Reblog: Diuna w popkulturze

Aru

Diuna w reżyserii Denisa Villeneuve’a skłoniła mnie do ponownego sięgnięcia po książki Franka Herberta. Może ich język nie wytrzymuje próby czasu i z pewnością osoby urodzone już w wieku XXI będą miały z nią nieco problemu, ale kiedy się przyjrzeć jej zawartości, to cykl Kronik Diuny należy uznać za genialny i wizjonerski. Frankowi Herbertowi udało się wykreować niezwykle barwny, wielowymiarowy, a przede wszystkim bardzo ciekawy świat. Wykorzystując konwencję SF snuje swoje przemyślenia na temat polityki, religii, nauki, kultury i filozofii. Ja sam wracając do Diuny po przeszło dwudziestu latach, zupełnie inaczej ją odczytuję niż kiedy zetknąłem się z nią po raz pierwszy na przełomie tysiącleci (ależ to brzmi kosmicznie). Chociaż kiedy obserwuję współczesnych polityków i to nie tylko tych polskich, to ich działania są wyjątkowo prymitywne i daleko im do subtelnych niuansów wielkiej politycznej gry prowadzonej w książkach Herberta. Uważam, że to nie tylko jedna z najlepszych książek SF, jakie dotąd powstały. Kroniki Diuny należą do najważniejszych powieści XX wieku, które poprzez konwencję SF pozwalają przyjrzeć się naszej rzeczywistości.

Jednak to nie książce chciałem poświęcić swój dzisiejszy wpis, tylko jej wpływowi na popkulturę, który jest naprawdę spory. No ale ta genialna powieść ukazała się 56 lat temu, więc świat kultury popularnej miał dość czasu, aby móc ją przełożyć na swój język.

Kiedy George Lucas pracował nad swoją wizją tego, co wydarzyło się dawno temu w odległej galaktyce, tworząc Star Wars musiał być pod ogromnym wpływem książek Franka Herberta. Pustynna planeta, tajemnicze zakony, elitarne oddziały wojska i organizacja państwa żywcem przeniesiona z Imperium Romanum, z którą walczy ruch oporu, to wszystko pojawiło się najpierw właśnie w Diunie.

Jedno z najbardziej znanych zdań z książki Herberta „Kto kontroluje przyprawę, kontroluje wszechświat” w zmienionej wersji pojawia się m.in. w serialu Miasteczko South Park ( „Ten, kto kontroluje nadzienie, kontroluje wszechświat”), animacji Trolle („Kto kontroluje trolle, kontroluje królestwo!”), Rick i Morty („Ten, kto kontroluje spodnie, kontroluje galaktykę!”) Wielkie pustynne stwory przypominające arakańskie czerwie pojawiają się w Soku z żuka, SpongeBob Kanciastoporty, Chuck, Mroczne przygody Billy’ego i Mandy, Pora na przygodę!, Futurama. W Simpsonach Klaun Krusty chce sfilmować powieść zatytułowaną The Sands of Space, a Lisa Simpson po zjedzeniu ostrej potrawy ma wizję dokładnie tak jak Paul Atryda.

Nawiązania do powieści Franka Herberta pojawiają się także w grach. W 1992 r. ukazała się gra Dune, która łączyła elementy przygodówki i strategii. Z jednej strony była ona mocno oparta na książce, ale także mocno nawiązywała do filmu Lyncha. Co ciekawe w tym samym czasie konkurencyjne studio stworzyło swoją wersję, która ukazała się jako Dune II: Battle for Arrakis, była to już klasyczna strategia. Podobnie jak wydana sześć lat później Dune 2000, która właściwie była Dune II w nieco poprawionej oprawie, co sprawiło, że gra nie cieszyła się dużym powodzeniem, chociaż sam pamiętam, że spędziłem przy niej nie jedną, całkiem przyjemną godzinę. Na początku naszego stulecia francuskie studio Cryo Interactive planowało wydanie całej serii gier osadzonych w świecie wymyślonym przez Franka Herberta. Zanim jednak firma zbankrutowało, udało się wydać jedną z nich Frank Herbert’s Dune, natomiast Dune Generations i Dune: Ornithopter Assault krążyły w sieci w formie nielegalnych plików. Co ciekawe przy okazji nowej ekranizacji książki nikt nie pokusił się o to, aby stworzyć jej odpowiednik w postaci gry. A szkoda, bo Diuna jest na tyle bogata, że na jej podstawie mogłoby powstać co najmniej kilka interesujących projektów. Za to w tytułach, które nic wspólnego z Diuną nie mają, pojawiały się niewielkie nawiązania do książki. W grze Fallout mamy lek o nazwie Mentats, który zwiększa funkcje pamięci (nawiązanie do mentatów, czyli ludzkich komputerów). Z kolei w Far Cry 3 znaleźć można kolekcjonerską kartę, która opisuje narkotyk o nazwie Spice, umożliwiająca podobnie jak książkowa przyprawa (w oryginale właśnie spice) podróże międzygwiezdne. Za to w grze Sudden Strike 4 spotykamy żołnierza, który mówi: „Miałem dziwny sen ostatniej nocy. Niebieskoocy ludzie kontrolowali gigantyczne robaki i walczyli o przyprawę na piasku”, to właściwie opis ważnej części fabuły książki.

Także wielu muzyków inspirowało się prozą Franka Herberta. Motywy z Diuny odnajdziemy m.in. w kompozycjach Iron Maiden, Davida Bowie, Tool, 30 Seconds to Mars. Były także bardziej awangardowe rzeczy, jak płyty w całości poświęcone książce, wydane przez Davida Matthews’a, Richarda Pinhasa, Klausa Schulze’a, czy projekt ZED. Z kolei Fat Boy Slim w piosence Weapon of Choice nawiązuje do pustynnego chodu Fremenów.

A na koniec mała ciekawostka. Szukając informacji do tego wpisu znalazłem perfumy Dune, dzięki którym za nieco za niecałe 300 zł. każdy może poczuć zniewalający zapach planety Arrakis.

PS od Adminki: znalazłam kilka produktów Diora o nazwie Dune – ceny bardzo różne, ale powiedzmy, że za 100 euro na pewno coś się dostanie.

Reblog o makaronie

Jacek Pałasiński

Jacek Pałasiński, słynny dziennikarz, ongiś przez wiele lat korespondent z Włoch, pod ciekawą ksywką D.O., czyli Drugi Obieg, informuje nieregularnie acz dość często swoich coraz liczniejszych czytelników i wielbicieli (też do nich należę) o tym, co się dzieje w świecie. I to nie tylko tym znanym jak Europa, czyli EU i USA, tylko dalekim jak Wyspy Triobrianda i Wyspy Bergamuty. A tu nagle wczoraj po pierwszym wezwaniu politycznym, autor poświęcił cały (CAŁY) wpis…

Najpierw zatem punkt pierwszy – preambuła albo prolegomena:

Chers collègues journalistes du monde entier!
Arrêtez d’écrire « Pologne » : une fois « contre l’UE », une fois « contre la CJUE » ou « contre l’OTAN ».N’écrivez pas “La Pologne est un problème pour l’Europe”, ou “L’Europe a une arme émoussée dans la lutte contre la Pologne”…
Au lieu de “Pologne”, veuillez écrire “PiS”. Parce que la Pologne n’est pas “PiS”, et “PiS” n’est pas la Pologne.
S’il vous plaît.

Z okazji wyjątkowej, D.O. dziś jest monotematyczny. Wyjątkowa okazja to ta, że 25 października przypadał Międzynarodowy Dzień Makaronu (World Pasta Day), ale my, Włosi, świętujemy ten dzień cały tydzień, a pastę – cały rok.D.O. jest przebrzydłym makaroniarzem i choć powinien ograniczać węglowodany, to jednak często pojawiają się na jego stole. Dlaczego? Bo kluska pyszną jest! Zwłaszcza z dobrym sugo, czyli sosem.Na początek kilka danych: W ciągu roku 2020na planecie Ziemia zjedzono …17 milionów ton (17.000.000.000 kg, 120 miliardów porcji, po 15 porcji na przeciętnego mieszkańca Ziemi) pasty wszelkiej, a mniej więcej 1 tonę zjadł D.O. Te 17 mln ton to o milion ton więcej niż zjedzono jej w 2019, i to 2 x więcej niż trafiło do ludzkich brzuchów w r. 2010. Miłośnicy pasty zjadają około 28 kg klusek rocznie, ale nie we Włoszech. We Włoszech zjadają 53 kilogramy. I żyją! I to żyją rekordowo długo, razem z Hiszpanami i Grekami. Oraz z Japończykami, ale ci żyją długo nie z powodu diety śródziemnomorskiej, tylko z powodu braku soli w tym, co jedzą.

Ponieważ na temat pasty krążą różne fake newsy, D.O. przytoczy news, który absolutnie nie jest fake: w 2010 roku dieta śródziemnomorska, której pasta, warzywa i oliwa są podstawami, została umieszczona na liście Niematerialnego Światowego Dziedzictwa Ludzkości. A to nobilituje każdego zjadacza pasty.Na pytanie: „Jaki makaron jeść”? D.O. bez wahania odpowiada: „włoski”! Tak, D.O. wie, że trafiają się udane produkcje spoza Półwyspu Apenińskiego, ale po co ryzykować, kiedy można w ciemno trafić od razu w najlepsze?

Włoski, ale jaki włoski?! Jeśli nie znasz, Czytelniku, marki i nie masz do niej zaufania, weź ze sobą do sklepu szkło powiększające. A następnie przeczytaj, czy na opakowaniu jest formułka pasta di semola di grano duro, czyli kluski z semoli z pszenicy typu durum .Jak nie jest di semola di grano duro, to nie kupuj: rozleci się w gotowaniu i w ogóle, wartości smakowe będą wątpliwe.

No dobrze, a jaka pasta di semola di grano duro?

Oczywiście najlepiej, jeśli na opakowaniu jest napisane o trafilata al bronzo. Co to znaczy? To znaczy, że dzióbki wyciskaczy, te, przez które masa makaronowa wychodzi na świat w pożądanym kształcie, są zrobione z brązu.

A co to daje? Daje mikroporowatość pasty, która dokładniej i wdzięczniej przyjmie w siebie sosik i zachowa wierniej jego aromat.

To jaki kształt powinna mieć pasta doskonała?

Odpowiedź jest jedna: „a jaki ci się, Czytelniku, najbardziej podoba i jaki najbardziej lubisz”! We Włoszech produkuje się ponad 300 różnych typów pasty. Jeśli nie masz ugruntowanych w tym względzie przekonań, miej odwagę eksperymentować.

Ale, szczerze mówiąc, określona pasta pasuje do określonych sosów. Z tym że, jak wynika ze statystyk włoskiego odłamu Uber eats, najwięksi znawcy i smakosze pasty na naszej planecie – Włosi – najchętniej zamawiają z dostawą do domu spaghetti i fettuccine. A fettuccine (nie „fetucini!!!”) to „wstążeczki”, w przeciwieństwie do fettucce – wstążki. Czyli cienkie, ok. 3-milimetrowe paski. Z jakim sosem zamawiają? Ojej, są mało oryginalni! Carbonara i ragù. Pesto alla genovese i cacio e pepe, stają się coraz bardziej popularne.

