Reblog czyli przedruk czyli redruk…

Tak mi się przypomniało.  Wyciągnęłam tę opowieść z lamusa i z regału, gdy się okazało, że wszyscy mamy pisać donosy na siebie. To nawet całkiem niedawno było, ale pomysł chyba gdzieś przepadł na skrajach i obrzeżach Europy, i nikt chyba o nim nie pamięta. Kilka wzorów, jak pisać donosy…

Tymczasem jeszcze tylko dziś w Krakowie na plantach przy Bunkrze Sztuki wystawa dokładnie na ten sam temat, na temat “Polaka według Mrożka”, co jest zgrozą. Organizatorzy piszą: Sławomir Mrożek spogląda w polskie dusze, tocząc opowieść o naszej tęsknocie do wielkości, dumie narodowej, wymachiwaniu szabelką, romantycznych zrywach i niecierpliwości do codziennego gospodarowania swoim życiem, małostkowości i zawiści.

Jeśli jesteście w Krakowie, to pędźcie tłumem nieprzerwanym… Ale jeśli nie zdążycie, to nie lękajcie się, bo aż do 2 września oglądać też można mrożkowską aranżację Bulwaru nad Zalewem Nowohuckim..

Sławomir Mrożek

Z ciemności

Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Ot i ja – wyszedłem na stronę za własną potrzebą, ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami, jak liście w październiku, latają, o szyby skrzydłami biją, boję się, że mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. Więc siedzę, wyjść nie mogę, choć mi pilno – i sprawozdanie do was, towarzysze, piszę. Zatem, co się tyczy skupu zboża: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił – procenty spadają. A czapkę miał kolorową: czerwoną, białą i niebieską, z napisem Tour de la Paix – po francusku. Chłopi młyn omijają, zaś kierownik młyna i jego żona rozpili się ze zgryzoty i już się zdawało, że przełomu żadnego nie będzie, kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił, a sam się puścił aż do uniwersytetu ludowego, żeby się na marksizm zapisać, bo, jak powiada, dosyć już tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić.

Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga.

Bo trzeba wam wiedzieć, że u nas nocami coś tak wyje… że aż się serce kurczy. Jedni mówią, że to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków, inni – że to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skarży na obowiązkowe dostawy. Ot, zwyczajna walka klasowa. A moja chata samotna pod lasem stoi, noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”, aż tak go coś zaszło od tyłu, że trzy dni chodził z oczami w słup.

Poradźcie, towarzysze, my tu sami jedni w środku kraju leżymy, a dookoła wiorsty i mogiły.

Mówił mi leśnik jeden, że kiedy pełnia – na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią, w czoła zimne się pukają i turlają, jakby dokądś chciały, a kiedy świt – wszystko znika i tylko chojary szumią, ale nie za głośno, bo się boją. Boże jedyny! Za nic teraz nie wyjdę, nawet za największą potrzebą. I tak ze wszystkim jest. Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków.
Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Patrzy – a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi, co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku, a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia – siedzi, cały zielony, śmieje się i dusi. Baba w krzyk. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A bo to zawsze wiadomo, kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy?
A na tym miejscu, gdzie miał być mostek, z powodu jego braku utopił się artysta. Miał dopiero dwa lata, ale to był geniusz i jakby wyrósł, toby wszystko pojął i opisał. A tak, to tylko lata i fosforyzuje.
Rzecz jasna, że przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. W utopców, w upiory, nawet w czarownice wierzą. Owszem, jest u nas taka jedna baba, co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Ale my ją chcemy przyciągnąć do Partii, żeby wytrącić z ręki argument przeciwnikom postępu.

Jakże one tymi skrzydłami łopocą, Boże uchowaj, jak latają, jak piszczą: „Pi pi” – i „Pi pi” znowu! Hej, nie ma to, jak te wielkie budowle, wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las.

Ale to wszystko nie jest najgorsze. Gorzej, że jak to piszę, drzwi się otwarły, świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy, patrzy…

A nie mówiłem, że u nas inna specyfika?

List z domu starców

Dzisiaj w naszym domu starców, panie, zawrzało jak w ulu. Znoszą mnie, jak zwykle, na śniadanie, a tu w naszej świetlicy na ścianie wisi nowa „Błyskawica“. I przeciw komu? Przeciw naszemu sekretarzowi, koledze Glusiowi. Siurpryza niebywała, panie, bo kolega Gluś, choć smarkacz – zaledwie po siedemdziesiątce – od pięciu lat trząsł nami, jak chciał. To on na rocznicę rewolucji rzucił hasło, żeby każdy z nas zobowiązał się zemrzeć przed terminem. A tymczasem po cichu nie odmawiał, kiedy mu ktoś z nas na boku zafundował kleik. Mówiono o nim, że za kleik wszystko zrobi. To on, kiedy kolega Pyziewicz, zupełnie głuchy, na uroczystej akademii w pięćdziesiątym drugim roku zawołał w dobrej wierze: „Niech żyje car Mikołaj!“ – wyciągnął konsekwencje. Wiadomo tylko, że potem przyszli jacyś dwaj i opieczętowali sztuczną szczękę, którą kolega Gluś zostawił na stoliku nocnym. Z kolegą Pyziewiczem do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Szczęka jest nadal opieczętowana.

Każdy, kto miał jakąś przeszłość jak ognia bał się kolegi Glusia. Sędziwy Pac-Pacyński, w czasie młodości nadpiłowany przez rebeliantów Szeli, zmuszony był podać w ankiecie, że to nadpiłował go pułkownik Beck za antysanacyjną postawę. Kolega Kaczka, któorego Gluś potępił na zebraniu za uprawianie szwedzkiej gimnastyki – załamał się i ufarbował sobie brodę na czerwono. Koleżanka Noga natomiast od dawna nosiła warkocze. Otóż kolega Gluś wykrył, że to satyra na Chińczyków, na te Chiny nasze, panie, Ludowe. Koleżanka Noga uratowała się dopiero tym, że zobowiązała się robić na drutach transparenty na Pierwszego maja.

Ze mną samym, panie, rozmaicie bywało. Ponieważ umiałem grać na bajanie, więc kolega Gluś wyznaczył mnie na przewodniczącego miczurinowskiego kółka. To nawet było niezłe, bo miałem zwolnienie z toru pprzeszkód, ale raz była inspekcja i sam musiałem zjeść kilo śrutu. Że to niby udało się nam wyhodować borówki na sucho, bez użycia lasu.

Wszyscy pamiętamy dzień, kiedy koleżance Etual wypadła puderniczka. Koleżanka Etual jest mniej więcej w wieku kolegi Glusia i z tego powodu należy się jej pobłażliwość. Ale kolega Gluś urządził pokaz pokazowy, w wyniku któorego cały nasz dom stanął pod zarzutem gomułkowszczyzny, zaś koleżanka Etual, przeżywszy, panie, przełom, poczęła pisać wiersze ku czci małorolnych. Jeden wierszyk na ten temat powinienem mieć przy sobie, bo kolega Gluś kazał wszystkim uczyć się na pamięć. Gdzie ja to mam, zaraz, zaraz – aha!

O ty! Małorolny!
Prosty i oddolny!
Nie siejesz, nie orzesz,
a odstawiasz zboże.

Ładny, panie, wierszyk.

Takich pociągnięć kolegi Glusia można by sobie więcej przypomnieć. Raz, jak była straszna burza, a kolega Tran odezwał się o niej lekceważąco, mówiąc, że w roku 1880 była większa – to kolega Gluś oskarżył go o malkontenctwo i tęsknotę za starym. Kolega Gluś ma chorą wątrobę i nigdy inaczej o tym nie mówił jak „przeklęta spuścizna kapitalizmu“. Kiedy indziej zmusił nas, byśmy wystosowali do władz prośbę o przemianowanie naszego zakładu z „Domu Starców“ na „Dom Starców Dońskich“. I taki to człowiek, którego się wszyscy baliśmy, spotkał się dzisiaj z krytyką. Doczekaliśmy się wreszcie, że jego metody zostały napiętnowane. Wszyscy cisną się do „Błyskawicy“, żeby przeczytać na własne oczy. Na dole, w samym rogu, jest wzmianka o tym, że kolega Gluś, jak śpi, to za głośno chrapie przez sen. Tak, tak… Nadeszły nowe czasy…

Postępowiec

Komunikaty i ogłoszenia
Dyrekcja zawiadamia, że w ogóle nic się nie odbędzie i nie ma o czym mówić.

Z życia nauki
Po dłuższych badaniach uczeni polscy ustalili miejsce, gdzie leży pies pogrzebany. Na miejsce udała się specjalna ekspedycja.

Honduras.
Donosiliśmy onegdaj, że do regulaminu tamtejszej armii wprowadzono tytułem próby pewną reformę. Mianowicie tradycyjny okrzyk „Za Ojczyznę” używany podczas ataków – został zastąpiony szerszym: „Za Ojczyznę i w ogóle“.
Nowe hasło nie zdało jednak egzaminu, ponieważ osłabiało patos walki.

