Macron i inni

Ewa Maria Slaska

Isabelle Huppert i Kevin Azaïs

Jakiś  czas temu Krystyna Koziewicz, poruszona zalewem nienawistnych komentarzy na temat młodego prezydenta Francji i jego o ponad 20 lat starszej żony, opublikowała TU wpis o tym, jak zakochał się w niej młody chłopak, kolega jej syna. Ukuliśmy wtedy, wspólnie z Czytelnikami i komentatorami na Facebooku, termin makronizmy. Makronizmy czyli historie o miłości chłopców czy młodych mężczyzn do starszej od siebie kobiety.

Sugerowałam wówczas, że być może wszyscy (albo przynajmniej wielu z nas) znamy podobne sytuacje z własnego życia, tylko najzwyczajniej w świecie nie chcemy się do tego przyznać.

No i proszę, w kilka tygodni później na ekrany kin w Niemczech wchodzi kolejna historia z cyklu “makronizmy wiecznie żywe” z Isabelle Huppert w roli głównej.

Film składa się z dwóch wątków, miłości i powrotu gwiazdy piosenki na scenę po 30 latach. Mam nadzieję, że nie popsuję Wam przyjemności obejrzenia tego filmu w kinach, jeśli zdradzę, że o ile wątek “powrotu gwiazdy” jest nader nieprzekonujący, to wątek miłosny jest jak najbardziej przekonujący. Każdy, młody i stary, mężczyzna, kobieta i dziecko, jest w stanie zakochać się kobiecie po sześćdziesiątce jeżeli wygląda ona tak jak Isabelle Huppert w tym filmie…

Ach!

Film, jak to francuskie filmy “na wakacje”, jest bajką i nie można go brać zbyt poważnie, ale latem, nawet jeśli pada, bardzo jest dobrze przez dwie godziny zapomnieć o sobie, o świecie, o Polsce…

Reżyseria Bavo Defurne
Producent Yves Verbraeken
Scenariusz Bavo Defurne
Yves Verbraeken
Jacques Boon
Występują Isabelle Huppert
Kévin Azaïs
Johan Leysen
Muzyka Pink Martini
Premiera
  • 24 sierpnia 2016 (Angoulême)
  • 21 grudnia 2016 (France)
Produkcja Francja, Belgia, Luksemburg
Język Francuski

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…

Barataria 26 Varga

Ewa Maria Slaska

…to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę…

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak przed wyjściem z domu sięgam na półkę i wybieram na chybił trafił jakąś książkę, którą będzie można bez zbytniego dźwigania zabrać do miasta, by mieć co czytać w poczekalniach i środkach komunikacji miejskiej.  Półka znajduje się na poziomie oczu. Tuż obok są drzwi, korytarz i drzwi na klatkę schodową, a potem już dom, miasto, świat i wszechświat. Półka z czarnymi książkami.

Tym razem był to Varga wydany przez Czarne w roku 1998, czyli prawie 20 lat temu. Młodzieńczy a zatem bardzo stary, ale już, podobnie jak w ostatniej produkcji – Masakrze – pijący. 20 lat temu młoda inteligentna twarz młodego inteligentnego człowieka spokojnie mogła się znaleźć jako jedyny motyw na okładce książki. W Masakrze już to nie było (by) możliwe…

Zwraca uwagę strzelista i mocna struktura szyi i piękne, równe, białe zęby. Usta wyrażają czarną rozpacz, ale rozpaczający pijak jest solidną, wysmukłą, estetyczną konstrukcją. Wygląda jak śpiewający soul czarny muzyk jazzowy.

45 pomysłów na powieść to dobre surrealistyczne teksty, w których prosta przaśna teraźniejszość niezauważalnie przenika w znane fikcje filmowe. Niestety, powoli, przez fakt, że powtarzają same siebie, opowiadania stają się nużące. Cały czas, czytając tę książkę, myślałam ze smutkiem, że niestety surrealizm musi istnieć jednostkowo, bo gdy się powiela, przestaje zeskakiwać, a jak nie zaskakuje, to jednak nie jest już surrealistczny. Dlatego Dali, Chartowski czy Yerka nie powinni mieć wystaw i szkodzi im współczesna powszechność obrazów. Zawsze widać wtedy, że naśladują sami siebie.

Jacek Yerka, obrazy pojawiające się w google po wpisaniu hasła “yerka truskawki”

Gdy kiedyś Hans Holbein umieścił na obrazie Ambasadorowie dziwny dysk, który tylko widziany pod kątem 27·z lewa na prawo był czaszką ludzką, czyli przypomnieniem memento mori, umrzesz, nie uciekniesz, nawet jak jesteś ambasadorem i nosisz kosztowne futra… wtedy oczywiście tajemnica mogła ci zapaść w serce na zawsze i mogłeś strawić życie, żeby znowu dostać się do pałacu, w którym ów obraz wisiał i popatrzeć na ten dziwny dysk, z trudem szukając miejsca, w którym niezrozumiałe zmieni się w okrutne wprawdzie, ale zrozumiałe…

Hans Holbein the Younger: The Ambassadors, 1533. The life-sized panel portrays Jean de Dinteville and Georges de Selve, the ambassadors of Francis I of France; 1533, National Gallery in London (public domain)

A dziś… No cóż, czaszka wygląda tak, nie musicie już jechać do Londynu…

Ale poleciało po dygresjach, a my przecież chcieliśmy o 45 pomysłach… Vargi. Jako całość zatem książka nuży, tym niemniej pojedynczo potraktowane opowieści są zachwycające… I choć nie pada tu nigdzie słowo Barataria (sądzę, że w latach 90 mało kto czytał Don Kichota, a jeśli nawet, to zapewne niezbyt wnikliwie), autor jest zadeklarowanym baratarystą, poszukiwaczem wysp magicznych, zaprawionym w surrealistycznych bojach ze światem, który dla utopionego w oparach alkoholu nocnego wędrowca nagle staje się utopią…

