Cztery w jednej czyli Wymazane Witkowskiego

Ewa Maria Slaska

Wymazane Michała Witkowskiego to cztery powieści w jednej, całkiem byle jak ze sobą sklejone, po to by była to powieść, a nie opowiadania, bo opowiadań nikt nie czyta, jak powiedziała pani z wydawnictwa mojej siostrze, latem 2013 roku. W kilka miesięcy później Alice Munro, kobieta, która nigdy nie pisze nic innego, jak tylko opowiadania, miała dostać literacką nagrodę Nobla. No ale poniekąd to prawda, że opowiadań nikt nie czyta i pisarz musi umieć poskładać swoje dzieła mniejsze w jedno większe, co znowu nie musi być aż tak trudne, skoro powieść nie rządzi się już żadnymi prawami gatunku i można ją posklejać z byle czego, z kaczej łapy, oka muchy i skrzydła ważki, zamieszać w kotle czarownicy i już…

No więc tak to właśnie zrobił Witkowski i wydawnictwo nie mrugnęło nawet powieką muchy, wychodząc z założenia, że ważne, że to Witkowski, a nie to, że coś posklejał, a coś wymazał. Jego nazwisko jest jest tak na oko muchy pięć razy większe niż tytuł, choć ten tytuł jest akurat tym razem, po raz pierwszy od Lubiewa, naprawdę dobry. Choć może jestem niesprawiedliwa, bo w końcu Fynf und cwancyś jest jako tytuł jako żywo jako lizaczek, także udany.

A ta Miłość i śmierć na bagnach to oczywista parafraza Miłości i śmierci wśród lagun László Passutha. Ciekawe, czy tekściarz wydawnictwa Znak.Literanova to wie? Może wie, bo to jednak Znak, może nie, dziś z cytatami nigdy nic nie wiadomo. With the bees you can never tell, Cristopher Robin.

Ten Witkowski pojawia się zresztą w swojej własnej posklejanej powieści jako “ten Witkowski”, co to był w Wymazanym na wieczorze autorskim w bibliotece, czyli w obecnej dyskotece, bo biblioteki już nie ma, podobnie jak nie ma kina ani porządnej szkoły, tylko przystanek autobusowy, sklep Tesco i parking dla TIR-ów Tijuana.

Polska.Wymazane

Pierwsza powieść to owe bagna, na nich Las W Którym Rosną Same Trujaki, a obok lasu miasto Wymazane, złożone z dwóch miast, tego prawdziwego, w którym nie ma biblioteki, sklep nazywa się “Sklep”, a dyskoteka “Dyskoteka”, i tego wymazanego, które nazywa się Tijuana i jest jak z piosenek Manu Chao lub Tercetu Egzotycznego. Welcome to Tijuana, albo za tym pustym stepem miasto jest ogromne. Miasto, które bez trudu przekształca się w Argentynę lub tylko Buenos Aires albo Montevideo, gdzie grasuje przedwojenna banda żydowskich opryszków “Zwi Migdal”, sprowadzająca z Polski biedne dziewczęta żydowskie do południowoamerykańskich burdeli. Przyznaję, że gdyby nie opowieści jednego z moich autorów, niejakiego Viatora, myślałabym, że Witkowski sobie to wymyślił, podobnie jak Tijuanę na granicy polsko-litewsko-estońsko-łotewskiej i to tuż przy granicy z Konfederacją, ale okazuje się, że nie, że rzeczywiście… I że nawet sama osobiście poznałam człowieka, który napisał na ten temat doktorat, nazywa się Piotr Goldyn i zdążył się w międzyczasie habilitować…

Wymazane jest całą Polską nie B, nie C, nie D, tylko może K, L lub M, a najpewniej po prostu W jak Witkowski i jak Wymazane. To ta Polska, w której nic się nie dzieje, a i tak jest coraz gorzej, coraz beznadziejniej, coraz bardziej bez ucieczki donikąd. W tej Polsce nawet jak ktoś obok się dorabia, to i tak nic się nie zmienia, na nikogo nie skapnie ani odrobina złota, ani nawet złota pozłota, nowoczesność omija pole i zagrodę, na polu nic nie rośnie i już nigdy nie wyrośnie… To w tej Polsce W narodzili się i rozmnożyli wyborcy PiSu, aż było ich tylu, że zagarnęli wiele innych lepszych liter i osiągnęli 37,58% w wyborach, a w dwa lata później 47% w sondażach.

Prowincjonalny romans bogatej staruchy z młodzieńcem

W mieście Wymazane mieszka najpiękniejszy młody człowiek na świecie. Po prostu tak. Cud genetyczny. Najpiękniejszy. Sama znałam kiedyś takiego, był kolegą mojego syna z klasy, i w przeciwieństwie do biednego Damiana Pięknego z biednego miasteczka w biednej prowincji biednej Polski, najpiękniejszy młody człowiek na świecie, którego znałam w Berlinie, był jeszcze na dodatek zdolny, miły i bogaty.

Druga powieść należy do znanego gatunku “macronizmy wiecznie żywe” i jest opowieścią o romansie i małżeństwie pięknego Damiana Pięknego z “bogatą złą panią”, prowadzącą – jak w pigułce – wszystkie najbrudniejsze interesy wolnej Polski. Pani jest o 40 lat starsza od naszego bohatera, ma ksywkę Alexis, bo jest wredna jak jej pierwowzorka z serialu, choruje na raka i umiera, a piękny Damian Piękny marzy o tym, żeby wypuścić na wolność wszystkie lisy z jej wstrętnej zasranej lisim gównem lisiej farmy, wypuścić do Lasu W Którym Rosną Same Trujaki… Po śmierci żony Damian będzie jednym ze stu najbogatszych ludzi w Polsce…

Babcia

Trzecia powieść, to już w ogóle nie powieść, tylko seria opowiadań babci bohatera o jej młodości, o szkole, tęsknotach nastolatek z lat 30, wojnie, nędzy, komunie…

Alexis

I wreszcie powieść czwarta, historia Alexis, życie cwaniaczki z bazaru Rożyckiego i królowej praskiej Dintojry.

