18+50

Urodzinowe czytanie / Geburtstags Lesung

Zaczęło się od znalezionego na Facebooku wiersza Łukasza Szopy:

El Greco i głowy

Na wystawie Greka
zbliżyłem się tylko do ikony
i tryptyku.
Potem malałem i gubiłem się przed płótnami
jak u portali katedr i wieżowców.

Rozmowę
zacząłem dopiero z młodziutkim Janem Chrzcicielem
pytając bardziej o futro
niż o Marię i jej syna obok.

Z ciemnych płócien ostatniej sali
wybiegłem jak na spacer po mszy
do Włoskiego Renesansu.

I tu – mimo jasności,
w chaosie targowiska, – Jan Chrzciciel, Holofernes –
żadnej uwagi dla uwodzącego aktu Veronesa,
czy notującej naprzeciw blond Włoszki;
łapałem spojrzenia tylko uciętych głów
i tylko nadgarstki Salome i Judyty.


Pomyślałam, że piszą dla mnie, a też fotografują, rysują, filmują i śpiewają i mężczyźni, i kobiety, a ja, gdy wspólnie z Christine Ziegler organizuję blogowe czytania, to zapraszam niemal zawsze tylko kobiety. A tymczasem… Wtedy powstał taki właśnie pomysł:

Plakat Christine Ziegler/ Foto Maciej Soja


Lesung zum Geburtstag / Spotkanie autorskie z okazji urodzin. Były to dla mnie bardzo specjalne urodziny – 18+50, pół wieku od momentu uzyskania dorosłości:

50 + 18
18 + 50
50+
Die Mathematik des Lebens
Es wird sich nie und nie wiederholen,
so ein Tag im Leben
In meinem Leben
50 + 18
18 + 50
50+
Ich schaue in den Spiegel
und sehe meine Mutter
Sie war alt
Ich bin alt
Alt
50 + 18
18 + 50
50+
Vor 50 Jahren wurde ich erwachsen
Es war Sommer
Damals war es Sommer
Der Tag der heute Herbst ist
Sommer Sonne Meer Strand
50 + 18
18 + 50
50+
Abitur, Zulassungsprüfung
Kleiner Aufstand
Ziellos, Sinnlos Zeitlos
Nur so
Sand auf den nackten Füssen
50 + 18
18 + 50
50+
Erwachsen
Erwachsen aber nicht so schlimm
Immer noch nicht so schlimm
Immer noch Teenager
Immer noch tanzend
auf dem Strand
rauchend
Die Sternen fallen
Ist doch Sommer
50 + 18
18 + 50
50+
Jetzt ist es
Jetzt ist es genau
Jetzt ist es genau ein halbes Jahrhundert später
Jetzt bin ich sicher erwachsen
Jetzt ist es
Ein halbes Jahrhundert im Spiegel
50 + 18
18 + 50
50+
Nie im Leben hatte ich so einen Tag gehabt
Nie im Leben werde ich so einen Tag haben
Halbesjahrhundert erwachsen zu sein
Halbesjahrhundert
Halbesjahrhundert
50 + 18
18 + 50
50+


Kwiaty urodzinowe / Geburtstagsblumen

Kräuter und Pflanzen mit Mais (darunter duftende Salbei!)  / Zioła i kwiaty z kukurydzą (i pachnąca szałwia!)  – Ela Kargol (sie kochte auch polnische Kaltsuppe – chłodnik!!!)
Langstielige Feldrose in derselben Gebinde heisst Ave Maria (fast so wie Ava Maria also wie ich) / wetknięta w ten bukiet wysmukła róża polna nazywa się Ave Maria, a to już jak Ewa Maria – Zbigniew Milewicz
Astry jesienne / Herbstaster – Lidia Głuchowska
Blumenstrauss mit Orchidee / Bukiet z orchideą – Rada Osiedla Turzyn / Siedlungsrat Turzyn.

Und es war so / Było tak:

Sie kamen zum Mittag mit dem Bus aus Stettin auf dem Weg zu einer Schifffahrt. Ich wurde nach unten geholt. 44 Personen stiegen aus dem Bus, stellten sich auf der Strasse um mich herum und sangen Sto lat! Fantastische street-art/ Przyjechali koło południa autobusem  ze Szczecina, poprosili, żebym zeszła na dół, a wtedy 44 osoby wysiadły z autobusu, odśpiewały Sto lat! i wręczyły mi kwiaty. A potem wszyscy się dobry kwadrans całowaliśmy! Piękne widowisko uliczne!


