Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Nowa polska proza z Berlina

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Czarny Protest pod Czerwonym Krawatem
Skrót opowiadania

Szedł pod czerwonym krawatem. Zawiązał go odrobinę mocniej, niż trzeba było. Tak, by było to zauważalne. Symbolika często trafia do tłumów bardziej, niż nawet najbardziej dobitne argumenty. Nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu brać udział w takim proteście. Nie w XXI wieku, nie w środku Europy,

Jeszcze do niedawna nie spodziewał się, że przyjdzie mu walczyć o coś tak najbardziej podstawowego i oczywistego, jak nienaruszalność osobista, jak prawo do dyspozycji własnym ciałem, o swą autonomię. O prawo do decyzji. O Coś, co mogło by się zdawać, przysługuje każdemu z nas, z osobna. Po tym, jak historia nauczyć nas miała już ponoć, iż nie ma nic ważniejszego nad prawa człowieka i jego wolność – iż naruszanie tego w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek, choćby najbardziej szczytnym celu, zawsze nieuchronnie prowadzi do katastrofy. W czasach, gdy nawet nie umieszcza się już nazwisk na domofonach w trosce o ochronę prywatności, on musiał iść na ulicę bronić tego, co najcenniejsze – niepodważalności tego, iż ludzka istota ma kurewskie prawo do swojego ciała i swobodnego nim zarządzania. Mógł spodziewać się konieczności walki o cokolwiek, ale nie o to. Naprawdę nie o to…

Poczuł się jakby podwójnie spoliczkowany. Wpierw, gdy wszelakiej maści znawcy i znawczynie tematu rozpoczęli ogólnopolską dyskusję o prawie do dysponowania własnym ciałem przez dorosłego człowieka, podpierając swoje tezy bądź to radykalizmami religijnymi, bądź to wątpliwymi moralnie przesłankami tudzież setkami badań klinicznych. To odczuwało się tak, jakby ktoś wkradł się do najgłębszego zakamarka twojej podmiotowości i zaczął sobie wycierać tam swe oblepione obłudą buty.

Te wypowiedzi wywołały w nim złość z nutą dobrze zasianego strachu. Takiego, który, wiesz to, będzie w tobie rósł, aż uwierzysz, że nie masz tak naprawdę prawa do siebie samego. Później przyszła pora na drugi policzek – gdy usłyszał od swoich przyjaciółek, od swoich sióstr i matki, że to wszystko to tylko temat zastępczy. Że władza mydli nam oczy, by przepchnąć gdzieś bocznymi drogami nową ustawę o podatku drogowym – a ten to dopiero uderzy po kieszeniach dużą masę ludzi, zwykłych obywateli. I że, w gruncie rzeczy, się z nim zgadzają, ale jest teraz całe mnóstwo innych istotnych spraw, które są dla Polek i Polaków ważne, a ta cała ustawa o ochronie ludzkiego życia to tylko pic na wodę fotomontaż. Nic istotnego, nie można dać się zwariować.

Temat zastępczy. Tak go nazwały. Jego, jego podmiotowość, osobowość, poczucie wartości i przestrzeń osobistą, jego prawo do dysponowania swoim ciałem i swoim życiem. Wszystko było istotniejsze od niego – podatek drogowy, dochodowy, stopa bezrobocia i wreszcie i nowa ustawa o wyborze radnych do sejmików wojewódzkich.

Gdy pojawiły się pierwsze przesłanki o planowanym projekcie ustawy o tak zwanej ochronie życia, wielu myślało, że to jakiś żart. Coś tak niedorzecznego nie mogło się wydarzać. Nie w społeczeństwie, które zachowało choć resztki zdrowego rozsądku. A jednak się wydarzało.

Gdy po raz pierwszy usłyszał głos lektora w audycji na temat nowego pomysłu legislacyjnego, przeraził go spokój i opanowanie głosu czytającego. Jakby nie było w tym niczego strasznego, niczego, po czym zapala się komuś czerwona lampka ostrzegawcza.

Wszystko zaczęło się od wprowadzenia na rynek nowego przyrządu ratującego życie o nazwie PumpLife. Pozwalał on na podłączenie pozostającej w śpiączce osoby do mózgu i serca innego człowieka, co ze znakomitą skutecznością powodowało, że pacjent odzyskiwał nie tylko świadomość, ale i zdrowie. Skoro przyczyniało się to zaś w tak efektywnym stopniu do ratowania ludzkich istnień, szybko pojawił się pomysł upowszechnienia tejże metody i wprowadzenia prawnych gwarancji jej obowiązkowego stosowania. Wszystko inne można by było nazwać tylko morderstwem. Bo czymże innym jest odmowa udzielenia pomocy, gdy zagrożone jest ludzkie życie?

Tak to pojawiła się koncepcja, by każdy mężczyzna, który brać będzie udział w ewentualnym wypadku drogowym, był potencjalnym „dawcą“, czyli, jak lubili mówić zwolennicy owej ustawy, „opiekunem“ innej ofiary tego samego wypadku. Wielu wydała się ona najlepszym z możliwych rozwiązań.

Dotyczyło to każdego, bo każdy, biorąc czynny udział w ruchu drogowym, jest przecież świadomy ewentualnych tego, często drastycznych konsekwencji. Jeśli ktoś nie chce, by zakwalifikowano go jako „dawcę z ruchu drogowego”, niech po prostu w nim nie uczestniczy. A że ustawa dotyczyć będzie tylko mężczyzn? Wiadomo przecież, że mężczyźni są silniejsi fizycznie od kobiet. To Natura ukształtowała ich jako najlepszych z możliwych „dawców“, a z Naturą dyskutować przecież nie można. To geny, biologia, niezaprzeczalne fakty. Trzeba umieć udźwignąć brzemię, jakim obarcza nas nasza płeć.

Jeśli po jednej stronie mamy życie niewinnych ludzi, a po drugiej jedynie ewentualny dyskomfort innego człowieka tudzież jakiś uszczerbek na własnym zdrowiu psychicznym i fizycznym, to rachunek jest prosty. Każde życie jest takie samo, nie wolno go wartościować. Dlaczego skazywać kogoś na śmierć, skoro jest obok ktoś, kto może do tego nie dopuścić? „Nie zabijaj“ – to przykazanie przyświeca europejskiej kulturze od wieków, każda inna droga to nieuchronna cywilizacja śmierci.

Ustawa przewidywała dziewięciomiesięczny okres połączenia „dawcy“ z „biorcą“. To pozwalało, dzięki nowoczesnej technice, popartej najnowszymi badaniami, na efektywną rekonwalescencję pacjenta. Następnie „opiekun“ był zobowiązany do oddawania swojemu „biorcy“ krwi przez następne 18 lat. To wzmacniało efekty terapii. W razie gdyby – z różnych przyczyn – transfuzja taka nie była możliwa, obowiązek znalezienia odpowiedniej krwi leżał na barkach państwa i Funduszu Zdrowia. Proste i przejrzyste zasady, wszystko w imię ochrony życia, szczytnego i jakże prawego celu.

Protesty pojawiły się od razu. „Nikt nie będzie z nas robił inkubatorów“, „Nie jesteśmy maszyną, jesteśmy ludźmi“, „Moje ciało, moja sprawa“ – to tylko niektóre z haseł na transparentach, z którymi mężczyźni zdążyli już przemaszerować w wielu miastach Polski. „Mordercy!“, „Egoiści!“, „Nihilistyczni samcy!“ – tak krzyczano w ich stronę nie jeden raz. Tak odbywało się to na ulicach.

Medialna debata zahaczyła zaś o wszelkie z możliwych badań na całym świecie, o wszelkie prądy i myśli w historii filozofii, zacytowano już każdy z pasujących cytatów z Pisma Świętego, wypowiedział się już prawie każdy możliwy znawca – od polityków, przez publicystów, profesorów i księży. Podmiotowość człowieka, te dwa słowa wypowiedziano jednak o wiele razy za mało. Ważne było tak zwane prawo do (prze)życia. Istotne były ich sumienia, przekonania, słupki wyborcze i moralne potyczki. Nie liczyła się jedynie godność mężczyzny i jego niepodważalne prawo do decydowania o własnym ciele i życiu.

Na to nie mogli pozwolić. Jeszcze im pokażą, jeszcze ich usłyszą. Nikt nigdy więcej nie nazwie ich tematem zastępczym, nikt nie zrobi sobie z ich ciała maszyny do utrzymywania życia. Mają swoje prawa, i nikomu nie pozwolą im sobie zabrać. Historia nauczyła nas już niejeden raz – kiedy depcze się prawa człowieka, to nieuchronnie zbliża się zagłada. On i wszyscy inni, dumni mężczyźni, będą walczyć z każdym, kto zechce deptać ich prawo do wolności, prawo do decyzji. Przecież nie mogą ich do tego zmusić: to jest ich ciało, ich sumienie, ich decyzja…

Za symbol wybrali krawat w kolorze czerwieni – niczym krwi, którą chcą im zabrać bez ich zgody, bez pozwolenia – jak cielakowi prowadzonemu na rzeź. Ciasno zawiązany, zabierający im niezbędne do życia powietrze, wolność, której oddać nie chcą i nie potrafią. Całą akcję demonstracyjną nazwali Czarnym Protestem. Jako symbol śmierci ludzkiej godności, jako kradzież wolności. Przemaszerują zwartym i zdecydowanym krokiem ulicami Warszawy i wszystkich innych miast. Czarne koszule, czerwone krawaty. Razem – przeciwko uciskowi i temu, iż ktoś uzurpuje sobie prawo do dysponowania nimi jak rzeczami.

Pójdą tyle razy, ile będzie trzeba. Mają nadzieję, że dołączą do nich kolejni – także kobiety. One przecież muszą zrozumieć, jak to jest, gdy ktoś zabiera ci wolność. Muszą umieć postawić się w ich sytuacji. Już nikt nigdy nie powie, że sprawa męskiej podmiotowości to temat zastępczy. Że istotniejsze są podatki.

Zniosą każdą obelgę i każde znieważenie. Jeśli ktoś wchodzi w twoją intymność z buciorami i robi sobie z niej śmietnisko dla oczyszczania swoich sumień lub toczenia politycznych gierek, to wtedy żarty się kończą. Wtedy rozpoczyna się wkurwienie.

Wszystkie opisane powyżej wydarzenia są fikcyjne. Nikt w dzisiejszym świecie nie odważył by się podważyć prawa mężczyzn do podmiotowości, własnego ciała i wolności wyboru. W ten sposób traktuje się jedynie kobiety…

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Barataria 19 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria – zakończenie

Silvio Gesell (i Ewa Maria Slaska)

Jak upadła wolna republika Barataria i zniknął ostatni “wolny pieniądz” cywilizowanego świata, a pojawiło się złoto

Baratonowie…

Zanim powiem, co dalej, muszę zauważyć, że nazywanie mieszkańców Baratarii Baratonami niezbyt mi się podoba i chyba wolałabym ich nazywać Baratarianami, brzmiałoby to szlachetnie, jak pretorianie, ale autor (czy tłumacz) nazywa ich po niemiecku Baratonami i postanowiłam się dostosować zastosowanego w jego rozprawie duktusu językowego.  

Baratonowie zatem, jak zdążyliśmy się zorientować, byli ludkiem zapobiegliwym i gospodarnym, ale niestety nie nazbyt rozumnym. Pewne decyzje dotyczące zasad wręcz egzystencjalnych, podejmowali kierując się nieobliczalnymi powodami. Najpierw – z powodu smrodu guana – wybrali ziemniaki jako podstawę swego systemu monetarnego. Potem, znowu z powodu smrodu, choć tym razem na odmianę śmierdziały im gnijące kartofle (a przecież pecunia non olet, non olet!) przerzucili się na walutę w postaci orzeszków piniowych, która miała niby to przypominać “pieniądz muszlowy Hotentotów”, ale tak naprawdę była znacznie mniej pewna, bo mógł ją nadgryźć nie tylko ząb czasu, lecz też ząb każdej zwykłej wiewiórki czy głodnego szczura.