A propos: Carbonara to nie są kluski w śmietanie, choć D.O. jest świadom, że na Północy Włoch okupanci przywieźli swoje złe obyczaje i gdzieniegdzie śmietanę do cabonary dodają. Ale my to odrzucamy, do ust nie bierzemy. A co zacz ragù? Barbarzyńcy nazywają to brrrr… „sosem bolognese”, albo jeszcze gorzej „bolonese”. Bolonia nie ma swojego sosu i to, co się barbarzyńcom podaje pod tą nazwą z Bolonią nic wspólnego nie ma, a nawet można zostać nieprzychylnie potraktowanym przez kelnera, jeśli „sos bolognese” zamówi się w Bolonii. Ragù to specjalność neapolitańska, bo w Neapolu długo rządzili Burbonowie i zaszczepili tam ragoût. Ale Neapolitańczycy mają więcej ducha twórczego niż wszystkie odłamy Burbonów razem wzięte i francuskie ragoût – rodzaj niejadanego gulaszu, utopionego w zasmażanym beszamelu – pozostało w jadłospisie francuskim, zaś w neapolitańskim pojawiło się ragù, czyli sos z przegryzającego się na wolniutkim ogniu przez 3 dni co najmniej mielonego mięsa wołowego z sosem pomidorowym i przyprawami. Są filmy i sztuki teatralne, dziejące się w całości wokół garnka, w którym przez kilka dni bulgoce ragù doskonałe. D.O. to lubił, jadał, dawał dzieciom, a uczyła go Lola, właścicielka trafiki z papierosami i gazetami na rynku w górskiej wiosce, w której uchodźca D.O. spędzał pierwsze włoskie lata i zimy, martwiąc się o przeżycie. Dziś D.O. jest wegetarianinem, a przeważnie nawet weganinem, z małymi skokami w bok na własnoręcznie robione tsatsiki i parmezan. Z tego samego powodu na jego stole pojawia się wyłącznie carbonara vegetale, czyli z cukinią zamiast boczku, albo wędzonym tofu. Albo z jednym i drugim. Da się zjeść!

Wracając do różnych makaronu form, to D.O. uważa np., że spaghetti świetnie pasuje do najprostszego wariantu sosu, czyli olio, aglio e peperoncino. Oliwa, czosnek i papryczka chili. To nb. podstawa ogromnej większości bardziej rozbudowanych sosów: można do tej bazy dodawać niemal wszystko. Oczywiście parmezan na wierzchu jest niemal obowiązkowy. A już do sosu pomidorowego – olio, aglio e peperoncino i kiedy czosnek się przyrumieni i odda oliwie swój niepowtarzalny aromat – dodaj najlepiej świeżutko przetarte pomidory (niektóre gatunki są wdzięczniejsze smakowo do sosów niż inne, ale o tym może za rok) – znacznie lepiej pasuje pasta corta, czyli krótka w rodzaju penne albo rigatoni. Sosik włazi w rurki i tam zostaje, no, chyba, że, P.T. Czytelniku, wolisz, żeby zamiast do gąbki, trafił ci na poły smokingu albo wieczorowej sukni z cekinami. (Dlatego nie wstydź się, nawet w stosunkowo eleganckich okolicznościach, zapakować sobie serwetki za kołnierzyk frakowej koszuli, albo powiewnej, jedwabnej sukni).

Jeśliś, Czytelniku, przeżył trochę wiosen, z pewnością masz już swój ulubiony sos. Być może jadłeś taki we Włoszech, albo w jakiejś (rzadkiej!) dobrej włoskiej knajpce za granicą. I jeśli chcesz go odtworzyć, korzystaj albo z internetu – ale możesz zgłupieć, bo różnych przepisów na ten sam sos jest mnóstwo – albo z intuicji. Jedyne, czego nie możesz odpuścić, to najwyższej jakości ingrediencje! To podstawa filozofii założycielskiej Slow Foodu: „Jeśli chcesz mieć dobre danie, musisz mieć do niego doskonałe ingrediencje”. Niby hasło proste, a zdobyło przebojem świat smakoszy. Oliwy dobrej w Polsce praktycznie nie ma (D.O. sprowadza sobie z Sycylii doskonałą), ale jest wiele przyzwoitych. Idźcie do włoskich delikatesów i, grożąc konsekwencjami, zażądajcie najlepszej oliwy, jaką mają. Najlepszej i najmłodszej! Świeżo wytłoczona na przełomie listopada i grudnia oliwa przez kilka miesięcy zachowuje diabelską pikanterię, i dosłownie erotyczny aromat. Do nas, niestety, oliwa trafia przeważnie po roku od zbiorów; może być dobra, ale nie fenomenalna. Znam Włochów, którzy świeżo ugotowaną pastę po prostu polewają doskonałą, nierozgrzaną oliwą i – starczy! Inni, na polaną zimną oliwą pastę kładą świeżo przetartego pomidorka, albo nawet – prozaicznie – parę łyżek markowej passata di pomodoro, czyli przecieru pomidorowego Niektórzy posypują całość drobno pokruszonymi płateczkami papryczki chili.

Czosnku też szukajcie dobrego. Kiedy jest sezon na polski, to nie ma lepszego! Kiedy sezon i zapasy polskiego się kończą, to raczej bierzcie hiszpański, nie chiński. A i za peperoncino warto pochodzić, choć z jakichś powodów jest w Polsce trudny do dostania. To maleńkie, wysuszone, najwyżej centymetrowej długości piekielne papryczki. Pamiętaj, Czytelniku, by ją (je) usunąć z patelni lub garnka z sosem, przed wymieszaniem z pastą, inaczej, jeden z domowników nagle ci zawyje. Jeśli używasz drobno pokruszonych płateczków peperoncino, to uważaj! One mają niesamowicie różną zawartość kapsaicyny, więc to, co było odpowiednią ilością ze starej paczki, z nowej może okazać się napalmem.

Jak wszyscy wiedzą, na sosy rybne i z owoców morza, NIE SYPIE SIĘ!!! parmezanu! Ale na inne, warzywne i nie tylko – sypie się, a jakże. Przy czym uwaga, pod słowem honoru, że D.O. za to nie płacą, to jednak zdecydowanie radzi używać do posypek wyłącznie Parmigiano Reggiano, a wszelkie imitacje, choćby włoskie, niech sobie zostaną dla mniej wybrednych. D.O. zwiedził różne konsorcja serowarskie we Włoszech i nie tylko, napisał o tym artykuł, i może zagwarantować, że takiej paranoi jakościowej żadne inne konsorcjum nie ma. I to się przekłada na niepowtarzalny, niepodrabialny smak.No, ale parmigiano też trzeba umieć dozować, żeby dodał smaku, a nie zdominował, czy wręcz przykrył smak sosu i pasty. Pocieszające jest to, że nawet najbardziej odporni na sztuki kuchmistrzowskie, po jakichś dwudziestu latach praktyki, dają sobie z tym nieźle radę.

Kilka rzeczy, których nie wiedziałeś o paście:
1. Pastę gotuje się al dente, ponieważ al dente uwalnia mniej skrobi i nie ma kryzysów glikemicznych. Jednakże strażnicy włoskiej ortodoksji kulinarnej często nie wiedzą, że al dente wjechała na stoły w XIX wieku: w recepturach średniowiecznych zalecano gotować ją nawet przez… 45 minut!
2. Niezjedzoną pastę chowaj do lodówki – na zimnie robi się mniej kaloryczna.
3. Pasta dobrej jakości powinna mieć co najmniej 10.5% białka.
4. Tego na opakowaniu nie przeczytasz, ale dobra masa do pasty powinna być wytłaczana, gdy osiągnie temperaturę między 65 a 80 stopni Celsjusza, a suszenie powinno odbywać się w niezbyt wysokiej temperaturze przez ok. 6 godzin.
5. We Włoszech i dobrych włoskich knajpach usłyszycie i przeczytacie słowo pastasciutta, albo, bardziej poprawnie pasta asciutta. Co oznacza „sucha”. W przeciwieństwie do pasta in brodo, czyli na mokro, w zupie.
6. Pacz, pacz: im woda spod ugotowanych klusek jest bardziej przejrzysta, tym mniej skrobi i białka straciła podczas gotowania.
7. Pasta, jak każdy węglowodan, daje ci, Czytelniku, mocnego kopa energetycznego. Ale jest to energia krótkotrwała. Świetna dla sportowców tuż przed zawodami. Zła wiadomość jest taka, że więcej energii daje pasta rozgotowana, co oznacza, że twoje, Czytelniku, szanse na energię są znacznie wyższe, kiedy pastę spożyjesz w Polsce, niż kiedy pastę spożyjesz we Włoszech.
8. Na pytanie: „Czy makaron tuczy?, odpowiedź brzmi „nie”. Jeśli nie przekroczysz twojego zapotrzebowania na energię. Ile kcal dostarcza ci konkretna pasta – przeczytasz na opakowaniu, w UE umieszczanie takich danych jest obowiązkowe. Odstawiając pastę, chleb czy inne źródła węglowodanów, bardzo szybko stracimy na wadze, ale będzie to efektem utraty płynów, które bardzo szybko wrócą, kiedy znów zaczniemy spożywać węglowodany, wiążące wodę.
9. Jeść pastę na obiad, czy na kolację? Jeśli jesz pastę wieczorem, to stymulujesz produkcję serotoniny (neuroprzekaźnika znanego jako «hormon szczęścia»). Serotonina zaś pomaga się zrelaksować i zapewnić lepszą jakość snu. Z drugiej strony, po licho ci taki zastrzyk energii tuż przed snem?
10. Warto przejść na makaron pełnoziarnisty, czy, jak kto woli, „integralny”? Dla osób ze skłonnościami cukrzycowymi – warto. I warto przymknąć oczy na taki sobie smak. Do integralnego D.O. radzi dobierać sosy o bardzo wyrazistym, kryjącym smaku.
11. A sosy? Oj, od sosów można utyć! Trzeba być rozważnym w szafowaniu oliwą, nie dodawać masła, śmietany (zwłaszcza do carbonary!!!) ani tłustych serów. Kiedyś D.O. nie wyobrażał sobie sosów bez mięsa. Od kilku lat przyrządza sosy wyłącznie jarzynowe i gwarantuje, że można zrobić z warzyw tak wielką rozmaitość sosów, że nie będzie czego żałować! Traktowane właściwie warzywa pozwalają na fantastyczną różnorodność!
12. Czy można jeść makaron codziennie? Głupie pytanie. 60 milionów Włochów nie może się mylić! Ale gramatura powinna być niewielka, ok. 80 gr mokrego makaronu dziennie nie zaszkodzi nawet umiarkowanego cukrzykowi; problem w tym, że 80 mokrego, to ok. 50 gr suchego, a to naprawdę mało. Nawet asceta się nie naje.
13. To, że Chińczycy wymyślili makaron, a do Włoch sprowadził je Marco Polo to fake news godny Trumpa, albo nawet samego Kłamczuszka Krzywoustego. Ten fake pojawił się – a jakże – w Ameryce i to dopiero w 1929 roku, kiedy to w październikowym wydaniu Macaroni Journal, organu National Macaroni Manufacturers Association opublikował to, co przedstawił jako legendę, zapominając wszakże dodać, że wymyślił ją na tę okazję anonimowy amerykański autor. Całość upowszechnił Gary Cooper w filmie z 1938 roku pt. Przygody Marco Polo, utrzymując, że po chińsku ta potrawa nazywała się spa get.
14. BBC jeszcze do niedawna miała piękną tradycję nadawania fantastycznych primaaprilisów. W 1957 roku program „Panorama” na BBC wyemitował reportaż o zbiórce spaghetti w rodzinnej firmie we włoskojęzycznym kantonie Ticino w Szwajcarii. „Łagodny klimat i brak pasożytów spaghetti, zapewniły szwajcarskim hodowcom spektakularny rok, choć z pewnością nieporównywalny z włoskimi. Szwajcarskie spaghetti zbiera się z drzew i umieszcza na słońcu do wyschnięcia. Lata selekcji i krzyżówek sprawiły, że ich długość jest zawsze taka sama”.
Do siedziby BBC nadeszły setki telefonów z pytaniem, jak wyhodować własne drzewo spaghetti.