Z kraju
Wstecznictwo w sadownictwie
W czasie ćwiczeń polowych harcerze odkryli, że ogrodnik K., od dawna już podejrzany o działalność, w kącie swojego ogrodu, pod osłoną łopianów, pielęgnował kiełki starego.

Rysunki wybrałam z sieci, nie wiem czy te same są na wystawie…

Reblog z samej siebie, wiśnie (Recyckling 3)

Był to jeden z pierwszych wpisów na blogu Jak udusić kurę…, opublikowany 9 lipca 2011 roku. Wpis o niczym. Ulubiona nasza forma wpisu.

Blog Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po trzydziestce musi wiedzieć, a (dziwnym trafem) jeszcze nie wie, powstał latem owego roku 2011, po roku przekształcił się we wpis Qra czyli Kuchnia i kultura, a potem rozpadł na dwa inne blogi (altanę i salon) i kury tytułowej pierwotnej już nie uświadczysz, choć oczywiście wiemy, że internet przechowuje cały intelektualny śmietnik świata, a więc tam wciąż jest i nasza wesoła beztroska kura… Blog, zwany w skrócie Kura, zniknął, pozostawił jednak gromadce współautorek (zwanych pannami) i jednemu współautorowi (zwanemu paniczem) niezapomniane wrażenia letniej i swobodnej radości życia…

Dlatego w środku pięknego lata, dokonując recycklingu z samej siebie, przywołuję dziś blog z Wielkiego Bloga Matki Założycielki Kury… Zresztą byłyśmy ostatnio, choć oczywiście w innym składzie, w ogródku Eli Kargol, a tam wiśnie, agrest i porzeczki… A Ania podarowała mi prawdziwą łyżkę drewnianą do mieszania w konfiturach… Och, lato…

Same zdjęcia, letnie i czerwone

Idę spać, ale jeszcze wrzucę tu kilka zdjęć, bo po prostu przyszła na nie pora – na straganach pojawiły się wiśnie! Jest lato! Zdjęcia, a i to co na zdjęciach, to dzieła rodzinne. Konfitury do bieżącego jedzenia smaży (niesamowicie szybko) mój szwagier, a nalewki nalewa moja siostra.

wisnie

Wiśniowe i/lub czereśniowe konfitury mojego szwagra (te z obrazka poniżej) robi się w patelni ceramicznej; wrzuca się wypestkowane owoce i cukier, miesza łyżką drewnianą, a jak mikstura zacznie wrzeć, to zmniejsza się ogień i pichci jeszcze jakieś 15 do 30 minut.
I już. Na stół i jeść.

konfitury jacka

Podobnie robiła konfitury śniadaniowe nasza znajoma Greczynka, niestety przepis daje się zastosować tylko w słonecznych krajach, bo tam owoce są same z siebie pełne cukru – Teresa przynosiła z ogrodu jedną wielką, słodką, kapiącą od soku brzoskwinię, obierała ją ze skórki, odcinała od pestki i wrzucała na 3 minuty do garnka. Miąższ musiał się zagotować i pogotować. I tyle filozofii.

Komentarz Katarzyny:

Do wiśni dodam komentarz w postaci SOSU WIŚNIOWEGO: 250 g wypestkowanych wiśni + 50 g cukru + sok z 1 pomarańczy + 1 posiekana szalotka + 1 chili + 1 kieliszek porto. I tak jest w oryginalnym przepisie zamieszczonym w “Avoca Cafe Cookbook 2”. Ale ja po prostu wkrapiam kropelkę tabasco, a oprócz porto dla podbicia aromatu dodaję też ciut skórki pomarańczowej. Wszystko razem wkładamy do garnuszka i gotujemy na malym ogniu 10 min., aż sos lekko odparuje i się zeszkli Do schabu, szynki etc. znakomity, podobnie jak staroangielski sos agrestowy, który uwielbiam… Robisz konfiturkę z agrestu, a potem dodajesz łyżkę masła, skórkę otartą z cytryny i na końcu świeżo mielony biały pieprz do smaku.

Komentarz Ewy Marii:

Nie mogę się oprzeć. Muszę tu opowiedzieć o Marii Skłodowskiej-Curie. W książce “Maria Curie”, napisanej przez jej córkę, Ewę, zostały opublikowane fragmenty pamiętników naszej wielkiej rodaczki, dwukrotnej noblistki. To rzadkość wielka! Polska Wikipedia pisze: “Do dziś (maj 2011) pozostaje jedyną kobietą, która tę nagrodę otrzymała dwukrotnie, a także jedynym uczonym w historii uhonorowanym Nagrodą Nobla w dwóch różnych dziedzinach nauk przyrodniczych”. Chodziło o chemię i fizykę.
W pamiętniku Skłodowska zapisywała postępy prac nad odkryciem radu, ale między doniesieniami z laboratorium notowała też np. jak rozwijają się jej córki, albo że zrobiła konfiturę z czarnej porzeczki.


Takich drewnianych łyżek latem AD 2018 już nigdzie nie ma. Łyżki są teraz zakończone płaskim kółkiem, bo tak je można wykonać mechanicznie. Łyżka, która wygląda jak łyżka, czyli ma łyżkowate wgłębienie, musi zostać wyrzeźbiona ręcznie. Fabryczna łyżka to co najwyżej mieszadło. Moja przyjaciółka Ania kupiła łyżkę-łyżkę na targu we Wrzeszczu…

Barataria 72 Król (“redruk”)

Książkę – z brulionów i notatek autora – wydało w roku 2001 wydawnictwo a5 w Krakowie

Zbigniew Herbert, Król mrówek

CZARNOFIGUROWA WAZA
GARNCARZA EKSEKIASA
                                                                         Josifowi Brodskiemu
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino ku
jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli śpi i nic nie wie
więc my także nie wiemy dokąd płynie z prądami bukowa
łódź lotna

II
BOGOWIE Z ZESZYTÓW SZKOLNYCH

TRIPTOLEMOS

Oto mit dla zmęczonych okrucieństwem świata (bezmyślnym okrucieństwem ludzi i wyrachowanym okrucieństwem bogów), mit płaski jak równina, mit kojący, dlatego narratorzy żądni krwi i intryg omijają go.
Triptolemos był synem Keleosa, króla Eleusis, na którego dworze zatrzymała się Demeter.
Był więc skromnym herosem lokalnym, jednakże jego znaczenie przerosło znacznie ramy Gothy.
Wdzięczna za pomoc, jaką w poszukiwaniu Persefony znalazła w domu Triptolemosa, Demeter wtajemniczyła młodego syna rodziny w rytuał siewu.
I Triptolemos ruszył w świat, i głosił ewangelię siewu, ewangelię zbioru, ewangelię pszenicy, ewangelię żyta, ewangelię owsa. I głosił ewangelię zboża, prowadzony przez świat na rydwanie ciągnionym przez dwa węże.
Zaiste wygląd ludów zbierackich budził litość zmieszaną z obrzydzeniem. Wyobraźmy sobie wielkie stada niechlujnie ubranych włóczęgów obu płci, dzieci, dorosłych i starców, którzy przemierzają obrzeża pralasów, polany i zagajniki, schylają się, szybko wyrywają kępkę traw, podnoszą z ziemi coś lepkiego, wkładają pospiesznie w otwarty łapczywie otwór gębowy, a potem żują z wyrazem skrajnego zniechęcenia.
Ulubionym miejscem popasów zbieraczy były śmietniska natury, owe postrzępione brzegi jarów, bagniska, tajemnicze zapadliny w ziemi, gdzie roiło się od żab, skorpionów i pająków.
T a c y  byli  z b i e r a c z e .


Jestem archeolożką, moją specjalizacją była epoka kamienia. Zajmowali mnie właśnie oni, bo wszyscy wiedzieliśmy (a w każdym razie powinniśmy byli wiedzieć), że ludy epoki kamienia żyły zbieractwem i że łowiectwo było zajęciem ubocznym, a prawdziwe mięso łupem rzadkim, tak rzadkim, że jak się raz udało polowanie na wielkiego zwierza, i już było wiadomo jak, to zaczynało się mordowanie ponad potrzeby i ponad możliwość przechowania tego, co się upolowało. I tak to, właśnie dlatego że mięso było trudne do zdobycia, wybiliśmy do szczętu mamuty i z tego samego powodu zaczęliśmy tworzyć cywilizację i kulturę, a u jej podłoża leżała padlina… Trzeba było bowiem wprowadzić podział pracy, mięso zdobywali ci, którzy umieli je zdobywać, a za użyczenie łupów kazali sobie płacić – seksem, pracą, darami. I tak to się zaczęło.