Podstawa dotychczasowego systemu monetarnego Baratarii – szyszka pinii, z której pozyskuje się nasiona (orzeszki) piniowe.

Zanim jednak przydarzył się kataklizm w postaci napadu wiewiórek na bank narodowy, Baratonowie przerzucili się z pieniądza podlegającego zniszczeniu na zwykły, pospolity pieniądz dający się tezauryzować, stosowany w każdym cywilizowanym kraju, gdzie z powodzeniem niszczył wszystkie objawy wolności. Tym razem powodował nimi nie tyle wysublimowany zmysł węchu, co zwykła ludzka ciekawość (ciekawe, co będzie? no, ciekawe, co będzie?), która w połączeniu z bezdenną głupotą uczyniła ich ofiarami zwykłej demagogii.

Demagog to postać dobrze nam znana, w końcu i u nas to on doszedł do władzy, pozornie wcale jej nie sprawując. Demagog obiecuje i to jest jego główna siła. To że obietnice się nie spełnią lub że obrócą się na pohybel wyborcom Demagoga, nie ma nic do rzeczy. Wyborcy Demagoga bowiem nie powodują się myśleniem, lecz chceniem. Na Baratarii Demagog nazywał się Carlos Marquez i był niewątpliwym specjalistą w odwracaniu kota ogonem, mydleniu oczu i szafowaniu nieprzebraną ilością nic nie kosztujących abstrakcji takich jak patriotyzm, duma narodowa i dobra zmiana. Po 25 latach wspaniale prosperującej gospodarki głosami głupców i frustratów postanowiono zmienić formę gospodarki, zastąpić pieniądz zniszczalny pieniądzem niezniszczalnym, zgodnie z propozycją Carlosa Marqueza.

Przypomnijmy tu może, że stary rzymski tytuł markiza oznaczał dowódcę władającego terenami nadgranicznymi. Margraf, Margrabia, Markiz, Marquese to obrońca naszych cywilizacyjnych rubieży przed naporem wroga. Jakiego, to już określi czas. W starożytnym Rzymie byli to Germanie, w zgermanizowanym Rzymie – Hunowie, w państwie Germanów Słowianie, w średniowiecznej Europie, która wchłonęła już Słowian – Mongołowie i tak dalej… Marchia czyli Przedmurze.

No dobrze, ale tak między nami mówiąc, Carlos Marquez może być nie tylko symbolem obrońcy naszych swojskich granic, ale jest też – być może – po prostu Karolem Marksem na opak. Bo wszystkie propozycje Marqueza prowadzą do tego, by zrealizować znany Marksowi model gospodarki, bezlitosny kapitalizm angielski z XIX wieku. Marquez proponuje bowiem wprowadzenie sytuacji, w której podział społeczeństwa na klasy, czy ściślej rzecz biorąc, na biednych i bogatych, jest skutkiem pewnej określonej formy własności ‑ prywatnej własności środków produkcji ‑ która umożliwia “wyzysk ludu pracującego miast i wsi” przez właścicieli środków produkcji.

Zgodnie z propozycją Marksa ustalono, że pieniądz podlegający zębom szczura, zostanie mimo to uznany za pieniądz niezniszczalny. Był to, jak pisze Gesell, najczarniejszy dzień w historii Baratarii, dzień w którym doprawdy, zgodnie z Talmudem, “małe drewienko zapaliło duże drzewo”. Wszyscy chceli zamienić swoje zapasy na pieniądz, każdy chciał sprzedać wszystko, co miał, nikt nie chciał nic kupić. Po tygodniu pojawiła się firma Bankiera – był rzecz jasna poplecznikiem Markiza – która zaczęła po niskich cenach kupować najlepsze i najpotrzebniejsze towary, które potem… Czyż trzeba opowiadać, co było dalej? Jak przyszedł przednówek i nie było nasion pod zasiew, i trzeba je było kupić po niebotycznych cenach u lichwiarza czyli Bankiera? Jak brakło pieniędzy na zakup i trzeba było kupować na kredyt? Jak kredyt został oprocentowany i pojawiły się procenty od procentów? Jak pojawiły się głód, bieda, bezrobocie, pijaństwo, frustracja, prostytucja, praca dzieci, płacz i zgrzytanie zębów? I mała grupka bogatych, z których najbogatszy był Bankier…

Dobry Boże, zapisał kronikarz, cóż za głupotę zrobiliśmy. Ani trzęsienie ziemi, ani powódź, ni wojna i ni zaraza, jeśli by nas nawiedziły, nie zrobiły by nam gorszej krzywdy niż te pozornie nieszkodliwe zmiany, jakie zasugerował nasz teoretyk. Wstrząsnął podstawami naszej gospodarki, zachwiał stosunki społeczne, zniszczył wszystko tak doszczętnie, że tylko gruz pozostał. Naród wyżywa się we wzajemnej nienawiści, jest zakłamany, uzależnionych od nałogów, a z chrześcijaństwa, którym sobie gębę wyciera, pozostała tylko nazwa. (…) Demokracja to nie jest tani towar na jarmarku, może ona i owszem sprawić, że państwo i społeczeństwo bądą przeżywały prosperity, ale tylko pod warunkiem, że cały naród zada sobie trud dogłębnego zbadania spraw państwowych. Ale tej prac Baratanie chcą sobie zaoszczędzić, wolą siedzieć w knajpie i wymądrzać się przy piwie…

Czy można się dziwić, że w pewnym momencie wszechwładny Bankier został królem i pojawiły się partie, gazety, szkoły, uniwersytety, policja i związki zawodowe, które miały za zadanie utrzymywać biednych w ryzach i baczyć, by nie zrozumieli, co jest powodem ich nędzy. Powstał też parlament, którego zadaniem było zapobieganie wszelkim próbom poprawy ich doli.

Eksperyment z wypróbowywaniem na wyspie wszystkich modelów gospodarki trwał 60 lat: przez 10 lat rządził komunizm, 25 lat było okresem wolnego pieniądza i 25 lat zużyto na realizację modelu nieludzkiego wyzysku kapitalistycznego.  W roku 1670 Baratarię odkryli Anglicy. Tak jak na całym świecie, tak i w królestwie rządzonym przez Króla-Bankiera, wprowadzono do obiegu złoty pieniądz. Nic to nie zmieniło w położeniu biednych i głupich, a może je nawet pogorszyło. Bo teraz każdemu biedakowi wydawało się, że jeśli tylko zdobędzie złoto albo 500 złotych…

Słowo na maj

Andrzej Rejman

Wciąż chłodno i prawdziwa wiosna jeszcze śpi.

Ale dzieje się dużo!

***

Nieśli krzyż i mieli opaski “Śmierć wrogom Ojczyzny”

Przeszli ulicami Warszawy 29 kwietnia 2017 roku. Nie było ich wielu, zaledwie kilkuset, zrobili jednak wrażenie.

Wrażenie całkowitego upadku idei pozytywnych, upadku idei pokoju i solidarności.

Nadchodzą czasy, gdy górę bierze wojenne opisanie świata i stosunków społecznych jako relacji opartych na konflikcie. Przynajmniej przez jakąś część młodzieży, a nawet przez niektórych, mających już pierwszą młodość za sobą taki opis rzeczywistości jest uznawany za wyzwanie, ba! za – wezwanie do boju. Dzięki bierności, a często cichej akceptacji obecnej władzy – mają oni wolną rękę do krzewienia swoich idei, do manifestowania agresji i nienawiści do inaczej myślących.

To niewiarygodne, jak szybko zmienił się nasz świat. Jakby dotknęła go jakaś niewidzialna ręka stawiająca go na głowie.

W takiej sytuacji w końcu musiał wypowiedzieć się Kościół katolicki w Polsce.

W dokumencie przygotowanym przez Radę do spraw społecznych Konferencji Episkopatu Polski, wydanym w tym samym mniej więcej czasie czytamy między innymi:

“…Kościół w swoim nauczaniu zdecydowanie rozróżnia szlachetny i godny propagowania patriotyzm oraz będący formą egoizmu nacjonalizm. (…)

Pragniemy (…) podkreślić, że potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody.

(…) Zastanawiajmy się nad «polską prawdą». Rozważajmy, czy jest szanowana w naszych domach, w środkach społecznego przekazu, urzędach publicznych, parafiach. Czy nie wymyka się niekiedy ukradkiem pod naporem okoliczności? Czy nie jest wykrzywiana, upraszczana? Czy zawsze jest w służbie miłości?

Jak ujmował to Jan Paweł II: Naprzód, w okresie zrastania się plemion Polan, Wiślan i innych, to polskość piastowska była elementem jednoczącym: rzec by można, była to polskość „czysta”. Potem przez pięć wieków była to polskość epoki jagiellońskiej: pozwoliła ona na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność. (…) Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. W gimnazjum było ich trochę mniej. Z niektórymi się przyjaźniłem. A to, co u niektórych z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym

Dalej czytamy w dokumencie Episkopatu:

“Dlatego ponownie zwracamy się do rodziców, nauczycieli, przedstawicieli władz publicznych i polityków, urzędników i funkcjonariuszy służb państwowych, samorządowców, twórców kultury i ludzi mediów, duszpasterzy, katechetów, instruktorów harcerskich, działaczy społecznych, historycznych rekonstruktorów i sportowców, aby nie ustawali w kształtowaniu szlachetnego, opartego o chrześcijańską miłość bliźniego, polskiego patriotyzmu…”

Na końcu przypomniano też słowa Jana Pawła II wygłoszone na forum ONZ w 1995 roku – Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wwówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego «fundamentalizmu»”. Dlatego, dodają już od siebie, „potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody”.

Nic dodać, nic ująć.

***

Maj to także miesiąc urodzin Sophie Scholl (9.05.1921- 22.02.1943), która w moim odczuciu była uosobieniem tych właśnie wartości patriotycznych, o których potem mówił Jan Paweł II.

„Ich will mich an das Seil klammern, das mir Gott in Jesus Christus zugeworfen hat, auch wenn ich es nicht mehr in meinen erstarrten Händen fühle“.

“Będę trzymała się liny, którą Bóg podał mi w Jezusie Chrystusie, nawet wtedy, gdy moje zdrętwiałe dłonie już nie poczują tego”.

― Sophie Scholl

Nasz rok leśmianowski 4

W tekście autor czyni admince przytyki, że nie kultywuje roku leśmianowskiego, a tymczasem na dziś oto był zaplanowany nasz redakcyjny tekst o Leśmianie, i zostanie  przesunięty na jutro (TU), bo dziś…

Julian Odstępowicz

Dawid zbuntowany alias Dziejba Lesmanów

Wróciłem z Zamościa! Jak to się stało, że dotarłem tam po raz pierwszy tak późno, w podeszłym wieku? Dlaczego dopiero teraz zawiódł mnie tam gzygzakowaty życia sznur? Trudno orzec. Tak wyszło. Od dawna marzyłem o tej wizycie, szykowałem się do niej, wyobrażałem sobie cuda niewidy. I się nie zawiodłem. Zamość to moja nowa i namiętna miłość.

Ale opowiadać z zachwytem o wędrówce po tutejszej starówce byłoby zbyt oczywisto i banalnie. Toteż nie opowiem. Znajduję ławeczkę na rawelinie przed Nową Bramą Lubelską. I spoglądam, nieco melancholijnie, na Pomnik Dawida Psalmisty, wzniesiony ku pamięci zamojskich Żydów rękoma mistrza co się zowie: Gustawa Zemły.

Widziałem już kiedyś inną statuę, syna Jessego, grającego na harfie. A nawet ją sfotografowałem: zajmuje niszę zewnętrznego muru kościoła klasztornego dawnego opactwa cystersów w Lubiążu.

