Pierogi w Café Freysinn

freysinnberlin
Café und Bistro im Brunnenviertel, Berlin-Mitte

freysinnCafé und Bistro Freysinn
Jasmunder Straße 5 | 13355 Berlin
Inhaberinnen: Ann-Kathrin Mätzold, Marta Susid
E-Mail: info [at] freysinn.com

Ja? Was ist das? Produktplacement? Werbung? Gar vielleicht – bezahlte? Nein, nein… Hier lesen wir heute – Nicola Caroli und ich. Um 18 Uhr.  Wir lesen auf Deutsch. Im Rahmen des Projekts Woche der Sprache und des Lesens im Wedding 2013. 

Und hier kleine Leseprobe von mir, die auch erklärt, weshalb man nach der Lesung polnische Pirogge essen kann. Überhaupt ist das Essen im Café Fraysinn hervorragend! Echt hervorragend!

Ewa Maria Slaska, Die Persona von Bergmann

“Drei Wochen. In drei Wochen kann man ganz viel schaffen. Was hast du zu verlieren?”
“25 Tausend Euro!!!”
Ich entschließe mich Pierogi vorzubereiten. Ich bin eine Polin, und angesichts einer Katastrophe fängt eine echte Polin an, zu kochen. Es darf etwas nahrhaftes sein und am liebsten auch etwas arbeitsaufwendiges und zeitraubendes. Und ich ahne schon die Ausmaße der Katastrophe… 25 Tausend Euro!
Zuerst kocht man das Sauerkraut. Bis es weich und samten wird. Mit Kümmel, Majoran und Pfeffer. 25 Tausend Euro, verdammt noch mal!
Ich ziehe einen Leinenbeutel aus dem Küchenschrank. Es duftet herrlich nach Weihnachten, Lagerfeuer im dunklen, weißen Wald und Faschingszug auf Schlitten. Die getrockneten Steinpilze.
“Was machst du?! Ich rede mit dir, und du beschäftigst dich mit deinen Pilzen.”
Gerade deshalb denke ich, aber ich sage es nicht. Einem Genie sagt man sowas nicht.
“Ich höre dir zu, Liebling.”
Herrlich duften meine Steinpilze. Ich fühle mich glücklich. Im Hinterkopf wächst zwar die winzige Frage, ob das alles gutgehen wird, ob es nicht zu voreilig ist, schon heute zu sagen, ich sei glücklich. Angesichts einer Katastrophe gehe ich heute noch gern in die Küche und bereite Pierogi vor, währenddessen der Mann an meiner Seite mit seinen intellektuellen Aufgaben ringt. Ich tue es gern, ich bin aber vorsichtig… ach was, es ist schön…
Ich lasse das Wasser kochen, tue die schönen, weissen, breiten Pilzscheiben darein und lasse sie im bedeckten Topf eine Stunde lang schwach sieden.
“Eine von den beiden Frauen ist 40, schön, reich und intelligent…”
“Sprichst du vielleicht von mir? Ausser reich stimmt alles. Ist sie auch in ihrem Beruf erfolgreich?”
“Joanna!!!”
“Ja, ja.”
“Der ganze Film spielt in einer Nervenklinik.”
“War es nicht schon mal in einem Film?”
“Alles war schon mal… ”
Das stimmt.
Ich hacke eine üppige Zwiebel klein und brate sie in der Butter. Herrlich!
“Sie leidet unter unerklärbarer Todesangst. Es beeinflusst sie, die Familie, die Karriere ihres Ehemannes. Carolina…”
“Wer ist Carolina?”
Peter nimmt meine Frage nicht wahr: ” … und ihr Ehemann entscheiden gemeinsam…”
Eine Frau und ihr Mann entscheiden selten gemeinsam. Das sagt mir meine Erfahrung. Aber Peter hat wohl andere Erfahrungen angesammelt. “…dass ob sich Carolina untersuchen lässt. Sie bleibt in einer Klinik. Lediglich die Beobachtungen werden durchgeführt. Dadurch schafft man für den Film eine metaphorische Situation: es spielt sich weder medizinisch noch psychotherapeutisch etwas ab, trotzdem bleibt die Hauptfigur in der Anstalt.”
“Und wozu?” frage ich.
“Wie wozu?”
“Wozu soll sie im Krankenhaus leiden? Zuhause hätte sie besser gehabt. Möchtest du probieren, wie die Pilze schmecken?”
“Mein Gott, Joanna, ich rede mit dir über ernsthafte Probleme und du…”
Oho!
„Ich höre dir doch mit äußerstem Ernst zu.” Ich zerkleinere die Steinpilze. “Wieso leidet sie eigentlich unter Todesangst?”
“Wie wieso? Was meinst du?”
“So wie ich es sage: Wieso hat sie Angst vor dem Tod?”
“Jeder hat doch Angst vor dem Tod.”
“Ich nicht.”
Ich gieße den Pilzsud ins Sauerkraut. Jetzt wird es gekocht, bis das sie bräunlich wird. Kochen ist vielleicht ein Schutzwall gegen die Angst. Man schafft die Welt, das All, was weiß ich…, es gibt bei Italo Calvino eine Frau N-gdx-zungh, eine nichtexistierende Existenz in dem Knollen des Alls vor dem Urknall, die eines Tages sagt: ach Kinder, ich hätte euch so gern köstliche Pasta zubereitet. Pastateig und Pierogiteig bereitet man auf ähnliche Weise zu. Mehl, Ei, Salz und Wasser. Und viel menschliche Mühe beim Kneten. Man knetet und knetet, eine demiurgische Aufgabe, und dann rollt man und wälzt, und rollt, und bei jeder Bewegung der Teigrolle wächst das All unter den Händen der Frau N-gdx-zungh.
Ich setze den Wassertopf auf.
“OK OK, sie hat Angst. Und?”
“Ihr Zustand verschlechtert sich.”
“Warum?”
“Sie ist krank. Sie weiß es aber nicht.”
“Unmöglich. Eine Krankheit, die in einer deutschen Klinik unerkannt bleibt?”
“Gehirntumor?”
“Der wird doch entdeckt.”
“Vielleicht nicht. Wenn er sich in den Falten verbirgt.”
“Na gut…”
Ich schneide kleine Kreise aus dem gerollten Teig, fülle sie mit Sauerkraut-Zwiebel-Pilz-Mischung und verklebe ihre Ränder zum Halbmond. Kosmische Formen. Alles lässt sich kosmisch auslegen, man braucht nur seinen Willen, um die Welt als das All zu sehen und nicht als Jammertal.
“Zuerst unternimmt Carolina noch Versuche gegen ihre Angst zu kämpfen oder sie zu erklären…”
“Warte doch mal, ihre Angst sei ist durch ihre Krankheit bedingt, sie braucht keine intellektuelle Erklärungen.”
“Sie weiß es nicht. Für sie ist sie unerklärbar. Sie ist eine intelligente Frau, die glaubt, ihre Angst intellektuell zu erfassen zu können. Erst später, schon im Krankenhaus, unterliegt sie der Angst und spürt, wie sie sie langsam wegfrisst.”
Ich werfe die erste Portion der Pierogi ins kochende Wasser hinein.

Und den Rest kann man heute um 18.00 Uhr hören. Und danach köstliche Pierogi bestellen. Ach, wie schön, dass es Oktober gibt, und Pilze, und gutes Essen, und überhaupt…

Berlin Zoo 1923

Wiktor Szkłowski

ZOO. Listy nie o miłości albo Trzecia Heloiza

Berlin, 1923

tłumaczyła Aleksandra Berkieta

List 18

(…)

Berlin trudno opisać.

Gdyby tak opisać Hamburg, można powiedzieć coś o mewach nad kanałami, o sklepach, o domach przeglądających się w kanałach, o wszystkim, co warto namalować.

Kiedy wjeżdżasz do wolnego portu miasta Hamburg, śluzy rozsuwają się jak kurtyna. Teatralny efekt. Ogromne pole wody, kłaniające się dźwigi, czarne czerpaki nabierające w usta węgiel wprost ze statków. Ich szczęki odchylają się jednocześnie w obie strony jak krokodyle. Wysokie na strzał z nagana, okratowane dźwigi, przypominające portale. Pływające elewatory, które mogą wessać 35 000 pudów ziarna dziennie.

Gdyby tak móc podpłynąć do jednego z nich i powiedzieć: „drogi towarzyszu, wyssij ze mnie, proszę, 35 000 miłosnych diabłów, które zamieszkały w mojej duszy”.

Albo można by tak poprosić o największy dźwig, który podniósłby mnie za kołnierz i pokazał zatamowaną przez śluzy Łabę, żelastwo, parostatki przy których samochody to zaledwie pchełki. I żeby powiedział mi parowy dźwig tak: „patrz, sentymentalny szczeniaku, na żelazo postawione na sztorc. Nie podobna tak cierpieć i płakać, więc jeśli nie chcesz już żyć, to wsuńże głowę do żelaznego czerpaka węgla, żeby ci ją odgryzł”.

O tak!

Można opisać Hamburg.

Jeśli by tak opisać Drezno, to roboty będzie więcej. Jest jednak sposób, chętnie wykorzystywany w nowej literaturze rosyjskiej.

Weźmy jakiś szczegół Drezna – na przykład to, że jeżdżą po nim czyściutkie auta, obite od wewnątrz szarym materiałem w paseczki.

Wszystko dalej jest tak proste jak dla dźwigu podniesienie jednej tony.

Trzeba następnie zapewniać czytelnika, że całe Drezno jest szare i w pasy, że Łaba – to pasek na szarym, że domy są szare, że Madonna Sykstyńska jest szara i w pasy. Nieważne, czy to prawda, ważne, że jest to przekonujące i w dobrym stylu. Szarym w pasy.

Trudno jednak opisać Berlin. Trudno go pojąć.

Rosjanie w Berlinie żyją, jak wiadomo, naokoło ZOO.

Wszyscy już wiedzą, to nie jest zabawne.

W czasie wojny mawiali: „jak wiadomo, wiosną atakują Niemcy”. Jak gdyby Niemcy atakowali na wiosnę.

Rosjanie chodzą w Berlinie dookoła Starej Kirchy tak jak muchy krążą wokół żyrandola. I tak jak do żyrandola przywieszona jest lepka kuleczka, tak w tej kirsze jest przyczepiony do krzyża dziwaczny kolczasty orzech.

Ulice widziane z poziomu orzecha są szerokie. Domy jak walizki. Wzdłuż ulic chodzą damy w futrach i w ciężkich skórzanych śniegowcach, a wśród nich Ty, w mysim palcie ze zdobieniami z uchatki.

Wzdłuż ulic chodzą szubrawcy w kudłatych paltach i rosyjscy profesorowie w parach, z rączkami parasolek zwisającymi na plecach. Tramwajów jest tu wiele, ale jeżdżenie nimi po mieście nie ma sensu, bo miasto jest wszędzie jednakowe. Pałace jak ze sklepu z pałacami. Pomniki jak serwisy. Nigdzie nie jeździmy, żyjemy na kupie wśród Niemców jak jezioro tkwi pośrodku swoich brzegów.

Zimy nie ma. Śnieg co spadnie, to topnieje.