Łączka, czyli jak ma być po śmierci

Reblog i inni

Konradowi

Młody człowiek rozmawiając z różnymi ludźmi, zadaje im pytanie: czy boją się śmierci? W szerszym wymiarze pytanie to brzmi: czy ludzie chcą żyć wiecznie? Odpowiedzi, jak się można domyślać, są różne. Ela odpowiedziała, że ludzie nie chcą żyć wiecznie, ale nie chcą umierać. Inna starsza pani powiedziała z kolei, że może nie trzeba od razu wierzyć w wieczne życie pozagrobowe, ale byłoby pewną pociechą, gdyby tam (TAM) na przykład była – łączka.

Autorce (czyli Admince) się ta odpowiedź bardzo spodobała. Bo Raj, podobnie jak Piekło, to byty wieczne, mocne i konkretne, tymczasem już samo słowo “łączka” zakłada ulotność, niewieczność. Umieramy, idziemy na łączkę, gdzie możemy oddać się niespiesznym i niezobowiązującym rozmyślaniom o tym, że umarliśmy. Umarłość to nowy dla nas stan ducha, a może i ciała, i każdy potrzebuje trochę czasu, żeby się z tym oswoić. A gdy już się pogodziliśmy z tym, że umarliśmy, zbieramy bukiet kwiatów i odchodzimy, znikamy, rozpływamy się w nicości.

Według dziś reblogowanego autora, Pompeje wcale nie zostały zniszczone 24 sierpnia, lecz 24 października. Czyli dziś przed prawie dwoma tysiącami lat. Tekst, który dziś rebloguję, został opublikowany na Facebooku już 18 sierpnia. Skopiowałam go sobie wtedy, ale publikuję dopiero dziś. Czyli w nową rocznicę. Autorem jest Jacek Pałasiński, który sam siebie na FB określa jako Drugi Obieg czyli D.O. lub DO.

Pojawia się w nim motyw łączki.

273 lata po odkryciu Pompejów– niespodzianka! Pompeje, jak wiadomo, przysypane zostały przez popioły z Wezuwiusza w 79 r. n.e (choć nie ma pewności, co do daty, prawdopodobnie nie 24 sierpnia, tylko 24 października). Niespodzianka ta burzy wiedzę naukową na temat obrządków pogrzebowych starożytnych Rzymian. Według surowych reguł dorośli zmarli musieli zostać poddani kremacji. Nie palono tylko ciał zmarłych dzieci, którym nie wyrosły jeszcze zęby. Kremacja była też aktem oczyszczenia zmarłego z grzechów ziemskich; unikanie tego rytuału ściągało na zmarłego gniew bogów. A tu – proszę! Na wschodnim krańcu tego cudownego, rzymskiego miasta, którego każda wizytacja sprawia, że D.O. żałuje, że nie żył w I wieku n.e., odnaleziono grobowiec, a w nim częściowo zabalsamowane ciało! Grobowiec zawiera doczesne resztki Marcusa Veneriusa Secundio – byłego niewolnika, czyli wyzwoleńca – który był pierwszym strażnikiem bardzo ważnej świątyni Wenus, której Pompeje były poświęcone, a także sługą Augustów i wreszcie Sacerdos Augustalis (kapłanem Augustów), czyli członkiem kolegium kapłanów kultu cesarskiego. Dzięki inskrypcjom wiemy, że grobowiec przygotowywany był przez zmarłego bardzo skrupulatnie przez co najmniej kilka lat przed śmiercią. Ściany ozdobione malunkami przedstawiającymi zielony szczęśliwy ogród (idea raju musiała być wtedy ludziom nieobca). System zapieczętowania grobowca był bardzo szczelny; nie przedostał się przezeń nawet najmniejszy powiew. W tekście wyrytej w marmurze inskrypcji nagrobnej znajduje się pierwsza znaleziona przez naukowców wyraźna wzmianka o użyciu greki w przedstawieniach teatralnych, które miały miejsce w lokalnym amfiteatrze. Zachowały się fragmenty ciała, fragmenty ubrania, a przede wszystkim – być może – wyjaśnienie, dlaczego Marcus Venerius zdecydował się zrezygnować z pośmiertnego oczyszczenia. Obok jego ciała, w obudowie grobowca, znajdowały się urny z prochami kobiety zwanej Novia Amabilis (Ukochana) oraz prochy co najmniej trojga dzieci. Novia mogła być żoną Marcusa Veneriusa, albo jego córką, zaś dzieci, które zmarły młodo, mogły być jego dziećmi lub wnukami. Tego się raczej nie dowiemy, ale hipoteza, że nawet po śmierci nie chciał się rozstawać z ukochanymi wydaje się D.O. bardzo sugestywna i pociągająca.

Ten zielony ogród to inna wersja “łączki”. Próbuję przypomnieć sobie, czy znam więcej takich łączek?
Upaniszady, czyli posiadywanie na trawie. Tak się o upaniszadach mówiło za moich młodych lat. Niestety dokładniejsze tłumaczenia współczesne brzmią już mniej poetycki: siedzieć nisko. Szkoda, bo nisko można siedzieć wszędzie, również jako pokutnik na skraju ogniska, albo poddanki u stóp królowej, a siedzieć na łące i słuchać o bogach wedyjskich, to piękny obraz. Bo Upaniszady (dewanagari उपनिषद्, trl. Upaniṣad, ang. Upanishads) to najpóźniejsze, pochodzące z VIII–III w. p.n.e., teksty z wedyjskiego objawienia (śruti) o treści religijno-filozoficznej.

Ale jednak Upaniszady to historia o tym, że siadamy na łące. Bo oto król Paesi wyjeżdża na przejażdżkę rydwanem i widzi już z daleka tłum ludzi siedzących na łące. Jest to jego królewska łąka w jego królewskim parku. Tymczasem jest tam tłum. Woźnica mówi mu, iż tam na łące mędrzec Keśin [uczeń Parœwanathy] naucza o tym, że jest pięć rodzajów poznania, a jednym z nich jest jasnowidzenie i że mędrzec ów twierdzi, jakoby dusza była odrębna od ciała. Król jest zaciekawiony opowieścią woźnicy, udają się więc obaj tam, gdzie naucza mądry mnich. Mnich i król rozmawiają przez czas jakiś, aż król pyta, czy może przysiąść na chwilę. To twoja łąka, panie, odpowiada mędrzec, zawsze możesz na niej przysiąść i posłuchać.*

I tak to się zaczęło.

Uważa się dość powszechnie, że idee, jakie reprezentują Upaniszady są zbliżone do podstaw filozofii europejskiej, do filozofii Pitagorasa i Platona zwłaszcza w takich dziedzinach jak źródła wiedzy, pojęcie sprawiedliwości, droga zbawienia, a nawet platońska alegoria jaskini. Nie wiadomo jednak, czy rzeczywiście jest tak, że Pitagoras zawędrował aż do Indii, czy też może jacyś bramini hinduscy przybyli do Aten, albo innego greckiego miasta. Może nawet celowo – po to, żeby się spotkać z Platonem! Dowodów nie ma, są tylko przypuszczenia i supozycje, może więc było tak, jak to się nieraz w historii myśli ludzkiej zdarzało, że te same koncepcje objawiały się niezależnie od siebie w różnych miejscach na kuli ziemskiej. Najsłynniejszą teorię takich równoległych etapów rozwoju opracował Karl Jaspers, niemiecki filozof i psycholog i nazwał ją Achsenzeit, czas osi.
Był to okres pomiędzy VIII a III wiekiem przed naszą erą w Persji, Indiach, Chinach, Palestynie i świecie grecko-rzymskim, a podobieństwa, jakie objawiały się w religii i filozofii tych odległych kręgów kulturowych były uderzające, mimo że badacze nie odnotowują jakichś znaczących kontaktów między tymi kulturami. Okres ten miał wywrzeć istotny wpływ na kształtowanie się naszej świadomości, mentalności i filozofii. Teoria Jaspersa odegrała znaczną rolę w dyskursie filozoficznym XX wieku, mimo że… jest zapewne nieprawdziwa. Antropolodzy kulturowi twierdzą bowiem, że nie da się jej udowodnić, a historycy religii, że nie mogła być ważna, skoro brakuje w niej takich znaczących postaci jak Mojżesz, Jezus, Mahomet i Echnaton.

* Dysputa między materialistą, królem Paesim, a księciem-ascetą Keśinem.
Fragment Opowieści o królu Paesim (Paesi-kahânayam)
przełożył z prakrytu Piotr Balcerowicz

Podpis pod winietą: Flora zbierająca kwiaty na łące, czyli Flora z rogiem obfitości, malowidło naścienne w Stabie, trzecim mieście zniszczonym przez wybuch Wezuwiusza

Usnarz jest wszędzie (2)

Zdjęcie z sieci

ein Hintergrundtext auf Deutsch

Medycy na granicy (Województwo Podlaskie)

Po północy nasz zespół otrzymał od organizacji pomocowej zgłoszenie o dużej grupie osób potrzebujących pomocy. Poszkodowani przebywali w lasach od wielu dni. Na miejsce udali się Andrzej Dziędziel (kierowca-ratownik), Weronika Bujko-Kiersnowska (lekarka) i Piotr Kołodziejczyk (ratownik medyczny). Zgłoszenie dotyczyło grupy ponad 30 osób przebywających poza strefą stanu wyjątkowego. Na miejsce pojechała też Anna Borkowska (lekarka), która miała zacząć swój dyżur o 8:00, ale przebywała już w naszej bazie. Okazało się, że niemożliwe jest dotarcie do poszkodowanych żadnym pojazdem – musieliśmy zaparkować na końcu drogi i przedrzeć się do grupy nocą przez gęsty las razem z naszym sprzętem oraz pakietami pomocowymi. Nieśliśmy ze sobą około 35 litrów wody oraz kilka termosów z gorącą herbatą. Marsz po grząskim terenie, przez gęsto usiane przewalone drzewa trwał około 40 minut.Na miejscu zastaliśmy grupę 8 mężczyzn, 6 kobiet i 16 dzieci. Najmłodsze z nich miało około roku, było karmione piersią. Cała grupa była wychłodzona, bardzo głodna i spragniona. Przekazaliśmy żywność, wodę i koce. Jedna z kobiet była w drugim trymestrze ciąży. Jej stan bardzo nas niepokoił – dolegliwości, które zgłaszała, mogły świadczyć o poważnych powikłaniach położniczych. Po nakarmieniu, ogrzaniu i nawodnieniu jej stan się poprawił. Oceniliśmy też medycznie kilkoro dzieci oraz mężczyznę w podeszłym wieku, po amputacji części nogi, który wędrował przez las od wielu dni. Obejrzeliśmy kikut nogi, zaopatrzyliśmy go i przekazaliśmy odpowiednie leki przeciwbólowe. Skonsultowaliśmy medycznie i podaliśmy odpowiednie leki kilku innym osobom, które cierpiały z powodu urazów, a także dolegliwości internistycznych i ginekologicznych. Na miejscu pomagała nam jedna z członkiń grupy, która w swoim kraju pochodzenia pracowała jako pielęgniarka anestezjologiczna. Zostawiliśmy poszkodowanym bardzo duże ilości leków na ich choroby, a także żywność i wodę. Do grupy dotarli również członkowie organizacji pomocowych, którzy wraz z nami świadczyli pomoc humanitarną. Wszyscy nasi pacjenci kategorycznie odmówili przewiezienia do szpitala. Obawiali się bycia oddzielonymi od rodzin. Grupa była nam ogromnie wdzięczna za udzieloną pomoc. Na pożegnanie zostaliśmy wyściskani. Wróciliśmy do bazy po 6 rano – cała akcja trwała około sześciu godzin. To była najcięższa z naszych dotychczasowych interwencji. Nigdy, w całym swoim życiu zawodowym, nie widzieliśmy czegoś takiego.

