Seume i Fermor. Grudniowa wędrówka

Ewa Maria Slaska

SeumeJGLubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.

Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld

9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

fermor
Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda.  Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.

Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?

Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.

Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.

 

Jubileusz

Ewa Maria Slaska

andrzejandrzej2

Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967.  Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.

Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.

andrzej3aJuż o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.

andrzej3Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.

andrzej1Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.

andrzej3bA poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:

Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!

Brawo, brawo. Huczne oklaski.

PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.

Świat jest mały.

 

Stare papiery 2 – Sławomir

szkic1Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

W starych papierach większość stanowi korespondencja urzędowa. Nie trafiłam jeszcze na notatki, zapiski, szkice nawet są rzadkie, choć przecież Mama rysowała zawsze i wszędzie. Jest dużo wycinków z gazet, „Trybuna Ludu”, „Głos Wybrzeża”, znalazłam nawet ten tak poszukiwany przedtem biuletyn „Między innymi” z tłumaczeniami wierszy Alfonsiny Storni. Mama wysłała do redakcji 12 wierszy, opublikowano tylko 11, nie starczyło miejsca na pierwszy wiersz w nadesłanym zestawie – „Chcesz, bym była biała”. Redakcja nie zastosowała się też do prośby o „zachowanie kolejności chronologicznej”, wiersze są przemieszane: starsze i młodsze na przemian. Notka wprowadzająca nie jest podpisana, wygląda to tak, jakby przywołanie nieznanej poetki i przybliżenie jej czytelnikowi było zasługą redakcji, nazwisko tłumacza bladą kursywą na dole ostatniej strony, niemal nie zauważalne.
To oczywiście był, a po części nadal jest, problem, z jakim musiał się borykać niemal każdy tłumacz.
W korespondencji Mamy zachowało się sporo listów do różnych redakcji z informacją, że to ONA jest tłumaczką, że to ONA napisała komentarze, wyjaśnienia, przypisy, notki… Odkryty i tłumaczony przez nią poeta był przekazywany publiczności jako Gesamtkunstwerk, Mama łączyła w takiej prezentacji oryginalny tekst poetycki i tłumaczenie, słowo pisane i mówione, muzykę, pracę graficzną, komentarz naukowy, gawędę, rozmowę z odbiorcą. Lubiła spotkania autorskie, wywiady, nagrania radiowe, wystawy, książki, czasopisma.
Każda metoda i każdy szkic6środek przekazu były dobre, bo służyły upowszechnianiu dzieła poety. „Jej” poeci byli na stałe obecni w jej życiu, a przez to oczywiście i w naszym.

W masie papierów urzędowych, „papierzysk” powiedzieliby rodzice, pojawia się ni stąd ni z owąd pocztówka wielkanocna z Rzymu. Mama lubiła pocztówki – w tych szarych czasach wszyscy lubiliśmy pocztówki, zwłaszcza te z zagranicy, bo były kolorowe – nigdy ich nie wyrzucała, odziedziczyłam po niej ogromne pudło kartek i obrazków, ale zbierała je osobno, tu, w urzędowych teczkach zawieruszyła się tylko jedna pocztówka – duże, błyszczące czerwone wielkanocne jajko.

Wśród podań o stypendia, zawiadomień o terminie zebrań i formularzy paszportowych pojawia się czasem korespondencja osobista. Na przykład odręczny list na odwrocie spiętego spinaczem maszynopisu.

Warszawa, 5.I.64

Wielce Miła Pani Ireno!szkic3

Zgodnie z naszym porozumieniem przysyłam Pani drzeworyty oraz moje wypociny. Pragnąłbym, aby ta moja pisanina znalazła uznanie w Pani oczach, jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że ktoś inny mógłby to uczynić lepiej. Jeżeli mimo, tych moich obiekcji, wydawać się Pani będzie, że artykuł nie jest taki zły i trafnie oddaje ducha Pani twórczości, poczytam to sobie za zaszczyt. Mile wspominając możność poznania Pani, tuszę że na tym nie zakończą się nasze kontakty towarzyskie. Przesyłam przy okazji serdeczne życzenia pomyślnego Nowego Roku, dla Pani i całej rodziny, szczególnie życząc Pani sukcesów drzeworytniczych.

Zawijas, ale z maszynopisu odczytuję imię i nazwisko: Sławomir Bołdok

O dziwo, gdzieś w papierach odnajduję maszynopis, kopię oczywiście, listu, jaki Mama napisała do pana Bołdoka. Takich sytuacji w tych poszukiwaniach raczej nie ma, bo prędzej to, co powinno być razem, rozpadło się i część zniknęła, niż na odwrót, ale rzeczywiście mam list i to długi, półtorej strony maszynopisu. Podobnie jak w liście powyżej styl, ortografia i interpunkcja są zgodne z oryginałem.

szkic5Bardzo miły Panie Sławku.
Otrzymałam dzisiaj Pański artykuł, oraz grafikę w dobrym stanie, co – znając zdolności naszej poczty – należy specjalnie podkreślić. Cieszę się że pomimo wielu godzin gadania ze mną, był Pan w stanie spłodzić ten artykuł – pamiętam że wsadzając mnie do autobusu uskarżał się Pan na zamęt jaki udało mi się wprowadzić do Pana koncepcji literackich na mój temat. Ja zresztą od razu liczyłam na odporność zdrowego organizmu – widać było że chłop mocny i jakoś wyżyje. Mówiąc poważnie – to bardzo dobrze napisana rzecz. Poprawki jeśli na nie nie jest za późno, widziałabym 3 (trzy) i to raczej w detalach. Zalet – parę tuzinów. Żeby mieć to z głowy zacznę od poprawek. 1) Sprawa chronologii : (str.3) – cykl „Romancero cygańskie” (r. 1961) jest wcześniejszy od „Okupacji” (1962), której pierwsza praca – „Transport do Birkenau” – jeszcze korzeniami szkic4siedzi w Hiszpanii swego poprzednika. To widać i formalnie, w kolejnym procesie przechodzenia z konturu w plamę. 2) Str.1 u dołu. Zwrot „… w cieniu gwiazd pierwszej wielkości” wraz kontekstem. Może wolałabym tego nie widzieć w takiej formie. Sprawa gwiazd pierwszej wielkości, a również i trwałości, rozstrzyga się definitywnie raczej pośmiertnie. Żeby to już teraz wiedzieć na pewno jesteśmy chyba za młodzi, i Pan i ja. W kreowaniu gwiazd niewątpliwie działa szereg czynników pozaartystycznych – od szczęścia i utrafienia w aktualne potrzeby chwili ,do mody, szansy, reklamy, czy poparcia. Przypuszczalnie też uniknęłabym w poprzednich latach szeregu kłopotów typu finansowo-administracyjnego, gdybym zgodziła się na miejsce w cieniu, albo wyraźniej : na rolę cienia – satelity. Pan przecież wie, że to nie moja rola. 3) Str. 3 w połowie. Zwrot „… przeżyciami innych ludzi”. Może lepiej „przeżyciami ludzkimi”, czy „przeżyciami człowieka” ? To są transpozycje albo własnych uczuć, albo spraw, które obeszły mnie do tego stopnia, że przestały być cudze. Reszta uwag to same plusy. Podoba mi się podkreślenie subiektywizmu tej sztuki, opis szukania emocjonalnego wyrazu bez stawiania znaku równości z ekspresjonizmem. Wzruszył mnie opis poszukiwań twórczych będących przygodą i przeżyciem . Naprawdę z wyczuciem napisał x Pan o drewnie, okazując mu w Swojej twórczości t.zn. w słowie niemniej szacunku i zrozumienia, niż ja w realnym cięciu drzeworytu. Wreszcie cieszę się ,że nie próbuje mnie Pan na siłę zaliczyć do jakiejś szkoły czy grupy – jako typowy „kot, który chodzi własnymi drogami” podzielam całkowicie to zdanie. A pozatem ubawi Pana zapewne wiadomość, że dopiero z Pańskiego artykułu dowiedziałam się szeregu ciekawych uwag o zasadach i rozwoju moich kompozycji. xxxx Istotnie „podróże kształcą” – choćby tylko na parę dni do Warszawy. Cieszę się więc z tego artykułu i będę z niecierpliwością xxxx oczekiwać jego ukazania się w druku. Cieszę się też, że dał nam on „prawo alibo pozór” do zawarcia tej, chyba szkic2bobustronnie interesującej, znajomości. Wieczór przegadany z Panem w każdym razie był jednym z przyjemniejszych momentów w dość męczącym, zaganianym i bardzo mroźnym pobycie w stolicy. Gdyby Pan kiedyś miał nadmiar dobrej woli oraz wolnego czasu, proszę do mnie parę słów napisać. Zazwyczaj odpisuję. Proszę o wybaczenie urzędowo- maszynopisowego rodzaju listu. Od tylu lat używam pióra i ołówka do różnych niegodziwych xx celów, że wyrób czytelnych i rozpoznawalnych liter sprawia mi poważne trudności.