W wilgoci i poczuciu klęski rdzewieją żelazne Niemcy, a my rdzewiejemy razem z nimi, zarastamy rdzą, choć nie jesteśmy z żelaza. (…)

Plik:Sklovsky.jpg***

Wiktor Borisowicz Szkłowski (ur. 24 stycznia (12 stycznia wg starego stylu) 1893 w Petersburgu, zm. 6 grudnia 1984 w Moskwie) – literaturoznawca, filmoznawca i pisarz rosyjski, jeden z współtwórców i najwybitniejszych przedstawicieli rosyjskiej szkoły formalnej, współzałożyciel OPOJAZ-u, autor artykułu „Sztuka jako chwyt” (1917).

Zbiór listów “ZOO” stanowi chronologicznie drugą część tzw. trylogii autobiograficznej Szkłowskiego, która w polskim przekładzie ukaże się w roku 2014. Tłumaczka, Aleksandra Berkieta, która przetłumaczyła i przygotowuje do druku całą trylogię, w porozumieniu z wydawcą uprzejmie udostępniła mi fragment „Listów nie o miłości” do opublikowania na blogu. 18 września Ola napisała na Facebooku:

To już koniec: 408 stron, 908 836 znaków, 881 przypisów rzeczowych + zmacerowana wątroba, odporność na kofeinę, mizantropia, lęk przed redakcją.

W 2014 roku wyjdzie gorzko-przygnębiająca “trylogia autobiograficzna” Wiktora Szkłowskiego w moim przekładzie (“Podróż sentymentalna”, “ZOO. Listy nie o miłości”, “Trzecia fabryka”) – zrobiłam wszystko, żeby był nie tylko wierny, lecz także piękny.

Jest piękny.

Aleksandra pisze: „ZOO. Listy nie o miłości“ były wcześniej tłumaczone na język polski przez M. Jagiełłę i wydane w „Literaturze na Świecie“ (1974, nr 8). Tłumaczenie zostało wykonane na podstawie kolejnych, radzieckich wydań dzieła z licznymi ingerencjami cenzury obyczajowej i politycznej, a także zmianami naniesionymi przez samego autora. Podstawę mojego przekładu stanowi pierwsze, berlińskie wydanie „ZOO“ z 1923 roku. “ZOO” to książka niesamowita, bo fikcja literacka staje się w niej rzeczywistością i na odwrót. Szkłowski tak naprawdę w każdym swoim dziele pisze o sobie – “ZOO” napisał, kiedy naprawdę siedział w Berlinie na wymuszonej emigracji (w Rosji zapewne zostałby skazany na śmierć za zbrojną działalność z ramienia partii Socjalistów Rewolucjonistów w czasie rewolucji – był dowódcą dywizjonu aut pancernych), zaś Ala, do której pisze listy, to Elsa Triolet – przyszła żona Louisa Aragona, pisarka, w której kochała się połowa petersburskiej bohemy intelektualnej, siostra Lili Brik – muzy życia Majakowskiego. Tych anegdotek biograficznych jest tam całe mnóstwo.

Wie ich gezeugt wurde

Ewa Maria Slaska

Wie ich gezeugt wurde

Sie hießen Irena und Dariusz und waren sehr jung. Ich war ihr erstes Kind, wie meine Mutter zu sagen pflegte, “ein typisches Produkt der Hochzeitnacht”. Und die sah so aus.

Die Familie meiner Mutter wohnte in Warschau, mein Vater und seine Familie in Danzig. Es war Weihnachten 1948. Die Zeit, die man auf Polnisch mit drei Worten beschreibt: goło ale wesoło, ein fröhliches Nichtshaben.

Zur Hochzeit kam die ganze Familie aus Warschau. Die Familienwohnung in Danzig war so voll gepackt, dass man über eine ruhige Ecke für die Neuvermählten nicht einmal träumen konnte. Zum Glück ist der Freund meines Vaters, Andrzej, über Weihnachten zu seiner Familie gefahren und hat quasi als Hochzeitgeschenk meinem Papa seine Wohnung zur Verfügung gestellt. Also ließen nach dem Hochzeitessen meine Eltern die beiden Familien zu Hause und fuhren mit der Straßenbahn, nur zu zweit, zu ihrem Honeymoon Hotel Marke Altbau Ganz Weit Weg. Und, wie sie feststellen müssten, Ganz Primitiv. Über eine steile Treppe ging es nach oben, zum Dachboden, wo man, durch einen schmalen Durchgang, in ein Giebelzimmerchen gelangte. Das Zimmerchen hatte ein Fensterchen und, welch ein Luxus, direkt im Dachboden ein WeCe. In dem Zimmerchen gab es nur ein Bett, ein Zeichentisch mit einem Stuhl, einen alten Armsessel und einen Kachelofen. Im Durchgang stand auf einem Brett ein Elektroherd mit nur einer Kochplatte, und daneben ein gusseisernes Waschbecken. Die ganze Bude war kalt und dunkel.

So sah das erste gemeinsame Liebesnest meiner Eltern aus. Und die erste Nacht sah genauso reizend aus – erschöpft durch die Hochzeitsvorbereitungen und den harten Tag, der in einer langen Straßenbahnfahrt gipfelte, sind sie ins Bett gefallen und… eingeschlafen. Am nächsten Tag musste Papa um 6 Uhr aufstehen und nach Gdingen fahren, wo er damals als studentische Hilfskraft in der Fischerwerft arbeitete.

Am Nachmittag traf sich die ganze Familie wieder in der Wohnung in der Grunwaldzka Straße, diesmal aber fuhren die Neuverheirateten schon am frühen Abend zu ihrer Hochzeitsbleibe. Diesmal waren sie sogar imstande, im Ofen zu heizen und den Tee zu kochen. Es ist sogar gemütlich geworden, aber diesmal waren sie ja nicht mehr alleine. Mein Vater studierte noch und am Abend kam sein Studienkumpel, mit dem er mehrere Stunden gemeinsam für eine Prüfung paukte, die eine Woche später kommen sollte. Meine Mutter nahm es mit Würde und Gelassenheit an. Sie nistete sich im Armsessel ein und las.

Ich würde gern wissen, was sie las.

Die Studenten lösten gerade eine wichtige wissenschaftliche Aufgabe der Druck- und Realais-Schaltungen, als sie alle einen stechenden Brandgeruch wahrnahmen, den man im Armsessel, da wo meine Mutter neben dem Ofen saß, lokalisierte. In dem Moment als mein Vater meine Mama von dem Sessel hochzog und ihn vom Ofen weg schob, schoss eine hohe Flamme aus ihm heraus. Das kleine Zimmer füllte sich momentan mit gelbem, würgendem Rauch, nur unter der Decke leuchtete eine Glühbirne. Wie durch einen Automatismus gesteuert – es waren die Verhaltensautomatismen aus der Kriegszeit – taten die beiden jungen Männer das Nötige, ohne dass sie miteinander zu sprechen brauchten: Fenster aufreißen, Mama zu den Nachbarn schicken, damit sie die Feuerwehr anruft, das Waschbecken stöpseln und den Wasserhahn aufdrehen, damit das Wasser auf den Fußboden läuft, und den Armsessel zerkleinern, um die brennende Teile durch das Fenster wegwerfen zu können.

Bevor sie ihr Werk nur zu Ende führen konnten – der Armsessel war ein solides, großes und schweres Ding und sie hatten keine Werkzeuge, nur ihre Kraft und Entschlossenheit – waren ihre Hände verbrannt, jeder Atemzug vergiftete sie mit Gas, und ihre Augen füllten sich mit Tränen. Doch nach einem kurzen Widerstand kapitulierte der Sessel mit lautem Knall und als sie die ersten zerhackten Teile durch die Dachluke wegwarfen, weit weg, egal wohin, nach Außen, ging auf einmal das Licht aus, und hinter ihnen begann etwas zu knallen. In der Dunkelheit vollendeten sie schnell die Vernichtung des Ungetüms. Der Rauch verdünnte sich allmählich. Papa schloss den Wasserhahn ab, zog den Stöpsel im Waschbecken aus und suchte, in den Wasserpfützen watend, blind die Sicherung, die zu seinem Glück automatisch anging. Sie krachte ein paar Mal und das Licht kam zurück.

Und dann plötzlich, mit Krach und Lärm, liefen in das Zimmer die Feuerwehrmänner ein, und gleich hinter ihnen die neugierigen Nachbarn. Für die Feuerwehrmänner gab es nichts mehr zu tun, sie wollten aber unbedingt wissen, was im Zimmer so knallte? Offensichtlich haben es ihnen die Nachbarn schon mitgeteilt. Die Frage war nicht so ungefährlich, wie sie heute klingt. Es war stalinistische Zeit, kurz nach dem Kriegsende, und Der Spion lauerte überall. Papa sagte, dass es wahrscheinlich alte Glühbirnen waren, von denen ein großer Haufen hinterm dem Ofen lag. Und tatsächlich, irgendetwas dieser Art fand sich hinterm Ofen. Die Beamten schrieben die Personalien aller Beteiligten auf, fertigten ein Protokoll und gingen.

Mama und Papa verabschiedeten sich höflich von den Nachbarn, verabredeten sich mit dem Kumpel für den nächsten Tag und begannen die Ordnung wieder herzustellen. Außer dass der Sessel vollkommen hinüber war, gab es eigentlich nur Dreck und Gestank, aber keine ernstzunehmenden Verluste. Erst bei der Arbeit fanden sie die wahre Ursache des vorherigen Knallens – in einem Dreckhaufen hinterm Ofen lagen zerstörte Minenzünder und ein Knäuel Lunte.

So – in dieser Nacht, es war die richtige Hochzeitsnacht meiner Eltern – wurde ich gezeugt.

usmiechnieci-na-jachcie

Pani Irenka reloaded 4

Pani Irenka w nowej wersji czteroodcinkowej.  Od trzech tygodni w sobotę kolejne doniesienia z Brodwina. Dziś odcinek ostatni.

Karolina Kuszyk

Jak tak w tym łóżku leżałam, pani, na tych tabletkach, co mam przepisane, na wypadek jak mnie ten ból taki zaatakuje, to Dawidek sam kotki karmił, i mnie też zawsze co od synowej przyniósł, chociaż jeść prawie wcale nie mogłam. I chyba zaraz na drugi dzień tego mojego leżenia – niespodzianka, pani. Dzwonek do drzwi, wnuczek otwiera, a to ten ochroniarz od Nowakowej. Zdziwiłam się, powiem pani, strasznie, ale zaraz poprosiłam, żeby usiadł sobie na pufie i mówię: Dawidek, herbaty panu zrób. A ten ochroniarz do mnie, że pani Ireno, jak żeśmy ostatnio rozmawiali, to chyba nieuprzejmy byłem dla pani. I przyszłem przeprosić. To wszystko przez to, że mi tego spadku po Krystynie żal, to i mi się nawet mówić o tym jej testamencie nie chciało. Ja się go pytam, po jakiej Krystynie, bo jeszcze taka nie bardzo byłam i nawet nie wiedziałam, że Nowakowej tak na imię było, patrz pani. A on mówi, no przecież po mojej Krystynie, i w płacz. To ona na tego innego, zapisała, policjanta? pytam się. A on, że nie, tylko na tą świętą radiotelewizję i że on się wcale nie spodziewał. Mówię, panie kochany, co robić, trudno, wolę zmarłej uszanować trzeba. Ale co sobie pomyślałam, to pomyślałam.