Wszystkie te powieści są dobrze napisane, każda w odmiennym stylu, każda trochę jak pastisz, a to ze Stojowskiego, a to z Tyrmanda. Najlepsza jest jednak Polska.Wymazane czyli powieść o Polsce W,  Polsce,  w której jak mucha tse tse z padliny, wylągł się PiS, choć słowo PiS nigdzie nie pada. Wymazane wyabstrahowane, oczyszczone z dodatków w postaci nierealnego i wymyślonego romansu, babci i Alexis, to surrealistyczny a przenikliwy opis tego, jak na naszych oczach świat zmieniał się w rozpacz. W związku z tym recenzent(ka) donosi uprzejmie, że Witkowski, dotychczas zdolny pisarz obyczajowy średniego pokolenia, stał się właśnie ostrym pisarzem politycznym, którego powieść bezwzględnie należy przeczytać, a autora zapamiętać, bo może pójdzie siedzieć, a może dostanie Nobla, a może jedno i drugie.


Zacytuję więc na zakończenie fragment z powieści Polska.Wymazane, bo po co mam pisać własnymi słowami, skoro autor sam to napisał doskonale:

Następna stacja na mojej drodze to był bar o wdzięcznej nazwie BAR. Ostatnia speluna w miasteczku. Kiedyś było ich więcej, ale teraz żule wolą kupić piwo w Tesco, a jeszcze lepiej wino w Dino (…). Na parterze starej, przedwojennej kamienicy, która się tu jakimś cudem uchowała i stoi jak fragment czegoś, co nie istnieje, bo zostało wymazane, lecz nie dokładnie, świeci i mruga jedna litera R. Wchodzi się od bramy. Jeśli nieopatrznie wszedłeś do środka, bucha ci w twarz zapach nawet nie tyle alkoholu, co barszczu w proszku podgrzewanego w plastikowym kubeczku w mikrofalówce, z wygiętym plastikowym mieszadełkiem, pierogów z mikrofalówki, kawy rozpuszczalnej w plastiku, hot dogów z mikrofalówki. Czas tego miejsca też jest jakiś tańszy, odmierzany przez plastikowy zegar z napisem Tchibo pokazujący niemal zawsze godzinę trzecią. Kwiatki w białych, plastikowych doniczkach też są tańsze, plastikowe i zakurzone, i na pewno co najmniej raz były w mikrofalówce. Czy chcesz, czy nie, jeśli byłeś na tyle nieostrożny, żeby coś zamówić, musisz w trakcie konsumpcji oglądać na dużym, plazmowym telewizorze Klan czy inny serial tak miałki i płaski, jak danie z mikrofalówki dokumentnie wygotowane i pozbawione jakichkolwiek przypraw. Nie da się tego nie widzieć, bo obraz przyciąga wzrok, a głupie dialogi atakują uszy.

Za barem stoi pani Aldona, ludzki rzęch. Jej twarz jest bezwstydnie pozbawiona jakichkolwiek złudzeń – porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie! Jej oczy otoczone niebieskimi rzęsami patrzą na ciebie tak trzeźwo, że pozostaje ci tylko siąść w kącie i wszystkie swoje plany uznać za kompletnie szalone iluzje. Pod wpływem tego wzroku od razu stawało się jasne, że nie zostanę nigdy żadną, nawet najmniejszą i najgłupszą gwiazdą, że nie potrafię śpiewać, że w ogóle najlepiej iść od razu poszukać sobie jakiejś pracy w stylu mycie kibli w Tesco, cała reszta to iluzje, zużyte i z seckend handu.

400 tysięcy

Autorka twierdzi, że w Niemczech mieszka i pracuje 400 tysięcy opiekunek ludzi starych i chorych. Jestem pewna, że jest ich znacznie więcej, bo zawsze na jedną osobę zatrudnioną legalnie przypada co najmniej jedna osoba pracująca “na czarno”… Łucja jest jedną z tych, które od lat pracują “na biało”. I jedną z nielicznych, które tę pracę potrafiły opisać. Publikowałam tu już zarówno wiersze Łucji, jak i fragmenty dwóch jej poprzednich książek. Dziś trzecia. Właśnie się ukazała.

Łucja Fice

Po drugiej stronie trotuaru gmach ratusza. To tu właśnie powinien stać pomnik opiekunki, bo to właśnie w tym kraju pracuje ich ponad czterysta tysięcy (dane z niemieckiej prasy). Dalej, wzdłuż całej ulicy, rozciągały się małe studia odzieżowe. Odzież wisiała na ulicznych wieszakach. Po prawej stronie olbrzymi budynek, w którym znajdowało się Centrum Handlowe Kaufhof. Zjadłyśmy z Ewelin smaczny obiad, zamówiłyśmy jeszcze lody i ciastka, po których ciężko było wstać. Rachunek wyniósł trzydzieści pięć euro.
– Ewelin, to duża kasa – odezwałam się nieśmiało. – Może ja sama będę gotowała, to zaoszczędzisz?
– Moja droga Gabi! Stać mnie na to – usłyszałam.
– Gabi! Dam ci dziesięć euro na wodę, colę czy cokolwiek. Zdążyłam pomyśleć: Nie! Co za rozrzutność! Pożegnałyśmy się cmoknięciem w oba policzki. Ewelin pojechała do domu opieki, gdzie przebywał jej chory mąż, a ja znalazłam się w mrowisku ludzi i śmiałam się słońcu w twarz, a ono upijało mnie swymi wiosennymi promykami.
Spacerowałam szerokim trotuarem, zapominając, że jestem na kontrakcie, że w ogóle pracuję. Świat jawił się jak bajka. Przyglądałam się wystawom, a do niektórych sklepów zaglądałam. Słuchałam tego brzęczenia miasta. Czułam się, jakbym zagrała w ruletkę i wygrała milion dolarów. Myśli trzymałam z daleka od chorób, starości, śmierci. Czułam tę lekkość, która napawa radością. Nie chciałam wracać do czarno-białego życia, do ciemnych pokoi, w których niewidoczne wycelowane zatrute strzały odbierały życie podopiecznym. Analizowałam swoje dotychczasowe życie – doświadczyłam wszystkiego. Miałam malutkie mieszkanie na poddaszu, w którym przez lata czekałam na nowe. Na emigracji wynajmowałam sutereny z wilgocią, bez okien, gdzie w ścianach były dziury. Pracowałam też w pałacyku jako opiekunka bogatego człowieka. Zaliczyłam europejskie muzea i zwiedziłam wiele atrakcyjnych miejsc w Europie. Czego nie dotknęłam? Gdzie nie byłam? – te myśli zaprzątały mój umysł. Czy mogę mieć do kogoś pretensje? Nie! Bo przecież sama kreśliłam wektor mojego życia. Życie jak fikcja z filmu, a ten cały materializm, to chyba tylko moja wyobraźnia – zakończyłam ten myślowy dialog ze sobą.
Uwielbiam przemierzać miasto wzdłuż i wszerz. Spacerowałam tego dnia całymi godzinami. Byłam wolna i szczęśliwa, choć czułam brzemię bólu, cierpienia, starości podopiecznych, o których akurat rozmyślałam. Kiedy ponownie przechodziłam obok ratusza, w którym pracują władze tego miasta, myślałam o podejmowanych tam decyzjach, które odmieniają losy Augsburga. Miasto lśni czystością i żyje według wskazówek płynących z tego pięknego gmachu. Wyobrażałam sobie, jak dobre decyzje tam się rodzą. Idąc dalej, obserwowałam szyldy banków, napisy na butikach mieszczących się w secesyjnych, odnowionych, kolorowych, czystych kamienicach. Przechodząc obok banku, wyobrażałam sobie faceta, który w dobrze skrojonym garniturze podejmuje z kasy milion euro, jedzie na jakąś azjatycką wyspę i tam się urządza. Kto ma mieć kasę w Europie, jak nie Niemiec?