Trzy wyspy Krzysztofa Vargi

NIECHCIANA PODRÓŻ

Czwarta rano, fioletowość poranka, choroba jak kornik z filmu rysunkowego pożera wszystko, co napotka na swej drodze. Wąskie, nierówne uliczki, legendarne kawiarnie i kolorowe graffiti w przejściu podziemnym. Zniewalający zapach średniowiecznych piwnic. Niezliczone kościoły z relikwiami świętych, krużgankami świątyni przechodzą zakapturzeni wyznawcy śmierci z powodującym dreszcz śpiewem. Ich tajemnicze obrzędy i klątwa, która sprawdza się od pięciuset lat, nie dając nikomu nawet najmniejszej szansy. Kilka przecznic dalej nastoletni anarchiści niosą czerwono-czarne flagi. Nadchodzi czas rozstrzygnięć, mówią konserwatyści. Liberałowie prorokują koniunkturę. Wydaje się jednak, że nadrzędną ideą staje się obsesyjna asceza mająca przygotować wszystkich na nadejście nowych czasów. A kiedyś, to mogły być na przykład lata trzydzieste, bawili się jak na metropolię przystało, bez ograniczeń. Wystawiali na widok swój pokazowy hedonizm, choć dręczyło ich podskórne przeczucie, że to już Schyłek, nie pierwszy i nie ostateczny, ale jednak przecież koniec tego świata. Wszystko się skończy, tak jak kończyło się dwadzieścia lat wcześniej, jak skończy się jeszcze niejeden raz. Ale zapewne byli przekonani, że są ostatnimi. Neony świeciły histerycznie, jakby domyślając się, że wkrótce nadejdzie czas zaciemnienia.

Więc upijali się, póki była sposobność, na przyjęciach, rautach, przy dźwiękach big-bandów i modnych kwartetów jazzowych, później rozbijali się automobilami na drzewach, samolotami nad pustynią, mówili: ktoś musi iść po pomoc; albo zjadali się, przedzierając się przez dżungle i tundry, zamarzali, idąc przez nieskończenie śnieżne przestrzenie, lub szli na dno zimnego oceanu.

Ponure górnicze miasto, piąta rano. Koszmarna noc w hotelu, palą się wszystkie wnętrzności, za ścianą cienką jak deszcz ktoś wymiotuje, torsje wykręcają go na drugą stronę i rozsadzają głowę na tysiące kawałków. Powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, poprzednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym. Łatwo uwierzyć, że stąd nie można wyjechać, to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę, zabierając ze sobą tylko zawalający się dom z pourywanymi balkonami, zdezelowany tramwaj, maleńką budkę z biletami i tytoniem.(…)

Zabytkowy most, zabytkowy zamek, zabytkowy tramwaj, zabytkowy pistolet, który przykłada sobie do skroni neurasteniczny student, wysłuchując piosenki ,,Ta ostatnia niedziela”. Stary antykwariusz przechowa kulę w irchowym woreczku. Patefon jest najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości, czasami bardziej skutecznym niż powieści i wiersze, nie wspominając już o malarskich aktach, nawet tych najbardziej wyuzdanych. Nawet lepszym od opium, choć przecież zna się to raczej z opowieści kolegów niż z autopsji, tak jak słony smak waginy, którego poznaniem niektórzy szczycą się przy ledwo skrywanej zazdrości pozostałych. I jeżeli nawet ktoś przytomnie teraz zauważy, że przecież czas tak wyraźnie rozdziela dni przed upadkiem Monarchii i symbolicznym końcem wieku z popularnością „Ostatniej niedzieli”, to przecież wnet powinien pojąć, że kamera ślizga się tylko po przedmiotach, na dłużej nie zatrzymując na nich swej uwagi, swobodnie przeskakuje też po kalendarzu i zanim się obejrzymy, ten smukły oficer o wąskich biodrach będzie stetryczałym, zgorzkniałym starcem żyjącym wspomnieniami, o ile nie pożre ich demencja, a ta zarumieniona służąca z długimi puszystymi włosami zamieni się w starą, bezzębną kobietę obierającą w kuchni kartofle i złorzeczącą przy tym na cały świat.

(…)

A co się stało z owym archiwistą cudzych śmierci, antykwariuszem sprzedającym swoim klientom tanie wzruszenia i nie do końca wiarygodne materiały na moralizujące anegdoty? Czy sczeźnie w zaciszu swego zakurzonego kantorku, czy pleśń pokryje jego zmumifikowaną sucha twarz, czy odejdzie bezimiennie w zapomnieniu i żadna rodzina nie upomni się o godny pochówek jego truchła? Ależ to właśnie jego sekretny pamiętnik staje się kanwą tej dziwnej na pozór opowieści i przez żądnego sukcesu, a przede wszystkim mamony młodego artystę po latach zostaje przerobiony na scenariusz. Tak oto się kręci globus na bożym biurku.

FILM Z CYKLU ,,SŁYNNE KOCHANKI”

I teraz, kiedy siedzimy w śmierdzącej żółto-czarnej łodzi rybackiej, na dodatek wyciągniętej na brzeg i zabezpieczonej linami, hakami i klockami drewna, i siląc się na coś oryginalnego, tępo gapimy się na wschód słońca, jakby to była kiczowata widokówka, pozdrowienia z… i tak dalej, w głowie łupie nie przespana noc, a kac zaczyna narastać, nagle pojawia się, pośród absurdalno-sztampowych dyskusji, którymi usiłujemy zatkać dziurę w burcie, by nie wlewała się mózgowa woda, taki oto problem: czy legenda Marilyn Monroe przetrwa przynajmniej tyle, ile wciąż żywy zachwyt nad urodą Nefretete albo Kleopatry. I pojawia się senność jak po trzecim piwie albo obfitym posiłku, a wraz z nią świadomość, że to wszystko zaczyna być żenujące. To, że na przemian kłamię i gadam od rzeczy, że wszystko skończy się złośliwymi komentarzami przyjaciół, którzy pomiędzy „jeszcze raz to samo pani Beatko” a ,,daj papierosa” po raz kolejny będą się znęcać nad coraz mniej oficjalną wersją wypadków, jest mniej straszne niż spowodowane zmęczeniem i alkoholem wynurzenia dwudziestotrzyletniego poety, który głośno zastanawia się, co to z nami będzie, tą młodą inteligencją, czy we współczesnym świecie warto być intelektualistą, choć ja w tym momencie myślę o zbliżającym się sezonie ligowym w piłce nożnej. Albo gdy przysypiam w pociągu i słyszę, jak mój przyjaciel uwodzi osiemnastolatkę opowiadając jej o tym, że miałem być księdzem, a teraz piszę książki i występuję w telewizji. Drzwi od przedziału zamykają się i oddziela mnie od nich nagle szyba i brudna firanka. Przez chwilę zastanawiam się, o czym mówią, a właściwie co on jej mówi. Oddalam godziny jak niepotrzebną już tego dnia służbę izmów próbuję przez trzy dni skutecznie odcinać się od świata, chronić przed telefonami automatyczną sekretarką, a później nagle rzucać się do klawiatury i wybijać na niej wszystkie znane numery, oczywiście nie mogąc się nigdzie dodzwonić. Wychodzę z domu, szczytowego osiągnięcia budownictwa wielkopłytowego, idę na przystanek i rozpoczynam kolejną wyprawę autobusem. Na biegun północny, do jeziora Wiktorii, źródeł Amazonki, do tych wszystkich światów zaginionych, do miejsc znanych z albumów, atlasów, filmów przyrodniczych i geograficznych, ostoi dawnych cywilizacji, które jak nagle się pojawiły, tak nagle i tajemniczo zaginęły, zostawiając za sobą wielkie kamienne budowle, ołtarze ofiarne, mroczne świątynie, wraki wspaniałych galeonów na dnie ciepłych mórz, a nie wyciągnięte na brzeg dziurawe, śmierdzące łodzie rybackie.