I jak ten ochroniarz poszedł, to Dawidek zaraz do mnie, że to jakaś śmierdząca sprawa i że on teraz spróbuje zajrzeć do tego komputera, do tych mejli znaczy, tej świętej radiotelewizji. I zaraz do domu poleciał. Nawet herbatki nie dopił, tak mu się spieszyło. I rzeczywiście, pani. Za parę dni przychodzi i mówi: udało się. I cały taki poważny, i mówi: Babciu, dobrze by było, żeby babcia wikarego mieszkanie przeszukała. Bo mnie wydaje się, że właśnie tam szukać trzeba. A ja na to, ale jak to, Dawidek, czemu nagle do wikarego, i gdzie ja, stara, do księdza mam włamywać się? A on do mnie: Ja babcię znam, babcia na pewno coś wymyśli, i ja babcię proszę, niech babcia teraz nie pęka. Co robić, pani. Dobrze, Dawidek, mówię, coś babcia wymyśli. I jak zaraz potem w sobotę księża nasze wszystkie do biskupa do Gdańska pojechali, to ja z łóżka wstałam, kulę wzięłam, bo z kulą mi zawsze lepiej iść, i na plebanię poszłam. A znam tą, co im tam sprząta, poczciwa bardzo kobieta, i mówię, pani, ja tu u wikarego jak raz byłam z kartką na wypominki i nazwisko sąsiada muszę dopisać, bo zapomniałam. Pani mi otworzy, przecież ja stara nie będę na księdza czekać. I zaraz mi otworzyła i poszła do kancelarii sprzątać. Długo, pani, szukać nie musiałam, wikary w swoim pokoju szafkę miał na kluczyk zamykaną, a ja w torebce drucik taki z działki jeszcze miałam, to wetknęłam, poruszałam i zaraz ta szafka otworzyła się. A tam w środku, proszę pani, gotowiutki spis, chyba ze dwanaście osób, tych parafian, same takie starszawe, samotnie żyjące. Kwiatkowski zaraz pierwszy, a Nowakowa druga. Ulica podana, adres, wszystko. I jeszcze dzień, w którym umarli, zanotowany. Jak już ten dzień śmierci zobaczyłam, proszę pani, to aż się o stół oparłam i tylko tak oddychałam, bo myślę, no nie, zaraz chyba tu sama trupem padnę. W tej szafce miał jeszcze taką flaszeczkę z czymś w środku. To ja to wszystko, i ten spis, i tą flaszeczkę, haps, do torebki i do domu. Nogi miałam jak z waty, ale do klatki jakoś doszłam. Dawidek zaraz do mnie: i co, znalazła coś babcia? A ja do niego, ale tak cichutko, powoli, bo czuję, że strasznie mi ciśnienie skoczyło: Dawidek, chodź lepiej pojedziemy zaraz na milicję, policję znaczy, bo tu następna osoba w niebezpieczeństwie. Bo na tej wikarego kartce zaraz po Kwiatkowskim i Nowakowej  taka pani Janina była zapisana. Bardzo pobożna, ona to naprawdę tego świętego radia słucha, dzień w dzień, wszyscy wiedzą, bo przygłucha i strasznie głośno nastawione ma. I taki mnie strach wziął, żeby jej co nie stało się, że od razu wyszliśmy, i jak raz sto osiemdziesiąt siedem podjechało, jedziemy na Armii Krajowej i na ten komisariat zachodzimy.

Z początku to nam czekać kazali, chyba z godzinę, a potem, jak przyjęli i powiedziałam, że na parafii naszej sprawa, to mówią, że jak na parafii, to żeby nie do nich, tylko do biskupa. A Dawidek na to, czy policja ludzkie życie chce mieć na sumieniu przez niedopilnowanie obowiązków. No, proszę pani, zupełnie jakbym syna słyszała, tak im ten mój wnuczek powiedział, proszę pani, i nawet się nie zająknął, jak jakiś polityk czy aktor czy co. I proszę, zaraz nas do takiego większego pokoju poprosili. Ja im tą kartkę z nazwiskami pokazałam i flaszeczkę, co u wikarego znalazłam. Zaraz ją zabrali, niby do sprawdzenia, laboratorium znaczy, i opowiadać kazali wszystko po porządku. I pamiętam tylko, że jak żeśmy skończyli, to cicho się jak makiem zrobiło, i tak patrzą po sobie ci policjanci, a potem przychodzi taka w fartuchu z tego laboratorium czy czegoś i mówi, że w tej flaszeczce trucizna jest, a mnie się nagle tak strasznie gorąco, duszno robi… Ale co się potem, proszę pani, działo, to nic nie wiem, bo tak się zdenerwowałam, że im tam w tym komisariacie całkiem zasłabłam. Tak, pani, ze starym zawsze kłopot! Na sygnale zawieźć mnie musieli do szpitala. I tak kilka dni tam przeleżałam. Ale nic nie wiem, co, jak, nic a nic. Aż dopiero potem się na sali takiej białej ocknęłam, myślę sobie, no Irena, trudno, koniec, umarłaś, ale patrzę, a syn z synową nade mną stoją, synowa oczy takie wielkie, a syn w płacz, po rękach mnie całuje i mówi: Mamusiu, niech się mamusia już nic nie denerwuje, policja wszystkim się zajęła, już tego mordercę mają. Nerwy mu puściły i do wszystkiego przyznał się. A co do tej świętej radiotelewizji, niech mamusię o to głowa nie boli, już my nagłośnimy sprawę. Jeszcze przed wyborami!

I zaraz Dawidek przyleciał, cieszy się, że babcia żywa, nie zgłupiała ani nie sparaliżowana ani nic, i zaraz mi na takim małym komputerze pokazuje, że w Faktach o nas mówili. I patrzę, a ten przystojny dziennikarz, ten blondynek taki, u nas na Brodwinie na skwerku stoi, i do kamery wszystko opowiada: że babcia z wnuczkiem wpadli na trop dwóch morderstw i że następne udaremnili. Co, jeszcze pani nie rozumie? To tak jaśniej pani powiem: wikary ze świętą radiotelewizją razem parafian namawiali, co który trochę starszy i do kościoła chodzący, żeby na tą radiotelewizję zapisywali. Te wszystkie listy, co sobie pisali, to Dawidek w tym ich komputerze znalazł. Wikary nawet spory całkiem procent miał za każdego przekonanego. I żeby jemu ten procent szybciej dostał się, to tak wymyślił sobie, że tych, co zapisali, na tamten świat będzie wyprawiać, i na mszy im zatrutą komunię poda. Jak wymyślił, tak zrobił, pani. Najpierw Kwiatkowskiemu dał zatruty opłatek, a potem Nowakowej. Zaznaczył sobie tylko elegancko, który to, żeby się czasem nie pomylić, jak komunię podawał. I truciznę taką skądsiś miał, że wyglądało potem, że zawał. Pani, to już większego grzechu chyba nie ma na świecie – ciało Chrystusa w truciznę przemieniać! W piekle się będzie za to smażył, trudno i darmo. Do wszystkiego przyznał się, a na obronę swoją podał, że zaraz po spowiedzi ich załatwiał, czyli że w stanie łaski uświęcającej byli. Bez grzechu znaczy. Niby że prosto do nieba ich wysłał, rozumie pani?

Nie bardzo tylko wiadomo, czy ta święta radiotelewizja o tym wszystkim wiedziała. Podobnież jeszcze to badają. Bo sprawiedliwość musi być. Chociaż sprawiedliwości w tym to tak do końca nie ma, tak pani powiem, bo ta Kwiatkowskiego córka już pieniędzy ojcowskich nie zobaczy. Tego Nowakowej ochroniarza to mi aż tak bardzo nie żal, on młodszy, nieżonaty, zarobi sobie, poza tym oni w grzechu żyli, jakby nie patrzeć, pani. Ale Marzenki to mi żal. Tak harują z mężem w tych Niemczech, pobudować się chcieli tu w Sopocie. A teraz co? Wszystko przepadło i tyle.

A pani Janina, co następna na liście wikarego była, to sama nawet nie wie, że o włos śmierci uszła. Ona już w takim wieku, że niedługo i o nią kostucha się upomni, ale pewnie spokojniutko przyjdzie, po prawie. Może jak pani Janina jakiś film będzie sobie ulubiony oglądać albo jeszcze lepiej we śnie. We śnie zawsze najlepiej. Pójdę ja tam do niej i porozmawiam, żeby to, co tam ma uskładane na książeczce,  dzieciom swoim zapisała, a nie jakiejś radiotelewizji, co to jej się zdaje, że święta jest.

I po tym wszystkim to już miejsca sobie za nic w świecie nie mogłam znaleźć i co rusz, to płaczę. Aż jednego dnia do proboszcza poszłam porozmawiać. Bo ten nasz proboszcz to porządny człowiek. Zaraz mnie ładnie poprosił i pyta, pani Ireno, kawy czy herbaty. A ja, proszę pani, od razu w płacz i słowa wymówić nie mogę. Ale nasz proboszcz od razu wiedział, że mnie tak ciężko od tego wszystkiego i że nijak wytłumaczyć sobie nie umiem, że takie rzeczy teraz wyprawiają się, i to u nas na Brodwinie, na parafii, no, chyba tylko przez to, że teraz jakieś ogólne pomieszanie jest wszystkiego na świecie. I że ten Kościół to już jakby wcale nie mój, pani.

A proboszcz najpierw nic wcale nie mówi, myśli, myśli, a w końcu tak do mnie: Pani Ireno, wiem dobrze, że u pani w duszy teraz wielki niepokój jest. A na niepokój najlepsza modlitwa. Niech pani pomodli się, sama sobie z Bogiem porozmawia. I ja się modlę, pani Ireno, i o wikarego, i o tych ze świętej radiotelewizji, o dar Ducha Świętego, żeby na nich zstąpił, i żeby na oczy przejrzeli. I wiem, że zostanie im przebaczone. Bo u Pana Boga miłosierdzie nieskończone. To nawet to przebaczone będzie wikaremu, że truciznę w komunii podawał? pytam się. A on, że nawet i to. Wie pani, pani Ireno, mówi jeszcze, i tak się jakoś rozgląda, jakby się bał, że może kto usłyszy – że nawet takie myślenie jest w teologii, że pan Bóg to i diabła zbawić może? Na samym końcu czasów. Boć to przecież też anioł, tylko upadły. Pokiwałam głową, myślę, proboszcz pewnie wie, co mówi, przecież on mądry, uczony, i nawet w seminarium duchownym uczy. Ale z tym diabłem to jak dla mnie ździebko przesadził. Diabeł zbawiony? Jeszcze czego. Jednak jakaś sprawiedliwość musi być na świecie.

 Koniec

Też z Trójmiasta (Brodwino jest dzielnicą Sopotu)
Trzydzieści trzy lata temu, 16 sierpnia 1980 roku, przedstawiciele protestujących zakładów Wybrzeża powołali Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. W nocy z 16 na 17 sierpnia MKZ sformułował 21 postulatów, które zostały wypisane na sklejkach przez Arkadiusza “Arama” Rybickiego oraz Macieja Grzywaczewskiego, a następnie zawieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej.

tablice

Pani Irenka reloaded 3

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków.  Dwa tygodnie temu był odcinek pierwszy, w zeszłym tygodniu – drugi, dziś – trzeci.