Cena: 38,00 zł
Data wydania: 30 września 2017
Ilość stron: 392
ISBN 978-83-8011-013-7

Blurb na okładce głosi:

Za kryształowym lustrem to trzecia część trylogii o opiekunkach pracujących w Europie po 2004 roku. Wspomnienia te nie mają służyć gromadzeniu faktów i ciekawostek, lecz mają pomóc zrozumieniu problemów, jakie niosą ze sobą wyjazdy “na saksy” do Niemiec w celu opiekowania się starszymi ludźmi w ich domach. Powieść przepełniają różne emocje, które mogą u niejednego czytelnika wywołać przerażenie, zdziwienie lub niepokój, ale taka jest praca opiekunki i taka jest starość. Książka nie jest ostrzeżeniem, próbą edukowania, czy sięganiem po sprawdzone tematy – jest raczej połączeniem realizmu i duchowych problemów bohaterki wynikających z tęsknoty za domem i rodziną. Wizje ze snów przepojone przeczuciami nieuniknionych wydarzeń dają wyraz innego postrzegania świata. Przeczucia Gabrysi stają się początkiem poszukiwań odpowiedzi na pytania: Kim jesteśmy? Jaki cel ma życie? Czy jesteśmy uwięzionym gdzieś umysłem, a sny odkrywają nam rąbka tajemnicy z innego poziomu rzeczywistości? Gabrysię interesuje fenomen świadomości we wszystkich jej przejawach. Ta synkretyczna powieść ma również przemawiać cierpieniem tych, którzy odchodzą, których dni są policzone.

Dwie poprzednie powieści to Przeznaczenie oraz Wyspa starców. We wszystkich częściach autorka w przejmujący sposób ukazuje tęsknotę Polek za domem i rodziną. Napisać o pracy opiekunki i nie poprzestać na tragizmie – wszechobecnej starości, cierpieniu i śmierci – nie jest łatwo. Dzięki przenikliwości i poczuciu humoru głównej bohaterki udaje się jednak uniknąć patosu, a stworzyć fascynującą obyczajową panoramę, pełną złożonych psychologicznie postaci.

W lustrze

Widzę niebieską barwę mego odbicia
Stoję w kręgu słonecznej żółci
Kręgi rzucają cień na niebieski diadem motyla
Otaczający głowę
P
lama się wzbija w górę
Czuję się rozżarzonym jądrem
Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice czegoś
Nie do wypowiedzenia
Staję się wolną od myślenia przestrzenią
Jestem tylko świetlną mgiełką
Miriady tych mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku
Jestem
zamknięta w wieczności
Czuję ból
Chcę go uśmierzyć
Myślę o Bogu
Skupiam się na diademie motyla
Widzę ognistą materię
Jezioro błyszczącej magmy
Jednak nie ślepnę
Rozumiem bez zdziwienia i wątpliwości
Jestem z kimś połączona
Nie jestem już materią zmęczonego człowieka
Jestem przestrzenią w przestrzeni
Myślenie jest przestrzenią a przestrzeń myślą
Nie widzę już lustra
Nie boję się
Choć spogląda na mnie duże czerwone oko
Jestem na jawie we własnej cielesnej powłoce
Nie mam już diademu motyla
Czy żyję naprawdę?
To pytanie mi nie wystarcza
Może sen to powołanie do życia w innym wymiarze
A może? Co dzień z rana wpadam do materii jak kamyk do rzeki?
A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś
Kto wrzawą dnia puka do mego umysłu
Żyjesz?

Szopa w salonie 11

Łukasz Szopa

Pokojowy luddysta

Szósta piętnaście. Od tego roku zegar codzienności trochę się nam zmienił: syn zmienił szkołę, ma dalej, wychodzi na autobus o siódmej rano, a wspólne rodzinne, przynajmniej półgodzinne śniadanie – nadal jest świętą tradycją.

Więc zaczynam od kawy. I tym samym od efektywnego obudzenia reszty rodziny. Nie, nie jakimś głośno i piskliwie zwijącym się automatem do kawy jak niemiecki Krupps, włoskie Saecco czy polski Zelmer – a młynkiem. Nie, nie elektrycznym jaki mieli jeszcze moi rodzice w latach osiemdziesiątych, a takim ręcznym, kupionym na pchlim targu w Berlinie. Czekając na zagotowanie kawy zmywam resztki z talerzy i kubków po wczoraj.