To jednak tylko wtręt, uwaga na marginesie, prawdziwym tekstem baratarystycznym jest tytułowy…


KRÓL MRÓWEK

Ajakos był synem Zeusa i córki boga rzeki Ajsopos – Eginy. Urodził się na bezludnej wyspie i rósł w lata swoje z niejasnym przekonaniem, że jest władcą tego pustego kawałka ziemi pośród bezmiaru wód – władcą i zarazem wygnańcem. Jak większość
podrzutków, nie domyślał się nawet, kto jest jego ojcem. Zachował natomiast mglistą pamięć o matce i jej imieniem ochrzcił wyspę.
Tak więc na początku było imię, jałowa ziemia i król.
Jedynym zajęciem Ajakosa była solenna bezczynność. Jest to w końcu przywilej, a nawet obowiązek władców – manifestacja zastygłego istnienia, dobrotliwie lub groźnie czuwającej obecności, ale do tego konieczne są jeszcze czyjeś oczy, lustra – w pustce każda hieratyczna fałda, każdy gest, każde władcze spojrzenie obraca się w nicość. Ponieważ nie dane mu były zdolności Robinsona Crusoe, który z takim zapałem i chwalebnym wysiłkiem przerobił cały praktyczny podręcznik cywilizacji, Ajakos wynalazł sobie zatrudnienie pozorne, nazywając je w duchu – królewską inspekcją włości.
Całymi dniami tedy wędrował przez wyspę, pośród spalonych traw, rzadkich krzewów i drzew, nieśmiało bulgocących źródeł, których wody wsiąkały w kamień, ginęły w piasku, jakby na myśl im nie przychodziło, że mogą być początkiem choćby nędznego strumyka. Wegetacja była licha, zwierząt prawie żadnych, poza paroma rodzinami przerażonych zajęcy, natomiast obfitość insektów, całe roje cykad, chrząszczy, mrówek, a ich chitynowe chroboty, skrzypienia, szelesty, odgłosy gramolenia, stanowiły zaledwie nikłą podściółkę tego, co nazywamy symfonią stworzenia.
W jasne noce zwykł był wyprawiać się do małej zatoki i aż do świtu wpatrywał się w sensacyjne Nereidy, tańczące przy schyłkowym trochę blasku księżyca, w stada delfinów i foki wychodzące na brzeg, całe rozkołysane, jakby dźwigały jeszcze na grzbiecie śliską kulę oceanu. Zazdrościł im, zazdrościł nawet ławicom ryb, bowiem jego tęsknota do wspólnoty była nieutulona.
O świcie wracał jeszcze bardziej samotny do swego pałacu – fiołkowego cienia pod dębem – i modlił się do ojca bogów, aby zesłał mu ludzi, i żarliwie przyrzekał, że będzie dla nich dobry i wyrozumiały.
I Zeus ulitował się nad swoim porzuconym synem. Ajakos zobaczył we śnie jak z liści i konarów dębu, pod którym spał, podobne do rudej rosy spadają mrówki i dotknąwszy ziemi przybierają postać ludzką. Kiedy obudził się, na wyspie było rojno. Głosy unosiły się w powietrzu, krzątanina, nawoływania, cudowny rozgardiasz.
Tak więc zamiast jakiejś parki wyskrobanej z Arki Noego, Ajakos otrzymał w darze spory kawał ludzkości, a także trudne do określenia istoty płci obojga, podobne do glonów, przygniecione okresem pokwitania i bezsensem życia, i jeszcze długowłosych młodzieńców, którzy zamiast zająć się czymś pozytywnym, wpatrują się tępo w przestrzeń, co ma oznaczać, że zgłębiają filozofię Dalekiego Wschodu, i jeszcze dorosłych mężczyzn i kobiety o twarzach łagodnych, bez wyrazu, nosach mało klasycznych i grubych członkach, a w końcu starowiny zgnębione reumatyzmem, którym wszystko leci z rąk, i staruszków,
gadatliwych lub posępnych, dla których jedyną przedśmiertną pociechą jest, że świat zwariował na dobre – słowem Ajakos miał ludzkość taką, jaka być powinna, wzorcowo niepoprawną i cudownie pospolitą.


Jeden ze statków, jakie budowali potomkowie Myrmidonów. Ten był zapewne statkiem Odysa, Jazona, bądź Dionizosa, o którym pisze autor w wierszu przytoczonym na początku wpisu; pamiątka z Grecji na ścianie u przyjaciółki moich rodziców.

Pobożny król nazwał nowych mieszkańców wyspy – Myrmidonami, czyli ludem mrówek. Chciał w ten sposób rozsławić dobroć boga i jego cudowną ingerencję. Skąd mógł wiedzieć, że w nazwie tej ukryte jest przeznaczenie?
Naczelnym obowiązkiem dobrego władcy jest poznanie charakteru podwładnych – zalet, wad, osobliwego kształtu ich sposobu myślenia i tęsknot. Przeto Ajakos pilnie obserwował zwyczaje Myrmidonów, starał się dotrzeć do zakamarków zbiorowej świadomości z całą sympatią, wyrozumiałością, ale czasem także ze starannie ukrywanym, pełnym zdziwienia niepokojem.
Myrmidoni posiadali instynktowną zdolność samoorganizacji, i to w stopniu rzadko spotykanym u innych ludów. Zabierali się do swoich czynności spontanicznie, dobrowolnie, na podobieństwo dzieci przystępujących do zabaw. Podział pracy nie nastręczał żadnych trudności, a przy tym obywało się bez nadzorców, poganiaczy, inspektorów, bez jakiejkolwiek hierarchii i najmniejszych śladów administracji. Po prostu pracowali zgodnie od świtu do nocy, z pewną protestancką przesadą, w natchnieniu, nie licząc na zachwyty czy pochwały.
Historycy cywilizacji, etnolodzy, strukturaliści, skrzętnie omijają temat Myrmidonów, ponieważ nie mieści się on w ich prostych, trójkowych schematach. W przypadku tego osobliwego ludu, wygnanego z podręczników naukowych, rozpraw doktorskich, międzynarodowych seminariów, nie bardzo wiadomo, co było
sacrum, a co profanum, górą – dołem, dobrem – złem, i w jaki sposób teza, zawsze walcząca zaciekle z antytezą, mogła być uwieńczona na koniec zbawczą syntezą.
To prawda, Myrmidoni nie odznaczali się ani dociekliwością, ani nadmiarem wyobraźni. Religia – o dziwo monoteistyczna – sprowadzała się do staropelazgijskiego kultu Matki-Kozy. W dziedzinie moralności zatrzymali się jakby w samym środku, między wybujałością cnót a grząskim bagnem występku. Obcy im był uświęcony tradycją sposób załatwiania sporów z bliźnim-bratem naszym za pomocą metodycznego uderzania kamieniem w czaszkę, a także kradzież, fałszywe świadectwo, obmowa. Cudzołóstwo zdarzało się tylko osobom cierpiącym na okresowy zanik pamięci.
Myrmidoni odrzucili zdecydowanie wszystkie style architektury. Budowali swoje osady pod ziemią i składały się one
z zawiłego systemu korytarzy, mrocznych placów i komór mieszkalnych. Miało to swoje zalety: straż pożarna była zbędna, środowisko naturalne zachowane. Ale nade wszystko wychwalano głośno uroki podziemnego klimatu, miły chłód, niezależność od kaprysów aury i krzepiący sen pod władzą korzeni, sen bez gwiezdnych proroctw i koszmarów, sen wypełniony szczelnie iłem, gliną i piaskiem. Psychicznie zrównoważeni, w ciągu ich długich dziejów trudno spotkać choćby jednego osobnika tkniętego na przykład lekką manią religijną.
O metodach pracy Myrmidonów nauka milczy, a przecież są one godne uwagi, odbiegające od znanych wzorców, na wskroś samorodne. Otóż Myrmidoni całą swoją ufność pokładali w rękodziele, w sensie dosłownym, bowiem odrzucili pociechę narzędzi, dobrodziejstwo koła, bloku, prostej dźwigni. Uzbrojeni tylko w zaostrzone drągi i patyki, uprawiali ubogie poletka i ogródki warzywne, a bezlitosne słońce niszczyło owoce znoju. Pracowali przy budowie dróg i kanałów, zasypywanych stale przez piasek, spędzali utrudzone miesiące na wieczystym remoncie swoich podziemnych osad, które waliły się im na głowę.
Przerzucenie kładki (dla średnio wykształconego bobra znaczy tyle co zjedzenie śniadania) dla Myrmidonów było gigantycznym przedsięwzięciem, przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Trzy księżniczki baktryjskie na wystawie Documenta w Kassel