Geburtstags Geschenke / Prezenty urodzinowe

 

Ania bereitete für den Blog besondere Geburtstag- und Herbstheaders (so heissen die Dinge, die man oben bei jedem Beitrag sieht) – specjalne urodzinowo-jesienne headery (tak się nazywają banerki we wpisach) przygotowała Ania

Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny przynieśli coś pysznego do jedzenia – było między innymi ptasie mleczko z Litwy i pianka jabłkowa w czekoladzie z Białorusi, kabanosy, torcik wedlowski, chłodnik, tarta cytrynowa, ciastka bezglutenowe, karczochy, oliwki, humus, truskawki…

Ach, ale ja wcale nie to chciałam tu napisać. Spróbuję jeszcze raz: Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny robią coś dla blogu, doliczyłam się trzech osób, które jak dotąd nic z blogiem nie miały wspólnego, no ale myślę, że jak nad tym popracować…


Dariusz Kacprzak przysłał tekst

Sándor Márai Księga ziół 1

„Gdy podróżujesz, nie staraj się wyczarować domu z hotelowego pokoju. Są tacy ludzie, którzy beznadziejnie zabierają w podróż tęsknoty i rekwizyty z własnego domu i najchętniej zabraliby z sobą kanarka, fotel na biegunach i album rodzinny, aby w hotelowym pokoju nie brakowało im liturgicznych symboli domowego ogniska. Ci ludzie są rozpieszczeni i dziecinni, wiecznie tęsknią za nianią i kołyską. Człowiek doświadczony oczekuje od podróży krótkotrwałych, świeżych, urlopowych wrażeń, czegoś dziko nieobliczalnego, zaskakującego rzeczywistość i nie zamierza szukać w hotelowym pokoju domowego ciepełka. Człowiek, który zna swoje serce, świat i naturę ludzkich spraw, we własnym domu żyje tak samo jak w hotelowym pokoju i nie napycha zbytecznymi, sentymentalnymi bądź marnymi rupieciami pomieszczenia, gdzie upływa jego doczesny żywot. Taki człowiek we własnym domu żyje tak samo jak w hotelu: bo czegóż trzeba do życia? Łóżka, stołu i krzesła. A ty jesteś podróżnikiem, przelotnym wędrowcem, nawet w swoim podnajmowanym mieszkaniu. Myśl o tym zawsze, ilekroć wyciągasz się w łóżku, w domu czy na obczyźnie: nadal musisz wstawać rano. Właściciel może Ci wymówić. A do tego nie trzeba – nigdy, nigdzie – ni kanarka, ni fotela na biegunach”

Księga ziół (Kräuterbuch) von Sándor Márai:

[nie znalazłem niemieckiego wydania Księgi ziół, zatem tłumaczenie nie jest cytatem z niemieckiej, to jest tylko więc tłumaczenie służące zrozumieniu niemieckich gości 18 urodzin Ewy M. S. – DK

Der Schenkende fand keine deutsche Übersetzung des Texts, machte sie also selbst als Geschenk zum 18. Geburtstag der Administratorin und ihrer Gäste; Brigitte von Ungern-Sternberg hat es höflicherweise sehr leicht hie und da korrigiert und auch während des Geburtstagsfests vorgetragen. Eine Apostrophierung an das Geburstagskind kommt von ihr]

von Sándor Márai aus einem Buch über Kräuter.

„Wenn du auf Reisen bist, versuche nicht aus einem Hotelzimmer ein Zuhause zu zaubern. Es gibt Menschen, die sinnlos hoffen, die Sehnsüchte und Requisiten aus ihrem Haus auf die Reise mitnehmen zu können, sie würden am liebsten ihren Kanarienvogel, den Schaukelstuhl oder das Familienalbum einpacken, damit es ihnen im Hotelzimmer nicht an weihevollen Requisiten ihres Zuhauses fehlt. Solche Menschen sind verwöhnt und kindisch, ständig vermissen sie ein Kindermädchen und ihre Wiege.

Ein Mensch von Welt erwartet von einer Ferienreise kurzweilige, frische Eindrücke, etwas wild Unberechenbares, die Realität Übersteigendes und er denkt nicht daran, im Hotelzimmer nach häuslicher Wärme zu suchen.  Ein solcher Mensch, der sein Herz, die Welt und die Natur menschlicher Verhältnisse kennt, lebt sogar in seinem eigenen Zuhause wie in einem Hotelzimmer und füllt nicht mit unnützem, sentimentalem oder billigem Gerümpel jene Räume, in denen er gerade sein vergängliches Dasein zubringt. Er lebt in seinen eigenen vier Wänden nicht anders wie in einem Hotel: Was braucht man schon zum Leben? Ein Bett, einen Tisch und einen Sessel.