Następny problem, to poszukiwanie dzbanka na kawę. Gdyż o ile ja pomywam zawsze ręcznie, to moja partnerka używa do tego zmywarki. Którą ja w sumie bojkotuję. Właśnie ta zmywarka jest chyba najczęstszym przedmiotem związkowych kłótni: „Jak jeszcze nie pomyłeś od pół dnia, jak zawsze twierdzisz, to mogłeś włożyć choćby do zmywarki!“, „Gdzie jest znowu ten obieracz do ziemniaków, pewnie od dni tkwi w twojej zmywarce!…“, „Ooo, znowu ta twoja zmywarka domaga się uwagi – piszczy już piąty raz“, „To twoje zmywanie jest strasznie nieekologiczne, pomyślałeś o tym kiedyś, tyle gorącej wody!…“ i tak dalej.

Jak często w moich tekstach muszę się do czegoś przyznać. Po pierwsze, że jestem pokojowym luddys. A po drugie, że nie zawsze konsekwentnym, nie zawsze się da.

Luddyści – byli to robotnicy w XIX wieku, którzy walczyli z postępującą mechanizacją – odbierającą im miejsca pracy i poziom płacy. Walczyli niszcząc brutalnie fabryczne maszyny.

Ja jestem, jak wspomniałem, luddys, który przemoc i zniszczenie odrzuca. Po prostu staram się bojkotować wszelkie maszynki napędzane nie własną siłą – czyli prądem lub paliwem.

Wiadomo, tak całkiem się nie da. Jak już wspomniałem, wodę zagotowałem w elektycznym czajniku, a nie rozpalając pośrodku kuchni palenisko by jak Clint Eastwood zagrzać wodę w kociołku. I, tak, jeżdżąc między Berlinem a Włosieniem, który jest wioską w Polsce, korzystam głównie z samochodu (wyprawa rowerowa w tym roku nie wypaliła). Ale na przykład odkurzacza w obu mieszkaniach używam coraz rzadziej, podłogi z desek to naprawdę „postęp“ w porównaniu z wykładzinami w mieszkaniu moich rodziców, gdy byłem dzieckiem i musiałem codziennie odkurzyć cztery pokoje. Dobra miotła i potem przetarcie gorącą wodą dają dużo lepsze efekty. Z kolei w odróżnieniu od wojny w sprawie zmywarki, z pralki automatycznej korzystamy na bazie równouprawnienia – zarówno ją napełniając, jak i opróżniając. Tu przynajmniej, gdyż podobnie jak ręczne pomywanie lubię wieszanie mokrej odzieży, udało się uniknąć suszarki prania. Unikam jednak w stu procentach takich „wynalazków“ jak elektryczna maszynka do golenia, suszarka do włosów, elektryczna szczotka do zębów, wibrator, mikser kuchenny (nawet ziemniaki do placków obieram ręcznie – jeśli uda mi się odnaleźć wspomniany obieracz!). Wolę rower i własne nogi od metra czy autobusów. Zdarza mi się za to nadal użyć toastera i gdy chcę posłuchać muzyki, to nie proszę córki, by zagrała na gitarze, lecz jednak korzystam z odtwarzacza CD. No i gdy przyszło nam kopać dwanaście metrów rowu do kanalizacji, głębokiego na 1,5 metra, to nie oponowałem, gdy sąsiad zaoferował pomoc kolegi z koparką. Z kolei po tym jak wysiadła po latach niezbędna do wysokiej trawy kosiarka widłowa – postanowiłem na wiosnę poprosić innego sąsiada o kurs… koszenia kosą! Za samochodu, jak wspomniałem – korzystam, jednak bez nawigacji (włączam ją jedynie, by się z dziećmi pośmiać z efektów jak „ona mnie nie-rozumie“, gdy w podróży radio nie łapie nic oprócz stacji państwowych czy Radia Ma-Ryja, które wszystkie bojkotuję – ale to już inny bojkot). Lepsza mapa i zagadywanie ludzi na wsiach, gdzie jechać. Główna funkcja mojego staromodnego telefonu to… własnie telefonowanie (czyli jednak nie komunikuję się na odległość, krzycząc z balkonu w kierunku Friedrichshainu! Choć, kto wie, może i to byłoby dobre?) Na wsi, oprócz dwóch pieców (typowego i elektrycznego), mamy z kolei dwie lodówki: elektryczną, ale i „piwniczną“.

Powoli więc, powoli jest jakiś POSTĘP. Coraz więcej rzeczy robię ręcznie, maszynki staram się omijać, bojkotować, lecz nie niszczyć (przynajmniej nie z premedytacją – bo ww. defekt kosiarki to w sumie moja wina). I naprawdę, zupa o której wiem, że każda jarzynka została pokrojona własnoręcznie – smakuje lepiej! Nie wspominając o zapachu świeżo zmielonej kawy z młynkowej szufladki…

(A że ten tekst, podobnie jak podobny w niemieckim piśmie „der Freitag“ https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/bin-ich-ein-gewaltfreier-luddit pisałem na komputerze, a nie ręcznie, by wysłać go pocztą kurierską do Ewy Marii – o tym proszę zapomnijcie…)

OMG! (Reblogs)

But also: thank you, God! – they were only 150 tousands and not 7 millions, what was previously announced!

Notes from Poland

Poles have last saturday been gathering along their borders holding rosaries in order to ‘surround the country with prayer’ and appeal to God ‘to save Poland and the world’. (Initially the stated aim was to protect from ‘Islamisation’, although that aspect has since been downplayed. More detail here: goo.gl/QWFyXu.)

Wprost

Sukces akcji „Różaniec do granic”. Cała Polska modliła się o pokój.

W ramach inicjatywy „Różaniec do granic”, w sobotę 7 października w 320 kościołach na terenie 22 diecezji na obrzeżach kraju ludzie modlili się o pokój dla Polski i całego świata. W wydarzeniu wzięły setki osób. Do akcji dołączyli również politycy. Polska granica liczy 3,5 tys. kilometrów, więc liczyliśmy, że potrzeba milion – półtora miliona ludzi żeby rzeczywiście otoczyć ten kraj dosłownie modlitwą – tłumaczył Maciej Bodasiński z Fundacji Solo Dios Basta (Bóg i nic więcej), która organizowała wydarzenie.

