Orient powszedni: przerwa w podróży

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Stało się nieuniknione. Przyjaciółka odeszła. Zasnęła na zawsze we wtorek przed południem w hospicyjnej sali, trzymana za rękę. Wczoraj odprowadziliśmy ją na miejsce wiecznego odpoczynku. W głowie kłębi się Viatorce i Viatorowi tyle myśli, że nie sposób przywoływać chwil uroczego wytchnienia z kwietniowo-majowej podróży. Trzeba zrobić postój. Przerwę. I pomyśleć. Powspominać. Bo jak nie my, to kto? Celebryci, kabotyni i egocentrycy sami zadbają o rozgłos. Prawdziwy Człowiek o to nie zabiega. My zadbamy, by o Nim pamiętano. Bo jak nie my…

Viatorka

Wracają wspomnienia. Pierwsze spotkanie 18 lat temu: późniejsza Przyjaciółka przyprowadza do klasy szkolnej swojego małego jeszcze, niepełnosprawnego intelektualnie syna, ubranego w czerwone rajtuzki. Jak zwykle, są spóźnieni… Wielu będzie Przyjaciółce robić z tego powodu zarzuty, że zawsze się spóźnia. Ale dlaczego tak się działo wtedy? Rozmawiałyśmy o tym po latach. Po prostu – Przyjaciółka codziennie rano musiała stoczyć ze swym dzieckiem „walkę” – żeby się umył, załatwił, coś zjadł i ubrał się, ale przede wszystkim, aby został w szkole bez niej – bo z powodu swych lęków był od niej całkowicie uzależniony, nie potrafił bez niej funkcjonować, a nawet istnieć.

Te „walki” toczyła Przyjaciółka ze swoim synem przez wiele lat, właściwie aż do końca, i to dzięki nim dziś samodzielnie porusza się on po mieście (choć ciągle poczucie bezpieczeństwa daje mu tylko kontakt telefoniczny, kiedyś z Matką, teraz z siostrą), jest aktorem grupy teatralnej, potrafi zaopiekować się swoim siostrzeńcem, czyta i pisze, mógłby się zapewne w przyszłości nawet całkowicie usamodzielnić… Niestety, dwie urzędowe osoby kierujące placówkami powołanymi do pomocy takim ludziom (paradoks: jedną z tych placówek Przyjaciółka współtworzyła) wpędziły go w takie kłopoty, że może on nawet pójść do więzienia. Przy jego zaburzeniach bardzo trudno go bronić, jest trudny, uparty, często irytujący, ciągle wpada na głupie pomysły i zdarza się mu robić rzeczy „niezgodne z zasadami współżycia społecznego”. Od ponad roku pozbawiony jest specjalistycznego instytucjonalnego wsparcia, a teraz jeszcze stracił najważniejszą dla siebie Osobę…

Ale powróćmy do wspomnień… Był 2005 rok, trwała walka o powstanie ośrodka dla osób niepełnosprawnych. Razem z Przyjaciółką tak bardzo chciała Viatorka stworzyć miejsce, w którym wszyscy potrzebujący i ich bliscy znajdą wsparcie. Przyjaciółka biegała po sponsorach, przekonywała władze, organizowała wolontariuszy do remontu i porządków. Zajmowało jej to tyle czasu, że ludzie myśleli, że jest zatrudniona na etacie. Bo kto by tak społecznie i całkowicie bezinteresownie poświęcał tyle wysiłku dla idei?

No i udało się, powstał nie jeden, ale aż trzy takie ośrodki, z których dziś jednocześnie może korzystać 100 osób: niepełnosprawnych intelektualnie, chorych psychicznie, niesprawnych ruchowo i starszych.

Potem Przyjaciółka organizowała świetlice środowiskowe i artystyczne, półkolonie, wycieczki, imprezy integracyjne, hipoterapię, zajęcia na basenie… Przez kilkanaście lat wspierała też ubogich i cierpiących, biorąc udział w zbiórkach żywności czy wspomagając powstanie i działalność hospicjum. Zawsze społecznie i zawsze bezinteresownie.

Nosiła ze sobą aż trzy telefony: jeden dla syna i pozostałych dzieci, drugi prywatny dla innych osób i trzeci dla potrzebujących. A one bez przerwy dzwoniły, nie można było z Przyjaciółką spokojnie porozmawiać. Na każde zawołanie, na każdą potrzebę szybko wsiadała do samochodu i spieszyła z pomocą.

Zawsze podkreślała, że kocha to, co robi… KIEDY ZNAJDOWAŁA NA TO WSZYSTKO CZAS I SIŁĘ?

Przecież sama tak wiele w życiu przeżyła. Wychowała czwórkę dzieci, w tym niepełnosprawnego syna, a przez ostatnie dziewięć lat wspierała swą córkę w samotnym wychowaniu jej autystycznego dziecka. Osiem lat temu straciła ukochanego męża w tragicznym wypadku w zakładzie pracy, potem sama miała wypadek i stała się niepełnosprawna. No i w końcu ta straszna choroba, która zabrała ją w takim cierpieniu i tak młodo… Miała tylko 59 lat.

A Ona mimo wszystko zawsze była sobą, zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Nie kalkulowała, nie bała się, że komuś się narazi i potem będzie miała kłopoty. Walczyła o prawa słabszych i pokrzywdzonych, ale też o swoje dziecko. Niestety, kiedy zachorowała i zabrakło Jej sił, przyszedł czas, że ta Jej niezłomność obróciła się przeciwko Niej i jej synowi. Spotęgowało to Jej cierpienie…

Prawie półtora roku temu, gdy dopiero co zdiagnozowano u Niej chorobę, dwie osoby sprawujące ważne funkcje urzędowe złożyły w Prokuraturze przeciwko Niej pozwy. Pierwszy zabolał ją chyba najbardziej – wniosek o zmianę opiekuna prawnego dla Jej syna. Bo jakoby nie ma z Nią kontaktu, podobno ma postawę roszczeniową, a nawet obojętną i od początku nie dało się z Nią współpracować. Z Nią, która poświęciła życie nie tylko swojemu dziecku, ale też innym niepełnosprawnym. Z Nią, która nawet będąc w szpitalu setki kilometrów od domu, odpowiadała na wszelkie pisma. Z Nią, z którą wszyscy inni jakoś świetnie potrafili współpracować, tylko nie owe dwie urzędniczki… Prokuratura na szczęście ten wniosek oddaliła.

Ale pozostałych dwóch już nie. Po ponad roku, miesiąc przed odejściem Przyjaciółki, syn odebrał akt oskarżenia. Tydzień przed Jej śmiercią odbyła się pierwsza rozprawa przed sądem karnym. Czekała na nią z niepokojem, nie mogła już w niej uczestniczyć.

Zarzuty przeciwko Jej synowi: znieważył słownie kierownika i pracowników placówki. Absurd! Specjalistyczna placówka, powołana do pomocy i ochrony, stawia swojego podopiecznego upośledzonego umysłowo, całkowicie ubezwłasnowolnionego, przed sądem karnym za zachowania wynikające z wprost z jego zaburzeń. Uderzył koleżankę, zastraszał i wyzywał kolegę… Viatorka zajmuje się tą sprawą od roku i ma swoje zdanie – takie zarzuty nigdy nie powinny powstać, wszystkim tym problemom placówka mogła i powinna była zapobiec. Tylko jak to wytłumaczyć komuś, kto nie zajmuje się tematem? Do tego trzeba godzin, a nikt nie chce słuchać…

Odchodziła więc Przyjaciółka pogrążona w lęku o przyszłość syna. Z obawami o przyszłość swych dzieci mierzą się wszyscy rodzice osób niepełnosprawnych intelektualnie. Ale kto umiera ze świadomością, że ich dziecko może trafić do więzienia, gdzie na pewno sobie nie poradzi, nie przeżyje zapewne nawet kilku dni? Absurdalne i niesprawiedliwe. Ironia losu: gdyby Przyjaciółka nie przyczyniła się do powstania tej placówki i nie powierzyła jej swojego dziecka, może byłoby inaczej? A Ona już nie mogła niczego zrobić, tylko wierzyć, że gdy Jej zabraknie, przyjaciele nie pozostawią syna bez pomocy. Ale czy przyjaciele dadzą radę z bezduszną machiną…

I jeszcze kilka obrazków…

Lata temu: Przyjaciółka pełna energii, uśmiechnięta, a wokół niej mnóstwo ludzi, którym pomaga. Ciągle dzwoniące telefony, niezamykające się drzwi od Jej mieszkania. Doceniana przez władze, uczestniczy w różnych ważnych gremiach.

