Reblog: Chłopak z cmentarza w Berlinie

Spotkałam Małgosię pół roku temu na seminarium dla genealogów w Żydowskim Instytucie Historycznym. Opowiadała o swych badaniach nad dziejami żydowskiej rodziny Haase w Rybniku. Już wtedy wiedziałam, że chciałabym zreblogować jej opowieść o Rudolfie do cyklu “cmentarnego”, który wtedy tworzyliśmy z Tomaszem Fetzkim.  Cykl się skończył, a ja pomyślałam, że Małgosia już nie napisze tej historii. Mówi się trudno. A tu nagle 26 grudnia na blogu Małgosi czyli w Szufladzie pojawiła się siódma część epopei rodu Haasych.

Małgosia Płoszaj

Śmierć Rudolfa

Jeszcze nie jestem pewna, czy będzie to ostatnia część historii rodziny Haase, ale na pewno ta, z którą będę mieć najwięcej problemów. Być może nie wszystkim spodoba się moje wytłumaczenie tragedii, która dotknęła Haasych na Śląsku, ale nie jestem historykiem i mam prawo do ocen oraz subiektywnego spojrzenia na sprawy, które miały miejsce prawie sto temu. Biorąc jeszcze pod uwagę co się obecnie dzieje dookoła, tym bardziej będzie trudno opisywać czasy, które podzieliły Ślązaków w tamtym czasie. Ślązaków, do których zaliczam ówczesnych Niemców, Polaków i Żydów.

Przenieśmy się więc do trudnych czasów powstań śląskich, czyli do momentu, w którym przerwałam swoją opowieść.

W czasie swojego pobytu w Lipsku (tam rodzina przebywała w czasie I wojny) synowie Felixa, czyli Fritz (oficjalnie Ernst) i Rudolf uczestniczą w ćwiczeniach Korpusu Ernst i RudiSkatów, które jeszcze wówczas są dla nich formą zabawy. Po powrocie do rodzinnego miasta, czyli w 1919 r. obaj nastoletni chłopcy, czując się Niemcami, zaczynają się angażować po stronie niemieckiej. I nie jest to już zabawa. Starszy Fritz zostaje prywatnym kurierem niemieckiego komisarza plebiscytowego, a następnie Związku Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków. Z kolei Rudolf kieruje grupą chłopaków, do których należy przyjmowanie zamiejscowych Niemców przyjeżdżających do Rybnika na czas plebiscytu. Chłopcy na pewno są rozpoznawalni w mieście, choćby z racji tego, że są synami jednego z najbogatszych rybniczan. Ich poświęcenie dla sprawy niemieckiej nie jest dobrze widziane przez Polaków. Dostają anonimy z poważnymi pogróżkami, wielokrotnie są obrzucani kamieniami, wyzywani.

Rudi – tragiczny bohater mojej opowieści jest wysokim, rzucającym się w oczy blondynem, który niejednokrotnie igra z losem. Krew w nim wre, ale w takim wieku to normalne. Krótko po plebiscycie dochodzi do niebezpiecznego incydentu z udziałem Rudolfa na rybnickim dworcu. Musiał być z niego niezły „zadzior” :mrgreen:.

Sztandar Polski opisał to tak:

haase_sztandar_1

haase_sztandar_2

Felix, zdając sobie sprawę z tego, że Rybnik może ostatecznie znaleźć się w granicach nowo powstałej Polski, już jakiś czas wcześniej zdecydował się na zakup domu w Berlinie i na wyjazd z Rybnika. Chłopcy, jak to młodzi, nie chcą być poczytani za tchórzy i tym samym pogodzić się z decyzją taty. Termin przeprowadzki zostaje ustalony i… wybucha III powstanie śląskie. Rudolf zostaje aresztowany przez Polaków zaraz pierwszego dnia. Przypominam, że ma 15 lat. Rodzinie udaje się go wykupić z rąk powstańców za 5.000 marek, czyli za dość pokaźną kwotę. Przez następne dwa tygodnie obaj chłopcy są ukrywani w willi Haasych i u obcych ludzi. Wszędzie się gotuje, brat walczy z bratem, a szwagier z kuzynem.

W połowie maja rodzice uznają, że chłopców należy wywieźć z Rybnika do Raciborza, który jest po stronie niemieckiej i w którym mogą być bezpieczni. Takich niemieckich uciekinierów, w większości kobiet i dzieci, jest około 700. Pociąg rusza ze stacji kolejowej w Rybniku 14 maja 1921 r. o godz. 11.45. Pasażerowie mają zapewnienie władz powstańczych oraz włoskich wojsk, iż bezpiecznie dotrą na miejsce. Niestety, na stacji w Nędzy (zwanej kiedyś Nensa, Nendza, czy też Buchenau) skład zostaje zatrzymany przez powstańców. Dochodzi do nieporozumień między Włochami, jadącymi również żołnierzami francuskimi i angielskim kapitanem z wojsk rozjemczych. W końcu zostaje ustalone, iż mężczyźni poniżej 40 roku życia mają być ponownie przetransportowani do Rybnika. Młodym Haasym jednak udaje się i oficer powstańczy pozwala im na dalszą drogę. Oficerowi kilka lat wcześniej Fritz uratował życie, gdy ten się topił. Pociąg dojeżdża do stacji Markowice (Markowitz) i wszyscy muszą wysiąść, bowiem na Odrze most kolejowy został wysadzony i dalsza droga jest możliwa jedynie pieszo.

Teraz będę nieobiektywna i będę przemawiać słowami Feliksa, Niemca i zarazem Żyda, czyli ojca, który to co miało dalej miejsce, opisał dla Niemieckiego Korpusu Skautów miesiąc po wydarzeniu.

Relacja Feliksa Haase

Będę też przemawiać swoimi słowami, czyli matki, która nigdy nie chciałaby stracić dziecka na żadnej wojnie, w żadnych powstaniu, czy innej rebelii. Jeśli więc prawdziwych (czyt. właściwego sortu) Polaków mój pogląd na śmierć Rudolfa zniesmaczy, to mogą nacisnąć taki krzyżyk po prawej stronie ekranu i szlus.

Wracam do Markowic i do 14 maja 1921 r. Wszyscy wychodzą z pociągu. Fritz pomaga jakiejś pani przenosić bagaże do ciężarówki, a Rudolf nagle zostaje aresztowany przez komendanta dworca za „terroryzowanie Polaków”. Fritz stara się wstawić za bratem, ale jest odpędzony uderzeniami kolby karabinu. Wraz z Rudim powstańcy aresztują szefa rybnickiej Partii Socjaldemokratycznej Wasnera oraz kupca o nazwisku Nimietz. Dlaczego zatrzymano właśnie Rudolfa? Napyskował? Stanął w czyjejś obronie? Powiedział o jedno słowo za dużo? Toż to był tylko piętnastolatek. Nie sądzę, by miał przy sobie broń. Wątpię, by chciał kogoś zabić. Jestem pewna, że rodzice prosili go o ostrożność i niewdawanie się w polemiki czy spory z powstańcami. Został aresztowany, bo go rozpoznano. Bo komendant z Markowic poprzedniego roku, w trakcie II powstania, wtargnął do willi Haasych i znał Rudolfa. Wiedział, że to Niemcy, że są bogaci. Na pewno wiedział, że to Żydzi. Choć akurat nie uważam, by ten ostatni fakt przyczynił się do aresztowania nastolatka.

Mapa

Rudi wraz pozostałymi aresztowanymi został popędzony w stronę Kornowaca. 2 km od wsi, gdzieś pod lasem, został zastrzelony. Był jeńcem, można by rzec jeńcem wojennym, a został zastrzelony. 24 godziny po aresztowaniu, wieczorem w niedzielę Zielonych Świąt. Tak na zimno. Bez emocji, w żadnym tam afekcie. Zabito również Niemietza. Za zmarłego początkowo był uważany i trzeci jeniec – Wasner, którego szukający syna Felix Haase, odnalazł przypadkowo w szpitalu w Rydułtowach. To właśnie ciężko ranny Wasner zdał mu krótką relację z tego co się stało. Ojciec szukał syna wraz dr. Białym, komisarzem powiatowym Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w Rybniku oraz francuskim kapitanem Lalannem. Takie to były pogmatwane czasy. Polak z Niemcem pod eskortą Francuza. Gdyby nie przedśmiertna relacja Wasnera, rodzina Haasych nigdy by się nie dowiedziała co się stało. A tak choć jedynym pocieszeniem mogły być dla nich jego słowa, że Rudolf się nie bał i umarł jak bohater. Według orzeczenia lekarskiego Rudolf nie był torturowany. Mimo, że początkowo odmawiano wydania zwłok Rudolfa, to ostatecznie zostały sprowadzone pod eskortą wojskową do Rybnika. Mogę się domyślać, że musiało to sporo kosztować rodziców.

Poradzono im, by pogrzeb był skromny i bez zbędnych uroczystości. Rybnik w owym czasie był już w rękach powstańców. Jak napisał Felix: „Trumna była pokryta wieńcami i palmami”. W tym roku, przy okazji poszukiwań informacji o rybnickich rabinach, znalazłam skromną notkę rabina Nellhausa (jego notatnik znajduje się w Instytucie Leo Baecka), z której wynika, iż Rudolf został pochowany na naszym cmentarzu 19 maja 1921 r. W uroczystości brali udział, oprócz rodziny i przyjaciół, nauczyciele (oczywiście za wyjątkiem polskich), starosta oraz zdymisjonowany burmistrz niemiecki.

Notka rabina Nellhausa

Felix zaraz w czerwcu 1921 r. zastrzegł, iż jeśli Rybnik przypadnie Polsce, to ciało Rudolfa zostanie przewiezione do Niemiec, co się wnet stało. Wyobrażacie sobie tą traumę, którą przechodziła rodzina? Co musiała przejść mama Rudolfa – śliczna Sonia. Co czuł tata, gdy wbrew religii zadecydował, by ekshumować zwłoki syna? Gdy musieli naruszać jego spokój?

Rudolf został powtórnie pochowany na żydowskim cmentarzu Weißensee w Berlinie w lipcu 1921 r. Tym razem w alejce dla zasłużonych. Sonia na drzewie genealogicznym zrobiła odręczny dopisek, który do dziś świadczy o okrucieństwie trzech bandziorów, którzy zabili dziecko w trakcie III powstania śląskiego. Po ponad 150 latach członkowie rodziny Haasych przestali być rybniczanami i opuścili Rybnik na zawsze.

Rudolf na drzewie gen

Śmierć Rudolfa odbiła się echem w wychodzącej wówczas prasie. Zarówno lokalnej jak i niemieckiej. Pamięć o swoim synu kultywował Felix. Po jakimś czasie młody Haase został zapomniany, ale powrócono do jego śmierci pod Rybnikiem ponownie pod koniec lat 20., kiedy to zaczął narastać kryzys w Republice Weimarskiej i zapotrzebowanie na bohaterów było coraz większe. W 1927 r. lekko antysemicki Central-Verein zamierzał opublikować historię Rudolfa, ale to już zbytnio nie interesowało Feliksa. Niektórzy porównywali młodego Haasego do Alberta Leo Schlagetera – niemieckiego bojówkarza, skazanego na śmierć przez Francuzów. Nota bene wykreowanego później przez propagandę nazistowską na bohatera narodowego.