Zula na twitterze

Ja na miejscu. W Kodniu. Mnóstwo ludzi a jest bardzo wcześnie

Sylwester na twitterze

Siekierki nad Odrą

Found on Koalicja Białych Róż


On Facebook by Anna Alboth


And we… virtually and really on the other side of the border

We do not protest against God. We do not protest again prayer and also a rosary prayer. But we do protest against pushing our country back in to the darkness age of not knowing, not thinking and not loving, where the rules of democracy are replaced by prayer and obedience and politic becomes a faith.

And we protest against Poland’s heartless politic against refugees!!!! Yes, I know… Oficially nobody says anymore, rosary on the boarder was protest against Islam, Muslims or refugees. But it was the primary intention and it exists unoficially all the time.

And we protest!

Foto – Anna Alboth

Anna Alboth on facebook:

Today I feel like praying. Praying to some god to protect Poland from protecting Poland.  Yes. Because otherways they will protect us and then… OMG!

Kommentar von Mehmet Daimagüler:

“Ok, liebe Polen, Euer Land wurde dreimal geteilt, von drei Mächten: dem orthodoxen Russland, dem protestantischen Preußen und den katholischen Habsburgern. Alles Christen. Nach dem polnischen Novemberaufstand von 1830/1831 gegen die Herrschaft der Zaren nahm hingegen das Osmanische Reich zahlreiche polnische Emigranten auf. Noch heute leben Nachfahren dieser Flüchtlinge in dem Ort Polonezköy (“Polendorf”) bei Istanbul. Im Zweiten Weltkrieg versuchten Nazi-Deutschland und Stalin Polen auszulöschen. Nach dem Krieg blieb das Land 40 Jahre unter der Knute der UdSSR. Und heute fürchtet Ihr Euch davor, dass Muslime Polen zerstören könnten?”

Die Welt:

An Polens Grenzen haben sich am Samstag mindestens 150.000 Katholiken für ein Rosenkranzgebet getroffen. Nach Angaben der Warschauer Stiftung Solo Dios Basta (zu Deutsch: Gott allein genügt) waren 4000 Orte in die Aktion „Rosenkranz an der Grenze“ involviert. Gebetet wurde nach Angaben der Stiftung für die „Rettung Polens und der Welt“.

Von Gegnern wurde die Aktion als islamophob verurteilt. Sie sahen das Massengebet wegen verschiedener Äußerungen von Teilnehmern und Geistlichen als explizit gegen Muslime gerichtet.

Zu dieser Einschätzung hatte unter anderem Krakaus Erzbischof Marek Jedraszewski beigetragen, der sagte, die westlichen Nationen müssten zu ihren christlichen Wurzeln zurückkehren, „damit Europa Europa bleibt“. Eine Teilnehmerin der Aktion sagte zur Nachrichtenagentur AP: „Der Islam will Europa zerstören und uns vom Christentum abkehren.“

ksiądz Wojciech Lemański auf dem twitter

Znamy z niedalekiej przecież historii wiece masowego poparcia dla ludzi, których dziś chcielibyśmy zapomnieć. Wypełnione place, tłumy wzdłuż ulic. Po dzisiejszym dniu do tamtych obrazów historia dołączy zdjęcia setek tysięcy Polaków modlących się na plażach, lotniskach, ulicach, wzdłuż granic. Co ich wyprowadziło z ich kościołów, kapliczek przydrożnych, z ich katedr i bazylik? Czyżby jakaś zaraza, nawałnica, horda zbrojna zagrażała ich domom, warsztatom pracy, szkołom czy przedszkolom? Zapytajcie tych ludzi, po co poszli na te granice. Poszli przyzywać Imienia bożego, wzywać orędownictwa Matki Jezusa przeciw… uchodźcom, szukającym pomocy, schronienia, dachu nad głową. Gdy papież Franciszek poprosił o przygotowanie w ich parafiach domu dla jednej choćby rodziny uchodźców – udawali że nie słyszą. Gdy ostatnio prosił, by modlili się za tych biednych ludzi, to w katolickiej Polsce można było te rozmodlone kościoły policzyć na palcach. A dziś, jak Polska długa i szeroka idą z różańcem w ręku pokazać światu – ile jest warta wiara Polaków. Ale przyjdzie dzień. I powiedzą w ów dzień – Panie, Panie, czyż nie modliliśmy się na różańcu z naszymi księżmi, z naszymi biskupami na granicach? A Pan im odpowie – Idźcie przecz, bo byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie. I będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Che

Z przyczyn rocznicowych dzisiejszy poniedziałek z tekstem o Baratarii został przeniesiony na piątek 13  i połączył się z wypisem o świecie podręcznych

Zbigniew Milewicz

Zamordowano go dokładnie 50 lat temu. Mojego Che, który był idolem kontestującej młodzieży lat 60 w Polsce. Jego portret do dziś wisi na poczesnym miejscu na ścianie mojego tyskiego mieszkania; w dzisiejszej Polsce Che Guevara, na równi ze Stalinem i Leninem jest wykluczony z publicznej prezentacji, ponieważ był komunistą i za nią można zostać pociągniętym do odpowiedzialności prawnej. Ale ponieważ blog Ewy Marii Slaskiej ukazuje się na berlińskiej stronie internetowej, “odważam” się przytoczyć, co polska Wikipedia pisze o Che, chociaż z zakończeniem tej informacji kompletnie się nie zgadzam, ponieważ On był człowiekiem prawym. Paradoks tej relacji polega na tym, że Che – komunista był idolem m. in. polskiej młodzieży, co istniejący, komunistyczny ustrój próbowała naprawić, a dzisiaj, kiedy udało się go przeflancować na kapitalistyczny, w którym nadal rządzą stare układy, jest wrogiem. A więc cytuję:

Che Guevara, właśc. Ernesto Rafael Guevara de la Serna, pseudonim Fernando Sacamuelas (ur. 14 czerwca 1928 w Rosario, zm. 9 października 1967 w La Higuera) – latynoamerykański rewolucjonista, pisarz, z zawodu lekarz.

Urodził się w Argentynie. W latach 50 jeden z przywódców rewolucji kubańskiej. Po jej sukcesie wstąpił w skład rewolucyjnego rządu. W 1965 roku brał udział w walkach partyzanckich w Kongu. Od 1966 roku organizował oddziały partyzanckie w Boliwii. Tam został schwytany i zabity. Jako ideolog i pisarz stworzył własną oryginalną wersję wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Jego poglądy określa się mianem guevaryzmu. Przeszedł do historii jako idol zrewoltowanej młodzieży. Odpowiedzialny za liczne egzekucje, tortury i uwięzienia.


