Ewa Maria Slaska
Praca
Dawno nie byłam w rodzinnym mieście, ostatnio znacznie częściej bywam w Warszawie, trzeba jednak było zawitać do Sopotu. W smutny poniedziałek powyborczy pojechałam do Gdańska do Europejskiego Centrum Solidarności. Oczywiście wiedziałam ze zdjęć, jak wygląda, ale jednak nie byłam przygotowana na ogrom tej budowli. Zmasowana masa masy zardzewiałego żelaza, z którego zbudowano skorupę budynku przytłoczyła mnie i wbiła w ziemię.
Zardzewiałe żelazo to ostatnio w muzeach niemieckich materiał używany w budynkach poświęconych cierpieniu i martyrologii lub tych, w których nie wolno zapomnieć o cierpieniu i martyrologii. Szary matowy kamień, ciemne drewno i zardzewiałe żelazo są stylistyką pamięci o ofiarach. A rdza już najbardziej, rdza – krwawe łzy żelaza.
A przecież stoję przed budynkiem, który uświetnia naszą walkę i nasze zwycięstwo! Owszem były w tej walce i ofiary. Nie bez powodu gmach ECS wzniesiono tuż za Murem Stoczni, w najbliższym sąsiedztwie Pomnika Poległych Stoczniowców i jeszcze obok Ściany Płaczu czy Muru Pamięci, gdzie tablice przypominają różnych innych poległych i zamordowanych za Polskę Wolną i Niepodległą, łącznie ze zmarłymi katastrofy smoleńskiej.
Tym niemniej do budynku wchodzi się przez Bramę Stoczni, tę bramę Stoczni im. Lenina, przez którą przeskoczył Wałęsa, aby objąć przywództwo strajku, a ten zmienić miał oblicze świata, tę bramę, na którą wskoczył, aby, młody i charyzmatyczny, obwieścić owemu światu, że właśnie wygraliśmy. Wygraliśmy wtedy dopiero pierwszą rundę, były i inne, takie, w których lecieliśmy na deski, ale w końcu zawsze udało się nam stanąć na nogi, a zanim kalendarz odliczył do dziesięciu, nie było już Muru Berlińskiego, Żelaznej Kurtyny i Związku Sowieckiego, bo wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy!
Szkoda więc, że Centrum Europejskiej Solidarności jest ponure i straszy ciemną krwią poległych.
Ależ nie – powie ktoś. To żelazo to nie pamięć o ofiarach, to statki na stoczni. To stoczniowcy. Odpowiem, że jeśli tak, to jest to symbol nieadekwatny, bo nawet jeśli po stoczni walało się pordzewiałe żelastwo, a wszędzie w komunie walało się pordzewiałe żelastwo, to jednak statki robi się nie z żelaza, a ze stali, a ta nie rdzewieje.
Przytłacza mnie ogrom tego budynku, zwłaszcza, że został zbudowany na pustyni. Nie ma stoczni, nie ma stoczniowców, nie ma statków. W tle, aż po horyzont, postindustrialny ugór, nieużytki, wiatr, klepisko. Ale nigdzie nie wala się zardzewiałe żelastwo, stoczniowe nieużytki zostały schludnie zamiecione. Trochę absurdalny i trochę nie na miejscu jest więc ten budynek pamięci o stoczniowcach, żywych czy martwych, w miejscu, gdzie najpierw oni wygrali, ale potem (za to?) odebrano im pracę i dumę z pracy. Groteskowy grymas paskudnej gęby Historii.
To nie pierwsze na świecie takie miasto przemysłowe, które umarło, gdy skończył się przemysł. W Detroit w dawnych fabrykach hoduje się pszczoły. W Zagłębiu Ruhry i na Łużycach zalano wodą wyrobiska węgla i posadzono kwiaty. Tak powstały obiecane Kwitnące Krajobrazy. Obiecał je 25 lat temu, w dniu Zjednoczenia Niemiec, co też przecież było konsekwencją skoku Wałęsy przez Bramę Stoczni, ówczesny kanclerz – Helmuth Kohl. Blühende Landschaften.
Ale skoro Stocznia mimo całej swej wolnościowej i solidarnościowej symboliki i tak już została rzucona na żer neokapitalizmu Zjednoczonej Europy, to może trzeba było dla celów muzealnych wykorzystać piękne stare hale stoczniowe a nie budować nowe gmachy?