Ale śląski Dawid to król radosny, który pląsał przed Arką Przymierza z całej siły, przy dźwiękach pieśni i gry na cytrach, harfach, bębnach, grzechotkach i cymbałach, ten, który tańczył z całym zapałem w obecności Pana, a ubrany był w lniany efod. Dawid z Lubelszczyzny siedzi (tak mi się przynajmniej wydaje) smutny i zamyślony. Bo on już zobaczył zagładę swego ludu. Na cokole pomnika umieszczono słowa: Pan światłością moją i zbawieniem moim (Psalm 27). Ale może bardziej pasowałyby te: Zmęczyłem się moim jękiem, płaczem obmywam co noc moje łoże, posłanie moje skrapiam łzami (Psalm 6)? Albo te: Moje oko słabnie od nieszczęścia, codziennie wołam do Ciebie Panie, do Ciebie ręce wyciągam (Psalm 88)? Zresztą, czy ja wiem…

Ponoć Dawid posturą nie imponował, podobno był niski (nie tylko w zestawieniu z Goliatem, ale tak w ogóle, obiektywnie) i rudy. Co nie przeszkodziło mu zostać największym królem Izraela. Tutaj, w Zamościu, trzy tysiące lat później żył taki jeden, rodak Dawida: też mikrego wzrostu, też rudawy (przynajmniej dopóty, dopóki miał włosy), małostkowego – bywało – charakteru, a przy tym fatalnie wywiązujący się z obowiązków miejscowego notariusza. A też był królem mocarnym. Monarchą słowa. Gdy umarł, pewien krytyk literacki, którego nazwisko przez litość pominę, spłodził tekst zatytułowany Dziejba Lesmanów; swoją drogą: co za wdzięk skojarzeń, co za wyrafinowana gra słów. Klękajcie narody! A w dziełku owym takie znajdujemy słowa: Leśmian był Żydem. (…) Wiersze Żydów w języku polskim nie należą do rdzennej, czystej poezji polskiej. Nie należą także do rdzennej żydowskiej literatury narodowej. Stanowią formację pośrednią między jednym a drugim ogniskiem krystalizacyjnym. Są – (i taka jest też twórczość Leśmiana) – produktem asymilacji drugorzędnych cech kultury polskiej. Co napisał krytyk pierwszorzędny, któremu nieczysta poezja Leśmiana z pewnością czosnkiem i cebulą wionęła. Jego nazwisko przywołuje się dziś właściwie wyłącznie wtedy, gdy mówi się o Leśmianie. Bez Leśmiana pamięć o krytyku dawno by już sczezła. Tak, jak pogrążą się w niepamięci – póki co bowiem tkwią po uszy w hańbie – senatorzy, którzy utrącili uchwałę o tym, by ogłosić annus Domini 2017 Rokiem Leśmianowskim. Słowo senator pochodzi, jak wiadomo, od łacińskiego senex, czyli stary. Oni z przymiotów starości raczej nie mądrość wzięli, lecz sklerozę. Bo co im w Poecie przeszkadzało? Czosnek? Bezbożnictwo? Rozwiązłość w malinowym chróśniaku? I tak stworzyli poetę wyklętego. No żesz kurwa jego mać!

Administratorka zarzekała się, że my – gorszy sort, tutaj, na blogu, urządzimy własny Rok Leśmiana. I co? Czekam, czekam. Nic. Sam więc w końcu chwyciłem za klawiaturę. A przecież powinni to uczynić bieglejsi w sztuce słowa. Nie tacy zmanierowani starcy, jak ja.

Król Dawid nie tracił ducha.

Z głębokości wołam do Ciebie, Panie,
o Panie, wysłuchaj głosu mego!
Nakłoń swoich uszu
Ku głośnemu błaganiu mojemu!

(Psalm 130)

A Odwieczny usłyszał i zesłał promień krzepiącej nadziei. O, taki właśnie:

Można i tak. Ale można inaczej. Zamojskiego psalmisty już nie stać na nadzieję. Nie woła z głębokości. Rzuca Najwyższemu wyzwanie, choć wie, że przegra. Ale gdyby się nie postawił, nie byłby sobą. Zostaje mu, jak to człowiekowi, tylko dumna rozpacz i beznadziejny bunt. Bo chyba o to tu chodzi, czyż nie?

W czas zmartwychwstania Boża moc
Trafi na opór nagłych zdarzeń.
Nie wszystko stanie się w tę noc
Według niebieskich wyobrażeń.

Są takie gardła, których zew
Umilkł w mogile – bezpowrotnie.
Jest taka krew – przelana krew.
Której nie przelał nikt – dwukrotnie.

Jest takie próchno, co już dość
Zaznało zgrozy w swym konaniu!
Jest taka dumna w ziemi kość,
Co się sprzeciwi – zmartwychwstaniu!

I cóż, że surma w niebie gra.
By nowym bytem – świat odurzyć?
Nie każdy śmiech się zbudzić da!
Nie każda łza się da powtórzyć!

Której z dwóch harf wolicie posłuchać? Ja – już wybrałem i wiem, że razem z poetą, w obliczu Stworzyciela – gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami, Bedę tupał na Niego tymi trupięgami! Zaś wam życzę dobrego – ale aż do trzewi waszego! – wyboru.

Uhhh, mrokiem i zimnem powiało. Nie godzi się tak kończyć, w takiej otchłani pozostawiać czytelnika. Coś lżejszego na deser: miała być dziejba Lesmanów (zważmy na pluralis), przeto dorzucimy jeszcze jednego. Może ten drugi Lesman, lotem strzały brzechwą ustabilizowanej, podczas którejś z wizyt u kuzyna notariusza odwiedził sąsiedzki Zamościowi Szczebrzeszyn? Może tej wizycie zawdzięczamy wiersz o chrząszczu, co brzmi w trzcinie? W Szczebrzeszynie, a jakże, też byłem. Chrząszcza widziałem.

 

Choć na mój gust to raczej konik polny. Ale entomolog ze mnie żaden, więc się nie upieram. Miłego dnia!

***

No, też myślę, że konik polny – adminka

Ponury żart czyli Muzeum II Wojny Światowej

Ewa Maria Slaska (tekst i zdjęcia) i Anna Kuzio (zdjęcia)

Wszyscy wiemy… muzeum zostało zbudowane, przygotowano wystawę, a w międzyczasie zmienił się rząd i wystawa okazała się niepoprawna politycznie. Dlaczego? Bo nie wspiera polskiej narracji martyrologicznej, lecz obiektywną relację o wojnie w Europie. Tak twierdzą wszyscy, którzy tę wystawę już widzieli.

Pomysł utworzenia placówki muzealnej przedstawiającej losy Polski w latach 1939–1945 na szerokim tle europejskim, czytamy na stronie Muzeum, zaprezentował Prezes Rady Ministrów Donald Tusk w grudniu 2007 r.

Paweł Machcewicz, dyrektor muzeum, już dziesięć lat temu przygotował koncepcję wystawy (M2WS_Koncepcja). Wystawa wpisze się, czytamy, w krajobraz muzealny Polski i Gdańska, będzie więc korespondowała, zarówno z Muzeum Westerplatte w Gdańsku, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Żydowskim w Warszawie, jak i z tworzącym się właśnie Europejskim Centrum Solidarności. Wspólnie placówki te miały wykreować wielostronną, nowoczesną, multimedialną opowieść o historii Polski w szerokim kontekście europejskim.

Ze względu na lokalizację muzeum i polską inicjatywę jego powołania, piszą autorzy koncepcji, profesor Paweł Machcewicz i Piotr M. Majewski, wojenne losy Polski i Polaków zostaną w nim, co zrozumiałe, wyeksponowane. Nie może to jednak nastąpić kosztem umniejszania doświadczeń innych narodów – w tym także Niemców i Rosjan. Należy podkreślić, że nie zamierzamy tworzyć muzeum martyrologii narodu polskiego, ani muzeum chwały polskiego oręża, lecz placówkę o przekazie uniwersalnym, w której wydarzenia rozgrywające się w Polsce stanowiłyby jedynie część szerszego obrazu.

Zdjęcie Anna Kuzio

Stało się inaczej. Akurat, gdy dobiegały końca prace nad przygotowaniem wystawy, Muzeum stało się przedmiotem walk politycznych i zostało postawione w stan oskarżenia. Nowy rząd uznał, że Polsce nie jest potrzebna europejska perspektywa historyczna, bo najważniejsza jest perspektywa polska, patriotyczna i martyrologiczna. Choć oczywiście, zgodnie z koncepcją, wystawa zajmuje się też walką i męczeństwem Polaków.

Przez długi czas wydawało się, że niemal gotowa wystawa zostanie zlikwidowana lub dogłębnie zmieniona. Nie jest to wizja ani absurdalna, ani niemożliwa, nie jest to też  ponury żart prima-aprilisowy, bo taki los spotkał przecież ekspozycję w Muzeum Przełomy w Szczecinie.

Zdjęcia (powyżej i poniżej) ze strony Muzeum. Dziękujemy!

Muzeum zostało jednak, w “starej” wersji, otwarte 23 marca 2017 roku i na razie, póki losy wystawy się ważą, Polacy, którym leży na sercu demokracja i przynależność Polski do Europy, masowo je zwiedzają

Mnie udało się obejrzeć Muzeum w przeddzień otwarcia wystawy, Ania dotarła tam w dzień po. Ani udało się więc obejrzeć wystawę, ja musiałam poprzestać na fotografowaniu dekonstuktywistycznej bryły muzealnej, która jest dziełem gdyńskiego studia architektonicznego Kwadrat. Autorami projektu są Jacek Droszcz i Bazyli Domsta.

Ja więc powiem, że nie wiem jeszcze, czy podoba mi się to muzeum, ale na pewno jest interesujące i na pewno architektonicznie stanowi inspirujące nawiązanie do budynku Europejskiego Centrum Solidarności, co podkreśla jedność przyjętej opcji narracyjnej.
Z kolei Anna Kuzio ocenia, że wystawa jest dobra i ciekawa, interesująco prezentuje tematykę i jest bardzo nowoczesna. Chwali też ilość i jakość prezentowanych eksponatów.

A oto nasze refleksje fotograficzne.

Muzeum II wojny światowej w Gdańsku. Marzec 2017. Zdjęcia bryły architektonicznej – Ewa Maria Slaska, zdjęcia wystawy – Anna Kuzio.


 

   

 

Reblog z siebie samej: Szwajcarzy patrzą na Polskę

Opublikowałam tu tekst, który “chodził za mną” od lat, a teraz
właśnie dojrzałam do tego, by go tu zreblogować. Może dlatego że ukazał się w surrealistycznym cyklu, analizującym zagadnienie, jak widzą Polskę ludzie z innych krajów, kultur i światów? Nazywa się też stosownie: W Polsce czyli nigdzie. Dziś, po wygranej PolskiPiS w Brukseli 1:27, coraz ciekawsze wydają się pytania: czy my w ogóle jesteśmy bytem , który “oni” są w stanie zrozumieć? co oni widzą, gdy patrzą na nas? A może: co oni w nas widzą?