PS. od adminki. Autor poprosił, bym wstawiła do wpisu jakiś portret Che. Pomyślałam, że poszukam polskich memów. Che, jak każda postać, która zapisała się na trwałe w annałach popkultury, jest tematem wielu memów i oczywiście nie myliłam się, sądząc, że znajdę również polskie. Te pro…

… i te kontra (nota bene oba – i te pro i te kontra na tym samym portalu, który zasadniczo jest przeciw):

Ze świata podręcznych 4

Ewa Maria Slaska

Ewa i Zosia się bronią

Berlin, rok 2009

W dzień po włamaniu spotykam się z mieszkańcami domu w obecności adwokata z instytucji broniącej praw mieszkańców. Musiałam się zapisać do tej instytucji, składka będzie wynosiła około 10 euro miesięcznie. Adwokat nawet nie reaguje na moją opowieść, podczas gdy mówię, ukradkiem pod stołem sprawdza pocztę w telefonie. Nie robi notatek, nie wygłosi komentarza. Gdy skończę, wyjdzie z kawiarni mówiąc, że jak będzie coś miał dla mnie, to się zgłosi. Nigdy się nie zgłosi, a jego obecność przy stole kosztowała mnie w miesięcznych ratach 120 euro. Próbowałam się wypisać, ale niech prawo zawsze prawo znaczy, jak się zapisałam, to muszę być przez rok i nie mogę wypisać się od razu czyli z rocznym wyprzedzeniem. Muszę pamiętać, by to zrobić w czwartym miesiącu przed upływem terminu. Jeśli zapomnę, członkostwo przedłuży się automatycznie.

Korzyść ze spotkania nie jest związana z jakąkolwiek instytucją. Sąsiedzi pomagają mi ustalić tożsamość sprawcy. Tak jak sądziłam, jest narkomanem i mieszka u nas w oficynie, w tym naszym popadającym w ruinę domu, z którego nowy właściciel chce nas wszystkich wyrzucić. Czyli włamywacz mówił prawdę, gdy twierdził, że przysłał go właściciel.

Zgłaszamy na policji imię, nazwisko i adres włamywacza. Jeden z sąsiadów dzwoni na policję, gdy widzi światło w jego oknie. Policja przyjeżdża, zabiera go na przesłuchanie i wieczorem wypuszcza. Nie ma podstaw do zatrzymania. Następnego dnia przywiozą go do mnie, żeby mnie… przeprosił.

Mieszkamy więc sobie w jednym domu, włamywacz na górze a ja na dole. Wynoszę się i odtąd przez trzy miesiące, póki nie wyprowadzę się z tego domu na dobre, będę wieczorami wędrowała z koszulą nocną i kosmetyczką od znajomych do znajomych. On mieszka tam, dopóki na podwórko nie wjadą maszyny budowlane. Czyli on na mnie napadł, ale to ja się tułam.

Próbuję dodzwonić się do instytucji opiekującej się ofiarami przemocy. Zawsze włącza się sekretarka i zawsze słyszę to samo: proszę zostawić wiadomość, niezwłocznie oddzwonimy. Nigdy nie oddzwonili.

Nie chce mi się wierzyć, że nic nikogo nie obchodzi. Idę do adwokatki, polecanej jako osoba specjalizująca się w prowadzeniu spraw, w których stroną pokrzywdzoną jest kobieta. Zapłacę jej za pierwszą wizytę 80 euro, za drugą – nic. Więcej wizyt nie będzie. Podczas pierwszego spotkania mówię, że nie widzę powodu, żeby skarżyć włamywacza – chcę skarżyć właściciela domu i policję. Podczas drugiego spotkania adwokatka powie mi, że nie podejmie się tej sprawy i jak chcę, to przecież jestem dziennikarką, mogę napisać o tym, co się stało.

Ale i z tego bezsensownego wydatku jest pewna korzyść – adwokatka daje mi protokoły policyjne. Stąd wiem, że policja mi nie wierzyła i że zarejestrowali sprawę jako włamanie dopiero wtedy, kiedy – o tak! – “ujęli sprawcę”, o tym, że to my, mieszkańcy naszej kamienicy, go zidentyfikowaliśmy i że policja tylko przyjechała na gotowe, ani słowa.

Nikt nie opublikował mojego artykułu. Napisałam o tym na blogu, bardziej po to, żebym  nie musiała już o tym opowiadać, niż żeby coś uzyskać, bo co zresztą miałabym uzyskać? To właściciel kamienicy uzyskał, co chciał, bo trzech miesiącach wszyscy lokatorzy opuścili dom.

***
M., rok 2017

Dziś w w budynku mieszkalnym, który jest jeszcze sprzed wojny, a w którym znajduje się  mieszkanie mojej matki (i to jest mój rodzinny dom) pozawieszałam kartki z informacją, o tym co się stało. Tu mieszkają starzy ludzie i jeśli czegoś nie wiedzą to powstają plotki. Zatem swoją sytuację opisałam wprost. Mama oburzona, uważa że my kobiety powinnyśmy się wstydzić mówić o tym, zwłaszcza, że to przecież rodzina, mój bratanek a jej wnuk.

Z protokołów przesłuchań wynika również, że Mama Zosi nigdzie nie przyznała, że wnuk ją napastował, jeśli w ogóle, to skarżyła się, że był pijany, używał wulgarnego  słownictwa i zachowywał się agresywnie.

Niestety, nurtuje mnie myśl, że moja sprawa, tak jak Twoja, może mieć drugie dno. Dlatego idzie nam tak trudno. Wydaje mi się czasem, że nasz oprawca ma układ z policją. Co jest powodem tego ” wyjątkowego” traktowania naszych zawiadomień. W sądzie toczy się sprawa o eksmisje i tu są dalsze kuriozalne wydarzenia. (…)

Służby twierdzą, że nie mają narzędzi aby nam pomóc. Istnieje zatem szereg możliwości, aby chronić sprawcę przemocy a ofiarę przemocy domowej podawać w świetle prawa i przed sądem wtórnej przemocy, wiktymizacja. Oswajamy to słowo.