Und auch du, Ewa, bist ein Reisender, ein vorüberziehender Wanderer, sogar in deiner gemieteten Wohnung. Denk immer daran, jedes Mal wenn du dich im Bett streckst zu Hause oder in der Fremde: du musst dich stets am Morgen vom Bett erheben. Der Vermieter kann dir kündigen. Dazu braucht es – niemals, nirgends – weder einen Kanarienvogel, noch einen Schaukelstuhl.”

1 S. Marai, Księga ziół (FÜVES KÖNYV), tłum. F. Netz, Warszawa 2008, s. 118–119


Ich bekam zwei Gedichte besonders zu diesem Tag geschrieben / dostałam dwa wiersze napisane specjalnie dla mnie na te urodziny:

Tomasz Fetzki

Grał wspaniale na czarnej gitarze i równie wspaniale śpiewał ubrany na czarno

Wiersz urodzinowy, z samych aluzyj
(miejmy nadzieję, że czytelnych)
utkany

Lakońska Królowo
Niech zwięzłe me słowo
Geburtstag dzisiejszy uświetni
Ci, co dziś wystąpią
Niech godnie zastąpią
Dźwięk cytry i lutni i fletni

Niech duch Twój hultajski
Tatarsko – hebrajski
Rozkwita, pulsuje i gore
Niech w Gdańsku przeraża
Niech w Visby rozważa
Niech Kreuzberg naznacza oporem

Dzień każdy świetlisty
Niech śmiech Ci perlisty
Przynosi; przenigdy zaś lament
Dzień każdy jak klejnot
Ametyst lub agat
A nawet – gwiaździsty dyjament!


Roman Brodowski


Z Australii od Lecha Milewskiego przyszedł film o Paderewskim. Oglądaliśmy go podczas imprezy urodzinowej, ale dobrego nigdy za dużo – obejrzyjmy go jeszcze raz:


Było dużo śpiewania – śpiewali / Es sangen: Tomasz Fetzki, Zbigniew Milewicz, Krzysztof Pukański, a fragment Wesela przy akompaniamencie czarnej gitary Tomka zaśpiewała tak zwana “cała sala”! (Po niemiecku czytała Dorota Cygan). Połączyliśmy się tym samym z “całą Polską”, która tego dnia czytała Wesele. Słuchaliśmy też muzyki, którą skomponował Michał Talma-Sutt.


Okazało się, że nie da się utrzymać pomysłu, by wystąpili sami panowie. Męskie teksty czytały Brigitte von Ungern-Sternberg i Dorota Cygan, a na zakończenie Jadwiga Bleichert przeczytała dwa piękne wiersze…

Pokochaliśmy tę ziemię…

Pokochaliśmy tę ziemię
i tak bardzo chcieliśmy uczynić naszą
tę słoneczną krainę,
pagóry czarnoziemne
jak fale niknące daleko
w kierunku Morza Czarnego.
Te rzeki w zielonych wąwozach,
Dniestru wysokie brzegi
i na południu Gorganów grzbiet.

Pokochaliśmy i chcieliśmy uczynić naszym
tęskne śpiewanie, koszule wyszywane,

krzyże rzeźbione i kafle żółto-brązowo-zielone,
wioski w sadkach wiśniowych
i cebule cerkiewek i barszcz.

Na próżno wszystko!
Ona, ta ziemia, wolała być swoja.
Niech więc będzie szczęśliwa
pod sztandarem, jak niebo nad łanem!
Niech szczęśliwe będą wioski
zanurzone w ogrodach,
niech rozkwitają słonecznikowe pola
i niech brzmi cerkiewny i kościelny dzwon
w tej krainie naszej tragicznej miłości
– niech będzie nam wybaczone,
że ciągle żywej.

Wspomnienie o uratowanych przez generała Andersa

Niepojęte, nieogarnione
Przestrzenie nieprzyjazne i puste.
Jak dotarła do nich ta wiadomość?
Rozsypanych w wielkiej pustaci,
Do chat, ziemianek, baraków…
Doili krowy, karmili cielęta, piłowali drzewa,
A tu jakby trąba anielska!
O Boże, Matko przenajświętsza,
Wysłuchane modły nasze!
Ktoś o nas pamięta i szykuje ratunek.
Wrócimy do domu, do swoich, do Polski!
(nic to, że Polska to aktualnie Generalna Gubernia,
Przecież teraz to już dobro na pewno zwycięży)
Ile łez musiało popłynąć,
Ile kolan zgiąć się od słabości nagłego wzruszenia,
Ile pocałowanych medalików, krzyżyków, obrazków
Częstochowskiej, Ostrobramskiej i Łahiszyńskiej, Królowej Polesia.