Mirosław Miniszewski

Nie mogę pisać wszystkiego, wybaczcie. Obiecuje, że opiszę to wszystko w książce, którą MUSZĘ napisać. Nie mogę tego nie zrobić. Słowo to mój żywioł. Moje życie. Teraz tylko krótka relacja.

Wezwanie pomocy. Wyjazd o 22:00. Powrót 6:00 rano. Potem niosę w sumie 80 kg jedzenia i sprzętu ratującego życie – nie licząc wody, ciepłej zupy i ciepłych ubrań. Wszystko zaniesione na plecach przez koleżankę i przeze mnie.

W drodze powrotnej co 100 metrów żołnierze. Palą ogniska. Pada deszcz. Trzęsą się z zimna. Nie mam już dla nich współczucia. Mają długą broń. Ktoś, kto nosi długą broń, musi sobie sam radzić z deszczem i wiatrem.

W czasie powrotu nagła kontrola SG. Ponad dwie godziny ewidentnie złośliwego trzepania. Co tu robimy? Po co jedziemy w nocy? Po co ma pan kalosze na nogach? Dlaczego ma pan brudne spodnie? Mandat dla koleżanki 500 zł za przebywanie w strefie. To nic, że mieszka kilkaset metrów od jej granicy i żeby dojechać do cywilizacji, musiałaby lasem nadrabiać wiele kilometrów po bezdrożach. “Może pani go nie przyjąć, ale wtedy jedziemy na dołek i składamy wniosek do sądu. Potrwa to około doby.” Koleżanka przyjmuje mandat. Ma w domu dwoje dzieci – nie ma doby na bycie poza domem. Funkcjonariuszka jest nienaturalnie i jadowicie miła. W oczach ma połączenie satysfakcji, wstydu, strachu i czegoś jeszcze, coś takiego jakby u robota albo nie-umarłego.

Pod koniec okazuje się, że jeszcze sprawdzają numer VIN auta. Patrzą, oglądają, ch… wie co i po co. Długo patrzą. Nie spieszą się. W tym czasie w ich radiowozie chodzi silnik. Przez 2 godziny! Paliwo po 6 złotych – za nasze podatki. Przeszukują torby i samochód. Wystawianie samego mandatu trwa ponad godzinę. W końcu nas puszczają. Funkcjonariuszka mówi: “Do zobaczenia w lepszych okolicznościach”. Odpowiadam, że już nigdy nie będzie lepszych okoliczności. Ona pyta dlaczego. Odpowiadam, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Na sam koniec chcę ją zapytać, gdzie są dzieci z Michałowa.

Rezygnuję. Jest noc. Ciemny las. Wolę nie zaogniać sytuacji. Funkcjonariuszka z kolegą szybko wsiadają do auta. Eskortują nas kilkanaście kilometrów prawie pod sam dom koleżanki. Zapalają długie światła, które przez lusterka mnie oślepiają. Robią to specjalnie. Wbrew przepisom drogowym. Siedzą nam na tyłku. Po drodze koleżanka pyta mnie co czuję. Ja mówię, że nienawiść i lęk. Ona mówi, że obrzydzenie – obrzydzenie do tego świata, do całej rzeczywistości, że za dostarczenie komuś jedzenia, suchych skarpet, kurtek i wody człowiek musi się bać, musi się tłumaczyć i musi płacić mandat, który stanowi czwartą część statystycznych miesięcznych dochodów Polaka.

Odwożę koleżankę do domu, do jej wsi. Przesiadam się do swojego auta. Nadrabiam 20 kilometrów polnymi drogami, żeby uniknąć checkpointów policyjnych. Nie chodzi o to, że się boję. Mam prawo jechać, mieszkam w strefie. Nie mam nic nielegalnego w samochodzie. Nigdy nie mam. Po prostu funkcjonariusze policji są bardzo mili i zwłaszcza ci koło mojej wsi zawsze chcą pogadać, a mi się chce już rzygać na widok kogutów na radiowozie, tych ich mieczy laserowych, którymi machają, żeby zatrzymać samochód, na widok ich uśmiechniętych twarzy, jak gdyby nic się nie stało. Tymczasem się stało. Stało się zło. Otacza mnie. Trawi. Dławi. Oni je reprezentują, nawet jeśli są prywatnie zwykłymi i fajnymi ludźmi. Niestety, każdy ponosi odpowiedzialność za to, w czym w życiu uczestniczy.

W domu przeglądam jeszcze wiadomości na messengerze. W jednej z nich, od kolejnego znajomego, czytam, że jestem kłamcą, oszustem, manipulatorem i wrogiem własnego kraju. Kładę się do łóżka – jest 6:56. Biorę tabletkę Xanaxu. Lekarz mi polecił, bo coś już odkleja mi się w mózgu. Postaram się wyspać. Nie chcę, żeby cokolwiek mi się śniło. Od tygodni są to tylko koszmary. Tylko tyle mogę Wam napisać. Naprawdę nie mogę więcej… Reszty domyślcie się sami.

Słynne zdjęcie; wiem, jest czyjeś, ale nie wiem, czyje. Może pana Mirosława. Przepraszam, jeśli nadużyłam czyichś praw autorskich.

I niektóre komentarze:

* To jak list rozbitka w butelce. Znalazłem go. Jak dać odpowiedź?

* Ile jeszcze będziemy to znosić? Ile jeszcze? Jak długo?

* Ten piorun leci już poprzek rodzin, stołów przy których jemy wspólnie obiad, nie ma trzeciej drogi

Przypominam:

Tu można wpłacać pieniądze, które naprawdę dotrą do tych, niosących pomoc tam na granicy: Grupa Granica.

Wpłacajcie! to dzięki naszym wpłatom osoby w terenie, ale też prawnicy, psycholodzy i cała armia dobrych ludzi może robić to, co robi. Wpłacajcie, choćby po to, żeby ci ludzie mieli z czego zapłacić te cholerne mandaty. Dziękuję: https://zrzutka.pl/kk4yh2

Reblog: Ormianie na Wybrzeżu Gdańskim

Madonna Ormiańska w Gdańsku

Praktycznie wiadomo bardzo niewiele na temat obecności Ormian w dawnym Gdańsku przed 1945 rokiem. Pierwsza zachowana wzmianka z roku 1427 ma związek ze sporem o wynagrodzenie, w którym jedną ze stron był Ormianin o imieniu Janusz. Kolejna znana wzmianka również miała związek z działalnością handlową Ormian w Gdańsku – w 1584 roku bracia Awidokoniuszowie złożyli skargę na rotmistrza Bazylego Żurawickiego o nie wywiązanie się z umowy o dostarczanie zboża. W 1595 roku rada miejska otrzymała prośbę Ormianina Stefana o zwolnienie go od płacenia cła. Oprócz tego odnotowano również interwencje władców polskich związane z innymi spornymi sprawami Ormian. Natomiast w pierwszej połowie XX wieku Ormianie czynnie działali na rzecz budowy portu w Gdyni, wielu z nich przybyło na ziemie gdańskie z innych części Polski w poszukiwaniu pracy i poprawienia warunków bytowych. W zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN zachowała się tylko jedna pozycja w języku ormiańskim, co w sposób symboliczny może świadczyć o naszej niewiedzy na temat obecności dawnych Ormian w naszym mieście.

Zdecydowanie więcej można powiedzieć o Ormianach już w powojennym Gdańsku. I tu mała dygresja: należy pamiętać, iż współcześnie rozróżnia się dwa określenia odnoszące się do osób narodowości ormiańskiej. Poprzez termin Polscy Ormianie (pisane z wielkiej litery jako nazwa własna) rozumie się osoby przybyłe do Polski już w średniowieczu lub w czasach dawnej Rzeczpospolitej, silnie zakorzenione i zintegrowane z ludnością polską. Potomkowie tych Ormian z czasem przesiąknęli tak kulturą polską, że ich tożsamość narodową identyfikowały jedynie charakterystycznie brzmiące nazwiska biorące swój źródłosłów od imion i z końcówką -icz, np. Abgarowicz, Teodorowicz, Mojzesowicz, Kajetanowicz etc. Ważnym czynnikiem decydującym o ich tożsamości była też przynależność do tzw. obrządku ormiańskiego, czyli przynależność do struktur kościoła katolickiego po przystąpieniu w roku 1630 do unii wyznaniowej. Polscy Ormianie żyjąc głównie na Kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczpospolitej tworzyli zwarte społeczności np. w Kutach, Stanisławowie, Śniatyniu czy Lwowie. Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to dawne tereny ich zamieszkiwania nie weszły w skład państwa polskiego. Główne kierunki repatriacji poszły w stronę Małopolski i Śląska oraz Warszawy. Tylko nieliczni dotarli do Poznania, Szczecina, czy właśnie do Gdańska. I gdyby nie dosyć przypadkowy przyjazd w roku 1958 ks. Kazimierza Filipiaka, wraz z cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej, to dziś Gdańsk zapewne nie byłby tak kojarzony z Ormianami, (…) a środowisko ormiańskie w Gdańsku siłą rzeczy nigdy nie było zbyt mocne. Natomiast warto jednocześnie zaznaczyć, że ks. Filipiak czynił duże starania w celu integracji tego środowiska na terenie całej Polski. Czasy jego działalności nie były jednak, jak zapewne wszyscy wiedzą, zbyt łatwe i zakres tej działalności był dosyć ograniczony. Ks. Filipiak utrzymywał bardzo liczny kontaktkorespondencyjny z wieloma rodzinami ormiańskimi, jak również dość często wyjeżdżał z posługą duszpasterską (chrzty, śluby, pogrzeby) do różnych, nieraz bardzo odległych, miast w Polsce. W Gdańsku natomiast działalność integracyjna koncentrowała się na podtrzymywaniu więzi religijnych i towarzyskich. Za życia ks. Filipiaka taką okazją było Triduum odpustowe związane z corocznymi obchodami kolejnych rocznic koronacji Cudownego Obrazu. Ważne były również spotkania “przy stole”, po uroczystej wieczornej mszy świętej 6 stycznia, czyli obchodach Epifanii, której znaczenie było zawsze szczególnie podkreślane przez ks. Filipiaka.

Pewną zmianę w środowisku ormiańskim stanowiło powołanie w roku 1981 przy Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską (w Gdańsku od 1983 roku). Była to namiastka sformalizowanej świeckiej działalności organizacyjnej. Podobne koła powstały wcześniej w Warszawie i Krakowie dając podstawę do prób mających na celu większą integrację Ormian. Ta działalność integracyjna przeplatała się również w ramach innych stowarzyszeń skupiających wszystkich kresowiaków. (np. wiceszefem Koła Ormiańskiego w Gdańsku jest pani Irma Antkowiak-Dąbrowska, Prezes gdańskiego Koła Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego). Wśród osób związanych z tamtym okresem działalności ks. Filipiaka, jak również Koła Ormiańskiego, należy wymienić: urodzonego w Wadowicach, Adama Oroszeny Bohdanowicza, długoletniego prezesa Koła Ormiańskiego. Był on przyjacielem szkolnym Karola Wojtyły. Zmarł w grudniu 2001 roku. W tym samym roku zmarł również Władysław Zachariasiewicz. Wśród osób wymienionych nie może zabraknąć nieżyjących już: panów Mariana Abgarowicza (pierwszy prezes koła Ormiańskiego), Tadeusza Agopsowicza, Zdzisława Zielińskiego.