I tu dochodzę do kolejnego tragicznego momentu w historii Rudolfa. Pośmiertnej historii. Otóż po dojściu Hitlera do władzy, Neue Schlesische Anzeiger opublikował artykuł, który nie wspominał ani słowa o jego żydowskim pochodzeniu, ale za to pisał, iż „poszedł on na śmierć za Wielką Rzeszę Niemiecką (…), która tylko dzięki Adolfowi Hitlerowi stała się rzeczywistą.” O ironio! Gdybyż Rudi wiedział co Niemcy, za które zginął zrobią potem z narodem żydowskim… Ten sam artykuł ukazał się jeszcze raz w prasie niemieckiej w 1936 r., oczywiście również bez jakiejkolwiek wzmianki, iż opisywany bohater był Żydem.

Za to prawdziwi Polacy w 1937 r. stwierdzali jednoznacznie, że zapamiętają, iż w czasie plebiscytu na Górnym Śląsku Żydzi opowiadali się po stronie niemieckiej, wymieniając i mojego Rudolfa. A tak Bogiem a prawdą, to po czyjej stronie mieli się wówczas opowiadać, skoro byli Niemcami? Toż Rybnik był przez stulecia niemieckim miastem i żadne retuszowanie historii tego nie zmieni.

Glos Mazowiecki 1937 Maz.BC

Grób Rudolfa przetrwał wojnę i jego nagrobek do dziś stoi w alejce zasłużonych. Gdyby ojciec Felix nie podjął decyzji o ekshumacji, jego szczątki zostałyby rozwleczone przez złych ludzi, o których tu już wiele razy wspominałam. A tak leży w miarę blisko swego dziadka Juliusza Haasego, gdyż na tym samym cmentarzu.

Grob Rudolfa Haase

Felix wrócił jeszcze w 1921 r. na Śląsk, by sprzedać swoją fabrykę braciom Żurkom, którzy zaczęli inwestować w prawie polskim już Rybniku. Kupili też willę Haasych. Wszelkie inne należności, których Felix nie zdążył odebrać, jak choćby pożyczki, poprzepadały.

Haase KW

Haase wykluczenie hipoteki Gazeta Urzedowa 1931

Felix, Sonia, syn Ernst i córka Lotte zamieszkali w Berlinie. Dobry Bóg sprawił, że udało im się uniknąć losu wielu niemieckich Żydów i osiedlić się w Chile pod koniec lat 30. Tam też zmarł Felix Haase – ostatni właściciel rybnickiej garbarni, jeden z bogatszych i bardziej zasłużonych dla naszego miasta obywateli.

Haase po wojnie

Historia tragicznej śmierci Rudolfa została przeze mnie opisana w książce „Żydzi na Górnym Śląsku w XIX i XX wieku”. Recenzentowi – historykowi nie podobało się moje emocjonalne podejście i ocena tego, co miało miejsce w lesie pod Kornowacem. Cóż, tu już recenzenta nie ma, więc mogę napisać, że rozumiem, iż Rudi się angażował po stronie niemieckiej, że go nie potępiam, że współczuję rodzicom i że zawsze będę go bronić.

Na koniec muszę jeszcze dodać, iż jego losy zaintrygowały nawet angielskiego (amerykańskiego?) badacza Philippa Nielsena, który w książce „Das war mal unsere Heimat” wydanej w 2013 r. opublikował artykuł „Der Schlageter Oberschlesiens – jüdische Deutsche und die Verteidigung ihrer Heimat im Osten”. Pomógł mi on w zrozumieniu kilku faktów z pośmiertnej historii Rudolfa.

Myślę, że kończę na razie wspomnienia o rodzinie Haasych. Może kiedyś opiszę jeszcze odnogi drzewa genealogicznego tej familii. Zawsze znajdzie się bowiem jakieś post scriptum.

Jest dla mnie niezwykłym zaszczytem to, że mam od czasu do czasu kontakt z wnuczkami Felixa, a zarazem córkami Ernsta, czyli brata Rudolfa. I z niecierpliwością czekam na otwarcie muzeum Żydów Górnośląskich, gdzie historia tej rodziny zostanie przedstawiona, gdyż jest niezwykła i, dzięki uprzejmości potomków, wyśmienicie udokumentowana.

***

Linki dla tych, którzy chcą od początku przeczytać opowieść o rybnickiej rodzinie Haase:

Haase epopeja (cz.1)
Haase epopeja – przodek Efraim (cz.2)
Haase epopeja – pośmiertna kariera Charlotty (cz.3)
Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)
Haase epopeja – Juliusz społecznik (cz.5)
Haase epopeja – Felix i jego rodzina (cz.6)

(zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodziny Haase, z książki „Das war mal unsere Heimat”, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej, Instytutu Leo Baecka)

Reblog: Meir Ezofowicz

Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada.  Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o  jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.

To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.

Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło.  Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 r. Meir… został uznany przez wielu za “objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…

Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…

Eliza Orzeszkowa

Meir Ezofowicz

Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.

Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.

— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!

Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.

Przedruk: My, Żydzi polscy

Nie ma najmniejszego powodu, dla którego właśnie dziś umieściłam ten tekst na blogu. Nie ma rocznicy, nie ma okazji. Jest tylko uporczywa, od jakiegoś czasu nurtująca myśl, że ta nienawiść do Innych jest ta sama, że ją znamy, że już była… Wtedy byli Żydzi, dziś muzułmanie…

Julian Tuwim

Matce w Polsce lub najukochańszemu jej cieniowi

1.

… Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba. To moja ściśle prywatna
sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji, ani
wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać. Nie dzielę Polaków na
“rodowitych” i “nierodowitych”, pozostawiając to rodowitym
i nierodowitym rasistom, rodzimym i nierodzimym hitlerowcom.
Dzielę Polaków, jak Żydów i jak inne narody, na mądrych i
głupich, uczciwych i złodziei, inteligentnych i tępych, interesujących i nudnych, krzywdzonych i krzywdzących, gentelmenów
i nie-gentelmenów etc. Dzielę też Polaków na faszystów i kontr-
faszystów. Te dwa obozy nie są oczywiście jednolite, każdy z
nich mieni się odcieniami barw o rozmaitym zgęszczeniu. Ale
linia podziału na pewno istnieje, a wkrótce da się całkiem
wyraźnie przeprowadzić. Odcienie zostaną odcieniami, lecz
barwa samej linii zjaskrawieje i pogłębi się w zdecydowany sposób.

Mógłbym powiedzieć, że w płaszczyźnie politycznej dzielę
Polaków na antysemitów i antyfaszystów. Bo faszyzm to zawsze
antysemityzm. Antysemityzm jest międzynarodowym językiem faszystów.

2.

Gdyby jednak przyszło do uzasadniania swej narodowości, a raczej
narodowego poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal
prymitywnych powodów, przeważnie racjonalnych, częściowo irracjonalnych, ale bez “mistycznej” przyprawy. Być Polakiem – to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z oddychaniem.
Nie spotkałem jeszcze człowieka, który jest dumny z tego, że oddycha.
Polak – bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, wychowałem,
nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z
wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej
rajskie rozkosze zapewniano.
Polak – bo dla czułego przesądu, którego żadną racją ani logiką
nie potrafię wytłumaczyć, pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła
i wessała ziemia polska, nie żadna inna.
Polak – bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano;
bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono; bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek; bo gdy przyszedł pierwszy
wstrząs poezji, to wyładował się polskimi słowami; bo to co w
życiu stało się najważniejsze – twórczość poetycka – jest nie do
pomyślenia w żadnym innym języku, choćbym nim jak najbieglej mówił.
Polak – bo po polsku spowiadałem się z niepokojów pierwszej
miłości i po polsku bełkotałem o jej szczęściu i burzach.
Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż
palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i
Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie
potrafię uzasadnić.
Polak – bo przejąłem od Polaków pewną ilość ich wad narodowych.
Polak – bo moja nienawiść do faszystów polskich jest większa,
niż do faszystów innych narodowości. I uważam to wszystko za
bardzo poważną cechę.

3.

Na to słyszę głosy: “Dobrze. Ale jeżeli Polak, to w takim razie
dlaczego “My, ŻYDZI”? Służę odpowiedzią: Z POWODU KRWI. –
“Więc rasizm?” – Nie. Wcale nie rasizm. Wprost przeciwnie.
Dwojaka jest ta krew: ta w żyłach i ta z żył. Pierwsza jest
sokiem cielesnym, więc badanie jej należy do fizjologów. Kto
tej krwi przypisuje jakieś inne, poza organicznymi, specjalne
właściwości i tajemnicze moce, ten, jak to widzimy, w konsekwencji
obraca miasta w zgliszcza, wyrzyna miliony ludzi i wreszcie,
jak to zobaczymy, sprowadza rzeź na własny swój szczep.
Druga krew – to ta właśnie, którą ów herszt międzynarodowego
faszyzmu wytacza z ludzkości, aby zadokumentować tryumf swojej
juchy nad moją juchą – krew niewinnie pomordowanych milionów
ludzi, krew nie ukryta w arteriach, lecz krew ujawniona. Takiej
powodzi męczeńskiej krwi nie było jeszcze jak świat światem, a
krew Żydów (nie “krew żydowska”) najszerszymi i najgłębszymi
płynie strumieniami. Zczerniałe jej potoki zlewają się już w
burzliwą pienistą rzekę –

I W TYM OTO NOWYM JORDANIE PRZYJMUJĘ
CHRZEST NAD CHRZTY: KRWAWE, GORĄCE, MĘCZENNICZE
BRATERSTWO Z ŻYDAMI.
Przyjmijcie mnie, Bracia, do tej zaszczytnej wspólnoty
Niewinnie Przelanej Krwi. Do tej gminy, do tego kościoła chcę
od dziś należeć.
Ta RANGA – ranga Żyda Doloris Causa – niechaj bedzie
udzielona polskiemu poecie przez naród, który go wydał. Nie za
żadne zasługi, bo ich przed wami nie mam. Będę to uważał za
awans i najwyższą nagrodę za tych parę wierszy polskich, które
mnie może przeżyją i pamięć o których związana będzie z moim
imieniem – imieniem Żyda polskiego. Mojej polskości.
Ale przede wszystkim – Polak dlatego, że tak mi się podoba.

4.