Ewa Maria Slaska – Polska – kraj, którego nie ma

Dwanaście tomów pamiętników – czarno oprawione książki w czarnej kasecie przypominają Czarny Kamień z Kaaby. Autorem pamiętników jest niejaki Roberto Manetti, zmarły przed 10 laty mieszkaniec Zurychu. Książka ukazuje się w wydawnictwie Ammann Verlag, stając się bestsellerem na rynku wydawniczym, mimo że do tanich nie należy. Wywołuje coś w rodzaju kultu, okazuje się, że ludzie czytają ją w specjalny, namaszczony sposób, na przykład wyjeżdżając na miesiąc na urlop do jakiejś samotni. Jednak dociekliwy narrator, Paul Meier, który wciąż jeszcze książki nie przeczytał, orientuje się, że czytelnicy tajemniczych pamiętników znikają. W tym momencie rozpoczyna się akcja powieści Czytając Manettiego. Meier zaczyna poszukiwania, próbując rozwikłać kryjącą się za zniknięciami tajemnicę książki. Niebawem dochodzi do wniosku, że poszukiwani żyją, a ktoś pomaga im znikać; oni zaś robią to dobrowolnie. W pewnym momencie narrator sam chciałby zostać „zniknięty”, ale wie, że właściwie nie może, bo jest detektywem. Znikają bowiem tylko ci, którzy spełnili kilka warunków: mają tę książkę na własność; przeczytali ją całą po raz pierwszy w szczególny, pełen oddania sposób; przeczytali ją po raz drugi; odkryli w 11 tomie ukrytą wskazówkę – jest tam data (jedyna dokładna data w całej książce), która tak naprawdę jest również numerem telefonu w Zurychu; następnie zadzwonili pod ten numer i wreszcie wyrazili chęć poznania tajemnicy dobrego życia.

Historia czytania Manettiego i odkrywania tajemnicy wydania jego pamiętników to pierwsza i najważniejsza część książki. W drugiej części zagadka się wyjaśnia. Manetti, zamożny przemysłowiec i handlarz kawy, wcale nie umarł, tylko upozorował swoją śmierć, nie napisał też książki, ale zlecił jej napisanie, oraz ustalił okoliczności jej wydania oraz znikania czytelników. Sam przeniósł się na stałe do Brazylii, gdzie już wiele lat wcześniej rozpoczął w małym miasteczku tworzenie samowystarczalnego systemu ekonomiczno-społecznego, opartego na zasadach równości, ekologii i zrównoważonego rozwoju. Ta idea, pozwalająca uwolnić się od kontaktów ze światem wielkich konsorcjów przemysłowych i kapitalizmu – rodzaj kibucu czy komuny – działa jednak dopóty, dopóki jej realizacja nie przekroczy określonej wielkości, gdyż wówczas powróci, siłą rzeczy, do kapitalistycznego obiegu. Porwani czytelnicy nie mają jednak stać się częścią tej samowystarczalnej komuny, bo po prostu – nie ma w niej dla nich miejsca. Zostali oni tylko zaproszeni na wycieczkę „społecznoznawczą”, by potem mogli wrócić jak gdyby nigdy nic do normalnego życia lub też, w oparciu o program know how zagwarantowany przez Manettiego, zacząć tworzyć własne kibuco-komuny. Jedna taka społeczność już istnieje – na luksusowym placu des Vosges w Paryżu. Manetti wpisuje się więc w znany model kulturowy: bogacz działający z ukrycia, który – w zależności od zamysłu filmu, powieści czy gry komputerowej – chce zniszczyć świat lub go uratować. Jego idee są teoretycznie proste w realizacji, sprawiedliwe społecznie, nie niszczą środowiska i spełniają idealistyczne marzenia o dobrym życiu.

Najważniejszą jednak częścią powieści Czytając Manettiego nie jest ani poszukiwanie tajemnicy, ani jej wytłumaczenie, lecz podsuwane w streszczeniach fragmenty pseudopamiętników Manettiego. P.M. opisuje świat, w którym znikają dawne idee społeczne i rodzą się nowe. Książka jest zapisem stanu umysłu Europejczyków od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku do drugiej dekady XXI wieku. I tu się zaczyna problem, bo autor (zresztą wszyscy trzej, bo i p.m., i narrator, i wyimaginowany Manetti) nawet jeśli myśli, że opisuje Europejczyków, zajmuje się właściwie tylko Szwajcarami.

Książka jest absolutnie helwetocentryczna i, z punktu widzenia Polaka czy w ogóle mieszkańca świata (poza najedzoną do przesytu Szwajcarią), świetnie oddaje egoizm, europocentryzm oraz samowystarczalność bogatej Europy, która nie potrzebuje nikogo i niczego. Jest to szczegółowy zapis idei społecznych i politycznych, narastania świadomości ekologicznej i odpowiedzialności za świat, bardzo interesujący i… całkowicie oderwany od rzeczywistości.

Zainteresowany społecznie Szwajcar szczegółowo, niemal rok po roku opisując zmiany zachodzące w Europie w ostatnim półwieczu, nie zauważa w ogóle całej serii zdarzeń, wokół których nie przeszedłby obojętnie zainteresowany społecznie Polak. Nasz świat bowiem opiera się na linijce z szeregiem lat – 1956, 1968, 1970, 1976, 1980–81, 1989, 2004 – których u Widmera w ogóle nie ma. Pisząc historię „naszej” Europy, uznalibyśmy, że musi ona obejmować Solidarność, stan wojenny, Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory.

Gdy kiedyś, nawet nie tak dawno, kończyłam czytać Manettiego, moja opinia o tej książce opierała się w zasadzie na powyższych obserwacjach. Uznałam, że to ciekawa i, jak wszystkie optymistyczne utopie, przyjemna lektura, którą zakwalifikowałam gdzieś nieco (ale i tak niewiele) powyżej proroctw z Celestyny i Paula Coelha.

Przejrzeliśmy po kolei tom po tomie. Rok 1975 zaczął się w tonacji dur i moll. Wietkong zwycięża wojnę w Wietnamie, kończy się grecka dyktatura pułkowników, umiera Franco, ale w Chile u władzy nadal Pinochet. Nixon przepędzony, zaczyna się epoka Cartera, protesty przeciwko energii atomowej – lata z ołowiu. Od roku 1975 przestaje obowiązywać zasada, że wzrost produkcji oznacza podwyżkę pensji. Zbliża się koniec keynesistowskiej umowy społecznej. W drugim tomie nadciąga angielska bieda i ma miejsce katastrofa w Harrisburgu, Iran i zakładnicy, Carter przeżywa załamanie podczas biegu w Maryland. W Zurychu zaczynają się protesty studenckie zwane Beweging, czyli Ruch1 (dokąd?), powstaje dom kultury w Czerwonej Fabryce; pierwsze squaty. Wydanie Marsa Fritza Zorna. W tomie 3 Thatcher i Reagan wygrywają wybory, pojawiają się redukcje zakładów i masowe zwolnienia; gospodarka wpada w bagno. Tom 4, a może dopiero 5, to wielka wyprzedaż – tanieje ropa naftowa, wartości rosną, Japonia kwitnie, pojawia się Gorbaczow, głasnost i pieriestrojka, początek końca ZSRR. We Francji wygrywa wybory Mitterrand, co nieco narusza powszechne rządy konserwatywnego neoliberalizmu. Co jeszcze zdarzyło się w latach osiemdziesiątych? Zamykanie fabryk, małe smoki i tygrysy na dalekim Wschodzie, sowiecka wojna w Afganistanie, Amerykanie uzbrajają Talibów, Sloterdijk, Baudrillard, Virilio. Postmodernizm i poprawność polityczna. Rąbnięta teoria krzywej Laffera dowodząca, że mniejsze podatki zwiększają dochód państw. Tomy 5, 6 i 7 zajmują się końcem lat osiemdziesiątych i początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kolejny kryzys, krach na giełdzie w roku 1987, w Szwajcarii po raz pierwszy pojawia się bezrobocie, pustynie poprzemysłowe, Czarnobyl, umieranie lasów, rozpędzenie ruchu squatterów, załamanie „realnie istniejącego socjalizmu”, pierwsza wojna w Iraku. Tomy 8 i 9 to lata dziewięćdziesiąte: Clinton i jego intrygi, permanentny kryzys, komputer i Internet, globalizacja, wojna w Jugosławii, nomenklatura przekształca się w nową oligarchię, telefony komórkowe. Załamanie koniunktury w Japonii. Tomy 10 i 11 zajmują się połową lat dziewięćdziesiątych. Bombardowanie Belgradu, boom w USA. Jelcyn przejmuje władzę. Wojna w Czeczenii. Tom 11, rok 1996.

Helwecja – kraj w środku pokurczonej Europy2

Lektura Manettiego nieuchronnie każe mi sięgnąć po inną książkę ze Szwajcarii, czytaną przeze mnie dawno, ale dobrze zapamiętaną, dlatego, że według mnie obie są utworami helwetocentrycznymi: cykl esejów szwajcarskiego pisarza o jego pobycie w Polsce w roku 1989.

Reto Hänny, Am Boden des Kopfes / Na podłodze głowy.

Teoretycznie jest to opis podróży znanego szwajcarskiego pisarza po Polsce, jednak tematem najważniejszym jest tu Szwajcaria.

Tytuł jest cytatem z wiersza Herberta o Panu Cogito, pierwsza zwrotka jest też mottem (jednym z trzech) książki.

Codzienność duszy3

Rano myszy biegają
po głowie
na podłodze głowy
strzępy rozmów
odpadki poematu
wchodzi
pokojowa muza
w niebieskim fartuchu
zamiata

do mego pana
to przychodzą lepsi goście
taki dajmy na to Heraklit z Efezu
albo prorok Izajasz

dziś nikt nie dzwoni

pan chodzi zdenerwowany
mówi do siebie
drze niewinne papiery
wieczorem wychodzi w niewiadomym kierunku

muza odpina niebieski fartuch
opiera łokcie na parapecie
wyciąga szyję
czeka
na swego żandarma
z rudymi wąsami

W mojej opinii o helwetocentryczności tej publikacji nie byłam zresztą odosobniona. Dorota Sosnowska, germanistka z Uniwersytetu Szczecińskiego, pisze: „mimo bardzo obszernych opisów polskiej rzeczywistości […] kluczowe są jednak tematy helweckie, gdyż pisarz […] analizuje tu własne doświadczenia i swój stosunek do kraju ojczystego, dokonując równocześnie gruntownego demontażu helweckiej idylli i ukazując Szwajcarię jako kraj przesiąknięty licznymi skandalami i naznaczony krwawo tłumionymi rozruchami”4. Zresztą i sam autor, świadomy swej pisarskiej tendencji, pisze, że optykę zakłóca mu skleroza szwajcarska (Helvetosklerose).Dokładnie tak jak w tytule tego rozdziału: w środku świata widzianego przez Szwajcarów znajduje się Helwecja, a naokoło rozpościera się jakiś szczątkowy kontynent, niewiele lepiej znany niż zatopiona Gondwana.

Obaj pisarze są tu sobie bliscy, ale Hänny ma przynajmniej świadomość swojego helwetocentryzmu, natomiast Widmer nawet nie wie, co by to miało być. Hänny rozprawia się ze „swoją” Szwajcarią, Widmer pisze o Europie tak, jakby była Szwajcarią. Dla Jarry’ego Polska istniała jako przykład negatywny, dla Hänny’ego Polska stała się pretekstem do myślenia o Szwajcarii, zaś Widmer nawet nie zauważa, że Polska istnieje. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, nawet przy założeniu, że każdy z nas czyta nieuważnie i coś nam z lektury umyka, twierdzę, że w całej trzystustronicowej pozycji słowo „Polska”, „Polak” czy „polski” nie padają ani razu.