Ostatnie półtora roku: bezdennie smutne oczy i wielkie cierpienie, lęk o syna. I garstka przyjaciół, których można policzyć na palcach jednej ręki. Nieliczni, ale wierni – trwają przy Niej do końca. Nikt poza nimi nie reaguje, kiedy urzędnicy robią z Niej człowieka nieodpowiedzialnego, roszczeniowego, niemal pieniacza.

A po śmierci? Piękne artykuły w gazecie, reportaż w telewizji, kondolencje składane nawet przez tych, którzy z ostatniego roku Jej życia zrobili piekło. Na pogrzebie znowu tłumy, takie jak kiedyś, kiedy działała i była pomocna. I piękna pogoda, świeciło słońce. To było poniekąd oczywiste – zawsze śmiałyśmy się, że kiedy Przyjaciółka jest na jakiejś imprezie, to na pewno pogoda dopisze. Ludzie się wzruszali, mówili miłe słowa, wspominali.

Tylko czy jutro pomogą osieroconemu, niepełnosprawnemu człowiekowi, który znalazł się na równi pochyłej i ustrzegą go przed wpadnięciem w kolejne tarapaty?

Nadzieja umiera ostatnia…

Viator

W ogrodzie Wędrowca rośnie czereśnia. Wczesna: owocuje zawsze pod koniec maja. W tym roku zaczęła owocować, gdy rozpoczął się pobyt Przyjaciółki w hospicjum. Owoce skończyły się, gdy… no, słowem – skończyły się nagle i za szybko, choć wiadomo było, że się skończą. Ale zjadły je okoliczne dzieciaki i szpaki. Ni Viator, ni Viatorka nie mieli czasu skosztować choćby jednej czeresienki. Apetyt na czereśnie rzecz ważna. Ale są ważniejsze.

Przyglądał się Pielgrzym żałobnikom na pogrzebie. Było ich wielu – to fakt – ale powinno być kilka razy tyle. I, jako rasowy pesymista, czyli realista, tak myśli sobie Wędrowiec i takoż rzecze: Dziatki moje, zaprawdę powiadam wam! Jeśli chcecie dobro czynić na tym łez padole, róbcie to dla samej przyjemności czynienia dobrze. I tylko dla niej. Powiadam wam, wtedy nie zawiedziecie się, ani rozczarujecie! Na wdzięczność nie czekajcie, bo się nie doczekacie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie doczekacie się.

Co dodać? Przyjaciółka już zażywa wywczasu Wielkiej Ciszy. Po stokroć Jej się należał! My wędrujemy dalej. Wiadomo dokąd. Bo też, w gruncie rzeczy, o czym innym, jeśli nie o Tamtej Stronie, medytują Viator z Viatorką podczas swej podróży po bezdrożach Orientu powszedniego? Zresztą, czy są inne tematy warte medytacji? Za tydzień ciąg dalszy. Zapraszamy.

Orient powszedni I

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Długa majówka w tym roku przyjęła dla Viatora postać bardzo długiej kwietniówko-
majówki. Tak wyszło. Grzech nie wykorzystać. Toteż wyruszył Viator z Viatorką na wielką rajzę. Miała być turystyczna, okazała się poniekąd mistyczna.
Viator oszczędziłby Czytelnikom katowania sprawozdaniem ze zwykłej przejażdżki, nawet arcyciekawej. Ale to nie była zwykła przejażdżka. Mogła być, gdyby Pielgrzym rozsądnie zostawił mózg i serce w domu. Niestety, zabrał je ze sobą, a taki ekwipunek powoduje, iż Wędrowiec niechybnie wplątuje się w jakieś kłopoty. Tak stało się i tym razem: relaksująca w założeniu wycieczka okazała się po trosze pielgrzymką ku Niebieskiej Jeruzalem, a po trosze wyprawą do Jądra Ciemności. Peregrynacją zygzakiem snującą się między baśnią i banałem, metempsychozą i buractwem, metafizycznymi ciarkami i dreszczem obrzydzenia. Podróżą po Oriencie powszednim. Tam, gdzie Jakub zmaga się z Aniołem, a człowiek człowieka pałką na śmierć zatłucze i na popiół spali.
Więc jednak zaryzykuje Viator małe itinerarium w odcinkach, by podzielić się swymi obserwacjami – chyba warto.
Lecz najbardziej mistyczny i ezoteryczny okazał się fakt, iż Viatorka zgodziła się towarzyszyć Wędrowcowi nie tylko w samej podróży, ale i, pierwszy raz, w jej opisywaniu. Po krótkiej naradzie stanęło na tym: najpierw Pielgrzym, z odcinka na odcinek, opowie o swych doznaniach, a potem Viatorka doda własny punkt widzenia.
I uwierzcie: Viator sam płonie z ciekawości, cóż tam znajdzie, w tym spojrzeniu z innej perspektywy. Miejmy nadzieję, iż Czytelnicy też poczują się usatysfakcjonowani lekturą takiego dwugłosu. Do dzieła przeto!

Dla mieszkańca Łużyc tak zwana Ściana Wschodnia to koniec świata i głębokie kresy.
Po prostu – egzotyczny Orient. Godzien odkrycia.
Odkrywanie rozpoczęło się w Lublinie. Najpierw była konferencja biografistyczna, na
której Viator opowiadał (okazało się w świetle późniejszych odkryć, że chyba jak na ironię wybrał ten temat) o grupie ludzi, którzy, połączeni wielkim celem, potrafili zgodnie współpracować mimo dzielących ich różnic, czasem bardzo istotnych, bo światopoglądowych. Sam opowiadał Viator, z uwagą słuchał wystąpień innych prelegentów. A przez okno wciąż widział wznoszącą się niedaleczko, ot, po drugiej stronie ulicy, ekspresjonistyczno-dantejską Bramę Piekieł, czyli Pomnik Walki i Męczeństwa. To już piąta lubelska konferencja, w której uczestniczył Wędrowiec, ale, jak dotąd, nie było okazji, aby przejść na drugą stronę ulicy i odwiedzić (bo przecież nie: zwiedzić) to miejsce. Tym razem się udało. Czas musiał się znaleźć.
Każdy z nas odwiedził niejedno takie miejsce, obejrzał sporo filmów, przeczytał ileś tam książek. Każdy z nas ma już za sobą etap emocjonalnego szoku, niedowierzania, rozważań pod tytułem: Jak to w ogóle było możliwe, w dwudziestym wieku, w środku cywilizowanej Europy, zakończonych konstatacją, że owszem, było możliwe i już. Viator też tak ma, toteż wizyta w Konzetrationslager Majdanek nie poruszyła w nim jakoś szczególnie silnych emocji. Raczej pobudziła do myślenia.
Już na samym początku, przechodząc przez Sektor SS, czyli miejsce, gdzie odbywały
się selekcje, podzielił się Pielgrzym z Viatorką refleksją o tym, że korzeniem zła jest moment, gdy ktoś uznaje, iż ma prawo decydować o życiu drugiego człowieka, robić mu różne selekcje. Tutaj się zaczyna. Nie zawsze prowadzi to aż do komory gazowej (która w
Majdanku znajduje się właśnie w sąsiedztwie Sektora SS), ale nigdy nie wiedzie ku dobremu. Dokąd zaś zawiedzie, zależy już tylko od szeregu okoliczności. Kto sobie prawo władzy nad innym uzurpował, zależnie od tych okoliczności, może zostanie tylko autorytarną mendą, zatruwającą życie swojej rodzinie, a może stanie się zbrodniarzem z załogi Majdanka. Mentalnie jest już od momentu uzurpacji gotowy na jedno i drugie. Okoliczności, moi drodzy, okoliczności!
Idą Viator z Viatorką terenem łagru. Sami, bo tacy już z nich mizantropi. Kolejne spostrzeżenia. Do pasa drutów kolczastych przy zachodnim krańcu obozu przylegają bezpośrednio działki. Z jednej strony baraki, z drugiej uroczo kwitnące jabłonki, wypielęgnowane kwiatuszki, milutkie altanki. Banalny kontrast, jako środek artystyczny zgrany i nic nie wnoszący. Ale pobudza do refleksji: to, co się tutaj, i w tylu innych miejscach stało, nikogo w gruncie rzeczy nie obchodzi. I chyba nigdy szczególnie nie obchodziło. Życie toczy się, jakby nigdy nic. Zamordowani, odarci z godności, pozbawieni do końca życia poczucia bezpieczeństwa i szczęścia nie doczekali tak naprawdę sprawiedliwości czy jakiejkolwiek rekompensaty. Sprawcy w zdecydowanej większości nie zostali, jak zwykle zresztą, ukarani. Owszem, pomniki stoją, uroczystości rocznicowe czasem się odbędą. Ale jaka to pociecha dla ofiar? Świat trwa, jabłonki kwitną, nikt nie pamięta. I znów, jak przed laty, zaczyna grzmieć marszowy krok… ale stop! O nim za chwilę.
Krematorium. Tysiące tysięcy spopielonych zwłok. Powtarzano te liczby tak często, że
spowszedniały. Nikogo nie obchodzą. I znowu brzmi krok marszowy… Momencik! Zaraz!
Prawie nikogo te prochy nie obchodzą. Gawron czy inny jakiś czarnowron z uporem grzebie w ziemi tuż obok złowrogiego budynku. Viator nie ma wątpliwości: to dusza męża i ojca, poczerniała z rozpaczy, wcieliła się w ptaszysko i szuka, uparcie acz bezowocnie, szczątków swej żony i dziatek, z którymi brutalnie i nieodwołalnie rozdzielona została tutaj, na Majdanku.