Łączę dużo serdecznych pozdrowień oraz życzeń
na pozostałe 350 dni jeszcze prawie Nowego Roku

Podpis – czytelny, ale może to tylko mi się tak wydaje.

I na dole stroniczki: Wrzeszcz, 16 stycznia 1964

Nie wiem, jak to było możliwe, że Mama dała komuś grafikę?! Zostawiła ją u niego?! W Warszawie?! A sama wróciła do Gdańska? I on ją odesłał w dobrym stanie i od razu! W głowie się nie mieści. Nie pamiętam, by Mama pożyczyła komuś grafikę. Nie pamiętam, niemożliwe, nigdy nie dawała, nie pożyczała…
I w ogóle, jak to się stało, że ją przy sobie miała?! W Warszawie, na mieście, bo spotkali się chyba u niego w domu. Znamienne musiało to być spotkanie.

slawomir2
Była zimą w Warszawie, być może w okolicy Bożego Narodzenia. Czy my też tam byliśmy, Tata i my dwie? Czasem jeździliśmy wszyscy na święta do Warszawy. Pamiętam jeden taki wyjazd, ale wtedy żyła jeszcze moja cioteczna Babka Karusia, która zresztą wtedy na te zapamiętane święta nie przyjechała, dlatego dobrze mogę wyznaczyć czas tamtych świąt – przed 1963 rokiem, bo Karusia umarła mniej więcej w tym samym czasie, co Kennedy, a rocznica śmierci Kennedy’ego była wczoraj.

Postanawiam poszukać pana Bołdoka. Znajduję go w spisie wykładowców Uniwersytetu im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, w Instytucie Historii Sztuki. Imię i nazwisko się zgadzają, Warszawa, historia sztuki. W internetowym życiorysie nie ma daty urodzenia, ale to musi być on. Od roku 1953 czynny zawodowo, a więc starszy już pan. Ale, gdy się spotkali, był koło trzydziestki. Czarujący młody człowiek, jestem tego pewna! Na stronie nie ma maila, nie ma telefonu. Jasne. Telefonuję, a potem wysyłam maila do sekretariatu.

Pan Sławomir odzywa się już nazajutrz. Bombarduję go pytaniami. Ale już z maila wiem, że był to artykuł napisany na zlecenie redakcji “Przeglądu Artystycznego”. W następnym mailu pan Sławomir podaje nr czasopisma – 3 ( 19 ) z 1964 r. str. 43 – 45, przysyła skany  i odpowiada na niektóre z moich pytań. Grafika Mamy była na  wystawie. “W galerii nie było fotografii prac a ponieważ obojgu zależało nam na zdjęciach do numeru P.A. otrzmałem od p.Ireny kilka prac po zamknięciu ekspozycji dla sfotografowania w redakcji, pod warunkiem, że zadbam o ich odesłanie. Z czego jak Pani widzi wywiązałem się.”

Widzę! Komunikacja internetowo-mailowa jest boska! Ale szperanie w papierach też.

PA1

 PA2PA3W tekście szkice Mamy znalezione wśród dokumentów urzędowych, jej list do Sławomira Bołdoka oraz skany artykułu w Przeglądzie Artystycznym.

W przyszłym tygodniu w sobotę – Kobiety nad morzem

I jeszcze porada kulturalna na ostatnią chwilę. Dziś w Galerii 3778 na ulicy Mazowieckiej 11a w Warszawie kończy się wspaniała wystawa Katarzyny Słowińskiej-Kucz “Oni także byli dziećmi” – kto może, niech czym prędzej biegnie ją obejrzeć, a jak nie zdąży, to niech szuka wszędzie i może gdzieś znajdzie, tak jak i ja to będę czynić. Amen.

Reblog: Aleka Polis, Jawna partyzantka i głowa byka

Dziś otwarcie wystawy Aleki Polis w Staniszowie. To pod Wrocławiem, zachęcam więc ludzi z Wrocka-Klocka, żeby tam pojechali, zobaczyć tę niezwykłą artystkę i jej dzieła. Zaczęłam od filmiku, który jest skrajnie lekki, a teraz przejdziemy do tekstu, który skrajnie ciężki. Nie to nieprawda, oczywiście. Ale jest to na pewno tekst uczony.

Więcej o wystawie: Staniszów

oppositeAgnieszka Żechowska

Bestia w szponach Europy. O sztuce Aleki Polis

„Europa nie jest czymś, co czeka na odkrycie; Europa jest misją – czymś, co należy dopiero powołać do istnienia, stworzyć, zbudować. Wypełnienie tej misji wymaga ogromnej pomysłowości, wytrwałości w dążeniu do celu i wytężonej pracy. Być może jest to praca, która nigdy się nie kończy, wyzwanie, któremu nie sposób sprostać w pełni, perspektywa na zawsze nieosiągalna.” (Bauman)1.

Jedną z odpowiedzi na pytanie o przyszłość Europy jest artystyczna wizja obalenia dotychczasowej, niedokończonej konstrukcji i zbudowania na jej gruzach nowych fundamentów. Realizacja tej wizji wymaga spojrzenia na historię z odwróconej perspektywy, wniknięcia w głąb jej zwierciadlanego odbicia, cofnięcia się do prehistorii, wkroczenia, za pomocą jakiegoś tricku na orbitę czasu mitycznego, w obszar „pierwotnego” chaosu i opowiedzenia nigdy nie opowiedzianej, przemilczanej, zakazanej –„ jej własnej wersji mitu założycielskiego” – Herstory.

Aleka Polis podejmuje w swych pracach próbę zdekonstruowania narracji o początku rzeczy oraz odzyskania „pradawnego” wzorca kobiecej historii. Cykl filmów Wzorzec Herstorii, do którego należą: Hylogenia, Tytanida, Pustynna Triada, Zmierzch bogów oraz Katharsis I i II wyznacza horyzont mitycznej kosmogonii. Spotykają się tu kres i początek w cyklu przemian życia i śmierci. Horyzont ów jest dla artystki obszarem chaosu – pełnym niepewności i ambiwalencji, podobnie jak w ujęciu Jane Harrison, dla której „Chaos jest przestrzenią pomiędzy Ziemią i Niebem”2. W filmie Aleki Polis Hylogenia Ocean/Ziemia i Niebo zszywane są ze sobą na linii horyzontu, tym samym pojawia się wiążący  je pas ambiwalencji. Artystka jest tu mediatorem – tricksterem, który na wzór Prometeusza, niesie ogień twórczej przemiany, łączy przeciwieństwa i znosi hierarchiczne podziały.

Ziemia jest głównym motywem mitu początku i bywa utożsamiana z Wielką Matką władającą życiem i śmiercią. Jak pisze Harrison, „Kult Ziemi na świecie wyprzedza kult Nieba”3. W filmie Pustynna Triada Aleka Polis przedstawia kobiety orzące piaszczystą glebę. Jedna z kobiet ciągnie pług, druga go prowadzi, trzecia zaś interpretuje Tarota. Karty odzwierciedlają cykliczność przemian, a wyłaniająca się z nich opowieść koresponduje z obrazem stymulowanego pługiem „ciała” Ziemi.