Nigdy jednak nie tracili zapału, energii i dobrego samopoczucia. Postęp – ta zdradziecka siła, pchająca ludzkość do ryzykownych ekstrawagancji – cierpiał na tym, za to zatrudnienie, dające poczucie bezpieczeństwa, było pełne.
Pracowali zawsze razem i zawsze było ich jakby za dużo. Mocowali się z oporną materią i choć wyniki były mało imponujące, nie można było oderwać oczu od tych napiętych mięśni, pochylonych pleców, żywych rąk, walczących z bezduszną masą. Efekty akustyczne, towarzyszące tym zmaganiom, godne były najwyższego podziwu. Gromkie, junackie pohukiwania, wzajemne, śpiewne ponaglanie, rytmiczne dźwięki wydobywane z głębi płuc, okrzyki tryumfu i porażki – skła
dały się na kantatę o rzadkiej piękności. Przy pracujących gromadzili się zawsze bezzębni starcy, powiększając i tak już spory zamęt, żywo komentując wyczyny zespołów roboczych, udzielając głośno rad i surowych nagan.
Tacy byli Myrmidoni.
Los Ajakosa godny był zazdrości. Kochali go bogowie i poddani. Mogło się zdawać, że idylle wyśnione przez marzyciela Platona i marzyciela Włodzimierza Iljicza – ziściły się w kształcie doskonałym, a przy tym ugruntowane były nie na teorii czy przekonaniach, które są przecież zmienne, ale na trwałym fundamencie genetyki.
W głowie króla kiełkowały idee nowe, niemal rewolucyjne. Pragnął obdarzyć swój lud autonomią, a potem wolno przekazywać mu różne sfery władzy, by na koniec ograniczyć swoje funkcje do reprezentacji, wygłaszania okolicznościowych kazań i zaklinania deszczu. I tu natrafił na opór Myrmidonów – bierny i zdecydowany – którzy zasłaniali się tym, że mają dosyć własnych, domowych zajęć. Także tytuły – rzecz niekosztowna, a tak na ogół pożądana – jakimi chciał obdarzyć niektórych obywateli, co mogło doprowadzić do wykształcenia arystokracji rodowej i z kolei płodnych napięć społecznych – nie wzbudziły entuzjazmu. Król nadal rezydował pod dębem, więc tytuł szambelana dworu oznaczał tyle, co – szambelan cienia.
Ajakos z racji sprawowanych funkcji, a także usposobienia, był konserwatystą, ale konserwatystą oświeconym, i zdawał sobie sprawę, że niezmącona harmonia między władcą a poddanymi jest sprzeczna z prawami natury, należy zatem wyjść naprzeciw nieuchronnym przemianom, a nawet wywabić je z ciemnych zakamarków losu, aby potem tym łatwiej oswoić. Zabrał się tedy do ostrożnych reform, poczynając od tego, co nie jest ani bazą, ani nadbudową (według genialnej dystynkcji uczonego Jotwuesa), to znaczy od innowacji językowych.
W upalny lipcowy dzień odbył się uroczysty wiec wszystkich mieszkańców, na którym król ogłosił, że odtąd Egina
po wieczne czasy nazywać się będzie, na cześć dzielnych obywateli – Myrmidonią. Pragnął w ten sposób obudzić uśpione poczucie odrębności narodowej, dumy, wyzwolić tę niepojętą skłonność człowieka do wywyższania się nad innych z przyczyn raczej błahych: miejsca urodzenia, pigmentacji skóry, kształtu nosa. Ustanowił także, że główna droga, ściślej mówiąc ścieżka, biegnąca środkiem wyspy, będzie nosić miano Prospektu Zwycięstwa.
Myrmidoni przyjęli zarządzenia spokojnie, kiwali głowami. Ale wszystko zostało jak dawniej, po staremu. Potulni mieszkańcy, nie zdając sobie z tego sprawy, w sporze o uniwersalia zajęliby stanowisko tych, którzy głosili, że pojęcia ogólne są w rzeczach, a nie bujają groźną chmurą ponad rzeczami. Takie było ich prostactwo.
Pedagogia społeczna, jak każda pedagogia, zakłada gradację, przechodzenie od stopni łatwiejszych ku trudniejszym, i Ajakos po pierwszej porażce przystąpił do następnego etapu edukacji narodowej. Aby przygotować swych upartych prowincjuszy do spotkania z innymi ludami, ogłosił, że wkrótce na wyspie odbędą się Międzynarodowe Targi.
I rzeczywiście zjechało się do Eginy sporo kupców, głównie z Krety. Myrmidoni wystawili to, co mieli najlepszego: patyki do uprawiania roli, łapcie z kory, zgrzebne płaszcze, gliniane garnki bez ozdób, konopne sznurki z węzełkami, które tutaj uchodziły za biżuterię. Natomiast goście błysnęli oszałamiającym bogactwem eksponatów, bo i przysłowiowe paciorki, i perkaliki, nowe, automatyczne modele sochy, przedmioty do uśmiercania zwierząt i ludzi, wisiorki, zausznice, diademy z piór, a także towary, których przeznaczenia mieszkańcy Eginy nawet się nie domyślali. Oglądano to wszystko bez większego zainteresowania, instynkt konsumpcyjny nie drgnął, a już skandalem był zupełny brak zrozumienia dla artykułów, jakie wszędzie cieszyły się ogromnym wzięciem, a mianowicie dla dzbanów, amfor i kraterów, na których najlepsi malarze tego okresu przed
stawiali bogów, zwierzęta i ludzi w sytuacjach intymnych, oddanych przy tym z drobiazgowym realizmem.