Żyją i nadal zachowują dużą aktywność w środowisku: Ewa Bąkowska (z rodziny Wartanowiczów), Władysław Dobrowolski (z rodziny Axentowiczów i Łukasiewiczów), Zofia Torosiewicz-Zielińska, Wojciech Zachariasiewicz (syn Władysława, obecny prezes Koła Ormiańskiego). Również pochodzenia ormiańskiego (z rodziny Isakiewiczów) była pisarka Stanisława Fleszarowa-Muskat zmarła w roku 1989. Do swoich ormiańskich korzeni przyznaje się znany gdański dziennikarz telewizyjny Marek Ponikowski a także obecny marszałek senatu Bogdan Borusewicz.

Niezwykle cenną pozycją na temat osób pochodzenia ormiańskiego i ich biogramów jest 25 numer biuletynu warszawskiego Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską opracowany przez Mariusza Gizowskiego (Ormianie na wybrzeżu Gdańskim). Autor na podstawie informacji uzyskanych jeszcze za życia ks. Filipiaka i badań własnych zebrał dane 64 osób.

W roku 1999 dekretem księdza prymasa (zwierzchnika katolików obrządku ormiańskiego) przy naszej parafii utworzono parafię personalną dla katolików obrządku ormiańskiego, a duszpasterzem mianowano ks. Prałata Cezarego Annusewicza. Nominalnie opiekę duszpasterską sprawuje również ks. ormiański Artur Avdalyan, Ormianin urodzony w Gruzji a obecnie mieszkający w Warszawie, który okazjonalnie sprawuję liturgię mszy świętej w obrządku ormiańskim w naszym kościele (ostatnio: 4 stycznia 2009 roku).

Powróćmy raz jeszcze do dygresji ze wstępu tego tekstu, a mianowicie do rozróżnienia osób narodowości ormiańskiej. Wspomniano tam, że Polscy Ormianie to potomkowie dawnych mieszkańców Armenii, którzy uciekając przed prześladowaniami i szukając możliwości poprawy swojego losu osiedlili się na ziemiach polskich. Była to pierwsza tzw. fala emigracji, kolejna miała miejsce po pierwszej wojnie światowej i wiązała się z tzw. Genocydem (ludobójstwem) Ormian w Turcji w roku 1915 i utratą niepodległości Armenii w roku 1920 na rzecz sowieckiej Rosji. Potomkowie tych Ormian, jak już wspomniano, ulegli bardzo silnej asymilacji i dziś nierzadko mają bardzo małą świadomość swoich korzeni. Natomiast trzecia fala emigracji nastąpiła stosunkowo niedawno, czyli po roku 1991, kiedy to rozpadł się Związek Radziecki a Republika Armenii oficjalnie proklamowała niepodległość i pełną suwerenność.

Lata dziewięćdziesiąte to czas, gdy praktycznie każdy Polak prawie codziennie spotykał głównie na targowiskach, charakterystyczne osoby o ciemnej karnacji, trudniące się drobnym handlem. Przyjmuje się, że w tym czasie jednorazowo na terenie Polski mogło przebywać do stu tysięcy Ormian. Przebywali oni często w naszym kraju nielegalnie i tak jak kiedyś Polacy w okresie stanu wojennego na Zachodzie, imali się różnorakich dorywczych zajęć. Większość z nich traktowała nasz kraj jako “tranzyt” w dalszej wędrówce na Zachód lub jako miejsce tymczasowego pobytu w celach zarobkowych. Często bazarowym handlem zajmowały się osoby legitymizujące się dyplomami wyższych uczelni i stopniami naukowymi, wiążąc się z handlem wyłącznie z konieczności. Pobytowi sprzyjała w miarę duża znajomość języka rosyjskiego, tak Polaków jak i Ormian, którzy mogli się w tym języku porozumiewać. Istniały wówczas również dosyć liberalne przepisy umożliwiające legalizację czasowego pobytu. Bywali jednak i tacy Ormianie, którzy od początku planowali osiedlić się na stałe w Polsce i szukali zajęć zgodnych z ich wykształceniem i profesją. Niestety czas ten trwał stosunkowo krótko, wraz ze zbliżaniem się terminu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zaostrzono przepisy emigracyjne. Początek XXI wieku to czas licznych deportacji i wyjazdów albo dalej na Zachód albo częściej na Wschód do Rosji, spora grupa wróciła z powrotem do Armenii. Odnosiło się wrażenie, że władze ormiańskie czyniły zabiegi aby uniemożliwiać legalny pobyt w Polsce jak największej liczbie Ormian. Ambasada ormiańska stawiała sobie za cel skłonienie jak najliczniejszego grona Ormian do powrotu. Natomiast w Polsce, obok rygorystycznych przepisów prawnych, utrwalano w mediach niekorzystny obraz Ormian przesadnie nagłaśniając informacje o działających grupach mafijnych. Niechęć do Ormian wiązała się także z ogólnym pejoratywnym traktowaniem wszystkich tzw. “Ruskich”, co w stosunku do Ormian było dodatkowo bardzo krzywdzące. Warto również wspomnieć, że Ormianie z Armenii to najczęściej członkowie tzw. Kościoła Apostolskiego z własnym zwierzchnikiem czyli patriarchą w Eczmiadzynie, czyli w religijnej stolicy kościoła ormiańskiego. Religijni Ormianie stosunkowo łatwo przełamywali opór i z braku swoich kościołów zaczęli uczestniczyć w nabożeństwach katolickich. Należy pamiętać, że Armenia to pierwsze państwo, które przyjęło oficjalnie chrześcijaństwo w roku 301 a tradycja kościoła ormiańskiego związana jest z działalnością apostoła Bartłomieja i Judy Tadeusza.

Obecnie w Gdańsku i okolicach mieszka całkowicie zgodnie z prawem kilkadziesiąt rodzin ormiańskich. Najczęściej posiadają tzw. kartę czasowego lub stałego pobytu, co w praktyce oznacza jedynie brak prawa wyborczego i faktycznie zrównuje ich ze statusem rodowitych Polaków. Wielu stara się o uzyskanie pełni praw, czyli obywatelstwa polskiego. I ci polscy Ormianie (pisani z małej litery) to rdzenni mieszkańcy Armenii czasowo lub na stałe mieszkający w Polsce czyli Ormianie w Polsce. Ich nazwiska kończą się najczęściej na -nian, -jan, lub -yan, np. Grigorjan, Hovakimian, Vardikyan. A gdy przed nazwiskiem jest przedrostek Ter-, to ślad po tym, że w tej rodzinie jakiś przodek był duchownym.

Wśród tej grupy polskich Ormian mieszkających od wielu lat na Wybrzeżu warto wspomnieć o malarzach: Argisztim Agadzanianie i Gagiku Parsamianie. Obrazy Argisztiego każdy może zobaczyć w restauracji Spiritus Snctus i obok niej przy ul. Ducha Świętego w Gdańsku. Obrazy i ceramikę Gagika Parsamiana można nabyć w galerii Nairi przy ul. Mariackiej, którą prowadzi jego żona Arpenik Grigoryan. Kowalstwem artystycznym zajmują się Edo i Narine Ganjalyan. Nauczaniem gry na fortepianie od wielu lat podobnie jak w Armenii zajmuje się Wiktoria Ter-Grigorjan, żona pracownika naukowego Uniwersytetu Gdańskiego Norajra Ter-Grigorjana. Norajr jest filologiem klasycznym, autorem podręcznika do nauki łaciny jak również współautorem słownika polsko-ormiańskiego a w Armenii słownika rosyjsko-ormiańskiego. Jedną z najdłużej mieszkających osób w Gdańsku jest pani Marietta Radom (po mężu) utrzymująca się z fryzjerstwa. Spore grono Ormian trudniących się handlem mieszka w Gdyni i Rumi. Niezwykle barwną postacią jest Karen Yemendzjan reżyser z wykształcenia, zajmujący się z powodzeniem tajnikami medycyny niekonwencjonalnej. W sumie można szacować, że obecnie w okolicach Gdańska mieszka około 30 rodzin ormiańskich.

Z biegiem lat dorosło już nowe pokolenie Ormian w Polsce, to dzieci emigrantów dorastające lub urodzone już w Polsce, świetnie mówiące po polsku i często utożsamiające się już całkowicie z kulturą polską. Część młodzieży zna już jedynie biernie język ormiański. Przy naszym kościele w latach 2001-2 działała nawet niedzielna szkółka ormiańska prowadzona przez Norajra Ter-Grigorjana, której celem była nauka języka ormiańskiego dzieci ormiańskich. Tak więc proces asymilacji trwa i dziś można śmiało powiedzieć, że w Gdańsku i jego okolicach najliczniejszą grupę Ormian Polskich stanowią Ormianie “trzeciej fali”.

opracował Arek Staniszewski (Oliwa, styczeń 2009)

Reblog: Vermeer van Delft

theartnewspaper.com

José da Silva

Girl Reading a Letter at an Open Window

Art lovers get ready to be struck by Cupid’s arrow, as the first image of the completed restoration of Johannes Vermeer’s Girl Reading a Letter at an Open Window (around 1657-59) has been released today by Dresden’s Gemäldegalerie Alte Meister, fully revealing a hidden image of Cupid. The change to the composition in one of Vermeer’s most famous paintings is so great that the German museum is dubbing it a “new” Vermeer in publicity materials.

The painting has been in the museum’s collection for more than 250 years and the hidden Cupid had been known about since an x-ray in 1979 and infrared reflectography in 2009. It had been assumed that the artist himself had altered the composition by covering over the painting of Cupid.

But when a major restoration project began in May 2017, conservators discovered that the paint on the wall in the background of the painting, covering the naked Cupid, had in fact been added by another person. When layers of varnish from the 19th century began to be removed from the painting, the conservators discovered that the “solubility properties” of the paint in the central section of the wall were different to those elsewhere in the painting.

Following further investigations, including tests in an archaeometry laboratory, it was discovered that layers of binding agent and a layer of dirt existed between the image of Cupid and the overpainting. The conservators concluded that several decades would have passed between the completion of one layer and the addition of the next and therefore concluded that Vermeer could not have painted over the Cupid himself.

Girl Reading a Letter at an Open Window – from the left: old version without Cupid, partially restored and fully restored version; photographed during restoration © Gemäldegalerie Alte Meister, SKD, Photo: Wolfgang Kreische (click on the picture to get a bigger version)

When the discovery was announced to the public in 2019, the senior conservator Uta Neidhardt said that it was “the most sensational experience of my career”. She added: “It makes it a different painting.”

The layer of overpaint was meticulously removed using a scalpel under a microscope, revealing the startlingly altered composition. The painting will go on show next month for the first time since the restoration as the star piece in a major exhibition titled Johannes Vermeer: On Reflection (10 September-2 January 2022) at the Gemäldegalerie in Dresden. The exhibition will include ten Vermeer paintings in total, making it one of the most significant shows on the Dutch Old Master in recent years (there are only around 35 extent Vermeer paintings).

Among the standout loans in the show are The Geographer (1669) from the Städel Museum in Frankfurt; View of Houses in Delft/The Little Street (around 1658) from the Rijksmuseum in Amsterdam; and A Young Woman standing at a Virginal (around 1670-72) from the National Gallery in London, which has a similar painting of Cupid in the background.

