Wiosna, reblogi, cytaty, wiosna…

Zaczynam mini cykl wiosenny i zapraszam wszystkich do kontynuacji. Nic nie piszę (teraz) sama, wszystko sobie pożyczam (czasem od samej siebie). Przygotowałam trzy wpisy, na dziś, jutro i pojutrze, a resztę zostawiam inwencji Czytelników i Współautorów. Mamy dużo czasu, co najmniej do maja.

To cytat ale już cytowany czyli poniekąd reblog:

Przyszła!

…podbiegła do łóżka, przynosząc z sobą wiew świeżego powietrza, przesyconego wonią wiosennego poranka.
– Byłaś na dworze! Byłaś, prawda? Znów pachniesz listkami i świeżością! – wołał Colin.
Mary biegła szybko, włosy miała rozplecione i rozwiane, cała jaśniała i promieniała radością, twarz miała zaróżowioną.
– Na dworze jest cudownie! – mówiła zdyszana szybkim biegiem. – Nigdy w życiu nie widziałeś czegoś takiego! Przyszła! Już wtedy rano myślałam, że nadeszła, ale ona dopiero się zbliżała. Teraz już jest! Przyszła (…)!
– Otwórz okno! Może usłyszymy granie złotych trąb! – dodał, śmiejąc się trochę z radosnego podniecenia, trochę z własnego konceptu.
Mówił to tylko dla żartu, ale Mary podskoczyła natychmiast do okna i otworzyła je w okamgnieniu na oścież, a pokój w tejże chwili zapełniać się począł świeżością, łagodnym powiewem, wiosenną wonią i śpiewem ptasząt.
Mary podeszła do łóżka.
– Wszystko zaczyna wypuszczać kiełki – mówiła śpiesznie. – Kwiaty się rozwijają, gałązki okrywają się zielonymi pąkami, świeża zieleń przysłania już szarość…

Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett

Przyjechałam autobusem przez Alpy. Nocowaliśmy gdzieś pod drodze w wysokich górach, a rano ruszyliśmy na Południe! I w ciągu kilku godzin zobaczyłam, jak zima ustępuje wiośnie. Najpierw było szaro, potem zielonkawo, potem w tyrolskich sadach paliły się opony, chroniąc zawiązujące się już pączki jabłoni przed przymrozkami. Nagle pojawiło się kwitnące drzewo migdałowca. Jedno. Wisiało na skale jak lśniąca, płomienna flaga zwycięskiej wiosny. A potem nagle było już wszystko, świat cały tonął w słońcu, wszędzie kwitły kwiaty, żonkile, narcyzy, jabłonie, anemony, mimozy, trawa była zielona jak na kiczowatych pocztówkach amerykańskich…

Florencja wiosną, Ewa Maria Slaska

Teraz cytat o marcu-kwietniu-maju, ale w Norwegii, co jednak odpowiada nieśmiałym początkom wiosny w Berlinie

15 maja piszę znów z Oslo, gdzie wiosna wyłania się leniwie, niebo jeszcze białe, lecz przez dominujące kolory – brąz i szarość – zaczyna przebijać się i zieleń. Jako że spod przegniłej zeszłorocznej trawy świeża wydostaje się z trudem, praktyczni Norwegowie markują wiosnę i sztukują trawniki na kształt angielskiej murawy. Efekt natychmiastowy i pozwala wierzyć, że pełnia wiosny tuż tuż, choć w istocie trzeba na nią poczekać jeszcze miesiąc. Jest ona tesknotą i dumą Norwegów. Takiej, jak mówią, nie ma nigdzie indziej na świecie. Póki co, kwiecień był chłodniejszy od marca, co jest raczej wyjątkowe. Teraz osłodą chłodów i deszczów są tylko naprawdę już długie dni. Zaczynają się około 4.00 rano, a o 22.00 jest jeszcze jasno.

Sztukowanie trawy, Lidia Głuchowska

W Berlinie jest mnóstwo kwiatów – wciąż jeszcze kwitną ostatnie jesienne róże, po raz drugi zakwitły tu i ówdzie jakieś dziwne, kłapciate prymulki, pojawiły się typowe dla berlińskiej zimy stokrotki na trawnikach, zakwitły typowe zimowe kwiaty jaśminu chińskiego, a wczoraj w pracy odkryłam pod murkiem przebiśniegi. Czyli wiosna, lato i jesień to w Berlinie zima.

zima-kwiaty

Kwiaty w zimie zobaczyłam po raz pierwszy w Niemczech, gdy jechałam autobusem do Holandii. Pamiętam z jakim zdziwieniem przyglądałam się migającym po bokach autostrady kwitnącym drzewom. A jestem przecież osobą z rodziny, w której znajomość roślin zalicza się do kanonu wiedzy ogólnej. Nie wiem, jak to się stało, ale jednak nie wiedziałam, że zimą też kwitną kwiaty.

Ewa Maria Slaska, Kwiaty w zimie

Filozofując, jak to on, napisał o wiośnie Tomasz Fetzki w reportażu (a czy to reportaż?) z Jaszkowic czyli Jaschkendorfu (wpis nr 1 i wpis nr 2), wioski łużyckiej, która zniknęła i przepadła, zdałoby się, że z kretesem, tymczasem…

Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!


Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

Jutro i pojutrze ciąg dalszy wiosny z książek i cytatów – Rodziewiczówna i Konopnicka!

Reblog: Moja walka

Wpis bardzo na czasie. Dla tych, co nie wiedzą – w Niemczech toczy się obecnie dyskusja o wprowadzeniu tej lektury do szkół.

Krzysztof Ruchniewicz

blogaruchniewiczaW czasie poszukiwań polskich tłumaczeń „Mein Kampf“ natrafiłem niewielką publikację wydaną w Polsce podczas okupacji w podziemnej oficynie „Apelu“. Nosi ona tytuł „Słowa i czyny Adolfa Hitlera”. Jedyny zachowany egzemplarz znajduje się w Bibliotece Narodowej. Dzisiaj – dzięki uprzejmości Katarzyny Chimiak – udało mi się do niego dotrzeć. Kopię załączam jako plik pdf.

2016-01-12_broszura-1-von-1-1440x1053

Reakcje po niemieckiej premierze wydania w Niemczech książki A. Hitlera „Mein Kampf“ nie cichną. W mediach ukazały się kolejne artykuły. Wczoraj miałem okazję wysłuchać audycji w polskim radio. Poproszony o komentarz historyk – nie mając egzemplarza publikacji w ręku – powtarzał jedynie doniesienia niemieckiej prasy. Temat polskiego przekładu został pominięty.

Zbierając materiały do wcześniejszego wpisu na temat książki A. Hitlera natrafiłem na dwie broszury wydane w podziemiu podczas wojny. Do jednej z nich, „Słowa i czyny Adolfa Hitlera“ udało mi się dotrzeć. Jedyny znany egzemplarz, który przetrwał wojnę znajduje się w Warszawie w Bibliotece Narodowej.

Broszurka licząca ledwie osiem stron ukazała się w wydawnictwie „Apelu“ w styczniu 1943 r. Nie są znani autorzy tego opracowania. Składa się z kilku części. Są to „Hitler a wojna“, „Hitler jako polityk“, „Francja“, „Rosja“, „Japonia“, „Hitler jako strateg“. W rozdzialikach tych wykorzystano cytaty z „Mein Kampf“ z wydania z 1934 r. oraz fragmenty mów Hitlera. Postanowiłem umieścić tą rzadką broszurę w formacie pdf z możliwością pobrania. Autorzy publikacji tak zakończyli swój skromny wybór:

Zacytowaliśmy tylko nieliczne wyjątki z pism i mów Adolfa Hitlera. Cytaty te wystarczą, aby przekonać się, że jest to łgarz, oszust i krętacz polityczny, który doszedł do władzy w Niemczech, gdyż stał się wyrazicielem zaborczych, żarłocznych i mściwych dążeń większości narodu niemieckiego, narodu, który chciał „wejść na drogę byłych rycerzy zakonnych“, krwawych krzyżaków, morderców tysięcy starców, kobiet i dzieci, podpalaczy setek wsi i osad, wiarołomców i krzywoprzysiężców.