Może te szczątki znajdują się po sąsiedzku, w Mauzoleum? To jedyne miejsce, gdzie
Viatorem naprawdę szarpnęły emocje. Znał budowlę doskonale od dawna, z wielu fotografii. Ale wyobrażał sobie, iż prochy są tutaj zabetonowane, zakryte. Tymczasem pod kopułą, w murowanej otwartej niecce leży kopiec. Ziemia, prochy i kawałki kości. I dobrze, tak ma być!



Akurat przechodzi wycieczka. Przewodniczka tłumaczy, iż szczątki po spaleniu mielono, mieszano z ludzkimi odchodami i nawożono nimi okoliczne pola. Również tam, gdzie teraz znajdują się idylliczne działki, oglądane przez Viatorostwo. Dodaje, że Muzeum chciało nabyć ten teren i odpowiednio upamiętnić, ale napotkano opór. Bo przecież kogo to
w końcu obchodzi?
Korzystając z okazji, pyta Viator Przewodniczkę: Skąd się wzięły te sarenki? Jakie sarenki?
O te, tam! Bo rzeczywiście, na rozległym polu obozowym, otoczonym ze wszystkich
stron drutami kolczastymi, pasie się stadko saren. Fotografia może kiepsko to oddaje, ale
uwierzcie: w centralnej części zdjęcia, lekko po prawej, widać lustra, czyli jasne pupy
zwierząt.


Wygląda to tak, jakby Muzeum utrzymywało stadko, aby wyjadało trawę. Ale nie,
Przewodniczka zaprzecza. Sarny musiały tu przyjść z pobliskiego lasu. Tylko jak one
pokonały ogrodzenie z drutu kolczastego?
Ten niezwykły widok uruchamia w głowie Viatora ciąg asocjacji. I nic już nie zagłuszy
huku marszowego kroku. Nadchodzą. Piękni, młodzi, energiczni. Serca gorejące miłością
Ojczyzny, schludne fryzury, eleganckie koszule zapięte pod samą szyją. Solidne, okute
obuwie. Na rękach opaski z jakimś bzdurnym symbolem. Chłopcy oenerowcy, czy jak im
tam. Minęły lata, a oni znowu idą. Jakby nigdy nic. Pewnych ludzi żadne majdanki świata nie otrzeźwią. Jasne, tacy natchnieni patrioci z ogolonymi łbami maszerują w różnych krajach. Jednak Viatora najbardziej obchodzą nasi, polscy. Za nich mu najbardziej wstyd. I za to, że znowu mogą tak bezkarnie maszerować po ulicach, chorągwie po kościołach i katedrach rozwijać, a nawet na Jasną Górę pielgrzymować. Swoją drogą: chyba niekoniecznie ich wizyta spodobała się gospodyni, czyli skromnej Żydówce z Nazaretu. Ale kogo to obchodzi?
No i co się Viator czepia? Ojczyzny nie kocha? Polakiem się nie czuje? Czuje się, jak
najbardziej! Tylko wie, że jeśli ktoś jest bardziej Polakiem (Niemcem, Uzbekiem, Tajem,
Urugwajczykiem, Algierczykiem, Koreańczykiem, Bantu – do wyboru) niż człowiekiem, to
istnieje ryzyko, iż prędzej czy później może się to skończyć jakimś nowym Majdankiem.
Kwestia okoliczności.
Lecz skąd takie orientalnobarokowe skojarzenia? Sarenki i marsz narodowców? Bob
Fosse winien. Przecież znacie: Tomorrow Belongs to Me. Tam też zaczęło się od młodych
serduszek płonących czystą miłością do Ojczyzny i od jelonka, co przez cichy las mknie…
A co akurat widnieje na opasce – hakenkreuz, krzyż celtycki czy też inna falanga – to doprawdy okoliczność, sztafaż, rzecz trzeciorzędna.
Posłuchajcie. I do zobaczenia za tydzień, na szlaku.

Viatorka

No tak, Viator tradycyjnie postawił Viatorkę w sytuacji co najmniej niezręcznej. Choć
doskonale zdawał sobie sprawę, że to jej debiut, szczególnie postarał się, aby jego własny
tekst był elokwentny i napisany barwnym, żeby nie powiedzieć, kwiecistym językiem, po czym dał Viatorce swój tekst na 5 minut przed terminem wysłania. No i jak w tej sytuacji biedna, prosta Viatorka ma się odnaleźć… No, ale spróbujmy!!! Choć na początek będzie krótko.

Dla Viatorki ostatni rok był okropny, zmienił jej podejście do świata i ludzi, a nawet
odbił się na jej zdrowiu. Zdarzyło się wiele złych rzeczy, zawiodła się na kilku bliskich
ludziach, bezsilnie musiała obserwować cierpienie i wielką niesprawiedliwość, jaka spotkała jej przyjaciółkę. Dlatego ten wyjazd kwietniowo-majowy był dla niej dosłownie „ratunkiem”, żeby nie zwariować, dzięki niemu mogła się wziąć w garść i nabrać sił do tego, aby wrócić i zrobić co w jej mocy, żeby pomóc cierpiącej, odchodzącej kobiecie i matce, a potem móc normalnie żyć własnym życiem. Mimo, że podróż zaczęła się w miejscu, które powinno budzić grozę…

Po konferencji, na której też wygłosiła swój referat, odwiedziła Viatorka Majdanek.
Zobaczyła baraki, komorę gazową, tysiące butów, Mauzoleum… Obserwowała
zwiedzających, często bardziej zajętych swoimi smartfonami, niż historią opowiadaną przez przewodniczki. Patrzyła na ogródki, gdzie ludzie relaksowali się na prochach zamordowanych więźniów. I ze zdumieniem stwierdziła Viatorka, że nie wywołuje to w niej wcale oburzenia, a właściwie to jej to nawet nie dziwi. I wcale nie próbuje tego Viatorka rozpatrywać w kategoriach „okoliczności”, które mogą spowodować, że w sprzyjających warunkach taka zbrodnia może się powtórzyć. Bo zbrodnie odbywają się cały czas, ludzie bezkarnie robią innym z życia piekło, często nie sposób się przed tym obronić i nikogo to nie obchodzi…
Okoliczności mogą spowodować jedynie, że ten proceder zyska status oficjalny, stanie się
bardziej dosłowny i hurtowy. I tak cały czas myśli Viatorki wracały do jej przyjaciółki. I
refleksji, jak to jest możliwe, że w czasach pokoju, w demokratycznym kraju, dwie osoby
sprawujące ważne funkcje urzędowe mogą bezkarnie zadręczyć kobietę, która całe swoje
życie poświęciła na pomoc innym… Od półtora roku, czyli od momentu, gdy zachorowała na nieuleczalną chorobę, nękały ją i jej syna, aż doprowadziły do sytuacji, że ten upośledzony umysłowo człowiek za tydzień stanie przed sądem karnym. A ta kobieta o pięknej duszy umiera właśnie w strasznym bólu i z wielkim, wszechogarniającym lękiem o przyszłość swojego dorosłego, ale bezbronnego dziecka. I nikogo to nie obchodzi, nikt nie chce nawet słuchać o jej historii. To przynajmniej Wy posłuchajcie.