No tak…

Wkrótce po wizycie kupców, która skończyła się fiaskiem, odkryto przypadkowo na wyspie bogate złoża srebra. Ajakos w lot pojął, że jest to dar bogów, który pozwoli wydobyć Eginę z zacofania, umożliwi przeskok od prymitywnej gospodarki wymiennej do wymiany pieniężnej, rozbudzi namiętność posiadania – i podzieli wreszcie monotonnie jednorodnych mieszkańców na opasłych i chudych, bogatych i nędzarzy. Ale niepoprawni Myrmidoni tłukli cenny kruszec na kamieniach, zmieniając go w proszek, którym wysypywali korytarze swoich podziemnych siedzib.
Król nie zrażał się przeciwnościami. Jeśli ktoś ma mocne postanowienie uszczęśliwienia ludzkości, trudno go, niestety, od tego odwieść. Ajakos wiedział, że uszczęśliwianie zakłada ruch, dążenie, wspinanie się w górę. Nie wiedział jednak, że postęp, żeby użyć tego złowróżbnego słowa, jest tylko obrazem, nie gorszym i nie lepszym od innych majaków wyobraźni. Myrmidoni natomiast, pozbawieni wyobraźni, nigdy nie wyrażając swoich myśli (tym mocniejsze mieli swoje przekonania), wiedzieli na pewno, że życie jest kołem, które spina śmierć. Jest tedy zamknięte, a nie otwarte, jednostkowe, nie ogólne, mieści się dokładnie w granicach każdego ciała – ludzi, owadów, drzew. Zatem bardziej naturalne są bose stopy drepczące w kółko, niż marsz za przeraźliwym olbrzymem kroczącym tryumfalnie naprzód, ku celom ukrytym za horyzontem, po linii prostej, wyprowadzonej z nicości i zmierzającej ku lepszej, promiennej nicości.
Po nieudanych eksperymentach w sferze bazy i języka, Ajakos postanowił zaatakować problem żenującej apatii swoich poddanych od strony nadbudowy. Poziom umysłowy przeciętnego Myrmidona pozostawiał istotnie wiele do życzenia. Ani nauka, ani choćby teologia, nie pociągały nikogo. Brali świat takim, jaki jest (naiwny realizm), a zadawanie mu pytań uważali za stratę czasu.
Ajakos zaczął sprowadzać na wyspę najwybitniejszych filozofów z kontynentu, którzy mieli mówić o wszystkim, co im przyjdzie do głowy, zupełnie tak, jak to się dzieje obecnie na uniwersytetach zachodniej hemisfery. Impreza zakrojona była na ogromną skalę, trwać miała lata całe, a uczestnictwo obywateli było obowiązkowe, nie wyłączając kobiet, dzieci i osesków.
Tym razem inicjatywa władcy znalazła odzew, który przeszedł wszelkie oczekiwania i napełnił królewskie serce bezmierną radością. Myrmidoni walili na wykłady tłumnie i bez specjalnej zachęty nawet. Siadali wielkim półkolem wokół mówcy, przymykali oczy, niektórzy otwierali usta, inni opierali głowy na ręku, pełni metafizycznej zadumy. Panowała cisza, czasem tylko przerywało ją głębokie westchnienie.
Aż pewnego dnia wybuchło. Kiedy prelegent kończył swój wykład fundamentalnym stwierdzeniem, które wyraża ontologiczną zasadę tożsamości:
Trzeba z konieczności powiedzieć i myśleć, że to, co jest istnieje. Bo byt jest, a niebytu nie ma – rozległ się potężny jak grzmot śmiech. Nie był to wcale śmiech szyderczy, ale eksplozja żywiołowej, nieposkromionej radości. Myrmidoni tarzali się po ziemi, beczeli, rechotali, ci, którzy tracili oddech, wydobywali z siebie jękliwe piski i skowyty, walili się przy tym rękami w głowę – a z oczu płynęły im czyste łzy szczęścia.
Po tym incydencie filozofowie przestali jakoś odwiedzać Eginę. Co więcej, imię Myrmidonów stało się – jakże krzywdząco – synonimem duchowego nieokrzesania. A przecież to oni, nikt inny, dokonali epokowego odkrycia, że każda praca intelektualna jest swoistym wynaturzeniem, a jej wyniki zawierają potężny ładunek komizmu. Owe wydumane problemy, konstrukcje myślowe, kategorie, pojęcia – jeśli przyjrzeć się im dokładnie – są nieodparcie śmieszne. Ze wszystkich mądrości, jakimi raczono Myrmidonów, przyjęli do swego potocznego języka tylko słowo
apeiron. U filozofów oznacza ono tyle co – bezkres. Myrmidoni nadali mu sens swoisty, określając nim wszystkie rzeczy zbyteczne, jak śmiecie, obgryzione kości i trąbę, powietrzną.
Rozmaicie można oceniać reformatorskie wysiłki Ajakosa, stworzyły one jednak nową sytuację. Egina wyszła ze stanu bezważkości, zaistniała nareszcie w greckiej topografii. Dlatego zapewne zaczęła przyciągać osobliwych gości. Byli to młodzi ludzie, którzy najogólniej mówiąc zajmowali się transportem. Morskim i lądowym transportem – idei.
Podobnie jak filozofowie, mieli oni mało taktowny nawyk pouczania bliźnich jak mają żyć, ale w odróżnieniu od filozofów, czynili to w sposób bardziej bezpośredni, pozbawiony intelektualnych zawiłości, niekiedy dość gwałtowny. Otóż pouczali Myrmidonów, że wszystko, co ważne, istotne – dzieje się w głowie, to znaczy w świecie wymyślonym, i ten świat silniejszy jest od świata widzialnego. Tłumaczyli także Myrmidonom, jak bardzo są nieszczęśliwi, a miarą ich nieszczęścia jest fakt, że sobie tego w ogóle nie uświadamiają. Główną przyczyną ich niedoli są rządy nieudolne, przestarzałe, kruche. Należy zatem obalić Ajakosa i zaprowadzić ludowładztwo.
Myrmidoni natomiast, zgodnie chwalili swój los, po cóż więc mieliby obalać łagodnego króla? Wykazywali całkowity brak zainteresowania ludowładztwem, bo z właściwą sobie naiwną szczerością wyznawali, że nie bardzo wiedzą, co to znaczy. Być może – mówili – świat zmierza w tym kierunku, ale dlaczego oni, Myrmidoni, mają być podobni do świata, a nie do siebie. Według świętych zasad Teorii, przewroty dokonują się zawsze „od dołu”. W zupełnie wyjątkowych wypadkach dopuszczalne jest majstrowanie ich „od góry”. Jest to oczywiście odstępstwo i jako takie winno być starannie przemilczane, a po wszystkim należy czym prędzej dorobić genezę, tło i chronologię, zgodnie z zasadami nauki.
Transportowcy idei zaczęli zatem prowadzić tajne rokowania z Ajakosem. Chwalili bardzo jego wolę reform, ale – sam przyzna – że niewiele zdołał osiągnąć. Aby wyrwać Myrmido
nów z zacofania, należy sięgnąć do metod dramatycznych. Trzeba krwi. To słowo przewijało się wielokrotnie w każdej rozmowie.
Biedny Ajakos drżał na całym ciele, bladł, czasem nawet płakał. Brał na świadka wszystkich bogów, zaklinając się, że nic mu nie jest tak obce, jak gwałt, i nigdy nie pozwoli, aby mieszkańcom wyspy wyrządzono jakąś krzywdę. Na to odpowiadano: w czasie istotnie przykrych wydarzeń zostanie usunięty za kulisy. Król bladł, chlipał i miękł.
Trudno pominąć milczeniem narzucające się pytanie, dlaczego Ajakos godził się na te rozmowy, skoro stały się one źródłem jego psychicznej udręki. Był człowiekiem wolnym, więc mógł po prostu wyrzucić nieproszonych gości za drzwi, to jest za granicę cienistego dębu.
Proste wytłumaczenie tej zagadki odwołuje się do dziwnej cechy ludzi, którzy zamiast wzruszyć ramionami, uważają za swój święty obowiązek odpowiadać na idiotyczne pytania, bezczelne zaczepki, i w ten sposób stają się łatwym łupem przeróżnych obłąkańców. Granica między przypadkową sytuacją a związkiem na całe życie jest bardzo płynna, małżonkowie wiedzą o tym. A przecież można uniknąć wielu przykrości, a nawet katastrof, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek, tylko jest to niezmiernie rzadka cnota ducha, zwłaszcza u osobników myślących i delikatnych. Natomiast każdy, albo prawie każdy, nosi w sobie niejasne poczucie winy, i z tego poczucia winy, przy odrobinie sprytu, bliźni nasz może wykroić rzeczy groźne. Ajakos uważał się za słabego władcę, na domiar złego za mało kochającego swoich poddanych. Transportowcy idei wiedzieli o tym dobrze i ta wiedza wystarczała, aby wstrząsnąć strukturą psychiczną Ajakosa, obrazowo mówiąc – zdobyć twierdzę.
Scenariusz opracowany przez Transportowców i przedłożony królowi do zatwierdzenia (uczcijmy tę subtelność) – był prosty. W oznaczonym terminie odbędzie się pozorowany zamach stanu. Ajakos zostanie lekko ranny i – jak się rzekło – wyniesiony za kulisy.
Potem  k i l k u  Myrmidonów oskarży się
o próbę królobójstwa i na publicznym procesie otrzymają surowe kary. Wówczas mieszkańcy wyspy, siłą rzeczy, podzielą się na zwolenników i przeciwników zamachu, co będzie początkiem płodnego antagonizmu. Dalej sprawy potoczą się zgodnie z prawami dialektyki: od form dobrych ku coraz lepszym, aż na koniec z szarego kokona – wyfrunie motyl doskonałości.
Naprawdę niewiele brakowało. Historyczną winę za uśmiercenie motyla – trzeba to stwierdzić ze smutkiem – ponoszą Myrmidoni, ich niewybaczalny upór i tępota. Po prostu żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. To zdanie należałoby powtórzyć kilka razy, brzmi bowiem zupełnie fantastycznie. Na nic łagodne perswazje Transportowców, na nic wymyślne tortury. Myrmidoni, w zaciekłym uporze, mówili, że aby podnieść kamień, trzeba naprzód  c h c i e ć  podnieść kamień (inaczej, aby zabić króla, trzeba tego pragnąć). Wszyscy wiedzą, że kochali swego władcę, a któż przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pozbywa się przedmiotu swojej miłości. Mało ich przekonywał argument, że Ajakos miał jakoby zamiar poświęcić swoje życie na ołtarzu lepszej przyszłości, bo nigdy na ten temat nie mówił, a tak naprawdę to nikt, nawet zając nie chce być zabity. (Nawiasem, zwróćmy uwagę na prymitywną metaforę Myrmidonów: kamień, zając).
Oskarżonych utwierdzano w przekonaniu, że króla już nie ma, odszedł do lepszego świata, ich opór jest zatem bezcelowy, walczą o cień. Ale Myrmidoni, którzy znali realną wartość cienia, bronili się z determinacją, jaką zsyła rozpacz. Umysłowo zacofani, odrzucili bez głębszego zastanowienia argument, iż subiektywnie nie chcieli, ale obiektywnie pragnęli – mordu. Ten sofizmat, wymyślony przez półinteligentów o politycznych skłonnościach, jest starszy, niż nam się wydaje. Oskarżeni ponadto do znudzenia pytali swoich oprawców, jak to jest możliwe spać u boku żony (ich właśnie przypadek) i jednocześnie majstrować coś w odległym miejscu. (Zasada wyłączonego środka, raczej moralna niż logicz
na, podważona, czy raczej rozszerzona, przez logikę wielowartościową, której jeszcze na szczęście nie wymyślono).
Gorycz, obrzydzenie, pogarda, wypełniły do tego stopnia serca Transportowców, że postanowili zakończyć swoją misję i opuścić wyspę. Aby jednak pozostawić po sobie jakiś choćby drobny ślad, zabili wszystkich, bez wyjątku, oskarżonych. Miało to znaczyć: topór został zakopany, ale oni jeszcze tu przyjdą, na pierwszy zew dziejów.
Restaurację monarchii świętowali Myrmidoni w atmosferze niebywałego entuzjazmu. Osobliwe – Ajakos powrócił w chwale. Jeśli to było możliwe, kochano go jeszcze goręcej, niż przed krótką inwazją. On sam jednak próbował coś wyjaśniać, usprawiedliwiać się – nikt nie chciał tego słuchać.
Czułe sumienie nie dawało mu spokoju. Patrzył na swoich poddanych jakby z żalem, że nikt mu niczego nie wypomina. Ich ufność była dla niego wyrzutem, ich całkowite oddanie ciężarem. Prosił tedy swojego boskiego ojca, aby odwołał go z tej mistycznej wyspy, gdzie dobro jest naturalne, zło zawsze z zewnątrz, i niczego, ale to niczego pośredniego.
I Zeus po raz drugi ulitował się nad synem swoim. Powołał go na kierownicze stanowisko w pozagrobowym wymiarze sprawiedliwości.