Słowa i czyny Adolfa Hitlera, [Garwolin]: Wydawnictwo „Apelu”, 1943, ss. 8.

Znalezione na Facebooku

Coś w tych wypowiedziach wydało mi się ważne i nowe, a przede wszystkim moje. Zaznaczyłam to w tekście pogrubioną czcionką

Stefan Rieger
na stronie D.ok czyli Democracy is OK po różnorakich zawirowaniach towarzyskich organizacyjnych i innych w KOD POLONIA

13 stycznia

Drodzy Przyjaciele

Jako pijany zajączek na puszczy facebookowej, co swój rozum ma, lecz nie zna kruczków, cynków, pułapek na zajączki, przejść na skróty i całej tej inżynierii społeczn(ościow)ej, zgłaszam garść nieśmiałych postulatów, by z tego forum wymiany między Polakami gorszego sortu uczynić ewentualnie agorę dyskusji między najmądrzejszymi z Polaków, tfu, zostawmy Polaków – między po prostu inteligentnymi ludźmi o otwartych umysłach, albowiem żyjemy w krajach, gdzie polskie stardardy nie mieszczą się nawet zwykle w ramach prawa…

Po pierwsze: wyczyśćcie raz na zawsze stajnie Augiasza i umówcie się, w której grupie mamy dyskutować, by nie rzucać słów na wiatr, między grupy zawieszane, zamykane, zbanowane, reaktywowane i wątpliwej legitymacji. Gdzie, do cholery, jesteśmy i po co ??!!

Po drugie: zdefiniujcie jasno profil grupy i jej cele. To może być najmniejszy wspólny mianownik (obrona podstawowych swobód, mediów, demokracji w Polsce), albo największy (burza mózgów w celu znalezienia lepszych rozwiązań dla Polski, Europy i świata, albowiem żyjemy w systemie naczyń połączonych i wszystko nas dotyczy: uchodźcy, terroryzm, religie, korporacje, neofeudalizm…)

Po trzecie: niechaj każdy się wypowie, co nas łączy i jak za daleko nie należy się posuwać. Czy wolno przejeżdżać się nie tylko po Kościele, lecz również po religii, w której ja, Stefan, osobiście, widzę największe zło, gdyż często zabija, a zawsze pozbawia wolności myślenia i własnego sądu moralnego, a tylko taki jest coś wart.

Po czwarte: jeśli należycie do fan-clubu PO, do międzynarodowej klasy współczesnych technokratów-nomadów surfujących na fali neoliberalnej doktryny i marzycie tylko o tym, by Polska wróciła do koryta w mainstreamie, to nie będzie mi z wami po drodze, gdyż żywność w korycie mi nie odpowiada, a mainstream jeszcze mniej…

Po piąte zatem: proponuję, byśmy się dobrali wedle kryteriów „jakości” – myśli, słowa, wartości, szczerości uczuć… To zakłada wzajemne zaufanie i zgodę co do filtrowania chłamu i hejtu. Zwykle instynktownie to czujemy, więc dajmy temu wyraz… Ceńmy sobie nawzajem to, co skłania nas do zrobienia free hugs, câlins gratuits, każdemu, kto chce… Bądźmy sobie czuli, a przynajmniej życzliwi…

Po szóste: jeśli nie przestaniecie ignorować najmniejszej aluzji do religijnego wymiaru polskiej psychodramy (co od początku ustawiło mnie do Was z lekka nieufnie, choć instynktownie Was szczerze lubię), to pewnie z żalem się rozstaniemy… Filtrujmy zatem nasze sympatie i empatie, by z tego co najlepsze wyssać miąższ… Lajkujmy selektywnie, wyrzucajmy trolle lub notorycznych idiotów za burtę… Nie bójmy się poddać krytyce naszych wierzeń religijnych… Spróbujmy raczej uwierzyć w łączącą nas nić sympatii… Od tego zależy przyszłość naszej grupy (choć ciągle nie wiem, jakiej).

Po siódme zatem (gdyż siedem jest cudów świata): możemy spróbować stworzyć Polskę wirtualną, której nie ma na mapie, lecz kiedyś może będzie… Choć tak naprawdę w to nie wierzymy, chcemy tylko sobie porozmawiać… Jak Prosiaczek z Puchatkiem…

Tak czy inaczej nie chodzi bowiem o to, by jakąś tam Polskę ocalić, lecz o to, byśmy nie musieli się wstydzić, po wsze czasy, naszej polskości (jakby nie była śladowa). A o to najtrudniej…

Reblog / Re-Facebook / Re coś tam

EMS

Znalazłam na Facebooku. Ważne. Najpierw zlajkowałam, potem przeniosłam do bloga na stronę “Heute/dziś/today”, ale wszystko mi było za mało, bo rzecz jest ważna, no więc robię rebloga i wstawiam na wieki wieków amen…

4.01.2016

KOD, budowanie ruchu społecznego, demonstracje, niezgoda, opór bierny, oporniki, deklaracje – to wszystko ładne, fajne i sympatyczne. Ale nie zapominajmy o jednym: ci, którzy tworzą to “my” (ja również), należą do tak zwanej “fajnej Polski” uprzywilejowanych, zadowolonych z dotychczasowego rozwoju, otwarcia na Zachód, względnego dobrobytu, względnego pluralizmu, mamy względnie dobre posady, mieszkamy w większości w miastach i jesteśmy zadowoleni, na tyle zadowoleni, że nie zastanawialismy się do tej pory nad tymi, których głosy obecna władza zagospodarowała i dlaczego tak się stało. Model neoliberalny, (jaki w Zachodniej Europie bylby nie do pomyślenia), który narzucono Polsce siłą globalnych graczy, ma się ku globalnemu końcowi, widać to i będzie to widać coraz wyraźniej. W Polsce dużo poszło dobrze, pewnie wiekszość spraw. Względnie dobrze, ale są duże obszary, gdzie panuje de facto feudalizm, pół-niewolnictwo, gdzie pracodawca jest bezkarnym wyzyskiwaczem, gdzie umowy z pracownikiem to śmieć, gdzie ludzie pracują z nadgodzinami na 1,5 etatu, nie widząc w tygodniu swoich dzieci, ale nie są i tak w stanie dociagnąć do pierwszego, gdzie nie można się rozchorować, bo się leci z roboty. W Polsce gospodarką rządzą korporacje nie płacące de facto podatków, rozwarstwienie się pogłębia i z biedy nie sposób wyjść o własnych siłach, chyba że wyjeżdżając za granicę. W tej Polsce uprzywilejowanych, czyli nas, tworzących choćby KOD, w ciągu ostatnich lat kompletnie zabrakło solidaryzmu społecznego, zamiast niego był paternalistyczny kapitalizm najgorszego sortu. Na Zachodzie, który my uprzywilejowani tak bierzemy za przykład i go “gonimy”, cywilizacyjnie nigdy nie zabrakło solidarności z tymi, którzy nie dają rady – niezależnie od tego czy u steru byli Chadecy, czy Socjaliści, jeżeli nie z milości bliźniego to z czystej kalkulacji, żeby nie doszło do rozwoju ruchów radykalnych. W Polsce tego zaniechano i pozwoliliśmy na to na lewej i na prawej, by społecznymi postulatami troski o wspólnotę, sprawiedliwości społecznej etc. zawładnęli radykałowie. Jakie refleksje na temat własnego działania, własnego państwa płyną z KODu i innych formacji stawiajacych opór obecnej władzy? Na razie kompletnie mi ich brakuje. Jak ma wygladać postpisowska Polska? Czy bedzie powrotem do upadajacego neoliberalizmu zadowolonych?