Barataria 64: przewrotna teza Kaczmarskiego

Ewa Maria Slaska

Gdy tydzień temu szukałam dla Was gwiezdnej Wyspy Marzeń, którą w operze Masseneta Don Kichot przed śmiercią ofiarował Sancho Pansie, zauważyłam taką oto piosenkę:

Don Kichot z Manczy, jak się snadnie
Przekona ten, co rusza głową,
Nie umiał się zestarzeć ładnie.
Nie chciał spierniczeć sielankowo.

Tylko – gdy pierwszy promień słońca
Z nad horyzontu się wynurzał,
Don Kichot gapił się bez końca
Na wiatrak, który stał na wzgórzu.

I żal było mu, że już nie czas
By dawne boje toczyć.
Że brak w piersiach tchu, by jeszcze raz
Na Rosynanta skoczyć.

I hiszpański wiatr, gorący wiatr
Nie zagra mu bolera.
I nie będzie bard, wędrowny bard
Opiewał bohatera.

Ech, zagrać by znów jedną z tych scen,
Jak dawniej kopie kruszyć.
I nasiekać łbów, na wiatrak ten
Na Rosynancie ruszyć,

Bić w te skrzydła dwa, te skrzydła, co
Bezczelnie w niebo sterczą
I wciąż się zda, wciąż ci się zda,
Że śmieją się szyderczo,

I wciąż raz po raz dwóch skrzydeł skrzyp
Odmierza mknący rączo
Czas – okrutny czas,
Niełaskaw dla rycerzy, co się kończą.

Przesłanie:

Wielka jest Twoja menażeria,
Lecz proszę, dojrzyj nas o Panie,
Gdy nam już po donkiszoteriach,
Przyjdzie spierniczeć i skapcanieć.

Spraw wtedy, boś Ty mądry sternik,
By nas nie trzęsła szajba taka,
By mógł spokojnie każdy piernik,
Obok swojego przejść wiatraka

(Gdy słucha się tej piosenki teraz, po śmierci Młynarskiego, wydaje się, że może artysta napisał ją w przeczuciu własnej śmierci, ale nie, to stara piosenka – nagrana w roku 1971. Na marginesie dodam, że balladę tę wykonywał na koncertach Michał Bajor, ale nigdy jej nie nagrał.)

A potem jeszcze i to (Opole rok 1981 i wspomnienie Czerwca 1956)

Don Kichot, słowa, śpiew: Maciej Rzepka

***

Ci dwaj może mniej znani, ale teraz dwie piosenki Jacka Kaczmarskiego, o Don Kichocie i o Cervantesie. I tu jest jednak i nasza Wyspa… Bo Sancho się nadziejami łudzi, że będzie rządził wyspą całą, bo rządzić modnie. Ta teza budzi wątpliwości Don Kichota, pyta więc sam siebie: po co mam sługę ze snu budzić, by z pragnień tworzył ideały, a z ideałów zbrodnie?

Czoło mi stary garnek studzi,
Niesie wierzchowiec sparszywiały,
Lecz niesie godnie.

Nie widzę celu w drodze ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancho się nadziejami łudzi,
Że będzie rządził wyspą całą,
Bo rządzić modnie.

Po co mam sługę ze snu budzić,
By z pragnień tworzył ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Mnie byle mrzonka nie podjudzi,
W prawdziwej bom tęsknocie trwały
Miłości siodle.

Dlategom obcy pośród ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancha świat, który widzi, nudzi,
Ja go uważam za wspaniały
Podarek od niej.

Brak sensu każdy obraz zbrudzi
I z pragnień zrodzi ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sługa chce złudy, ja opoki,
Sługa chce złudy, ja opoki,
Myślą szlachetne tworząc fakty.

Tak wędrujemy przez epoki,
Tak wędrujemy przez epoki,
Sancho – marzyciel i ja – praktyk.

***

Ach gdyby ludzie się dzielili
Na wiernych i niewiernych
Myślałem w tej jedynej chwili
Gdy starły się galery
A Turków wrzask i nasze krzyże
Dym nad zieloną falą
Zepchnęły moje myśli niżej
Związały dłoń ze stalą

Ach gdyby prawda była prawdą
Że świat się lepszy stanie
Myślałem nad podwójną gardą
W poświście jataganów
A prochów swąd i krwi kleistość
Modlitwy głów odciętych
Kazały pytać ile istot
Powiększy poczet świętych

Ach gdyby sprawa której służę
Stała się sług swych godna
Myślałem idąc w jeńców sznurze

Krokami w rytm batoga
Handlarzy ludzkim ciałem chciwość
Zwierzęcość poniżonych
Prosiły myśl o inny żywot
W bezsenną noc wyśniony

Ach śmieszność tych co chcą powagą
I sensem los przesycać
Z niewoli wykupiony jadąc
Myślałem syt goryczy
Grubiaństwo brud i płatna miłość
Witały bohatera
Gdzie tym co będzie jest i było
Świat w śmiechu poniewiera

Tęsknotą w moim ciemnym domu
Miecz zardzewiały świeci
I niezniszczone lśnią bastiony
Nad równinami śmieci
Po pas w nich brocząc błędny rycerz
Przemierzam drogi chwały
Biją bezładne nawałnice
W moje ułomne ciało

I tak dalej…

Stuart 45

It’s not simple to say
That most days I don’t recognize me
That these shoes and this apron
That place and its patrons
Have taken more than I gave them
It’s not easy to know
I’m not anything like I used be, although it’s true
I was never attention’s sweet center
I still remember that girl

Niełatwo przyznać się
Że przez większość czasu sama siebie nie poznaję
Te buty, ten fartuch
To miejsce i ci ludzie tutaj,
Zabrali mi więcej niż dali
Niełatwo zdać sobie sprawę
Że już nie jestem tą osobą co kiedyś
Lecz tak właśnie jest
I choć nigdy nie byłam ważną osobą
Wciąż jeszcze pamiętam tę dziewczynkę

Sarah Bailles, She used to be mine

Joanna Trümner

Spotkanie

Podczas tygodni spędzonych w Walton Stuartowi cały czas towarzyszyło uczucie obcości. „To już nie jest moje życie”, myślał, chodząc ulicami rodzinnego miasta. Czasami zdarzało mu się spotkać kolegę ze szkoły lub sąsiada. Krótkie, powierzchowne rozmowy uświadamiały mu, jak bardzo oddalił się od ludzi wśród których spędził dzieciństwo. W kilka dni po przylocie do Walton równie przypadkowo spotkał na plaży swojego najlepszego przyjaciela z czasów szkolnych, Toma. Umówili się na wieczór w pubie. O siódmej popijali pierwsze piwo, w pół godziny później Stuart zaczął ukradkiem spoglądać na zegarek. Powoli kończyły się zdania „A pamiętasz jak..” i zaczęło im brakować tematów. Przysłuchując się słowom Toma, prowadzącego rodzinną piekarnię ojca dwójki dzieci, Stuart myślał o tym, że jego były przyjaciel jest przecież szczęśliwym człowiekiem. Człowiekiem, który nigdy nie chciał porzucić bezpieczeństwa i przewidywalności życia w Walton. Po dwóch godzinach pożegnali się. Na rozstanie Tom zaproponował bez przekonania „Może kiedyś do nas wpadniesz?” Z tonu zaproszenia widać było, że i on zrozumiał, że czas zmienił dwóch nierozłącznych, bawiących się godzinami na plaży chłopców w obcych ludzi.

W kilka dni później matka umarła. Po telefonie ze szpitala Stuart poczuł ulgę. „Jak dobrze, że nie musi się już dłużej męczyć”, pomyślał. W godzinę później stał przy pustym łóżku w szpitalnym pokoju i opróżniał szafkę, zbierając do torby ostatnie używane przez nią przedmiot. Z zaskoczeniem znalazł wśród nich różaniec. „Przecież ona sobie nic nigdy nie robiła z wiary”, pomyślał. Długo jeszcze stał przy łóżku i pocierając w palcach drewniane paciorki zastanawiał się, ilu jeszcze nieznanych, zaskakujących rzeczy dowie się o najbliższej osobie. „Śmierć pozbawia nas wszelkiej prywatności”, skonstatował, opuszczając szpital.