DŁUGO SIĘ WAHAM, AŻ WRESZCIE SIĘGAM PO „SUBSTANCE” JOY DIVISION

Jesień i niedziela. Ciemno i zimno. Cóż można powiedzieć więcej? I któż może tego dokonać? No chyba, że tylko On-Telewizor. Mówi do mnie wykrzywionymi ustami Miłosza Biedrzyckiego: poezja to społeczne zwierzę języka. Jakie społeczeństwo, jakie zwierzę, jaki język, pytam się. Społeczeństwo jest zamknięte, zwierzę oszalałe ze strachu, a język rozdwojony. Czyje mają być te języki zwierząt, bełkotliwe języki społeczeństw? Moje prywatne zwierzę wywala wielki mięsisty jęzor. Moje zwierzę z zaciekawieniem czyta w kolorowych magazynach pochlebne recenzje z najnowszych narkotyków. Tutaj już nie cierpi się na piękną melancholię, ale ciężką nerwicę, a młodzi bożkowie rock’n’rolla mówią uwielbiam seks i narkotyki. Za oknami strzelają petardy, jak w każde święto. Moje zwierzę wpada w panikę, więc głaszczę je po głowie, a ono mruży oczy i ociera się o mnie przymilnie swoim wielkim łbem. Na stole zamiast tradycyjnych świątecznych potraw leży nadgryziony, wystygły Borges. „Historia de la noche. Los conjurados” ma napisane na panierce. Nie, nie znam hiszpańskiego. Tylko kilka pojedynczych słów nie łączących się w żadną logiczną wypowiedź: cerveza, salvation, Gaudi. W tym kraju, w którym, będąc przejazdem, nierozsądnie zasiedziałem się ponad miarę, wciąż trwa jarmarczne święto – uliczni sprzedawcy bezgłośnie oferują balonki, watę cukrową i znicze. Wspaniałe miejsce, mówię wam, tu zawsze jest ciemno i zimno, samo miasto wygląda jak z filmów science fiction, nie w tych cudownie tekturowo-utopijnych w technikolorze, gdzie wszyscy poruszają się dziwnymi pojazdami idealnie pod kątem prostym skręcającymi w powietrznych korytarzach, albo w wysoko zawieszonych kolejkach na poduszkach magnetycznych i uprawiają seks na odległość, ale raczej z tych antyutopii, gdzie po pustych ulicach wiatr goni śmiecie, z nieba leje się kwaśny deszcz, coś gwiżdże, świszcze, w bramie błyśnie śmierć, na środku rzeki wynurzy się nagle atomowa łódź podwodna, która miała być zupełnie gdzie indziej, słychać wrzask kota i z mgły wyskakuje samochód-widmo. l być może teraz właśnie jesteśmy ostatnimi na tej planecie, może zżera nas popromienna choroba, a w ruinach miasta kryje się Zabójca. Waśnie w tym miejscu, w tej chwili, tak nieprawdopodobna jest okładka pisma „Q”, które przedstawia listę stu płyt, filmów i książek, które zmieniły nasze życie. Nie, nie, skończyło się, nic już nie zmienia życia prócz miażdżycy naczyń wieńcowych, zakrzepów w tętnicach, złośliwych narośli rakowych komórek. Żadne płyty, książki, filmy.

(…)

Tymczasem, jak donoszą agencje, w Chinach pojawił się mityczny potwór Sibuxiang, którego nazwę tłumaczy się jako ni ryba, ni ptak. Sieje zamieszanie w południowych prowincjach kraju. Niektórzy uważają to za zapowiedź Apokalipsy, jako że jego imię składa się z dziewięciu liter, a dziewiątka to odwrócona szóstka, w dodatku dzieli się przez trzy, a trzy szóstki to imię Bestii. Tak więc Sibuxiang jest Lewiatanem, który przybywa pod nową postacią, już nie tylko jako stwór morski (ni ryba), ale też latający (choć ni ptak). Inni utrzymują, że Chrystus był tylko wizją narkotyczną, efektem przedawkowania przez wizjonerów grzybów-psylocybów. To pocieszające, że można wszystko zwalić na Mechagodzille, Krakeny, Lewiatany, na sfermentowane drożdże, psylocybinę, amfetaminę. Od razu robi się lżej.

Wyłączam telewizor. Znikają szkielety, zwierzęta i języki, znika Sibuxiang. Robię sobie następną herbatę, choć po jej wypiciu nie jest mi ani bardziej ciepło, ani mniej sennie, za to niepokój zaczyna nabierać cech metafizycznych. Więc może to wszystko tutaj to tylko wynik przedawkowania teiny? Niewykluczone, że tego miasta nie ma, a więc nie ma ulicy, domu, niedzieli, ciemności i zimna. A jeśli jest coś, to wykonano to z pewnością zgodnie z zaleceniami – cisza, spokój, zrównoważenie. Na złość kosmitom życie tutaj wciąż trwa.