***
W komentarzach ktoś napisał, że grzechem, jeszcze cięższym niż brak solidarności społecznej, była obojętność, a następnego dnia przeczytałam gdzieś, że obojętność to okrucieństwo w wykonaniu ludzi dobrze wychowanych…

***

EMS

Oczywiście nie znaczy to, że nie mamy protestować, bo mamy i musimy, ale musimy jednocześnie myśleć, czuć, współczuć i przewidywać…

Więc na dziś – demonstracja w Warszawie, demonstracja w Berlinie. Idźcie, idźmy, chodźmy, chodźcie…

plakat

plakat-samstag

Reblog: Chłopak z cmentarza w Berlinie

Spotkałam Małgosię pół roku temu na seminarium dla genealogów w Żydowskim Instytucie Historycznym. Opowiadała o swych badaniach nad dziejami żydowskiej rodziny Haase w Rybniku. Już wtedy wiedziałam, że chciałabym zreblogować jej opowieść o Rudolfie do cyklu “cmentarnego”, który wtedy tworzyliśmy z Tomaszem Fetzkim.  Cykl się skończył, a ja pomyślałam, że Małgosia już nie napisze tej historii. Mówi się trudno. A tu nagle 26 grudnia na blogu Małgosi czyli w Szufladzie pojawiła się siódma część epopei rodu Haasych.

Małgosia Płoszaj

Śmierć Rudolfa

Jeszcze nie jestem pewna, czy będzie to ostatnia część historii rodziny Haase, ale na pewno ta, z którą będę mieć najwięcej problemów. Być może nie wszystkim spodoba się moje wytłumaczenie tragedii, która dotknęła Haasych na Śląsku, ale nie jestem historykiem i mam prawo do ocen oraz subiektywnego spojrzenia na sprawy, które miały miejsce prawie sto temu. Biorąc jeszcze pod uwagę co się obecnie dzieje dookoła, tym bardziej będzie trudno opisywać czasy, które podzieliły Ślązaków w tamtym czasie. Ślązaków, do których zaliczam ówczesnych Niemców, Polaków i Żydów.

Przenieśmy się więc do trudnych czasów powstań śląskich, czyli do momentu, w którym przerwałam swoją opowieść.

W czasie swojego pobytu w Lipsku (tam rodzina przebywała w czasie I wojny) synowie Felixa, czyli Fritz (oficjalnie Ernst) i Rudolf uczestniczą w ćwiczeniach Korpusu Ernst i RudiSkatów, które jeszcze wówczas są dla nich formą zabawy. Po powrocie do rodzinnego miasta, czyli w 1919 r. obaj nastoletni chłopcy, czując się Niemcami, zaczynają się angażować po stronie niemieckiej. I nie jest to już zabawa. Starszy Fritz zostaje prywatnym kurierem niemieckiego komisarza plebiscytowego, a następnie Związku Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków. Z kolei Rudolf kieruje grupą chłopaków, do których należy przyjmowanie zamiejscowych Niemców przyjeżdżających do Rybnika na czas plebiscytu. Chłopcy na pewno są rozpoznawalni w mieście, choćby z racji tego, że są synami jednego z najbogatszych rybniczan. Ich poświęcenie dla sprawy niemieckiej nie jest dobrze widziane przez Polaków. Dostają anonimy z poważnymi pogróżkami, wielokrotnie są obrzucani kamieniami, wyzywani.

Rudi – tragiczny bohater mojej opowieści jest wysokim, rzucającym się w oczy blondynem, który niejednokrotnie igra z losem. Krew w nim wre, ale w takim wieku to normalne. Krótko po plebiscycie dochodzi do niebezpiecznego incydentu z udziałem Rudolfa na rybnickim dworcu. Musiał być z niego niezły „zadzior” :mrgreen:.

Sztandar Polski opisał to tak:

haase_sztandar_1

haase_sztandar_2

Felix, zdając sobie sprawę z tego, że Rybnik może ostatecznie znaleźć się w granicach nowo powstałej Polski, już jakiś czas wcześniej zdecydował się na zakup domu w Berlinie i na wyjazd z Rybnika. Chłopcy, jak to młodzi, nie chcą być poczytani za tchórzy i tym samym pogodzić się z decyzją taty. Termin przeprowadzki zostaje ustalony i… wybucha III powstanie śląskie. Rudolf zostaje aresztowany przez Polaków zaraz pierwszego dnia. Przypominam, że ma 15 lat. Rodzinie udaje się go wykupić z rąk powstańców za 5.000 marek, czyli za dość pokaźną kwotę. Przez następne dwa tygodnie obaj chłopcy są ukrywani w willi Haasych i u obcych ludzi. Wszędzie się gotuje, brat walczy z bratem, a szwagier z kuzynem.

W połowie maja rodzice uznają, że chłopców należy wywieźć z Rybnika do Raciborza, który jest po stronie niemieckiej i w którym mogą być bezpieczni. Takich niemieckich uciekinierów, w większości kobiet i dzieci, jest około 700. Pociąg rusza ze stacji kolejowej w Rybniku 14 maja 1921 r. o godz. 11.45. Pasażerowie mają zapewnienie władz powstańczych oraz włoskich wojsk, iż bezpiecznie dotrą na miejsce. Niestety, na stacji w Nędzy (zwanej kiedyś Nensa, Nendza, czy też Buchenau) skład zostaje zatrzymany przez powstańców. Dochodzi do nieporozumień między Włochami, jadącymi również żołnierzami francuskimi i angielskim kapitanem z wojsk rozjemczych. W końcu zostaje ustalone, iż mężczyźni poniżej 40 roku życia mają być ponownie przetransportowani do Rybnika. Młodym Haasym jednak udaje się i oficer powstańczy pozwala im na dalszą drogę. Oficerowi kilka lat wcześniej Fritz uratował życie, gdy ten się topił. Pociąg dojeżdża do stacji Markowice (Markowitz) i wszyscy muszą wysiąść, bowiem na Odrze most kolejowy został wysadzony i dalsza droga jest możliwa jedynie pieszo.

Teraz będę nieobiektywna i będę przemawiać słowami Feliksa, Niemca i zarazem Żyda, czyli ojca, który to co miało dalej miejsce, opisał dla Niemieckiego Korpusu Skautów miesiąc po wydarzeniu.

Relacja Feliksa Haase

Będę też przemawiać swoimi słowami, czyli matki, która nigdy nie chciałaby stracić dziecka na żadnej wojnie, w żadnych powstaniu, czy innej rebelii. Jeśli więc prawdziwych (czyt. właściwego sortu) Polaków mój pogląd na śmierć Rudolfa zniesmaczy, to mogą nacisnąć taki krzyżyk po prawej stronie ekranu i szlus.

Wracam do Markowic i do 14 maja 1921 r. Wszyscy wychodzą z pociągu. Fritz pomaga jakiejś pani przenosić bagaże do ciężarówki, a Rudolf nagle zostaje aresztowany przez komendanta dworca za „terroryzowanie Polaków”. Fritz stara się wstawić za bratem, ale jest odpędzony uderzeniami kolby karabinu. Wraz z Rudim powstańcy aresztują szefa rybnickiej Partii Socjaldemokratycznej Wasnera oraz kupca o nazwisku Nimietz. Dlaczego zatrzymano właśnie Rudolfa? Napyskował? Stanął w czyjejś obronie? Powiedział o jedno słowo za dużo? Toż to był tylko piętnastolatek. Nie sądzę, by miał przy sobie broń. Wątpię, by chciał kogoś zabić. Jestem pewna, że rodzice prosili go o ostrożność i niewdawanie się w polemiki czy spory z powstańcami. Został aresztowany, bo go rozpoznano. Bo komendant z Markowic poprzedniego roku, w trakcie II powstania, wtargnął do willi Haasych i znał Rudolfa. Wiedział, że to Niemcy, że są bogaci. Na pewno wiedział, że to Żydzi. Choć akurat nie uważam, by ten ostatni fakt przyczynił się do aresztowania nastolatka.