Na opaskach, jakie nosiliście w ghetcie, wymalowana była gwiazda
Dawida. Wierzę w taką Polskę, w której ta gwiazda, ta z opasek,
stanie się jednym z najwyższych odznaczeń, udzielanym najwalecz-
niejszym żołnierzom i oficerom polskim. Będą ją oni z dumą
nosili na piersi obok dawnego Virtuti Militari…


Kościołowi narodowych pamiątek przybędzie jeszcze jedna. Będziemy tam prowadzić dzieci i opowiadać o najpotworniejszym w dziejach świata męczeństwie ludzi. W centrum tego pomnika, którego tragizm uwydatnią otaczające go nowoczesne, da Bóg, Szklane Domy odbudowanego miasta, płonąć będzie nigdy nie gasnący ogień.
Przechodnie zdejmować będą przed nim kapelusze.
A kto chrześcijanin – przeżegna się znakiem krzyża…
Więc z dumą, z żałobną dumą będziemy nosić tę rangę, wszystkie
inne zaćmiewającą – rangę Żyda Polskiego – my cudem i przypadkiem pozostali przy życiu. Z dumą? Powiedzmy raczej ze skruchą i żrącym wstydem. Bo przypadła nam ona za waszą chwałę, Odkupiciele!…

5.

My, Żydzi Polscy… My, wiecznie żywi – to znaczy ci, którzy
zginęli w ghettach i obozach, i my widma – to znaczy ci, którzy z
za mórz i oceanów wrócimy do kraju i będziemy straszyć śród ruin
swymi w całości zachowanymi cielskami i upiornością niby-to
zachowanych dusz.
My, prawda grobów, i my złuda istnienia; my miliony trupów i
kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby-nietrupów; my,
nieskończenie wielka bratnia mogiła; my kirkut, jakiego dzieje
nie widziały i nie zobaczą.
My, poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym nie zmyje się ani śladów naszej krwi ani piętna grzechów świata wobec nas.
My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich
mieszkanek i na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano – tylko za to, że jesteśmy Żydami.
My, Golgota, na której mógłby stanąć nieprzebyty las krzyżów.
My, którzyśmy dwa tysiące lat temu dali ludzkości jednego niewinnie
przez Imperium Romanum zamordowanego Syna Człowieczego – i wystarczyło tej jednej śmierci, aby stał się Bogiem. Jaka religia
urośnie z milionów śmierci, tortur, poniżeń i rozkrzyżowanych w
ostatniej rozpaczy ramion?

My, Szlojmy, Srule, Mośki, parchy, bejlisy, gudłaje – my których
imiona i przezwiska prześcigną w dostojności brzmienia wszelkich
Achillesów, Chrobrych i Ryszardów o Lwich Sercach.
My, znowu w katakumbach – w “bunkrach” pod brukiem Warszawy,
człapiący w smrodzie ścieków, ku zdziwieniu naszych kompanów – szczurów.
My, z karabinami na barykadach, śród ruin naszych bombardowanych z powietrza domostw; my żołnierze wolności i honoru…
“Jojne, idź na wojnę!” Poszedł, szanowni panowie i zginął za Polskę.
My, którym “twierdzą był każdy próg” każdego walącego się na nas domu.
My, Żydzi polscy, dziczejący w lasach, karmiący przerażone nasze
dzieci korzonkami i trawą, my pełzający, czołgający się, nastroszeni,
z jakąś cudem zdobytą lub za grube pieniądze wybłaganą staroświecką dwururką…
“A zna szanowny pan dowcip o Żydzie-gajowym? Pyszny! Żyd jucha,
uważa pan, wypalił i ze strachu w portki zrobił! Ha, ha!”
My, Hiobowie, my Nioby, my na pokucie po setkach tysięcy naszych
żydowskich Urszulek…
My, głębokie doły potrzaskanych, pomiażdżonych kości i poskręcanych, pręgami pokrytych zwłok.
My – krzyk bólu! Krzyk tak przeciągły, że go najdalsze wieki
usłyszą. My Lament, my Wycie, my Chór, zawodzący mogilne El mole rachamim, którego echo stulecie będzie stuleciu przekazywać.
My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym
użyźniliśmy Polskę, aby tym, co nas przeżyją, lepiej smakował chleb wolności.
My, makabryczny rezerwat, my, ostatni Mohikanie, niedobitki rzezi,
które jakiś nowy Barnum może obwozić po świecie, obwieszczając
na pstrych plakatach! “Niesłychane widowisko! The biggest sensation in the world! Żydzi polscy – żywi i prawdziwi!” My, Gabinet Okropności, Schreckenskammer, Chambre des Tortures! “Osoby nerwowe uprasza się o opuszczenie sali!”

My, nad rzekami zamorskich krain siedzący i płaczący, jak ongi
nad rzekami Babilonu. Po całym okręgu świata płacze Rachel dzieci
swoje, aleć ich nie masz! Nad rzeką Hudson, nad Tamizą, nad Eufratem, Nilem, Gangesem i Jordanem błąkamy się w rozproszeniu naszym wołając “Wisło! Wisło! Wisło! Matko rodzona! Szara Wisło, nie od brzasku różowa, ale od krwi!”
My, którzy nawet grobów dzieci naszych i matek nie odnajdziemy –
tak się warstwami poukładają, tak się na całą ojczyznę wszerz
rozpostrą w jedno pogrzebanie! I nie będzie upatrzonego miejsca,
żebyś mógł na nim kwiaty położyć, ale, jak siewca ziarno, będziesz
je szerokim rozmachem rąk rozrzucał. Może przypadkiem trafisz.
My, Żydzi polscy… My, legenda, krwią i łzami ociekająca. Kto
wie, czy jej nie trzeba będzie pisać bibilijnymi wersetami:
“Oby rylcem żelaznym i ołowiem na wieczną pamiątkę wydrążona
była” (Hiob XIX, 24)… My, apokaliptyczne studium dziejów. My
Jeremiaszowe Treny”!

…”Leży na ziemi po ulicach dziecię i starzec, panny moje i
młodzieńcy moi polegli od miecza; pobiłeś ich w dzień
zapalczywości twojej, pomordowałeś ich a nie sfolgowałeś”…

…”Wrzucili do dołu żywot mój, a przywalili mnie kamieniem.
Wezbrały wody nad głową moją i rzekłem: Jużci po mnie!…
Wzywam imienia Twego, o Panie, z dołu bardzo głębokiego…
Widzisz, o Panie, bezprawie, które mi się dzieje, osądź-że
sprawę moją… Oddajże im nagrodę, Panie, według sprawy rąk ich!
Dajże im zatwardziałe serce i przekleństwo swe na nich! Goń ich
w zapalczywości, a zgładź ich, aby nie byli pod niebem Twoim,
O Panie!” (Treny Jeremiaszowe, III).

Przedruk: Żagiew

minabombymyszyFragmenty książki Bomby i myszy, którą autorka opatrzyła podtytułem powieść mieszczańska. Jest to niezwykła opowieść o życiu w getcie warszawskim relacjonowana przez młodą kobietę – Natę. To ona jest tą mieszczanką, to ona, jej mąż Piotr i synek Bobuś są tą mieszczańską rodziną. Powieść ukazała się w roku 1966 w Londynie i chyba nigdy nie pojawiła się w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy jeszcze takich relacji nie czytaliście i jeśli uda się Wam to znaleźć w bibliotece, to konieczcie sobie pożyczcie. W Warszawie Bomby i myszy są na pewno w Bibliotece Uniwersyteckiej. Pismo, o którym mowa w cytowanym tu fragmencie, „Żagiew”, ukazywało się w getcie w latach 1941-1943. Jego numery zachowały się w Archiwum Ringelbluma.

Człowiek, który założył i redagował „Żagiew”, a którego autorka nazywa Kazimierz, nazywał się naprawdę Stefan Lubliner. Urodził się w roku 1890. Przed I wojną światową był uczestnikiem strajków szkolnych. Brał udział w wojnie, za co w roku 1932 został odznaczony Orderem Niepodległości. Był zwolennikiem bezwzględnej asymiliacji Żydów. Studiował matematykę w Lozannie, po wojnie pracował jako dziennikarz – współpracował z pismem Młodzieży Wyznania Mojżeszowego “Rozwaga”, prowadził na zlecenie Sejmu i Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP biuro wycinków prasowych. Stefan Lubliner zginął albo w getcie albo w obozie koncentracyjnym w Trawnikach w roku 1943. 

Mina Tomkiewicz Bomby i myszy

Gryf Publications Ltd Londyn 1966, strona 154 ff

Kiedy Piotr po raz pierwszy wprowadził na strych Kazimierza i Adasia, ci aż zachłysnęli się z wrażenia. Kazimierz obejrzał dokładnie wąskie schody, okno, możliwe wejścia i wyjścia.
„Dobrze” – powiedział i jeszcze raz spytał Piotra, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi i co mu grozi. Spojrzał przy tym na niego uważnie wielkimi zaciętymi oczyma, które zawsze krył pod kobieco wygiętymi długimi rzęsami.

Adaś o nic nie pytał. Już szperał, myszkował między gratami, już wyciągał z tryumfalnym okrzykiem połamane polowe łóżko ze sterczącym włosiem, majstrował coś przy śmiertelnie brudnej lampce, którą trudno było znaleźć tak zlała się szarością i brudem z otoczeniem. Potem Adam wytaszczył z pod skrzynek misternie rzeźbioną mahoniową deskę i stwierdził, że nadaje się cudownie na stolik. Piotr palił papierosa za papierosem. Dopiero na widok mahoniowego kawałka uśmiechnął się kątem warg,
„To część naszego kredensu. Nata zabiłaby cię!”

I znów zapalił papierosa. Adaś, umorusany, z opadającymi kosmykami włosów, z twarzą o komicznie rozłożonych plamach brudu, chciał odłożyć wiśniowy blat na miejsce, krzywiąc się zresztą z odrobiną ironii, ale Piotr machnął ręką z lekceważeniem.
„Zostaw, nieważne!”
Nie upłynęło pół godziny, kiedy na części nacinego kredensu, umocowanej na skrzyni, stanął aparat radiowy, który Kazimierz wypakował z papierowej walizki. Adaś głaskał radio z czułością, jak się pieści ukochane dziecko.
„Nawet się nie obiło, nic a nic. Popatrz!”
Włączył radio do kontaktu, który już zdążył założyć. Zawarczało, zacharkało, przez aparat przeszło rzężenie, jak u chorego. Niemiecka gimnastyka, muzyka, jakieś przemówienie, z początku niewyraźne, potem coraz dostępniej, można łowić słowa obcego, dźwięcznego języka. Po francusku.

