne i takie smutne. Zanim zacznie się maj, zanim przyoblecze miłosiernie tę ziemię. Schnie błoto i czuć dym ognisk. Czuć woń gnoju ciągnącą ciepłymi powiewami znad pól. Ten dym i ten gnój wchodzą opłotkami do miast. Jak zdradziecka mgła. Na wyczyszczone, na wypolerowane, na wymyte, na wyperfumione. Jak rosa trująca się skrapla na nowym, mieniącym się niczym złota zaćma. Dlatego bydlęta będą zabite. Odprowadzone do mięsnych fabryk, skąd nie wydostaje się ani jęk, ani smród. I ugorów też nie będzie, żeby nie palić starych traw. Zamiast nich bez końca będzie rosła strzyżona i zielona. Ponieważ jesteśmy niewolnikami i żeby się uwolnić, przegryziemy własną kość niczym schwytany lis. Potem jest skrzyżowanie i zazwyczaj skręcam w lewo, droga opada, a po prawej wznosi się sandomierska skarpa z całym tym dostojeństwem i chlubą stuleci, ale teraz jadę w lewo, na wielki plac targowy, i parkuję pod płaskim barakiem z blachy. Nie mogę się oprzeć i wchodzę, ponieważ lubię patrzeć, jak moi bracia i siostry kupują. Wchodzę do tych blaszanych bud wypełnionych badziewiem i paździerzem i błądzę pośród fantomów, pośród odbić i mamień. Zaraz się gubię, bo wszystko jest podobne, nieoczywiste i pełne tego półciemnego blasku, tej oszukańczej poświaty, w której nie sposób dostrzec prawdziwych kształtów i kolorów rzeczy. Ale jestem dzielny i nie przepuszczam żadnej „galerii”, żadnemu „centrum”, jak tylko jest przy drodze, to skręcam i parkuję. Bo nie mogę oderwać od nich oczu. Od tego, jak chodzą i dotykają, jak wciągają zapach kleju, impregnatów i sztucznego kauczuku. Suną w tej światłości wiekuistej jak śnięte ryby i ja z nimi, wpatrzony, samotny i smutny. Dziecko niedoboru i reglamentacji. Syn świata antykonsumpcji. Żyliśmy jak mnisi i to było dobre. Ale teraz lubię patrzeć, jak wyklęty lud ziemi wreszcie powstaje i sięga po to, co mu się należy. Skradam się i podsłuchuję, gdy się naradzają. Mają poważne miny. Nie uśmiechają się, jakby ich to w ogóle nie cieszyło. Pchają wózki, z których się wysypuje. Zaraz będą święta. Wypada na podłogę. Zapakowane się błyszczy. Żyliśmy jak w klasztorze, pamiętasz? Święta. Zapach rumowy, zapach waniliowy. W szklanych buteleczkach przypominających fiolki z lekarstwami. Zapachy. Wypełniały dom, w którym było niewiele ponadto. Byty ledwo materialne. Ciepłe powietrze rozchodzące się z kuchni. Aura. Chłód pościeli w nieogrzanych pokojach. Światło poranka na prostych sprzętach. Tak było. Teraz też jest Wielki Tydzień i jadę przez kraj: Bircza, Przemyśl, Jarosław. Gdzieś koło Oleszyc zapada zielonkawy zmierzch. Kropi deszcz. Ciechanów. Otwieram okno, żeby poczuć ciepłe, wilgotne powietrze. Wszystko już pozamykane. I domy, i sklepy. Tylko w półcieniach, w zakamarkach, na ławkach siedzi kawalerka. Na przystankach pod daszkami po pięciu, po siedmiu w objęciach wczesnej nocy. Z piwem, z colą, z chipsami. Jak stadka ptaków, aby blisko siebie, jak wróblęta w pstrokatych trykotażach, w bejsbolówkach, w białych jak z kredy butach w tej ciemności. Królowie podkarpacko-lubelskiej nocy.

Ciąg dalszy w Wielki Piątek

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 1

i coś, czego nikt nie zauważył – tak mi się wydaje, choć doprawdy nie sugeruję tu, że przeczytałam wszystkie recenzje tej książki, a zatem że na pewno TYLKO JA zobaczyłam w niej coś innego, niż to co podają blurby i reklamówki, choć oczywiście ubrane w różne zdania i różne słowa. W skrócie Wschód to:

…niezwykły zapis podróży na Wschód – podróży we wspomnienia do obrazów z dzieciństwa spędzanego u dziadków na Podlasiu i podróży tam, skąd wyszły oddziały Czyngis-chana, tam, gdzie historia jest jak geologia i tektonika: nieunikniona, nieprzewidywalna, miażdżąca, tam, gdzie lucyferycznym blaskiem świeci nowa potęga – do Rosji, Chin i Mongolii. To próba uchwycenia cienia Wschodu, który na nas pada. Opowieść o tęsknocie, pragnieniu i strachu. I o tym, jak umyka przestrzeń, a powraca pamięć.