Mapa

Rudi wraz pozostałymi aresztowanymi został popędzony w stronę Kornowaca. 2 km od wsi, gdzieś pod lasem, został zastrzelony. Był jeńcem, można by rzec jeńcem wojennym, a został zastrzelony. 24 godziny po aresztowaniu, wieczorem w niedzielę Zielonych Świąt. Tak na zimno. Bez emocji, w żadnym tam afekcie. Zabito również Niemietza. Za zmarłego początkowo był uważany i trzeci jeniec – Wasner, którego szukający syna Felix Haase, odnalazł przypadkowo w szpitalu w Rydułtowach. To właśnie ciężko ranny Wasner zdał mu krótką relację z tego co się stało. Ojciec szukał syna wraz dr. Białym, komisarzem powiatowym Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w Rybniku oraz francuskim kapitanem Lalannem. Takie to były pogmatwane czasy. Polak z Niemcem pod eskortą Francuza. Gdyby nie przedśmiertna relacja Wasnera, rodzina Haasych nigdy by się nie dowiedziała co się stało. A tak choć jedynym pocieszeniem mogły być dla nich jego słowa, że Rudolf się nie bał i umarł jak bohater. Według orzeczenia lekarskiego Rudolf nie był torturowany. Mimo, że początkowo odmawiano wydania zwłok Rudolfa, to ostatecznie zostały sprowadzone pod eskortą wojskową do Rybnika. Mogę się domyślać, że musiało to sporo kosztować rodziców.

Poradzono im, by pogrzeb był skromny i bez zbędnych uroczystości. Rybnik w owym czasie był już w rękach powstańców. Jak napisał Felix: „Trumna była pokryta wieńcami i palmami”. W tym roku, przy okazji poszukiwań informacji o rybnickich rabinach, znalazłam skromną notkę rabina Nellhausa (jego notatnik znajduje się w Instytucie Leo Baecka), z której wynika, iż Rudolf został pochowany na naszym cmentarzu 19 maja 1921 r. W uroczystości brali udział, oprócz rodziny i przyjaciół, nauczyciele (oczywiście za wyjątkiem polskich), starosta oraz zdymisjonowany burmistrz niemiecki.

Notka rabina Nellhausa

Felix zaraz w czerwcu 1921 r. zastrzegł, iż jeśli Rybnik przypadnie Polsce, to ciało Rudolfa zostanie przewiezione do Niemiec, co się wnet stało. Wyobrażacie sobie tą traumę, którą przechodziła rodzina? Co musiała przejść mama Rudolfa – śliczna Sonia. Co czuł tata, gdy wbrew religii zadecydował, by ekshumować zwłoki syna? Gdy musieli naruszać jego spokój?

Rudolf został powtórnie pochowany na żydowskim cmentarzu Weißensee w Berlinie w lipcu 1921 r. Tym razem w alejce dla zasłużonych. Sonia na drzewie genealogicznym zrobiła odręczny dopisek, który do dziś świadczy o okrucieństwie trzech bandziorów, którzy zabili dziecko w trakcie III powstania śląskiego. Po ponad 150 latach członkowie rodziny Haasych przestali być rybniczanami i opuścili Rybnik na zawsze.

Rudolf na drzewie gen

Śmierć Rudolfa odbiła się echem w wychodzącej wówczas prasie. Zarówno lokalnej jak i niemieckiej. Pamięć o swoim synu kultywował Felix. Po jakimś czasie młody Haase został zapomniany, ale powrócono do jego śmierci pod Rybnikiem ponownie pod koniec lat 20., kiedy to zaczął narastać kryzys w Republice Weimarskiej i zapotrzebowanie na bohaterów było coraz większe. W 1927 r. lekko antysemicki Central-Verein zamierzał opublikować historię Rudolfa, ale to już zbytnio nie interesowało Feliksa. Niektórzy porównywali młodego Haasego do Alberta Leo Schlagetera – niemieckiego bojówkarza, skazanego na śmierć przez Francuzów. Nota bene wykreowanego później przez propagandę nazistowską na bohatera narodowego.

I tu dochodzę do kolejnego tragicznego momentu w historii Rudolfa. Pośmiertnej historii. Otóż po dojściu Hitlera do władzy, Neue Schlesische Anzeiger opublikował artykuł, który nie wspominał ani słowa o jego żydowskim pochodzeniu, ale za to pisał, iż „poszedł on na śmierć za Wielką Rzeszę Niemiecką (…), która tylko dzięki Adolfowi Hitlerowi stała się rzeczywistą.” O ironio! Gdybyż Rudi wiedział co Niemcy, za które zginął zrobią potem z narodem żydowskim… Ten sam artykuł ukazał się jeszcze raz w prasie niemieckiej w 1936 r., oczywiście również bez jakiejkolwiek wzmianki, iż opisywany bohater był Żydem.

Za to prawdziwi Polacy w 1937 r. stwierdzali jednoznacznie, że zapamiętają, iż w czasie plebiscytu na Górnym Śląsku Żydzi opowiadali się po stronie niemieckiej, wymieniając i mojego Rudolfa. A tak Bogiem a prawdą, to po czyjej stronie mieli się wówczas opowiadać, skoro byli Niemcami? Toż Rybnik był przez stulecia niemieckim miastem i żadne retuszowanie historii tego nie zmieni.

Glos Mazowiecki 1937 Maz.BC

Grób Rudolfa przetrwał wojnę i jego nagrobek do dziś stoi w alejce zasłużonych. Gdyby ojciec Felix nie podjął decyzji o ekshumacji, jego szczątki zostałyby rozwleczone przez złych ludzi, o których tu już wiele razy wspominałam. A tak leży w miarę blisko swego dziadka Juliusza Haasego, gdyż na tym samym cmentarzu.

Grob Rudolfa Haase

Felix wrócił jeszcze w 1921 r. na Śląsk, by sprzedać swoją fabrykę braciom Żurkom, którzy zaczęli inwestować w prawie polskim już Rybniku. Kupili też willę Haasych. Wszelkie inne należności, których Felix nie zdążył odebrać, jak choćby pożyczki, poprzepadały.

Haase KW

Haase wykluczenie hipoteki Gazeta Urzedowa 1931

Felix, Sonia, syn Ernst i córka Lotte zamieszkali w Berlinie. Dobry Bóg sprawił, że udało im się uniknąć losu wielu niemieckich Żydów i osiedlić się w Chile pod koniec lat 30. Tam też zmarł Felix Haase – ostatni właściciel rybnickiej garbarni, jeden z bogatszych i bardziej zasłużonych dla naszego miasta obywateli.

Haase po wojnie

Historia tragicznej śmierci Rudolfa została przeze mnie opisana w książce „Żydzi na Górnym Śląsku w XIX i XX wieku”. Recenzentowi – historykowi nie podobało się moje emocjonalne podejście i ocena tego, co miało miejsce w lesie pod Kornowacem. Cóż, tu już recenzenta nie ma, więc mogę napisać, że rozumiem, iż Rudi się angażował po stronie niemieckiej, że go nie potępiam, że współczuję rodzicom i że zawsze będę go bronić.

Na koniec muszę jeszcze dodać, iż jego losy zaintrygowały nawet angielskiego (amerykańskiego?) badacza Philippa Nielsena, który w książce „Das war mal unsere Heimat” wydanej w 2013 r. opublikował artykuł „Der Schlageter Oberschlesiens – jüdische Deutsche und die Verteidigung ihrer Heimat im Osten”. Pomógł mi on w zrozumieniu kilku faktów z pośmiertnej historii Rudolfa.

Myślę, że kończę na razie wspomnienia o rodzinie Haasych. Może kiedyś opiszę jeszcze odnogi drzewa genealogicznego tej familii. Zawsze znajdzie się bowiem jakieś post scriptum.

Jest dla mnie niezwykłym zaszczytem to, że mam od czasu do czasu kontakt z wnuczkami Felixa, a zarazem córkami Ernsta, czyli brata Rudolfa. I z niecierpliwością czekam na otwarcie muzeum Żydów Górnośląskich, gdzie historia tej rodziny zostanie przedstawiona, gdyż jest niezwykła i, dzięki uprzejmości potomków, wyśmienicie udokumentowana.