Karolina Kuszyk

No i potem, z tydzień minął, z Netta wracam, patrzę, a na Małopolskiej pod dziesiątką ci sami dwaj w garniturach z klatki wychodzą. I jakoś tak mnie, proszę pani, coś podkusiło z tej ciekawości, że od razu te moje siatki z rąk wypuszczam, wszystko na ziemię leci, a ja na nogach się słaniam, że niby zasłabłam. Nawet nic się nie potłukło, bo tylko ziemniaczki niosłam i ser biały, bo taki dobry twardy w Netcie teraz mają, jak raz do pierogów, a Dawidek to tak za pierogami, że coś okropnego. A oni jak zaraz do mnie przyskakują, jak te moje ziemniaczki zbierają, czy pani się źle czuje, a gdzie pani mieszka, odprowadzimy, pomożemy. No to ja takim słabym głosem, że tu, panowie, zaraz niedaleko. I ten jeden do samochodu wrócił, a drugi mnie pod samą klatkę odprowadził i zaraz opowiada, że oni są z tej świętej radiotelewizji, co to teraz wszędzie nadaje, nawet w Ameryce, że datki zbierają i że ja też na pewno wierząca osoba jestem, i że tu jest wizytówka, Szczęść Boże, miłego dnia, może do pani też kiedyś zajrzymy. A ja, patrz pani, myślałam, że oni z jakiej mafii czy coś. Ech, Irena, mówię sobie, stara jesteś, a w śledztwa, dochodzenia jakieś bawić się chcesz.

I zaraz jakoś potem, chyba nawet na następny dzień, tego młodego ochroniarza od Nowakowej spotkałam. I mówię, dzień dobry panu, moje kondolencje, ale straszna ciekawość mnie wzięła i tak mi się jakoś samo wyrwało: A testament tam jakiś był? A on, że tak, był testament, i tak jakoś w bok patrzy. I nic więcej nie mówi. To sobie myślę, oj, czegoś ty, kochany, mnie chyba powiedzieć nie chcesz. Ale nic nie gadam. A on zaraz na zegarek patrzy i mówi, że mu się spieszy, bo zaraz jego zmiana zaczyna się. I mówię do Dawidka, jak następnym razem z łiskasami zaszedł, że ten ochroniarz od Nowakowej to mi się jednak nie bardzo podoba. I wtedy żeśmy z wnuczkiem to śledztwo zaczęli, co teraz w gazetach o nim piszą, w tym ich internecie i w ogóle wszędzie. Patrz pani, tu mam kupkę całą tych gazet naskładaną. „Nieustraszona emerytka z Sopotu” albo to: „Sopot: babcia z wnuczkiem de… demaskują mordercę”. No, ładnie nawet popisali, chociaż tam  trochę poprzekręcane, raz mam siedemdziesiąt lat, a raz siedemdziesiąt pięć, i trochę jakby nie o nas, tylko o obcych ludziach pisało. Ale wszystkiego i tak nie puścili, bo syn zakazał. Mamusiu, powiedział, swoich kontaktów musiałem użyć na tych dziennikarzy, nie musi zaraz świat cały wiedzieć, że mój syn hakerstwem się zajmuje! Jakim tam hakerstwem, pani. Dawidek po prostu głowę do tych komputerów, internetów ma, i tyle.

Bo wtedy zaraz Dawidek do mnie powiedział: Babciu, może ja bym się jemu przyjrzał. Jak to „przyjrzał”, pytam się. A on, że jak ktoś podejrzany, to najlepiej do jego komputera zajrzeć, bo tam wskazówki w tych listach, mejlach znaczy, różne mogą być. Że w Ameryce tak podobnież robią. Ja to się na tym nie znam, proszę pani, ale kiwam głową i mówię, dobrze Dawidek, to ty się temu od Nowakowej weź przyjrzyj. Ale zaraz na drugi dzień przychodzi i mówi: E, babciu, nic tam takiego nie ma. Nic a nic. Chociaż to wcale podejrzenia nie zdejmuje i niech lepiej babcia jego dalej na oku ma. A wie babcia, kogo na ulicy dzisiaj spotkałem? Marzenkę. Cała zapłakana, mówi, że testament tatuś zmienił. Bo jak po pogrzebie testament otworzyli, to okazało się, że Kwiatkowski przed śmiercią całe swoje oszczędności na świętą radiotelewizję przepisał. Nawet u notariusza byli, żeby może unieważnił, ale notariusz tylko ręce rozłożył i powiedział, że pomóc im nie może, taka wola zmarłego była i już. Żeby tak staremu człowiekowi w głowie namącić, że to, co uskładane dla dzieci miał, tak nagle, szast prast, komu innemu oddał? To już tej świętej radiotelewizji nie wystarczy, ile jej tam co który z tej renciny, emerytury odda, że teraz za testamenty bierze się!? Do czego to podobne, pani?

To ubrałam się tak trochę lepiej i do kościoła idę, do kancelarii. Poprosić chciałam, żeby cofnęli ten testament czy co, no bo jakżeż to tak, żeby teraz córce nic po ojcu nie przypadło się? W kancelarii akurat ten młody wikary był. On taki pracowity bardzo księżyk, bo to i schola, i młodzież ta oazowa, a jak obraz święty Matki Boskiej wędrował, to też on przede wszystkim chodził, bo proboszcz nasz już mocno choruje. Wchodzę, drzwi otwarte, a on tak bokiem siedzi, w komputer patrzy. Ja, pani, wczorajsza nie jestem, i od razu widzę, że to ten ich fej-zbuk. To szczerze tak pani powiem, że zdziwiłam się, bo sam przecież nawoływał w kościele, że młodzi na tych fej-zbukach siedzą, internetach, pornografiach i że to cywilizacja śmierci. Zaraz mi potem w domu Dawidek tego fej-zbuka pokazał, i mówi: babciu, to nic takiego nie jest, zdjęcia takie różne sobie wysyłamy z kolegami. Ale mu powiedziałam: Dawidek, ty z tym fej-zbukiem lepiej uważaj i tak nie siedź wiecznie, bo w kościele mówili, że to cywilizacja śmierci i w ogóle nie dla porządnych ludzi. No ale dlaczego ten wikary teraz sam siedzi i zdjęcia jakieś przegląda? Czy to księdzu przystoi? Ale on mnie zaraz pyta, w jakiej parafianka sprawie, no to ja, że względem świętej pamięci Kwiatkowskiego, bo do czego to podobne, że on na świętą radiotelewizję oszczędności całe zapisał i córka z zięciem z niczym zostali. I mówię, żeby pismo jakieś z parafii wykierowali i testament unieważnili, bo na pewno nieboszczyk w pomieszaniu jakimś przepisał. A on, że to sprawa między Kwiatkowskim a Panem Bogiem. Tak jakby Kwiatkowski samemu Panu Bogu, za przeproszeniem, te pieniądze zapisał. I mówię, że mnie to nie podoba się, i jako parafianka żądam, tak właśnie, żądam, żeby to księża wyjaśnili, bo sama wiem, że chodzą tacy z tej świętej radiotelewizji po osiedlu jak te Jehowe i starych ludzi namawiają, żeby na nich zapisywali. A on tak powoli zaczyna mówić, jakby z wariatką gadał, że to, że tamto, że wola zmarłego, a cel zbożny przecież. Zbożny! Akurat!, pomyślałam sobie. Ciekawe, z czego te garnitury se pokupowali, a ten ich samochód to się aż świeci, taki nowy! No, ale tyle wszystkiego tej rozmowy było, nie więcej, bo on zaraz mówi, parafianko kochana, nie pomogę pani, woli zmarłego zmieniać nie wolno, a my tu zaraz próbę scholi mamy, muszę kościół iść otworzyć, do widzenia, z Panem Bogiem. Do proboszcza jeszcze chciałam iść, żeby wstawił się w tej mojej sprawie, ale proboszcz akurat w szpitalu był, a potem znowu mnie biodro zaatakowało i położyć się musiałam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Na plaży

Witam! Kolejna młoda pisarka z Berlina, była już u nas jako tłumaczka, ale teraz z własnym tekstem.

Karolina Golimowska, Na plaży

Kiedy przychodzą takie dni – jak ostatnio, kiedy spocony, zgrzany do ostateczności człowiek bezskutecznie szuka namiastki chłodu w cieniu stołecznych ogrodów, nadpływa wraz z rześkim wiaterkiem znad rzeki myśl: Jakże mogłem zapomnieć! Przecież mamy Wisłę!
(„Na plaży”, Kurier Warszawski, 4 lipca 1936)

 W środy i piątki od rana słychać było w całej kamienicy tupot małych stóp. Dzieci spod siódemki, szóstki i ósemki dobrze wiedziały, kiedy Pola robi nugat; wiedziały też, że do nugatu potrzeba samych białek, ustawiały się więc w kolejce po żółtka na kogel mogel. Kolejka często ciągnęła się z trzeciego piętra aż na sam parter. Pola rozbijała po kolei jajka, tak, że każde żółtko wpadało prosto do kubka nadstawianego małą rączką. Sypała obficie cukrem i zapamiętywała każdy uśmiech, każdą drobną błogość; starała się uchwycić i zachować dla siebie choć trochę tej dziecięcej radości. Lubiła te poranki. Lubiła tę kamienicę, wysokie pomieszczenia i dużą kuchnię. Uspokajało ją mieszanie składników w porcelanowej misie. Regularne, przewidywalne, kojące. Czasami wyobrażała sobie, że cofa w ten sposób czas. Każdy ruch w lewo to jedna minuta wstecz, a może i godzina? Więc mieszała coraz szybciej, energiczniej, żeby wrócić do tamtego lata, do tamtej niedzieli, kiedy było tak gorąco, że nie mogła zebrać myśli i zdecydować, co włożyć do koszyka, co ze sobą zabrać nad Wisłę.

Olejek do opalania i herbatniki, gdyby któraś z dziewczynek zgłodniała. Ręczniki, najlepiej dwa, i słomiane maty, żeby było się na czym położyć na plaży. I ten kryminał, który zaczęła czytać poprzedniego dnia i nie mogła się oderwać. Co to była za książka?

Okropnie denerwowało Polę, kiedy nie mogła sobie czegoś przypomnieć. Tytuły i nazwiska były najgorsze. Jakby ktoś złośliwie wymazywał z pamięci. Aha, i tytoń – bardzo lubiła palić w gorące dni. Dziewczynki ją poganiały. Agusia była tak podekscytowana, że nie mogła przestać podskakiwać i nucić. Tereska naśladowała starszą siostrę we wszystkim, więc w mieszkaniu panował chaos. Wszystko to denerwowało najstarszą Ankę, która ze spokojem malowała paznokcie na szalony fiolet i z odrobiną pogardy obserwowała młodsze siostry i krzątającą się bez planu matkę. Wreszcie były gotowe. Wszystkie cztery. Agusia i Tereska biegły przodem, za nimi objuczone Anka i Pola. Po co nam tyle tych rzeczy, skarżyła się Anka. Pola krzyknęła do dziewczynek, żeby się zatrzymały na przejściu dla pieszych. Przeszły wszystkie razem i wsiadły do tramwaju. Jaka ta Warszawa szczęśliwa w tych upałach, jaka wypoczęta, myślała Pola. Szkoda, że trzy czwarte roku to szara jesienio-zima. Szkoda miasta. Wysiadły i skręciły w lewo, minęły budkę z lodami. Agusia się zawahała, ale bardzo krótko. Stąd można było już biec. Już było widać rzekę i pełną ludzi Poniatówkę. Więc pobiegła, a za nią Tereska piszcząc i krzycząc „mamo, mamo, jest lato!” Pola poczuła na ramionach wiatr. Wreszcie można było oddychać, nad wodą powietrze nigdy nie stało w miejscu. W każdym razie tak się Poli wydawało, dlatego bardzo lubiła spędzać tu upalne dni.