Dla wielu było za późno,
Zbyt chorzy, słabi lub wcale ich już nie było.
Może niektórzy w ogóle się nie dowiedzieli?
Za daleko w lesie – statki zbawienia odpłynęły bez nich.
Lecz kto na nogach ustać może – do armii!
Niech zasypie wiatr cztery kąty nędzy – nie żal!
I tylko z grobów garstkę ziemi wziąć…

Jak oni dali radę, nie mieli nic
Dokąd mamy jechać? – to gdzieś na południu,
Kiedy odjedzie pociąg? – nie wiemy,
Kto da nam chleb na drogę i pić?
W łachmanach, chorzy, zagłodzeni- do armii!
Kobiety, dzieci – do armii!
Boże, gdzie żeś Ty widział taką armię?
Rąk do załamywania, włosów do rwania z głowy
– tego nie brakuje.
A tu trzeba wojsko sformować.

Ze wspomnień wieje stepowy bura̓n,
Ścina krew w żyłach i przejmuje mrozem.
Jaki ogrom cierpienia może wytrzymać człowiek,
Wie tylko ten, kto ogrom cierpienia wytrzymał.
Niech zaoszczędzone będzie to potomnym
Wyprowadzonych z domu niewoli
Przez Morze Kaspijskie nierozstąpione.

Uratowanych sto dwadzieścia tysięcy
I żal Generała, że nie zdołał więcej.

***
A gdy autorka czytała te dwa słowa “do armii”, to czytała tak, że dreszcze przechodziły!

Pierwszy września, pierwszy piątek miesiąca

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski Muzyka Andrzej Klukowski Zdjecia Marek Krupecki. „ Ojczyzna“ – to pieśń napisana dla tych, komu Polska jest wartością największą, jest świętością, której nikt nie ma prawa beszcześcić. Słowa skierowane są do jej obrońców , są apelem i prośbą o konsolidację sił w walce z machiawelistyczno- faszystowską ideoogią PiS. Jest to wyraz dezaprobaty i sprzeciwu przeciwko niszczącej nasz kraj polityce tej parti, stworzonej dla dyktatu jednej osoby, skupiającej wokół siebie skrajnie nieodpowiedzialne, szowinistyczno, fobiczne jednostki.

Posłuchajcie proszę tej pieśni i zastanówcie nad istotą zawartego w niej przesłania.

Nasz rok leśmianowski 11

Maria Szewczyk

Ewo, czyżbyśmy w to deszczowe lato zapomniały o tym, jakie niosły maliny smaki i pieszczoty? 

A tu dla nastroju Jan Stanisławski: Malwy, Polska Jesień

Bolesław Leśmian

W malinowym chruśniaku

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szapcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie – oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

Jan Stanisławski, czołowy reprezentant symbolizmu w polskim malarstwie pejzażowym. Urodzony w 1860 w Olszanie na Ukrainie, zmarł w 1907 w Krakowie. 

Ule, 1895


Malwy, 1905

Ludzie odchodzą

Andrzej Rejman

Jest jeszcze tyle do zrobienia…

26 sierpnia 2017

Jest jeszcze tyle do zrobienia, a ludzie odchodzą…
Dziś wiadomość o śmierci redaktora Grzegorza Miecugowa.
Nie znałem Go osobiście, miałem jednak raz okazję rozmawiać z Nim przez telefon przy okazji przekazywania materiałów dla telewizji.
Od wielu lat codziennie oglądamy z żoną przy kolacji “Szkło kontaktowe”, program, którego był twórcą.
Dziś, w porze tej audycji, słucham o Nim wspomnień i uświadamiam sobie, jak bardzo był On częścią wieczornego planu dnia wielu polskich rodzin.
I jak bardzo będzie Go brakowało – właśnie w codziennym życiu wielu ludzi.
Nie przesadzam, po prostu red. Grzegorz Miecugow był w jakiś sposób poprzez “szklany ekran” członkiem naszej rodziny.
Ładnie wspominała Go Urszula Sipińska w telefonie do prowadzących program – Grzegorz Miecugow stał się stałym gościem w naszych domach, na którego czekaliśmy i do przyjęcia którego przygotowywaliśmy się wszyscy. Tak, to prawda!