Karl Kerenéyi zauważył, że w mitologii greckiej „Stwórcą świata jest poeta, który o tym opowiada”4. Poeci (mężczyźni) pisali o Matce-Ziemi w pierwszych akapitach narracji o początku, lecz w kolejnych, już odmawiali jej pierwszeństwa, uznając prymat niebiańskiej – męskiej potencji i aktywności. Tym samym męskie libido nabierało cech niewidzialnego bóstwa, uobecniającego się w fallicznych formach lub powiązanych z fallusem postaciach zwierząt. Kobiecość utożsamiona z Ziemią podporządkowana została męskiej dominacji. Mity dostarczają wielu przykładów hierarchicznego porządku płci i władzy. Monika Bakke w książce Bio-transfiguracje zwróciła uwagę na to, że „mityczne intergatunkowe pary charakteryzują się na ogół dwoma cechami: po pierwsze, są one heteroseksualne, po drugie zwierzęcy partner jest płci męskiej. […] Bestia, zwierzę, mężczyzna, bóg […] to partner uosabiający bardzo wyraziste cechy dominacji i władzy.5

Aleka Polis w roli trickstera wkracza w obszar chaosu, z którego wydobywa świat na nowo i konstruuje opowieść odmienną od dotychczasowych. Jednym z kluczowych motywów jest wspomniany wcześniej mit Europy utożsamianej z Gają-Ziemią. We własnej wersji mitu artystka ukazuje księżniczkę w roli pogromczyni i zabójcy antycznego boga Zeusa i jego wcielenia byka–bestii. Przykładem podobnej zbrodni był czyn biblijnej bohaterki – Judyty, która dzięki podstępowi pokonała wodza Asyryjczyków – Holofernesa. Ścinając mu głowę ocaliła Izraelitów broniących miasta Betulia. Dzięki temu stała się przykładem cnót i czystości.

Według Owidiusza, Jowisz (Zeus) aby uprowadzić córkę fenickiego króla Europę, przybrał postać białego, łagodnego i budzącego zaufanie byka. Europa nie spodziewała się podstępu, a nawet – jak pisał Owidiusz – odważyła się „siąść na grzbiecie byka, nie wiedząc co czyni.”6 Konsekwencją uprowadzenia było zerwanie więzi z własnym środowiskiem, a tym samym skazanie na zależność od porywacza. Mit przez wieki inspirował poetów i malarzy, jednakże nieomal wszystkie jego interpretacje posiadają męskie autorstwo, nie naruszając i nie kwestionując leżących u podstaw: uprowadzenia i gwałtu.

Aleka Polis w projekcie zatytułowanym Tricktser odmienia role i losy bohaterów mitu. Odwraca relację władzy i siły, uprzedza gwałt i mści się za jego zamiar. W ten sposób narusza „fundament europejskiej cywilizacji”, oznajmia kres władzy bogów olimpijskich. W zamian uwalnia siły i bóstwa chtoniczne, zrodzone z Ziemi – Tytanidy i Tytanów.

Mitologiczne losy Europy przypominają losy porwanej przez Hadesa Kory/Persefony, której matka Demeter rozpaczając po utracie córki, uczyniła ziemię nieurodzajną; sprowadziła na ludzi głód, ukazała im swoje śmiertelne oblicze. Ziemia zaczęła jednak rodzić na nowo w wyniku ugody pomiędzy rodzicami – Demeter i Zeusem. Córka mogła na powrót spotkać się z matką. Jednakże opuszczając „niewolę” była już kimś innym. Zachęcona, skosztowała owoc granatu z ogrodu Hadesa i w ten sposób na zawsze związała się z podziemną krainą, do której musiała powracać każdego roku dla upamiętnienia owej „sceny pierwotnej”. Roberto Calasso zwrócił uwagę na podobieństwo obu mitologicznych wydarzeń (uprowadzenie Europy i porwanie Kory) . Wydarzenia te ukazują proces tworzenia porządku opartego na seksualnej władzy mężczyzny nad kobietą i uzurpacji męskiej potencji do bycia zasadą płodności i siłą twórczą. Aleka Polis także utożsamia ze sobą Europę i Persefonę. Przedstawia siebie w obu rolach jednocześnie – z owocami granatu w dłoniach, triumfującą nad głową pokonanego byka.

Zamach na boski, a zarazem męski autorytet, był gestem iście prometejskim – wypływał z niezgody na przemoc legitymizowaną przewagą siły i zdolnością do cielesnej przemiany podsycanej namiętnością. Z. Bauman przypomniał, że, „Goethe określił kulturę europejską mianem kultury prometejskiej” 7. Europa miała zawdzięczać swoją ekspansywność „przebiegłości, tupetowi i śmiałości” Prometeusza. Aleka Polis ukazuje inne – bliźniacze oblicze Prometeusza-Europy, wyłaniające się zza kulis historii, śmiało spoglądające w zwierciadło zdarzeń, świadome swojej ludzkiej i zarazem nie-ludzkiej, boskiej i nie-boskiej kondycji – oblicze „Konieczności sterowanej przez trzy Mojry i Erynie”. Te pierwsze to boginie władające życiem i śmiercią zarówno ludzi jak i bogów, te drugie to boginie zemsty. Jan Kott analizując dramat Ajschylosa Prometeusz skuty zwrócił uwagę na fragment greckiego dramatu, w którym tytan w dialogu z chórem wyznaje, że Zeus „także nie może ujść przeznaczeniu”8 – Konieczności.

Ofiara z głowy byka- Zeusa symbolizuje wykastrowanie jego zdolnego do przemiany organu, a zarazem symbolu podstępnego rozumu. Dekapitacja przypomina o nieuniknionym losie. Artystka dedykuje zemstę ofiarom gwałtów i przemocy – kobietom oskarżonym o czary, szaleństwo, herezję i spalonym na stosach. Nazwiska tych kobiet umieszcza w jednej ze swoich prac zatytułowanej Zwierciadło prostych dusz. Nadaje im formę niekończącego siętekstu, który rozwija się w dwóch przeciwstawnych sobie kierunkach, przy czym jeden jest lustrzanym odbiciem drugiego . Ów tekst, niczym akt oskarżenia staje się tłem w fotografiach należących do projektu Trickster. Na jednej z nich widać głowę byka odbijającą się w tafli postumentu, zakrwawiony topór obosieczny oraz ocierającą pot z czoła „zabójczynię”; na drugiej pojawia się „Europa-Persefona” z czerwonymi owocami granatu, z których jeden podrzuca zwycięsko nad broczącą krwią głową ofiary.

Zwierciadłu prostych dusz i „zamachowi” na byka-Zeusa patronują dwie postaci. Jedną z nich jest Judyta, której atrybutem stała się głowa Holofernesa. Jej czyny opisywano w średniowiecznych księgach umoralniających tak zwanych Speculua Virginum (zwierciadła dziewic); stawiano ją tam za wzór pokory i czystości. Drugą patronką jest beginka i mistyczka Marguerite Porrette, autorka Speculum simplicium animarum, które tłumaczono niekiedy jako Zwierciadło dusz prostych i unicestwionych. Głoszone w nim poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, ignorowały jego rolę i znaczenie. Z tego powodu Porrette oskarżona została o herezję i spalona na stosie wraz ze swym dziełem w 1310 r.

Motyw zwierciadła w projekcie Trickster uobecnia się w formach podwojonych. Reprezentują je dwa owoce granatu lub dwa ostrza labrysu. W kulturze minojskiej (na Krecie) labrys pełnił funkcję rytualną. Zadawano nim ciosy bykowi przeznaczonemu na ofiarę. Przyjmuje się, że materialne pozostałości tej kultury z licznymi przedstawieniami formy podwójnego topora, są śladami epoki matriarchalnej lub takiej, w której kobieta posiadała bardzo wysoką pozycję. Współcześnie labrys stał się symbolem lesbijek.

Kreta to miejsce narodzin Zeusa i miejsce osadzenia Europy. Być może wyspa była sceną pierwotnego „gwałtu” i przewrotu patriarchalnego, którego sens kiełkował w tajemniczych misteriach przemiany powiązanych z kultem Demeter i Persefony. Narodziny fallicznego bóstwa w finale misterium, ustanowiły prymat męskiej zasady płodności znajdującej odzwierciedlenie w dziełach poetyckich i w sztuce. Maria Ciechomska w artykule Feminizm a patriarchalna rewolucja zwróciła uwagę na fragment Przemian Owidiusza, w którym poeta skonfrontował ze sobą dwie opowieści: matriarchalną i patriarchalną. Pierwszą reprezentowały Muzy z Pierii, drugą Muzy z Helikonu. Konfrontacja miała formułę konkursu chórów, a forma estetyczna stanowiła kryterium prawdy. Tematem zaś była geneza i znaczenie kultu Demeter i Persefony. Wygrały, reprezentujące poetę, elokwentne Muzy z Helikonu, które swoim rywalkom zarzuciły zdradę i kłamstwo. Muzy z Pierii głosiły klęskę Zeusa w starciu z potworem Tyfonem reprezentującym czasy przedolimpijskie. Pokonane, nie mogły dokończyć swojej opowieści, zostały ukarane niemotą i zamienione w sroki.