Książkę Widmera czyta się lepiej i łatwiej niż Hänny’ego, ale też Widmer jest apologetą dobrej sprawy i szuka zwolenników, podczas gdy Hänny jest surowym krytykiem i szarpie, kąsa i gryzie każdego, kto się do niego zbliży, siebie samego chyba zresztą najbardziej. Styl Widmera jest lekki i potoczysty, Hänny plącze zdania i czasy, przeskakuje od luźnych skojarzeń do żrących analogii, o których wymowie z kolei my, bezradni odbiorcy jego prozy, pochodzący ze świata poza Szwajcarią, nie mamy najmniejszego pojęcia. Niemieccy krytycy słusznie piszą, że Hänny przekracza granice tego, co czytelnik jest w stanie zrozumieć (Lesbarkeit; readability). Na podłodze głowy narasta głębokie przekonanie, że nie tylko my nie rozumiemy, o co mu chodzi, gdy pisze o Szwajcarii, ale co gorsza jego odbiorcy z DACH-u5 nie zrozumieją niczego o Polsce. Raz czy drugi wyłowią znajome słowo, które zaraz potem utonie w erudycyjno-postmodernistycznej grze skojarzeń, omówień i cytatów bez cudzysłowów. Zdania Hänny’ego obejmują nieraz całe akapity, a, pooddzielane średnikami, strony… Czyta się go trudno, niekiedy w ogóle nie sposób przebrnąć przez tekst, który zmęczony czytelnik wreszcie porzuca, wiedząc, że to oczywiście grzech, bo może to tam właśnie, w tym poharatanym kawałku prozy znajduje się wyjaśnienie, o co właściwie autorowi chodzi.Ale autor nie jest głupi, o nie, ma za sobą niezłe doświadczenia walki z obrzydliwym kapitalizmem o prawa zwykłego człowieka w najbogatszym mieście świata, czyli Zurychu6, i wie takie rzeczy o sobie, o świecie i o nas, których my sami nawet nie wiemy. Kto na przykład słyszał o Janie Kowalewskim, kryptologu, który odkodował tajne rozkazy Budionnego, czym znacznie przyczynił się do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej w roku 1920? Przyznajmy z ręką na sercu, nie wiemy nic. A on wie. Co gorsza (albo lepsza), w akapit o Cudzie nad Wisłą wcale nie wstawia nazwiska Kowalewskiego, tylko Isaaka Babla i Dsiga Werowa, filmowca. Kowalewskiego trzeba sobie znaleźć, co nawet teraz, w czasach Internetu, zajęło mi dobrych parę kwadransów, a w roku 1990, gdy Hänny to publikował, było jeszcze trudniejsze. I mogło się skończyć fiaskiem.

Pewną pomocą w zrozumieniu ataków Hänny’ego na Zurych może być odwołanie do lektury Wydarzenia Guida Morsellego7. Morselli, Włoch z Triestu, urodzony w roku 1912, prawnik, odebrał sobie życie w roku 1973. Nie jest to jedyny pisarz, który wybrał dobrowolną śmierć, ale być może jedyny, który przez całe życie walczył o to, żeby zostać uznanym za pisarza i skończył ze sobą, zrażony niepowodzeniem pisarskim, gdy tymczasem tuż za rogiem czekały sława i uznanie. Wydarzenie8ukazało się po włosku wkrótce po śmierci autora i stało się sporą sensacją literacką, czego autor niestety nie mógł już zobaczyć.Wydarzenie to opowieść o mieście Chrysopolis, które nagle w przeciągu jednej tajemniczej nocy całkowicie opustoszało, ocalały natomiast zwierzęta i narrator, który chodzi teraz po ulicach, rozmyśla o tym, ile jego złoto sprawiło zła i czy to, co się zdarzyło, było karą, czy wybawieniem. Powieściowe Chrysopolis to oczywiście Zurych, miasto skarbców bankowych, ale też Hänny’ego i Widmera. Obaj działali tu w ruchach lewicowo-anarchistycznych, i obie ich książki są mocno osadzone w tym mieście-symbolu, które jak nierządnica babilońska rządzi światem. Obaj zresztą uciekają z Zurychu. Z licznych wzmianek czuje się, że Morselli jest dla Hänny’ego wzorem, a może przewodnikiem duchowym, pełni taką rolę, jaką dla nas, uciśnionych w komunie, pełnił Herbert i jego Pan Cogito; pokazuje, jak żyć uczciwie.

Pamiętam, że jak byłam w Zurychu, uderzyła mnie przede wszystkim niezbyt paradna zwyczajność tego miasta, nie rzucająca się w oczy skromność słynnej Bahnhofstrasse, najdroższej ulicy na świecie, której mityczne podziemia w okolicy Paradeplatz wypełnione są złotem wszystkich szwajcarskich banków. A tu tymczasem ulica jak ulica, nic nadzwyczajnego. W Paryżu ładniej, w Berlinie weselej… Ani bogato, ani złowrogo, ani nawet symbolicznie.

Hänny a sprawa polska

Hänny gardzi Szwajcarią, gardzi Europą, pogarda jest mu przyrodzona, trudno się więc dziwić, że mimo iż szanuje polską literaturę, polską opozycję i przejmuje się wojną, a zwłaszcza męczeństwem Żydów, nie potrafi nie gardzić i naszym krajem.

Przyjechał tu jesienią 1989 roku, czyli tuż po wolnych wyborach. Jego opisy polskiej rzeczywistości są celowo przykre, drastyczny opis brzydkiego mężczyzny w nocnym pociągu do Rzeszowa staje się opisem nas wszystkich, więcej nawet, bo również naszej mapy i naszego terytorium. Najwyraźniej na nic nie zasłużyliśmy, my, zwykli Polacy i my, Polska, zwykły kraj. Na naszą niekorzyść zalicza autor wszystko jak leci: fakt, że dla większości ludzi pieniądz jest ważniejszy od ideałów, ale też, że nocą jest ciemno; przenikliwy wiatr jest przenikliwy, a jak jesienią pada deszcz, to jest zimno i mokro. Niechęć staje się powoli monotonna, gdy nagle autor wspina się na szczyty odrazy. Nie tylko ja zapamiętałam z tej lektury rozdział o kolacji u pani docent czy profesor z Uniwersytetu Toruńskiego, bo pamiętają go wszyscy, którzy czytali tę książkę. Gospodynią kolacji jest kobieta piastująca stanowisko uniwersyteckie, chyba germanistka, a współgospodynią – jej matka, również mówiąca po niemiecku, określana przez autora mianem „Alte” – Stara. Kobiety podają obrzydliwe jedzenie, jakieś masy jarzyn, po części w occie, a likier, który proponują po posiłku, ma kolor zaschniętej krwi menstruacyjnej, co się zresztą (świadomie, podświadomie?) komponuje z barwą aksamitnej sukni, w której występuje pani domu. Notabene, mam wrażenie, że autor, jak zresztą wielu mężczyzn, nie odróżnia aksamitu od pola bananowego i że pani profesor miała na sobie sukienkę co najwyżej z weluru.

Opisując tę kolację Hänny wykracza poza i tak już wysoki poziom nienawiści do Polski i Polaków, bo jeszcze bardziej niż samego kraju i jego mieszkańców nie znosi Polek. Jego mizoginizm jest odstręczający, a żywi się wszystkim, chociażby faktem, że pani profesor i jej matka mają małe mieszkanie i dużo książek, co sprawia, że regały sięgają aż po sufit. Podczas lektury człowiek zastanawia się, czym właściwie te dwie kobiety zasłużyły sobie na taki ładunek jadu i nienawiści.

No, wreszcie jesteśmy! Obie się już poważnie martwiły. Z powodu tej uciążliwej drogi, co gorsza, jak widać, znowu nie działa światło na klatkach, i to już od wielu dni, dlatego prośba, by wybaczyć mamie, że nie czeka na gości tu na zewnątrz, wita nas kobieta w ciemnoczerwonej sukni wieczorowej i z latarką, która, bo z daleka rozpoznała auto (zresztą z braku paliwa mało jakie auto tu w ogóle dobrowolnie zajeżdża), zeszła na dół i rozprawia gestykulując, zanim jeszcze kierowca zdążył na dobre zahamować […]. Rozjaśniony tylko jedną nisko zwieszającą się słabą żarówką w alabastrowym obwieszonym żółtozielonymi frędzlami z paciorków abażurze przeładowany jedzeniem stół blokuje przestrzeń […]. A co, młodemu panu nie smakuje? Jak się pan nazywa? Proszę jeść, proszę jeść, czemu pan nic nie je, wcale nie popróbował pan wszystkiego, syczy do mnie Stara, która usadowiła się tuż obok mnie, po lewej, obok profesora, i szturcha mnie, jednocześnie ze śmiechem wypytując o coś córkę, zanim zdołałem choć w połowie opróżnić talerz.
Jeszcze tylko brakuje, myślę, siedząc wciśnięty w nieszczególny kąt, na niskiej, wypłowiałej kanapie, pokrytej sfilcowaną skórą źrebięcą z wbitymi na fest warstwami kłaków białoszarego sierściucha, który po nieudanych próbach wypchnięcia mnie z mojego miejsca, ulokował się pod moimi nogami, od czasu do czasu obwąchując mnie zimnym mokrym nosem, aby, gdy się wreszcie jakoś przed psiskiem obroniłem, namiętnie oblizywać mi dłoń
[…] brakuje tylko, żeby Stara dodała, myślę, jedz, bo inaczej nic z ciebie nie będzie…

Tym bardziej zaskakuje następny rozdział – kilkanaście pięknych, jasno i klarownie napisanych stron o księdzu Jerzym Popiełuszce. Kilkanaście stron ludzkiego współczucia i sympatii, podziwu dla szlachetności, niezgody na bestialstwo katów i bezkarność ich zleceniodawców. Czytelnik oddycha z ulgą, myśli, że oto wreszcie skończyły się odrażające opisy, których brzydota podkreślała niejako dodatkowo odstręczające wnioski na temat Szwajcarii; że te pierwsze strony książki, a i tak jest ich już niemal sto, miały być preludium do lektury, gdzie z szarego błota polskiej codzienności (jasne, wszyscy wiemy, że Polska komunistyczna i świeżo postkomunistyczna była szara i błotnista) wyłoni się nagle jak Wenus z fal morskich jasna i świetlista postać bogini, Solidarność, która powiodła na barykady ludy Europy, i już myślimy, że teraz czas na apoteozę… Zwłaszcza, że pierwsze motto do swej książki Hänny znalazł na jakimś murze w Gdańsku: „Nie damy się”.

Ale nie. Nic z tego. Bo i te piękne strony służą autorowi do pastwienia się nad Szwajcarią, a i Polska zaraz potem jawi się znowu jako paskudny kraj, który chyłkiem, poprzez kontakty z NATO, zamierza wkraść się do Twierdzy „Europa” (Zachodnia). Nawet to, co w nas godne pochwały, czyli polskie, nazwijmy to umownie, umiłowanie wolności, jest uHänny’ego pełne wbijanych ukradkiem szpilek i podskórnego jadu. Książę Józef Poniatowski „geht baden” – idzie się kąpać, co odnosi się oczywiście do faktu, że zginął w rzece, ale jednak zginął, a nie poszedł się wykąpać, a na dodatek jest to sformułowanie idiomatyczne i używa się go, żeby drwiąco powiedzieć, że coś schodzi na psy (na przykład: Unser Bildungssysstem geht baden – niemieckie szkolnictwo podupada).

Oczywiście można z góry założyć, że autor obruszyłby się, gdyby zarzuciło mu się naigrywanie się z polskości. „Ależ, powiedziałby, wybranie Pana Cogito za Wergilego tej podróży dobitnie pokazuje, że Was cenię, ale jestem, jak Herbert i sam Pan Cogito, inteligentny, wykształcony i ironiczny. Patrzę z dystansem. Nie mogę nie krytykować”.

Może i nie może, nie wiem. Tylko że u Pana Cogito ten dystans jest uprawniony, w końcu Pan Cogito jest jednym z nas, znosił to, co i my znosiliśmy, a poza tym jest może surowy i krytyczny, ale jest też uważnym obserwatorem rzeczywistości, myśli, dystansuje się przede wszystkim do samego siebie, nie obraża innych, jest nieugięty, ale nie obelżywy i odrażający, a już na pewno nie turpistyczny.