Translator Workshop

Bulgarisch, Polnisch, Russisch und… Deutsch. Gemeinsam bereiten wir Texte unserer Geheimtipp-Autor*innen aus drei slawischen Sprachen für Präsentation dem Deutschen Publikum. Die Kenntnis der Ausgangssprachen ist für die Teilnahme am Workshop nicht relevant, da die Ursprungstexte als Roh-Übersetzung ins Deutsche vorliegen.

Wir laden alle Sprachinteressierte ein! Ob selbst Autor*in, Redakteur*in, Übersetzer*in, Lehrer*in oder auch Leser*in… Alle können bei diesem kreativen Prozess teilnehmen…

Dabei eröffnen wir uns selbst, aber auch dem deutschen Publikum neue Horizonte und lernen dabei, wie Literaturübersetzung funktioniert. An zwei Workshop-Tagen wird die Dichter*innen und Schriftsteller*innen Gruppe an diesen Übersetzungen in vier kleinen Gruppen gemeinsam arbeiten, um die richtige poetische Ausdrucksform der vorgelegten Texte zu erreichen. Die Schriftsteller*innen selbst nehmen am Workshop nicht teil. Sie warten auf Ergebnisse unseres Werkens 🙂

Die Arbeit während der Werkstatt erfolgt ehrenamtlich. Die Ergebnisse dieser Workshops wurden sowohl live als auch in der Druckform dem breiten multinationalen Publikum vorgestellt. Die Texte im Original und in Übersetzung (oder mehrere Versionen einer Übersetzung) als E-Book veröffentlicht, herausgegeben von stadtsprachen=PARATAXE: Berliner Literarische Aktion.

Termin:
Samstag 8. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Sonntag 9. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Öffentliche Lesung am Sonntag ab 16:00 Uhr

Ort: Lettretage, Mehringdamm 61, 10961 Berlin


Bearbeitet werden die Texte von Irena Ivanova (Bulgarien), Alexander Kazak (Russland)
Marek Maj und Joanna Rudniańska (Polen). Die Gedichte von Marek Maj sind zum Teil gesungen und wir werden versuchen, sie so zu bearbeiten, dass sie auch auf Deutsch fürs Singen taugen.

Leitung: Ewa Maria Slaska

Ewa Maria Slaska wurde 1949 geboren und wohnt seit 1985 in Berlin. Sie ist eine studierte Archäologin, arbeitet aber als Schriftstellerin, Journalistin, Projektleiterin und Bloggerin. Sie engagiert sich für Frauen, Kinder, Minderheiten und Flüchtlinge und ist ein aktives Mitglied der polnischen Community in Berlin (Freiwillige bei dem Büro der Polonia). Sie war Gründerin des Polnischen Fernsehmagazins Insel (1985-1986) und des Vereins zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur e.V. (1994 – 2012). Seit 2006 arbeitet sie mit dem Städtepartner Stettin e.V. zusammen und ist seit 2014 dessen Vorsitzende. Sie hat mehrere Preise und Auszeichnungen im Bereich Literatur, Publizistik, soziales Engagement gewonnen.

Wir bedanken uns für die Zusammenarbeit bei unseren Partnern von Stadtsprachen und Lettrétage – das Literaturhaus in Berlin Kreuzberg
————————————————-
Das Projekt “Osteuropa-Tage Berlin 2017”
ist eine Initiative des Vereins “Städtepartner Stettin e.V.” und der Städtepartnerschaft Oborishte. Diese Veranstaltung ist unterstützt von Stadtsprachen und finanziert von Hauptstadtkulturfonds.

Fête de la Musique

Zapowiedź po polsku poniżej

oder

Das sollten sie nicht verpassen

Am Mittwoch, den 21. Juni, genau zu Sommeranfang, wird Berlin zur Konzertbühne – in der ganzen Stadt wird draußen musiziert. Die Fête de la Musique steigt allerorten. Das ist ein nicht kommerzielle Musikfestival – seit 1982 in Paris und seit 1995 in Berlin. Um 16 Uhr geht es los – bis 22 Uhr wird unter freiem Himmel musiziert – unverstärkt, ohne Strom und kostenlos!

Das komplette Programm gibt’s unter fetedelamusique.de

Fête de la Musique 2017: Alles in einer Karte

Und wir sind natürlich auch dabei. Wo? In der Regenbogenfabrik! Um 20:00 Uhr tritt dort die Stettiner Band SKLEP Z PTASIMI PIÒRAMI!

Eine Veranstaltung im organisiert in Zusammenarbeit der Regenbogenfabrik mit dem Verein Städtepartner Stettin e.V. im Rahmen des vereinseigenen Eventsformats OstEuropaTage.

Z zachwytem informujemy, że dziś w ramach Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Fête de la Musique w Berlinie wystąpi również szczeciński zespół Sklep z ptasimi piórami. Pisaliśmy już o tym w marcu, a dziś przypominamy:

Regenbogenfabrik
Im Hof
Lausitzer Str. 22
10999 Berlin-Kreuzberg
Dojazd do stacji metra Kottbusser Tor albo Görlitzer Bahnhof

Program od godziny 16:00, Sklep… o godzinie 20:00.

Na stronie zespołu znajdzie się znacznie więcej utworów, w tym również poezji śpiewanej, tu tylko dla zachęty jedna z piosenek:

Poniżej jeszcze, przygotowany na warsztat translatorski, wiersz Marka Maja, Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest. Podczas koncertu usłyszymy ten wiersz w wykonaniu Sklepu…, podczas warsztatu wiersz ten (i kilka innych) zostanie przetłumaczony na niemiecki. Wraz z wierszami Marka Maja weźmiemy też na warsztat piękne opowiadanie warszawskiej pisarki Joanny Rudniańskiej XY, prozę rosyjskiego pisarza Alexandra Kazaka oraz prozę i poezję Ireny Ivanovej z Bułgarii. Translator Workshop odbywa się 8 i 9 lipca od godziny 12 w Lettretage na Kreuzbergu. Jeśli macie ochotę powalczyć z trudnymi a niekiedy bardzo trudnymi tekstami z Europy Wschodniej, proszę zgłaszajcie się TU. Znajomość języków słowiańskich nie jest wymagana – na warsztat przygotowaliśmy surowe tłumaczenia tekstów na niemiecki.