Ktoś zapukał do drzwi. Pola ocknęła się z zamyślenia, poczuła, że ma kompletnie zdrętwiałą od mieszania rękę i w końcu wstała, żeby otworzyć. To Brunon, mąż Anki, wpadł na chwilę, na herbatę. „Jesteś najlepszym dowodem na to, że choćbym nie wiem jak mieszała, to i tak się nic nie zmieni”, fuknęła Pola. Bruno spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział. Wstawił wodę na herbatę i obserwował, jak jego teściowa skręca papierosa. Zawsze paliła bez filtra. Mawiała, że jak już palić, to porządnie. Najwyraźniej trafił na jeden z jej dziwnych nastrojów. Zmieniali się z Anką, raz on, raz ona, wpadali tu w ciągu dnia, żeby wyrwać Polę z zamyślenia, ocucić z rauszu niespokojnych myśli, przegonić samotność.

„Wie mama, kogo spotkałem idąc tutaj? Ignacego, tego wysokiego piegowatego, co pracował z mamą w szkole przed wojną! Podobno przed powstaniem uciekł do Łodzi i przesiedział tam do końca. Tak samo się uśmiecha i dowcipkuje, jak wtedy, tylko twarz ma jeszcze bardziej pomarszczoną.”

„No proszę, fizyk Ignacy wrócił do Warszawy! Trudno się rozstać, oj trudno”, Pola zaciągnęła się mocno.

„Zaproponowałem, żeby wpadł któregoś dnia na kawę i kawałek nugatu – wzruszył się, że mama wciąż ten nugat robi i że w tej samej kamienicy.”

„Bruno, jak ty możesz zapraszać tu obcych ludzi, sugerować im, że nic się nie zmieniło? Nic nie jest już takie, jak przed wojną, nic! Nie chcę herbaty!”

Bruno nie odezwał się już ani słowem. Przemilczeli wspólnie chwilę, a potem wyszedł.

Pola zapaliła kolejnego papierosa, zapomniała o porcelanowej misie i zamyśliła się na nowo. W kuchni czas odmierzał stary zegar, który już od lat nie wybijał pełnych godzin, tylko kwadranse, nie wiadomo, dlaczego. Pola lubiła te jego ekstrawagancje i zupełnie jej nie przeszkadzało, że często nie wiadomo było, która to właśnie wybiła godzina. Właściwie czas w ogóle mógłby dla niej nie istnieć. Popatrzyła na swoje pomarszczone stopy i postanowiła, że pomaluje paznokcie na szalony fiolet, tak, jak Aneczka przed laty, dodając do lakieru gencjany. Przy trzecim paznokciu u drugiej stopy zadzwonił Ignacy. Czyli Bruno podał mu też numer telefonu, wściekła się Pola.

Ignacy był jedną z niewielu osób, które się wtedy od niej odwróciły. Bardzo jej pomagał po śmierci dziewczynek, ale potem zniknął bez słowa pożegnania i słuch po nim zaginął. „Ignasiu, tak, no tak, to ja, przecież słyszysz.” Nie minęło piętnaście minut, a Ignacy stał przed drzwiami. „Zabieram cię na tort Fedory do naszej ulubionej kawiarni”, oznajmił i już za chwilę szli wspólnie Bagatelą do Placu Unii. Pola w sandałach, dwa niepomalowane paznokcie, reszta fioletowa. Torty Pola lubiła popijać ciemnym piwem, takie może i dziwactwo. Siedzieli w milczeniu. No bo jak tu rozmawiać? Od czego zacząć?

Ignacy odchrząknął. „Dobrze cię widzieć. Tak się cieszę, że cię znalazłem.” „Wierz mi Ignac, bardzo chciałam zginąć w powstaniu.” „Co ty opowiadasz? Pola, bój się Boga! Ty wiesz ilu ludzi z Łodzi nie przeżyło wojny? Aresztowani, wywiezieni do obozów pod byle pretekstem!” Pola pokiwała głową i popiła piwem.

W powstaniu była sanitariuszką, bardzo się angażowała i starała za dużo nie myśleć, nie o dziewczynkach, nie o Romanie i nie o sobie, i o tym, co dalej, też nie. Przeżyła cudem, jakie to dziwne, że właśnie ona. Co to za niezrozumiały boski plan, albo może nieboski i nie plan, tylko przypadek? Może nad światem czuwa jakiś upośledzony bandyta, który upaja się ludzkim nieszczęściem i sprawia, że zapomina się o praktycznych szczegółach, ale o tym, co chciałoby się wymazać z pamięci zapomnieć nie sposób? Co to był, do diabła, za kryminał wtedy? Od lat usiłowała sobie przypomnieć każdy najmniejszy szczegół tamtego upalnego dnia, i zawsze na czymś się zacinała, coś zawsze pozostawało niejasne, nienazwane.

Wisła, potężna i pozornie spokojna, odbijała promienie słońca, szumiała cichutko i szeptem zachęcała do kąpieli. Złudna i okrutna, paskudna i parszywa. Jakże Pola mogła się na niej nie poznać, nie zareagować w porę, nie krzyknąć, nie rzucić się. Zacisnęła obydwie pięści i zamknęła oczy.

„Pola, na miłość boską, ocknij się wreszcie z tego zamyślenia! Nie jesteś sama, jesteś tu ze mną, nie widzieliśmy się od przed wojny, nie cieszysz się ani trochę?”

„A co ty z tym Bogiem dzisiaj, Ignaś, co?”

***
W mieszkaniu było chłodno i cicho, jak zawsze. Pola od razu poczuła się lepiej, wsunęła stopy w pantofle i oparła się o ścianę w przedpokoju. „Dziczeję coraz bardziej”, pomyślała, „biedny Ignacy”. Odkręciła kran w zlewie w kuchni i długo myła ręce w ciepłej wodzie. Od pewnego czasu unikała łazienkowego lustra, które ze znudzeniem przypominało jej o tym, że nie jest już młodą Polą, że nie całe życie przed nią i że książę na białym rumaku już tu był i więcej nie wróci. W kuchni czuła się dużo bezpieczniej.

Czasami wciąż myślała o Romanie i o tym, jak niewiele przedmiotów jej po nim zostało, jak niewiele pamiątek. Ale może to i lepiej, przynajmniej nie musi się martwić, co z nimi zrobić. Choć czasem chciałaby móc wziąć do ręki coś, co należało do niego, zacisnąć palce wokół czegoś o określonym kształcie i funkcji.

Roman odszedł tamtego lata, po tym, jak znaleziono ciała. Powiedział, że musi wyjechać, że nie może już z Polą żyć, że musi się wynieść z Warszawy. Wyjechał z jedną walizką, i słuch po nim zaginął. Zostawił mnóstwo rzeczy, książek, zegarów, które kolekcjonował. Nic nie przetrwało wojny i Pola straciła nadzieję, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczy. Nad tym, czy Roman wojnę przeżył, zastanawiała się codziennie.

***
Na plaży tego dnia było mnóstwo ludzi. Ich ulubione miejsce z prawej strony, blisko wody było zajęte, zaczęły więc iść w innym kierunku. Pola i Anka, obładowane, spocone i oszołomione ciepłym powietrzem. Dopiero, gdy ktoś zaczął krzyczeć, Pola zorientowała się, że dziewczynki są niebezpiecznie daleko, że Agusia desperacko wymachuje rękami. Jak mogła nie zauważyć wcześniej, jak to się stało, jak? I dlaczego właściwie tamtej niedzieli nie było z nimi Romana? Co go zatrzymało, co było tak istotne? Upalne niedziele nad Wisłą to był ich rodzinny rytuał. Gdyby z nimi był, wszystko byłoby inaczej. Albo gdyby Pola i dziewczynki zostały w domu, albo wyjechały za miasto. A może wystarczyłoby, gdyby przyszły godzinę później? A może powinna była kazać każdej coś nieść, wtedy wszystko trwałoby dłużej, wtedy mogłaby wejść razem z nimi do wody, wtedy nie siedziałaby teraz w kuchni sama. Na pewno nie. Uwielbiała te swoje hipotezy. Niekończące się gdybanie, pisanie nowych scenariuszy, których Upośledzony nie byłby w stanie wymyślić. Do głowy by mu nie przyszło. Wojnę sobie dla nas napisał, losowo porozdzielał role, wściekała się Pola.

Po wojnie do kamienicy oprócz Poli wprowadziły się tylko dwie rodziny, które mieszkały tu przed powstaniem. Mieszkanie na drugim piętrze zajmowała teraz kobieta z dwoma synami, „Kapuścińscy”, jak ich ochrzciła Pola, co drugi dzień gotowali kapustę. Z kuchni wydobywały się opary, które wypełniały całą kamienicę. Każdy sweter Poli i każda zasłona w jej mieszkaniu, ba, każdy włos pachniał kapustą. Coś okropnego, zwariować można. Wstała i zamknęła okno.

Usiadła przy stole, z szuflady na sztućce wyjęła karty i postanowiła, że dziś położy warkocz. Wszystkie pasjanse zawsze jej wychodziły. Zawsze, i to od zawsze. Bruno się ostatnio mądrzył, że to statystycznie niemożliwe i że albo Pola oszukuje, albo jest czarownicą. Może i jestem, pomyślała i zaczęła się przyglądać damie pik, uśmiechniętej, z obfitym biustem i wachlarzem w ręku.

Było już ciemno, kiedy Pola i Anka wróciły do mieszkania tamtego dnia. Dwie kobiety z koszykiem. Olejek do opalania, kryminał i herbatniki. Nikt nie zgłodniał. Wyszły we cztery, wróciły we dwie. Pola nie wie, która to była godzina, nie wie też, gdzie był wtedy Roman. Pamięta, że spały z Aneczką na dywanie, wtulone w siebie. Cały świat zawęził się do tego jednego pokoju i Pola postanowiła już nigdy z niego wyjść. Nigdy. Postanowiła nigdy więcej nikogo nie kochać, unikać ludzi w ogóle i umrzeć za karę z samotności. Gdyby nie Anka, to pewnie dopięłaby swego. Z pokoju w końcu wyszła, ludzi unikała do dziś, a w stosunku do świata, Upośledzonego i siebie wypracowała pewien dystans, który jak mur z ironii, sarkazmu i czasu oddzielał ją od rzeczywistości. Przebić udawało się czasem tylko Ance, wszyscy inni uważali ją za dziwadło, albo jej współczuli i patrzyli na nią z mieszaniną zakłopotania i smutku. Nie do zniesienia. Wyjątkiem były obce dzieci, skoncentrowane na mieszaniu żółtek z cukrem łyżeczką.