Aleka Polis dokonuje rekonstrukcji przerwanej opowieści, odgrywa na nowo misterium ofiary w ambiwalentnej przestrzeni chaosu. Przestrzeń tę opisuje w cyklu Bestiarium podświadomości, którego tytuł nawiązuje do średniowiecznych iluminowanych bestiariuszy przedstawiających realne i fantastyczne zwierzęta. W Bestiarium… ukazane zostały budzące niepokój niezdefiniowane formy: żywe korpusy pozbawione głów-fallusów, zwierzęta żywiące się ranami oraz znaki graficzne przypominające kombinacje chromosomów X i Y, ulegające nieustającej transformacji. Ponadto zakwestionowane zostały punkty odniesienia takie jak góra i dół. W utworzonym „laboratorium płci” dokonują się wciąż na nowo procesy separacji, kastracji i łączenia.

Odcięta od cielska głowa byka w projekcie Trickster symbolizuje klęskę Zeusa, a zarazem odrodzenie ziemskich mocy bóstwa chtonicznego, wynurzającego zwieńczoną księżycowymi rogami głowę z ziemi okrytej śniegiem. Ostatnia odsłona zaaranżowanego przez artystkę „misterium” ma miejsce na skraju lasu, gdzie przy dogasającym ognisku i złożonej obok zwierzęcej czaszce, zasnęły dwie kobiety. Nad nimi świta jutrzenka, gwiazda poranna (łac. eosphoros – niosący świt) utożsamiona z Wenus, którą starożytni Rzymianie nazywali Lucyferem – niosącym światło (od lux: światło; ferre: nieść).

Prometeusz (również niosący światło) zasłużył się dla ludzkości kradzieżą ognia olimpijskiego, za co został ukarany. Ogień przeniesiony został w wydrążonej łodydze kopru włoskiego, którą Sigmund Freud utożsamił z penisem uwzględniając jego dwie funkcje: gaszenia (związaną z oddawaniem moczu) i rozniecania „ognia” namiętności. Kradzież ognia oznaczała dla ludzi, że mogą poradzić sobie bez boskiej łaski błyskawic. Według Freuda wydrążoną łodygę można też utożsamić z waginą i przypisać Prometeuszowi cechy obu płci. Pochodnia w mitologii antycznej była atrybutem wielu bóstw kobiecych. Posługiwały się nią Erynie – boginie zemsty. Demeter wyruszyła z dwiema pochodniami w poszukiwaniu uprowadzonej córki. Boginie związane z kultem księżyca – Hekate, Artemida i tytanida Selene, również były przedstawiane z pochodniami. W filmie Tytanida Aleka Polis ukazuje biegnącą torowiskiem kobietę trzymającą w uniesionej ręce żarówkę odciętą od źródła energii – symbol zgaszonej pochodni, zarazem zapowiedź zmierzchu bogów olimpijskich. Wzniecenie pochodni wymaga powtórzenia gestu prometejskiego, artystycznego tricku naruszającego sacrum. Aleka Polis w roli Prometeusza-trickstera (w starożytności portretowanego czasem w czapce artysty-rzemieślnika9) udostępnia odbiorcom zapałki. Na pudełku przedstawia pochodnię na czarnym tle symbolizującym ziemię oraz gwiazdę pięcioramienną – jutrzenkę na tle błękitnym, symbolizującym niebo; horyzont „spina” klamrami czerwonych liter słowa „trickster”, symbolizującymi strefę pomiędzy – chaos. Marzena Karwowska w książce Symbole Apokalipsy. Studia z antropologii wyobraźni zauważyła, że „Czerwień funkcjonuje w kulturze jako kolor fundamentalny, który zawarł w sobie pełnię – życie i śmierć, ich permanentną przemienność.”10 Trzy kolory czarny, czerwony i błękit stały się przewodnim motywem projektu Aleki Polis Trickster. Oprócz serii fotografii z „misterium” – ofiary z głowy byka i pudełka z zapałkami, należą do niego tarcze graficzne: jedna z omówionym już motywem pochodni i gwiazdy, kolejna z motywem topora obosiecznego przypominającego klin spajający ze sobą ziemię i niebo. Trzecia zaś tarcza przedstawiająca miecz i wagę, atrybuty Temidy, bogini bezstronnej sprawiedliwości. Tym razem Ziemia i Niebo połączone zostały wzdłuż osi wertykalnej sugerującej zrównanie tego, co kobiece z tym, co męskie. Intencją Aleki Polis nie jest bowiem przewrót matriarchalny lecz osiągnięcie stanu równowagi i sprawiedliwa dystrybucja praw.

Ogień i pochodnia, podobnie jak głowa byka, to symbole falliczne. Według Kerenéyego „Fallus jest sobowtórem i alter ego Trickstera”11. W pracy Idol Nadwiślański artystka wykorzystała formę falliczną do interpretacji ogłoszonego w mediach w 2006 r. zakazu fotografowania premiera z profilu. Wytoczyła z drewna tralkę przypominającą figurę polityka, która ustawiona „en face” zawsze ukazywała wyparty, lecz nie dający się okiełznać, a ponadto podwojony profil (premiera-prezydenta). Figurka Idola stworzona w oparciu o grę znaczeń słowa „profil”, została przez artystkę umieszczona w wielu miejscach i kontekstach nasuwając skojarzenia z niesfornym pogańskim bożkiem.

Innym nawiązaniem do falliczności była akcja profanacji w Kościele Zbawiciela, w efekcie której powstał film O dildowatości moralności. Calasso opisując czyny Zeusa wysnuł wniosek, że: „Gwałt jest oznaką boskiego ucisku, trwałej zdolności dalekich bogów do zawładnięcia umysłem i ciałem śmiertelnych ludzi.”12 Zaślubiny przez gwałt były w centrum starożytnych misteriów, ale także uobecniły się w zawoalowanej i wysubtelnionej formie w chrześcijańskiej wizji nawiedzenia dziewicy przez Ducha Świętego. Ugruntowały one prymat władzy fallicznej ustanawiającej zasady „gry” i stosującej przemoc moralną. Aleka Polis oświetliła „narzędzie” gwałtu fundujące sacrum poprzez odesłanie do jego zwierciadlanej, sztucznej, służącej przyjemności, imaginacyjnej postaci – dildo. Zorganizowała ślub trzech kobiet przed głównym ołtarzem i przeciwstawiła figurę Prometeusza-Zbawcy (patronującą akcji) postaci Chrystusa-Zbawiciela, zaś mityczną kobiecą trójcę skonfrontowała z mistyczną Trójcą Świętą.

Carl Gustaw Jung w tekście O psychologii postaci trickstera nawiązał do średniowiecznych obyczajów religijnych „opartych na wspomnieniach osobliwych Saturnaliów”. Ujawniały one demoniczne cechy trickstera, jego „nieprzewidywalne zachowanie, bezsensowne niszczycielskie orgie i zadawane samemu sobie cierpienia”; odzwierciedlały również jego „stopniową przemianę w zbawiciela i jednocześnie uczłowieczenie”. Zdaniem Junga: „Właśnie ta przemiana tego, co bezsensowne, w to, co pełne sensu, odsłania kompensacyjną relację trickstera ze >>świętym<<”13 Jung przytoczył opis przebiegu Święta Obrzezania Pańskiego w Notre Dame w Paryżu z 1198 r., w którym jest mowa o „szkaradzieństwach”, „bezwstydnych czynach”, „sprośnych dowcipach i rozlewie krwi”, a także opis piętnastowiecznych uroczystości w rzymskiej Bazylice Świętego Piotra „W samym środku nabożeństwa przebierańcy o groteskowych twarzach, […] odstawiali swoje tańce, śpiewali chórem nieprzyzwoite piosenki, pożerali tłuste jadło w rogu ołtarza tuż obok odprawiającego mszę księdza’.14 Rytuały o podobnym charakterze można obserwować współcześnie na przykład w buddyjskim Bhutanie. W czasie religijnych świąt w przerwach pomiędzy kolejnymi kanonicznymi tańcami mnichów, tricksterzy – klauni dostarczają rozrywki opowiadając sprośne dowcipy, wymachując drewnianymi fallusami, a nawet symulując grupowe para-homoseksualne akty.

Według Kerényi’ego „Prometeusz, dobroczyńca ludzkości, nie troszczy się o siebie i nie jest skory do zabawy.”15, natomiast według Aleki Polis Prometeusz również nie jest prześmiewcą i żartownisiem, choć jego artystyczne interwencje przypominają niekiedy zabawę i nie są całkowicie pozbawione subtelnych humorystycznych akcentów. W głównej jednak mierze jest on/ona anarchistą, rebeliantem i buntownikiem, który poważnie traktuje swoją misję redukowania przemocy opartej o boski autorytet. Dla swoich celów wykorzystuje ogień łączący przeciwieństwa: kreację i destrukcję, oraz lustro odzwierciedlające ukrytą stronę rzeczywistości.