Andrzej Stasiuk

Gdy to wszystko czytałam 20 lat temu, byłam po prostu zniesmaczona, teraz wiem jednak, że i polski autor wyprodukował w 10 lat później takie dzieło – mam na myśli Dojczland Stasiuka9. Sam autor napisał o swojej książeczce, że: „Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera. Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru”10. No tak, niewyszukany humor. Bardzo niewyszukany. Autor nic nie widzi i nic go nie interesuje, opisuje tylko hotele, dworce, pociągi, samoloty, lotniska i ewentualnie długie i nużące jazdy samochodem. Czasem kolacje i nieszczęsne panie organizujące mu spotkania autorskie. To oczywiście (a może raczej powinnam napisać: miejmy nadzieję) tylko chwyt literacki, biedny pisarz, ciężko pracujący w Niemczech i innych krajach DACH-u11 na kawałek powszedniego chleba. „Żeby ocaleć, czasami piję, a czasami porównuję. Wielu rzeczy nie pamiętam i muszę je wymyślać od nowa”.

Pod tym względem obaj panowie są sobie zresztą bliscy, bo Hänny też przyjechał do Polski z wieczorami autorskimi i też jeździ wzdłuż i wszerz między Rzeszowem, Lublinem, Krakowem, Toruniem i Warszawą.

Wypowiedź Stasiuka o Niemczech spełnia wszystkie wymogi tego, jak powinna wyglądać odrażająca książka o kraju, którego Bogu ducha winni przedstawiciele w dobrej wierze zaprosili pisarza na wieczory autorskie, finansując mu oczywiście podróż, wyżywienie, noclegi w hotelach i honorarium, a zapewne również przewodników, opiekunów, towarzyszy podróży i gościnę. Że o PR nie wspomnę.

„Lubię z pięćdziesiąt miejsc w Niemczech, ale żadnego z nich poza Lorelei nie ma w moim Pascalu. Nie ma na przykład dworca we Frankfurcie nad Menem w niedzielny poranek z zakrwawionymi strzępami papieru toaletowego na chodniku i facetami o ósmej w knajpach ze wzrokiem wbitym w zawieszony pod sufitem telewizor. […] Poranek jest senny i niemrawy. Burdele śpią, śpią pornokina. Wstali tylko ci, których kac i ćpuński głód wypędził w poszukiwaniu ratunku. I jeszcze tamci faceci z knajpek, którzy wstają o świcie i zaraz muszą się spotkać bo nie potrafią bez siebie żyć. […] Ale tego wszystkiego nie ma w żadnym Lonely Planet. […] W zwiedzaniu jest jakiś przymus podziwu, zainteresowania, jakaś obłuda. Czasami ktoś pokazuje mi coś z dumą, a ja czuję się jak oszust, bo kiwam głową, ale nic nie obchodzi mnie jakaś wieża, brama, zamek oraz reszta tych cudów.”

Jak każdy prawdziwy Polak Stasiuk nie ma obowiązku lubić Niemców, którzy rozpętali dwie wojny i wymordowali „15 procent naszego społeczeństwa, a drugie 15 zamorzyli głodem”. Nawet w książce, w której w ogóle nie chodzi o Niemcy, pojawi się i ten wątek. Polska zobowiązuje. Ale też – Polska przyzwala.

Polonocentryzm jako odpowiedź na helwetocentryzm Hänny‘ego, ale tylko w takim wymiarze, w jakim służy on znacznie ważniejszemu centryzmowi – a mianowicie ego… Egocentryzmowi.

Ale, wychodząc z odmiennych pozycji centrycznych, obrażać się można nawzajem i do woli.

Prorok w cudzym kraju

Hänny przebywa w Polsce tuż przed upadkiem Muru, pisze więc tak, jakby NRD jeszcze istniało, bo oczywiście istniało, gdy był w Polsce, a upadło w dzień po jego przyjeździe do Berlina. Jednocześnie pod spodem przemawia przez tekst oczywista wiedza o tym, co stało się potem, która zgoła niepotrzebnie spowija go w profetyczną szatę. Przewiduje coś, co wie, i może nie przyniosło by mu to specjalnej chwały, gdyby nie fakt, że przewiduje też to, czego nie wie, a tylko obserwuje symptomy. I robi to lepiej niż my, którzy przespaliśmy z kretesem ostatnie 25 lat.

Niedługo okaże się, że znowu trzeba wyjść na ulicę i strajkować, aby wywalczyć sobie wolność wyznania – lub zacząć myśleć o emigracji. Jeszcze człowiek nie zdążył otrząsnąć z ubrania zaprawy murarskiej poprzedniego systemu, a już wojownicze kręgi kościelne wynoszą moralne przekonania kleru do rangi doktryny państwowej, zmierzając do utrwalenia nowego totalitaryzmu. […] Polacy są przeciw Niemcom, Czechom, Rosjanom, komunistom, socjalistom, protestantom, katolikom i tak dalej – czyli, krótko mówiąc, przeciw wszystkim. […] a są za swoim jedynym polskim katolicyzmem, od Bugu, a jeszcze lepiej – od Uralu po Atlantyk. Za czystą Polską, bez prezerwatyw, aborcji, kontroli urodzin i równouprawnienia – i oczywiście bez ruchu obywatelskiego.

Niestety, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale w cudzym też nie.

Nasza narracja o Polsce, świat pełen luk

Jeśli, wzorem Stasiuka, zapomnimy o lekceważącej Polskę perspektywie szwajcarskiej i zastąpimy ją polską, okaże się rychło, że opuszczenia i luki w historii Europy według Widmera i Hänny’ego nie są czymś gorszym od opuszczeń i luk w historii Europy według Polaków. Spróbuję tu dokonać próby dokładnie takiego samego opisu, jaki zacytowałam z powieści Widmera, tylko że à la polacca. Na szaro to, czego nie ma, karp na szaro po żydowsku i nie tylko.
Bunt robotników w roku 1953 w NRD – nigdy go nie było w polskiej pamięci zbiorowej, nasza historia zaczyna się w roku 1956 – w Polsce i na Węgrzech. Wraz z bratankami walczymy o Polskę.

Rok 1963, budowa Muru Berlińskiego, kogo to obchodziło? Kogo w ogóle obchodziło NRD? Rok 1963 to rok zamachu na Kennedy’ego. Ale czy wiemy też, że był to roku Marszu na Waszyngton? Walczymy o Polskę.

Rok 1968. Marzec, kwiecień, maj. Praska wiosna, paryski maj, rozruchy marcowe, interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Pradze. OK, tu już się bardziej wpisujemy we wspólną narrację, wiemy dużo o roku 1968, o buntach amerykańskich i francuskich, znacznie mniej o zachodnioniemieckich; o tym, że w NRD studenci wystąpili do walki o zachowanie kościoła św. Jana w Lipsku nie wie nikt i podejrzewam, że nikt nie pamięta, iż 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony Martin Luther King… Walczymy o Polskę, chociaż interwencją wojsk sprzymierzonych w Pradze władza zrobiła nam obciach. Człowiek na księżycu.

Lata 1957–1975. Wojna w Wietnamie też nas niewiele obchodziła. Jeśli będziemy wyliczali wydarzenia ważne dla historii w latach siedemdziesiątych, podamy Gdańsk i Szczecin 1970, a potem rok 1976 – Radom i powstanie KOR-u. No i wybór polskiego papieża. Ogólnie: walczymy o Polskę.

1979 – rewolucja islamska w Iranie. Walczymy o Polskę.

Rok 1980, strajki, Solidarność i Nobel dla Miłosza. Umarł Josip Broz Tito i zaczął się rozpad Jugosławii. Walczymy o Polskę.

Rok 1981 – wprowadzenie stanu wojennego. Nie bardzo mamy ochotę pamiętać o niemieckiej pomocy dla Polski po wprowadzeniu stanu wojennego, mimo że miała ona kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. W Berlinie Zachodnim zaczęła się tzw. walka o domy. Walczymy o Polskę.

1983 – Nobel dla Wałęsy. Walczymy o Polskę.

1989 – Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory w Polsce, znaczące daty. Plac Tiananmen? Ale co tam Chiny, nie pamiętamy Jesieni Narodów, upadku Muru Berlińskiego, zjednoczenia Niemiec, upadku systemu bloków politycznych i zakończenia zimnej wojny. Zaczyna się krwawa wojna w Jugosławii. My wygraliśmy. Kończymy walkę, którą toczyliśmy przez ostatnie 45 lat. Zaczynamy nowy etap życia. Bogacimy się.

1990 – uwolnienie Nelsona Mandeli i w 1994 koniec apartheidu, 1990–1991 – wojna w Zatoce Perskiej (wojna o Kuwejt), a my złapaliśmy wiatr w żagle i bogacimy się. Zaczynamy od Polenmarktu w Berlinie. Sprzedajemy wódkę i jajka, kupujemy margarynę w Aldim.

1992 – Radio Maryja rozpoczyna powolną indoktrynację tych, którzy w ćwierć wieku później staną się wiernym, wierzącym i posłusznym elektoratem PiS-u. My się bogacimy.

W 1993 roku wprowadzona została ustawa o tzw. kompromisie aborcyjnym. Nie był to kompromis, milion Polek podpisało protest, który nie odniósł żadnego skutku. Premierem Polski była kobieta, a Polacy po raz pierwszy odczuli, że nie są u siebie i że to nie oni będą korzystać z wywalczonej wolności. No, ale bogacimy się. Z szop, w których sprzedawaliśmy margarynę z Aldiego tworzymy shopy.

1996 – Nobel dla Szymborskiej. Zaczyna narastać globalizm, stolica Niemiec przenosi się do Berlina, na polskie ulice wpełzają banki, a na rynek pracy korporacje, które za chwilę nami owładną. My jednak wciąż bogacimy się, choć jest coraz trudniej. Państwo dopomina się o swoje, przede wszystkim fiskus i ZUS. I oczywiście Kościół.

11 września 2001 roku – jedyna data w historii współczesnej, którą rzeczywiście chyba wszyscy pamiętamy. Tym niemniej – nadal bogacimy się, choć nie jest już tak łatwo, spłaszczają się różnice, aspiracje rosną, przelicznik waluta-złoty się pogarsza, inwestorzy odkrywają Ukrainę, Rumunię i Albanię.

2003 – wojna z Saddamem Husajnem.

2004 – przystąpienie Polski do UE. Koniec historii współczesnej według Polaków. W roku 2005 umiera papież Polak. Był symbolem historycznej walki; gdy historia się skończyła, a zastąpiła ją demokracja, mógł odejść – i odszedł. Do władzy dochodzą Internet, Google i Wikipedia, a potem Facebook i telefon komórkowy. Zwyciężają media społecznościowe. Nasza (jedyna uprawniona) wizja świata się sprawdziła. Najpierw walczyliśmy, potem się wzbogaciliśmy. Było dobrze.

Podsumowanie

Niestety nie było. Z mediów społecznościowych wyszła na ulice Afryki Północnej arabska wiosna (2010–2013), zaczęły się bunty w Turcji i w Bułgarii, pojawił się ukraiński Majdan… A potem było jeszcze gorzej. Putin zajął Krym i wschodnią Ukrainę, a w Polsce zwyciężył PiS. We Francji Marine Le Pen, na Węgrzech Orban. Próbujemy się bronić, z Facebooka wyszedł na ulicę KOD… Wygrał Trump. Resztę znamy.

Wybaczcie skróty, zrobiłam tylko szybki przegląd, nie wgłębiałam się w szczegóły. Na potrzeby tego eseju opracowałam model historii świata według Polaków. Nasz i ich. Nasz właśnie odchodzi, ich się kształtuje.