Marek Maj

Wiem jak nie jest

Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest…
Są głośniejsi co lepiej się znają,
Lecz gdy światłem podziałać wśród rzęs
Dojrzysz świat, co sam sobą się zajął.
Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest,
A ta wiedza z najskrytszych doświadczeń,
A z niewiedzy pokornie jak pies
Patrzę w bezmiar, i patrzę, i patrzę…

Mam na imię… na drugie już nie,
Bo kalendarz miał braki na wiosnę –
Dwuimienne ze stworzeń są te,
Co są dumne i te, co są proste.
Mam na imię – na prąd czasem nie;
Trzeba wiedzieć, że trzeba chcieć więcej
I nie wiedzieć – jak głaz – o tym, że
Niemożliwy jest kaktus na ręce.

Wiem tak cicho, jak cichy jest szmer
Prawybuchu i praw dynamicznych;
Nie wiem głośno – szukając wśród sfer
Złud potocznych i kłamstw fantastycznych.
Wzrok w krzywizny ekliptyk się wplótł,
Więc w lekkości się ćwiczę po trosze,
I łopotań bezskrzydłych znam trud
I o lotność zabiegam i proszę…

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Von Berlin nach Breslau, von Breslau nach Berlin

Do. 22.06.2017 um 19.00 Uhr
im Sitz der Alexander und Renata Camaro Stiftung

Camaro Haus, Potsdamer Str. 98A, 10785 Berlin
Präsentation des Ausstellungsprojektes

Sehnsucht und Freiheit

Otto Mueller und die Malerei der Moderne zwischen Berlin und Breslau

Davor, um 18.15 Uhr: Führung durch die aktuelle Ausstellung „Tribute to Iris Barbura“ – eine Würdigung der rumänischen Tänzerin der Moderne (1912-1969)

Anmeldung erforderlich: deutsches@kulturforum.info

***

Die Ausstellung über Otto Müller und die Breslauer Kunstakademie wird in Berlin und Wrocław gezeigt:

28. September 2018 bis 3. März 2019 Neue Galerie im Hamburger Bahnhof – Museum der Gegenwart – Berlin

Vorauss. April bis Juni 2019 Nationalmuseum Wrocław

Die Beratung zum polnischen Teil dieses internationalen Ausstellungsprojekts übernahm aufgrund Ihrer wissenschaftlichen Tätigkeit auf diesem Gebiet Dr. Lidia Głuchowska, die im Rahmen eines regelmäßigen Austausches in Übereinstimmung mit den involvierten Projektpartnern die deutsche Projektleiterin Dr. Dagmar Schmengler und ihre Assistentin MA Agnes Kern von polnischer Seite mit Expertise begleitet.

Eine Besonderheit des kuratorischen Konzeptes ist das Prinzip des ‚Gastes’: das heißt Bilder, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und/oder interkulturell, insbesondere im deutsch-polnischen Kontext, auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann: das Einbeziehen Polnischer Expressionisten (z.B. Witkacy, Stanisław Kubicki, Jerzy von Hulewicz) ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken sie die deutsch-polnische Ausrichtung dieses Projektes.

Stanisław Kubicki, Der Heilige und die Tiere, Öl auf Leinwand, 1932, Privatbesitz Berlin

Mehr zum Programm der Projektvorstellung entnehmen Sie bitte dem Flyer:

 

Reblog: Pełnia lata i inne wiersze / Der Hochsommer und andere Gedichte

Das SprachCafè Polnisch e.V. in Pankow
STZ Pankow, Schönholzer Str. 10, 13187 Berlin
02.06.2017 – 31.08.2017

2 czerwca – wieczór poezji i wernisaż / 2. Juni – Poesieabend & Vernissage
18:00

Agata Koch

A skąd się biorą te wszystkie myśli?
Przychodzą do nas z kosmosu?

Te duże i małe,
te szare i barwne,
te nowe i dawne,
te zimowe i te z lata,
te smaczne i bez smaku,
te pachnące i te bez zapachu,
te górnolotne i te codzienne,
te ważne i te nie tak bardzo…
te lekkie i te ciężkie,
te rozbiegane i te spokojne,
przezroczyste i gęste,
miękkie i nie do zgryzienia,
te moje i te mi obce,
te proste i te nie do zrozumienia,
te widoczne i te…
te jasne…

…i jakie jeszcze będą?
Teraz już sama nie wiem –
spójrz na nie ze mną…

Danke…

Wo kommen all diese Gedanken her?
Aus dem großen All von überall?

Die großen und die kleinen,
die grauen und die farbigen,
die neuen und die von früher,
die winterlichen und die vom sommer,
die leckeren und die ohne geschmack,
die duftenden und die geruchlosen,
die abgehobenen und die alltäglichen,
die wichtigen und die nicht ganz so,
die leichten und die schweren,
die hektischen und die ruhigen,
die durchsichtigen und die dicken,
die weichen und die nicht zu knacken sind,
die von mir und die mir fremden,
die einfachen und die unfassbaren,
die sichtbaren und die…,
die klaren…

…wie sind sie denn noch?
Gleich weiß ich selber nicht mehr,
schaue Du jetzt mit hoch…

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind, mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Rzeczy
które mamy
posiadamy
pragniemy
rzeczy
o które się tak staramy
których potrzebujemy
które są nieodzowne
lub tylko tak wydaje się nam

rzeczy
które lubimy
które są piękne i modne
nam towarzyszą i otuchy dodają
wiele umożliwiają i ułatwiają

rzeczy
przypominają
nasz smak opisują
i przynależność wyrażają
oraz prestiż

dzielimy się rzeczami z innymi
dzielimy się z rzeczami
sprawami duchowymi…

rzeczy
zbieramy
przekładamy
rzeczy
które leżą
spoczywają i się nudzą
zakurzone
pod swym ciężarem
– rzeczy zmęczone…
– – –

Sachen
die wir haben
besitzen
nach denen wir streben
um die wir uns so Mühe geben
Sachen, die wir brauchen
die unentbehrlich sind
oder uns nur so vorkommen
mögen

Sachen
die schön sind und in
Sachen, die wir mögen
die uns begleiten und es gemütlich gestalten
vieles ermöglichen und leichter machen