***

1 Bauman (2005: 7)/ 2 Harrison (1989: 455)/3 Harrison (1989: 451)/4 Kerényi (2000: 75)/5 Bakke (2010: 121)/6 Owidiusz (2004: 69-70)/7 Bauman (2005: 17)/8 Kott (1999: 26)/9 Kerényi (2000: 90)/10 Karwowska (2011: 98)/11 Kerényi (2010: 207)/12 Calasso (2010: 65)/13 Jung (2010: 222)/14 Jung (2010: 223)/15 Kerényi (2010: 211)

Tekst opublikowany za zgodą redakcji.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i ksiązka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

nenufarVian odwołuje się tu i konfrontuje z powieścią Sartre Mdłości, pierwszą i kto wie, czy nie najlepszą jego powieścią, która ukazała się w roku 1938. Ta książka to manifestacja straszności istnienia jako podstawowej cechy człowieka. Straszna świadomość bytu, której towarzyszą mdłości. La Nausee można oczywiście przetłumaczyć na mdłości, może nawet nie da się inaczej, ale jest to coś więcej. To wyraz rodzaju żeńskiego w liczbie pojedynczej, słowo pospolite a zarazem upersonifikowane, związane z morzem (greckie: nautia, łacińskie: na’usea). Nausee to młoda kobieta, Nauzykaa. To mdłości podróży morskiej. Dlatego Chloe umiera od nenufara czyli tytułowej lilii wodnej, a wraz z nią umiera cały świat.

Pojawia się więc nowa świadomość bytu, straszne pojęcia obcości i absurdu. W groteskowym ujęciu Viana Jean-Sol Partre jest autorem Wymiocin. Otoczony jest histerycznym kultem, jako żywo przypominającym kult gwiazd filmu i estrady, jaki narodzi się dobre pokolenie później.

blotoNausea Sartre’a to młoda dziewczyna.
U Viana pojawią się aż trzy takie młode dziewczyny, Aliza, Izis, Chloe, trzy Gracje, ale zarazem trzy Mojry, z których co najmniej jedna nosi bezpośrednio imię Bogini. Dziewczyny nie tylko reprezentują zagładę, ale po prostu nią są. Nie można bez nich żyć, ale życie z nimi jest niemożliwe. W filmie nie ma motywu Alizy jako bogini zagłady. W książce, gdy Chloe umiera, niszcząc część tego świata, pięknego i wygodnego świata dla bogaczy, miękkiego jak safianowe pudełeczko na komódce kobiety, Aliza, dokonuje reszty zniszczenia, chodząc w miejsca, gdzie spotykają się mężczyźni, po to by wyrwać im serca i spalić ich azyl i dzieło. Reszty dopełnią świat robotników i natura. Ciężka praca za grosze i deszcz, który zamienia kolorowe wesołe miasteczko w szare ciężkie błoto. W błocie natura odzyskuje to, co w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat odebrali jej rzemieślnicy i inżynierowie.

W powieści Vian widzi dwa momenty, w którym kolorowy cyrk szczęśliwości zamienia się w błoto i znój. Pierwszy to choroba Chloe, moment w którym do jej płuca dostaje się lilia. Drugi, wynikający zresztą poniekąd z tego pierwszego, to chwila, gdy w marmurowym sejfie skończyły się złote dublezony i Colin, żeby zarobić na kwiaty dla Chloe, musi iść do pracy.

lilie3W filmie punktem przełomowym jest ślub Colina i Chloe. W podróży poślubnej w połowie świata wciąż jeszcze świeci słońce, ale w drugiej połowie już leje. Wtedy też po raz pierwszy pojawi się praca. Obraz anachroniczny i jakby żywcem wyjęty z Lalki Prusa, gdzie panna Izabela tak samo jak Chloe po raz pierwszy w życiu widzi ludzi, którzy ciężko pracują.

„Droga wiła się. Teraz błoto zaczynało parować. Samochód jechał otoczony białymi oparami o ostrym zapachu miedzi. Później błoto stwardniało całkowicie i pojawiła się szosa, popękana i spopielała. W oddali powietrze drgało jak nad wielkim piecem.” Na ostatnich stronach powieści ten opis, stosownie do postępującego niszczenia świata, wydłuża się. „Colin brnął wzdłuż drogi. Kręciła się pośród kopców zwieńczonych szklanymi kopułami, które w świetle dnia nabierały niewyraźnego odcienia morskiej wody. Od czasu do czasu zadzierał głowę i odczytywał napisy, żeby się upewnić, że idzie we właściwym kierunku, i wówczas widział niebo pokreślone poprzecznie brudnym brązem i błękitem. W oddali ponad zboczami mógł dostrzec ciągnące się kominy głównej szklarni. W kieszeni miał gazetę, w której wyczytał, iż poszukiwano mężczyzn od dwudziestu do trzydziestu lat do pracy na rzecz obronności kraju. Szedł najszybciej, jak mógł, lecz nogi zapadały mu się w ciepłą ziemię, która wszędzie odzyskiwała stan posiadania kosztem budowli i drogi.”

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Film jest marny, książka naiwna, a mimo to, jeśli chcemy choć przez chwilą pomyśleć o tym, co nami będzie, radzę i obejrzeć film (z kin zapewne już znika lub zniknął, jest na youtubie, ale ma paskudną jakość,  zapewne jednak wkrótce pojawi się na DVD), i przeczytać książkę.

Lipsk, książę i manga

Ewa Maria Slaska

Wpis został zadedykowany Julicie
w nagrodę za rozwiązanie zagadki sprzed kilku dni

Jak już zapowiadałam kilka dni temu czyli w dzień św. Jadwigi, zajmiemy się dziś historią wojenną, dziś bowiem całe Niemcy hucznie świętują 200 rocznicę zwycięskiej bitwy pod Lipskiem czyli tzw. Völkerschlacht. Nazywano ją Bitwą Narodów, a stoczyły ją wojska Napoleona  ze sprzymierzonymi wojskami Prus, Rosji, Anglii i Szwecji. Bitwa pod Lipskiem to największa klęska Napoleona, choć to bitwa z Anglikami pod Waterloo w roku 1815 przypieczętowała jego upadek. Bitwa trwała trzy dni, a my Polacy patrzymy na nią zupełnie inaczej niż Niemcy. Bo choć dla Prus wojna napoleońska (1806-1813) podobnie jak dla Polaków to wojna o odzyskanie niepodległości, to jednak oznaczało to coś absolutnie innego. W roku 1806 Napoleon podbił Prusy, które w bitwie pod Lipskiem odzyskały niepodległość. Polacy byli już od roku 1772 w niewoli, a Napoleon obiecał im wojnę z zaborcami i odzyskanie niepodległości. Dla Prus 19 października 1813 to koniec wojny, dla Polaków – koniec nadziei.

W tej bitwie zginął bohater wojen napoleońskich, książę Józef Poniatowski herbu Ciołek (ur. 1763 w Wiedniu, zm. 19 października 1813) – polski arystokrata, generał, minister wojny i Wódz Naczelny Wojsk Polskich Księstwa Warszawskiego, marszałek Cesarstwa Francuskiego, członek Rady Stanu Księstwa Warszawskiego. Poniatowski pierwszego dnia bitwy, 16 października, został mianowany przez Napoleona marszałkiem Francji, co było jedynym takim wyróżnieniem dla cudzoziemca. Cieszył się tym honorem dokładnie trzy dni. Trzeciego dnia bitwy, mając za sobą przedwcześnie wysadzony most na Elsterze, ciężko ranny, rzucił się z koniem do wezbranej rzeki i został omyłkowo ostrzelany przez Francuzów stojących na drugim brzegu. Zginął zastrzelony przez sojuszników, co francuscy historycy potwierdzili dopiero w roku 2005.

mangaWkrótce po śmierci Poniatowskiego rozwinął się w Polsce jego kult ściśle związany z legendą napoleońską – książę był przez stulecia inspiracją dla bojowników o wolność Polski. Ciekawe, że legenda księcia przeniosła się daleko poza Polskę i ośrodki polonijne. Przetrwała też do dziś. Najciekawszym elementem tej legendy jest japońska manga z roku 1991 stworzona przez słynną rysowniczkę japońską Riyoko Ikeda, zatytułowana „Aż do nieba”.  W czasie tworzenia tej historii Riyoko Ikeda była już legendą wśród wielbicieli mangi. Komiks opowiada o Polsce, a jej głównym bohaterem jest książę Józef Poniatowski. Pewnie dlatego była to  pierwsza manga oficjalnie wydana w Polsce, już w roku 1996. Komiks opowiada całe życie księcia, od urodzin po  śmierć w roku 1813. Ne jest to żadną miarą dzieło historyczne, lecz opowieść przygodowa. Z pięknym i odważnym bohaterem, kochanym przez piękne kobiety.

manga2Aż do nieba to intrygi, zdrady i wielka miłość na tle burzliwych wydarzeń Europy na przełomie XVIII i XIX wieku. Autorka narzuca swoistą interpretację dziejów, jednak dość bliską temu, czego uczyliśmy się na lekcjach historii. Wie np., że Stanisław August Poniatowski był słabym politykiem, ale wie też – a tego Polacy wcale nie lubią – że był kochankiem carycy Katarzyny, wcale nie z oportunizmu, lecz z miłości.