Sędziowie Trybunału w Hadesie – mianowani odgórnie i na wieki: Radamantys z Minosem i Ajakosem

W zapale narracji zapomnieliśmy powiedzieć, że Ajakos był dwukrotnie żonaty i z każdego małżeństwa miał syna. Obaj chłopcy, a raczej już mężczyźni, byli wyjątkowo piękni. O innych zaletach trudno coś powiedzieć. Później dopiero okazało się, że są pozbawieni skrupułów, co jest cechą jednostek usiłujących zrekompensować pewną wrodzoną tumanowatość – przerostem ambicji.

Tu zawieszamy opowieść, bo do świętego gaju mitu wkracza właśnie Klio, dziewka rosła, toporna, silna jak koń i nad wyraz ordynarna – bogini uzurpatorów, powtarzająca swoje wytarte frazesy.


PS 1: Ostatni akapit nie ma nic wspólnego z Baratarią, pozostawiłam go jednak, albowiem wydaje mi się odświeżająco odmienny od tego, co znamy.

PS 2: Jotwues? Nie wiecie kto to? Ja nie wiedziałam. Stalin.

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym 2

Niedawno postanowiłam, że od czasu do czasu będę tu ponownie publikowała wpisy, któore uważam za najlepsze. Nie zastanawiam się, pozwalam im, by same przychodziły do głowy. Dziś wpis z 8 sierpnia 2013, tamten był w kalendarzu rocznym trochę za późno, czas czereśni dawno już minął, dziś, gdy tamten stary wpis rebloguję, czereśnie wciąż jeszcze są na drzewach, na przykład z tyłu za budynkiem policji…

Ciekawe, że ten wpis musi być dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż bym to świadomie oceniła, bo właśnie odkryłam, że już go raz reblogowałam – w czerwcu 2017 roku. Dopisałam wtedy dedykację dla nas wszystkich, dziś nie zmieniam w niej ani słowa. 

Jeszcze może kilka słów o owocach – wiśnie czy czereśnie? W różnych językach różne się dzieją rzeczy z tym dwoma rodzajami owoców, użytkownicy tych języków plączą je i mieszają, jak nie przymierzając żabę i ropuchę albo żmiję i węża. Na pewno i wiśnie, i czereśnie znane były od starożytności, ale w Europie pojawiły się najpierw na stołach bogaczy. W Wikipedii czytamy, że nazwa czereśnia pochodzi od starożytnego miasta Cerasus (obecnie Giresun w Turcji), skąd rzymski wódz Lukullus przywiózł na zachód pierwsze okazy tej rośliny. Lukullus, wielki pan. A wielcy panowie, wiadomo… Stąd takie niemieckie powiedzonko, cytowane przeze mnie np. TU, że niełatwo jest jeść wiśnie z możnym panem.

Jednak: wiśnie czy czereśnie? W potocznej niemczyźnie to już na pewno wiśnie i, co ciekawe, opuściły już stoły możnowładców – teraz o każdym człowieku z trudnym charakterem można powiedzieć, że to taki typek (albo typica), z którym niełatwo jest jeść wiśnie. Ale u źródeł tego przysłowia tkwi sens zgoła inny – wiśnie i czereśnie były drogie, aby je z możnym panem zjeść, trzeba było zostać przez niego zaproszonym. A jak? Za nazwisko? Za zasługi? Za urodę? Za służalstwo i pochlebstwo? A możny pan zawsze mógł swojemu gościowi, niżej usytuowanemu na drabinie społecznej, napluć w gębę…


„Czas wiśni” czy też “Czas czereśni” odkryłam na facebookowej grupie Anatola Borowika „Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Piosenkę bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie „Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo „Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po pięciu latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas wiśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

***
Gdy rebloguję to po raz drugi, w czerwcu 2018 roku, dziwię się, że nie mogę znaleźć tej piosenki po polsku. Stanisława Celińska mówi w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z maja 2015 roku, że śpiewała tę piosenkę w roku 1969. W tym samym czasie śpiewał ją też Piotr Loretz. Ale w  sieci nadal ani słów ani nagrań. Jedynie link do mojego własnego wpisu. I jeszcze znaleziony miły wpis z bloga o znamiennej nazwie  – to mój kawałek podłogi! Słów też nie ma, ale jest piosenka po francusku, i lektura romansu w sam raz na lato, i knajpki paryskie nazywające się “Le temps de cerises”…

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym

Ewa Maria Slaska

Wyjeżdżam i jak zawsze podczas wyjazdu – nie wiem, czy uda mi się wstawić jakiś aktualny wpis. Wiem zatem z doświadczenia, że coś trzeba sobie przygotować na zapas. Pomyślałam o recycklingu własnych dokonań. Prowadzę ten blog pięć i pół roku, przedtem prowadziłam dwa inne blogi, oparte na tej zasadzie, że to ja tworzę ramę, ale piszą różni ludzie. Pierwszy zaczęłam 18 czerwca 2011 roku. Wczoraj była rocznica. 8 lat, codziennie wpis. 2920 wpisów. Upał lał się z nieba i rocznice niezbyt mnie obchodziły, ale aby wypełnić letnie dziury, postanowiłam zrecyklingować kilka najlepszych wpisów. Zastanowiłam się, co mogłabym uznać za swój najlepszy wpis. Były takie, których słupki frekwencji czytelniczej przebijały sufity i dachy, ale nie, wcale nie one mi się przypomniały. Z otumanionego upałem umysłu wychynął Mankell. Pisałam o nim przed kilku laty, a powoływałam się na cytat z książki, która się w oryginale ukazała 20 lat temu. Mankell rozmawia z córką.

Najpierw więc cytaty, po niemiecku i po polsku, z mojego wpisu.

Strümpfe stopfen & Cerowanie skarpetek

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an. „Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“


(…) zapytała go, dlaczego życie w Szwecji jest takie trudne.

– Czasami myślę sobie – powiedział – że powodem może być to, że przestaliśmy cerować skarpety. (…) W czasach mojej młodości w Szwecji nadal cerowało się skarpety. Nawet uczyłem się tego w szkole. Aż nagle z dnia na dzień przestano je cerować. Dziurawe skarpety po prostu się wyrzucało. Przeobraziło się całe społeczeństwo. Zdzieranie i wyrzucanie stało się powszechnie obowiązującą regułą. O tych, którzy obstawali przy cerowaniu, ani się nie mówiło, ani się nie słyszało.


PiatakobietaWbrew temu jednak, co często muszę robić, a mianowicie przepisywać cytaty, które mnie zainteresowały, tu sięgnęłam do dwóch osób, które podobnie jak ja zauważyły ten cytat i uczyniły z niego osnowę swojego wpisu. Polka, Danuta Awolusi, rocznik 86, przez wiele lat prowadziła na blox.pl świetny blog o literaturze (blogu już nie ma – dop. EMS 2021). Jej wpis o Mankellu ukazał się w sierpniu 2011 roku, ja o Mankellu pisałam w sierpniu 2015 roku. Pastor Max Toepffer odkrył cytat o skarpetkach i użył go w pisemku parafialnym zimą 2013 roku. Sama książka ukazała się w Szwecji w roku 1996, ponad 20 lat temu.

Cytat niemiecki zaczerpnęłam z gazetki parafialnej pewnego kościoła ewangelickiego. Redaktorem naczelnym (a zapewne i jedynym) jest pastor, który używa swojego wpisu, by zachęcić wiernych do rozglądania się wokół siebie, do cerowania porozrywanych stosunków międzyludzkich. Polska krytyczka literacka używa tego cytatu, by napisać o Mankellu jako dobrym pisarzu, uważnie obserwującym społeczeństwo. Pod cytatem o skarpetkach pyta: Czy to nie jest znakomita metafora współczesnego społeczeństwa? W tym banalnym przykładzie zawarto praktycznie wszystkie obecne bolączki wielu narodów. Taki właśnie jest Wallander – prosty, ale równocześnie mądry i błyskotliwy.

Zanim przejdę dalej, zatrzymuję na chwilę nad okładkami obu książek. Było ich zapewne więcej, różnych, ale przypadek podsunął mi te dwie. Polska ma sens, szukanie przestępcy to zawsze polowanie na pustyni. Okładka niemiecka odwołuje się do kobiecej erotyki z czasów Rubensa i sensu nie ma w ogóle.


W zeszłym roku usłyszałam od młodej pięknej kobiety z Warszawy, że w Niemczech mamy znacznie większy stopień zużycia przedmiotów i ubrań niż w Polsce. Było to powiedziane z uznaniem. Jesteśmy bogatym krajem, mniej kupujemy tandety, a te dobre rzeczy, które kupujemy nosimy potem bardzo długo. A potem je jeszcze oddajemy.

Tak, jak tego wymagają reguły Zero Waste.

Zero Waste zakłada ograniczanie śmiecenia na wielu etapach – od zakupów, poprzez użytkowanie (czyli właściwe przechowywanie jedzenia, by zdążyć z konsumpcją zanim się zepsuje; pielęgnacja ubrań i konserwacja sprzętu, by służyły jak najdłużej) aż po zagospodarowywanie resztek (czyli kompostowanie odpadków kuchennych, przerabianie przedmiotów i dawanie im drugiego życia).