Piotr spuścił głowę i uważnie gasi nogą papierosa. Zdaje sobie sprawę, że bierze na siebie odpowiedzialność za życie kilkuset co najmniej osób z całego domu. Wśród nich Nata, Bobuś… matka… cała rodzina. Jak w tanim melodramacie snują mu się pod powiekami wielkie litery Bekantmachungu. Za przechowywanie radia… kara śmierci… kara śmierci… kara śmierci… a tutaj oprócz radia jest jeszcze tajna gazetka, opór, bunt, kilku słabych ludzi wplątanych w beznadziejną robotę podcinania korzeni największej dzisiaj potęgi świata, Niemiec.

zagiew-w-getcie (2)-mala„Żagiew” nazywa się tajna gazetka, za której wydawanie grozi kara śmierci… jednej… dziesięciu, tysięcy śmierci. Na ulicy 6-go Sierpnia zlikwidowali cały dom za znalezienie radia. Na Kruczej wywieźli 60 ludzi za tajną gazetkę. Rozstrzelali, powiesili, wywieźli do Oświęcimia za bunt, za krecią robotę, za marzenie o wolności. I to po aryjskiej stronie. W getcie mogą wszystko wysadzić w powietrze. Różowe łapki Bobusia, zapłakane matczyne oczy w otoku zmarszczek, Nata…
Piotr dusi butem papierosa, który już dawno nie pali się. Kiedy podniósł oczy, napotkał wzrok Kazimierza, ciężki od napięcia, czujny, gorący. Bez słowa Piotr podał mu rękę.
A potem już swobodnie ustawili gdzieś w kącie za pakami powielacz, okurzyli maszynę do pisania i zastanawiali się, jak ulepszyć odbiór. Kazimierz zszedł na dół, żeby sprawdzić, czy nic nie słychać. Ale w codziennym jazgocie podwórza, w krzyku ulicy, zawodzeniach żebraków i turkocie przejeżdżających wozów, roztapiały się dźwięki radia. Radio mogło grać. Grało tak od pierwszej chwili wojny. Wchłaniało grzmiące i puste słowa otuchy, martwiło się niemieckimi zwycięstwami, zapłakiwało nad „planowym” cofaniem tych, na których się liczyło. Radio pierwsze wiedziało, że Narvik, konało pod Dunkierką, załamywało się w Paryżu i traciło resztki nadziei pod Kijowem.

Nasłuchy robił kuzyn Adaś. Jeszcze przed wojną rodzina miała z kuzynem Adasiem ciągłe kłopoty. Bo kuzyn Adaś to stary komunista. Pokłócił się z rodzicami, fabrykantami z Łodzi, nosił zawsze wygniecione ubranie i wystrzępiony wiśniowy krawat. Czupryna była w „artystycznym nieładzie”. To Adasia poszukiwali „tajniacy”, to Adaś był aresztowany, trzeba się było starać dla niego o kaucję. Sprawa, wałówki, adwokaci. To wpadał do mieszkania z plikiem nielegalnej literatury, to Adasia trzeba było schować, lub przenocować jego koleżków. O Adasia dopytywały się zawsze jakieś podejrzane typy „w przebraniach” kelnerów, służących, robotników (Nata zawsze twierdziła, że typy były poprzebierane). Jednym słowem konspiracja. Komunizm.

„Odziedziczy fabrykę ojca, to odechce mu się komunizowania” – przepowiadała ciotka Justyna, badając nerwowo, czy brylantowy pająk dobrze siedzi w czarnej sukni.
„Właśnie zmądrzeje” – mówili rodzice Naty, zadowoleni, że ze swoich dzieci mają pociechę.

Kuzyn Adaś był popularny w rodzinie, można nawet powiedzieć – lubiany. Lubiany, jak nieudane dziecko, z pobłażaniem, z obawą, z litością. Lubili go, owszem, ale każdy po kolei wolał go nie widzieć u siebie z tymi jego tajemniczymi paczkami i arsenałem światoburczych idei. Cóżby dopiero powiedziała rodzina na dzisiejsze zachowanie kuzyna Adasia! Że Adaś, oprócz wielu innych zakazanych czynności, słucha codziennie radia właśnie w domu na Lesznie.

Radio stało się haszyszem Adasia, namiętnością. Czy miał się Adaś obawiać Bekantmachungów, grożących śmiercią, kiedy śmierć była po prostu ukoronowaniem bohaterskiego życia, naturalnym zakończeniem podniebnych lotów. Czy mogły go obchodzić jakiekolwiek gettowe rozkazy, rodzinne niepokoje, kiedy dla niego bliższe i dostępniejsze były kręte uliczki Tobruku, czy bezbrzeżne piaski El-Alamain, niż cała gettowa rzeczywistość.

Bomby nad Barceloną to był jego chrzest bojowy. Teraz najchętniej poszedłby w lasy, ale komórka organizacyjna, do której należał, wyznaczyła mu tę pracę, którą pokochał. Łączność. Często, kiedy w jakiejś zakonspirowanej norze leżał z Wandą na wąskim wyrku, rozsnuwał przed nią wizje dalekiego świata, w którym tętniło życie i śmierć, bohaterstwo i czyn. Wanda, mądra zrównoważona Wanda, łykała jego słowa, jak cudowny szampan w rozdźwięczaną noc karnawałową. Zrósł się Adaś ze swoim radiem, jak Kazimierz zrósł się ze swoim powielaczem, na którym wiernie odbijał radiowe opowieści, tłumacząc je i komentując w podziemnej gazetce o nazwie „Żagiew”.

zagiew-strona copy
Z tych wszystkich, którzy walczyli, Kazimierz był może najbardziej bezkompromisowy. Toczyła go żądza walki, nie miał cierpliwości czekać, każdy jego artykuł, każde przemówienie biczowało inercję, tchórzostwo, brak oporu. Głębokie przemiany dokonały się w Kazimierzu, zanim doszedł do tego stanu.
Kiedyś, wydawałoby się przed wiekami, paradował z koleżkami w kolorowych deklach i śpiewał na komersach „Gaudeamus Igitur”. Asymilatorska korporacja, do której należał, nazywana była „Lutetia”, jej filistrem honoris causa był ramolowaty profesor sanacyjny, który podczas przemówień korporanckich szczypał kelnerki. Wysoko postawieni przyjaciele z ministerstw i ze sfer akademickich, kolacyjki, za które płacił, prezenty, które kupował, inteligenckie pogawędki w kawiarniach. Czarne oczy Kazimierza były pełne żaru, kiedy recytował z pamięci całe strony Norwida czy z Wyspiańskiego, lub opowiadał o rozwoju polskiej sztuki ludowej. Dla polskich kolegów Kazimierza były to przeważnie nowiny, oni nie muszą przecież tego znać tak dobrze. Klepali Kazimierza po plecach, mówiąc „Rzeczywiście nadzwyczajne, że  w ł a ś n i e   p a n a   to interesuje”. Tolerowali Kazimierza, „owszem, żydowski inteligent, ale…” Bariera. Kazimierz chciał złamać barierę, być taki jak oni. Nie szło. „Asymilator”, mówili jego żydowscy koledzy, słuchając z szacunkiem jego wywodów na temat „Wesela”. Ale trzymali się od niego z daleka, nie wtajemniczali go w swoje żydowskie sprawy, jak obcego. Nie należał więc ani do tamtych, tak zawsze naturalnie pewnych siebie Polaków, ani do tych innych, szarpanych wątpliwościami i problemami. Jedni i drudzy, instynktownie, nie mieli do niego zaufania i Kazimierz setki razy zadawał sobie rozpaczliwe pytanie, kim jest.

Niemcy rozstrzygnęli. Jako Żyda zamknęli go w getcie. Niewola i ucisk stały ponad problemami, które dręczyły do tej pory Kazimierza. Walka ze złem była także jedna, niepodzielna. Za murami getta Kazimierz odnalazł siebie.
W getcie Kazimierz prowadzi pracę wolnościową nie szczędząc życia i majątku (…żeby wiedzieli, żeby wiedzieli, że Żyd taki sam, i w dobrym, i w złym…). Prowadzi tajne kursy wojskowe, organizuje bojówki, jest duszą podziemia. „Żagiew” pokochał jak własne dziecko.

Wiernym przyjacielem radia był także Korn, chociaż poglądami różnił się od przyjaciół i „Żagwi”. Korn był przez długi czas „złotym młodzieńcem”. Przed obiadem siedział w Ziemiańskiej, po obiedzie chodził na fajfy do Adrii, a wieczorami na bridża. W międzyczasie studiował filozofię, co rodzina uznawała za zalążek jego przyszłych dziwactw. Bo cóż daje Żydowi ukończenie filozofii?

Pewnego dnia, miał już wtedy ze 25 lat i zrobiony doktorat, rzucił dom, zrezygnował z Ziemiańskiej i został chalucem na farmie rolniczej na Grochowie. Orał ziemię, doił krowy, jego wypielęgnowane ręce popękały i zgrubiały. Nigdy nie chciał mówić o tym, co na niego wpłynęło w kierunku tak radykalnego przeobrażenia.
Rodzina uważała krok Korna za rodzaj spokojnego obłędu. „Można przecież być syjonistą, ale nie od razu jechać do Palestyny i doić krowy z doktoratem z filozofii w kieszeni.” Uważali, że zmiana ta była następstwem rozczarowania spowodowanego nie otrzymaniem asystentury na Uniwersytecie ze względów rasowych. Nata była zachwycona postępowaniem Korna, pewno dlatego, że sama nigdy nie zdobyła się na nic podobnego.
W getcie Korn był członkiem „kibucu” syjonistycznego na Nalewkach, brał na siebie najniebezpieczniejsze roboty, wydawało się czasami, że nie zna uczucia strachu. Pracował jako mechanik samym gnieździe os, w Gestapo w Alejach Szucha, których sama nazwa budziła w ludziach zwierzęcy strach. Udawało mu się nieraz zdobywać tam ważne wiadomości, lub pomagać aresztowanym. Stamtąd dostarczał lamp i części do adasiowego radia. Ostatnio Kazimierz wciągnął go do „Żagwi” i Korn okazał się także i przy tej robocie bardzo pożyteczny. Dzięki swojej przepustce z „Gestapo” kręcił się swobodnie po aryjskiej stronie i mógł przenosić „Żagiew”, którą za pośrednictwem Witolda przekazywano jednej z podziemnych organizacji otrzymując w zamian wolnościowe pisma polskie, których była wielka ilość różnych formatów, poglądów i rodzajów. Co to za tryumf był dla „Żagwi”, kiedy w jednym z takich pism poświęcono jej całą stronicę, przy czym, ubolewając nad niskim poziomem niektórych pism, postawiono „Żagiew” za wzór.