Niedawno w wydawnictwie Japonica Polonica Fantastica ukazało się nowe, jednotomowe wydanie Aż do nieba jako tzw., bardzo ceniony przez zbieraczy, omnibus. Kosztuje 59 złotych i jak ktoś lubi komiksy, to na pewno warto sobie tę mangę nabyć. Choć ostatnio, jak ja go chciałam kupić, to Księcia akurat nie było.

A bez zajrzenia do komiksu jako takiego nie wiemy, jak Riyoko Ikeda opowiedziała śmierć księcia i co zrobiła z okrzykiem “Bóg mi powierzył honor Polaków”, bo jeśli księcia zastrzelili sprzymierzeńcy podczas próby powrotu przez rzekę do własnej armii, to nie było to honorowe samobójstwo bohatera w obliczu nieodwracalnej klęski, tylko “friendly fire”.

Reblog: Haytarma – Rückkehr

Zwei Jahrzehnte nach dem Zerfall der Sowjetunion und der Rückkehr der Tataren auf die Krim ist ein Film entstanden, der ein Ausdruck einer lebendigen und selbstbewussten krimtatarischen Kulturszene und eine lang ersehnte filmische Aufarbeitung der traumatischen Erlebnisse ist. “Haytarma” –  ein Film über die Deportation der Krimtataren nach Uzbekistan im Jahre 1944.
Wir übernehmen den Artikel „Повернення народу, що вистояв проти знищення“ aus der Zeitschirft “Кіно-Театр”, Ausgabe 5/2013, übersetzt aus dem Ukrainischen von Oleksandra und Ingo Jakobs vom Ukrainschen Kinoklub
in Berlin.

Die Redaktion hat den Text gekürzt und z.T. neu redigiert, weil er für den Blog zu umfangreich war.

Marija Teterjuk
Die Rückkehr eines Volkes, das die Vernichtung überlebte
Titel: “Haytarma”
Regie: Achtem Sejtablajew
Drehbuch: Mykola Rybalka
Kamera: Wladimir Iwanow
Darsteller: Achtem Sejtablajew, AlexejGorbunow, Usnije Chalilowa, Andrij Mostrenko, Andrij
Saminin, Lesja Samajewa
Produktionsstudio: ART. Ukraine, 2012

Die Erfahrungen eines kollektiven Traumas sind zu Beginn unmöglich in Worte zu
fassen. Nach und nach jedoch wird das traumatische Ereignis in die Geschichte einer
Gemeinschaft übernommen und verliert durch die Integration auf symbolischer Ebene mit der Zeit seine destruktive Wirkung. Erst hierdurch wird die Interpretation des traumatischen Ereignisses möglich. Nach dem Ende der sowjetischen Repressionen gegen das krimtatarische Volk dauerte es 24 Jahre bis es möglich wurde, das wichtigste historische Trauma der Krimtataren filmisch aufzubereiten: Die stalinistische Deportation am 18 Mai 1944.
Die Premiere des Filmes “Haytarma” fand am 17. Mai 2013 statt, einen Tag vor dem
Gedenktag an die Opfer der Deportation. (…) Die Idee zum Film”Haytarma”
stammt vom Leiter des KrimTV-Senders ART Lenur Isljamow, der auch zum wichtigsten Investor und Produzentendes Filmes wurde. Er bat dem Schauspieler des Kiewers Theaters auf dem linken Ufer Achtem Sejtablajew an, den Film zu drehen, der davon so hingerissen war, dass er auf Honorar verzichtete. Obwohl eigentlichTheaterschauspieler, hat Sejtablajew umfangreiche Erfahrungen als Filmschauspieler und Regisseur. (…)
“Haytarma” ist der Name eines tatarischen Volkstanzes, und bedeutet “Rückkehr”.
Die Umsetzung des Filmes ist ein Werk von erfahrenen Profis. Bei der Arbeit am Drehbuch stützte sich Mykola Rybalka auf historische Tatsachen und Erinnerungen von Augenzeugen der Tragödie. Die durchdachte, in sich schlüssige Handlung hält die Spannung beim Zuschauer über die gesamte Dauer des Filmes aufrecht. Diese basiert auf einer realen Episode aus der Biographie eines „Helden der Sowjetunion“, dem Piloten Amet-Chan Sultan (siehe Foto rechts). Im Mai 1944 erlaubte ihm das Kommando seines Regiments, seine Eltern in Alupka zu besuchen. Gerade in die Zeit seines Besuchs fiel die Operation des NKWD zur Deportation der Krimtataren. Es gelang ihm seine Eltern zu retten und sie in dieRegion Krasnodar zu bringen (Nach dem Krieg konnten sie nach Alupka zurückkehren). Dieses historische Gerüst erwacht zum Lebenund wird angereichert durch humorvolle, alltägliche Szenen, Liebesgeschichten und unerwartete Wendungen.  (Den Filmemacher gelang es) die historische Atmosphäre der Kriegsjahre authentisch darzustellen (…) und spektakuläre Kampfszenen in der Luft zu drehen. Da der Film zum Massenkino gehört, beinhaltet er viele Zufälle und einfache Metaphern. (…) Diese “rhetorischen” Abläufe bewegen sich jedoch innerhalb der Grenzen des gesunden Menschenverstandes und der Glaubwürdigkeit.
“Haytarma” arbeitet mit dem kollektiven Trauma der Deportation, das nicht nur die
Krimtataren, sondern auch andere Völker (Kalmücken, Inguschen, Tschetschenen, Karatschai, Balkarien, Mescheten) erlebt haben. Der Film überschneidet sich in einer Episode mit dem Holocaust: Als der Vater von Amet-Chan Dankbarkeit für die Frauen ausdrückt, die gegen die Besatzung gekämpft haben, wird die Tatarin Sajide erwähnt, die jüdische Kinder versteckte.
Der Film versucht dieses Trauma zu überwindenund es in die Geschichte hineinzuschreiben: In der letzten Szene des Filmes strecken sich Kinder unter dem löcherigen Dach eines Güterzuges nach Licht und Luft: Eine strahlende Metapher für die Lebenskraft des krimtatarischen Volkes, die ihm half, unter den unmenschlichen Bedingungen in der usbekischen Siedlungen auf die Rückkehr zu warten. Damit nimmt „Haytarma“ auch an der Bildung der nationalen Identität der Krimtataren teil, für die eine Rekonstruktion des nationalen Gedächtnisses nötig ist. Diese nationale Identität lehnt Aggressionen gegen andere Völker der Krim ab: Der Film zeigt gute nachbarschaftliche Beziehungen zwischen Ukrainern, Russen, Armeniern und Tataren vor der Deportation.
Obwohl „Haytarma“ ein Spielfilm ist, wurde die Deportation selbst im dokumentarischen Stil dargestellt. Das Ziel der Filmautoren war es, (…) die Tragödie zu zeigen und die Erinnerung an sie zu bewahren. So herrscht in Szenen, bei denen es um die Vertreibung geht, nicht die Atmosphäre von Terror und Grausamkeit, sondern von Verlust, Trauer und Sehnsucht. Es gibt weder überflüssiges Pathos noch Theatralik. Beim Dreh der Vertreibungsszenen nahmen Zeitzeugen der Deportation teil, die zum damaligen Zeitpunkt 5-6 Jahre alt waren. Deren Gesichtsausdrücke sind stärker als jede filmische Fiktion. Die Kamera konzentriert sich hierbei nicht an den naturalistischen Details der Gewalt, obwohl es genug davon gibt: Ein Baby zurückgelassen im leeren Haus, ein alter Mann sterbend auf einer Treppe, eine Frau auf die während eines Fluchtversuchs Hunde gehetzt werden.
Man muss jedoch vermerken, dass die Ursachen der Deportation im Film nicht vollständig geklärt werden. Zum Verantwortlichen der Tragödie wird Stalin, jedoch nicht als politische Figur oder reale Persönlichkeit, sondern als infernale Gestalt und böses Schicksal,welches über allen schlüssigen Momenten der Deportation schwebt: Seine Portraits „überwachen“, was im Arbeitszimmer eines Generals und auf dem Bahnhof geschieht. Der Vater von Amet-Chan Sultan stößt gerade auf Stalin an und ahnt nichts Böses, als der General den Befehl zur Deportation gibt. Stalin wird als eine irrationale, böse Macht gezeigt und somit gleicht die Deportation einer Naturkatastrophe: Eine plötzliche, unerklärliche Zerstörung. Der Film widerspricht die Theorie des Verrats an die Nazis, die von der sowjetischen Propaganda verwendet wurde, um das historische Verbrechen der Deportation zu legitimieren. Aber auch wenn die Krimtataren keine Kollaborateure waren, bleibt die Frage, welche Gründe die Deportation in der Tat gehabt hat? War es eine wirtschaftliche Nachfrage nach Arbeitskräften zum Ausbau der östlichen Republiken oder soll man die Tragödie als Vorbereitung zum möglichen Krieg gegen die Türkei verstehen? (…)