Sachen
die uns an was Bestimmtes erinnern
die unseren Geschmack beschreiben
und Zugehörigkeit
sowie Prestige zeigen

wir teilen Sachen mit anderen
wir teilen mit Sachen
auch Seelen…

Sachen
die wir sammeln
leihen, umräumen
Sachen
sind liegengeblieben
sie ruhen und langweilen sich
verstaubt
unter ihrer Last
– müde…

…bo najważniejsze jest
to
między chwilami
w nawale spraw
pędzie dnia codziennego
milionów detali jego
głębię oddechu poczuć
i lekkość
nagłą i piękną
spojrzeć na
to
jak na czarne na białym
czy
białe na czarnym?
klarowne
cudowne
To

…denn das Wichtigste ist
das
zwischen den Augenblicken
in der Menge der Dinge
und der Schnelligkeit des Alltags
in Milionen seiner Details
die Tiefe des Atems zu erspühren
und seine Leichtigkeit
die plötzlich eintritt und schön ist
das
zu erblicken
wie Schwarz auf Weiss
oder
Weiss auf Schwarz?
ein klares
wunderderbares
Das

Obrazy / Bilder

W rozmowie / Im Gespräch, Collage, Barbara Konieczna

Co nas porusza – wystawa zbiorowa artystek*artystów z berlińskiej dzielnicy Pankow/ Was uns bewegt? – Gemeinschaftsausstellung der Pankower Künstler*innen

Wystawiają / Es stellen aus:
Agata Koch, Aleksandra Gajda, Barbara Konieczna, Bianca Monroy, Estrella Betancor, Gabriele Klier, Grażyna Zarębska, JP Bouzac, Justyna Stokłosa, Sabine Renault,  Silviya Zdravkova, Susanne Kiene

Spotkanie w ramach cyklu prezentacji autorów bloga
Ein Treffen im Rahmen des Vorstellens der Autor*innen vom Blog
ewamaria2013
&

Der Turmbau zu Babel

Jeszcze o wystawie Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”We wtorek wystawa dobiega końca w oprawie trzech wydarzeń:

W niedzielę, 21 maja – w Berlinische Galerie o godz. 12.00 – odbędzie się wykład kuratorki wystawy, dr Lidii Głuchowskiej na temat dzieła malarskiego Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete Kubickiej.

W poniedziałek, 22.05.2017, o godzinie 10.00 w Rathaus Kreuzberg odbędzie się warsztat artystyczny dla dzieci ze szkoły im. Marianny Cohn (wydarzenie zamknięte): Moja wieża Babel. Warsztaty poprowadzi dr Patrycja Wilczek-Sterna z Wydziału Sztuki Uniwersytetu Zielonogórskiego  we współpracy ze studentkami i studentami, pogadankę wstępną wygłosi kuratorka.

I wreszcie we wtorek, 23.05.2017, o godzinie 18.00, ma miejsce finisaż połączony z oprowadzaniem kuratorskim i  prezentacją dziecięcej wystawy powarsztatowej: Von Posen nach Berlin und zurück. Schicksale der expressionistischen Grafiken der Posener Künstlergruppe BUNT (1918–1922).

Wykład o Wieży Babel Kubickiego (1917) przystosowany zostanie do możliwości percepcyjnych dzieci. Tu jednak, z uwagi na fakt, iż jest to dzieło o kluczowym znaczeniu w dziejach awangardy polskiej i międzynarodowej, poświęcimy temu linorytowi więcej uwagi.

Wieża Babel, która w kwietniu 1918 roku ukazała się na plakatach I wystawy grupy Bunt w Poznaniu, przygotowanych wbrew lokalnemu status quo zarówno w języku polskim, jak i niemieckim, jest jedną z najbardziej znanych grafik w dziejach polskiego i środkowoeuropejskiego modernizmu i awangardy.

Przez prawie 100 lat Wieżę Babel postrzegano jako apoteozę rewolucji. Radykalnej reinterpretacji tego dzieła, wskazującej na jego ambiwalentną wymowę i groteskowy charakter dokonała dopiero Lidia Głuchowska, która jako pierwsza przeanalizowała korespondencję słowa i obrazu w dorobku Kubickiego, w tym jego dwujęzycznej twórczości poetyckiej i programowej.

Zostały one opublikowane w monografiach:
Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910–1945; Berlin 2007
oraz
Stanisław Kubicki – in transitu. Poeta tłumaczy sam siebie/ Ein Poet übersetzt sich selbst, Wrocław 2015 oraz w licznych artykułach.

Specjalnie dla naszego blogu autorka przygotowała nowatorski i nigdzie dotąd nie publikowany tekst – refleksje pisane z dystansu lat badań na temat genezy i wymowy Wieży Babel oraz jej inspirującej funkcji w dziejach sztuki najnowszej.

Dr Lidia Głuchowska

Wieża Babel – Alfa i Omega

Andrzejowi Bobrowskiemu w podziękowaniu za
”Transformację M/S” (2015)

Wieżę Babel (1917) Stanisława Kubickiego od dawna już uznaje się za manifest i ikonę polskiej awangardy.

Na progamową wymowę tytułowego motywu dla progresywnego nurtu polskiego modernizmu z przenikliwością wskazywał choćby Andrzej Turowski w swej książce Budowniczowie świata. Reprodukowana setki razy, ukazała się choćby na okładkach takich syntez badawczych jak Ekspresjonizm w sztuce polskiej (red. Piotr Łukaszewicz, Jerzy Malinowski, Wrocław 1980) czy – ostatnio – Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech (red. Lidia Głuchowska, Honorata Gołuńska, Michał F. Woźniak, Bydgoszcz 2015).

Mimo kariery medialnej tego dzieła, mało kto jednak zna jego genezę. Warto zatem przypomnieć, że Wieża Babel jest kwintesencją formalno-ideowych poszukiwań Kubickiego zainicjowanych w 1916 roku w Bunzlau (Bolesławcu) i kontynuowanych w Schömbergu (Chełmsku Śląskim).
W pewnym sensie więc, to Śląsk, a nie Poznań mógłby zostać uznany za kolebkę polskiego ekspresjonizmu w jego fazie historycznej. (Na dygresje na temat pre- i postekspresjonizmu w rodzimej sztuce brak tu niestety miejsca).