Dobrze, że zdążył tak wiele zrobić dla polskiej rzetelnej i mądrej publicystyki.

***

Przypomniałem sobie o piosence, którą znalazłem na podarowanej mi kiedyś przez Jerzego Menela kasecie magnetofonowej.

Jest jeszcze tyle… (moja propozycja tytułu)

muzyka: Jerzy Menel, słowa: Tadeusz Sadowski

Jest tyle jeszcze dni niezwykłych
i zwyczajnej codzienności
Wieczornych myśli jeszcze tyle,
tyle radości, tyle złości
Jest tyle spraw do przegadania
Do ogarnięcia, załatwienia
Słodyczy moc do przejedzenia
I tańców moc do przetańczenia

Jest jeszcze tyle miejsc nieznanych,
które odwiedzić by się chciało
I tylu jeszcze jest znajomych,
dla których czasu wciąż za mało
Jest tyle ksiąg do pochłonięcia
Jest tyle wódki do wypicia
Jest jeszcze tyle, tyle godzin
Na naszej krętej drodze życia

(Jerzy Menel zmarł w listopadzie 2006 roku w Brukseli)

Tu archiwalne, autorskie, domowe, właściwie robocze wykonanie tej piosenki

***

Z tym wszystkim koresponduje treść wiersza Teresy Bogusławskiej (1929-1945), który stał się inspiracją dla mnie do napisania kolejnej piosenki.

Droga

Płyniesz daleko, daleko poprzez świat roześmiany
Płyniesz biała i cicha, milcząca,
Krokiem każdym rozdzielasz, roztrącasz,
Jako strumień siły niewstrzymany.
Płyniesz cicha, potężna, wszechmocna,
Dziwnie smutna w olbrzymiej swej sile …
Trzeba tobą tak długie iść mile …
Drogo życia, drogo podobłoczna…

Zamieszczam premierowe wykonanie piosenki Droga przez Igę Kałążną, pochodzącą z Wielkopolski, wrażliwą przedstawicielkę tego refleksyjnego nurtu piosenki poetyckiej, który ma swych zwolenników w każdym pokoleniu.

Muzyka i wiersze

Andrzej Rejman i inni

Muzyka Andrzej Rejman, słowa Tadeusz Sadowski

***

Muzyka: Andrzej Rejman, wiersz: Teresa Bogusławska (1929-1945), wykonanie, nagranie i zdjęcie: A. Rejman

***

Music improvised by Mehdi Gholami and Andrzej Rejman, recorded and mixed by Raf Smoliński, video by Piotr Cieślik 2016 Warsaw, location: Quality Studio Warsaw

***

Music by Mehdi Gholami and Andrzej Rejman, artwork by Monika Szambelan Althamer all rights reserved 2013-2016

***

Słowa: Krystyna Wożniak

Boisz się głosu ulicy,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.

Wartości ponadczasowe

Dźwięk kamienia
Wydawnictwo Norbertinum, Lublin, 2016

projekt okładki: Renata Mozołowska

Joanna Szubstarska

Głos

Spięta obręcz lat,
dotyk na twardej skórze,
dojrzałość zastygła,
bursztyn lat pracy nad ego.
Tylko głos pnie się
naśladuje ptaka
rozrywa przestrzeń
topnieje w sanktuariach
w tunelach rozpaczy
rwie ścięgna powietrza
drgający nocną nutą.
O brzasku zbudzony
wylewa krople tchnień
rozciąga linię życia.
Płonie życiem.

Kalejdoskop akcji
zmieniające się klatki nocy i dni
zapełnione pojemniki znaczeń
sensy rozgrzebane w żarze ogniska;
bolące ręce
-świadkowie dźwigania idei,
gdy dzień schyla się ku upojności.

Jak zamknąć dzień
gdy obręcz dwóch naszych światów
nie dopina się,
obydwa zanurzone w półśnie
oczekiwań i płochych spojrzeń.

Jesteśmy ludźmi akcji
układanych w stos dokumentów
kliknięć i treningów.
Omija nas prawda przemijania,
a trwanie nie przyjęło się.
Żyjemy wiadomościami
ze świata i regionu,
nasz byt zasypany cudzym.