Kolejnych kilka dni minęło na załatwianiu formalności związanych z pogrzebem i porządkowaniu osobistych przedmiotów matki. Kate i Stuart przeglądali dokumenty, książki i albumy ze zdjęciami. Trzy grube, oprawione w skórę albumy opatrzone były napisami: Eve, Stuart, Kate i opowiadały historię ich dzieciństwa. Wiele zdjęć w jego albumie przypominało wydarzenia, których on sam wcale nie pamiętał. Na zdjęciu z datą 10 maja 1957 roku siedzący przy stole chłopiec patrzył prosto w kamerę z wyraźnym poczuciem winy w oczach. „Dzień pierwszych wagarów”, komentował podpis pod zdjęciem. Na kolejnym zdjęciu Stuart siedział w grupie kolegów przy ognisku na plaży i kurczowo trzymał w rękach gitarę. Wpatrując się w zdjęcie długo próbował wygrzebać z pamięci imiona najbliższych kolegów z czasów dzieciństwa. „Jego album kończył się fotografią z lotniska w Londynie zrobioną w dzień jego odlotu do Australii, skomentowaną słowami: „Na zawsze?”

Napisy pod zdjęciami w albumie Kate były równie zaskakujące i świadczyły o tym, jak uważnie matka obserwowała życie swoich dzieci. Na jednej z fotografii zatopiona w książce dwunastoletnia dziewczynka, w której bez trudu Kate rozpoznała siebie, otrzymuje od matki radę „Życie tak nie wygląda”. Jedną z ostatnich fotografii w jej albumie było wyjątkowo niekorzystne zdjęcie Waltera z komentarzem „Wielka miłość?” „Nie wiedziałam, że ona potrafiła dostrzec tyle rzeczy. A ja zawsze myślałam, że się nami wcale nie interesuje”, powiedziała Kate, odkładając swój album na bok. „Chciałam przy Walterze po prostu odpocząć po idiotach, z którymi przeszłam piekło”, dodała czerwieniąc się. „Zachowuje się tak, jakby tłumaczyła się przed matką”, pomyślał Stuart.

W chwilę później zaczęli oglądać album Eve. Ich uwagę przykuła fotografia siostry z Williamem, młodej pary stojącej przed weselnym tortem. Eve miała zamyślony, zrezygnowany wyraz twarzy, co matka skomentowała słowami „Po co?”

W sypialni znaleźli też pamiętnik matki. Przez chwilę w milczeniu zastanawiali się, czy mają prawo przeczytać jej wspomnienia. Stuart jako pierwszy przerwał milczenie „Może w końcu dowiemy się czegoś o dziadkach”, powiedział, widząc, że siostra waha się i nie może się zdecydować, by odłożyć pamiętnik na stertę rzeczy przeznaczonych do wywiezienia na śmieci. „Na pewno by nie chciała, żebyśmy grzebali w jej prywatnych sprawach”, powiedziała Kate bez przekonania. Długo patrzyli na siebie w milczeniu, bijąc się z myślami. Stuart nagle poczuł, że dociera do niego wielkie zmęczenie ostatnich, intensywnych tygodn. Wiedział, że brakuje mu siły na dalsze emocjonalne wstrząsy. Zadecydowali, że Kate zabierze pamiętnik do Berlina i że przeczytają go przy następnym spotkaniu.

W kilka dni po pogrzebie udało im się załatwić sprawy związane z likwidacją rodzinnego domu. Przedłużyli umowę na wynajem pubu o dziesięć lat i poprosili Nata o pomoc w przygotowaniu mieszkania do wynajęcia. Założyli wspólne konto w banku, na które odtąd miał wpływać czynsz.

W kilka dni po pogrzebie Stuart czekał na lot powrotny do Sydney. „Jak dobrze, że wszystko udało nam się załatwić”, myślał. Nie mógł się doczekać powrotu do domu. Do odlotu pozstała jeszcze ponad godzina. „To zabijanie czasu jest najgorszą stroną podróży”, myślał przyglądając się otaczającym go ludziom. W jego terminalu czekali na odlot pasażerowie z sześciu samolotów. Na widok kobiety trzymającej za rękę kilkuletniego chłopca zaniemiał. „To niemożliwe”, pomyślał i podszedł bliżej, żeby się upewnić, że się nie myli.

Nie mylił się jednak. To była Ann, jego pierwsza miłość. Stuart schował się za plecami stojącego przed nim nieznanego mężczyzny i czekał, aż usłyszy jej głos. „Norman”, zwróciła się do dziecka „chodź, musimy się pospieszyć z pójściem do toalety, zaraz wywołają nasz samolot”. Tak, to był jej głos, to na pewno była ona. Ta ubrana w elegancką sukienkę kobieta z nienagannym makijażem, która miała w sobie coś obcego i nieznanego, to była jego była dziewczyna. Po chwili wahania postanowił do niej podejść. Ann też go poznała. „Dawno się nie widzieliśmy”, powiedział Stuart, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. „Ponad dziesięć lat”, odpowiedziała z uśmiechem. „To mój syn, Norman”, powiedziała. Chłopiec ciągnął matkę za rękę, jakby był zazdrosny o nieznajomego. Może zrozumiał, że ten spotkany przypadkiem mężczyzna odgrywał kiedyś bardzo ważną rolę w życiu jego matki. „Lecimy do męża do Bostonu”, pżowiedziała Ann, „dostał pracę w dużej kancelarii adwokackiej. Zawsze chcieliśmy przez kilka lat pomieszkać za granicą”.

Stuart uważnie przysłuchiwał się temu, co mówi Ann. Zaskoczył go jej sposób opowiadania, to że większość zdań zaczynała od „my”. Ta nowa, nieznana Ann, wydała mu się egzaltowana, drażniła go i była mu obca. „Zamiast Yeatsa czytasz teraz przepisy kucharskie i rady na temat wychowywania dzieci”, pomyślał. Czas długich nocy w jego mieszkaniu na Greenwich, niekończące się rozmowy o sensie życia i deszczowe dni spędzone na czytaniu poezji w łóżku były zamierzchłą przeszłością. Chwię milczenia przerwał Norman. „Chodźmy już mamo”. „Powiedz mi jeszcze tylko, co porabia twój brat?”, zapytał Stuart. „To długa historia, Ian skończył kolejną kurację odwykową i chce wracać do Sydney. Myśli, że tam wszystko będzie inaczej. Niestety, już wiele razy tak myślał. Szczerze mówiąc my z mężem nie mamy z nim kontaktu”, dodała z westchnienem. „Naprawdę muszę już iść”, dodała. „Na pewno się jeszcze kiedyś spotkamy”, powiedziała podając mu rękę.

W kilka minut później Stuart siedział na ławce i przyglądał się wsiadającym do samolotu do Bostonu pasażerom. Ann pomachała mu na pożegnanie. Uśmiechnął się i myślał o tym, że ta inna, nowa Ann nie jest kobietą, z którą chciałby się znowu spotkać.

Myślał też o Ianie, przystojnym, wykształconym mężczyźnie z zamożnego domu, który zniszczył wszystkie otrzymane od życia szanse. Pomyślał o Benie, skromnym mężczyźnie ze skromnej rodziny, który wynajął od nich ich rodzinny pub, a po śmierci matki zaproponował nawet, że odkupi od nich i pub, i znajdujące się nad nim mieszkanie.

Cdn.

Stuart 43

The sweetest words I ever heard
Is welcome home
It’s been a long and dusty road

There’s a place that’s meant for us
Full of faith, hope, love and trust
I’ll keep trudging up the road
But someday I’ll be going home

There’s no place like home
No place like home
There’s no place I’d rather be than home

*

Najsłodsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszałam
Witaj w domu!”,
gdy została za mną długa i pełna kurzu droga.

Jest takie miejsce, które stworzone zostało tylko dla nas,
Miejsce pełne wiary, nadziei, miłości i zaufania.
I choć wiem, że będę dalej brnęła swoją drogą,
Wiem też, że któregoś dnia wrócę do domu.

Nie ma na świecie lepszego miejsca od domu,
Nie ma miejsca,
w którym tak bardzo chciałabym być.