Kilku ich było przy tej gazetce. Wierni, zacięci, żyli stale jak pod hipnozą niewielkiego aparatu radiowego. W jednej z najbardziej ludnych cukierni na Lesznie mieli swoją „skrzynkę”, tam rozdawali swoje „Żagwie”, wypuszczali je w świat, aby niosły słowa pociechy, czy protestu. Tam także odbywały się pertraktacje między tymi „żebrakami wolności”, a ludźmi, którzy dostarczali im papieru, materiałów, czasem pieniędzy.
Kiedy ostatnie mieszkanie paliło im się pod nogami i nie mieli gdzie się podziać ze swoim radiem, maszyną do pisania, hektografem i podejrzanymi wizytami, zwrócili się do Piotra z prośbą o konkretną pomoc. Piotr był w tym okresie bardziej niż kiedykolwiek szarpany sprzecznymi uczuciami.
Przypadkowo któregoś dnia natknął się przy murku na zmasakrowanego trupa dobrej znajomej. Leżała w poprzek ulicy, w jedwabnej bieliźnie, nogi w gazowych pończochach tytłały się w rynsztoku. Zaondulowane fale blond włosów splamione były krwią i błotem. Na górnej wardze pozostał jeszcze wygięty łuk wyrysowany starannie jaskrawą pomadką. Złapana po aryjskiej stronie… Nie pierwszy taki wypadek, tylko że akurat dobra znajoma. Taka ładna, miła kobieta.
W kilka dni później Piotr był przy egzekucji stu osób także złapanych po aryjskiej stronie. Małe dzieci, kobiety, padały pokotem pod salwą policyjnego szwadronu. Wrogowie potężnego Reichu: dziesięcioletni Abuś, który chciał zobaczyć Wisłę, Rywka, która chciała kupić tani chleb. Inni, podobni. Okazało się, że tańsze jest życie.
Płakali mężczyźni przy egzekucji stu szarych ludzi, złapanych po aryjskiej stronie. Piotr nie płakał. Skrystalizował się w nim wtedy bunt, zdławiony do tej pory obrożą obowiązków. Pierwszym jego wyrazem było zaofiarowanie pomocy „Żagwi”.
Wystarał się u kuzynki Dory o pokój dla Kazimierza, który powoli wrastał w społeczeństwo kamienicy. O różnych porach dnia i nocy redagował „Żagiew”, drukował ją i odbijał na hektografie, załatwiał sprawy, o których nikt nic nie wiedział. Wieczorami siadywał w kącie pokoju u Lesserów, bawił się z Józieczkiem, kibicował przy bridżu. Albo czytał, Wyspiańskiego, Tuwima, czasem nawet Mickiewicza.

„Żagiew” zrosła się z kamienicą na Lesznie, jak klub karciany pani Konowej, jak składy gestapowca Erlicha, jak „pierwsze piętro” nędzarzy, jak romans pani Izabelli z Braudowiczem.

(…) O 5.25 jest audycja z Rosji, potem inne. Z Anglii, z Niemiec, z Francji. Trudno się od tego oderwać. Przykręca się gałkę, żeby było ciszej, głowy prawie dotykają skrzynki, bo wydaje się, że tak lepiej słychać. Błyszczy żółtawo tarcza radia z nazwami dalekich wolnych miast, posuwa się igła po swobodnym świeci. Skuleni na podłodze, na skrzynkach czy na połamanym łóżku, siedzą Piotr, Kazimierz, Korn i Adaś, słuchają przerywanego tysiącem zgrzytów i świstów głosu spikera, opowiadającego o bojach, o robocie pozafrontowej. Wsłuchują się w dzikie przemówienia propagandowe Goebelsa, Rosenberga, Hitlera.
Żydzi są wszystkiemu winni! Żydzi wywołali wojnę z Rosją! Żydokomuna! Roosvelt to pachołek żydowski. Zaraza świata! Wytępić! Wygubić! Zniszczyć! Wszystkiemu winni Żydzi, Żydzi. ŻYDZI!
„I cykliści zapomniał dodać! – uzupełnia za każdym razem niemieckich wodzów Adaś, śmiejąc się sam ze starego dowcipu.

(…) Była to wielka chwila odprężenia, gdy przez rosyjskie radio nadano zachłystującym się ze wzruszenia głosem wiadomość o przystąpieniu Ameryki do wojny. To przybliżało koniec koszmaru, zwiększało szanse, zapalało do dalszej roboty. Członkowie grupy dwoili się i troili. Redakcja i kolportaż „Żagwi”, organizacja grupek młodzieżowych, kontakty z aryjską stroną, szykowanie grupek dywersyjnych.

(…) Czasem przychodził do getta Witold, szary żołnierz w podziemnej Armii Krajowej. Przynosił aryjskie papiery. Stanowił łącznik z polską walką, z własnej inicjatywy dodawał ducha i otuchy. Towarzyszył mu często starszy siwy pan, pseudonim „architekt”, którego poglądy polityczne były niejasne. Pomaganie Żydom uważał za rodzaj misji chrystusowej, obowiązek wierzącego chrześcijanina. Wszyscy razem układali apele i sprawozdania dla zagranicy, które Witold posyłał gdzie było trzeba tajnymi drogami polskiego podziemia.

(…) Pomoc z zewnątrz była minimalna, raczej teoretyczna, raczej uczuciowa. Jednostki posiadające siłę wewnętrzną i potrzebę walki bez względu na przeszkody, były nieliczne. (…) Czy mogła w takich warunkach mowa o czymś zakrojonym na większą skalę? Nie tak łatwo połączyć komórki od tylu wieków samowystarczalne. Te wszystkie wątpliwości i sprawy roztrząsali Kazimierz i Piotr w długich rozmowach prowadzonych na strychu przy akompaniamencie stłumionych dalekich słów z graniastej skrzynki.
Z przyjściem Witolda czy „architekta” dyskusja ożywiała się. Dwaj aryjczycy wnosili świeżość, nadzieję, mieli więcej wiary w przyszłość. Było im źle, ale nie tak beznadziejnie, jak tym za murami.

(…) Kiedyś Witold i „architekt” przyszli bardzo zdenerwowani. „Architekt” szarpał rzadkie kępki włosów, poprawiał co chwię krawat, mrucząc przy tym coś pod nosem. Witold wkładał i zdejmował okulary, przecierał je, chuchał w nie, jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. Kazimierz obserwował ich uważnie.
„Jakaś wsypa?”
Witold machnął ręką pogardliwie i chrząknął przy tym gwałtownie.
„Są łobuzy… Chrystusa w sercu nie mają… nie nauczyli się kochać bliźniego…” – mruczy „architekt”, a ciekawość Kazimierza wzrasta.
Kazimierz wie, że przyjechał wysłannik z Londynu dla dokonania koordynacji całej prasy podziemnej. Wraz z Piotrem i Witoldem ustalili, aby na komisji koordynacyjnej postawić wniosek o przyjęcie „Żagwi” do wspólnoty pism walczących o wolność. Chcieli, by „Żagiew” miała te same prawa i opiekę rządu londyńskiego jak inne pisma. Kazimierz domyśla się trochę, że zachowanie „architekta” i Witolda pozostaje w związku z tą sprawą. Ale co się stało? Co mogło się stać?
Siwy pan nadal poprawia krawat i mamle o wrogach ludzkości, o braterstwie, o wstydzie. Wreszcie Witold zdecydował się wykrztusić prawdę.
Po aryjskiej stronie wychodziło dwadzieścia kilka pism „podziemia”. Organizacje prawicowe, bardziej rozbite na partie i partyjki i operujące większymi funduszami, miały tych pism z piętnaście, bo każdy odłam i odłamik uważał sobie za punkt honoru takie pismo lepiej czy gorzej, ale wydawać i kolportować. Otóż na komisji koordynacyjnej postawiony przez Witolda wniosek w sprawie „Żagwi” przepadł właśnie owymi piętnastoma głosami. Nie szło „Żagwi” o pomoc materialną, jakoś sobie radzili, chcieli tylko mieć to uczucie łączności, świadomość równouprawnienia we wspólnej walce o ludzkie prawa. Dla grupki ludzi skupionych koło pisemka, „Żagiew” była sztandarem. Ten sztandar został sponiewierany, uznany za gorszy od innych sztandarów, chociaż na równi z innymi był symbolem walki o wolność, która jest jedna.

(…) Trzeba przeżuć w sobie tę sprawę, policzek jeszcze za bardzo piecze, żeby można się było zdobyć na bezstronność. Tyle trudu, tyle dobrych myśli… Biedna „Żagiew” cierpi za swoje żydostwo. Jak my (Treblinka…, Bełżec…, Żydzi, Żydzi, ŻYDZI!!!!). Kazimierz czuje się jak matka, której powiedziano, że najukochańsze dziecko jest brzydkie i głupie, nic nie warte. BARIERA, znów TA BARIERA, chociaż tyle wspólnej krwi już w nią wsiąkło!

„Ano, to będziemy dalej walczyć, żeby i takie rzeczy zwalczyć. Takie jest przecież nasze zadanie. Budować nowy świat, innych ludzi. Dlaczego właściwie tak martwicie się? Przecież każda walka ma swoje zwycięstwo i klęski, wzloty i upadki. Inaczej nie byłaby to walka.”

Wanda mówi po prostu i naturalnie, tylko na matowe policzki wystąpił ślad rumieńca, bo Wanda nie jest przyzwyczajona dużo mówić.

Reblog: New Jews in Poland

  • The Guardian, Sunday 25 January 2015 18.22 GMT
    Thanks to the Facebook Group Róża Jerychońska for sharing this text

The third-generation Polish Jews rediscovering long-buried roots

Judaism has a history dating back 1,000 years in Poland but most see the country as a site of Jewish death and suffering

A family in Szeroka Street at the heart of the Jewish quarter in Krakow. Photograph: Eastway Pictures

First Agnieszka Markowska found a suspicious baptism certificate, then a trail of false names and invented hometowns. Hidden behind them was a Jewish family history her grandmother had sworn she would take to the grave.

“When I showed her what I had discovered, she still denied she knew anything,” said Markowska. So she made her way to Krakow’s Jewish Community Centre, the heart of resurgent Jewish life in a city that has long been more associated with Jewish tragedy.

“If my great-grandparents were Jewish, I wanted to know what they believed, what festivals they celebrated, how they lived. I exist because of them, and want to preserve their memory,” said Markowska, who now marks Jewish holidays herself.

The 45-year-old is part of a growing number of “third-generation” Polish Jews – they count back to the first generation of Holocaust survivors – who are rediscovering roots assiduously buried by parents and grandparents trying to escape death camps and then antisemitism, and helping to rebuild Jewish life in Poland.

Judaism has a history going back more than 1,000 years in the country, but because the Nazis carried out most of the murderous work of the Holocaust in occupied Poland, and reduced a population of more than three million to just a few thousand, many outside the country see it only as a site of Jewish death and suffering. Krakow was particularly notorious, with an infamous ghetto, and just an hour’s drive from Auschwitz.

“Many people in Israel have a very dark view of Poland,” said Kfir Katz, an Israeli with Polish roots who has settled in Krakow after months of research into family roots that allowed him to claim Polish citizenship.

His mother warned him the country her parents had fled was just a “vast cemetery”, but instead he found a community several hundred strong, four active synagogues, and a Jewish cultural festival that draws thousands of visitors each summer.

If some of the Jewish-quarter restaurants with Hebrew names sell pork dishes, there is also a better supply of kosher food than there has been for decades, and shabbat dinners are celebrated by open windows.