A tymczasem jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat.

Od razu uprzedzę – NIE przepadam za książkami Stasiuka, Biały kruk mnie wściekł swą idiotyczną pochwałą męskiej przyjaźni, tak okropnie ważnej, że ważniejszej niż jakaś tam śmierć i trup pozostawiony na skraju drogi, którą wędruje prawdziwy mężczyzna.
Babadag mnie znudził ponad wszelką dopuszczalną normę, miałam wrażenie, że to książka, która rozdmuchała na trzysta stron trzy zdania. Jechaliśmy całą noc po jakichś piachach i wertepach, nad ranem zaparkowaliśmy pod wiejskim sklepem, obudziliśmy się, napiliśmy piwa, wódki, herbaty, lemoniady i poszliśmy cmentarz…
Dojczland był niby zabawny, ale był też głupi, pusty i bezmyślny. A więc…
A tu nagle otrzymany w kilka lat po wydaniu Wschód i objawienie…

Dziś i przez następne dni zrebloguję tu opis wędrówki, jaką autor odbył podczas Wielkiego Tygodnia, jadąc od matki, z Grochowa na Wschód. Nie zapominając oczywiście, że Wielki Tydzień i Wielkanoc to w wielu językach po prostu WSCHÓD.

I jeszcze raz powtórzę: On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!


Wielka Środa z matką

Tak. Trochę jesteśmy samotni, gdy sobie siedzimy w tym porannym słońcu. To znaczy ja bardziej siedzę, a ona tylko przysiada na brzeżku i zaraz się podrywa, by zniknąć we wnętrzu domu i czegoś tam dojrzeć, coś przestawić, poprawić, przesunąć, żeby leżało tak samo jak pięć, jak dziesięć lat temu, Zawsze. Potem wraca, chwilę grzeje się w słońcu i znów idzie w cień domu, zostawiając mi jakieś niedokończone zdanie, kolejną propozycję. Ten niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. Nigdy nie mogłem usiedzieć, no ale nawet nie próbuję tego tłumaczyć. Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy- Patrzę na nią i podążam myślami w jej strony. W moje strony. Przestrzeń jest przeszłością, Nawet gdy wyjeżdżam z miasta do siebie, to nigdy siódemka jak by nakazywał rozsądek. Znosi mnie na wschód i umykam pustą i dziurawą osiemset jedynką. Miasto zaraz się kończy, z prawej jest rzeka i nawet gdy oddala się od szosy, czuć, że tam jest, w tej bagiennej pradolinie, z tysiącletnim mułem, trzcinowiskami, topolami wielkimi jak baobaby. Więc tamtędy, żeby nie widzieć gangreny trawiącej przedmieściai pobocza głównych dróg. Tej zaćmy z blachy, plastiku i kolorów jadowitych jak szerszenie. Tych „światów ogrodzeń i bram” oraz „królestw paznokcia”. Wiem, że mój kraj właśnie w ten sposób nareszcie staje się wielkim światem, wytrząsa tysiącletnią słomę z butów i nadąża za ludzkością, przyobleka się i stroi, by się przypodobać. Wiem, ale oczy krwawią od tej zagłady krajobrazu. Dlatego raczej zbaczam w poszukiwaniu resztek przedwiecznego na osiemset jedynkę, w pył i świetlisty kurz niesiony wiatrem z nadrzecznych wygonów. Co ludzkie, nieco tu próchnieje i się zapada. Silikatowa cegła, bure drewno. Czarne, białe, szare. Cierpliwie wystawione na wiatr i deszcz. Na czas, który stoi jak mgła. Dziś, jutro, pojutrze. Trzeba dopiero dokądś pojechać albo odpalić satelitę, żeby zobaczyć, jak płynie. Bo tutaj drąży tylko wewnątrz ciał, wewnątrz rzeczy, w cegle, w drewnie, drąży, aż zostanie sama powłoka. Dlatego jeśliby tylko mogli, toby stąd odeszli do tych miejsc, gdzie dni płyną jak rozmigotany nurt niosący na swym grzbiecie te wszystkie cuda, od których krwawią oczy. Tak jak ty chciałaś kiedyś odejść z kuchni pelnej much. Tak do niej mówię, jadąc osiemset jedynką na południowy wschód w głąb własnych dni. W piach, kurz i drzewny dym, do miejsca narodzin. Za Dęblinem droga przybliża się do rzeki i biegnie wysokim nasypem wału. W Borowej zjeżdżam nad wodę, a potem idę betonowym pirsem.

Ciąg dalszy jutro czyli w Wielki Czwartek