Bo narracja PiS-u dopiero się tworzy i zmieni radykalnie polską wizję historii współczesnej. Będzie w niej jeszcze mniej świata zewnętrznego i pominięty zostanie świat naszej walki, będzie się tylko pamiętać, że jak przyszedł czas wolności – bogaciliśmy się. I drogo za to zapłacimy, nawet jeśli osobiście wcale się nie wzbogaciliśmy. PiS neguje rolę Solidarności, Wałęsy, Okrągłego Stołu, wolnych wyborów i wejścia w skład Unii Europejskiej, skreślił polskich noblistów, ale za to wprowadził kult żołnierzy wyklętych i kult smoleński. Historia Polski według PiS-u zaczyna się w październiku 2015 roku, kiedy w tryumfalnym pochodzie do władzy dochodzi jedyna słuszna partia, a z nią jedyny słuszny model człowieka, Nowy Polak – Homo Polacus Catholicus i Prawdziwa Wolna Polska.

Oczywiście jest KOD i jest czarny protest, gdy okrzepną, przejmą rolę Michnika i Elektryka, być może Olga Tokarczuk i Sylwia „No pasarán” Chutnik stworzą nowego Pana Cogito (oczywiście Panią Cogito). Na razie jednak jesteśmy zdani sami na siebie.

Chciałam w tym eseju rozprawić się ze szwajcarską wizją świata, ubolewając, że z Zurychu nie widać Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Jugosławii, NRD, nawet Niemiec specjalnie nie widać. I dopiero podczas pisania tego eseju uświadomiłam sobie, że tak jest zawsze i wszędzie, że z Warszawy i Gdańska też nie widać ogromnych kęsów świata. I że świat widziany z księżyca w Polsce jest równie egocentryczny jak świat widziany z Zurychu.

Oczywiście, niewykluczone, że przemawia przeze mnie feministyczny polonocentryzm z naleciałościami androgynizmu. Równie ślepy i naganny jak helwetocentryzm Widmera i Hänny‘ego. Możliwe też, że moje rozbuchane kobiece ego jest równie niemiłe, jak artystyczny solipsyzm literackich gastarbajterów, jakimi są Stasiuk i Hänny. I możliwe, że nie lubię ani nadinterpretacji, ani niedointerpretacji historycznych w duchu wszystkich utopii marzących o Nowym Człowieku. I oczywiście – nie wierzę w Nowego Człowieka. Jeśli tak jest, to niech mi czytelnik wybaczy. I czytelniczka.


1 Taki tytuł ma też pierwsza książka Reto Hänny’ego.

2 R. Hänny, Am Boden des Kopfes, Frankfurt 1991, s. 57: „Rumpfkontinent Europa rund um Helvetien“.

3 Z. Herbert, Pan Cogito, Warszawa 1974.

4D. Sośnicka, Polski orzeł na tle szwajcarskiego krzyża [online] <http://www.bg.ajd.czest.pl/wydawnictwo/Studia_Neofilologiczne_11.pdf> [dostęp: 30 grudnia 2016].

5DACH – „D” jak Deutschland, „A” jak Austria, „CH” od Schweiz (Szwajcarii), popularne określenie krajów niemieckojęzycznych.

6 R. Hänny, Ruch,Zürich i Anfang September, obie pozycje: Suhrkamp 1979 i 1981.

7 G. Morselli, Wydarzenie, tłum. B. Sieroszewska,Warszawa 1980.

8 Tenże, Dissipatio humani generis oder Die Einsamkeit, Insel 1990.

9 A. Stasiuk, Dojczland, Wołowiec 2007.

10 <http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27618/dojczland> [dostęp: 30 grudnia 2016].

11 „”„”„”od Schweiz (Szwajcarii).

Źródło wszelkiego zła

Merkanty Kramarczyk

Po Tempelhofie krąży Strzyga. Zapuszcza się też chętnie na Kreuzberg lub do Mitte. Czasem pielgrzymuje via Santiago de Compostela, kiedy indziej dziarsko maszeruje ku Aleppo. Poza tym buszuje w sieci, udziela się aktywnie, administruje blogami – jak tym oto chociażby. A wszędzie, gdzie się pojawi, mami, zastawia pułapki i chwyta w nie różnych łatwowiernych, naiwnych tudzież prostolinijnych. Na przykład mnie.

Ale to nie ona jest tytułowym źródłem wszelkiego zła, choć stworzenie takiej literackiej konstrukcji byłoby niezwykle kuszące. Przeciwnie: stała się źródłem dobra. Dobrego przekładu z niemieckiego, konkretnie. Dobrego i ważnego, przynajmniej dla mnie. Dzięki niemu powstanie artykuł naukowy, nudny i napuszony, choć dla mnie, jak wspomniano, ważny. Mniejsza o to, że poza mną i recenzentem nikt inny go nie raczej przeczyta. Nic nie szkodzi, albowiem sam akt jego tworzenia jest dla mnie wystarczająco przyjemną nagrodą – ot, taka dewiacja.

Ale niczego na tym świecie nie masz za darmo! Owszem, dałem się omamić i podpisałem cyrograf! Lub raczej, by być trendy, trzeba by rzec, że „zrobiliśmy deal”.

– Jak mogę Ci się odwdzięczyć?
– Napisz coś na blog.
– Przecież nie umiem, to nie moja działka!
– Umiesz umiesz, nie rozczulaj się nad sobą.
– Ale co? No co, kurna?!
– Skomentuj jakąś piosenkę, to ostatnio modne na tym blogu.

I nawet podała, Strzyga przebiegła, listę preferowanych autorów i kompozytorów, taką, nie przymierzając, „Gottbegnadeten-Liste” (zgadnij kotku, skąd to).

Co mam robić? Nie poddaję się, argumentuję, tłumaczę:

– Ale przecież co tu komentować? Ktoś tu już na blogu napisał trafnie, zdaje się z okazji zamieszczenia utworu do słów Leśmiana, że „albo się to czuje, albo nie”.
– Nie filozuj! I ma być coś dobrego, byle czego nie przyjmuję.

Uwierzcie mi, dyskusja ze Strzygą-krwiopijczynią to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę. Zwłaszcza, jeśli tę dyskusję podejmie ktoś prostolinijny i dobroduszny, dla kogo „słowo droższe pieniędzy” i który ze swych zobowiązań zawsze się wywiązuje.

No więc co mam robić!? Chyba po prostu wybiorę utwór wybitny, może się za nim schowam i mizeria mych komentarzy nie będzie się tak rzucać w oczy. Zdecyduję się na autora ze strzygowej (strzyżej?) listy: Kaczmarski to zawsze dobry pomysł. Jeden z mych dobrych znajomych, człek wysokiej kultury i erudyta, którego trudno posądzać o ignorancję, twierdzi, że „jak wiadomo, zna się tylko kilka podstawowych szlagierów, głównie tych politycznych”. To niewątpliwie słuszna uwaga. Faktycznie, Jacek Kaczmarski – bard Solidarności – jest znany niemal każdemu: „Mury” wszyscy nucili, takoż „Sen Katarzyny II”. Na „Obławę”, stylowo wyskrzeczaną przy akompaniamencie gitary na wspólnym ognisku, nie ja jeden rwałem laski (mam nadzieję, że inni chociaż z lepszym skutkiem). Ale Jacek – subtelny poeta i filozof – znany jest już znacznie mniej. A szkoda!

Dlatego zaproponuję utwór mniej znany. Taką mam przynajmniej nadzieję. To jedna z tych pieśni, która skutecznie wyleczyła mnie z prób tworzenia własnych piosenek. Skoro wiadomo, że nawet nie zbliżę się do takiego poziomu, to lepiej, dla dobra poezji i świata, dać sobie spokój.

No to komentujmy. Od dawna już nie czytam (ściślej: od czasu do czasu czytam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że dobrze czynię, nie czytając) komentarzy pod różnymi tekstami, artykułami czy wypowiedziami zamieszczonymi w internecie. Wiadomo, że połowa komentujących będzie „za”, a druga „przeciw”, przy czym jedni i drudzy będą jednakowo wulgarni. Hejt mnie już nie przeraża, ale po prostu męczy. Nienawiść jest powszechna. Wydaje się, że właśnie nienawiścią określamy swoje miejsce w świecie, swoje umiejscowienie w społeczeństwie: „Odi, ergo sum”! Tak jest wszędzie. Polacy nie wyróżniają się w tej dziedzinie, choć mamy chyba jednak pewną specyfikę. No bo popatrzcie: większość polskich słów naładowanych negatywnie zawiera głoskę „r”, która pomaga emocje uzewnętrznić i rozładować. Okrrrrropny. Cholerrrrra jasna. Durrrrrnowaty. Wrrrrredny. Strrrrraszny. Wkurrrrrwiasz mnie. Popierrrrrdóła. Spierrrrrdalaj skurrrrrwysynu. I temu podobne. A „nienawiść”? Brzmi słodko i miękko. Jak „miłość”. Jak „niewinność”!

Nienawidzimy się nawzajem ochoczo, oceniamy łatwo i pospiesznie, bez zabawy w subtelności. Karmimy się stereotypami, ciężko nam „posądzić” bliźnich o dobre intencje. Inna sprawa, że stereotyp, jak to stereotyp: coś w nim jest na rzeczy i coś w nim na rzeczy nie jest. Nieraz te zarzuty zawierają ziarno prawdy. Nieraz nawzajem się do nienawiści prowokujemy. Zwłaszcza, gdy zamiast poglądów i przekonań mamy innym do zaoferowania tylko ideologię i to jeszcze ideologię w wydaniu krzepkich neofitów. No bo co innego, prócz pogardy i nienawiści, mogą wzbudzić hunwejbini wszelkiej maści? Takie różne „Karne pętaki i szturmowcy, Zuchy z Makabi czy z Owupe”. Dziś byśmy powiedzieli raczej – „z ONRRRRR” (patrzcie Państwo, jak to się łatwo udziela, swoją drogą…).

O tym chyba jest ta piosenka. Rzecz jasna, nie tylko o tym! Mądrale mogą powiedzieć, że to tylko jedna z „warstw interpretacyjnych”. I będą miały rację te mądrale. Bo „Źródło wszelkiego zła” to utwór wielki i można go odczytać na wiele sposobów, a każdy będzie trafny. Ja wybrałem sobie akurat ten, bo aktualnie jest mi najbliższy. Fajnie byłoby się wgłębić w kluczową, ostatnią zwrotkę, ale jak to zrobić? Jak pisać o tych, co „gadają z Krzewem lub Kamieniem” skoro moje osobiste doświadczenie dialogu z Najwyższym przypomina raczej daremne „gadanie do kamienia”?

Wykupuję się przeto analizą pobieżną, naskórkową i schematyczną. Ale mam nadzieję Strzygo, że spłaciłem dług. Spłaciłem?

PS: Spłacił Pan, panie Kramarczyk. Strzyga

40 i 4

Sprzed kilku lat, a jakby to dziś było, a może nawet bardziej…

Jacek Slaski

Czterdzieści i cztery
Koncepcja książki o powrocie Jezusa Chrystusa do Polski

Jezus ukazuje się 4 kwietnia w licheniu, zostaje 44 dni na świecie, aż 44ego dnia zostaje zabity. I o tym jest ta powieść.

Dramaturgia książki nawiązuje do biblijnej historii jezusa. Czyli najważniejsze zdarzenia muszą zostać wpisane w coś w rodzaju wykresu dramaturgicznego i przełożone na czasy dzisiejsze.

Podstawowym założeniem książki jest pokazania polskiego społeczeństwa które realizuje się sie w religijności ale upadło moralnie.

Polska rzeczywistość musi zostać oddana w książce jak najostrzej

Różne grupy jak PiS, LPR, Samoobrona, polskie media, warszawka, kościół i komuniści grają ważne role.

Do jezusa przyplątuje się jakiś spec do spraw mediów i zostaje jego prawą ręką.

Jezus nie jest zaściankowym hippisem który żył 2 tysiące lat temu, lecz synem boga i jest na bieżąco.