***

Linki dla tych, którzy chcą od początku przeczytać opowieść o rybnickiej rodzinie Haase:

Haase epopeja (cz.1)
Haase epopeja – przodek Efraim (cz.2)
Haase epopeja – pośmiertna kariera Charlotty (cz.3)
Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)
Haase epopeja – Juliusz społecznik (cz.5)
Haase epopeja – Felix i jego rodzina (cz.6)

(zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodziny Haase, z książki „Das war mal unsere Heimat”, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej, Instytutu Leo Baecka)

Reblogi czyli opowiadania o uchodźcach

polityka okladkaTak to jest… Nam Christmas… Im monotonia bytowania w schronisku. Chociaż różnie bywa. Syryjczycy z Oławy nagrali kolędę. Śpiewają po polsku i po arabsku…

Die Flüchtlinge aus Syrien in Ohlau (Niederschlesien) singen Weihnachtslieder in Polnisch und Arabisch

Gazeta Wyborcza

Sześć krakowskich rodzin przyjęło na święta syryjskich uchodźców

28 grudnia 2015

Łukasz Grzesiczak

Ośmioro syryjskich uchodźców z obozu w Be rlinie spędziło święta w Krakowie. Przyjęło ich sześć rodzin. To spontaniczna akcja, którą przy pomocy mediów społecznościowych zorganizowała krakowianka Hania Hakiel.

Hania Hakiel pochodzi z Krakowa, ale od pięciu lat mieszka w Berlinie. – W pewnym momencie zobaczyłam, że uchodźcy to moi sąsiedzi. W Polsce obserwowałam niechęć wobec idei przyjmowania uchodźców i mnóstwo negatywnych stereotypów na ich temat, dlatego poczułam coś w rodzaju poruszenia serca. Postanowiłam ich poznać, zobaczyć, co mogę i chcę dla nich zrobić. Zaczęłam chodzić do obozów dla uchodźców, rozmawiać z nimi, bawić się z dziećmi, rysować, zawiązałam pierwsze przyjaźnie – wspomina.

Dalej

***
Jak to miło!  Znam Hanię Hakiel niejako wirtualnie, przysłała do nas do schroniska wspaniałą grupę teatralną… w Nowym Roku mamy zamiar wspólnie działać dalej…

Polityka

Uchodźcy przyspieszą rozwój niemieckiej gospodarki

Niemcy zdecydowanie chętniej niż inne kraje Unii Europejskiej przyjmują uchodźców. Nie wynika to jednak z empatii dla pokrzywdzonych, ani nawet z poczucia winy za minione grzechy.

W 2013 roku Niemcy zdali sobie sprawę, że jest ich o dwa miliony mniej niż do tej pory myśleli – 80 milionów, o 2 mln mniej niż powszechnie sądzono. Prognozy są na dodatek kiepskie. Spodziewać się można, że do połowy obecnego stulecia ich liczba spadnie poniżej 69 milionów. Gdyby się to potwierdziło Niemcy utraciłyby tytuł największej gospodarki europejskiej na rzecz Wielkiej Brytanii. Trudno sobie wyobrazić bardziej namacalny dowód na kryzys demograficzny w ciągle największym kraju UE. Dlatego właśnie obecny europejski kryzys imigracyjny bywa w samych Niemczech postrzegany jako szansa dla trapionego niżem demograficznych kraju.

Niemcy są jednak zbyt poważną nacją aby podejmować jakąkolwiek decyzję bez uprzedniego dokonania rachunku zysków i strat, w tym i odpowiedzi na pytanie czy gospodarka niemiecka poradzi sobie z dużym napływem ludności obcej. Optymiści sugerują, że nie można było sobie wyobrazić lepszego niż obecnie okresu do stawienia czoła kryzysowi imigracyjnemu.

Przyczyny historyczne

Wielu Niemców otwartych jest na pomoc imigrantom z czysto humanitarnych powodów. Postawa rządu Niemiec jest już jednak bardziej złożona. Już pięćdziesiąt lat temu było jasne, że jedynie imigranci mogą zaradzić wielu kłopotom trapiącym ówczesną gospodarkę niemiecką. Wśród nich była m.in. nierównowaga płciowa w latach powojennych. Skoro wielu Niemców zginęło na froncie i brakowało rąk do pracy (zwłaszcza tej, która była poza zasięgiem kobiet), siłę roboczą należało importować.

Teza ta nie została nigdy formalnie postawiona, ale wiele przemawiają za nią wypowiedziane w 2008 r. słowa niedawno zmarłego byłego kanclerza Helmuta Schmidta w wywiadzie-rzeka udzielonemu Giovanniemu di Lorenzo: Kiedy gospodarka Niemiec Zachodnich nabierała na skutek wygenerowanego przez Ludwiga Erharda cudu gospodarczego rozpędu rodziło się pytanie co dalej. O ile Schmidt postulował podniesienie płac bądź co bądź wymęczonym wpierw wojną a potem odbudową kraju Niemcom, Erhard optował za podtrzymaniem za wszelką cenę niskich kosztów pracy w gospodarce. A do tego potrzebni byli mu imigranci, których napływ hamował przez długi czas roszczenia niemieckich pracowników.

Hamowanie presji płacowej w Niemczech musiało mieć pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki tego kraju, co w średnim okresie czasu wykazało słuszność koncepcji Erharda. Co ważniejsze, koncepcja Erharda przyczyniła się może i do opóźnionego, ale za to trwalszego procesu bogacenia się Niemiec. Zwróćmy uwagę na to, że inne kraje Europy (zazdroszczące Niemcom silnej marki) nie miały innego wyboru jak zacząć naśladować politykę monetarną Niemiec.

Niższe koszty pracy doprowadziły do sporych nadwyżek handlowych, za sprawą których doszło do gwałtownej aprecjacji marki niemieckiej prowadzącej pośrednio do wzrostu dobrobytu w tym kraju. Jednak Schmidt – gdy już doszedł do władzy w 1974 r. – postanowił wyhamować przypływ imigrantów, których liczbę szacowano już wówczas na ok. 3,5 miliona osób. Schmidt obawiał się o zdolność do asymilacji w niemieckim społeczeństwie. Miał świadomość, że tzw. wyzwanie asymilacyjne przerasta zarówno imigrantów, jak i samych Niemców. Zielone światło dalszemu napływowi ludzi z zewnątrz dało dopiero nadejście ery Helmuta Kohla.

Rachunek ekonomiczny

W ciągu pierwszych 8 miesięcy 2015 roku niemiecką granicę przekroczyło 219171 Syryjczyków. Przybyło ich być może nawet więcej. Jeszcze we wrześniu niemiecki rząd mówił, że wiązać się to będzie z kosztem około 670 euro miesięcznie. Bardziej realistycznie kwestię widzi prof. Marcel Fratzscher, szef niemieckiego instytutu Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung, prof. Marcel Fratzscher, który szacuje koszt niemieckiego budżetu z tytułu przyjęcia jednego imigranta na niespełna 12 tysięcy euro rocznie, czyli około 1 tysiąc euro miesięcznie.

Trzymając się tego bardziej realistycznego rachunku i zakładając, że w 2015 r. przybędzie do Niemiec łącznie 800 tysięcy uchodźców, sfinansowanie ich przyjęcia kosztować będzie Niemcy około 10 mld euro rocznie. Fratzscher wychodzi z założenia, że w 2016 r. do Niemiec napłynie dalsza podobna liczba uchodźców, co oznaczać będzie wzrost wydatków o kolejne 10 mld euro, co odpowiadać będzie 0,6 proc. PKB Niemiec.