It was a slow journey, though, for the handful of Holocaust survivors who decided to stay on in the ruins of a city that was once home to more than 60,000 Jews.

“I was never in hiding, but I was never saying ‘Hi, I’m Henryk Meller, I’m Jewish,’ either,” said one community leader, who was born in 1931 and lost both parents and his only sister during the war. “My friends know, some of them are antisemitic. But that’s the thing in Poland, each antisemite has his own Jew who is his best friend.”

Poles are the single largest group on the Yad Vashem Holocaust memorial’s list of “righteous among the nations” in Israel, those who risked their own lives to save Jewish friends, neighbours, colleagues or acquaintances.

But prejudice also has deep roots. Many Polish Jews survived the Holocaust only because they had fled pogroms before the Nazis arrived. And within months of the liberation of Auschwitz, dozens more had died in new pogroms and fights over confiscated property.

In 1968, one faction within the communist government launched a cynical antisemitic campaign, as part of an internal power struggle, which cost hundreds of people their jobs and prompted thousands more to leave for Israel.

For decades there was not even a rabbi based in the city, said Meller, whose own son has immigrated to Israel. Meller never wanted to leave, and was key to the founding in 2008 of the Jewish Community Centre (JCC) in Krakow, a welcoming building which hosts everything from shabbat dinners and Torah study to make-up lessons and belly dancing.

Funded by UK charity World Jewish Relief, with support from Prince Charles, who opened it, it provides a meeting place for the existing community, but also somewhere for Poles who uncover a secret family history to explore Jewish culture, religion and history.

Olga Danek grew up in a house full of Jewish books and artefacts, and was taken several times as a child to Auschwitz and the spooky, deserted former Jewish quarter of Krakow. Still, she celebrated Christmas and Easter, and was stunned to be told, aged 12, “your grandmother was Jewish”.

“My first feeling when my mother told me I was Jewish was ‘OK, but maybe the community don’t want me’,” said Danek, now 28 and head of the student group at the JCC.

“You don’t have the papers, you don’t have the Jewish knowledge, what are you going to do? I think I was afraid, that I was not Jewish enough for them.”

In her group of 16 young Poles, only one grew up knowing she was Jewish. The rest share dramatic stories of deathbed confessions, fearfully guarded secrets or reluctant admissions drawn out after months of research in dusty archives. In many of their families Jewish identity in effect skipped a generation. Some Holocaust survivors lied to their children to protect them. Others, such as Danek’s mother, knew the family secret but felt it was too dangerous to acknowledge.

“She was born in 1961, and after 1968 we didn’t have an official Jewish life. You were told, ‘If you are Jewish you must go to Israel, you are not Polish’ – it was very difficult. I think she is afraid to be Jewish,” Danek says.

Pope John Paul II did much to tackle antisemitic attitudes, condemning them outright, visiting Auschwitz to pray in 1979, on his first visit to the country since becoming leader of the world’s Catholics, and forging high-profile relationships with Jews and Jewish communities.

The spectre still haunts Krakow, though. On a road near the JCC, a large piece of football graffiti reads Cracovia JG – or Krakow Jewish Gang, with a star of David. When Markowska told one friend that she was Jewish, the woman replied “Don’t worry, I will still like you”, and Danek’s mother frets about her wearing a star of David in public.

For Danek that lingering prejudice, and the long shadow cast by the horrors of the Holocaust, is just one more reason to celebrate Jewish life in Krakow.

“Many people think the Jewish community doesn’t exist here, and so it’s important to me to show that we do,” Danek said. “I want to show that we are not prisoners of the Holocaust. We are living here in Poland.”

Reblog: Jadą Żydzi, jadą

hartmanPolin – Muzeum Historii Żydów w Warszawie
Wielkie otwarcie – 28 października o godzinie 19

Wielkie otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Będzie gości co niemiara! Jak to zwykle w Polsce bywa, nie obeszło się bez rozmaitych zgrzytów i zacięć, a w końcu i znacznych opóźnień. Ale to wszystko za nami.

Jest muzeum, jest dyrektor, jest program i są pieniądze. Dzięki pracy setek ludzi, wśród których bez wątpienia wyróżnić trzeba ojca i patrona całego przedsięwzięcia red. Mariana Turskiego, Polska ma jeden z najważniejszych obiektów na mapie żydowskiej diaspory. Ma go już, a świat przekona się, że jest właśnie taki ważny, a nie jakiś tam, jeden z wielu, już za rok albo dwa.

To niezwykle istotne dla światowego wizerunku Polski, często tak niesprawiedliwie i przesadnie eksponującego polski antysemityzm. Antysemityzm jest, lecz jest też godność państwa i jego elit, które potrafią stanąć twarzą w twarz ze wspólną polsko-żydowską historią, antysemitom zaś pokazać drzwi.

Za tydzień zasypią nas recenzje z wystawy stałej. Sam nie mogę się już doczekać jej obejrzenia. Wyobrażam sobie, jak trudno było ominąć wszystkie rafy uprzedzeń i stereotypów, które tak łatwo, acz całkiem niechcący się utrwala. Jak pokazać powszechną nienawiść Polaków do Żydów w czasie wojny, obok sprawiedliwych, którzy Żydów z narażeniem życia ratowali, i obok tych, którzy robili to samo, tylko że dla pieniędzy? Jak pokazać „żydokomunę” obok jej również żydowskich ofiar? Jak pokazać antysemityzm polskich bohaterów i zasługi, jakie ponieśli dla Żydów liczni „półantysemici”, osoby „judeo-niejednoznaczne”, w tym wielu Żydów? Jak wytłumaczyć zawiłości tożsamościowe: Żyd, polski Żyd, Polak wyznania mojżeszowego, Polak-Żyd, Żyd-Polak, osoba pochodzenia żydowskiego, pół-Żyd, etniczny Żyd… Sami Żydzi połapać się w tym nie mogą, a co dopiero zwiedzający.

Będą mówili o wystawie, że się tam oprawców wybiela? A Izraelczycy będą narzekać, że umniejsza się pogromy i rozgrabianie mienia żydowskiego? Religijni, że nazbyt podkreśla się żydowskie pochodzenie osób, które z żydostwem nie mają nic wspólnego? Ateiści, że za dużo w tym muzeum religii i zrównywania żydowskości z judaizmem? Katolicy, że zniesławia się Kościół, pokazując, jak przez stulecia jątrzył i prześladował Żydów? Wierzący Żydzi, że nazbyt podkreśla się niechęć żydowskich środowisk religijnych do żywiołu chrześcijańskiego? Antysemici, że za mało jest o zbrodniach żydowskich partyzantów na polskich patriotach? Aj, waj, wszyscy będą biadolić i narzekać. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.

Na wszelki wypadek Muzeum nazwało się Polin, czyli Polska. Żeby nie było wątpliwości, że jest polskie i patriotyczne. Czy to zapowiedź podporządkowania się doktrynie idyllizmu w stosunkach polsko-żydowskich, zagłaskującej bolesną pamięć i wygadzającej wszystkie fałdki, tak aby na uroczystościach zawsze było cacy, ach, jak cacy? Mam nadzieję, że nie.

W przeddzień otwarcia, na które wybieram się z mamą (dzieckiem Holokaustu), życzę Muzeum przede wszystkim wielkiej odwagi. Nie dajcie się zastraszyć ani przekupić! Nie dajcie sobie narzucić filisterskich pseudoprawd! Nie bójcie się PiS-u, Rydzyka, kiboli, faszystów ani opętanych prawicowych oszołomów z Jerozolimy i Nowego Jorku! Nie bójcie się w ogóle nikogo! Bądźcie jak pionierzy i kibucnicy. Bo to muzeum jest właśnie jak kibuc na środku pustyni. Pustyni pozostałej po żydowskiej Polsce. Żadna z instytucji żydowskich nie może się z Wami równać. Zostaliście skazani na przywództwo w żydowskim życiu kulturalnym naszego kraju – wszystkie fundacje, wydawnictwa i stowarzyszenia znajdą się w Waszym cieniu, oby przyjaznym i opiekuńczym. Bądźcie w tej swojej patriarchalnej misji jak mądry rabin, który godzi zwaśnionych sąsiadów i stara się mieć dobre słowo dla każdego. Otwierajcie swoją przestrzeń na wszystkich zwariowanych Żydów i zwariowanych gojów, którzy nie wiedzieć czemu ciągle do Żydów lgną. Nie róbcie nikomu łaski. Bądźcie Domem Żydowskim, a jednocześnie Domem Polskim, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu, w tym zapierającym dech w piersi gmachu, dwa dzielne narody współżyją ze sobą i goszczą się wzajem we wspólnym domu, a wraz z tym goszczą cały świat.

Wiele lat minie, zanim Polacy zrozumieją, że Muzeum Historii Żydów Polskich nie jest statkiem kosmicznym, obcym, żydowskim obiektem wybudowanym dla Żydów za polskie pieniądze, lecz pomnikiem wspólnej historii i polską placówką kulturalną, której zadaniem jest pielęgnowanie dziedzictwa dwóch narodów, które żyły razem na jednej, wspólnej ziemi. Ale przyjdzie czas, gdy ludzie to zaakceptują i uwierzą, że żydowskie może być polskie, a polskie może być żydowskie. To nie będzie jutro ani za dziesięć lat. Ale kiedyś będzie.

Drogie Muzeum, bardzo na Was czekamy i bardzo na Was liczymy!

Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

Rodzina Berlinerblau. Aniela

Tomasz Prot, ze słynnej polsko-żydowskiej rodziny chemików Berlinerblau, pisał już u mnie na blogu o swym powolnym i bolesnym dochodzeniu do żydostwa. Publikowałam już też trzy wpisy o rodzinie Berlinerblau – jeden: wspólne dzieło moje, Tomasza i Wikipedii, a dwa autorstwa Michała S. Balasiewicza. Dziś kolejny wpis o tej niezwykłej rodzinie:

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau

anielastreinsbergowa-maturaNajstarszą córką Józefa była Aniela urodzona 27 czerwca 1896 roku w Wiedniu. Data ta nie jest pewna, być może w okresie okupacji odjęła sobie parę lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie. Po skończeniu szkoły średniej, studiowała w Krakowie prawo i jako pierwsza w Polsce kobieta-prawnik została adwokatem i otworzyła własną kancelarię. Jej mężem, którego poślubiła w wieku 24 lat był również adwokat Emil Steinsberg. W okresie międzywojennym, Aniela mając przekonania lewicowe, broniła komunistów i robotników, między innymi oskarżonych o krwawe zamieszki w krakowskiej fabryce wyrobów gumowych „Semperit”.