Skupienie
napięcie
nacięcie przechodzącej chwili
rozszerzonymi źrenicami.
Przykrycie
płaszczem wahania
uprowadzonych momentów.
Łapanie
oddechów
przebitych troską o byt.
Pochylił się
wobec mojego głosu,
chciał uchwycić mowę,
związać węzłem zrozumienia.
Znaczenie zdania
napotkało na prąd pragnienia.
Zawirowanie sensów i intencji
odepchnęło uwagę,
zwyczajność przeszła korytarzem.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxDla E.
Wzywam Imienia
dla niej
odosobnionej, matki.
Nie patrzy w oczy,
obok,
nie poznaje swojego.
Zastyga w budowaniu
myśli,
nie rozwiąże znaków teraźniejszości.
W trudnej symbiozie
z siostrą
w głębinach świata bezwolne.
Woal dnia wydaje
się pasować
do jej pewnego gestu.
Właśnie wskazała
na przyjaźń,
odległą przestrzeń.
Jutro wstanie
ze snu
i kamień obróci w siłę.

Ze śpiewnika patriotycznego

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski / Muzyka & wokal Andrzej Klukowski

Ojczyzno

1. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

Między Moskwą a Brukselą jest Warszawa
W której żyją ludu sorty wrogie dwa
Jedni nie chcą dyktatury Jarosława
Drugim dyktatura jego „pasie, Gra”

2. Rządy PiS-u wiodą naród do upadku
Wiodą suwerena nad przepaści skraj
Dobry Boże nie zasypiaj, daj im mądrość
A nam siłę i odwagę ojcze daj.

Byśmy mogli swą Ojczyznę uratować
Od faszyzmu, dyktatury, krwawych dni
Byśmy mogli suwerenność swą zachować
Byśmy nadal w wolnym kraju mogli żyć.

3. Mały poseł wraz ze świtą mu poddaną
Niszczy wszystko co się demokracją zwie
Najpierw TK, teraz sądów niezawisłość
Czego ten szaleniec od rodaków chce.

Nie pozwólmy na kolejne zniewolenie
Rozsiewanie nienawiści pośród nas
Nie pozwólmy aby przyszłe pokolenie
Otrzymało w spadku utracony czas.

4. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

BROM – Berlin 20.07.2017

Andrzej Klukowski

Tekst. Muzyka. Wykonanie: Autor

Nasz rok leśmianowski

Plakat wystawy o Bolesławie Leśmianie w Zamościu

„Poeta i Notariusz Bolesław Leśmian w Zamościu”.
Muzeum Zamojskie we współpracy z Archiwum Państwowym w Zamościu
Wernisaż – piątek, 4 sierpnia o godz. 17.00
w Galerii Rzeźby prof. Mariana Koniecznego w Zamościu, przy ul. Łukasińskiego 2b

Bolesław Leśmian

Sen wiejski

Z tomu Dziejba leśna

Śni mi się czasem wieś, którą, wbrew losom,
Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,
Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania
Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom
Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni
Miejsce spotkania snu mego z błękitem.
Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem –
Czasem się tylko jakiś liść opóźni
Lub gałąź, nic tak zjawiona, przez szpary
Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary…
A zresztą – wieczór żmudny, nieustanny,
Z pola znużone wracają dziewczęta,
Wadząc spódnicą o złote dziewanny,
O których sen mój, że śnią się, pamięta.
A kroki dziewcząt – uparte, bezgłośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,
Że idą, dbałe o pył, co się zrywa
Spod stóp ku zorzy. I jak we śnie bywa,
Gdy życie wkracza we własną opowieść,
Wiem o nich wszystko… A one mą wiedzę
Zgadują na wskroś, że nic ta i pusta,
I dalej idą, wypełniając miedzę
I umiejętnie rozchylając usta
jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
Wiem, że śpiewają – i wsłuchany w ciszę
Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
Te słowa chwytam na pozór kolejno:
“Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
I czy to prawda, że wracamy z pola?
I czy to prawda, że my w sobie – żywe?
Śnijmy się nadal – zgodne i cierpliwe!”
Choć słów tych nic ma, lecz słyszę je w chwili,
Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
Ściekając złotem i purpurą płynną,
Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie –
Wszystko to we śnie.