Jest to duże obciążenie budżetu naszych zachodnich sąsiadów. Fratzscher zaleca jednak patrzenie na tę kwotę przez pryzmat programu nakręcającego koniunkturę w Niemczech. Jego zdaniem jeśli nawet połowa z omawianych tutaj 20 miliardów pójdzie na konsumpcję ze strony uchodźców, to gospodarka niemiecka i tak zyska w postaci wyższego wzrostu PKB. A dokładniej konsumpcja ze strony uchodźców może dołożyć ok 0,3 proc. do całego wzrostu przewidzianego na rok 2016.

Fratzscher nie ogranicza jednak swojej projekcji tylko do roku 2016 i wybiega naprzód aż do roku 2035. Zakłada, że w latach 2017-2020 będzie napływać do Niemiec 400 tysięcy uchodźców rocznie. Z różnych powodów (przede wszystkim chodzi o barierę językową), współczynnik aktywności zawodowej imigrantów będzie niski (na poziomie 20 proc.). Do 2027 r. powinien on jednak wzrosnąć już do 70 proc., a jego efektywność pracy będzie wynosić 67 proc. efektywności przeciętnego Niemca.

Przy takich założeniach w 2020 r. koszt utrzymania przybyłych w latach 2015-2020 do Niemiec 3,2 milionów nowych uchodźców sięgnie 1,2 proc. PKB. W 2020 r. wielu uchodźców powinno już jednak zacząć pracować na siebie. W jego ocenie wygenerują oni już wzrost gospodarki niemieckiej rzędu 0,54 proc. Za sprawą bardzo wysokich kosztów utrzymania tzw. wzrost netto wyniesie jednak nadal minus 0,66 proc. PKB. Sytuacja powinna znacząco poprawić się już w 2025 r. kiedy tzw. zmiana netto PKB będzie już dodatnia i wyniesie 0,8 proc. PKB. A 10 lat później (to jest w 2035 r.) zmiana netto podskoczy nawet do 1,12 proc. PKB.

Optymizm Fratschera bazuje na założeniu dotyczącym struktury wiekowej uchodźców. Z punktu widzenia budżetu Niemiec najlepszym przedziałem wiekowym jest przedział od 25 do 30 lat. Przybysze w tym wieku są już oni ukształtowani zawodowo i nawet w przypadku możliwej przeciągającej się ich integracji z rynkiem pracy będą oni w stanie zapracować na swoją emeryturę. Tak więc ich tzw. obciążenie netto dla budżetu będzie wręcz ujemne.

Na strukturę wieku zwraca uwagę  też prof. Clemens Fuest z Zentrums für Europäische Wirtschaftsforschung (ZEW), który dość sceptycznie podchodzi jednak do wyliczeń Fratschera. Zdaniem Fuesta byłoby wręcz idealnie gdyby wśród uchodźców dominowali inżynierowie z Bagdadu i lekarze z Kabulu. Jest to jednak oczywiście mrzonka. Fuest nie kwestionuje korzyści dla rynku pracy, zwraca jednak uwagę na stronę fiskalną całego przedsięwzięcia, a dokładniej na obciążenie dla niemieckiego podatnika. Wbrew pozorom nie musi to być dla wszystkich w Niemczech oczywiste. Niemcy już w 2012 r. płacili per capita 125 euro za każdego uchodźcę przebywającego w Niemczech. Suma ta może znacząco wzrosnąć w najbliższych latach.

Fuest bazuje swoją ocenę na wyliczeniach prof. Holgera Bonina z 2014 r i które odbiły się w Niemczech szerokim echem. Bonin w swoich badaniach oceniał obciążenia dla niemieckiego podatnika wynikające z tytułu przyjęcia jednego uchodźcy. Ich wysokość zależy od poziomu wykształcenia imigranta. Przy obecnej strukturze wykształcenia imigrantów każdy Niemiec dopłaca do jednego imigranta 125 euro.

Gdyby struktura wykształcenia imigrantów upodobniła się do struktury wykształcenia całej ludności niemieckiej (13 proc. Niemców ma wyższe wykształcenie, 62 proc. ma wykształcenie średnie lub zawodowe, a 16 proc. nie posiada wyuczonego zawodu) dotychczasowe obciążenie przekształciłoby się w korzyść w wysokości 347 euro per capita.

Z najnowszych danych niemieckich wynika, że wśród uchodźców jest nawet 11 proc. osób z wyższym wykształceniem. Czas dzielący od momentu przekroczenia granicy przez uchodźcę z wyższym wykształceniem do momentu jego wejścia na niemiecki rynek pracy może jednak trwać nawet do 15 lat. Nie chodzi tu tylko o opanowanie i tak już bardzo trudnego języka niemieckiego, ale i nostryfikację wszystkich niezbędnych dokumentów.

Czy Niemcy wytrzymają ten okres dostosowawczy? Budżet na 2016 rok, ze względu na spore nadwyżki w 2015 r. pozostanie zrównoważony. W 2017 r. może się już jednak okazać, że przyjęcie fali uchodźców zachwieje równowagą zrównoważonego dotychczas niemieckiego budżet, co wypadnie akurat w roku wyborczym.

Za przyjmowaniem uchodźców optują niemieckie kręgi biznesowe. Wynika to z prostej kalkulacji – w Niemczech będzie brakować rąk do pracy. Gdyby jednak przyjmowane szacunki nie potwierdziły się, koszty okazały się wyższe, a potencjalne zyski niższe, Niemcy mogą ponieść duże koszty polityczne tych kalkulacji. Kosztem tym byłoby wyłonienie się w Niemczech silnej partii o zabarwieniu mocno nacjonalistycznym.

***
Ewa Maria Slaska

Bardzo rozsądny głos w dyskusji, ale… Ale choć lubię wyważoną i rozsądną argumentację, ta nie podoba mi się wcale. Autor patrzy chłodnym okiem i racjonalizuje, dokonuje reinterpretacji ludzkiego gestu kanclerz Merkel i Niemców.  W jego oczach all that jazz to czysty merkantylizm i chłodna kalkulacja.

Nie umiemy czy nie chcemy docenić ludzkich uczuć?

Przecież w samych Niemczech wszyscy się dziwią, jak to się stało, że Angela zdobyła się na taką postawę i przy niej trwa. Wir schaffen es – damy radę stanie się jednym z symboli XXI wieku.

Ale moje obawy, że jest to racjonalizacja przesadzona, a zatem szkodliwa – idą jeszcze dalej, bo oto podświadomie (ufam, że podświadomie) myjemy ręce, a nawet je umywamy. NIE MUSIMY zajmować się uchodźcami, to nie nasza broszka, niech się nimi zajmują ci, którym to przyniesie zyski.

W rozmowach z moimi rodakami usłyszałam już wiele argumentów przeciw uchodźcom, a zwłaszcza przeciw temu, byśmy my jako Polacy musieli ich przyjąć i zapewnić im opiekę.  Wypływały one niekiedy z głębi serca, z przekonań, z systemu wartości, ze światopoglądu, z głupoty, z tchórzostwa. To co tu czytamy, wypływa z analizy ekonomicznej i wydaje mi się jeszcze bardziej niebezpieczne niż głupota. 

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

Reblog: Polska PiSu – pełzający autorytaryzm

Wywiad z prezydentem Słupska, Robertem Biedroniem – 23 grudnia 2015 – Kropka na i.

biedron-olejnik

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

– Jako samorządowiec, który mógł korzystać potencjalnie z Trybunału Konstytucyjnego dziś patrzę z przerażeniem na to co dzieje się z TK.

A w komentarzach:

Świetna decyzja Pani Moniki Olejnik, aby zaprosić do swojego programu Pana Roberta Biedronia, który krytykując decyzje polityków, nie opluwa wszystkich i wszystkiego lecz mówi konstruktywnie, merytorycznie i jako politolog z wykształcenia – potrafi oceniać fakty i przewidywać ew. konsekwencje różnych działań. Polacy, posłuchajmy tego Człowieka, wyciągnijmy wnioski.

Wreszcie ktoś z ludzką twarzą, merytorycznymi wypowiedziami, inteligencją urokiem osobistym, piękny świąteczny prezent!!!!