Przesłuchanie. To, co się Zosi udaje, to uzyskanie pomocy ze strony Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia i tak też czyli z Niebieską Kartą będzie prowadzona jej sprawa. Zosia żąda odszkodowania 2000 złotych na rzecz Stowarzyszenia. Ale z przesłuchania wynika też zdziwienie, bo dowiaduje się, że jeśli ofiara zdołała nagrać akt przemocy, to te dowody będą powodem komplikacji w ocenie wiarygodności. Nagrania stwarzają pole do prowokacji. Porządnym dowodem, nazwijmy to tak, są ślady pobicia, ale jeśli sprawca wiedział, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, to co wtedy? A inne rodzaje znęcania, również takie, z którymi zetknęłam się i ja w areszcie, i Zosia w mieszkaniu matki – na przykład nie dopuszczanie do toalety?

Przesłuchań będzie zresztą kilka. Maglowanie tego wszystkiego na nowo, napisze mi Zosia, jest bardzo deprymujące, odbywa się to w atmosferze ciągłego udowadniania, że to ja mówię prawdę. Bo przecież mogłam sprowokować sprawcę przemocy do przemocy… Podczas jednego z przesłuchań zostanie zapytana, dlaczego jej matka nie schowała nożyczek, którymi groził jej sprawca? Zosia odwraca to pytanie: A dlaczegóż w swoim domu mam chować nożyczki?

To ciągłe wracanie do tamtego wydarzenia buduje we mnie emocje bardzo negatywnie wpływające na mój organizm. Przez sen plącze się wciąż tamta napaść i nawet nie mam świadomości, że to się dzieje. Budzę się rano z napięciem mięśni, budzi mnie strach odczuwany przez sen.

Jej matka nadal mieszka ze sprawcą w jednym mieszkaniu, boi się więc wszystkiego co robi i mówi Zosia, bo to może sprowokować sprawcę. Zosia też się boi. Chodzę do matki gdy nie ma bratanka. Myślę sobie, że to nie jest wyjście, unikanie bratanka bandyty. To mój rodzinny dom i mieszka tam moja matka. Bratanek kryminalista nic nie płaci za używanie a ja mam mu schodzić z drogi, aby był spokój? Dlaczego się nad tym zastanawiam? bo słyszę o wspólnej przestrzeni tego mieszkania i wielu prawach tego człowieka w moim własnym domu. Słyszę w prokuraturze rejonowej składając zeznania i w komendzie policji o tzw. prowokacji do przemocy.

Zastanawiam się, jak można w takiej sytuacji nie prowokować sprawcy, skoro już samą moją obecnością czuje się on dostatecznie sprowokowany do przemocy. Co mam zrobić, gdy matka mi mów, że on jest taki biedny i w zasadzie teraz jej nie zaczepia, bo gdy ona czuje, że “wnuczek” (41 lat mający) przyjdzie pijany, to ona schodzi mu z drogi i kładzie się do łóżka, bo z łóżka jej nie wyciągnie i nie wyrzuci przez okno. Ale boi się tego, że on ją popchnie na podłogę i wtedy ona się połamie. Zatem czy to jest przemoc czy nie? Czy matka odpowiednio się zachowuje, schodząc z linii strzału i nie prowokuje sprawcy ???? bo przecież to jest jej normalne życie. A on był wielokrotnie karany i od 10 lat jest pod opieką kuratora.

Możnaby powiedzieć, wyprowadzić sprawcę z mieszkania, które jest “przestrzenią przemocy”, ale idzie to powoli i, jak to gdzieś określiła Zosia, “okazuje się, że meldunek ma większą siłę niż przemoc”. Możnaby powiedzieć resocjalizacja czyli co na to kurator? Na wniosek kolejnych kuratorów sprawca kilkakrotnie odbywał karę więzienia, po czym wracał do tego samego miejsca, społecznego i fizycznego, z którego szedł za kratki. Czyli od lat wiadomo, co się dzieje i nic się nie zmienia. Możnaby powiedzieć – rodzina, ale kto, skoro ojciec prowadzi biznes w Niemczech, matka (prawniczka!) mieszka w odległym mieście, a oboje nie poczuwają się do odpowiedzialności za syna? Zapewne nie muszą…

Co gorsza, istnieje w społeczeństwie jakieś ukryte przyzwolenie dla przemocy, jakieś nie zauważanie, gdy dzieje się na naszych oczach lub, gdy możemy się jej domyślać. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Sąsiad na dole, ubek, o którym wszyscy wiedzieli, że ubek, pił i bił swoją żonę i dzieci. Bił je strasznie, krzyczały, uciekały… Nie przypominam, sobie ani jednej interwencji milicji w naszym domu, nie pamiętam też, by ktokolwiek od nas zszedł na dół i spróbował zatrzymać przemoc lub przynajmniej udzielił schronienia sąsiadce i jej dzieciom.

Bo, napisze Zosia, nie dość, że umiemy zawsze wytłumaczyć sprawcę, a robią to zarówno instytucje, jak sąsiedzi i same ofiary, ale jeszcze za tłumaczeniem sprawcy przemocy idzie szereg uprawnień przemocowych, które, paradoksalnie, wzmacniają go w przekonaniu, że jest bezkarny.

Tylko, pyta Zosia, skąd wziąć pomysł na to, jak obronić się przed agresją i przemocą? A jeśli ja mam z tym problem to jaką szansę na to ma moja mama 88 letnia staruszka nie wychodząca z domu ?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast, M. to miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…? Warto o tym pisać, trzeba o tym mówić. Wczoraj powiedziałam o tym w lokalnym radio. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż to zadziała. Nie mam obiekcji przed naruszeniem tzw.wizerunku sprawcy przemocy domowej. Nie obchodzą mnie jego problemy, resocjalizacja w moim domu po 17 latach dobiegła końca i sprawa przemocy w tej rodzinie musi się zakończyć.