Włodzimierz Przerwa Tetmajer, “Żniwa”, 1902

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
Dziewczęta chylą tak samo swe skronie…
Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
Której nic było, a która ustronie
Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
I na spotkanie idącym rozkwita,
Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
Wśród której życic, przemieszane z zorzą,
Przeświecające wraz z niebem przez liście,
Purpurowieje mętnie i cieniście.
Na widnokręgu obłoki się mnożą.
Od dziewcząt cienie padają ukośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jak gdyby po to wysnuły się drogą,
Aby mi dowieść, że mają od kogo
I na co upaść… I błędne motyle
Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwałą.
Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą
Płynie po kwiatach – jest tyle a tyle,
To wszystko – liczby określić nie umiem,
Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,
Jak gdyby była nic liczbą, lecz spadem
Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.
Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,
A w chacie mojej – noc lipcowa, głucha,
A w polu wieczór dogasa sierpniowy.
jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?
Mijają Lipce i Sierpnie, i Wrześnie…
Wszystko to we śnie.

Kazimierz Sichulski, Pasterz (Hucuł z owcami), 1906

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,
Nie przemijając. I trwa wieś niczyja
I wieczór, złotą znakowany smugą.
O, jakże znikąd i jakże już długo
Idą te z pola znużone dziewczęta!
I ja wraz z nimi! Bo i mnie też peta
Żądza przebycia nad strumieni wodą
Nagłego lasu, co złudnie sie spiętrza,
Ale nie mogę wejść cały do wnętrza
Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.
Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema
Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.
Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność
Wskazują sobie moją tam niebytność
I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek
Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,
I popod płotem tego właśnie sadu
Siadają rzędem na wspólny przyśniwek
O tym, co serce niewoli do bicia –
Czy pozyskanie, czyli strata życia?
I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała –
Sen, który gaśnic, czy jawa, co pała?
I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?
I czy to prawda, że wracają z pola?
I czy to prawda, że zjawiona w ciszy,
Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?
I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,
Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,
A która dośni do końca – ta gaśnie.
Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie
W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,
Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,
A i ta z wolna do śmierci nawyka
l w mgle samochcąc bez śladu zanika,
W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie…
Wszystko to we śnie.

Alfred Wierusz-Kowalski, Dożynki, 1880-1890

Wtorek 1 sierpnia godzina 17

Andrzej Rejman

prezentuje dziś głosy dwóch poetek napisane w przededniu godziny W

Julia Doktorowicz-Hrebnicka

Wołania lipcowe 1944      

Wróg słabość swą kryje pod łuską pancerną,
Z dnia na dzień ucieka zeń życie.
Komendancie – już czeka drużyna Twa wierna
Daj hasło – wyjdziemy z ukrycia.

Zatrutym zębem kąsaliśmy cicho,
Rdza sabotażu wroga pracę żarła…
Czy słyszysz? Bestia już ledwo oddycha…
Daj hasło – skoczymy do gardła!

Świętość celu uzbraja nam ręce,
Krzywda – serca zakuła w żelazo,
Kto mówi żeśmy słabi? My w męce
Niewoli
Twardsi jesteśmy od głazu.

Nitem przysięgi skułeś nas w szeregi
Cudu szukamy w każdym Twym słowie
Czekają na nas uwięzieni bracia
Komendancie!
Meldujemy posłusznie: Jesteśmy gotowi.

(lipiec 1944)

_____________________________________________________________

Pierwszy Sierpnia jest dla mnie jednym z najważniejszych dni w roku.

To okres przełamania lata, gdy słońce robi się bardziej żółte, a niebo bardziej niebieskie. Te dni nastrajają mnie (mimo wszystko) optymistycznie.

Optymistką do końca była też moja matka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, rocznik 1915.

Na biurku kładę Jej odznaczenia – Krzyż Armii Krajowej tzw “Londyński”, Warszawski Krzyż Powstańczy oraz Order Virtuti Militari. Brakuje tylko Krzyża Walecznych, który został włożony do trumny, zgodnie z wolą zmarłej.

Pamiętam jak w latach 60, każdego roku w sierpniu, mama z zainteresowaniem czytała nieliczne jeszcze wtedy rocznicowe artykuły o Powstaniu Warszawskim, ukazujące się w niektórych pismach i dziennikach (“Stolica”, “Tygodnik Powszechny”, “Życie Warszawy”).

Opowiadała o pięknym współdziałaniu żołnierzy różnych formacji, o ofiarności ludności cywilnej, o czynach bohaterów tamtych dni.

Nie mówiła jednak zbyt wiele. Wspomnienia były nazbyt swieże.

Potem doczytałem, że ludzie Powstania walcząc o wolność i godność człowieka, wznosili się ponad swe poglądy polityczne, łącząc różne wizje ustroju Polski w jeden idealistyczny obraz Ojczyzny wolnej, demokratycznej i sprawiedliwej.