W czasie okupacji niemieckiej ukrywała się w Warszawie. W tym czasie opiekowała się swoją osieroconą bratanicą Julką, oraz pielęgnowała swoją dawną nauczycielkę, chorą Stefanią Sempołowską, aż do jej śmierci w 1944 roku. Pracowała w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, razem z Władysławem Bartoszewskim, wyszukując kryjówki dla ukrywających się Żydów oraz przekazując im pomoc finansową. Holocaust nie oszczędził najbliższych Anieli, w latach 40-tych, z rąk okupanta zginął jej mąż i siostra, a brata Tadeusza zamordowali we Lwowie nacjonaliści ukraińscy. Natomiast drugiemu bratu Adolfowi – inżynierowi chemikowi, który skrócił nazwisko Berlinerblau na Berli, udało się już po wybuchu wojny w 1939 r. wyjechać do USA. Jego żona Amelia z domu Goldfinger zginęła w 1942 roku przy próbie odzyskania swoich rzeczy pozostawionych u rodziny polskiej, a ich córką Julką, jak już wspomniałem, opiekowała się Aniela. Brat Anieli, Adolf zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku.
anielastreinsbergowaPo wojnie, w styczniu 1945 Aniela przyjeżdża do Lublina i tam zostaje mianowania z nadania Rządu Lubelskiego, wicedyrektorem Biura Prac Ustawodawczych przy Prezydium Rady Ministrów. Wkrótce, razem z Julką, osiedla się w Warszawie i pracuje dla Rządu, ale, pomimo przynależności do PPS, a po zjednoczeniu w 1948 r. do PZPR, zostaje wkrótce wyrzucona z pracy. Po dłuższych staraniach, przypuszczalnie dzięki poparciu premiera Cyrankiewicza, otrzymuje pozwolenie na otwarcie praktyki adwokackiej. Jako adwokat występuje w obronie AK-owców, bierze także udział, razem z mecenasem Winawerem, w obronie Kazimierza Moczarskiego. W 1955 roku Aniela wystąpiła z PZPR ’u i związała się z opozycją wobec komunistycznych rządów. Nadal broniła w procesach politycznych m. in. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Wrażenia z przebiegu tamtych procesów spisała w swojej kronice “Widziane z ławy obrończej”, wydanej przez paryską “Kulturę” w 1977 r. Zajmowała się też tłumaczeniami, przekłada „Smutek tropików” i „Totemizm dzisiaj” Claude’a Levi-Straussa, „Biologię twórczą” Jean Rostanda, a także w latach 50 jest redaktorką pism zebranych swojej nauczycielki i przyjaciółki – Stefanii Sempołowskiej.
Aniela była zawsze bardzo aktywna politycznie i społecznie. Po 1956 roku brała często udział w spotkaniach Klubu Krzywego Koła, do którego wprowadziła dwóch uczniów – Jana Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika. Niespełna dziesięć lat później broniła ich kolegów, studentów aresztowanych w marcu 1968 r. W rezultacie po marcu 1968 roku, na skutek obrony studentów wyrzuconych z uczelni, została zawieszona w prawach wykonywania zawodu i wkrótce skreślona z list adwokatów. W wieku 74 lat przechodzi na emeryturę, ale nadal chętnie udziela porad prawnych, szczególnie członkom struktur opozycyjnych.

W 1975 podpisała List 59, petycję przeciwko projektowi zmian w Konstytucji PRL (pomysł listu powstał w jej mieszkaniu). W czerwcu 1976 sygnowała list solidaryzujący się z robotnikami represjonowanymi w Radomiu i Ursusie. Była członkiem–założycielem Komitetu Obrony Robotników.

W jej niewielkim mieszkaniu przy okrągłym XIX-wiecznym stole obradowała komisja redakcyjna odpowiedzialna za przygotowywanie komunikatów Komitetu. Młodsi działacze KOR-u wspominają, że Starsi Państwo – pani Aniela, prof. Edward Lipiński, Ludwik Cohn, Jan Józef Lipski i ks. Jan Zieja chronili ich swoim autorytetem przed agresją władz. Jednak ta ochrona nie była w pełni respektowana i świeżo po osiemdziesiątce pani Aniela musi się oswoić z rewizjami, które do tej pory były codziennością jej klientów. Już poważnie chora, co najmniej raz w tygodniu gościła u siebie komisję redakcyjną KOR odpowiedzialną za przygotowanie ostatecznej wersji publikowanych oświadczeń.

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau zmarła w 1988 roku na dwa miesiące przed „Okrągłym Stołem” i została pochowana na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ulicy Żytniej w Warszawie. 23 września 2006 roku prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w 30 rocznicę powstania KOR ‘u odznaczył pośmiertnie Anielę Steinsbergową Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dalsze lektury:

Wpis w Wikipedii o Anieli – TU
Wpis nr 1 o rodzinie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Józefie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Janie Procie – Berlinerblau TU na blogu

Wielka Wojna (9)

Tomasz Fetzki

Leopold brat Maurycego; Polak

Pielgrzym po czasoprzestrzeni tym razem ani na krok nie ruszy się z domu. Jako obszar swojej wędrówki wybiera czas. I jeszcze raz pomaszeruje szlakami Wielkiej Wojny. Lub raczej – jedną z jej ścieżek. Może i nie najważniejszą, ale swą wagę mającą. Może nie całkiem zapomnianą i zielskiem zarosłą, ale żeby znów tak masowo zadeptywaną, to też chyba nie.

Dla Polaka Wielka Wojna to przede wszystkim Legiony. Zacznijmy przeto mocnym akcentem, wyrazistym symbolem.

gottlieb (1) orzelekNie byle jaki to orzełek, bo legionowy!

Mamy go więc przed oczyma: orzełka z szarych, „leguńskich” maciejówek. Nie chodzi o to, że jest zbrojny w tarczę. Ani o to, że dumnie wznosi skrzydła i bez lęku patrzy przed siebie, choć to wszystko, rzecz jasna, prawda. Istotne, że nie ma korony.

Bo to orzełek demokratyczny. Tak jak Legiony, w których służyli przedstawiciele wszystkich warstw społecznych; dominowali inteligenci, ale to oczywiste – byli najbardziej świadomi Sprawy. Zresztą ci inteligenci to zarówno synkowie szlacheccy, jak i potomstwo mieszczan.

Bo to orzełek republikański. Tak jak Legiony, gromadzące wszystkich, którzy czuli, że Ojczyzna to naprawdę res publica: odpowiedzialny jest za nią każdy jej mieszkaniec. Bez różnicy wyznania (weźmy chociażby Ignacego Boernera), bez względu na narodowość. Dlatego, jak podają różne źródła, od trzech do pięciu procent legionistów to byli Żydzi. Ich dziadkowie lub rodzice, pod wpływem ruchu „żydowskiego Oświecenia” – Haskali – opuścili zamknięty świat ortodoksyjnego Sztetl, oni poszli krok dalej: wstępując do Legionów potwierdzili swój wybór polskości, często pieczętując go dodatkowo własną krwią.

Jednego spośród tych Polaków z wyboru chce przedstawić pielgrzym. Właściwie musi koniecznie opowiedzieć o dwóch braciach, bo związek między nimi jest z tych mistycznych (zwykle Viator unika tego określenia, stanowczo się go nadużywa; tu jednak pasuje jak ulał). Literatura i Wielka Sieć pełne są wiadomości na temat Maurycego (1856-1879) i Leopolda (1879-1934) Gottliebów. Dotrzeć do nich łatwo; Viator ograniczy się do spraw najistotniejszych, przepuszczonych (by użyć trywialnej metafory) przez pryzmat swej wrażliwości. Może kogoś zachęci do dalszych poszukiwań?

Rodzina porządna. Ojciec Izaak – zamożny drohobycki przemysłowiec, nafciarz. A syn? Artysta, panie dzieju, malarz. Gorzej nawet, nie tylko pierworodny, ale wszyscy czterej synowie zamiast rafinerią, woleli się zająć pędzlami i sztalugami. Na szczęście tato był człowiekiem na tyle światłym i tolerancyjnym, że przeszkód ani przed najstarszym Maurycym, ani przed pozostałymi nie piętrzył. Kilkuletnia wędrówka między uczelniami artystycznymi Wiednia, Krakowa i Monachium (gdzie młody Gottlieb poznał twórczość Rembrandta, pod której wpływem pozostał do końca). Fascynacja Polską, jaką przeżył podczas spotkania z dziełami Jana Matejki. I związek z samym Mistrzem: początkowo w charakterze ucznia (jedni twierdzili: ucznia umiłowanego, inni: najzdolniejszego spośród uczniów; w każdym z tych określeń jest duża cząstka prawdy), potem współpracownika i przyjaciela. Trudna droga do polskości: wyjazd z Krakowa, spowodowany antysemityzmem kolegów studentów i niektórych profesorów Szkoły Sztuk Pięknych (a dodać trzeba niezbędnie, iż Maurycy był pierwszym żydowskim studentem tej uczelni), przed którym nie był go w stanie ochronić nawet sam Matejko; po kilku latach powrót, spowodowany usilnymi staraniami Mistrza Jana. Wielki projekt wspólnego przedsięwzięcia artystycznego: ukazania historii Polaków i Żydów. I oczywiście twórczość, wyrażająca to zakorzenienie w obu kulturach, penetrująca pogranicze polsko-żydowskie, chrześcijańsko-judaistyczne, orientalno-okcydentalne. Arcydzieła takie, jak choćby Ahaswerus, Żyd wieczny tułacz, miękkością modelunku i wszechogarniającym smutkiem przywołujący Rembrandta (Viator, lata temu zobaczywszy obraz, a nie znając jego autora, głowę dałby, że malował go właśnie van Rijn), czy Autoportret, którego nie powstydziłby się i Georges de La Tour – taki tu mamy światłocień! I tyle planów na przyszłość…

gottlieb (2) maurycyMaurycy Gottlieb, Chrystus nauczający w Kafarnaum (1877 – 1879).
Pewnych niuansów tematu „rdzennie chrześcijański” malarz by nie wyczuł. Tutaj są.

Nagle, wśród tego wytężonego wysiłku, Maurycy umiera. W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. I żeby to chociaż zszedł z tego świata młodo i romantycznie! Gdyby go, jak Władysława Podkowińskiego, zmogła bieda i jej siostra serdeczna, gruźlica! Albo gdyby, jak Witold Wojtkiewicz, od dzieciństwa nosił wypisany na chorym sercu wyrok, nieco tylko odroczony. Tak, to by miało ten niezbędny sznyt romantyzmu. Ale powikłania po banalnej infekcji gardła? Tak nie może odchodzić wielka nadzieja polskiego malarstwa! A jednak: zgasł Maurycy młodo i prozaicznie. Nie zdążył już zobaczyć swego najmłodszego braciszka, urodzonego kilka miesięcy po jego śmierci.