 

Wieża Babel jest syntezą poszukiwań stylistycznych i motywów, które w Schömbergu znalazły się w centrum zainteresowania artysty – pejżażu i wieży kościelnej na tle wschodzącego słońca i kulis tamtejszego rynku. Staje się to oczywiste, jeśli prześledzić wnikliwie współczesne fotografie inspirujących go miejsc, realistyczne szkice i coraz bardziej od nich odległe i sumaryczne wyobrażenia natury i kultury – dwóch archetypów ekspresjonistycznego universum – które wyszły spod ołówka, pióra czy dłuta Kubickiego w 1917 roku. To zatem synteza w sensie formalnym abstrahowania od dokumentowania rzeczywistości i dosłownego sensu objektów i zdarzeń.

Śledząc po kolei rysunki i linoryty z Schömbergu, dostrzec można, jak jej zarys wyłania się  z odwzorowania pejzażu,najpierw horyzontalnego, z czasem przyjmującego formę zwartą, centryczną, jak i z modyfikacji wyobrażenia wieży czy rynku – najpierw diagonalno-wertykalnych (do których Kubicki powróci dopiero w 1919 roku – por. ilustracje we wczorajszej prezentacji na tym blogu), a z czasem wibrujących odśrodkowo.

Analogiczną jak w przypadku ewolucji przedstawień Wieży kościelnej i Pejzażu z Schömbergu formę przybierają NB obłoki w tle Aktu z chmurami.

Porównanie formy tych prac wskazuje jednoznacznie na to, iż Akt z chmurami był najpewniej stadium pośrednim między przedstawieniami wieży i pejzażu a Wieżą Babel i to nie tylko dzięki wprowadzeniu do kompozycji figury ludzkiej, lecz również poprzez odwołanie do kodu kultury wysokiej i tradycji artystycznej. Akt na tle pejzażu jest bowiem czytelnym odniesieniem do osławionej w czasach moderny i awangardy reformy życia, przywołanym pour épater le bourgeois, a jego „antyestetyczna”, prymitywizująca forma to formalny atak na akademizm. Zadziwiające jak wiele zmienia zastąpienie anonimowego aktu kobiety niedookreślonym płciowo tłumem (w którym mimo wszystko zakłada się społeczność reprezentatywną, czyli męską). Jeszcze bardziej stymulujące intelektualnie (prowokacyjne?) pytanie brzmiało by: Co by się stało, gdyby na tle Wieży Babel zamiast anonimowej masy pojawił się pojedynczy akt męski?…

Akty męskie pojawiały się wprawdzie w dorobku awangardy, ba, nawet w dorobku grupy Bunt, by wspomnieć tylko zasługujący na wnikliwą interpretację, choć może nieprzekonujący pod względem formalnym Akt męski na tle [manifestującego] tłumu (n.d.) Stefana Szmaja. We wspomnianym przypadku obecność masy „filistrów“ automatycznie heroizuje „akt męski”.

Jaką jednak wymowę miałby, gdyby zaistniał solo, a nie w ramach „nowej wspólnoty” naturystów (Niemcy określają to skrótem FKK – Freiekörperkultur) – jak w pracach artystów z grupy Die Brücke) na tle pejzażu dziś? A co dopiero, w roku 1910? (Lata 30. to znów co innego – heroizowana po faszystowsku nagość aryjska…)

Siłą Wieży Babel w porównaniu z Aktem z chmurami jest poza maskulinizującą czyli uniwersalizującą multiplikacją i zastosowaną w tym samym celu abstrahizacją form natury i architektury – wpisanie całegoprzedstawienia w sferę religijnego/ideologicznego mitu, indywidualnie i „profanacyjnie“ reinterpretowanego i zawaszczanego przez artystów od czasów romantyzmu.

 

Werke Kubickis in der Berlinischen Galerie

Vortrag in der Berlinischen Galerie, Sonntag, 21.05.2017, 12.00 Uhr

Bitte Eintrittskarten selber kaufen

Im Rahmen des Begleitprogramms zur Ausstellung Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” (Rathaus Kreuzberg, 2-23.05.2017) findet

ein Vortrag von Dr. Lidia Głuchowska statt.

Die Assistenz bei der anschließenden Präsentation übernehmen Studierende der Kunstfakultät Universität Zielona Góra: Katarzyna Smugarzewska, Marta Olejnik sowie Tri Minh Ngutyen und Sinh Truong Nguyen – Teilnehmer des Austauschprogramms Erasmus aus Vietnam am Institut für Visuelle Künste.

Im Zentrum der Betrachtung befinden sich drei von fünf in der Berlinischen Galerie befindlichen Kunstwerke des deutsch-polnischen Avantgardekünstlerpaares Margarete und Stanisław Kubicki: Kirche vor Aufgehender Sonne und Ekstase Kubickis und die Aquarellreihe Kubickas zum Roman Alfred Döblins Die drei Sprünge des Wang Luns.

Weiterhin besitzt das Berliner Museum für Moderne Kunst zwei Pastelle Kubickis, die jedoch derzeit nicht ausgestellt werden: Das Blühen III (1928) und Mutter mit totem Kind (1926).                                  

Dazu ein paar einleitende Worte von Dr. Lidia Głuchowska:

Kirche vor aufgehender Sonne (1919) Kubickis gehört, neben Ekstase zu den zwei bis heute erhaltenen Gemälden Kubickis, die 1919/1920 in der berühmtesten Galerie der Avantgarde – Der Sturm Herwarth Waldens – ausgestellt wurden. Dort wurden sie von Fritz Karsen erworben. Das Motiv geht auf die ersten expressionistischen Darstellungen im Werk der polnischen Künstlergruppe Bunt (Revolte, 19181922) zurück, die Kubicki 1916/1917 im schlesischen Schömberg (heute Chełmsko Śląskie) geschaffen hat. Diese haben ihr Ursprung in den naturalistischen Skizzen der dortigen Landschaft und Architektur, welche immer noch mit den Gegenwartsfotografien davon identifizierbar sind. Synthetisiert wurden sie danach zu expressionistischen Linolschnitten, die sich durch die prägnanten schwarz-weiss Kontrasten auszeichnen und 1917 in Posen/Poznań ironisch als „drei Kuben Kubickis“ (nach dem Motto nomen est omen) mitbezeichnet wurden.
Die weitere Transformation des Motivs erfolgte ca. drei Jahre später. Deren Ergebnis waren – eine elegante Tuschezeichnung, ein verschollenes Aquarell sowie eine Kreidezeichnung. Die Vollendung des Gestaltungsprozesses bildet das in der Berlinischen Galerie befindliches Gemälde, welches zu den am häufigsten ausgestellten Werke des Künstlers zählt.