Pan Robert Biedroń, przyszły prezydent Polski!

Dobra analiza, Biedroń wyrasta na lidera lewicy, dużo głębsze te analizy niż Nowackiej a nawet Millera czy Palikota. Biedroń w następnych wyborach do Sejmu marsz, mogą być wcześniej niż przewiduje PiS.

Reblog: Między Łodzią, Berlinem a Wenecją…

Wojciech Drozdek

Krance…

Szybko, po deszczu, nim słońce zajdzie, szurając po skwerze, gdzie jeszcze nie uprzątnięto wszystkich liści… gnijących już, ale o jakże bliskim mi zapachu wycieczek z Ojcem… Trzynastką? …przez Bałucki Rynek? …do Łagiewnik. Tam, na tarasie starej drewnianej willi, opatuleni w koce piliśmy z Bratem herbatę. W pokoju, za szybą na szarym ekranie telewizora, ktoś komuś chciał udowodnić, że gdyby wszyscy ludzie dobrej woli.

I strzępy rozmowy: “A rzucą choinki..? Znów stać trzeba będzie cała noc przy oknie..?” Widać było Skład Węgla. Ten, obok Fabrycznej, której tory wylewały się niemal na ulicę a i bunkier niemiecki i węglarzy z rolwagami… próbowali trafić obręczami kół w szyny ‘tramwaja’, by lżej było rolować.

“Ach, jakoś damy sobie radę… – powtarzał co roku Ojciec. – No tak, wy TO znacie i jak TO zrobić te … jak im tam… a! -‘ KRANCE’!” Matka robiła ‘krance’ jeszcze przed wojną no i w czasie też. Mniejsze, skromniejsze na kredensy i te większe ozdobione czerwonymi wstążkami do podwieszania pod sufitem. I białe grube świece… Mówili, że to tylko u lutrów takie były… Przydało się to matczyne doświadczenie w parę lat po wojnie.

Niemców wprawdzie już dawno nie było, ale i choinek też. Więc ludzie zamawiali ‘krance’. Na słowo ‘stroik’ poczekać trzeba było jeszcze lata… Pamiętam i u nas w Domu, raz czy dwa razy pod sufitem… nadziwić się nie mogłem.
“W naszej robotniczej łodzi.. coraz mniej bażantów chodzi”.

Dziś, wracając do domu, stanąłem przed wystawą, zobaczyłem ‘kranca’ i coś więcej…

Nie wiem jak wyglądała kwiaciarnia mojej Matki. Ni piotrkowska, ni łódzka. Nawet fotografie się nie zachowały. Tylko stempel ‘zapłacone’ …i nic więcej. Pomyślałem, że może tak właśnie… Z krancem u sufitu, latarynkami po bokach… niedbale rzuconym kieliszkiem i butelką wina, które się ostały do podziwiania na starym dobrym pledzie z bielskiej wełny…

Reblog: Bernhardt w Australii

Lech Milewski opisał w dwóch odcinkach pobyt Pasteura w Australii. W drugim wpisie pojawiła się Sarah Bernhardt, w tak niezwykłej opowieści, że dziś rebloguję plotki o pobycie wielkiej aktorki i miłośnicy w Australii…

The Divine Sarah Bernhardt (1844–1923) in Australia, 1891: sex, theatre, sun

Young Czech artist Alphonse Mucha (1860-1939) after moving to Paris created an Art Nouveau poster in 1884 to advertise Bernhardt’s role of Gismonda at Paris’ Theatre de la Renaissance. This poster broke new ground in the art poster world, and within a week of printing, Mucha became a very well known artist in Paris. Sarah Bernhardt loved the poster, and signed Mucha to a 6-year contract. During that time, Mucha designed other posters for her and became very close to the theatrical legend.

Bernhardt was also a keen fan of photography,  using the most modern 19th century technologies available to get her image out to the public.

Bernhardt as Gismonda, created by Mucha in 1884, Paris

By the time the Divine Sarah Bernhardt arrived in Australia in 1891, she was the most famous actress in the world. The Pall Mall Gazette in July 1891 noted that the 46-year-old star’s arrival in Sydney emptied State Parliament and caused wild scenes at Redfern station where she was received with extraordinary honours. The Mayor left his duties to meet her and took her to an official reception. The harbour was decorated as if for a regatta, and the town was illuminated at night.
*
Everyone cashed in on her trip to Australia. The fabulous Australia Hotel, whose foundation stone had been laid by the state premier Sir Henry Parkes just two years earlier, asked Sarah Bernhardt to perform the grand opening. Her name was first in the new hotel register, later displayed in a glass showcase in the main foyer.

Hotel Australia, 1891, opened by Bernhardt

Impresario George Tallis was closely associated with the JC Williamson firm for 50+ years. While concentrating on the business side, Tallis learned every aspect of theatrical management, from choosing costumes to handling international stars. Enticing Bernhardt to do a tour of Australia in 1891, Tallis said, marked the high point in his early career and led to his later fame and knighthood.

The newspapers were agog. The Melbourne Argus in Sep 1890 told its readers that JC Williamson has concluded an agreement with Mme Sarah Bernhardt and company, who would visit Australia for a theatrical season of 10 weeks. She would first appear in Melbourne in June 1892. The plays to be produced would include M. Sardou’s drama Cleopatra. In July 1891 The Argus wrote  “Madame Sarah Bernhardt opened the Sydney season to night at Her Majesty s Theatre in Camille. The house was crowded by a brilliant audience, who, though somewhat impassive during the first act of the play, were gradually warmed to genuine enthusiasm, and rewarded the magnificent performance of the great actress by thunders of applause. Tomorrow La Tosca will be produced”.

Photo of Bernhard, taken during her Australian trip, 1891 (State Library Vic)

During the Sydney leg of her tour, Bernhardt performed in Camille, La Tosca, Fedora, Jeanne D’Arc and Cleopatra. Her performances at Her Majesty’s were in French, so Sydney audiences were provided with English translations via booklets. They followed the play using these booklets. This meant that the house lights were not lowered during the performances. Despite the language difference, Sydney theatregoers rapturously received Sarah Bernhardt. As in France, her costumes were sublime.

At the very same time, Australia needed help to end the appalling rabbit plague and Professor Louis Pasteur sent his brilliant nephew Dr Adrien Loir (1862-1941), a handsome young scientist, to represent the family business – the Pasteur Institute. Apparently Dr Loir needed a translator since he didn’t speak English well, so Bernhardt offered her services (sic)! Bernhardt, aged 47, was already a legendary lover with a particular interest in much younger men. She took one look at young Dr Loir and instead of going on to fulfil her contractual obligations in Brisbane, the couple had a passionate romp for a week on the tiny Rodd Island in Sydney Harbour.

In time, the lovely Bernhardt returned to France alone, but clearly island life had started to appeal to her. At home she bought a Napoleonic fort on the lovely Belle Isle off the coast of Brittany where she spent holidays for the rest of her life.

It is just as well she did her romping in Australia. At 70 she injured her leg when performing Victorien Sardou’s play Tosca, in which she was the heroine who finally hurls herself off a castle wall to kill herself in despair. She tried wearing a cast but that failed;  the Divine Sarah then decided she would be better off without the leg altogether. She wrote to one of her lovers, the surgeon Samuel Pozzi, telling him to cut it off above the knee. Even then, wooden legs failed her, so she was carried around on a sedan chair for the rest of her life, including on stage and on tour.

When the star died in 1923, half a million citizens lined the streets of Paris to bid farewell to France’s most beloved heroine.

***
Read Sarah: The Life of Sarah Bernhardt, written by Robert Gottlieb and published by Yale UP, 2010. And read EdwardianPromenade for some of the gossip that surrounded her early adult life.