Demokracja to cenna rzecz, która wymaga nieustannej troski. A sprawy w M. gdzieś tam z boku świata. My w M. żyjemy wolniej,  wszędzie trwa wariactwo. Jesteśmy jak po zamachu stanu.  A przecież sądy trzeba zmuszać do przestrzegania praw. Mnie się zdarzyło zetknąć z absurdem w sądzie obecnym. A kolejne będą jeszcze gorsze. To, co będzie dalej, pokazuje jak mamy ciągle dużo do zdobienia.  I nie wiem czy uda się nam naprawić to wszystko. Mamy taki piękny kraj …

Zosia ma moc, nie wiem, skąd ją ma, ale ma. Zofia podejmuje działania, nagłaśnia sprawę, chodzi i pisze, zadaje pytania. A potem pisze do mnie:

Ewo, podjęłam decyzję, wezmę udział w wyborach do samorządu. Zgodnie z zasadą “nasze bezpieczeństwo to nasza sprawa”.
💚
Ucałowania trzymaj kciuki za mnie

O tak, trzymajmy kciuki za Zosię. Ratujmy kobiety. Ratujmy nas same, bo nikt nam w tym nie pomoże. Nasze bezpieczeństwo to (niestety) tylko nasza sprawa.

Ze śpiewnika patriotycznego

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski / Muzyka & wokal Andrzej Klukowski

Ojczyzno

1. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

Między Moskwą a Brukselą jest Warszawa
W której żyją ludu sorty wrogie dwa
Jedni nie chcą dyktatury Jarosława
Drugim dyktatura jego „pasie, Gra”

2. Rządy PiS-u wiodą naród do upadku
Wiodą suwerena nad przepaści skraj
Dobry Boże nie zasypiaj, daj im mądrość
A nam siłę i odwagę ojcze daj.

Byśmy mogli swą Ojczyznę uratować
Od faszyzmu, dyktatury, krwawych dni
Byśmy mogli suwerenność swą zachować
Byśmy nadal w wolnym kraju mogli żyć.

3. Mały poseł wraz ze świtą mu poddaną
Niszczy wszystko co się demokracją zwie
Najpierw TK, teraz sądów niezawisłość
Czego ten szaleniec od rodaków chce.

Nie pozwólmy na kolejne zniewolenie
Rozsiewanie nienawiści pośród nas
Nie pozwólmy aby przyszłe pokolenie
Otrzymało w spadku utracony czas.

4. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

BROM – Berlin 20.07.2017

Andrzej Klukowski

Tekst. Muzyka. Wykonanie: Autor

Macron i inni

Ewa Maria Slaska

Isabelle Huppert i Kevin Azaïs

Jakiś  czas temu Krystyna Koziewicz, poruszona zalewem nienawistnych komentarzy na temat młodego prezydenta Francji i jego o ponad 20 lat starszej żony, opublikowała TU wpis o tym, jak zakochał się w niej młody chłopak, kolega jej syna. Ukuliśmy wtedy, wspólnie z Czytelnikami i komentatorami na Facebooku, termin makronizmy. Makronizmy czyli historie o miłości chłopców czy młodych mężczyzn do starszej od siebie kobiety.

Sugerowałam wówczas, że być może wszyscy (albo przynajmniej wielu z nas) znamy podobne sytuacje z własnego życia, tylko najzwyczajniej w świecie nie chcemy się do tego przyznać.

No i proszę, w kilka tygodni później na ekrany kin w Niemczech wchodzi kolejna historia z cyklu “makronizmy wiecznie żywe” z Isabelle Huppert w roli głównej.

Film składa się z dwóch wątków, miłości i powrotu gwiazdy piosenki na scenę po 30 latach. Mam nadzieję, że nie popsuję Wam przyjemności obejrzenia tego filmu w kinach, jeśli zdradzę, że o ile wątek “powrotu gwiazdy” jest nader nieprzekonujący, to wątek miłosny jest jak najbardziej przekonujący. Każdy, młody i stary, mężczyzna, kobieta i dziecko, jest w stanie zakochać się kobiecie po sześćdziesiątce jeżeli wygląda ona tak jak Isabelle Huppert w tym filmie…

Ach!

Film, jak to francuskie filmy “na wakacje”, jest bajką i nie można go brać zbyt poważnie, ale latem, nawet jeśli pada, bardzo jest dobrze przez dwie godziny zapomnieć o sobie, o świecie, o Polsce…

Reżyseria Bavo Defurne
Producent Yves Verbraeken
Scenariusz Bavo Defurne
Yves Verbraeken
Jacques Boon
Występują Isabelle Huppert
Kévin Azaïs
Johan Leysen
Muzyka Pink Martini
Premiera
  • 24 sierpnia 2016 (Angoulême)
  • 21 grudnia 2016 (France)
Produkcja Francja, Belgia, Luksemburg
Język Francuski

W sobotę Berlinie / Samstag in Berlin

R.D.

Hallo.

Am Samstag war ich mit dem Fahrrad unterwegs und bin auf einen Karnevalumzug gestoßen (auch Christopher Street Day genannt).

Einige Berliner sind so arm, dass sie sich keine Kleidung leisten können, geschweige den Verkleidung. Arme Leute.

Ich habe nicht viele Fotos gemacht, weil es gewaltig regnete.

Schade, nach dem Umzug findet dann immer „Sodom und Gomorra“ im benachbartem Wald.

r.

<!––>

Hallo.

W sobotę jadąc rowerem trafiłem na karnawałowy pochód (nazywany także  Christopher Street Day).

Niektórzy z berlińczyków są tak biedni, że nie stać ich na ubranie, nie mówiąc o przebraniu. Biedni ludzie.

Nie wykonałem zbyt wiele zdjęć, gdyż zaczęło mocno padać.

Szkoda, po pochodzie, w pobliskim lasku ma miejsce zawsze „Sodoma i Gomora”.

r.

Chalo.

Am samstag war iś mit dem farad unterwegs und bin auf ajnen karnewalumzug gesztosen (auch Kristofer Strit Dej genant).

Ajnige berliner sind so arm, das sie siś kajne klajdung lajsten kenen, geszfajge den ferklajdung. Arme lojte.

Iś chabe niśt file fotos gemacht, weil es gewaltiś regnete.

Szade, nach dem umzug findet dan imer „sodom und gomora“ im benachbartem wald.

r.

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de AlmodovarCosta de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…