Pola zamknęła oczy, w kuchni wciąż pachniało kapustą i gdyby nie ten pikowy wachlarz, to byłoby zupełnie nie do wytrzymania.

Pani Irenka reloaded 2

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków. W zeszłym tygodniu był odcinek pierwszy, dziś – drugi.

Karolina Kuszyk

Najpierw to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecież zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, nie? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski, proszę pani, w wojsku całe życie był, to rentę ładną miał, ale za to pan Stanisław w kopalni pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli, czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa?

Zaraz na drugi dzień po tej stypie u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na fizyterapię mnie zapisał, gimnastykę taką specjalną. Dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to nawet trochę przechodzi. No i wracam ja od tego lekarza i jak raz spotykam znajomą taką, ona tam trochę dalej na Cieszyńskiego mieszka. Widzę, że oczy czerwone ma, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? – Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i Kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecież ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jaki jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to u nas było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. W Tesco pracuje. Młody, przystojny. I to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa wypić zawsze lubiła, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. Lekarz powiedział, że zawał, ale i tak podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. A tego ochroniarza to ja nawet znam, bo syn mu przecież pracę załatwiał, jeszcze ze szkoły znają się. Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, gdzie tam, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili, nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że ten drugi też przychodzi, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Cieszyńskiego opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop? Ale prawda też taka, że krzywdy nigdy nikomu nie zrobiła i zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Potem trochę jeszcze do niej przychodził. I co niedziela w kościele na sumie ją widziałam. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może te jej grzechy to już nie takie wielkie jak kiedyś? Przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo, że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Jakby tak te trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.

No, ale zaraz żeśmy pożegnały się, a ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. I oboje podobnież na serce. Ale nie chorujące, zdrowe? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię, że teraz jeszcze Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli, poza tym ona podobnież zawał miała. I mówię, że mnie to zupełnie spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała brać. Syn się zaraz zdenerwował i mówi: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże, jak mamusia będzie wsadzała nos w nieswoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia?

I sobie, i synowi wtedy przyrzekłam, że przestanę wsadzać nos w nieswoje sprawy, i Pana Boga za grzech ciekawości przeprosiłam. Lato takie ładne przyszło, to i tak prawie codziennie na działce byłam za tymi moimi roślinkami i nawet więcej o tych naszych nieboszczykach nie myślałam. Umarli, bo umarli, widać taka wola Boska i tyle. Ale potem, jakoś tak pod koniec czerwca, wnuczek ze świadectwem przychodzi, zadowolony taki, stopnie pokazuje. Zdać zdał, pani. Dawidek to niezbyt taki jest do uczenia. Ciasto z kruszonką upiekłam, to zaraz ukroiłam, usiedliśmy sobie w stołowym, i tak spoglądam na to jego świadectwo i pytam się, Dawidek, a piątki są z góry do dołu? W żartach tak. A on niby obrażony, że babciu, babcia to by zaraz chciała same piątki, albo lepiej szóstki, całkiem jak tata, tata to też się od razu spytał, a czemu z angielskiego tylko trója, bo angielski to teraz podstawa i że na cholerę on tyle za te korepetycje płaci, a matura już za rok, i żebym się wziął i w ogóle. A na szóstkę z informatyki to nie spojrzał nawet. Oj, już dobrze, Dawidek, dobrze, przecież babcia tak tylko żartuje sobie, nie denerwuj się, mówię, najważniejsze, że żeś zdał i że teraz wakacje masz, nie? A tak w tajemnicy ci powiem, że tata twój też żaden prymus nie był. A teraz, proszę – kandyduje. No, ale ty prosto ze szkoły, to może ciasta ci jeszcze ukroić? I herbatki sobie posłódź. I tak żeśmy sobie posiedzieli, zaraz mój film był, to i popatrzyliśmy razem. No i mi Dawidek zaraz tego samego dnia tych łiskasów przyniósł. Znaczy takie same jak te co reklamują, tylko tańsze. Sama tych puszek przecież ze sklepu nie zatacham, to Dawidek ma przykazane, żeby mi zawsze przyniósł, pieniążków mu daję, to jeszcze mu tam ździebko zostanie, na kino czy na co. I te kotki tutaj, proszę pani, dokarmiam. Takie, co tu chodzą, osiedlowe. Tośmy potem z Dawidkiem jeszcze na dół zeszli z tymi łiskasami, kotkiśmy nakarmili i tak przyglądamy się, jak jedzą, bo to, proszę pani, aż przyjemność popatrzeć. Wzięłabym nawet jakiego, ale tak strasznie kicham po ty sierści! Lekarz mówi, że to podobnież ta, alergia. Alergia, pani. Kiedyś tego nie było. Nowe choroby jakieś teraz wymyślają. Ale powiem pani, że miałam ja z sąsiadami za te kotki. Że niby na klatce sikają, że parszywe, że to, że tamto. Sikają, akurat. Wnuczek przecież wyłapywał i do tej, stylizacji woził, za moje pieniądze, pani, z emerytury, nikt z sąsiadów nie dołożył, a chodziłam pytałam. A jak kocur raz wystylizowany, to już nie zasikuje. A te w kółko Macieju, że sikają i że brudne. Ta Danka najgorsza. W końcu jej powiedziałam, mówię, pani to brudniejsza od tego kota, bo on to się codziennie porządnie umyje, i to nie raz, a pani to tylko szminką buzię pomaza, perfumką pokropi i myśli, że umyta. Myć się trzeba, pani, mydłem! To aż purpurowa się zrobiła. No, ale w końcu ktoś jej powiedział, bo czas był najwyższy. Czasem w windzie, proszę pani, to koło niej po prostu wytrzymać nie można. Fuknęła tylko, i zaraz zabrała się i poszła. I skończyło się. Kot jej brudny. No i tak patrzymy sobie z wnuczkiem na te kotki, aż nagle wnuczek odzywa się: Babciu, a wyjaśniło się z tym, co go u was w piwnicy zabili? Dawidek, mówię, i aż podskoczyłam, gdzie tam zabili, przecież on na serce! A Dawidek tylko głową kręci i tak do mnie: E babciu, babcia to każdą ściemę łyknie. Że co ty mówisz? Ale zrozumiałam, że mu chodziło, że z tym sercem to i może nieprawda. Ale nic nie mówię. A Dawidek dalej: Nie pamięta babcia, jacy tu do niego przyjeżdżali? No, jakiś miesiąc temu będzie? I jak powiedziałem, patrz babciu, jaka fura zajechała. Beemką podjechali, obydwaj w gajerach, a babcia jeszcze wtedy do mnie: Patrz, Dawidek, jacy ładni panowie, a jak ładnie ubrani. Żebyś ty zawsze miał tak spodnie na kant uprasowane, jak będziesz duży. I jak babci powiedziałem, że teraz taki kant na spodniach to obciach. I że to jakieś buraki są. No co, pamięta babcia czy nie? I jak potem z tej fury wysiedli i od razu do Kwiatkowskiego. Wiem, bo zeszłem wtedy na dół. I jak to Dawidek tak opowiada, to mi, pani, jak raz wszystko staje przed oczami. Bo byli tu tacy, ze dwa razy. Niby wiedziałam, ale tak jakoś nie skojarzyłam. Człowiek stary już, do niczego. Jak czasem tabletki gdzie położę, proszę pani, to się naszukam, naszukam, nawzdycham, nadenerwuję. Pięć razy mieszkanie wte i wewte przejdę, a one sobie spokojnie w kuchni na stole leżą. No, ale jak tacy byli, z teczkami, to znaczy, że jest ta, poszlaka. Na filmach zawsze tacy eleganccy to najbardziej podejrzani i w tych teczkach te dolary czy inne czeki mają pochowane. A kto to, pani, może wiedzieć, czy na starość Kwiatkowski za jakie nielegalne interesy nie wziął się.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Że nie umiem gotować

O trzeciej w nocy na Facebooku napisałam do Czytelników tego bloga przyzwyczajonych, że wpis pojawia się minutę po pólnocy, że nie ma rady, trzeba poczekać do rana. I poszłam spać. Wpis nadszedł o godzinie 3:37. Niestety ja już spałam.

Tatatata!!!

Dorota Cygan. Trzeci tekst festiwalowy!

Że nie umiem gotować …

…  to Ewa wie. Wie to Każdy, kto nie został poczęstowany bryją nieokreślonej barwy o trudnym do zaakceptowania smaku, kawałkiem czegoś z czymś polanym czymś podobnym, choć trudnym do nazwania. I Każdy to docenia. Przyjaciół z zasady nie częstuję tym, co gotuję, zależy mi na nich. Niezaproszenie i niepoczęstowanie jest oznaką respektu i dowodem prawdziwej przyjaźni. A innych? No cóż, życie generalnie pełne jest ryzyka, jak mawia moja polska przyjaciółka and full of zasadzkas. Widocznie lubią ryzyko. Niemiecka przyjaciółka powiedziałaby w tym miejscu jeder muss selber wissen (uwaga: nieznający niemieckiego powinni się koniecznie nauczyć tego zdania – jest to bodaj najczęstszy komentarz do wszelkich wydarzeń i najważniejsza zasada pedagogiki niemieckiej – mówię serio). Skoro Ktoś zjadł, to widocznie takie doświadczenie było mu potrzebne, der hat was daraus gelernt. Zresztą ludzie przedziwne rzeczy nazywają gotowaniem, ja zaś wolę szczerość. Powiem Wam w zaufaniu, na czym polega dramat takich leworęcznych kucharzy: Często dobrze wiedzą, jak coś powinno smakować i proszę mi wierzyć, bynamniej im to nie pomaga, zwłaszcza w jedzeniu tego, co wysmażyli. Pierwsze zmagania kuchenne pozostają ich jedynymi. Uświadamiam sobie ten fakt po raz kolejny, tym razem po powrocie znad morza po 10 dniach beztroskiego opychania się przysmakami obcych kuchni. Nie życzę Wam takich powrotów z wakacji.

No tak, to że nie umiem gotować, to Ewa wie. Tyle comingoutu może być. Ale że nie jestem w stanie napisać na jutro rano tekstu, dowiedzieć się jednak nie musi, a nawet nie powinna, jeśli chcę, żeby mnie nadal częstowała ciastem czekoladowym i naleśnikami w polewie pomarańczowej, mmmmm…. (Jeśli ktoś tu pomyśli, że nie ma związku między tymi dwoma faktami, to zapewniam, że Ewa poważnie traktuje Czytelników blogu. Jak ja swój żołądek). No, jak by patrzeć, wysmażyć ten tekst trzeba. Już wszystkie czynności pozorujące pracę mam za sobą: sprzątanie biurka, ścieranie kurzu, zredukowanie zapasów czekolady, staranne wycierania ekranu laptopa ściereczką antystatyczną także, wszystko już było. Jeśli za chwilę zajmę się ustawianiem optymalnej wysokości krzesła biurowego i będę to robić z wielką precyzją do rana, a tekst jednak nie powstanie, to będzie mniej więcej tak, jakby – wyobraźcie sobie taką scenę – na salę pełną publiczności wszedł zapowiedziany wcześniej pianista, zasiadł, długo poprawiał krzesło i smoking, gładził klawisze, rozdał kilka uśmiechów, po czym zabrał się i poszedł (w dodatku ciągnąc za sobą oporny instrument). No, takiego numeru zrobić nie mogę. Już mniejsza o ten mój żołądek, ale to scena zupełnie jakby ze skeczu Loriota (porównanie poniżej tej półki jakoś mi nie przychodzi do głowy), sami rozumiecie, nie wypada się mierzyć ze zmarłym mistrzem, zwłaszcza, że nie ma on szans na replikę.