Dziś, gdy każdy może powiedzieć rzecz dowolną, mówiąc całemu światu w globalnej sieci – że “oto właśnie walczę o prawdę” – niezmienną wartością pozostaje rozumna mądrość nakazująca współdziałanie i solidarność w obliczu wyznaczonych zadań i możliwych do spełnienia marzeń.

Gdy w ostatnim czasie tempo zmian społecznych i politycznych w Polsce przyspieszyło – warto znów odwołać się do wartości Powstania Warszawskiego, które, jakkolwiek nie osiągnęło swych celów, jednak wzmocniło wiarę i nadzieję, że nie wszystko stracone.

Znów trzeba połączyć siły, okiełznać emocje i wspólnie zająć się pracą u podstaw. Wtedy wiele naszych marzeń spełni się.

I przede wszystkim rozmawiać, dochodząc do wspólnej prawdy, wspólnych wniosków, łącząc niejako odrębne światy, które każdy z nas nosi w sobie.

Połączyć TY i JA – tak jak połączone są sylaby w słowie KONSTYTUCJA – i wzywać do wspólnego zastanowienia się, co można zrobić razem, dla siebie i dla Polski.

Warszawa, koniec lipca 2017 roku

***

Zapowiadając dalsze wpis, wspomnienie o młodej poetce okupacyjnej i powstańczej – Teresie Bogusławskiej (1929-1945) przypominam dwa jej wiersze napisane jeszcze przed Powstaniem Warszawskim.

Teresa Bogusławska

Noc idzie        

Już słońce za ciemny schowało się bór
I niebo w zachodu purpurze,
Już ptaków po gniazdach wieczorny zmilkł chór,
W ogrodzie posnęły już róże …

Noc idzie i ciszę rozsiewa wśród pól
I gwiazdy zapala na niebie …
Noc idzie i może ukoi łzy, ból
I ześle sny jasne dla ciebie …

(1942)

moja wersja muzyczna tego wiersza –

Warszawie

Rozciągnęła nad Tobą noc skrzydła,
Rozciągnęły się mgły ponad Tobą,
W burz wichrów spętanaś wędzidła
I płomienie Ci ognia ozdobą

Rozpętały nad Tobą się burze,
Zaświeciły Ci łuną łez krwawą…
Lecz Tyś wyższa, Tyś wzrosła ku górze,
O męczeńska! O, święta Warszawo!

Gdy Ci grały szatańsko szrapnele,
Gdy Ci bomby pękały wśród ognia,
W Tobie wzrosło wielkości tak wiele,
Że nie zmogła jej siła i zbrodnia.

Zhartowałaś się we krwi i ogniu
I moc swoją zachowasz na wieki,
Moc, co w każdym już żyje przechodniu,
Tętni w murach, gra w nurtach tej rzeki…

Takaś dumna, wyniosła i żywa,
Takaś cała promienna i krwawa…
Dzwon się głuchy z oddali odzywa…
… Klękam w prochu przed Tobą, Warszawo…

(1943)

________

Teresa Maria Bogusławska, ps. „Tereska” (ur. 13 lipca 1929 w Warszawie, zm. 1 lutego 1945 w Zakopanem). Córka Antoniego Bogusławskiego oficera WP i poety oraz lekarki Marii Wolszczan. Mieszkała przy ul. Mazowieckiej w Warszawie.

Podczas okupacji hitlerowskiej uczyła się na tajnych kompletach w warszawskim Gimnazjum im. Cecylii Plater-Zybek. Jesienią 1941 wstąpiła do konspiracji – należała do 6. Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej Szarych Szeregów. Została aresztowana przez Gestapo w lutym 1944 podczas akcji naklejania na niemiecki afisz z listą rozstrzelanych kartek papieru z hasłami patriotycznymi. Osadzona w więzieniu na Pawiaku, torturowana na przesłuchaniach, nabawiła się gruźlicy. Zwolniona, chora na gruźlicę, do lipca leczyła się w otwockim sanatorium.

Podczas powstania warszawskiego szyła mundury i opaski powstańcze. Tworzyła także ryngrafy z wizerunkiem Matki Boskiej. Po kapitulacji znalazła się w Zakopanem. Zmarła na gruźlicze zapalenie opon mózgowych w lutym 1945 roku.

W 1946 ukazał się tomik jej poezji pt. Mogiłom i cieniom. W 1979 Józef Szczypka opracował antologię Wołanie z nocy. Wiersze najmłodszej poetki warszawskiej czasu wojny.

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…