Beth Hart, No place like home

Joanna Trümner

Powrót do domu

Lekcje w szkole dobiegły końca, zaczynały się wakacje. Pojutrze Boże Narodzenie. W pierwszy wolny od pracy dzień Stuart spał do dwunastej. „Co mam robić przez sześć tygodni? Dawno nie miałem tak długiego urlopu”, zastanawiał się przeciągając się w łóżku. Z porannego rozleniwienia wyrwał go dzwonek telefonu.
W słuchawce usłyszał głos siostry: „Z mamą jest coraz gorzej, powinieneś jak najszybciej przylecieć. Ona ciągle o ciebie pyta”. Po krótkiej rozmowie z Kate Stuart poszedł do biura podróży i kupił bilet na najbliższy wolny lot do Londynu. Samolot startował z Sydney w Sylwestra. „Ludzie niechętnie latają w noc sylwestrową, każdy woli spędzić ten czas z najbliższymi, założę się, że będzie Pan mógł wybrać sobie miejsce w samolocie”, powiedziała z uśmiechem agentka biura podróży podając mu bilet. „Chętnie przywitam nowy rok w chmurach, może będzie dzięki temu temu lepszy”, odpowiedział.

Rok, który dobiegał końca, nie był dobry. Ostatnie miesiące przyniosły rozstanie z Sally i wiadomość o ciężkiej chorobie matki. „Ten cholerny rak jest jak fatum, które wisi nad naszą rodziną”, pomyślał. Przypomniały mu się godziny spędzone przy łóżku szpitalnym siostry i ukochanego wujka, Stuarta. Pamiętał prawie każde słowo z rozmów z umierającymi, najbardziej intensywnych i szczerych rozmów, jakie kiedykolwiek w życiu prowadził. Przypomniało mu się uczucie bezsilności i niczym nie uzasadnione przebłyski nadziei. Wiedział, że wkrótce oczekuje go podobne spotkanie z matką.

Zdał sobie sprawę z tego, że matka może nie wiedzieć o tym, że rozstał się z Sally. „Mam nadzieję, że nawet się nie domyśla, jakim jestem nieudacznikiem życiowym. Wszystkie kobiety ode mnie odchodzą”, pomyślał z żalem.

Od dwóch miesięcy bezskutecznie próbował znaleźć przyczynę rozpadu związku z Sally. „Przecież zawsze byłem w stosunku do niej w porządku, nigdy jej nie oszukałem i starałem się dać z siebie jak najwięcej. Dlaczego ponoszę karę za innych?”, zastanawiał się nieraz. Po wydarzeniach na Bondi Beach, Sally rozpoczęła terapię, ale ich związek i tak zaczął się stopniowo rozpadać. Spotykali się sporadycznie, ich rozmowy coraz częściej kończyły się milczeniem lub wspólnym słuchaniem muzyki. Oddalali się od siebie krok po kroku, z kochanków zmieniali się stopniowo w dobrych znajomych, których łączy jedynie wspólne hobby.

Gdy przed dwoma miesiącami otrzymał wiadomość o ciężkiej chorobie matki, Stuart nie potrafił znaleźć sobie miejsca w domu. Nie chciał być sam i zdecydował się na spontaniczną wizytę u Sally. Miał nadzieję, że jak dawniej przytuli go do siebie i da poczucie, że nie jest sam. Reakcja Sally zabolała go tak bardzo, że po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy zastanawiał się, czy kiedykolwiek naprawdę znał kobietę, która do niedawna była dla niego kimś najbliższym.

Bardzo mi z tego powodu przykro, ale nie rozumiem, dlaczego mnie tym obarczasz. Przecież ja jej w ogóle nie znam. Wiesz, że mam swoje problemy, z którymi ledwie sobie daję radę”, powiedziała Sally. Wprawiło go to w zaskoczenie. Było jasne, że ich drogi rozeszły się na zawsze. Długo próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, czy reakcja Sally wynikała z obojętności, czy też była rezultatem psychologicznego prania mózgu i przekonania, że najważniejszym przykazaniem podczas rehabilitacji po ciężkich urazach jest zasada, że nie przyjmuje się do wiadomości problemów innych ludzi.

Wsiadając do samolotu w sylwestrową noc Stuart cieszył się, że jedzie do rodzinnego domu. „Ciekawe, dlaczego tak chętnie tam wracam? Przecież tyle w nim było rzeczy, które mnie tak bardzo drażniły, że przecież stamtąd uciekłem”, zastanawiał się.

Agentka z biura podróży miała rację. Stuart nigdy jeszcze nie leciał tak pustym samolotem. Zaczął liczyć pasażerów i nagle przetarł oczy ze zdumienia. Pasażerami numer 31 i 32 byli rodzice Meg. „Nigdy nie myślałem, że ich jeszcze kiedykolwiek spotkam”, pomyślał nie wiedząc jak zareagować. Matka Meg rozpoznała go, pomachała ręką i w chwilę później przysiadła się do niego. „Świat jest mały”, powiedziała z uśmiechem. Widać było, że cieszy się z tego spotkania. „Postanowiliśmy odwiedzić stare kąty. Od kiedy Marc jest na emeryturze mamy dużo wolnego czasu. Zwiedziliśmy już kawał świata, teraz czas na powrót do korzeni”. Widać było, że jest szczęśliwa. Stuart z zażenowaniem zdał sobie sprawę, że nie potrafi wygrzebać z pamięci jej imienia. Po chwili przypomniał sobie jednak. ma na imię Liza, oczywiście. Swoją drogą to dziwne, że mogłem zapomnieć”, pomyślał. „Kilka lat temu była przecież częścią mojej rodziny”. W chwilę póżniej Liza zapytała go, czy leci do domu. „Matka umiera na raka i chcę z nią spędzić trochę czasu”, odpowiedział.

Widać było, że Liza szuka w głowie odpowiednich słów: „To jest straszne, ale jednak jeszcze gorsze jest, gdy dzieci odchodzą przed rodzicami”. W chwilę później pożegnała się ze Stuartem i wróciła na swoje miejsce.

Wkrótce potem w przejściu pojawiła się stewardessa z tacą, na której stały kieliszki szampana i soku pomarańczowego. Stuart spojrzał na zegarek, dochodziła dwunasta, w Sydney rozpoczynał się nowy rok. „Ciekawe co przyniesie mi rok 1987?”, zastanawiał się. Obrócił się i pomachał Lizie i Marcowi. „Happy New Year”, życzył pasażerom przez głośniki kapitan samolotu.

W dwadzieścia cztery godziny później Stuart stał przed rodzinnym domem w Walton. Ze zdumieniem zobaczył, że zarówno pub jak i mieszkanie nad pubem, miejsca, w których spędził dzieciństwo, były świeżo otynkowane na jasny seledyn. „Dziwny kolor”, pomyślał i zdał sobie w tej samej chwili sprawę z tego, że żadna zmiana nie nie jest w stanie wpłynąć na uczucie ciepła i bezpieczeństwa, które ogarnęło go w chwili, gdy zobaczył to miejsce. „Obraz rodzinnego domu nosi się na zawsze w głowie. Zawsze będę czekał, że w drzwiach pokażą się ojciec lub matka, że wejdę do domu i potknę się o mój własny rzucony na środku korytarza tornister.”

Drzwi otworzyła Kate, przytuliła się do brata tak mocno, jakby bała się, że i on zniknie z jej życia na zawsze. Przez chwilę stali w milczeniu, przerwanym przez Kate „Z matką jest bardzo źle. Przed tygodniem dostała ostatnią chemioterapię, teraz jest w szpitalu i podają jej już tylko morfinę. Cieszę się, że w końcu jesteś, chciałabym na kilka dni wrócić do Berlina i zobaczyć jak Walter radzi sobie z dzieciakami”.

Jak to wszystko znos Nat i mały George?”, zapytał Stuart. Jako lekarz ojczym wiedział, dokąd prowadzi ta choroba i próbował zachować spokój. Siostrzeniec Stuarta, George, przeprowadził się przed kilkoma miesiącami z ojcem do Londynu i mimo wielu prób Kate nie udało się z nim spotkać. „William zakochał się i zerwał wszystkie kontakty w Walton. Znalazł pracę w Londynie, wynajął mieszkanie wspólnie z nowym partnerem i zabrał ze sobą George‘a. Między nim a matką było już przed jej chorobą dużo nieporozumień, William nie chciał, żeby zajmowała się wnukiem, bał się usłyszeć komentarz pod adresem nowego partnera. „Teraz ja jestem jego rodziną”, powiedział, kiedy matka zaproponowała, że weźmie małego na tydzień wakacji do Szkocji. Formalnie po śmierci Eve mama nie ma żadnego prawa do kontaktu z wnukiem. Nat chciał wytoczyć o to sprawę w sądzie, ale przyszła choroba i inne problemy. Wiem, że mama bardzo chciałaby zobaczyć Geroge‘a, proszę, spróbuj spotkać się z Williamem i przekonać go.”