Motiv der Schömberger Kirche vor aufgehender Sonne
Werke Stanisław Kubickis, 1917-1919, Foto Marek Kubicki,1997,
aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

Die Ekstase (1919), der noch ein Originalzettel der Sturm-Galerie beigefügt ist (Kat. Nr. 60, Lagernr. 83), entstand beinahe parallel zur letzten Version von Kirche… Vom ausgewiesenen polnische Expressionismuskenner, Jerzy Malinowski, wurde das Gemälde zu den drei ersten abstrakten Werken der polnischen Kunst zugerechnet.

Im Zentrum dieser Komposition – die obere Partie ist gelblich, die untere grau-blau gehalten – befindet sich eine nur skizzenhaft angedeutete, entmaterialisierte, geometrisch aufgefasste menschliche Silhouette. Ihre Hände sind nach oben geworfen, ihre Beine angeknickt, und der Kopf ist nach unten gebeugt. Gesichtszüge und jegliche andere individuelle Merkmalle sind eingespart. Die ganze Gestalt scheint im Raum hoch über dem Boden zu schweben. Sie erinnert an einen Vogel, der im Flug innehält. So visualisiert Kubicki den vom Menschen erträumten Zustand der endgültigen Befreiung vom geistigen und körperlichen Schmerz, den Zustand der buddhistischen Nirwana oder vielleicht des höchsten erotischen Glücks.

In Kubickis Linolschnittfassung von Ekstase bestimmen parallele schwarze Flächen und Linien, die Spannung erzeugen und diese betonen, das Charakteristische des Dargestellten. Dieses Bild wirkt jedoch noch viel abstrakter als die oben besprochene Ölfassung aus der Berlinischen Galerie.

Es existieren noch vier weitere Kompositionen Kubickis in diesem Stil gehalten, die ebenfalls Versuche künstlerischer Visualisierung abstrakter Begriffe darstellen. Alle gehen zwar von der alltäglichen Wahrnehmung konkreter Objekte aus, wie z.B. eines musizierenden oder im Gebet knienden Menschen oder auch der den Kopf stützenden Hand – pars pro toto eines Denkers, sowie einer im Balletttanz vibrierenden Frau, doch sind diese realen Motive in den Linolschnitten Baßgeigenspieler, Demut, La pensée und Tänzerin kaum erkennbar. Diese Werke hatte wohl vor Augen der Gründungsdirektor der Berlinischen Galerie, Eberhardt Roters als er feststellte:

Stanislaw Kubicki, ein Deutsch-Pole, malt im Stil eines dynamischen Kubo-Expressionismus, der in Verbindung mit der Berechnung der Bildkomposition aus pythagoreischen Zahlenfigurationen, später immer deutlicher einen metaphysischen Gedankengrund zu erkennen lässt.

Abstrakte Linolschnitte Stanisław Kubickis, 1918-1919
Ekstase, Der Eintretende, Demut, Maternité, Hockende Frau, Tänzerin, La pensée

aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

***
Ihre 12-teilige Aquarellfolge Die drei Sprünge des Wang Lun (1925) inspiriert vom gleichnamigen Roman Alfreds Döblins, stellte Margarete Kubicka (1895-1984) zeit ihres Lebens mindestens acht Mal aus, was darauf hinweist, welche Gewichtigkeit die Künstlerin ihr beigemessen hat. Dieser hat sie auch ihr melancholisches, verschlüsseltes Selbstbildnis beigefügt. Die Folge widerspiegelt ihre Auseinandersetzung mit dem Buch, die wohl die ganze Künstlergeneration prägte und eine Abrechnung mit der Revolution und zugleich einen Ausgleich zwischen den Idealen der vita activa und vita contemplativa schildert.

Vier Werke Margarete Kubickas aus ihrer 12-teiligen Aquarellenfolge Die drei Sprünge von Wan Lun (1925)  nach dem Roman Alfred Döblins sowie ihr dieser Folge angeschlossenes Selbstbildnis
aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

Die Gestaltung der Figuren in der Aquarellfolge weist Verwandtschaften mit Umberto Boccionis futuristischen Einmaligen Form des Kontinuität im Raum von 1913 auf, am deutlichsten wohl in ihrem Bild Unaufhörlich gellte Wang. Die Bildfläche wirkt in Werken Kubickas lichtdurschienen und transparent. In ihrer Gestaltungsmethode schlugen sich die Entdeckungen der Photokinetik und der Röntgenbilder nieder, was besonders in Bezug auf die Darstellung menschlicher Figuren zum Ausdruck kommt.

Die futuristisch-transparent-figürlichen Werke Margarete Kubickas sind den zumeist statisch-kubistisch-abstrakten Werken ihres Mannes gegenüberzustellen, was ihre künstlerische Eigenständigkeit deutlich bezeugt.

Kubicka äußerte sich in Aquarell(-enfolgen) häufig. Schnell zu gestalten – sie musste ja als Zeichenlehrerin allein den Unterhalt der 4-köpfigen Familie meistern – waren sie gewissermaßen ihr Tagebuch.

Zu den wichtigsten Aquarellreihen, die sie geschaffen hat, zählten – außer den Drei Sprüngen des Wang Lun, solche Visualisierungen des menschlichen Lebens in der Geschichte wie wohl die schönsten – Tode (1927/1928), Frauen (1943) sowie im autobiografischen Werk 1945. Doch eine absolute Sonderstellung in ihrem Oeuvre hat die ihrem Mann glorifizierende Folge Hommage à Kubicki (1924), die ihn als Avantgardekünstler fortschrittlicher sozialen Ansichten in unterschiedlichen Aktivitäten des modernen Lebens darstellt, von denen keineparadoxerweise – mit Malen oder Schreiben gleichgesetzt wird…