Reblog: Krótko o… płytach

Reblog i każdy wierny czytelnik (czytelniczka rzecz jasna też) tego bloga zrozumie – dlaczego? Rebloguję jednak z ciężkim sercem, bo Don Kichot na okładkach płyty zobowiązuje, ale akurat kilkanaście dni temu Armia zorganizowała jubileusz swego pięćdziesięciolecia na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nie była w tym niestety osamotniona – takie gwiazdy jak Maryla Rodowicz, Natalia Kukulska i Mary Spolsky też wystąpiły na tym kiedyś świetnym, a teraz sponiewieranym festiwalu. Szkoda.
Rok 1991 był naprawdę wyjątkowy w dziejach muzyki rockowej (i gatunków pokrewnych). To wówczas ukazują się tak wielkie albumy jak: Metallica – Metallica, Nevermind – Nirvana, Ten – Pearl Jam, Gothic – Paradise Lost, Arise – Sepultura, Live Facelift – Alice in Chains. Out of Time – R.E.M., Badmotorfinger – Soundgarden. A to tylko niewielka część tego co przyniósł nam początek lat 90-tych XX stulecia. Także w Polsce, w której nastąpiła eksplozja rocka głownie alternatywnego, który z muzyki niszowej stał się na krótko dominujący, pojawiło się kilka ciekawych albumów, z których najważniejszym jest z pewnością Legenda zespołu Armia. Przypomniałem sobie o tym wydarzeniu słuchając nie tak dawno audycji Radioaktywni w RNŚ i od razu musiałem wrócić do tej niesamowitej muzyki. Już samo powstanie tego krążka jest niezwykłe. Muzycy zespołów Armia i Izrael spędzili kilka miesięcy w punkowej komunie, którą stworzył Marcin Miller we wsi Stancewo w pobliżu Augustowa. Zakupił sprzęt muzyczny, na którym mogli wyżyć się muzycznie i nagrywać. Jak wspominał Tomek Budzyński, oderwanie się od wielkiego miasta oraz atmosfera otaczającej ich przyrody bardzo mocno wpłynęły na tworzoną przez artystów (Brylewski, Budzyński, Banasik) muzykę. Dzisiaj Legenda ma status płyty legendy. I słusznie! W czasach bezkompromisowości polskiego punka, który zawładną festiwalem jarocińskim Armia nagrała płytę, która łączy w sobie szybkość i prostotę gatunku, z poetyckimi tekstami Budzyńskiego. Jest mocna i liryczna zarazem. Ma w sobie patos i niesamowitą siłę.  Utwory takie jak Gdzie ja tam będziesz ty, To moja zemsta, czy Trzy bajki są genialne i dla mnie nie tracą swojej siły pomimo upływu czasu. Nie wiem, ile razy będąc w lesie w mojej głowie rozbrzmiewała Opowieść Zimowa, a ja wówczas rozglądałem się za tajemniczą wieżą lub jej ruinami. Na tej płycie każdy kolejny utwór to wciągająca opowieść, z którą zostaje się na długo. A waltornia Banasika i gitara Brylewskiego tworzą dla nich wręcz magiczne tło.

https://youtu.be/7AiWh-pBe6c

Ale to nie od Legendy zaczęła się moja przygoda z Armią, tylko od wydanej w 1994 roku Triodante. Triodante to punkowo metalowa Boska Komedia, która sprawia, że Dante stał się zrozumiały dla nastolatka, żyjącego u schyłku XX w. Poza własnymi tekstami Budzyński sięgnął także po wiersze Samuela Becketta i Artura Rimbauda. A przyznać się muszę do tego, że z poezją zawsze miałem problem. Mówię i myślę prozą. Natomiast kiedy wiersz zostaje ubrany w muzykę, i to niekoniecznie lekką, zaczyna do mnie przemawiać. I tak właśnie było z Triodante. Przez kilka miesięcy nie potrafiłem oderwać się od tej płyty, a właściwie kasety, bo w takiej właśnie formie pierwotnie pojawiło się to wydawnictwo. A kiedy jeszcze zobaczyłem w telewizji przygotowane do tej muzyki widowisko, oszalałem. I chociaż dziś wydaje się to dość prymitywne, to wówczas robiło ogromne wrażenie.  
Do dziś, chociaż słucham tej płyty rzadko, ściska mnie coś mocno za serducho już przy pierwszych dźwiękach, otwierającego ją Wyludniacza. Triodante Armii to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu. W polskiej muzyce rockowej trudno znaleźć coś równie wielkiego, a w momencie ukazania się jej z pewnością była na poziomie światowym. Niestety po reedycji ciężko znaleźć oryginalną siedmioutworową wersję, która sprawiała, że był to album doskonały, a nawet jeśli udałoby mi się wygrzebać gdzieś kasetę, to nawet nie miałbym na czym jej odtworzyć. Te trzy dodatkowe utwory rozerwały monolit jaki wcześniej stanowiła Triodante. Żadna późniejsza płyta Armii nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia, chociaż bardzo lubię Ducha, zresztą nie gardzę także i Drogą, ale brak im tej siły, patosu, połączonych z surowością. A kiedy nastał wiek XXI przestałem się tym zespołem interesować. Może jednak warto do niego wrócić? To takie moje małe zadanie na zbliżającą się jesień.

Aru | September 4, 2021 at 10:49 pm | Categories: Diabolus in musica | URL: https://wp.me/paL9Md-1Rn

Reblog: Niewiasta nieniewieścia

Tygodnik powszechny

Agnieszka Piskozub-Piwosz

09.08.2021

Świat, w którym słychać sprzeciw wobec wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy na nowo odkryć Maryję.

Zespół taneczny Badatea w bazylice św. Mikołaja w Bari. Włochy, 7 maja 2021 r.
DAVIDE PISCHETTOLA / NURPHOTO / AFP / EAST NEWS

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w kazaniach na uroczys­tość Wniebowzięcia usłyszymy słowo „niewiasta” odmieniane przez wszystkie przypadki i tylko mała część wystąpień będzie egzegezą pierwszego czytania z Apokalipsy i postaci „Niewiasty obleczonej w słońce”. Możliwe, że część kaznodziejów świadomie nawiąże do „cnót niewieścich” – pojęcia, które zrobiło furorę po wypowiedzi Pawła Skrzyd­lewskiego, doradcy ministra edukacji, a później samego ministra Przemysława Czarnka. Nawet tam, gdzie nawiązania nie pojawią się w słowach z ambony, będą obecne w głowach wielu słuchaczek i słuchaczy.

Czy postać Maryi może wesprzeć promocję „cnót niewieścich” wśród dziewcząt i kobiet? A może odniesienia do owych cnót – skojarzone z konkretnym obozem politycznym i jego agendą w edukacji – to niedźwiedzia przysługa względem Matki Jezusa? Możliwe, że dla części słuchaczek i słuchaczy „niewiasta” zabrzmi w tym roku jeszcze bardziej obco i dziwnie niż do tej pory. W ostatnich kilkunastu miesiącach wiele kościelnych słów i gestów zyskało nowe konteksty, tak w wyniku pandemii, jak i ujawniania coraz większej skali przemocy seksualnej ukrywanej w Kościele, oraz coraz wyraźniejszych głosów wskazujących na nierówność kobiet i mężczyzn w naszym społeczeństwie. Czy 15 sierpnia 2021 roku Niewiasta zyska nowe znaczenia?

Kobieta i jej cnoty

Czy ma sens włączanie w wielkie tematy teologiczne bieżących wydarzeń, słów dwóch urzędników związanych z jednym resortem w nie tak wielkim w skali świata kraju, wypowiedzianych w konkretnym miejscu i czasie? Prawdopodobnie sama jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że nie. Interesowałaby mnie tylko „obiektywna prawda o Maryi” i jeśli już nawiązywałabym do bieżącego kontekstu, to tylko po to, by wykazać, jak nie wolno nam mieszać świętej teologii z przemijającą polityką. Dzisiaj jednak myślę podobnie jak Stephen B. Bevans, jeden z klasyków teologii kontekstualnej, który zmianę optyki w swoim życiu przyrównywał do tego, co spotkało Szawła pod Damaszkiem. Bevans stwierdza: „Uprawiać teologię dzisiaj, w perspektywie globalnej, oznacza, o ironio!, zwracać się ku temu, co lokalne”.

Nasza lokalna perspektywa to nie tylko panowie z ministerstwa edukacji, ale także samo posługiwanie się archaicznym terminem „niewiasta” w odniesieniu do Maryi. Zaczyna się to od przekładów czy to słów Jezusa do Maryi w Kanie (J 2, 4), czy wspomnianej już Apokalipsy (Ap 12). Dlaczego nie „kobieta”? Język liturgiczny ma nie tylko u nas skłonność do przechowywania reliktów językowych. Ten anachronizm jest jednak szczególnie ciekawy. W życiu codziennym ze świecą szukać kogoś, kto uznawałby słowo „kobieta” za wulgarne – jednakże pierwotnie (mniej więcej do czasów Naruszewicza) było ono jednoznacznie pejoratywne. Osoba płci żeńskiej nazwana „kobietą” była sprowadzona do obiektu – służebnego i/lub seksualnego – oczywiście w ustach tych, którzy ją tak nazywali, owo sprowadzenie było nie ich dziełem, ale opisem jej obrzydliwej natury. Z czasem „kobieta” zaczęła być używana także jako nośnik innych cech („nikczemna, plugawa, wszeteczna” – jak podaje za autorami XVI- i XVII-wiecznymi „Etymologiczny słownik języka polskiego” Bańkowskiego). Od jakich słów pochodzi „kobieta” – wolę na łamach szacownego „Tygodnika” nie pisać.

Chociaż od XIX w. słowo „kobieta” stało się neutralne, to w mowie kościelnej ciągle unikano go w odniesieniu do Maryi. Była zbyt wyjątkowa, by nazywać ją tak, jak inne osoby płci żeńskiej? Swoją drogą także imię Maryja to wyjątek, jaki ostał się po wielkiej reformie ortograficznej z 1936 r. Wszelkie inne Marie należało od tamtej pory pisać przez „i”.

Słysząc o „cnotach niewieścich”, niezależnie od tego, czy cieszy nas, czy złości pomysł gruntowania ich u uczennic, wyczuwamy, że mowa o czymś innym niż „dzielności kobiece”, choć można by je uznać za synonimiczne.

Między Akatystem a porno

Wiele razy słyszałam, że „niewiasta” to ta, która „nie wie”; tymczasem zarówno protoplasta polskiej etymologii, Brückner, jak i młodszy o kilka pokoleń Bańkowski rekonstruują ten termin jako „nieznana” lub „obca”. Brückner dodaje do tej obcości ważne uwagi: „los jej bywał bardzo ciężki (prześladowano ją w zawody), póki porodzeniem syna (nie córki!) nie dowiodła, że wstąpiły w nią, poznały i uznały ją duchy przodków nowego ogniska”; wówczas z nieznanej stawała się pełnoprawną członkinią rodziny i wówczas nazywano ją już „snechą”, a nie „niewiastą”.

Bańkowski z kolei, znany ze swoich często bezkompromisowych ocen, w przypadku „niewiasty” zaznacza ostrożnie, że „nie przekonuje do końca żadna z 10 różnych prób objaśnienia”. Idąc drogą Brücknera, dodaje do aspektu bycia nieznaną także aspekt polityki plemiennej; według niego „niewiasta” może również oznaczać „nieradna”, to znaczy bez prawa głosu w radzie rodowej czy wiecu. Niewiasta byłaby zatem w słowiańskiej tradycji tą, która nie ma prawa głosu.

W haśle „niewiasta” wśród źródeł Bańkowski przywołuje dwa teksty kultury. Po pierwsze Akatyst i zawarte w nim główne wezwanie: cerkiewno-słowiańskie „radujsja, nevěsto nenevěstnaja”. W polskim tłumaczeniu główne pozdrowienie Maryi brzmi nie: „Niewiasto nieniewieścia”, ale „Oblubienico dziewicza”, co także wyraża pewien paradoks, ale natychmiast kieruje uwagę na konkretny aspekt maryjnej kobiecości, związany z jej relacją do mężczyzny i seksualności.

Zaraz po Akatyście Bańkowski przywołuje „Żywoty filozofów” (1535) autorstwa, jak to określa, „pierwszego polskiego pornografa (sensu stricto)” Marcina Bielskiego: „Niewiasta jest męskie zhańbienie, nienasycone źwierzę, ustawiczna praca, ustawiczna wojna, każdego dnia szkoda, dom kłopotu, zrządzenie psoty, młodzieńców zbłaźnienie, bestyja nigdy niestroczona, brzemię nieznoszone, jad niewyleczony, ludzkie zagubienie”. Ta antylitania także wiąże niewiastę z jej relacją do mężczyzny i do seksualności.