Nie szukam w internecie reguł Zero Waste w sprawie ubrań. Sama wiem, a Mankell mi tu przewodnikiem.

1/ Używaj ubrań jak najdłużej. Naprawiaj je, przerabiaj. Ceruj skarpetki.
2/ Nie kupuj za dużo, szanuj to, co kupiłeś. Ceruj skarpetki.
3/ Oddawaj innym, myśląc o tym, komu dajesz, wybieraj osoby, które już należą do nowej kategorii i cerują skarpetki.
4/ Noś rzeczy używane, przyjmuj je, wymieniaj się ze znajomymi, bierz również to, co trzeba naprawić: ceruj skarpetki.
5/ Przerabiaj rzeczy całkiem zniszczone na inne – kołdry, kapy, dywany ze szmatek. Ceruj skarpetki.
6/ Nie trzymaj w szafie rzeczy, których na pewno nie będziesz nosić. Zrób coś z nimi, przerob, podaruj, oddaj. Dopiero, jak już naprawdę nie da się z nimi nic zrobić – wyrzuć, ale nie do śmieci, tylko do pojemnika, bo stamtąd pójdą do potrzebujących albo do fabryk jako surowiec wtórny.

Ceruj skarpetki…

Mało nośne hasło, mało patetyczne. Byle jakie w porównaniu z Wolnością, Równością i Braterstwem, Siostrzaństwem, Solidarnością, Sprawiedliwością i Prawem. Ale tych wielkich słów być może nie umiemy wprowadzić w życie, poza tym łatwo je ideologicznie przenicować i wykoślawić. I wtedy nam wyjdą uszami. A cerowanie skarpetek to proste zadanie i jak dotąd nie widzę możliwości, by polityka je zagarnęła. A poza tym wciąż jeszcze, póki jeszcze żyje nasze pokolenie, możemy was nauczyć, jak to robić. Bo my wciąż jeszcze umiemy cerować skarpetki.

A potem można pójść dalej…

 

Reblog: Willa z fortepianem

Znalezione w internecie przez Andrzeja Rejmana

W dzielnicy Ursus, niedaleko skrzyżowania Alej Jerozolimskich z ulicą Ryżową stoi niewielka willa. Z ulicy ledwo ją widać spośród rozbuchanej zieleni. Jednak jeśli wejść w boczną drogę i zajść dom od tyłu, oczom ukaże się ciekawy architektonicznie modernistyczny budynek. Niewiele wiemy o tym domu. Powstał prawdopodobnie w latach 30 XX wieku. Od ok. 2015 roku stoi opuszczony i niszczeje. Naszej dobrej znajomej Laurze Styczeń udało się dostać do środka willi. Znalazła tam istne cuda – wspaniały przedwojenny fortepian wyprodukowany przez warszawską firmę, liczne stare zdjęcia, dokumenty przedwojenne i z czasów okupacji oraz wiele innych przedmiotów o niewątpliwej wartości muzealnej. Ktokolwiek tam mieszkał, musiał być niezwykle interesującym człowiekiem i dbał o swoją przeszłość i dziedzictwo. Niestety dowiedzieliśmy się, że willa, która była wpisana do Gminnej Ewidencji Zabytków, została niedawno z niej wyłączona. Jaki los ją czeka?

Wiśniewski (Reblog z FB)

Radosław Wiśniewski

Zimą napisałem tekst. Miałem poczucie, że jest ważniejszy ode mnie i wszystkiego, co napisałem od lat. Długo szukał sobie miejsca na papierze, w sieci, gdziekolwiek. Sporo osób mówiło po lekturze, że warty jest publikacji, ale jakoś się nie mieścił to w tym to w tamtym formacie. Nie mnie sądzić dlaczego. Ale oto od kilku dni jest, ktoś dał mu miejsce i przestrzeń. Tekst, dodajmy, na tyle dla mnie i paru osób ważny, że założyliśmy nieformalny projekt “Laboratorium Empatii”, na razie tylko na FB (znajdziecie bez trudu).

A tekst idzie bez mała taką ścieżynką:

“[…]
Próbujesz opowiadać o zaangażowaniu poprzez zaprzeczenia, apofatycznie, na przykład, że daleko ci do „Krytyki Politycznej”, ale równie daleko do Wencla, a zarazem nie znaczy to, że interesuje ciebie wyłącznie prywatność albo wyłącznie historyczność. I właśnie od tego napięcia pomiędzy prywatnością, pojedynczością a historycznością trzeba zacząć rekonstrukcję twojego zaangażowania. Bo przecież to, co nie pozwala tobie stanąć ani po lewej i ani po prawej stronie, to wiara oraz ufność jaką pokładasz w jednostce. Dla ciebie nigdy nie ma i nie będzie sześciu, siedmiu, ośmiu milionów – jest osobowa pojedynczość i przemnożenie jej przez dowolna liczbę jej nie unieważnia. Nie ma zatem żadnego zastosowania zdanie, że system był dobry, tylko nie uwzględniał człowieka i tego że jest osoba obdarzona godnością, wolnością wyboru i sumienia. Taki system nie miał i nie ma racji bytu. Żaden system, który opowiada, że tylko odsuniemy, tę lub inną, mniejszość, która nam koła w szprychy postępu sadzi, a już, już jutrzenka wyzwolenia mas, narodu, rasy zabłyśnie nigdy nie zdobędzie twojego zaufania. To zapowiedź krwawych baśni eksterminacji, a do nich czujesz odrazę. Tę, która podpowiada gesty, za które można oberwać. I to całkiem na serio. Tak jak powiedziałem – z lewa i prawa lub z obu stron na raz – bez różnicy.

Spoiwem, które pozwala łączyć prywatność z historycznością jest empatia, czyli współodczuwanie, czasem sprowadzone tylko do próby wyobraźni. I nawet jeżeli jest to tylko wyobrażone współodczuwanie to ma fundament, który trudno podważyć. Każdy człowiek ma ciało, zdolne do odczuwania bólu i chce je przed tym bólem ocalić, na tyle, na ile to możliwe. Ciało oprócz odczuwania fizycznego bólu, potrafi także sprawić, że odczuwasz strach, lęk, niepokój. Owszem, wiele doświadczeń pozostaje na zawsze za murem, ale jeżeli pozwolić, by mówiło ciało, stają się bliższe niż można by sądzić, chociaż przez to wcale nie zrozumiałye. Empatia nie mówi o zrozumieniu, ale o współbyciu. Nie zakłada też gestów zbiorowych, ale pojedynczość, nawet jeżeli dla podjęcia tej próby trzeba uwzględnić szerszy kontekst, to w centrum zawsze pozostanie osoba, jedna, niepowtarzalna.

Empatia, szczególnie w kontekście historycznym, porzuca złudzenie neutralności, równego dystansu, drogi środka i zarazem – chociaż wydaje się to niemożliwe – nie dryfuje w stronę żadnego z biegunów politycznych, prawego, czy lewego. Powołując się w sposób bardzo ogólny na prawa antropologii przestrzennej Victora Frankla, można powiedzieć, że empatia wprowadza trzeci wymiar do dwuwymiarowego sporu. Frankl, tocząc zupełnie inny spór w obrębie psychologii i antropologii, w prosty sposób pokazał jak redukując formę przestrzenną – np. kulę lub stożek, do figury (lub figur) dwuwymiarowych uzyskujemy sprzeczne lub zadziwiająco zgodne obrazy tego samego przedmiotu. Stosując tę analogię do empatii w kontekście zaangażowania literackiego, trzeba było by powiedzieć, że nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, bo pomimo żarliwego zaangażowania nie gra w tę grę, jaką próbują jej narzucić ideologie i jej literackie mutacje. Empatia pracuje na zupełnie innym planie niż ideologie, które zawsze będą miały tendencje do redukowania jednostkowości, niepowtarzalności. Tu jest źródło niepodległości gestu – literackiego, poetyckiego – zakotwiczenie w tym, co jednostkowe. Tylko to pozwala skutecznie detonować przed czasem próby manipulacji, zawłaszczenia pojedynczego śpiewu, lamentu, inkorporowania go do wycia hordy.
[…]”

Gdyby kogoś interesował całokształt – to jest na stronie pozbawionego właśnie ministerialnych dotacji serwisu ArtPapier.pl, co samo w sobie staje się pomału czymś w rodzaju silnej rekomendacji:

Reblog czyli resłuch… Pokraj

Czy najśmieszniejsza książka 2018 roku może być jednocześnie powieścią serio? Na pewno śmiejąc się z Pokrajaków, śmiejemy się z samych siebie.

Andrzeja Saramonowicza, znają wszyscy, jest przecież twórcą kultowych filmów komediowych: „Testosteron”, „Lejdis” i „Ciało” i autorem bestsellerowej książki „Chłopcy”. Teraz “Pokraj”.

Ziemowit Szczerek:

Jeśli ktoś się spodziewał, że Saramonowicz rozprawi się z polskością z wdziękiem Gombracego prowadzącego na kwasie daewoo lanosa, to się dobrze spodziewał. Czyta się to szybciej, niż rzeczony lanos śmiga na tuskostradzie, a wciąga bardziej niż oglądanie pojedynku Pawłowicz–Niesiołowski na TVN24.