Stuart był rozczarowany brakiem kontaktu z siostrzeńcem, cieszył się na spotkanie z małym Georgem, to dziecko stało się dla niego kimś bardzo ważnym, był częścią domu, do którego wrócił po latach. Postanowił jak najszybciej wybrać się do Londynu.

Następnego dnia rodzeństwo pojechało do szpitala pożyczonym od Nata samochodem. Stuart z trudnością poznał matkę, choroba i utrata wagi zmieniły jej rysy twarzy. Na widok syna uśmiechnęła się: „Nawet nie wiesz, jak bardzo na ciebie czekałam. Bałam się, że nie zdążymy się zobaczyć”, powiedziała. Widać było, że każde słowo kosztuje ją dużo wysiłku. Stuart usiadł koło niej na łóżko i trzymał ją za rękę. Nie wiedział, co powiedziać, nie mógł powstrzymać łez. Wiedział, że ma przed sobą kogoś, kto umiera. „Opowiedz mi o twojej muzyce”, poprosiła matka. Stuart odpowiedział wymijająco o nowych utworach, które pisze, o spotkaniach z publicznością, o tym, że przygotowuje nową trasą koncertową. „Po co tak kłamię?”, zastanawiał się, wiedząc, że matka jest bardzo z niego dumna i że nie może przecież jej właśnie teraz, pod koniec życia, rozczarować. „Tak się cieszę, że Kate i ty wyrwaliście się stąd. To takie ważne, żeby nie rezygnować z marzeń. Mi na to zabrakło odwagi.”

Stuart popatrzył na matkę z zaskoczeniem. „Jak mało o niej wiem”, pomyślał.

Cdn

Wiśniewski

Radosław Wiśniewski

Myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście…

Ładnych dziesięć lat temu, ktoś zadzwonił do biura SPP we Wrocławiu z pytaniem, czy jest jeszcze dostępny debiutancki zbiór wierszy Juliusza Gabryela “Hemoglobina” (najlepszy debiut roku 2002 w konkursie SPP). Pani Hałasowa była wówczas sekretarzem na 1/4 etatu i odpowiedziała, że tak, że zostało, nawet sporo. I ten ktoś powiedział, że on chce kupić wszystko, bo Juliusz Gabryel umarł i teraz te książki będą na wagę złota. To była era sprzed fb, więc ładnych kilka dni zajęło uspokojenie nastrojów, potwierdzenie, że Julek żyje i na razie nie wybiera się na tamten świat. Nigdy nie zostało ustalone, kto sobie wówczas takie żarty stroił. Niewykluczone, że sam Julek. To było do niego podobne.

Jakiś czas potem, w dzień po zaduszkach w 2010 roku dostałem sms-a od Julka, że chciałbym przed śmiercią zobaczyć swoją trzecią książkę i może byśmy mu ją wydali w Brzegu przez Stowarzyszenie. Zapytałem co się stało, skąd pisze, napisał mi, że jest na nefrologii w Olesnie, że odpompowano z jego organizmu wiadro wody i jest źle. Pojechałem do niego następnego dnia po pracy, ucieszył się jak zawsze, żywiołowo, bo inaczej cieszyć się nie umiał, że ktoś go odwiedził. Zostawiłem mu swoją mp3, żeby nie zdechł z nudów w szpitalu, uzgodniliśmy szczegóły, powiedziałem coś, żeby się nie wygłupiał i nie umierał za szybko, bo wydanie w Polsce książki poetyckiej nie zajmuje miesięcy ale lata.

Całe lata potem pisaliśmy kolejne wnioski, a Julek wędrował ze swoją książką od nas do Dawida Junga i potem jeszcze gdzieś, aż wracał do nas, do Brzegu. W tym czasie finansowania odmówiło między innymi jego rodzime miasto Kluczbork w tym samym roku wspierając pokaźną sumą działalność lokalnej orkiestry dętej. Ostatecznie się udało dzięki pomocy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Opolskiego, Darka Pado i Dawida Junga i jesienią 2016 roku wydaliśmy “Płyn lugola”, moim zdaniem bardzo dobrą książkę. Przeszła trochę bez echa, jak wiele innych.
Na druk czeka czwarta książka, o szczegółach wie Rafał Gawin, pewnie kilka jest na zahasłowanym laptopie Julka.

Bo od wczoraj wiem na pewno, że Julek naprawdę nie żyje. I to już całkiem na pewno, nie na żarty. W nocy z wtorku na środę. Nieznany szerzej za życia, nie stanie się legendą po śmierci mimo, że pisali którejś nocy palcami na szronie porastającym samochody we Wrocławiu z Łukaszem Łukasz Bax Bagiński “Poeci pogranicza”. I coś o tym, że zmartwychwstanie poematu zostanie ogłoszone (to z innego poety pogranicza).

Dzisiaj myślę, że wiele razy było nam dane zaznać szczęścia, ale nikt nam o tym nie mówił, że to jest właśnie szczęście, że trzeba to jakoś szczególnie celebrować. Nic o tym nie wiedzieliśmy leżąc nocą na ciepłym asfalcie na szosie między Rożnowem a Kluczborkiem i patrząc w gwiazdy, albo jadąc pociągiem cholera wie po co do Tarnowa, pijąc piwo w Pieniężnie, po którym wszyscy potem mieli kłopoty – myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście.
Kiedyś żegnając się po jakiejś eskapadzie na dworcu Julek rzucił w drzwiach pociągu cytat z Tadeusza Stirmera: – poeci tak jak psy, idą prosto do nieba.
To było po śmierci Krzyśka Urbańskiego, który prowadził warsztaty dla więźniów w ZK w Kluczborku. To było o nim.
Tak, Julku. Poeci tak jak psy, idą prosto do nieba. Jeżeli ono jest.

Pogrzeb odbył się w Kluczborku wczoraj, w środę 21 marca, o godzinie 12:00 na cmentarzu komunalnym przy ulicy Opolskiej.

P.S. Teraz kiedy szukam zdjęć Julka widzę, że zawsze trafiał gdzieś w tło, na drugi plan, nigdy się nie pchał do pierwszego rzędu. Cały Julek “Archanioł” Gabryel. Mistrz drugiego planu. Jak mówi Małgorzata: “nasz kosmita”. I już taki nasz zostanie.

(4.11.1979-14.03.2018)

 

Festiwal piosenki natrętnej XIII

Tomasz Fetzki

Jeszcze w zielone gramy, czyli natręctwo gorzkie, ale nieuniknione

Kilka dni temu usłyszał Viator w radio, że zbliża się pierwsza rocznica (kiedy ten czas zleciał, swoją drogą?!). Usłyszał i natręctwo natychmiast go dopadło, jakby się już od dawna spięte czaiło do skoku.

Coraz ciężej się robi na pielgrzymim szlaku: nie dość, że droga wyboista i marsz znojny, to jeszcze Kostucha co i raz kosi tych, którzy swoją obecnością, swoim słowem, swoim optymistycznym realizmem pomagali jakoś znieść to wszystko. I niech nikt nie bredzi, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są, jak najbardziej! Im więcej czasu odpływa od ich odejścia, tym boleśniej to czuć. A dziś właśnie mija równo rok.

Viator jest w pełni świadom tego, iż mógł się stać ofiarą co najmniej kilku innych namolnych piosenek. Ta była po prostu najszybsza. Bo też i boli chyba najbardziej. Czemu?

Do mądrych Czytelników Wędrowiec się zwraca…

Groby / Gräber 2017 (2)

Wczoraj pisała o takich (i tych) grobach Anne Schmidt, dziś…

Elżbieta Kargol

Cmentarz samobójców w Berlinie

Jest prawie środek listopada. Mniej więcej między katolickimi Zaduszkami a protestancką Niedzielą Wieczności.

Dżdżysta pochmurna sobota nastraja melancholijnie, nostalgicznie i na tyle refleksyjnie, że wyzwala potrzebę wyjścia z domu i odwiedzenia pewnego, jedynego w swoim rodzaju berlińskiego cmentarza.
Mży, koła roweru ślizgają się po mokrym dywanie z kolorowych liści. Część z nich nie strącił jeszcze wiatr i cieszą oko swoją złocistoburą barwą.

Berlin, Grunewald.

Nie chodzi o dzielnicę, ale o ponad 4000 hektarów lasu na południowym zachodzie miasta.