To nie incydentalne jedynie zestawienie tekstów: istota żeńska jest uosobieniem cnót albo „męskim zhańbieniem”. W najpoważniejszym i najbardziej poruszającym ze znanych mi stand-upów („Nanette”) podsumowuje to Hannah Gadsby, australijska komediantka, z wykształcenia historyczka sztuki: „Historia sztuki nauczyła mnie, że zawsze istnieją tylko dwa typy kobiet. Dziewica albo dziwka. Dla małej dziewczynki są tylko dwie opcje, kim może być, gdy dorośnie. (…) Gdy pójdziecie do galerii starych obrazów, znajdziecie mnóstwo dowodów, że kobiety istnieją od bardzo dawna. Dłużej niż ubrania”. Gadsby opowiada o zachodniej sztuce, w której mężczyźni przedstawiają kobiety jako „zrobione z ciała wazony” na swoje falliczne kwiaty, i zbiera owację.

Jeżeli osoba płci żeńskiej nie jest Madonną, to co jej pozostaje? I czy nie odnajdując się w tym, jak przez wieki przedstawiali ją mężczyźni, jest w ogóle kobietą? Gadsby mówi o wycieczce po galeriach sztuki i przedstawianych tam paniach: „Przyglądam się tym kobietom i nie wydaje mi się, byśmy należały do tego samego gatunku. (…) Nawet biologicznie nie należymy do tego samego gatunku. Po pierwsze, posiadam funkcjonujący szkielet. W galeriach zobaczycie, że jeśli tylko kobieta nie jest przyodziana w gorset i/lub błonę dziewiczą, całkowicie traci strukturę. Przelewa się z miejsca na miejsce, jakby mówiła: »Meble, do czego to?«. Pozycja na łyżeczkę. Rozpostarta z cyckami na wierzchu. (…) Nie jestem damą także dlatego, że codziennie udaje mi się dokończyć proces ubierania się. Codziennie. Wszystkie guziki, aż do samej góry. A jestem dość roztrzepana… Przychodzi mi to jednak całkiem łatwo. Zwłaszcza jeżeli wychodzę z domu po to, by namalowano mój portret”.

Amerykański franciszkanin Richard Rohr pisze w swojej (niestety niewydanej jeszcze po polsku) książce „The Universal Christ”: „Im bardziej maczystowska i patriarchalna dana kultura, tym większa w niej pobożność maryjna” i podpiera to twierdzenie wieloletnim doświadczeniem pracy z grupami mężczyzn. Rohr stara się znaleźć pozytywną interpretację tego fenomenu, ukazując ją jako nieświadomą i niekoniecznie skuteczną próbę zbalansowania tej kultury przez element żeński.

Tymczasem ks. Andrzej Stefański, który odpowiedział na zadane przeze mnie w różnych katolickich grupach w mediach społecznościowych pytanie o naśladowanie Maryi i jej cechy, pokazuje mniej optymistyczny obraz: „Maryja bywa w Kościele wykorzystywana jako wygodne alibi wobec kościelnych feministek: Co? W Kościele ktoś dyskryminuje kobiety? Ależ skąd, przecież to właśnie Kobietę Kościół wyniósł do najwyższych godności. Żeby wszyscy szanowali kobiety tak, jak my szanujemy! Po co nam dyskusja o kapłaństwie kobiet? Przecież Maryja była Matką samego Boga, a nie dopominała się kapłaństwa. Czy księża bywają mizoginami? Skądże znowu, przecież kapłan musi być maryjny, Maryja jest Matką Kapłanów! Nie jest możliwe, by jakikolwiek ksiądz patrzył z góry na kobiety, skoro ma przed oczyma, dzień i noc, model Tej Jedynej Kobiety”.

Czy odarta z realności, przybrana w wota i „ciężkie złote korony” (Małgorzata Cywińska, „List do Matki Bożej”) Maryja może być punktem odniesienia dla jakiejkolwiek dziewczyny czy kobiety?

Podobny wątek znajduję w artykule Zuzanny Radzik na Wniebowzięcie („Nasza siostra”, TP nr 34/2012), który rozpoczyna się następująco: „Najpierw trzeba zdjąć z niej te wszystkie zdobne, lecz pancerne koszulki i wota. Zapomnieć o pastelowych portretach dziewczyny o nieskalanej cerze, łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Wśród chmur, aniołów, róż. Świetliście nieprawdziwej, aż nieludzkiej. Skromnej, smukłej, w niczym nieprzypominającej matczynych kształtów bogiń płodności. Wąska w biodrach, blada, o nieśmiałych, beznamiętnych ustach. Nowa Ewa, niemająca nic wspólnego z przywarami zwykłych kobiet. Dziewicza i czysta. Jak zdjąć z niej to wszystko i znaleźć coś krwistego?”

A jednak wszechobecnie bliska

Maryja, Matka Jezusa, pojawia się na kartach Nowego Testamentu kilkakrotnie, w tym w momentach kluczowych dla misji swojego Syna. Ale przyłożenie do tych fragmentów narzędzi współczesnej biblistyki nie pozostawia wiele złudzeń: nie dowiemy się, jaka z całą pewnością była. Jej postać występuje przede wszystkim w tych fragmentach Ewangelii, w których historia rozumiana jako wierne przedstawienie faktów ustępuje miejsca teologicznej historii zbawienia, bliższej symbolom, analogiom, dialogowi między Biblią hebrajską a doświadczeniami i wiarą pierwszych chrześcijan. W moich ustach teolożki to nie zarzut. Kocham teologię Łukasza, w której Maryja zostaje powołana podobnie jak Mojżesz czy prorocy; w której wyśpiewuje hymn o zbawieniu, jak jej imienniczka Miriam, siostra Mojżesza, po przejściu przez Morze Czerwone.

Wiele spośród pytanych przeze mnie o cechy Maryi osób podkreśla jako szczególnie istotną jej towarzyszenie Jezusowi i kontemplowanie zbawczych wydarzeń Jego historii, cierpliwość, uważność. To z pewnością postawa, która czyni Maryję wzorcem uczennicy, ale i ucznia Jezusa, przykładem dla każdej osoby chcącej podążać chrześcijańską drogą – niezależnie od płci. Nie dziwi fakt, że te aspekty są wydobywane w bardzo teologicznej Ewangelii dzieciństwa zawartej u Łukasza. Podobnie nie dziwi to, że Maryja na kartach teologicznego traktatu, jakim jest Ewangelia Jana, pojawia się zarówno u zarania ziemskiej misji Jezusa – w Kanie, jak i u jej kresu – pod krzyżem.

O macierzyńskim obliczu Maryi i o znaczeniu jej cierpienia, zwłaszcza z powodu męki i śmierci Jezusa, wspominają moje respondentki, często odwołując się do własnych przeżyć związanych z ciążą lub macierzyństwem i relacją z dzieckiem. Pieta jest niemal tak często obecna w sztuce sakralnej, jak Matka karmiąca Jezusa albo ukazująca Go światu. Co więcej, wątek matki cierpiącej z powodu śmierci syna przewija się także poza kontekstem chrześcijańskim czy w ogóle religijnym. Od razu myślę o trzech dziełach, coraz dalszych od naszego polskiego i katolickiego kontekstu: III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976), berlińskiej rzeźbie „Nigdy więcej wojny” Käthe Kollwitz (1937) czy powieści amerykańsko-kanadyjskiej pisarki japońskiego pochodzenia Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” (2013). W powieści tej pojawia się wątek bardzo starej zakonnicy buddyjskiej, w młodości anarchistki, feministki i pisarki, która wstąpiła do klasztoru zen po śmierci syna – pilota kamikaze. Jej misją staje się modlitwa za świat, w którym nikt nikogo nie będzie nienawidził, modlitwa o pokój. Nie wiem, czy napotkałam w XXI-wiecznej literaturze bardziej „maryjną” postać.

A co z naszą katolicką, kościelną rzeczywistością? W dziejach teologii, a zwłaszcza nauczania ze strony Magisterium Kościoła, papieże i biskupi ogłaszali różne twierdzenia, w których pojawiała się Maryja. W rozwoju dogmatów „maryjnych” widzę dwa zjawiska. Pierwsze to budowa solidnych podstaw teologii dotyczącej Chrystusa i Kościoła. Podstawowym celem dogmatów maryjnych z punktu widzenia teologii i doktryny kościelnej jest przekaz czy obrona pewnych twierdzeń dotyczących Jezusa. Elżbieta Adamiak wyjaśnia to w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi” („Maryja jest jedną z nas”, nr 50/2018), odnosząc się do dogmatu o Niepokalanym Poczęciu: „To rozumowanie jest potrzebne, by zabezpieczyć bezgrzeszność Jezusa. W kategoriach teologii św. Pawła Jezus jest bez grzechu nie ot tak, tylko po to, by jako bezgrzeszny mógł dokonać naszego zbawienia. Gdyby On sam był grzeszny, nie mógłby nas zbawić”.

Podobnie znacznie starszy dogmat o Bożej Rodzicielce (Theotokos) został ustanowiony przeciw nestorianom, którzy rozdzielali natury Boską i ludzką w Chrystusie. Mówiąc o Maryi jako Bożej Rodzicielce, tak naprawdę mówimy o tym, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg, i głosimy zjednoczenie natur Boskiej i ludzkiej w jednej osobie.

Główne dogmaty maryjne są zatem dogmatami… chrystologicznymi. „Niewiasta” zyskuje miejsce przy wspólnym ognisku, gdyż urodziła syna, jest już swoja, a nie obca.

To jednak niecała historia. Dogmaty maryjne nie wynikają tylko ze sporów o Chrystusa, ale również – i to drugie istotne zjawisko – z tego, jak chrześcijanie rozumieli postać i znaczenie Maryi. Według Johna Henry’ego Newmana było tak już przy dogmacie o Theotokos. Wyraźnie widać to było także w XX w. Przed ogłoszeniem najnowszego (1950 r.) dogmatu – o Wniebowzięciu Maryi, Pius XII skierował pytanie do wszystkich biskupów, a za ich pośrednictwem do duchowieństwa i ludu, o to, czy życzą sobie takiego dogmatu. Zaśnięcie (pojęcie bardziej obecne we wschodnim chrześcijaństwie) lub Wniebowzięcie Maryi pojawiało się bowiem w liturgii i pobożności ludowej już od późnej starożytności.

Adamiak mówi także o „mariologii przywilejów, w której chodziło o to, by znajdować jak najwięcej powodów, by Ją czcić”. Teolożki i teolodzy akademiccy zwykli, zwłaszcza po II Soborze Watykańskim, dystansować się od nurtów szukających poparcia dla kolejnych orzeczeń dogmatycznych, np. o Maryi jako Współodkupicielce. Podkreślają, że „Maryja jest jedną z nas”. Dlaczego zatem w duchowości wielu katoliczek i katolików oraz w różnych przejawach nie tylko ludowej pobożności Maryja zajmuje ciągle tak wiele miejsca – nie tylko jako jedna z nas, ale jako obiekt religijnej czci?

Podwójnie nieznana

Podobne pytanie stawia Richard Rohr, który zastanawia się: „Dlaczego pierwsze czternaście wieków chrześcijaństwa [Rohr widzi istotną cezurę w reformacji], w Kościołach Wschodu i Zachodu, było po uszy zakochane w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej kobiecie?” Przywoławszy liczne tytuły i wezwania kościołów i sanktuariów maryjnych w Europie stwierdza: „Zdecydowanie mamy tu do czynienia nie z pojedynczą kobietą, ale z symbolem założycielskim – czy, zapożyczając terminologię od Carla Junga, »archetypem« – obrazem gromadzącym w sobie cały ogrom znaczeń, których nie da się logicznie zakomunikować. Nic nie może pojawiać się tak powszechnie i przez tak długi czas, jeśli nie jest w jakiś sposób ugruntowane w naszej kolektywnej ludzkiej nieświadomości”.