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/41/18_May_Monument_in_Sudak_%28Monument_of_Crimean_Tatars_Deportation%29.jpg/320px-18_May_Monument_in_Sudak_%28Monument_of_Crimean_Tatars_Deportation%29.jpg

Und noch eine Frage bleibt im Film unbeantwortet sehr wohl aber in der Reaktionen zum Film: Wie steht Russland von heute zu dieser Tat? Und die Antwort ist paradoxal: „Die Deportation ist die Tragödie des sowjetischen Volkes, nicht des krimtatarischen Volkes“, kommentiert den Film der russische Botschafter in Krim.

Ja, klar, die Täter haben auch ihre Traumas…

 

 

Pierogi w Café Freysinn

freysinnberlin
Café und Bistro im Brunnenviertel, Berlin-Mitte

freysinnCafé und Bistro Freysinn
Jasmunder Straße 5 | 13355 Berlin
Inhaberinnen: Ann-Kathrin Mätzold, Marta Susid
E-Mail: info [at] freysinn.com

Ja? Was ist das? Produktplacement? Werbung? Gar vielleicht – bezahlte? Nein, nein… Hier lesen wir heute – Nicola Caroli und ich. Um 18 Uhr.  Wir lesen auf Deutsch. Im Rahmen des Projekts Woche der Sprache und des Lesens im Wedding 2013. 

Und hier kleine Leseprobe von mir, die auch erklärt, weshalb man nach der Lesung polnische Pirogge essen kann. Überhaupt ist das Essen im Café Fraysinn hervorragend! Echt hervorragend!

Ewa Maria Slaska, Die Persona von Bergmann

“Drei Wochen. In drei Wochen kann man ganz viel schaffen. Was hast du zu verlieren?”
“25 Tausend Euro!!!”
Ich entschließe mich Pierogi vorzubereiten. Ich bin eine Polin, und angesichts einer Katastrophe fängt eine echte Polin an, zu kochen. Es darf etwas nahrhaftes sein und am liebsten auch etwas arbeitsaufwendiges und zeitraubendes. Und ich ahne schon die Ausmaße der Katastrophe… 25 Tausend Euro!
Zuerst kocht man das Sauerkraut. Bis es weich und samten wird. Mit Kümmel, Majoran und Pfeffer. 25 Tausend Euro, verdammt noch mal!
Ich ziehe einen Leinenbeutel aus dem Küchenschrank. Es duftet herrlich nach Weihnachten, Lagerfeuer im dunklen, weißen Wald und Faschingszug auf Schlitten. Die getrockneten Steinpilze.
“Was machst du?! Ich rede mit dir, und du beschäftigst dich mit deinen Pilzen.”
Gerade deshalb denke ich, aber ich sage es nicht. Einem Genie sagt man sowas nicht.
“Ich höre dir zu, Liebling.”
Herrlich duften meine Steinpilze. Ich fühle mich glücklich. Im Hinterkopf wächst zwar die winzige Frage, ob das alles gutgehen wird, ob es nicht zu voreilig ist, schon heute zu sagen, ich sei glücklich. Angesichts einer Katastrophe gehe ich heute noch gern in die Küche und bereite Pierogi vor, währenddessen der Mann an meiner Seite mit seinen intellektuellen Aufgaben ringt. Ich tue es gern, ich bin aber vorsichtig… ach was, es ist schön…
Ich lasse das Wasser kochen, tue die schönen, weissen, breiten Pilzscheiben darein und lasse sie im bedeckten Topf eine Stunde lang schwach sieden.
“Eine von den beiden Frauen ist 40, schön, reich und intelligent…”
“Sprichst du vielleicht von mir? Ausser reich stimmt alles. Ist sie auch in ihrem Beruf erfolgreich?”
“Joanna!!!”
“Ja, ja.”
“Der ganze Film spielt in einer Nervenklinik.”
“War es nicht schon mal in einem Film?”
“Alles war schon mal… ”
Das stimmt.
Ich hacke eine üppige Zwiebel klein und brate sie in der Butter. Herrlich!
“Sie leidet unter unerklärbarer Todesangst. Es beeinflusst sie, die Familie, die Karriere ihres Ehemannes. Carolina…”
“Wer ist Carolina?”
Peter nimmt meine Frage nicht wahr: ” … und ihr Ehemann entscheiden gemeinsam…”
Eine Frau und ihr Mann entscheiden selten gemeinsam. Das sagt mir meine Erfahrung. Aber Peter hat wohl andere Erfahrungen angesammelt. “…dass ob sich Carolina untersuchen lässt. Sie bleibt in einer Klinik. Lediglich die Beobachtungen werden durchgeführt. Dadurch schafft man für den Film eine metaphorische Situation: es spielt sich weder medizinisch noch psychotherapeutisch etwas ab, trotzdem bleibt die Hauptfigur in der Anstalt.”
“Und wozu?” frage ich.
“Wie wozu?”
“Wozu soll sie im Krankenhaus leiden? Zuhause hätte sie besser gehabt. Möchtest du probieren, wie die Pilze schmecken?”
“Mein Gott, Joanna, ich rede mit dir über ernsthafte Probleme und du…”
Oho!
„Ich höre dir doch mit äußerstem Ernst zu.” Ich zerkleinere die Steinpilze. “Wieso leidet sie eigentlich unter Todesangst?”
“Wie wieso? Was meinst du?”
“So wie ich es sage: Wieso hat sie Angst vor dem Tod?”
“Jeder hat doch Angst vor dem Tod.”
“Ich nicht.”
Ich gieße den Pilzsud ins Sauerkraut. Jetzt wird es gekocht, bis das sie bräunlich wird. Kochen ist vielleicht ein Schutzwall gegen die Angst. Man schafft die Welt, das All, was weiß ich…, es gibt bei Italo Calvino eine Frau N-gdx-zungh, eine nichtexistierende Existenz in dem Knollen des Alls vor dem Urknall, die eines Tages sagt: ach Kinder, ich hätte euch so gern köstliche Pasta zubereitet. Pastateig und Pierogiteig bereitet man auf ähnliche Weise zu. Mehl, Ei, Salz und Wasser. Und viel menschliche Mühe beim Kneten. Man knetet und knetet, eine demiurgische Aufgabe, und dann rollt man und wälzt, und rollt, und bei jeder Bewegung der Teigrolle wächst das All unter den Händen der Frau N-gdx-zungh.
Ich setze den Wassertopf auf.
“OK OK, sie hat Angst. Und?”
“Ihr Zustand verschlechtert sich.”
“Warum?”
“Sie ist krank. Sie weiß es aber nicht.”
“Unmöglich. Eine Krankheit, die in einer deutschen Klinik unerkannt bleibt?”
“Gehirntumor?”
“Der wird doch entdeckt.”
“Vielleicht nicht. Wenn er sich in den Falten verbirgt.”
“Na gut…”
Ich schneide kleine Kreise aus dem gerollten Teig, fülle sie mit Sauerkraut-Zwiebel-Pilz-Mischung und verklebe ihre Ränder zum Halbmond. Kosmische Formen. Alles lässt sich kosmisch auslegen, man braucht nur seinen Willen, um die Welt als das All zu sehen und nicht als Jammertal.
“Zuerst unternimmt Carolina noch Versuche gegen ihre Angst zu kämpfen oder sie zu erklären…”
“Warte doch mal, ihre Angst sei ist durch ihre Krankheit bedingt, sie braucht keine intellektuelle Erklärungen.”
“Sie weiß es nicht. Für sie ist sie unerklärbar. Sie ist eine intelligente Frau, die glaubt, ihre Angst intellektuell zu erfassen zu können. Erst später, schon im Krankenhaus, unterliegt sie der Angst und spürt, wie sie sie langsam wegfrisst.”
Ich werfe die erste Portion der Pierogi ins kochende Wasser hinein.