No więc z głodu i desperacji sięgam po notes, który mi podarowała Ewa z przeznaczeniem na przepisy kulinarne. Okrutna kobieta. Podarowała mi PUSTY notes. Taki miała podły zamysł pedagogiczny. Zaglądałam doń od czasu do czasu licząc na to, że może czymś się sam zapełnił. Ale nic. Właściwie powinna mi była podarować Zaczarowany Ołówek, on to przynajmniej miał jakąś moc sprawczą. Tymczasem nie wiedząc, co począć z tym pustym zeszytem, rozkładam go, gdy jestem głodna, w pociągu na kolanach, używając jako tacy (lub, jak mówią germaniści, jako Tablettu) i stawiając na nim kawę rozwijam … nie, bynajmniej nie zapomniane w domu kanapki, tylko wyobraźnię. Czyli zachowuję się mniej więcej tak, jak bohater przeczytanej w dzieciństwie bajki z tomu Dar Rzeki Fly, który nie mając pieniędzy na rybę przesiadywał w kuchni bogatego pana, gdzie wdychając zapach potraw wyobrażał sobie ich smak żując przy tym kawałek suchego chleba. Moje myśli krążą z grubsza wokół jednego zawsze wątku: cóż by to kucharz w tej chwili zaserwował, gdyby miał więcej wyobraźni i rozpoznał, żem głodna. Jednocześnie z braku efektu tych myślowych sugestii zapisuję jakieś przypadkowe słowa hasła na użytek tekstów blogowych. Dyktuje mi je głodna wyobraźnia. Niezaspokojona do samego końca jazdy.

No tak, ale w przypadku kucharza Deutsche Bahn wypada powiedzieć, że czeka on na zamówienie. Które nie zostało złożone. Ewa wszak zamówienie jednak złożyła, i to w sposób nie pozostawiający miejsca na inną interpretację (że może nie na jutro, może nie tekst i może w ogóle nie ja). Więc jeśli los mojego żołądka choć odrobinę mnie jeszcze obchodzi, to jednak wysmażę ten tekst, przynajmniej do rana. Wysmażyć, ba, ale Czytelnik wybredny, nie lubi zwietrzałych przypraw, retorycznej piany, mdłej papki ani zleżałych półproduktów. Tekst musi być zwarty, nie należy go zbytnio rozwałkowywać. Nie zniesie też kuchennego recyklingu, więc robię tekst na zamówienie, na świeżo, będzie rano jeszcze ciepły.  Tak to Ewie wytłumaczę. Ucieram go powoli, trzymam na wolnym ogniu, odstawiam co czas jakiś, by się przegryzł (czekoladką), podlewam (ale to nie wodolejstwo, najszczersza subiektywna prawda!), doprawiam na samym końcu i nie próbuję za często, żeby się zbytnio nie rozsmakować. Ale jednak samo to nie wystarczy, potrawa musi nosić ślad ręki mistrza. Inaczej nie wyjdzie poza, sorry za tę uszczypliwość, poziom Warsu lub Mitropy. A to niestety mały szkopuł, jak się w życiu niczego nie ugotowało oprócz skluszczonego budyniu z torebki, a przypalić potrafi nawet wodę w czajniku.

To może podejdźmy to kwestii serwowanej potrawy zgodnie z wyuczonym zawodowym profilem i zadajmy sobie pytanie filologiczne: Po co kucharz smaży ten tekst, do czego ma się on Czytelnikowi przydać, jakie ma mieć walory poznawcze i cechy stylistyczne, czyli jaki reprezentować gatunek? Decyzja szybka: Otrzymają Państwo małą próbkę prozy motywacyjnej w celu autopromocji. Będzie to przekąska na okazję typu rozmowa z pracodawcą, przyda się Każdemu, kogo czeka w najbliższym czasie trzeci w życiu epizod uzupełniania kwalifikacji, prezentowania swoich silnych stron, tudzież wielkie wyzwanie i ekscytująca zmiana otoczenia zawodowego poprzedzona obiektywnym konkursem umiejętności wraz z nerwicą w pakiecie (gratis). Taki niewielki, acz pożywny poczęstunek. Skoro germanistka może przeistoczyć się w kucharza, to czyż to, co Wam zaserwuje, nie jest cennym impulsem motywacyjnym, którego siły nie sposób przecenić? Dla Was to robię, mając w pamięci (tak, tak, tyle mam już lat i jeszcze więcej doświadczenia) zbawienne skutki masowego przekwalifikowywania w latach 90tych rusycystów na anglistów i germanistów. Teraz mamy etap drugi – germaniści (także owi gjermaniści) przekwalifikowują się na kucharzy, Wam podsuwając najlepsze smakołyki z własnej kuchni, jak widać na załączonym tekściku. Za swój cenny czas poświęcony na czytanie dostajecie więc: nowy bukiet metodyczny, świeże spojrzenie na profesję kucharską oraz słodko-kwaśny posmak po lekturze, wszystko podane estetycznie i w ciepłej temperaturze. Co wierniejsi Czytelnicy mogą liczyć też na preferencyjną cenę przyszłych Blogów Naszych Zebranych, czyli 100 Przepisów Kucharzy Językowych dla Osób Stale Ubiegających się o Pracę.

No to spróbujmy z tą prozą motywacyjną. Posłużymy się w tym celu sprawdzoną zabawą z lat  wczesnoszkolnych, której polecenie brzmiało: „proszę ułożyć zdania z podanymi wyrazami”. Pamiętam, że ideałem było ułożenie jednego zdania ze wszystkimi słowami-hasłami naraz. Może się sprawdzi i tym razem: „Szanowni Państwo, jako kandydatka jestem wykwalifikowaną, elastyczną mobilnością, której dyspozycyjność i odporność na stresogenność i hiperkrytyczność zaskoczy nawet Waszą Królewską Szefowość zapewniając mi Wieczność w aureoli Chrystusowości.”

A jednak pisanie prozy motywacyjnej ma walory literackie (uwaga na funkcję impresywną tego komunikatu). Toż to prawie Białoszewski w swojej samochodowości! Dociekliwym polecam odnalezienie oryginału cytatu! Smacznego!

Pani Irenka reloaded 1

Pani Irenka już u nas była, ale dawno, a poza tym teraz się pozmieniała, uaktualniła, rozrosła do czterech odcinków czyli zaczynamy od nowa.

Karolina Kuszyk

U nas na Brodwinie

Niniejsze opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób, miejsc i zdarzeń są przypadkowe.

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas na parafii już od dawna nie działo się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani. Jak te bloki pobudowali i te Brodwino nastało, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, i taki jeden młody mówił, że niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakby coś innego. Ja tam nie wiem, czego teraz tych dzieciaków uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani kłamie, to ja się pytam, to co było za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć. Teraz to patrzę już tylko na mój film i na papieża, ale to już wszystko nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Ten najnowszy to w ogóle całkiem do niczego. Już ten poprzedni ładniejszy był. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! To zdjęcie, co na telewizorze stoi, to na pamiątkę syn zrobił, jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym nasz papież u nas odprawiał. Na tym stadionie takim wielkim. Mało co widać, bo żeśmy daleko stali, ale pamiątka zawsze jest. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli, proszę pani. Ludzie Boga zapomnieli. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Tyle wszystkiego! I niespokojni tacy, jakby bali się, że komuna wróci i im pozabiera. Pani, ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak u nas w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali takim autem, Sopot Te Fau było napisane, i rozpytywać zaczęli. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w telewizji zaraz opisali. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W kapciach byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Kujawa, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. Ale jak raz syn z synową i wnuczkiem do klatki weszli. Syn zaraz odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to, to dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go znalazł w tej piwnicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot, mówię. O mało co zawału nie dostał. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie był. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakieś takie nie bardzo były.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, tą, co kiedyś u nas mieszkała pod piątką, a potem przeprowadziła się do córki na Kolberga. Ona do mnie, jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: Ale co to, pani, się stało? Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież młody mężczyzna był, jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo, co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze to my się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny się zrobił, odkąd mu żona umarła,  ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze do Biedronki muszę…  i tak żeśmy sobie ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a jakby na serce umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, przecież lekarz go zaraz przepatrzył, zawał stwierdził i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień prawie minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, pani, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta jego córka płakała, pani, jak płakała, aż się serce kroiło… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, a co one będą tam same przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa byłam, tak szczerze pani powiem. Dużo nas nawet sąsiadów przyszło, to żeśmy posiedzieli, pojedli, pół litra otworzyli, jak to przy stypie. Ja do ubikacji poszłam i ździebko się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, córka tam mieszkała jak mała była, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. W tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ta ich Marzenka, jak już taka większa panna była, to ciągle gitara i gitara. Teraz to chyba może jaką nową ma albo jej całkiem przeszło, nie wiem, przecież już z siedem lat będzie, co się do tych Niemiec przeprowadziła. Za opiekunkę pracuje do takich starych, co to już koło siebie nic zrobić nie mogą, a mąż jej po budowach robi. I patrzę, że biurko po Marzence widać w użyciu, bo rachunki na nim świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i taki syrop na kaszel, co sama go też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z papierami różnymi w środku powtykanymi – a to z banku listy, a to z ubezpieczalni, i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi dwudziestego maja, to pierwszy piątek był, pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz Marzenka wchodzi i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to pierwsza komunia, mówi, a to na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. I już wiedziałam, że Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat od samego początku nie bardzo wierzyłam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Eine alte Dame und das Boxen

RIMG0077Gestern habe ich beim Boxen gelesen, heute kann man es selber lesen und, falls gewünscht, selber boxen…
Ich danke Werner Kastor für seine wunderbare Idee, das Boxen und das Lesen zu verbinden
🙂

Photo: Krzysztof Pukański 28. Juni 2013 Ufer Studios

Ewa Maria Slaska, Eine alte Dame und das Boxen

Ich habe eingeheiratet in die Geschichte Polens. In vielerlei Hinsicht. Nehmen wir zum Beispiel Palatinen oder gar „comes palatinen“, das heißt Pfalzgrafen – also die „im Palast bzw. bei Hofe“. Die Familie meines Mannes gehörte seit dem 12. Jh. zu den polnischen Pfalzgrafen, dh. wäre der König krank oder tot, oder außer Landes, würde ein Pfalzgraf seine Funktion ausüben. Es wurde mir so nebenbei beim ersten Besuch bei der Geschlechtsältesten mitgeteilt. Nicht etwa, um damit zu protzen, um Gottes Willen! Einfach so. Allerdings war das verlorene Liebesmüh, weil ich zwar das Wort  kannte, aus dem Lateinischen, aber nicht wusste, was es wirklich bedeutet. Irgendwelche alte Römer…

Und das war so.

Vor dem ersten Besuch bei der Pfalzgräfin musste ich ernsthaft überlegen, ob ich tatsächlich nur eine Viertelstunde bleiben soll, da es immer hieß: „der erster Besuch darf nicht länger als 15 Minuten dauern, die Frau behält ihren Hut an und zieht nur die Handschuhe aus“.