Malec, który przyszedł na świat w takich okolicznościach, pociecha starości swych rodziców, na dobrą sprawę mógłby zostać nazwany Beniaminem, w rzeczywistości jednak otrzymał imię Leopold. Po raz czwarty zagrały geny rodzinne, jeszcze jeden Gottlieb został artystą. Ale cień starszego brata nie przytłoczył go, mimo kultu, jakim pamięć o Maurycym otoczona była w rodzinie i środowisku. Leopold poszedł w malarstwie własną drogą. Uczeń Jacka Malczewskiego i Teodora Axentowicza, na gruncie artystycznym przyjaciel Vlastimila Hofmana czy (wspomnianego już) Witolda Wojtkiewicza, w pierwszych latach dwudziestego wieku tworzył dzieła w nastroju secesyjnym, z czasem sięgając ostrożnie po środki wyrazu właściwe dla fowizmu czy kubizmu.

gottlieb (3) kochankowieLeopold Gottlieb, Kochankowie.
Do daty powstania Viator nie dotarł, ale jego zdaniem (niech fachowcy nie zgrzytają zębami, to jego prywatne odczucie) inspiracje cezannowskie są tu wyraźne, więc chyba rok 1910 lub gdzieś w pobliżu.

Jak przystało na malarza, całe lata przebywał za granicą: Monachium, Paryż, Barcelona. A nawet Ziemia Święta, gdzie w roku 1910 objął stanowisko wykładowcy jerozolimskiej Szkoły Rzemiosł Artystycznych Becalel – pierwszej żydowskiej uczelni artystycznej! Wydawać by się mogło: realizacja marzeń, piastowanych przez pokolenia wygnańców. Wypełnienie życzenia, które od niemal tysiąca dziewięciuset lat rozbrzmiewało podczas święta Paschy: Leszana haba bJiruszalajim! W przyszłym roku w Jeruzalem! Czy można chcieć więcej?

Gdy się jest bratem Maurycego Gottlieba – można, a nawet trzeba. Nie ukoi serca oliwno-cytrusowa Jerozolima, nie zatrzymają w miejscu zaułki i winnica Montmartru. Serce rwie się tam, gdzie pola malowane zbożem rozmaitem. Zwłaszcza, gdy ten kraj pszenno-buraczany jest w potrzebie. Maurycy rozpoczął wędrówkę ku polskości, Leopold ją dokończył: w 1914 roku wstępuje do Legionów. A ma już trzydzieści pięć lat (wiek może nie podeszły, ale znacznie powyżej „średniej legionowej”) oraz, jako się rzekło, spory dorobek i renomę. Dlatego, na życzenie samego Komendanta, chorąży Leopold Gottlieb będzie się zajmował dokumentowaniem epopei I Brygady. Z przyczyn technicznych w grę nie wchodzi malarstwo olejne, ale rysunki oraz litografie – jak najbardziej. Powstało ich około tysiąca, tworzonych w marszu i na kwaterach, zebranych w tece Legiony. Bardzo w kręgach wojskowych cenione, zostały zaprezentowane szerszej publiczności już w roku 1917, na specjalnie zorganizowanej w Lublinie Wystawie Legionów Polskich.

gottlieb 4-5 podwPortretował chorąży Gottlieb zarówno          …jak i tych, którzy pozostali całkiem
tych, co już wówczas, a zwłaszcza później,     nieznani (Portret nierozpoznanego
byli znani (Podpułkownik Kazimierz             oficera Legionów).
Sosnkowski, szef sztabu I Brygady
Legionów
)…

Prace te, tworzone na żywo i na gorąco, niczego nie tracąc na jakości, wiele zyskały na autentyczności. Publicystyczno-dokumentalny charakter nie umniejsza ich artyzmu. Tego, co mówią o legionistach grafiki Gottlieba, nie znajdziemy w pamiętnikach czy powieściach, to coś zupełnie osobnego.

gottlieb6-7odpoczynekXXXXXDokumentował służbęXXXXXXX…i chwile wytchnienia (Odpoczynek
XXXXX(Na posterunku)…XXXXXXXXXna postoju)…

gottlieb8cmentarz…także tego wiecznego (Cmentarz bohaterów).

Jeśli Viator uważa, że warto tyle uwagi poświęcić Leopoldowi, nie chodzi tylko o to, że był on malarzem polsko-żydowskim, ale też o to, że był – po prostu – dobrym malarzem. Gdy wojna się skończyła, znów wyjechał do Paryża, gdzie żył i tworzył do śmierci. Wieloma jeszcze pracami dowiódł, iż posiada talent wysokiej próby.

gottlieb9kobietytulipanCo by tu wybrać z dorobku powojennego? No, niech będzie, specjalnie dla Ewy Marii: Leopold Gottlieb, Kobiety i tulipan (ok. 1934).

Ale wróćmy jeszcze raz na pogranicze kultur. Leopold Gottlieb i pozostali legionowi Machabeusze nabyli sobie prawo do polskości, płacąc za nie najcenniejszym kruszcem. Są i pozostaną niezbędną cząstką polskiej historii i kultury, czy się to komuś podoba, czy nie. Bo zawsze byli tacy, którzy się krzywili z niesmakiem. A i dziś niejeden chętnie by jeszcze pogmerał, pojudził… Na tych opuśćmy zasłonę litościwego, ale niewyrozumiałego milczenia.

**********
Przygotowując tekst powyższy tak się Viator zżył z synem Izaaka z Drohobycza, że właściwie żałuje, iż ani na krok nie ruszył się z domu. Cóż jednak począć: z łużyckich lasów wszędzie tak daleko!

Ale wy warszawiacy? Ale wy krakowiacy? Doceńcie szansę, jaką wam daje miejsce zamieszkania. Odwiedźcie jubileuszowe wystawy, a pospieszcie się, bo niektóre z nich otwarto tylko na kilka dni! Odwiedźcie i potem opowiedzcie o nich czytelnikom tu, na blogu. Viator też chętnie posłucha.

http://www.mkidn.gov.pl/pages/posts/leguny.-wystawa-w-setna-rocznice-czynu-legionowego-4858.php

 http://www.jewishmuseum.org.pl/pl/wydarzenie/zyd-polak-legionista-1914-1920

http://www.muzeum.krakow.pl/Wystawa.585.0.html?&cHash=43fa91ba47b12d27e583c6b4812102f0&tx_ttnews%5BbackPid%5D=26&tx_ttnews%5Btt_news%5D=6477

Kobieta i koń. Rewers

Jurija Gashaka, „Kobieta i koń” w synagodze w Drohobyczu

Deutsche Fassung unten // English version below

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Podczas wernisażu wystawy planuje się prapremierę obu wersji –  „Awersu” i „Rewersu”:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”  w Galerii Dolnośląskiego Centrum Fotografii „Domek Romański” (18.04.-29.05.2013).

Druga odsłona wystawy przewidywana jest jesienią i zimą 2013/2014 (listopad-styczeń) we wrocławskiej Synagodze pod Białym Bocianem.

Kuratorka wystawy i redaktorka katalogu w języku polskim i angielskim: drXLidia Głuchowska.



Jurij Gashaks „Frau und Pferd” in der Synagoge zu Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Frau und Pferd” wurde im Herbst 2012 in der alten Synagoge zu Drohobycz realisiert. Der Anlaß dazu war das dortige Bruno-Schulz-Festival. Der Film wiederum wurde von der Fotografie Mariusz Kubielas’ „Eine Frau ein Klavier in Anwesenheit dreier Zeugen tadelnd” inspiriert, welche 2006 in Iłownica/Polen entstanden ist und zu einer von Kubielas geschaffenen Fotoserie „Bei Schulz“ gehört. Dazu zählen ca. 40 Schwarz-Weiß-Fotos, die anhand einer Methode, durch ihren Gestalter „Dirketfotografie” genannt, ausgeführt wurden: Das heißt, dass dabei keine Computerverarbeitung oder -Korrektur sowie keine Fotomontage angewandt wird. Die Basis dafür bilden ausschließlich manuelle Prozeduren. Manchmal gehen dem Endeffekt einige Aufnahmen eines und desselben Shots, manchmal sogar einige Filmrollen. Diese einzigartige Fotografien enthalten eine visuelle Essenz der lange hergestellten Drehbücher und der mehrwöchigen „Theatralisierung” von Innenräumen sowie der Lichtstudien, die die Grundlage einer traumartigen Aura bilden.

Der Film Gashaks, welches in einer spektakuläre Weise die vom Werk Kubielas evozierte Strategie der Einladung zum „Hereingehen ins Bild”, besteht in zwei Fassungen.

Dank der Genehmigung des Filmmachers, die uns vom Fotografen weitergeleitet wurde, präsentieren wir hier dessen „Revers” (Kehrseite).

Die Uraufführung der beiden Versionen – sowohl des „Avers”, als auch des „Revers” – ist für die Vernissage der Fotoausstellung in Wrocław/Breslau geplant:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

Galerie des Niederschlesischen Zentrums für Fotografie „Domek Romański”/“Romanisches Haus“ (18.04.-29.05.2013).

Als zweiter Ausstellungsort wird die Schau die Breslauer Synagoge zum Weißen Storch zeigen (November 2013 – Januar 2014).

Ausstellungskuratorin und Herausgeberin des dazu gehörigen Katalogs, welches in der polnischen wie englischer Sprache erscheinen wird, ist: Dr. Lidia Głuchowska.

***

Jurij Gashaks, „Woman and Horse” in the synagogue in Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Woman and Horse” was produced in Fall 2012 in the Old Synagogue in Drohobycz. The inspiration for it was the photography by Mariusz Kubielas „Woman rebuking a piano at a presence of three witnesses” realised 2006 in Iłownica/Poland. It belongs to the photographical series “At the Schulz place” consisting of c. 40 black and white images created since 2004 according to the method described by its author as “direct photography”. That means, that he uses neither computer modifications or corrections nor photomontage.

The technical basis hier are only manual procedures. Sometimes the final effect follows several shots of the same scene, sometimes even several photo scrolls. These unique photographs are visual essence of the special scenarios and many weeks of the „theatrical stylisation” of interiors or light studies, which allow to create a dream-like atmosphere.

The Gashak’s film, which in a spectacular way illustrates a strategy of invitation the spectator to „come into the photographical image”, exists in two versions.

With permission of its authors, which was forwarded to us by the photographer, which  work inspired him, we present here its „Reverse”.

Presentation of its both versions, “Awers” & “Rewers”, is prepared for the opening of the exhibition:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones” at the Gallery of the Lower Silesian Centre for Photography „Domek Romański”/”The Roman House”
(18.04.-29.05.2013).

Its second show is previewed for the Fall and Winter 2013/2014 (November-January) in the White Stork Synagogue in Wroclaw

Curator of the Exhibition and Editor of its Catalogue in Polish and English: dr Lidia Głuchowska

***

© Film: Jurij Gashak, „Kobieta i koń”/„Frau und Pferd” / „Woman and Horse“ in der Synagoge zu Drohobycz (2012)

© Foto: Mariusz Kubielas (2006)

http://www.okis.pl/site/home/605/n.html

http://www.dcik.pl/wydarzenie/0,0,8427,wystawa-bruno-schulz-klisza-werk-transgresiones/

Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym ges­tem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem
Bruno Schulz, list do Tadeusza Brezy