Und den Rest kann man heute um 18.00 Uhr hören. Und danach köstliche Pierogi bestellen. Ach, wie schön, dass es Oktober gibt, und Pilze, und gutes Essen, und überhaupt…

13.10.2013 / 13:13

Zacznę obowiązkowo czyli od zaproszenia na wernisaż w dniu 13.10.2013 o godzinie 13:13 / Morgen findet eine Ausstellungseröffnung statt und zwar um diese magische Zeit: 13.10.2013 um 13:13 Uhr.

plakatela Ela/ Elżbieta Woźniewska

fionaIch kenne sie / Znam ją.
Ich bewundere ihre Kunst. / Cenię i podziwiam jej malarstwo.
Jak kiedyś będę miała dość pieniędzy, na pewno kupię sobie jej obraz. / Wenn ich mal genug Geld haben werde, werde ich mir ihr Bild kaufen.
Na przykład ten. / Zum Beispiel dieses.
Fiona
Oder ich lasse mir von Ela mein Portait malen. / Albo zamówię u Eli mój portret.
Na przykład jak jeden z tych. / Zum Beispiel wie ein von diesen.

portretyelaSie macht auch andere Sachen, sie nennt sie Ikonen und Kryptograme. Die mag ich nicht besonders, aber sie sind farbenfroh, lustig und finden viele Bewunderer. Sie haben eine wunderbare, rauhe Oberfläche, wie eine Katzenzunge./ Maluje też inne rzeczy. Nazywa je Symbole i Kryptogramy. Nie przepadam za nimi, ale przyznaję, są barwne, wesołe i znajdują wielu nabywców. Mają wspaniałą strukturę, są szorstkie jak język kota.

buzki Robi też przedziwne, piękne, wyszukane książki artystyczne. / Sie macht auch aussergewöhnliche, exquisite Kunstbücher.

bookselaSie ist eine tief glaubende Christin. / I jest głęboko wierzącą chrześcijanką.
Daher die Ausstellung in der Kirche? / Dlatego wystawa w kościele polskim w Berlinie?

tryptykrzymski-aniol-tekstKrystyna Koziewicz tak napisała o wystawie:

W 35 rocznicę wyboru papieża Polaka na Stolicę Piotrową. 13.10.13 w Galerii pod Bazyliką w Berlinie Ela Woźniewska zadedykowała wystawę ”Próg nadziei”  Błogosławionemu Janowi Pawłowi II.

Ksiądz proboszcz Marek Kędzierski jest kustoszem tej galerii, w której realizuje słowa Jana Pawła II, że należy ewangelizować kulturę. „Przestrzeń sakralna ma nas wzmacniać w wierze”.

Ela Woźniewska ukończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, grafikę w ASP w Katowicach, studiowała w Berlinie w Akademie der Künste.

ela-wystawa2Dzieła przedstawione na wystawie „Próg nadziei” powstawały przez ostatnich 15 lat i są odzwierciedleniem życiowej refleksji Eli na temat aktualnych wydarzeń i postaw ludzkich. Na suficie galerii artystka umieściła kryptogramy – barwną płaszczyznę symboli, pokazujących dążenie do doskonałości i perfekcji człowieka wolnego od cierpienia i pogardy.  Ale to niełatwe. Nie było łatwe w socjalizmie, ale nie było też łatwe na Zachodzie, i nie jest łatwe teraz, po roku 2001, po wojnach w Afganistanie, Iraku, Syrii, Pakistanie. Ela w swojej twórczości nawiązuje do ogromu zniszczeń człowieczeństwa w serii obrazów, przypominających zgliszcza WTC.

Artystka przekazuje swoje przemyślenie, zmuszając nas do refleksji, opamiętania, bo Opatrzność każdy czyn oceni – przestrzega. Na obrazach pokazuje też piękno, które pochodzi z pokory. Każdy musi sam zajrzeć w głąb swojego ego, by zrozumieć samego siebie, odnaleźć sens życia. Ona to zrobiła. Jak sama twierdzi, późno znalazła drogę do Boga, ale bez Boga nie może planować ani tworzyć.

Wystawa w polskim kościele poświęcona jest Błogosławionemu Janowi Pawłowi II.  Dobrymi czynami przekraczajmy próg nadziei.  Zachęcam do obejrzenia i refleksji!

300 Jahre Nachhaltigkeit

Vor 300 Jahren schrieb Hans Carl von Carlowitz sein Buch Sylvicultura oeconomica, oder haußwirthliche Nachricht und Naturmäßige Anweisung zur wilden Baum-Zucht, das als erstes Werk gilt, das Nachhaltigkeit fordert: „Wird derhalben die größte Kunst/Wissenschaft/Fleiß und Einrichtung hiesiger Lande darinnen beruhen / wie eine sothane Conservation und Anbau des Holtzes anzustellen / daß es eine continuierliche beständige und nachhaltende Nutzung gebe / weil es eine unentberliche Sache ist / ohne welche das Land in seinem Esse nicht bleiben mag.“

Dass es mit Herrn von Carlowitz so gewesen ist, wurde ich von Tarik Mustafa informiert, Präsidenten des Bundesverbandes Nachhaltigkeit. Wir treffen uns auf dem ehemaligen Flughafen Tempelhof, auf dem Gelände von Arche Metropolis. Ich drehe seine Visitenkarte in der Hand rum. Ha, Bundespräsident! Wir alle sind doch irgendwelche Präsidenten. Er ist ein Präsident der Eutopie, eines glucklichen Ortes. Es ist ein Kunstprojekt fżr die Chancen und die Entwicklung der urbanen Gesellschaft in 21. Jahrhundert. Kunsprojekt. Akademie für Fortschriftliche Rückbesinnung. Auszeichnungen durch UNO. Ich schaue mir sein Feld an und weiß nicht, ist es ein schönes Projekt, ist es ein Bluff? Tarik selber ist jedoch ein unglaublich netter Mensch. Offen, entgegenkommend. Ich vermute, dass er auch ein Frauenversteher ist, weil er mir so leicht alle meine anfängliche skeptische Gedanken weg nimmt.  Das Projekt soll dem Gründungsvater der Nachhaltigkeit gebürtige Ehre zuweisen.

An einem schönem, kalten, windigen Tag sitzen wir auf einer Holzbank mitten im Nichts des riesiggrossen ehemaligen Flughafens und reden von bürgerliche Partizipation, Zukunftsvisionen und sozialen Aufgaben jedes Einzelnen. 1,3 Hektar Feld mieten er und seine Mitstreiter, wo sie kleine Hütten bauen, kleine Gartenbeete für Schulklassen zur Verfügung stellen, kleine Bühne betreiben, gedeckt von einem Dach aus den Plastikresten voll von gewollten Leerräume. Wir reden miteinander und ich bin enthusiastisch und hingerissen.

archeDas haben die charismatischen Menschen an sich. Sie bezirzen uns. Was hat er mir erzählt, der Tarik? Ausser Bilder von kleinen Hüten, vom weiten Feld und der Geschichte von Herrn Carlowitz, habe ich wenig im Kopf. Trotzem, eins ist sicher: Ein interessantes Bildungs- und Kunstprojekt.

Adresse:
Tempelhofer Feld, zwischen den beiden Eingängen vom Tempelhofer Damm und dann ganz einfach dorthin gehen, wo man kleine Häuschen und flattriges Dach sieht

Bilder: Wikipedia Commons

Zusätzliche Information vom November 2013. Arche Metropolis wird ausweichen müssen.
wymowienie