Es war im kommunistischen Polen. Hut und Handschuhe wirkten – so wie sie waren – total altmodisch. Oder provinziell, wenn man`s will. Erst später, als ich schon zur Familie gehörte, wurde ich – wohlgemerkt von einer Familienschneiderin! –  belehrt, dass ab Mitte August ein Filzhut zu tragen wäre und Lederhandschuhe. Kein Organzakleid, sondern Tweed und dünne Wolle.

Phi, Organzakleid. Handschuhe glaceé. Filzhut. Ich saß an einem Biedermayer-Tisch, nippte den Tee aus breiten Porzellantassen und schaute die Frau, die mir gegenüber saß, im Geiste mit breitgeöffnetem Mund an. Solche Frauen gab es einfach nicht. Ihre Adlernase, die hohe Stirn, grüne Augen, weißer Spitzenkragen am schwarzen Seidenkleid, eine Kamee…

Ich habe meinen Mann an der Uni kennengelernt. So wie es sich gehört. Er war Bruder meiner Studienkommilitonin gewesen. Mädchen aus einem Adelshause lernten so ihre zukünftigen Ehemänner kennen. In der Bibliothek und nicht in der Diskothek.

Es ist mehr als 40 Jahre her. Ich weiß nicht mehr, weshalb ich bei diesem ersten Besuch total allein war. Aber ich war allein. Und unvorbereitet. Weder auf die Schwiegermutter meiner Schwiegermutter, noch auf das Abendbrot, und am wenigsten auf Boxen und Geschichte Polens.

Mindestens eine Sache hat sich an dem Abend sofort geklärt: Mir wurde gleich gesagt, dass ich zum Abendessen bleibe. Die Sache mit den 15 Minuten. Dies hätte auch geholfen, was ich mit dem Hut und den Handschuhen hatte machen sollen. Vorausgesetzt, ich  hätte welche angehabt… Nun, ich blieb also zum Abendbrot.

Schon um das Abendbrot zu beschreiben, muss ich weit ausholen. Und danach wieder einmal, noch weiter. Zum Essen gab es Brot und Butter, und Wurst, und Schinken, und Sülze, und Kessler…  Fleisch und Wurstware. Und Fleisch und Wurstware. Und Fleisch… Über dem Tisch ein Kelim, drauf die Säbel und Ahnen-Porträts, deren Augen mich vorwurfsvoll anschauten. Zu recht. Ich gehörte nicht hierhin. Ich war fremd. Jüdisch. Blasphemisch. Anarchistisch. Linksorientiert. Frech. Das alles wusste ich noch nicht, nicht desto trotz  warf es einen langen Schatten auf die Gegenwart und Zukunft.

Nach dem Essen schaltete die Großmutter das Radio an. Wir sollten versuchen, etwas über Boxen zu erfahren!

Boxen? Boxen? Eine total verpönte Sache. Eine brutale Männerangelegenheit für die Unterschicht, Schweiß, Blut, Sand. So waren die Zeiten. Sogar den Rocky gab es noch nicht. Der Film war erst 1976 Kassenschlager und gewann im Folgejahr drei Oscars.  Es war aber erst der 1. Oktober 1975. Muhammad Ali kämpfte gegen Joe Frazier.

„It’s gonna be a thrilla // and a chilla // and a killa // when I get the gorilla // in Manila“  – das war gerade dieser Kampf.

Bist du für Clay oder für Frazier? – fragt die elegante alte Dame, indem sie mir den Tee aus der Porzellankanne „Maria weiß” eingoss. Rosenthal, sagte sie. Offensichtlich hatte sie die Tatsache nicht wahrnehmen wollen, dass Cassius Clay  Mohammedaner wurde und jetzt Muhammad Ali hieß. Die weiße Maria war ein Hochzeitgeschenk… Irgendwann sollen wir es besitzen. Be-sitzen ist jedoch ein weites Feld. Jetzt sitze ich nur, ohne Be-, auf einem Biedermeier-Sofa, mir ist nach Pipi, habe aber keine Mut, danach zu fragen. Wie fragt man so was?

– Clay, antwortete ich.
Ja nie jestem Filip Clay, ja nie jestem Doris Day, ja nie jestem także Frank Sinatra – sang polnischer Liedermacher Bohdan Łazuka vor über zehn Jahren. 1967 als ich noch in der Schule war. Ich bin kein Philip Clay, ich bin keine Doris Day, ich bin gar kein Frank Sinatra…  Damals dachte ich, dass Łazuka über den Boxer Clay, also zukünftigen Muhammad Ali singt. Erst viel später wurde mir klar, dass Filip Clay ein französischer Sänger war.  Irrungen, Wirrungen …
Eine Stunde lang versuchen wir in BBC Berichte aus Araneta Coliseum zu erhaschen. Heute lese ich, dass in die ganze Welt gesendet wurde. Aber ob es in Polen zulässig war? Ich bezweifle es. Natürlich hätte Muhammad Ali in der VR Polen beliebt sein müssen – als derjenige, der gegen den Vietnamkrieg protestierte. War er es aber? Ich habe keine Ahnung und das  Internet hilft nicht dabei. Erst ein Boxen-Journalist hat mich darüber informiert, dass er tatsächlich der Regime-Liebling war. Nicht aber so Liebling, dass man seinen Kampf zeigte. Der Radioempfang war erbärmlich, es knirschte und rasselte. Der Kampf selbst entsprach all dem, was ich vom Boxen dachte. Blut, Schweiß, Ekel. Am Ende sagte der Reporter über Fraiziers Auge, „Jesus! Dieser Ali, ein richtiger gorilla in Manila“.

Ich glaube, ich hätte selber nicht gewagt, zu fragen, wie es möglich war, dass die feinste und vornehmste Dame, die ich je in meinem Leben traf – bis heute! – sich fürs Boxen interessierte. Aber gemeinsames Boxenzuhören hat uns näher gebracht. Nach dem Kampf, der… – übrigens, wer hat eigentlich damals gewonnen? Weiß es jemand? Ja klar, Muhammad Ali. Nein, nicht Frazier. Es gab 14 Runden!  Während des Berichts ging die Dame mal Pippi, d.h. ich konnte es auch. Und nach dem Kampf machte sie das Fenster auf und sagte, ich darf RAUCHEN!  Danach redeten wir miteinander. Stundenlang. Im Laufe dieses Abends, der allmählich Nacht wurde, erfuhr ich das ganze Ausmaß der Geschichte, in die ich einheiraten mochte, wollte, sollte, Angst hatte …

Sie hat ihren Mann schon vor dem Krieg geheiratet. Er war ein polnischer Offizier, sie ein Mädchen aus einem vornehmen adeligen Haus, Schwester seines Militärkameraden. Sie haben sich bei einer Hochzeit kennengelernt und als er um sie warb, haben sie bei einem Sommerspaziergang gemeinsam die Sternschuppen fallen sehen. Er dachte sich dabei, dass er sie gern heiraten würde. Und so kam es.  Sie haben ein Gut gekauft oder er hat es bereits gehabt, das weiß ich nicht mehr, und dort gewirtschaftet.  Nach dem Krieg mussten sie vor den Sowjets fliehen. Das Gut war sowieso hin wegen der sog. Boden-Reform. Sie landeten 400 Kilometer weiter, in Großpolen, wo er seit Januar 1946 Direktor der Staatlichen Landsgüter (Państwowe Nieruchomości Ziemskie) in Posen wurde. Nach zwei Jahren wurde er inhaftiert.  1949 begann ein Schauprozess gegen die ehemaligen adligen Guts- und Landbesitzer.  1951 wurde er zu 10 Jahren Freiheitsentzug verurteilt. Saß in Gefängnissen in Posen und Warschau und danach  in Wronki, wo einst auch Rosa Luxemburg gesessen hatte. Danach arbeitete er im Bergbau Andaluzja in Schlesien. Entlassen 1956, wurde er kurz danach rehabilitiert. Vom Entschädigungsgeld hat die Familie einen Fernseher gekauft. Einen der ersten, die man in der Volksrepublik Polen erwerben konnte. Das erste Mal in der VRP gab es ein TV-Programm am 25. Oktober 1952 um 19 Uhr – eine halbe Stunde Musik und Ballett. Aber es hat gedauert, bis sich das Volk einen Fernseher kaufen konnte.

1975 stand der Fernseher immer noch da.

Aber Boxen, frag ich die Gräfin, weshalb Boxen? Am längsten saß er in Wronki. Der Zug kam um 12:27 Uhr in Wronki an, die Besuchszeit begann um 17 Uhr. Sie musste fast fünf Stunden totschlagen. Besonders an Wintertagen könnte man sich nicht in einen Park hinsetzen und lesen. Es gab kein Café, nur ein Restaurant, in dem Wodka trinkende Männer saßen. Keine Frau wagte sich allein in den 50ern in ein Restaurant, in der Provinz schon gar nicht. Manchmal gab es im Kino eine Filmvorführung am Vormittag –  für Schulen, das aber sehr selten. Sie hat zig Mal einen Film gesehen, den ich ja auch kannte – September 1939. So war es. Und auch einen über Jungs, die in den Ruinen mit den Blindgängern spielten.

Und da war dort eine Boxhalle! Es war Amateurboxen, drei Runden. Es boxten Buchhalter und Schullehrer. So ein Fight Club in der Provinz vor einem halben Jahrhundert. Die Eintrittskarten waren billig, es war warm, die Leute, offensichtlich gewohnt, dass da Fremde rein kommen, um Zeit tot zu schlagen, friedlich. Irgendwann sickerte es durch, weshalb ihr Mann im Knast saß. Diese Menschen hätten selbst für Diebstahl schon Verständnis, und erst recht für politische Gefangene. Kein Mensch hatte was gesagt, aber es war klar, er war wer, sie war wer, er war ein Held, man hat ihr dünnen süßen Tee angeboten, manchmal sogar belegtes Brot mit Mettwurst und Zwiebel. Sie lernte es zu genießen. Sie mochte es, dort unter diesen einfachen netten Leuten zu sein.

Zu Hause in Posen war das Leben so unerträglich schwer. Die alte Mutter war da, eine kleine Tochter, noch in der Schule, und der Sohn, der jung geheiratet hatte und dann in einem Flugzeugunfall, dem ersten in Polen, ums Leben kam. Übrig geblieben ist die Witwe mit zwei Kindern. Alle wohnten sie zusammen in einer 2-Zimmer Wohnung.  Eine Zeitlang war sie die alleinige Ernährerin in diesem Haushalt, der voller allzu alter, zu kranker oder zu junger Menschen war. Sie war Ehefrau eines politischen Gefangenen, sie hatte keine Arbeit, verdiente das Geld in Heimarbeit, indem sie Pullover und Socken aus Nesselgarn strickte. Und dann irgendwann starb Stalin, irgendwann konnte man hoffen, dass die Gefangenen entlassen werden. Dann, als sie irgendwann beim Boxen zuschaute, kam jemand in die Halle, den sie bereits kannte: Ein  Boxer, der als Kesselarbeiter im Gefängnis arbeitete. Er kam auf sie zu und flüsterte, ihr Mann werde gleich entlassen, und er, der Boxer, werde sie dorthin begleiten. Und so gingen sie zusammen, der Boxer und die Dame…

Sie liebt Boxen. So einfach ist es.