Fragmenty powieści “Pokraj” Andrzeja Saramonowicza
Czyta Krzysztof Gosztyła
Wydawnictwo Muza SA
Premiera 23 maja 2018

Resłuch(y) za zgodą Autora – dziękuję!



Wciągnęło? Oczywiście. Reszta w księgarni lub na youtubie, już lub za chwilę… szukajcie a posłuchacie, jak głosi Biblia...

Reblog: Chrześcijanin kulturowy

Kolejny tekst znaleziony na Facebooku

Jacek Wesołowski
dzien-nik:fb.obrazy/teksty, 19 maja 2018

Przymiotnik „chrześcijański” może odnosić się do religii lub do kultury. „Religia chrześcijańska” i „kultura chrześcijańska” nie są określeniami synonimicznymi. Pierwsze oznacza doktrynę określonego wyznania, określonego Kościoła któregoś z licznych odłamów zinstytucjonalizowanego chrześcijaństwa, drugie odnosi się do zespołu tradycji, obyczajów, wartości i norm postępowania, mających owszem swą genezę i umocowanie w religii, ale już od niej bezpośrednio niezależnych, niejako wyodrębnionych, wyalienowanych – w tym sensie ktoś określający się jako chrześcijanin może być nim tylko w rozumieniu kulturowym, a niekoniecznie religijnym. Przyznaje się do korzeni chrześcijańskich, wyznaje wartości chrześcijańskie, lecz może być ateistą czy agnostykiem, i jeśli chodzi niekiedy do kościoła, to nie z wiary, lecz z tradycji, z wychowania, z poczucia więzi kulturowej – z chrześcijaństwem. Jestem chrześcijaninem, a nawet katolikiem – kulturowym. W tym sensie większość chyba chrześcijan dzisiejszej Europy, a w szczególności zachodniej i północnej, to są chrześcijanie kulturowi. Niekoniecznie wierzą w Boga, a już zwłaszcza w takie szczegóły nauki Kościołów jak Piekło, Niebo i Czyściec oraz Sąd Ostateczny – zresztą poszczególne wyznania chrześcijaństwa co do tych szczegółów różnią się między sobą: np. w protestantyzmie nie ma kultu swiętych – stąd w krajach wyznań wyłonionych z Reformacji nie obchodzi się imienin, a tylko urodziny. Premier Morawiecki nie tak dawno powiedział, że widzi przed Polską misję chrystianizacji Europy. Przez ostatnich 35 lat nabyłem spore doświadczenie bezpośrednie, gdy chodzi o Europę zachodnią i stwierdzam, że jej kraje są chrześcijańskie dość – gdy chodzi o kulturę chrześcijańską: o chrześcijańskie wartości i ludzkie zachowania etyczne. Np. Niemcy dzisiejsi pod tym względem wydają mi się przewyższać Polaków. Natomiast z pewnością Niemcy nie są tak chrześcijańskie, jak Polska w sensie uprawiania kultu religijnego i bardzo im w tym polskiemu sąsiadowi daleko. Kościoły w Niemczech (a zwłaszcza wschodnich) – tak ewangelickie jak i katolickie – są pustawe, niektóre od dawna już pełnią funkcje kulturalne, nie religijne. Ja myślę, że polski premier, mówiąc o chrystianizacji Europy miał na myśli nie tyle chrystianizację, ile klerykalizację. Z zamiaru, woli i ambicji naszego pobożnego, bogobojnego narodu, a ścisle polskiego rządu narodowego ramię w ramię z polskim (katolickim) Kościołem, który jest nie tylko instytucją religijną, lecz także w wysokim stopniu polityczną, tak więc kulturową – pod płaszczem religii. Etyka w polityce występuje fasadowo.


Boutique sacré de Jacek Wesolowski, instalacja zbiorcza, fragment (ściana centralna: Ołtarz), Hradczanska Galeria, Praha, 1995

Barataria 66 reblog: Historia świata według EKSK

To jest taka opowiastka, która nie dość, że wyjaśnia powstanie posągów na Wyspie Wielkanocnej, ale jest przy okazji historią, która po prostu dzieje się w Baratarii. Dziwne, że Autor tego nie zauważył. Tę opowieść znalazłam na Facebooku, u człowieka, którego (chyba) nie znam osobiście, ale jest niewątpliwie odpowiednim znajomym odpowiednich znajomych i używa ksywy Tabor Regresywny. Nie wiem, o co chodzi, może o husytów, ale i tak przyznaję, że invidia mnie zalewa na myśl o tym, iż można było wymyślić sobie taki super pseudonim facebookowy. Aha, Autor twierdzi, że napisał historię seksu, a mnie się wydaje, że jest to jednak historia świata. Tak jak się ją rozumie w Baratarii 🙂

Mam wrażenie, że z rozwiązywaniem problemów jest jak z wybieraniem jaj z kurnika. Im więcej jaj wybieramy, tym więcej kury niosą. Spróbujmy łączyć problemy w większe grupy, może same się rozwiążą. Np. mam taki problem. Napisałem historię seksu i wstydzę się ją opublikować. Spróbuję ją połączyć z innym moim problemem. Od niedawna jestem emerytem – mam z tym problem. Gdy łączę ten z poprzednim problemem, robi się jeszcze większy problem. No to dołóżmy jeszcze jeden problem. Kiedyś zostałem mianowany Komandorem i po trzech dniach zdegradowany. Nie ważne , że chodziło o spływ kajakowy. Nie chcę być Komandorem zdegradowanym. Jak połączyć te trzy problemy wychodzi „Historia seksu wg emerytowanego komandora spływu kajakowego.” No i nie ma żadnego problemu. Działa?

No to raz kozie śmierć.

Historia seksu wg EKSK

Rozdział I.
Bóg stwarzając mężczyzn dał im orgazm, ale nie dał im wzwodu. Siłą rzeczy kobiety musiały opanować sztukę dzieworództwa. Cieszyły się dzięki temu niebywałym autorytetem i nieziemską urodą. Dzieci rodziły się ze śmiechem wyskakując niczym korek z butelki szampana. Ojcostwo ustalano w ten sposób, że ojcem zostawał ten, kto złapał takie dziecko w locie. Otrzymywał za to tytuł pomocy kuchennej i prawo do obierania ziemniaków, krojenia cebuli i ucierania marchewki. Niestety, kierowani ambicją mężczyźni wyprosili u Boga wzwód. Bóg postawił dwa warunki. Po pierwsze koniec włóczenia się po lasach, bierzecie się do pracy, po drugie coś wam zabiorę. Bierz, co chcesz, tylko daj nam wzwód – prosili. I Bóg dał im wzwód, a zabrał orgazm.

Rozdział II
Na drugi dzień mężczyźni wzięli się do pracy, po pracy dostali wzwód, pobiegli do kobiet się pochwalić, po czym oświadczyli, że teraz oni będą rządzić. Zajęli pierwsze miejsca przy ognisku i zaczęli rozmawiać o polityce, czyli kłócić się, kto ma dłuższego, szybszego i bardziej błyszczącego. Dziś ten spór nazywamy wyścigiem zbrojeń. Brak orgazmu kompensowali budując piramidy, stawiając posągi na wyspie Wielkanocnej, wznosząc łuki triumfalne i inne kolumny. Budowle te zostały niespodziewanie zaniechane, bo ktoś odkrył sztuczny sposób wywoływania orgazmu. Znalazło to smutne odbicie w architekturze bo przerzucili się na budowę lepianek ziemianek i szałasów. W tym czasie również zaczęło się zastępowanie wiary religią, sprawiedliwości zgodnością z przepisami prawa, mądrości inteligencją a radości życia różnymi uciechami. Aha, zaczęli też oglądać się za kobietami.

Rozdział III i ostatni.
Początkowo kobiety kpiły sobie z mężczyzn, ale życie pod męskimi rządami stawało się coraz bardziej nieznośne. Dzieci przestały się rodzić. W końcu kobiety zwołały Kongres, na którym, po demokratycznym głosowaniu, wybrały mniejsze zło. Uchwaliły, że trzeba poświęcić dziewictwo i w ten sposób wziąć władze w swoje ręce. By mężczyźni się nie zorientowali, pozostawiły im te śmieszne tytuły, którymi kazali się tytułować, te nikomu nie potrzebne stanowiska, na których się osadzili, a nawet pensje, które sobie przyznali, a i tak trafiały potem do kobiet. I wszystko wróciło by do normy, gdyby nie to, że po wypróbowaniu kilku systemów politycznych, mężczyźni wybrali demokracje parlamentarną jako najmniejsze zło. I tak wybierając, co cztery lata, mniejsze zło, wchodzimy w coraz większe g. bagno, a powinniśmy wychodzić. No i mamy, sztuczny wzwód, sztuczny orgazm do próbówki, i tylko czasami tak się zastanawiam – Czy my przypadkiem nie zamieniliśmy siekierki na kijek?