Nie warto debatować, stało się, jak się stało, nikt mnie nie spytał o radę (nikt mnie nigdy nie spytał o radę, a szkoda, po prostu szkoda…), stare hale stoczniowe niszczeją, a przed nami wielki nowoczesny budynek z metalu, kolejna powtórka z Liebeskinda, nawet ładna, ale szkoda że powtórka. Tyle że w tych kilku budynkach Liebeskinda, które widziałam, jednym z elementów tworzących wnętrze ogromnej bryły jest światło. Tymczasem w budynku ECS jest ciemno i ponuro. Wnętrze jest ciekawie rozczłonowane, ale nadzwyczaj ciemne. I mówię to po wizycie tam w słoneczny poranek. Ciekawe jak jest w listopadzie? Całą podłogę i po części ściany zajmują rośliny. Pomysł ciekawy, oryginalny i… nieludzki dla roślin, które rosną w szeregach, karne jak żołnierze, martwe i szare. Patrzę na te rośliny i patrzę, chcę, żeby mi się podobały, ale nie mogę się przemóc. Jest mi tak, jakbym weszła do farbryki, gdzie zatrudniono dzieci. Gdy powstanie ruch społeczny w obronie roślin wykorzystywanych bezdusznie jako budulec architektoniczny, ECS będzie pierwsze w Polsce na liście obiektów walki.
Nie mogę już fotografować, bo, jak zwykle!, wyładował się akumulatorek w aparacie, mimo to oglądam kamienne ściany, kamienne podłogi, dalekie czarne tunele korytarzy, ogromne przestrzenie westybuli sięgające w górę na kilka pięter. Do góry wjeżdża się ruchomymi schodami. Podnoszę nogę, by wejść na pierwszy stopień, gdy zaczyna się najgorsze…
Dopada mnie młody pracownik firmy Viking (Wiking?), odpowiadającej za porządek i bezpieczeństwo Centrum. Bilet! Nie mam biletu i nie chcę mieć, nie przyszłam na wystawę (zresztą znam ją już), chcę po prostu wjechać na górę i obejrzeć wnętrze z innej perspektywy. Nie wolno, trzeba mieć bilet. No ale… mówię i milknę. Bo właściwie dlaczego mam płacić za bilet? Dlaczego nie mogę wejść za darmo na wystawę, która nie tylko dotyczy wielkiej i ważnej części mojego życia, ale na którą symbolicznie lub faktycznie składają się elementy tego życia. Dlaczego ja? Dlaczego my wszyscy, którzy wtedy walczyli lub wspomagali tych, co walczyli? Dlaczego my wszyscy, którzy mieszkali w mieście objętym strajkiem, gdzie było tak nieprawdopodobnie ciężko żyć, a przecież stawiliśmy temu czoła? Dlaczego my, w Polsce, gdzie władza mogła nas w każdej chwili potraktować jako zakładników, i za poparcie dla buntu na stoczni odebrać pracę albo wycofać ze sklepów mięsnych ochłapy, a ze spożywczych masło, jajka, cukier i ser? Dlaczego mamy płacić po 17 złotych (bo tyle kosztuje bilet) za nasze życie wystawione na sprzedaż dla turystów?
Czy powstanie jakiś solidarnościowy ZBoWiD (a może już powstał, tylko ja nic nie wiem) gdzie będą nam odcinać kupony i ustalą taryfę wejścia na wolnościowe wystawy w całym kraju, zostaniemy podzieleni na klasy, klasa I nic nie płaci, klasa ostatnia płaci 17 złotych.
Zamykam usta i patrzę na strażnika.
– Wie Pan co, mówię, strasznie nas wszystkich zmienił kapitalizm. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, żeby nie pozwolił Pan komuś popatrzeć.
– Nie zamierzam przez Panią stracić pracy!
Nie chcę, oczywiście nie chcę, żeby ten młody człowiek stracił pracę, ale…
– Proszę Pana, to przecież nie może być bezwzględny argument w każdej sprawie. Ci, których mamy tu pamiętać, gdy podejmowali decyzje, nie myśleli o tym, że stracą pracę…
– Nie musieli. W komunie była praca dla wszystkich!
***
Bazylu, ja wiem, to nie twoja sprawa! Poglądy i arogancja szczeniaka, zatrudnionego przez firmę ochroniarską, nie mogą zaprzątać myśli dyrektora wielkiej europejskiej instytucji. Ale chciałam ci powiedzieć, że zostałam w twojej firmie potwornie obrażona, ja, a ze mną miliony Polaków.