 

Reblog: Pasteur w Australii

Lech Milewski

Gambit Pasteura – 2 – szach, pat i druga szansa

Dzień przed niezbyt fortunną prezentacją drużyny Pasteura przed komisją konkursową ukazał się raport Board of Health – instytucji kontrolującej stan higieny oraz zagrożeń chorobami zakaźnymi.
Raport oceniał bardzo krytycznie propozycje Pasteura. W szczególności wytknął fakt pominięcia sprawy zagrożenia ludzi bakteriami chicken-cholera. W świecie medycyny i nauki nie znano  przypadków takich zakażeń, ale tu nie chodziło o fakty lecz o formy.

W rezultacie komisja zdecydowała, że testowanie metody musi się odbyć na bezludnej wyspie i, jeśli wypadnie pozytywnie, zostanie powtórzone na specjalnej farmie.
Pozytywnym akcentem było zezwolenie na wwiezienie mikrobów na teren stanu Nowa Południowa Walia. Mikroby przechowywane w Nowej Kaledonii dotarły do Sydney w ciągu tygodnia. Niestety okazało się, że straciły swoją skuteczność, co rozgłosiła natychmiast miejscowa prasa. Loir miał w zanadrzu bakterie sprawdzone w Melbourne, ale kolejne ziarno wątpliwości zostało zasiane.

Komisja zajęła się szukaniem bezludnej wyspy, ale Adrian Loir nie pozostawał bezczynny. Klubowy kolega z Melbourne przedstawił go właścicielom browaru Victoria Brewery – KLIK. Loir udzielił im cennych wskazówek dotyczących hodowli drożdży. Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania i Loir otrzymał w podzięce czek na dzisiejszych $100,000. To było więcej niż zarobił w całym dotychczasowym życiu.

Dużo poważniejsza propozycja napłynęła z innej strony. Przedstawiciele Nowej Zelandii i Queensland wspominali Adrianowi Loir o chorobach bydła (Cumberland disease). Loir zidentyfikował to jako anthrax (wąglik) – KLIK, na który Pasteur miał gotową szczepionkę. Tu nie było żadnej komisji, Adrian Loir został zatrudniony w instytucie w Queensland przy pracach nad wdrożeniem szczepionki.

Na początku lipca 1888 roku oddano do dyspozycji zespołu ośrodek na Rodd Island – KLIK. W tym samym ośrodku zameldowała się również groźna konkurencja. Na wiadomość o niemożności uczestnictwa w pracach zespołu Komisja postanowiła prowadzić własne badania, które miały sprawdzić czy wprowadzenie chicken-cholera nie spowoduje jakichś skutków ubocznych. Żeby podkreslić swoją determinację Komisja zwróciła się do instytutu Roberta Kocha z prośbą o dostarczenie bakterii chicken-cholera.

Włączenie Roberta Kocha do gry było wielkim ciosem dla Pasteura. Obaj uczeni mieli ze sobą od dawna na pieńku. Po pierwsze Pasteur był zaciekłym patriotą i porażka Francji w wojnie 1870 roku była dla niego tragedią. Tym większą, że Francja utraciła Strasburg, w którym Pasteur brał ślub. Po drugie Koch wielokrotnie krytykował oczywiste sukcesy Pasteura. Obaj uczeni spotkali się na konferencji naukowej w Genewie, gdzie Pasteur udowodnił swoje racje i wezwał Kocha do publicznej dyskusji. Koch zrobił unik obiecując odpowiedzieć na piśmie. Odpowiedź była złośliwym pamfletem, w którym Koch dał do zrozumienia, że nie uważa Pasteura za naukowca lecz za farmaceutę i biznesmena, który chce się wzbogacić na efektach pracy “prawdziwych” naukowców.

Po wybudowaniu na Rodd Island specjalnego laboratorium przekazano je Francuzom w celu rozpoczęcia prac. W sąsiednim pomieszczeniu, dr Katz (używając bakterii od R. Kocha) szukał dziury w całym.
Efekt – króliki zdychały zgodnie z planem. Miesiąc testów dowiódł, że chicken-cholera efektywnie zabija króliki nie czyniąc żadnej szkody koniom, owcom i bydłu. Warunki konkursu zostały spełnione. Dr Katz niczego nie znalazł. Komisja udała się na naradę.

W międzyczasie na farmie w Junee prowadzono intensywne badania nad szczepionką na anthrax. Pod koniec sierpnia zebrano wystarczające dowody na to, że chroni ona skutecznie bydło i owce przed zarażeniem. Wyniki ogłoszono publicznie w sali przy dworcu kolejowym w Junee. Naczelny weterynarz stanu – Edward Stanley – ogłosił zebranym farmerom, że program szczepień zostanie uruchomiony, jeśli znajdzie się zadowalająca ilość owiec do szczepienia. Nie minęło 10 minut a zgłoszono 20,000 owiec, w sumie 260,000 z czego programem objęto 130,000.
Ogromny sukces? Chwileczkę – za udostępnienie swej szczepionki Pasteur zażądał równowartość 40 milionów dolarów. To było nie do przyjęcia. Loir zasugerował, aby na razie zaszczepić 130,000 owiec na koszt ich właścicieli. Pasteur wyraził zgodę pod warunkiem, że najpierw musi zostać rozstrzygnięty konkurs na króliki. To był oczywisty szantaż. Zbyt wiele czarnych chmur zebrało się nad tym projektem.

W kwietniu 1889 roku Komisja ogłosiła werdykt – metoda Pasteura nie została przyjęta.
Głównym argumentem były wątpliwości czy chicken-cholera jest zaraźliwa. Jeśli nie, jeśli trzeba będzie wciąż karmić króliki bakteriami, to nie jest lepsze niż dotychczas stosowane trucizny.
Pozostała jeszcze jedna furtka – Komisja zezwoliła zespołowi Pasteura prowadzić dalsze prace na farmie w Australii i, jeśli te badania dostarczą nowych dowodów, to sprawa zostanie ponownie rozpatrzona za 6 miesięcy. Ludwik Pasteur musi sam sfinansować te badania.
Póki co Komisja zaleciła wprowadzenie obowiązku stawiania przeciwkróliczych płotów. Zasiadający w Komisji importer płotów oferował promocyjna cenę. I na płotach stanęło.

Tragedia? Niezupełnie. Decyzja Komisji otworzyła drogę dla szczepionki na anthrax. Pasteur zgodził się sprzedawać ją bezpośrednio farmerom – 3 pensy za owcę. Do produkcji szczepionki wykorzystano pomieszczenia na Rodd Island, które przemianowano na Instytut Pasteura. Innym źródłem dochodu stała się szczepionka na zarazę płucną bydła (pleuropneumonia). W ciągu roku Loir przekazał do instytutu Pasteura we Francji znacznie więcej pieniędzy niż wynosiła nagroda za króliki.

Wyspa Rodd Island zyskała sobie jeszcze inny powód do dumy. W 1891 odwiedziła Australię legendarna aktorka Sarah Bernardt – KLIK.
Przywiozła ze sobą psy, które musiały być poddane kwarantannie. Czyż mogło być lepsze miejsce niż wyspa, na ktorej pracował jej rodak? Wdzięczna Sarah Bernardt zaoferowała się pomóc Adrianowi Loir jako tłumaczka. Plotkarze donoszą, że pomoc była tak intensywna, że aktorka odwołała na tydzień występy w Brisbane (więcej o sprawie w reblogu za tydzień – przyp. EMS).

Adrien Loir ożenił się z Francuzką i pod jej naciskiem niechętnie opuścił Australię, aby kontynuować pracę w Tunezji. Instytuty Pasteura zaczęły powstawać w wielu krajach. A tymczasem w Australii… pracownik ośrodka na Rodd Island, John McGarvie-Smith, przekazał konkurencji tajemnicę produkcji szczepionki przeciwko anthraxowi. Instytuty Pasteura istnieją w 30 krajach, ten australijski zbankrutował, instytut Johna McGarvie-Smitha istnieje do dziś i na swojej stronie twierdzi, że to John McGarvie-Smith wprowadził w Australii szczepionkę przeciwko wąglikowi  – KLIK.

Źródła: Stephen Dando-Collins – Pasteur’s Gambit – KLIK .