W oddali słychać pomrukiwanie dzików, wszędzie rozryta ziemia. Mijam Teufelssee i teraz wiem, że muszę skupić uwagę. Gdy byłam tu trzy lata temu, nie zauważyłam drogowskazu schowanego w trawie. Minęłam skręt i dojechałam prawie do samej Haweli. Zwalniam, jeszcze raz spoglądam na mapę. To musi być gdzieś tu. Jest.

Drogowskaz „zum Friedhof“ (na cmentarz) postawiono wreszcie wyżej niż poprzednio.

Dla władających obydwoma językami, pomijając etymologię, „friedhof“ brzmi o wiele łagodniej niż „cmentarz“, z kolei „selbstmord“ surowiej i brutalniej niż „samobójstwo“.

Cmentarz samobójców w Berlinie, zwany również cmentarzem bezimiennych, a tak naprawdę Friedhof Grunewald-Forst (Cmentarz Leśnictwa Grunewald) położony na leśnej polanie, niedaleko półwyspu Schildhorn. W tym miejscu Hawela zakręca, wije się, tworząc większe i mniejsze zatoki i właśnie to ukształtowanie terenu i prądy rzeki wyrzucały topielców na brzeg.

Były to często służące z pruskich wielkopańskich domów, dla których niechciana ciąża z pracodawcą kończyła się desperackim skokiem w wody Haweli.

Również pięciu carskich żołnierzy, którzy w 1917 roku uciekli przed rewolucją w Rosji na wieść o obaleniu caratu wskoczyło w nurty rzeki.

Ich prawosławne krzyże są zadbane, stale odnawiane i nie można ich przeoczyć, choć większość grobów ukryta jest w trawach, bluszczu, w krzewach, za wielkimi sosnami ogromnymi dębami. Na wielu z nich są tabliczki informujące, że czas użytkowania grobu już minął.

Niesamowita i mrożąca krew w żyłach historia przydarzyła się pewnej pielęgniarce, Minnie Braun, której nie powiodło się pierwsze targnięcie na swoje życie. Uznana za zmarłą, przebudzona w trumnie, nie dała za wygraną i po kilku miesiącach próbę ponowiła i cel osiągnęła.

Do roku 1846 każda próba odebrania sobie życia była przestępstwem. Tych, którym próba się powiodła, kościół wykluczał i odmawiał godnego pochówku na poświęconej ziemi. Jednak rodziny zmarłych szukały innych rozwiązań. I tym rozwiązaniem stała się leśna polana w Grunewaldzie.

Taki pochówek był nielegalny, ale odbywał się za cichym przyzwoleniem pracowników lasu i ówczesnego leśniczego.

Szybko rozeszła się wieść o tym miejscu, do tego stopnia, że niedoszli samobójcy, by popełnić ten czyn, przyjeżdżali nawet z daleka do lasu nad Hawelę, wtedy jeszcze pod Berlin.
Gdy w roku 1920 powstał Wielki Berlin i miasto wchłonęło tereny leśne Grunewaldu, zmieniło się również prawo dotyczące cmentarzy. Oprócz parafialnych, które istniały dotychczas, prawo nakazywało zakładanie cmentarzy miejskich, co pozwoliło wreszcie prawnie usankcjonować to nielegelne miejsce pochówku w lesie.

Prawie półhektarową powierzchnę cmentarza w roku 1928/29 otoczono murem i postawiono solidną bramę żeliwną, zaprojektowaną przez architekta Richarda Thieme.

Powoli zaczęła się zmieniać też klientela cmentarza.

Swoje ostatnie miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tu więźniowie z obozów pracy I wojny światowej, żolnierze tejże wojny, jak również okolo 1200 niezidentyfikowanych osób, które zginęły podczas ostatnich miesięcy wojny w 1945 roku w Berlinie.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi tu pochowano. W tej chwili jest około trzystu grobów, choć prawdopodobnie leżą tu tysiące zmarlych.

Jest grób Nico, właściwie Christy Päffgen niemieckiej modelki i piosenkarki związanej z Andy Warholem i wokalistki The Velvet Underground, która to miejsce wybrała już za młodu. Pochowana jest w grobie matki i do dnia dzisiejszego wielu jej wielbicieli odwiedza grób, zawsze palą się znicze i są świeże kwiaty.

Jest grób nadleśniczego Schulza, zmarlego w 1928 roku i nie wiadomo jak rozumieć napis na jego grobie :“Polowanie skończone“. Podobno wielu urzędników, (a pracownicy leśni byli takowymi) nie mogli pogodzić się z utratą monarchii, a tym samym z utratą tytułu urzędnika dworskiego.

Jest grób Clemensa Laara, popularnego pisarza okresu nacjonalizmu.

Tu pochowano również Willego Wohlberedta, badacza i znawcę berlińskich cmentarzy.

Jest wiele innych grobów, lub śladów po nich, schowanych w trawie, w liściach, w swym opuszczeniu, zapomnieniu i samotności.

Podchodzę do jednej z bezimiennych mogił.

Zapalam świeczkę dla Krzyśka, którego strach przed spłatą długów był silniejszy od życia,

dla Ronji, która nie udźwignęła problemów tego świata,

dla Jörga, który był zbyt wrażliwy,

dla Malwiny, którą nieszczęśliwa miłość wypchnęła z 7 piętra,

dla Piotra S., szarego człowieka, którego Polska bolała bardziej.

Nad Hawelą zaświeciło słońce, nagle przypłynął samotny biały łabędź. Według słownika symboli ptak ten oznacza między innymi śmierć, wieczność, czas i przemijanie.

Groby / Gräber 2017 (1)

Heut’ ist Buss- und Bet-Tag. Anne hatte letztens zwei Gräber besucht, ich noch eins…

Jutro dla czytelników polskich Ela Kargol z wpisem na podobny temat. I przysięgam – nie umawiałyśmy się, temat wisiał w berlińskim powietrzu

Anne Schmidt

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten, selbstzerstörerischen Leben.

Zu den anonymen Gräbern gehörte das von Ulrike Meinhof, das jedoch inzwischen ihren Namen trägt und anlässlich ihres Geburtstages am 7. Oktober reichlich geschmückt wurde.

Foto Anne Schmidt

Es befindet sich in Tempelhof auf dem Friedhof der Heiligkreuz-/ und Passionskirchengemeinde an der Eisenacherstraße.

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen “Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol

Ewa Maria Slaska

Noch ein Selbstmörder-Grab. Walter Leistikow, Maler. Wikipedia weißt zu berichten, dass:

Walter Leistikow erschoss sich am 24. Juli 1908 während eines Aufenthalts im Sanatorium Hubertus in Berlin-Schlachtensee im Endstadium seiner langjährigen Syphilis-Erkrankung. Nach einer großen ehrenvollen Trauerfeier im Berliner Secessionsgebäude wurde er auf dem Friedhof Steglitz beigesetzt. Sein Grab ist ein Ehrengrab des Landes Berlin. Der Grabstein – ein Werk Franz Seecks von 1909 – wurde zum 100. Todestag erneuert. Die Grabstätte befindet sich in der Abt. Ih – Erbbegräbnis 251.

Was man nicht zu berichten weiss, ist, dass man ihm zuerst nirgendwo begraben möchte, und erst nach langer Suche hat sich die Friedhofsverwaltung des Friedhofs Steglitz, bereit erklärt, ihn zu begraben.

Foto Wikipedia

Als man in Steglitz den 100. Jahrestag des Leistikows Todes feierte, am 24. Juli 2008 weilte Barack Obama, damals noch USA-Präsidenten-Kandidat, in Berlin. Die Organisatoren der Leistikows Feierlichkeiten luden Obama ein, nicht nur zur Siegessäule sondern auch nach Steglitz zu kommen, aber so viel Sinn für den (schwarzen) Humor bewies sogar Obama nicht. Schade, eigentlich.

Nasz rok leśmianowski 16

Dziś rocznica śmierci. Maria Szewczyk podaje na bloga wiersz Leśmiana i obraz Malczewskiego, obiecuje też wpis o dramatycznych okolicznościach śmierci poety.

Bolesław Leśmian

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku…

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga – orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest – noclegiem – i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
“Śpi snem wiecznym” – szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej – w pozgonnym rozpędzie.
“Śpi snem wiecznym…” Snu nie ma i nigdy nie będzie!
“Szczęśliwy! Już nie cierpi!” – tak mówiono wkoło –
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie –
I zaczęło się nowe – niezależne cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słychać ich wcale.
Szli ludzie – dotąd żywi… Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu.
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Jacek Malczewski, Śmierć, 1902, Muzeum Narodowe w Warszawie