Książka będzie miała 12 rozdziałów, prolog i epilog

Na początku każdego rozdziału będzie przemowa jezusa.

Dalsze elementy książki to wywiady z jezusem oraz rozmowy ludzi na jego temat.

Główna historia toczy się jakby po śladach jezusa w czasie tych 44 dni, czyli opowiada o tym, co on robi i co z nim robią.

Pod sferą religijną będzie jeszcze sfera mistyczna w której dużą rolę odgrywają numerologia i symbolika, co powinno zostać stylistycznie uwzględnione.

PROLOG

Jezus objawia się w licheniu

ROZDZ. 1
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowy dwóch szarych polaków
Szau medialny w warszawie: redakcja nasza tv i redakcja nasza gazeta
Jezus wkracza do konina
Pierwszy cud jezusa
Burmistrz konina wykorkowuje

ROZDZ. 2
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa matki z córką
Pojawia się agent medialny w koninie
Jezus udziela wywiadu
Szał w warszawie trwa
W tle pojawiają się komuniści

ROZDZ. 3
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w knajpie
Kościół reaguje
Jezus wkracza do kalisza
Agent medialny działa dalej
Rozmowa z księdzem-biskupem w kaliszu
LPR organizuje akcje

ROZDZ. 4
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w zakładzie produkcji kaloryferów
Prezydent przylatuje do kalisza
Jezus udziela drugiego wywiadu
Jezus idzie przez kraj od wsi do wsi
Następuje drugi cud
Komuniści spotykają jezusa i jezus im wybacza

ROZDZ. 5
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w sejmie
Komunisci kochają jezusa,
LPR nadal organizuje akcje
Jezus wkracza do łodzi
Agent medialny działa dalej
Kościół zaczyna podważać naukę jezusa
Następuje trzeci cud
Lud jest w stanie szału i szęśliwości

ROZDZ. 6
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch prostytutek
Ekipa filmowa chce nakręcić film dokumentalny o jezusie
Komuniści urządzają uroczystość
Lud jest w szale
Jezus idzie do krakowa, po drodze odwiedza więzienie
Prezydent i premier jadą na drugie spotkanie
Jest afera medialna o prawa do pokazywania drogi jezusa, łapówki
LPR wpada w amok i nie wie co zrobić
Komuchy zamykają drogi, jezus idzie na piechotę a za nim tłum

ROZDZ. 7
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch pisarzy agnostyków w stylu becketta
Jezus udziela wywiadu
Media się nie odzywają, nie wiedzą, co z tym zrobić
Przedsiębiorstwa chcą robić reklamy,
Próba przekupstwa jezusa
Agent medialny podpisuje kontrakty reklamowe
Kościół ogłasza, że jezus to nie jezus
Komuchy atakują kościół
Marsz gejów na cześć jezusa

ROZDZ. 8
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch staruszek w mocherowych beretach
Jezus znika z pola widzenia, nikt nie wie co się z nim dzieje
Lud zaczyna się złościć i wierzyć kościołowi
Komuchy są zdezorientowane
W sejmie alarm
Polska jako kraj nie funkcjonuje: przestępczość rośnie, nikt się nie zajmuje porządkiem
Media zmieniają politykę i nadają anty-jezusowo
LPR się wypowiada, że oni zawsze wiedzieli
Prezydent w szoku

ROZDZ. 9
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch kolesi z agencji reklamowej
Wkracza wariat który mówi, że powrócił i że to on jest jezusem
Komuchy wsadzają go do więzienia
Pojawia się jezus w krakowie
Lud nie wie, co robić
List od papieża
Wywiad z jezusem
Komuchy znów się zachwycają
W polsce anarchia

ROZDZ. 10
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch chłopów na polu
Jezus rusza do warszawy
Rewolucja staruszek podpuszczana prze kościół
Dzieje się kolejny cud
LPR mobilizuje młodzież
Stan agresji
Agent medialny traci kontrolę
Jezus udziela wywiadu ale media manipulują, Jezus wychodzi na szarlatana

ROZDZ. 11
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch komuchów
Jezus wkracza do warszawy
Warszawa w ruinie, wszystko się wali
Adepci jezusa chodzą po ulicach i mamrocą
Bataliony staruszek walczą
Kościół się wścieka
Sejm został obalony
LPR mobilizuje lud przeciw jezusowi
Agent medialny ucieka z milionami na kubę
Jest 43 dzień.

ROZDZ. 12
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa ducha świętego z bogiem
Cały kraj już w amoku; gwałt i mord
Media przestają nadawać
Prezydent zniknął
Dzwony biją cały czas
Gonią jezusa
Przemowa jezusa w centrum warszawy do ludu
Paru staje za nim, ale lud ma dość
Zaganiają jezusa na stadion tysiąclecia i tam go linczują

EPILOG
Modlitwa wiernych w licheniu

Berlin, 3 listopada 2012

&

Kazanie 1, Wielka Środa, 4 kwietnia

– Skruszcie się, bowiem zbliżyło się Królestwo Niebios.

I powiadam Wam.

Bogaci żebrzący u Ducha, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Bogaci, którzy boleją, albowiem oni będą pocieszeni. Bogaci łagodni, albowiem oni odziedziczą ziemię.
Bogaci, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Bogaci, którzy proszą o litość, albowiem oni dostąpią miłosierdzia.
Bogaci czystego serca, albowiem oni Boga oglądają.
Bogaci, którzy dostają pokój, albowiem oni zostaną nazwani synami Boga. Bogaci, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Bogaci jesteście, gdy będą wam złorzeczyć oraz was prześladować, i mówić każde złe słowo przeciwko wam, kłamiąc co do mnie.

Głosy protestu z kościoła.

– Nie bogaci tylko błogosławieni. To kazanie na górze. Nie znasz tekstu.

– Znam. I to jak. Inne tłumaczenie. A zatem radujcie się i weselcie, bowiem wasza obfita nagro­da jest w niebiosach; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.
Wy jesteście solą ziemi; a jeśli sól by zwietrzała, czymże będzie posolona? Do niczego już nie ma mocy, tylko aby na zewnątrz wyrzuconą, wzgardzaną być przez ludzi. Wy jesteście światłem świata; nie może być ukryte miasto, które leży na górze, ani nie zapalają świecy i nie stawiają jej pod naczyniem – ale na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło zaświeci przed ludźmi, aby mogli widzieć wasze szlachetne czyny i chwalić waszego Ojca, który jest w niebiosach.

Ksiądz przy ołtarzu nachyla się do ministranta i coś mu szepce do ucha. Ministrant odchodzi do zakrystii, wyjmuje komórkę i wybiera trzycyfrowy numer.

– Jakie?

– Biblia gdańska. Prawa autorskie nie zastrzeżone. Wszelkie powielanie, kopiowanie i propagowanie, jak najbardziej wskazane. Patrz www.biblest.com.pl. Nie mniemajcie zatem, że nie znam tekstu albo że przyszedłem rozluźnić Prawo lub Proroków; nie przyszedłem rozluźnić, ale dopełnić. Bo zaprawdę, powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota albo kreska nie przeminie z Prawa, aż wszystko to się stanie. Jeśli więc, ktoś by rozluźnił jedno z tych najmniejszych przykazań, i tak by nauczał ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie przewyższać sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów, żadnym sposobem nie wejdziecie do Królestwa Niebios.

Do kościoła wchodzi dwóch policjantów. Podchodzą do mężczyzny, który wygłasza kazanie.

– Proszę przestać zakłócać.

– Ach, zakłócać. Skądże znowu. Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz mordował; a ktokolwiek by zamordował, będzie podległy sądowi. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto bez przyczyny gniewa się na swojego brata, będzie podległy sądowi; a ktokolwiek by powiedział swojemu bratu: Raka, będzie podległy Radzie…

Dyskutant: – Jakiego raka ty pacanie?

– Hebrajskie wyrażenie oznaczające pogardę, a poza tym ktokolwiek by powiedział: pacanie, będzie podległy gehennie ognia. Zatem jeślibyś przyniósł twój dar na ołtarz, i tam wspomniał, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw tam twój dar przed ołtarzem, i odejdź; wpierw pojednaj się z twoim bratem, a potem, kiedy przyjdziesz, wtedy ofiaruj twój dar. Pogódź się szybko z twoim przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze, aby cię czasem przeciwnik nie poddał sędziemu, a sędzia nie poddał podwładnemu, i byłbyś wrzucony do więzienia.

Zwraca się do policjantów:

– Panowie, jak rozumiem, właśnie w tej sprawie. Zaprawdę powiadam wam: Nie wyjdziecie stamtąd, dopóki nie oddacie ostatniego pieniążka. Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz cudzołożył. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto patrzy na niewiastę na skutek jej pożądania, już popełnił z nią cudzołóstwo w swoim sercu. A czynił to lat trzy, to zarobił na seksaferę. Zatem jeśli cię gorszy twoje prawe oko, wyłup je i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twych członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. A jeśli cię gorszy twoja prawa ręka, odetnij ją i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twoich członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. Powiedziano również: Ktokolwiek by odda­lił swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. Ale ja wam powiadam, że ktokolwiek by oddalił swoją żonę, oprócz przyczyny cudzołóstwa, wiedzie ją w cudzołóstwo, a kto by oddaloną posiadł – cudzołoży. A kto by dziecka nie uznał i alimentów nie płacił, temu i wterynarz nie pomoże.

Policjant: – Pan pójdzie z nami.

– Potem, obiecuję. Na razie wciąż jeszcze głoszę. Jesteśmy w Europie i mamy demokrację. Jest wolność słowa. Nawet bożego. Słyszeliście znowu, że powiedziano praojcom: Nie  będziesz krzywoprzysięgał, ale oddasz Panu twoje przysięgi. A ja wam powiadam, abyście wcale nie przysięgali; ani na Niebo, ponieważ jest tronem Boga; ani na ziemię, gdyż jest podnóżkiem Jego nóg; ani na Jerozolimę, gdyż jest miastem Wielkiego Króla, ani nie będziesz przysięgał na twoją głowę, gdyż nie możesz uczynić jednego włosa białym lub czarnym. Ale wasza mowa niech będzie: Tak, tak, nie, nie; a co nadto więcej, jest od złego. Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, a ząb za ząb. Ale ja wam powiadam, abyście nie oddawali złemu; ale temu, kto cię uderza w prawy twój policzek, nadstaw mu też i drugi; a kto się chce z tobą procesować i zabrać twoją suknię, pozostaw mu i płaszcz; a ktokolwiek cię zmusi by iść jedną milę, idź z nim dwie. I proszę, niech się panowie nie martwią, za momencik pójdę z panami. Bo temu, który cię  prosi – daj; a od tego, który chce od ciebie pożyczyć – nie odwracaj się.

Młody chłopak z trzema rogami w nosie i dziurami w obu policzkach: – Te, Jezus, jak się kurwa nazywasz?

– Jezus. Jezus Bogucki. Syn Józefa i Marii z domu Dawid.

– Żyd.

– No tak jakby. Ale słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował twego bliskiego, a twojego nieprzyjaciela będziesz nienawidził. Ale ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół, wielbijcie Boga tym, którzy was przeklinają, czyńcie szlachetnie tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tymi, którzy was złośliwie traktują, i prześladują was; abyście byli synami waszego Ojca, który jest w niebiosach; bo On to czyni, że Jego słońce wschodzi na złe i dobre, i deszcz spuszcza na sprawiedliwe oraz niesprawiedliwe. Bo jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jaką macie zapłatę? Czyż i policjanci tak nie czynią?

Zwraca się znowu do policjantów.

– A jeśli tylko pozdrawiacie waszych braci, cóż osobliwego czynicie? Nawet policjanci tak czynią. Zatem wy bądźcie doskonałymi, tak jak doskonały jest mój Ojciec, który jest w niebiosach. A teraz już mogę pójść z panami.