Rohr nie twierdzi, że Maryja jest Matką Ziemią czy Pierwszym Wcieleniem (wątek pierwszego Wcielenia w stworzeniu to jeden z kluczowych wątków „The Universal Christ”), ale wskazuje, że – zwłaszcza w sztuce – postać Maryi stała się ich symbolem. Co więcej, „Maryja jest głównym żeńskim archetypem misterium Chrystusa. Ten archetyp ukazał się wcześniej jako Sofia czy Święta Mądrość (zob. Prz 8, 1nn; Mdr 7, 7nn), a następnie w Apokalipsie (12, 1-7) w kosmicznym symbolu Niewiasty obleczonej w słońce i stojącej na księżycu. Ani Sofia, ani Niewiasta z Apokalipsy nie są dokładnie Maryją z Nazaretu, jednak na wiele sposobów obie są i każda z nich poszerza nasze rozumienie Boskiej Kobiecości”.

Szczególnie dogmat o Wniebowzięciu zdaje się przekraczać ramy teologii służebnej względem chrystologii. Mówi o Maryi owszem jako tej, która została do nieba wzięta (a nie wstąpiła sama), ale nie wydaje się nijak konieczny do wzmocnienia gmachu innych twierdzeń. Rohr podaje, że Carl Jung uznał ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu za „najbardziej znaczący rozwój teologiczny w XX w.”, ponieważ ogłoszono, że w wieczności istnieje na zawsze ciało – ciało kobiety! Dla autora „The Universal Christ” Maryja – archetyp relacji świata z Bogiem, relacji człowieka z Bogiem – jest także symbolem niedwoistości. Zbliża do siebie dwa rozłączne światy: „materii i ducha, żeńskiej matki i męskiego dziecka, ziemi i nieba”.

Myślę o tej podwójnie nieznanej Maryi: nieznanej, bo jest niewiastą, i nieznanej, bo jest nieniewieścia. Wykracza poza to, co znamy z codzienności, jako ta, której ludzkie ciało i ludzkie życie pozwoliło na narodzenie się Chrystusa. Jestem przekonana, że świat, w którym coraz częściej słychać głos sprzeciwu względem wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy dać więcej miejsca i więcej głosu tej Nieznanej. Niewieście. I jeśli stanie się dla kogoś wzorem cnót, to nie będzie to wpisany w podstawę programową punkt kształcenia dziewcząt, ale inspiracja dla osób dowolnej płci. Nie przeciwwaga dla kobiet rozumianych jako źródło męskiego grzechu. Nie próba załatania braku kobiet na kościelnych urzędach.

Witaj, Niewiasto nieniewieścia! ©

Autorka jest teolożką, religioznawczynią i anglistką. Współpracuje z „Magazynem Kontakt”.

Chichot Temidy 2

Zagubione w czasie

W Bostonie (Massachusetts) nie wolno się kąpać w niedzielę.

W stanie Massachusetts i New Hampshire istnieje prawo, które karze hazardzistów za to, że stracili pieniądze.

W Anglii jeżeli maszyna parowa porusza się po drodze publicznej, to w ciągu dnia z przodu pojazdu musi iść osoba z czerwonym sztandarem, a wieczorem z czerwoną latarnią, po to by ostrzec o niebezpieczeństwie innych użytkowników drogi.

W Anglii parowozom nie wolno się poruszać z prędkością większą niż 4 mile na godzinę.

W Irlandii studentów Trinity College obowiązuje zakaz poruszania się po szkole bez miecza.

W Anglii każdy mężczyzna powyżej czternastego roku życia musi obowiązkowo poświęcić około dwóch godzin tygodniowo na naukę strzelania z łuku pod okiem lokalnego duchowieństwa.

W Zjednoczonym Królestwie w bagażniku każdej taksówki musi znajdować się snop siana oraz worek owsa.

W Anglii posłom nie wolno wchodzić do budynku Izby Gmin w pełnym uzbrojeniu.

W Chester, w stolicy hrabstwa Cheshire, można zastrzelić Walijczyka z łuku, ale jedynie po północy i w obrębie murów miejskich.

W Herford, w hrabstwie Herefordshire, niezgodne z prawem jest zastrzelenie Walijczyka z łuku, ale jedynie w niedzielę i to w najbliższej okolicy tamtejszej katedry.

W York (Anglia) dozwolone jest, z wyjątkiem niedzieli, strzelanie do Szkota z łuku i pozbawienie go życia.

Natomiast w USA:

W stanie Karolina Północna zabronione jest wykopywanie żeń-szenia na terenie cudzej posiadłości między kwietniem a wrześniem (prawo z 1866 roku).

W stanie Rhode Island za przestępstwo uważane jest zrówno rzucanie komuś wezwania na pojedynek, jak i jego przyjęcie. Przewidywana kara wynosi od roku do siedmiu lat więzienia.

W Salem (Wirginia) istniało kiedyś prawo zakazujące wychodzenia z domu, jeśli nie miało się sprecyzowanego celu wyjścia.

W stanie Teksas istnieje prawo zabraniające wkładania spodni w cholewy butów, jeśli nie posiada się więcej niż dziesięciu krów.

W Maine w stanie Massachusetts i niektórych miejscowościach Karoliny Południowej każdy dorosły mężczyzna jest zobowiązany do zabierania karabinu na niedzielne nabożeństwo, na wypadek ataku Indian.

Tematowi broni poświęcony jest oddzielny rozdział, Ręce do góry!:

W Dakocie Północnej legalne jest zastrzelenie jadącego konno Indianina, pod warunkiem, że strzelec znajduje się na krytym wozie.

W stanie Iowa jeżeli więcej niż pięciu Indian znajdzie się na terenie posiadłości, można do nich strzelać.

W stanie Kalifornia każdy kto zdetonuje urządzenie nuklearne w granicach miasta, zostanie ukarany 500 dolarami grzywny.

W Kennesaw (Georgia) każdy musi posiadać broń palną.

W stanie Massachusetts naboje nie mogą być używane jako waluta.

W stanie Ohio nie wolno bez zezwolenia zabijać much w promieniu 160 stóp od kościoła.

W stanie Utah surowo zabronione jest użycie broni nuklearnej. Wolno ją posiadać, nie można natomiast wywołać eksplozji.

Ostatni w tym odcinku lapsus pochodzi z Niemiec i dotyczy zwykłej poduszki, która uważana jest przez tamtejszych prawodawców za tak zwaną… broń miękką.

Opracowanie i komentarz : Zbigniew Milewicz

Chichot Temidy 1

Wolnoć Tomku w swoim domku

Po Anegdotach prokuratora Ogórka, które skończyłem opowiadać kilka tygodni temu, wracam do tematyki prawniczej, ale dalej będzie głównie o USA, gdzie gościłem w poprzednim wpisie.

„Ta książka nie jest podręcznikiem prawa. Jej celem jest rozrywka, stąd też wydawca nie bierze na siebie odpowiedzialności w przypadku uznania przez czytelnika zawartych w niej artykułów za pewnik.
Część przepisów prawnych, zawartych w tej książce, udało się zweryfikować. Inne pochodzą z takich miejsc, jak grupy dyskusyjne, chaty, strony www, dlatego dostęp do źródeł był utrudniony.
Ze względu na specyfikę tamtejszego systemu prawnego, większość pochodzi z USA, choć udało się znaleźć kilka równie uciesznych dziwadeł prawnych z innych krajów.
Część przepisów mogła ulec dezaktualizacji, część została świadomie przejaskrawiona. Nie wykluczamy, że część jest kłamliwa lub mocno naciągana…
…tak czy owak, jest to w miarę bezpieczna okazja, by bezkarnie zakpić sobie z prawa.
(Oczywiście poza niepokojeniem wiewiórek. Dla takich osób nie powinno być litości.)”

Taki wstęp nosi „Chichot Temidy“, książka opublikowana w 2008 roku przez Wydawnictwo Replika, w której nie ma nazwiska autora. Nie wnikając w powód bezimienności (może autorów, co sugerowałaby użyta liczba mnoga), przechodzę do rzeczy, czyli do tekstu, bo lektura jest w sam raz na letnie wakacje:

W stanie Indiana obowiązuje zakaz picia alkoholu w domu.

W Los Angeles (Kalifornia) nie można kąpać dwójki dzieci jednocześnie w tej samej wannie.

W stanie Kalifornia zakazane jest jedzenie pomarańczy w wannie.

Na Florydzie istnieje obowiązek powiedzenia sąsiadowi, że pali się jego dom, jeżeli faktycznie taka sytuacja ma miejsce.

W Columbus (Georgia) zabronione jest siedzenie na werandzie w nieprzyzwoitej pozycji.

W stanie Indiana prześcieradła w hotelu muszą mieć dokładnie 99 cali długości i 81 cali szerokości.

W stanie Kentucky w pomieszczeniach mieszkalnych nago mogą przebywać tylko osoby tam zameldowane.

W Columbii (Maryland) nie wolno używać sznurów do suszenia bielizny, można natomiast wieszać ubrania na płocie.

W Baltimore, w tym samym stanie, surowo zabronione jest mycie i szorowanie zlewu, bez względu na to, jak bardzo jest brudny.

W Bostonie (Massachussetts) obowiązuje zakaz trzymania obornika w budynku mieszkalnym.

W stanie Minnesota i Nebraska nielegalne jest spanie nago w hotelach i motelach.

W Ballwin (Missouri) obywatele mogą używać wulgarnego i nieprzyzwoitego języka jedynie we własnych domach.

W Hastings (Nebraska) od właścicieli wszystkich hoteli wymaga się, aby dostarczyli każdemu gościowi czystą i wyprasowaną koszulę nocną. Żadnym parom, nawet po ślubie, nie wolno spać razem nago, ani uprawiać seksu, jeżeli nie mają założonych owych białych, bawełnianych koszul nocnych.

W Anglii zabronione jest wywieszanie łóżek za okno.

W Szkocji, jeżeli jakaś osoba zapuka do drzwi i wyrazi chęć skorzystania z toalety, należy jej na to pozwolić. (Uwaga od administratorki: To jest super przepis prawny, powinien obowiązywać wszędzie, a na pewno we wszystkich instytucjach, sklepach, biurach, garażach itp.)

W Szwajcarii zakazane jest spłukiwanie toalety w blokach po godzinie 22.00 (Hmmm. W Niemczech po 22 nie wolno się kąpać).

W Niemczech każde biuro musi mieć okno z widokiem (choćby niewielkim) na niebo.

W Chicago niezgodne z prawem jest jedzenie posiłku w budynku firmy, który akurat płonie.

W stanie Dakota Północna obowiązuje zakaz trzymania łosia w przydomowej piaskownicy.

W Waverly (Dakota Północna) nie wolno trzymać konia w domu, a zwłaszcza w wannie.

W stanie Oregon nie można wycierać umytych naczyń, powinny one wysychać w sposób naturalny.

W stanie Pensylwania niezgodne z prawem jest spanie w lodówce wystawionej na zewnątrz domu.

W tym samym stanie zabronione jest śpiewanie w wannie.

W stanie Rhode Island wykroczeniem jest zaparkowanie więcej niż 11 niesprawnych pojazdów przed własnym domem.

W Corpus Christie (Teksas) nie wolno w domu hodować aligatorów.

W Port Arthur (Teksas) zakazane jest wydzielanie jakichkolwiek przykrych zapachów podczas jazdy windą.

c.d.n

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz