Dzień kobiet & Frauentag

8 marca staje się z roku na rok coraz bardziej popularny. To postpeerelowskie święto, przez dobre ćwierć wieku pogardzane i odrzucane, jest AD 2018 naszym ważnym Dniem Kobiet.

Z tej okazji zaproszenie na jedną z wielu imprez organizowanych w Berlinie oraz wiersz Eli, napisany w pociągu po obejrzeniu w Poznaniu wystawy Polki, patriotki, rebeliantki, towarzyszącej XI Kongresowi Kobiet. Czyli był wrzesień 2017…

Elżbieta Kargol

Polki, patriotki, rebeliantki….

Poznanianki, szczecinianki, warszawianki,
matki, siostry i kochanki,
czułe babcie i prababcie,
hrabiny, gaździny, matrony,
kochające i kochane żony,
księżniczki i żebraczki,
prostytutki, krawcowe i tkaczki,
zapłakane, roześmiane, rozebrane,
siksy, trzpiotki i podlotki,
małolatki, nastolatki,
stare, młode, grube, chude,
głupie, mądre, duże, małe,
siwe, czarne, blond i rude,
w uczuciach nie zawsze stałe,
chrześcijanki, muzułmanki,
ateistki, altruistki, sufrażystki, aktywistki,
rowerzystki, gitarzystki, traktorzystki,
kuzynki, stryjenki, siostrzenice,
ciotki, wujenki, bratanice,
bezrobotne i robotne,
pracowite i leniwe,
wesolutkie i markotne,
milczki i te gadatliwe,
zniewolone i te wolne,
z miasta, ze wsi, małorolne,
Dziewice Orleańskie i te z Koziej Wólki,
porzucone narzeczone,
niewierne i te zdradzone
i inne niechciane, co budzą się same nad ranem,
ekspedientki, malkontentki, elokwentki,
agnostyczki, kosmetyczki, bojowniczki,
pesymistki, optymistki i artystki,
aptekarki, pielęgniarki i pisarki,
piosenkarki, alpinistki i kwiaciarki,
panny z mokrą głową, panny na wydaniu,
panny już wydane, jeszcze zakochane
panienki z okienka,
w tiulach i sukienkach,
koleżanki, uczennice,
rozmodlone zakonnice,
czarownice, wiedźmy, anielice,
zielonookie, skośnookie okularnice,
Anie z Zielonych Wzgórz i Anny Kareniny,
dziewczynki z zapałkami i z perłą dziewczyny,
Dziewczęta z Nowolipek, i Panny z Wilka,
jest jeszcze innych kilka,
Balladyny i Aliny,
Kasie, Zosie Marty i Marysie, .
Janki, Ele, Jole i Gabrysie,
Zdzisie, Krysie, Ewy, Hanki,
Halinki, Helenki i Danki.
Klaudie i Wiolety,
my: KOBIETY.


Zapraszamy / Wir laden ein

Poster: Christine Ziegler / Posterfoto: Maciej Soja/ Fotos: Elżbieta Kargol

Z archiwum Andrzeja Rejmana

Zawsze można dać nie publikowane wiersze Saliny Baniewiczowej, napisał Andrzej Rejman, gdy nie byliśmy pewni, czy uda mu się coś napisać na czas… Zawsze się jednak udawało, aż do dziś, gdy się nie udało, ale może dlatego, że mu wczoraj odebraliśmy z Tomaszem Fetzkim jego przynależny, pana-Rejmanowy co drugi wtorek… I teraz, tuż przed północą i środą, którą mu w tym tygodniu przeznaczyłam, stwierdzam, że nic mi Andrzej nie przysłał, sięgam więc po tego maila z sierpnia ubiegłego roku i czytam:

zawsze można dać nie publikowane wiersze Baniewiczowej, wiersze są w mojej gestii, maszynopis przekazała  sama autorka mojej babci w latach 60, nikt ich nie publikował, oprócz wybranych kilkunastu – na naszym blogu też było kilka, ale można zawsze kontynuować. Wiersze są może bardzo naiwne, ale są pewnym świadectwem kulturalno-historycznym

… Baniewiczowa (czyli Salina Baniewicz) – pisała do swojego syna Antosia (ps. Wilczyński), który zginął w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, 29 września 1944 roku. Powstało ponad 70 wierszy, w dużej części trenów, wiele zawierało refleksje na temat powojennej budzącej się do nowego życia, lecz zniewolonej wciąż Ojczyzny –

JUŻ NIEDALEKO

Już niedaleko do końca podróży –
Zostało zaledwie kilkanaście kroków;
A potem spokój – cisza po burzy
I ciemność milcząca, bez cierpień, bez oków.

W ostatnich chwilach wędrówki tułaczej,
Gdy nogi się plączą z wielkiego zmęczenia,
Czuję wyraźnie, lecz jakoś inaczej
Daremnych wysiłków upokorzenia.

Widzę, jak człowiek w trudzie i znoju
Bezwiednie wypacza rolę człowieka
I jak na szczęście trwałego pokoju
Od wieków na próżno cierpliwie czeka

A życie tymczasem jest uciążliwa
Walką bezwzględną, powszechną, stałą,
Z której mocniejszy intrygą złośliwą
Wychodzi pozornie zwycięsko i cało.

Na krzywdzie wyrasta dobrobyt sąsiada;
Zachłanność wypala jego sumienie;
Aż wreszcie niezgoda, zawiść i zdrada
Zniweczą radość, wzbudzą zwątpienie.

W chaosie wielu powikłań tragicznych
Twórcze poczucie piękna ginie;
A wśród szamotań się ustawicznych
I kult dla czynu też się rozpłynie.

Dola biedaka – gorzka, surowa
Szyderstwem, zniewagą boleśnie smaga;
Wynurza się nagle sprzeciw od nowa,
Pod którym drzemie lęk i odwaga.

Nędza i wyzysk, udręka niewoli
Strącają w otchłanie złorzeczeń, załamań;
A niesprawiedliwość sączy powoli
Jad nienawiści, ohydę zakłamań.

Bywa jednakże, że wielkie cierpienie
wspaniałą twórczość czasami rodzi;
Z tęsknoty nieraz powstaje natchnienie,
W rozpaczy talent do szczytu dochodzi.

Sprzeczności niczym nie wytłumaczone
Wiodą do próżni i w próżni toną…
U kresu podróży – myśli zmęczone
Płyną bezładnie w dal nieskończoną…

1953 r.

***

Podczas długich, samotnych wieczorów

Szkoda trawy zdeptanej na łąkach;
szkoda kwiatów, zerwanych w pakach;
szkoda pieśni, skowytem rozdartych
i na grobach – napisów zatartych.

Szkoda modlitw niewysłuchanych;
szkoda wierszy nieprzeczytanych,
w których łkają najświętsze wspomnienia,
które żarzą się męką cierpienia.

Szkoda czynów niedokonanych;
szkoda twarzy nierozpoznanych;
bohaterów żal – bezimiennych,
ich daremnych ukochań – płomiennych.

Szkoda pragnień ze złudzeń odartych;
smutnych oczu, szeroko otwartych,
w niewyraźną dal zapatrzonych,
wizją krwawych walk przerażonych.

Szkoda serc w zniechęceniu ginących;
zwierzeń cichych, szczerych, gorących;
myśli – niedopowiedzianych
i krzywd – niepowetowanych.

Szkoda haseł, gdzieś zagubionych;
marzeń śmiałych, lecz niespełnionych;
prawd – na zagładę skazanych;
obietnic – niedotrzymanych.

Podczas długich, samotnych wieczorów
szkoda w mroku tonących kolorów
i dławionej największej rozpaczy,
której nawet nikt nie zobaczy…

szkoda małych, bezdomnych dzieci,
cennych książek, rzuconych do śmieci..
i tej trawy zdeptanej na łąkach,
i tych kwiatów, zerwanych w pąkach.

Warszawa, 1950 r.

CZY ZNASZ…?

Czy znasz te uderzenie
Wrażej przemocy piekielnej
I poniewieranie, niszczenie,
Idei nieśmiertelnej?

Czy znasz tę pracę podziemną,
Powstania czyn szaleńczy…
I siłę ducha tajemną,
I zapał – ten młodzieńczy?

Czy znasz te ciemne otchłanie
Walki i męstwa bez granic,
O pomoc daremne wołanie,
Ofiary złożone… na nic?

Czy znasz to straszne cierpienie,
Które przenika w głąb serca
I każde szlachetne dążenie –
Paraliżuje, uśmierca?

Czy znasz ten ból dotkliwy,
Gdy wróg nikczemnie gnębi,
I jego śmiech zjadliwy,
Gdy skon twe czoło ziębi?

Czy znasz te życie skrwawione,
Odarte z miłości i złudzeń,
W ojczystą ziemię rzucone
Bez blasków i bez przebudzeń?

Czy znasz ten bunt bezsilny
I to powolne konanie,
Gdy mrok osnuwa mogilny –
Twoje jedyne kochanie…?

Warszawa, 1948 r.

POWINIENEŚ ŻYĆ JESZCZE…

Wszystkie myśli moje, nabrzmiałe rozpaczą,
Synku mój jedyny – w dal ku Tobie płyną,
Wspomnieniami łkają, co nigdy nie miną,
Łzami bólu, buntu i tęsknoty płaczą.

Powinieneś żyć jeszcze, cieszyć się młodością,
Zapachem żółtych liści opadłych, jesiennych,
Co szeleszczą o minionych dniach letnich, promiennych,
Pulsujących rozkoszą, ciepłem i radością.
.
Powinieneś żyć jeszcze… chłopcze mój rodzony.
Lecz miejsca ci zabrakło, chociaż świat jest duży.
Tyś tak kochał piękno, marzył o podróży,
Żeby chłonąć oczami cały kraj zielony.

Powinieneś żyć jeszcze…po krwawych latach znoju
Należą ci przecież błogie szczęścia chwile;
Lecz przetrwałeś wojnę, niebezpieczeństw tyle,
By w ostatnim dniu polec, jak bohater, w boju!

A poszedłeś walczyć uzbrojony w męstwo;
Innej broni nie miałeś…ale młodość, siła..
Siła Twego ducha – przeszkody kruszyła
I zmuszała wierzyć w wyśnione zwycięstwo.

I, jak zwykle, podczas wrażego naporu,
Zmęczony, spragniony, wyczerpany, głodny,
Chwytając w ataku karabin przygodny,-
Broniłeś czci Polaka, Ojczyzny honoru!

Butelką z benzyna – czołgi paliłeś,
W przemoc piekielną rzucałeś się bez lęku;
Ściskając tylko dwa granaty w ręku,-
Od bomb i pocisków – Warszawy broniłeś!

Nierównym, niezwykłym był ten bój uliczny…
A świat się tymczasem przyglądał ciekawie
Tej dziwnej, tej strasznej, upiornej zabawie,
Czekając spokojnie na wynik tragiczny.

W przedostatnim dniu września,
W godzinach porannych
Konało serce twoje na warszawskim bruku,
Wśród morza płomieni, w niemilknącym huku,
Wśród dymu, zgrzytu i salw nieustannych…

I Ciebie, coś braci ginących ratował-
Porzucono samego na pastwę zbrodniarzy,
I nikt się nie schylił do twej twarzy
I krwi, płynącej z ran, nie zatamował.

Syneczku! – niepokój mnie szarpie na nowo,
Bo już się nie dowiem jak bardzo cierpiałeś
W skonania chwili; może próbowałeś
Przesłać mi ciche pożegnalne słowo…?

I teraz, chodząc po smutnych cmentarzach
Każdą mogiłę całuję oczami,
Bo szukam Ciebie i pytam czasami:
Gdzie jesteś Synku – tu, czy na ołtarzach?

27 października 1948 r.

Polacy Żydzi 1

Nie, nie polscy Żydzi, ale właśnie tak: Polacy Żydzi.

Przyszły dwa maile jednocześnie, dlatego publikuję je razem:

Krzysztof Mika

Dwa powstania warszawskie

Rok to fatalny – same żydowskie rocznice: a to 75-lecie powstania w getcie, a to 50-lecie Marca 68, a to Bartoszewski, a to Sendlerowa. Zdrowonarodowy trzon społeczeństwa musi znosić takie okropieństwa! Trudno zatem się dziwić , że dano odpór i któryś z rządowych – narodowych intelektualistów przekonał Naczelnika, a ten wydał odpowiednie dyrektywy i myk, myk, i jest nowela ustawy o IPN-ie. Sukces był nieunikniony.

Ale ja nie o tym. Bo to już wszyscy „obrobili”.

Ja o trwałości pewnych schematów myślowych, które skutecznie wbili nam w głowy Niemcy w ramach Holocaustu. Na początek takie oto pytanie: ile było powstań warszawskich? No wiadomo – jedno w 44. Tak odpowie większość zapytanych. A ja powiem tak: były dwa. Jak to? Przecież tamto to Żydzi i w getcie. No to teraz zamieńmy getto na dzielnicę północną, a Żydom nadajmy ich prawdziwy status , czyli obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. To powstanie to reakcja na zagładę ok. 300 tysięcy obywateli polskich. Tak, obywateli polskich. Sukces niemieckiej socjotechniki wyrażał się m.in. w tym, że przestali oni być postrzegani właśnie jako obywatele, więcej jako ludzie. Do dziś w większości tzw. słusznej narodowej publicystyki obowiązuje dychotomiczny podział: Polacy i Żydzi. Choć to kompletna bzdura, bo tak naprawdę to Polacy i… Polacy. Historycznie to jeszcze bardziej paradoksalne, bo są oni obecni w Polsce od czasów piastowskich. Nawet ostatnio premier wspomniał Ibn Jakuba. Holokaust zatem nie dotyczył Żydów, ale milionów obywateli polskich.

I tu wracamy do powstań warszawskich: zadziwiająca jest symetria beznadziejności i strat. Zresztą powstań w dzielnicach zamieszkałych przez Polaków pochodzenia żydowskiego było znacznie więcej. Były również bunty w obozach. To tak w kwestii podnoszonej ostatnio przez któregoś z tuzów intelektualnych tezy o bierności żydowskiej. Konflikt wokół noweli ustawy natychmiast zaowocował komentarzami nt. mienia żydowskiego i roszczeń. To proponuję znów zmienić kategorie: przecież to mienie polskie, bo obywateli polskich. Nikt jakoś się nie buntuje przeciwko odszkodowaniom z tytułu mienia polskiego pozostawionego na Kresach… Tam można, a tu? Strasznie płyciutka ta nasza sprawiedliwość dziejowa. Z mocy prawa mienie to powinno być traktowane tak samo jak każda inne własność, ale nie: ono jest żydowskie. Zresztą historia w pewnym stopniu powtórzyła się w roku 1968, kiedy to przydzielano mieszkania pożydowskie. Zresztą, jak się bliżej zastanowić, to był to kolejny pogrom, na szczęście bezkrwawy. A zatem Polacy i Polacy.

A teraz odrobinę spraw personalnych, jak mawiają Rosjanie „po otczestwie”. Że różni durnie wypisują bzdury antysemickie – trudno. Ale że facet wykształcony zdolny autor, humanista i polonista bredzi, to straszne. Mowa o Rafale Ziemkiewiczu, z którym kiedyś pracowałem w radio i …było miło. A dziś zamienił się w pieszczocha władzy i i co słyszymy: Żydzi to parchy. W najlepszym przedwojennym stylu pałkarzy Falangi… Wcześniej wypisywał głupoty o gettach ławkowych i numerus clausus przed wojną (historia to jednak dla niego materia zbyt złożona), ale teraz poszedł na całość. A co powiedzieć o tych, którzy ten czarny bełkot drukują? Przecież wszyscy oni to zapewne chrześcijanie i katolicy. Czy Jezus Chrystus to też parch? Jak to się wszystko w tych łepetynach składa do kupy, nie sposób pojąć. Na pewno pomaga w tym ciche przyzwolenie władzy, która głośno deklaruje dezaprobatę dla antysemityzmu, a na boku pozwala robić swoje. Zresztą trudno się dziwić: ideałem Polaka jest osobnik o plemiennym sposobie myślenia, taki kibol narodowy w koszulce z hasłami o białej Europie i ewentualnie żołnierzach wyklętych. To niezwykle wygodne dla władzy, bo działa na prostej zasadzie: my – obcy, a obcych należy lać. Jeśli do tego dołożymy antyelitarność i antyintelektualność to wypisz wymaluj lata 30 w Niemczech i w Polsce, choć tu nieco hamowano, delegalizując ONR. Teraz działa w majestacie prawa, co też o czymś świadczy. O czym dopowiecie sobie sami, jeśli zestawicie to z deklaracjami Naczelnika.

A jeśli jeszcze weźmiecie pod uwagę pewien znany z psychologii model komunikacji bierno-agresywnej, to wszystko się złoży w jedną spójną całość. Z jednej strony strzeliste deklaracje przeciwko faszyzmowi i antysemityzmowi a z drugiej po cichu: róbcie swoje chłopaki moje nacjonalistyczne. Zresztą tę strukturę myślową najlepiej obrazuje wypowiedź naczelnika o obcych przynoszących zarazę i pasożyty. Wypowiedź nota bene katolika. W historii to już było: „Żydzi to wszy”. Ale tamci przynajmniej nie udawali katolików.

***

Ten przejmujący wiersz przysłano mi z tzw. obozu narodowego w kilka dni po koszmarnej wypowiedzi premiera KM, że w roku 1968 to nie Polska zrobiła Marzec tylko komuna, a Polski nie było, wypowiedzi w dzień później “poprawionej” przez premiera stwierdzeniem, że oprócz Niemców byli oprawcy polscy, tak jak byli ukraińscy i żydowscy. I wtedy można sięgać do głębin rozpaczy i bez wstydu wyciągnąć ten wiersz – nie po to, by zastygnąć w grozie, lecz by zrobić z niego propagandową chorągiewkę do wywijania. 
Jak nisko trzeba upaść…

Izaak  Kancenelson

Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim!…

Niech przemówi pamięć poety… Jam jest ten, który to widział,
który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy
– O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby
– Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,
Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,
By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.
Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?
Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie! A z boku –
Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

Warszawa 1944

Bezpłód poety

Roman Brodowski

Kiedy

Chciałem napisać pogodny w optymistycznym tonie wiersz o naszej Ojczyźnie. Zadanie to jednak okazało się dla mnie nazbyt trudne do wykonania. Powiedziałbym nawet, że w obecnej sytuacji naszego kraju, niemożliwe. Za każdym razem, kiedy próbowałem coś sensownego, w łagodnym tonie stworzyć, odzywał się, szepczący głosem sumienia pierwiastek naszej dzisiejszej rzeczywistości, powtarzający jak mantrę „pisz prawdę, prawdę, prawdę…“

A więc mam napisać wiersz o prawdzie, o naszej ojczyźnianej prawdzie? Jaki on będzie? Z pewnością ani pogodny, ani optymistyczny, a wprost przeciwnie, żałosny w rytmie pogrzebowego marsza, granego podczas ostatniego aktu, jakim jest w naszym przypadku pożegnanie naszej polskiej, historycznej tożsamości.

Właściwie powinienem napisać kilka nagrobnych epitafiów przypominających urbi et orbi o ofiarach masowej zbrodni, jakiej dokonała i nadal dokonuje w imieniu swojego Führera PiS oraz nieświadoma, a kolaborująca z nim część polskiego społeczeństwa.

Na granitowej płycie zakrywającej czeluść zbiorowej mogiły powinien powstać napis: „Kimkolwiek jesteś przechodniu, zatrzymaj się w tym miejscu i oddaj cześć Tym, którzy z twoją wolą czekają wskrzeszenia“.

Dalej należałoby umieścić imiona zacnych postaci dramatu, czyli to, co pisowska gawiedź zniszczyła: demokrację, wolne sądy, Trybunał Konstytucyjny, prawdę o naszej historii, o naszych narodowych bohaterach, jak też nadzieję na pokojowe i przyjacielskie współistnienie z innymi, otaczającymi nas narodami.

Tak, dzisiaj jeszcze nie jestem gotowy do pisania o przyrodzie, miłości, kobietach…

Moja romantyczna, łagodna wena, przeobraziła się w słowo drapieżne, gotowe do walki przeciwko wszystkiemu i wszyskim, którzy swoimi działaniami zagrażają wolności, demokracji, jedności narodowej w suwerennym prawdziwym państwie prawa, ostre jak miecz.

Ponoć nadzieja umiera ostania, a więc:

Kiedy odnajdę moją wenę
Zagubioną w nieładzie
Brunatnej rzeczywistości
Polskiego doświadczenia

Kiedy dojdą do głosu myśli
Romantycznej treści
Napiszę wiersz o ziemi
Bogatej w Człowieczeństwo.

Napiszę o ludzkiej radości
Kolorami tęczy nowej
Nadwiślańskiej jutrzenki
Ojczyźnianej wspólnoty.

Przypomnę smak prawdy
Zagłuszonej ustami fałszu
W oceanie cuchnących fekali
Polsko pisowskiego bezprawia.

I wypuszczę gołębim lotem
Oczyszczoną z kłamstwa
Naszą narodową tożsamość.
Historię napisaną mową faktów.

Kiedy odnajdę czas przeszły
Pośród ruin polskiego spokoju
Czas nadziei budowany zgodą
Dla lepszej narodu przyszłości

Odnajdę odwagę przebudzenia,
Czas wskrzeszania godności,
Normalności i jedności narodu
Odnajdę ? … Jednostka jest niczym

27.01.2018

Skrawki i strzępki (Barataria 50)

Ewa Maria Slaska

Dziś to, co leżało po drodze, znalazło się lub napatoczyło.

Sergiej Rimashewskij.
Czy mi się wydaje, czy to kobieta jest Cervantesem? A nawet nie kobieta, lecz dziewczynka. A jej kapelusz to wyspa Barataria.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią (reblog z siebie samej)

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i książka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też, jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Sięgam do notatek z podróży do Indii. Niedziela, 24 lipca 1994 roku. Port Blair, dodajmy – stolica archipelagu, który znany był już podróżnikom chińskim i arabskim od IX wieku naszej ery. Andamany to archipelag długości 352 km i szerokości do 51 km składający się z 576 wysp, z których 26 jest zamieszkanych. Mieszka tam około 340.000 ludzi, z tego tylko około 5 tysięcy to pierwotni, negroidalni, mieszkańcy wysp, tzw. Negritos. Arabowie, Malajowie i Chińczycy przybywali tu przede wszystkim po niewolników, a dopiero Anglicy w XIX wieku zasiedlili wyspy, tworząc z nich po części kolonię karną.


Negritos ok. r. 1900

Jedziemy na wycieczkę na wyspę Red Shin, która odpowiada wszystkim wyobrażeniom o wyspie tropikalnej. Jest mała, bezludna, skalista, porośnięta dżunglą, otoczona białą plażą i ciepłym morzem, pełnym kolorowych raf koralowych i równie kolorowych ryb.

Piękna jest też godzinna droga ze stolicy do przystani na wyspie Wielki Andaman. Mijamy pola ryżowe, niewielkie egzotyczne lasy, szerokie mętne rzeki, kwitnące ogrody i małe wioski złożone z drewnianych domów, w których mieszkają rzemieślnicy, stolarze, snycerze, wyplatacze. Na płytkich stawach kwitną cyklamenowo-różowe lotosy i ten róż w połączeniu z zielenią drzew to jedyne mocne barwy tych wiosek, bo ludzie są ubrani nie tak kolorowo i raczej ubogo. Wyspy spowija łagodny szaroniebieski, nieco mglisty woal. Idziemy na targ pełen dorodnych jarzyn o nieznanych fakturach i kolorach, a potem na obiad do luksusowego hotelu. Siedzimy na ogromnym drewnianym tarasie bezpośrednio nad zatoką. Jest 7 wieczorem i jest już całkiem czarno. Ocean szumi w ciemności, a potem spada krótki ostry deszcz.

Poniedziałek.
Płyniemy statkiem na Ross Island. Kiedyś stacjonowały tu oddziały angielskiej marynarki wojennej, na wyspie mieszkali angielscy oficerowie i żołnierze Hindusi. Dziś wyspa jest pusta, ale pozostało tu małe miasteczko wojskowe – koszary, mieszkania oficerów, klub, uliczka sklepików, kościół neogotycki, świątynia. Po wojnie, gdy wojsko opuóciło wyspę, za miasteczko zabrała się dżungla. Budynki popadały w ruinę, postradały dachy, szyby, ściany, przerosły je korzenie mangrowców i areki. Teraz Ross Island to ghost town. Małe łódki dowożą i odwożą nielicznych turystów. Po wylądowaniu na wyspie trzeba się wpisać do księgi gości i można sobie iść, dokąd nogi poniosą. Nie ma właściwie informacji dla turystów, co najwyżej tu i ówdzie znaleźć można tabliczki z nader treściwymi napisami: kościół, klub, zbiornik wody.

Niesłychany i rzadki to widok, cywilizacja wydana na pastwę drzew, słońca i deszczu. Łuki okien oplecione powojem lub przesłonięte siatką mocnych białych korzeni. Omszałe schody donikąd. W górę i w dół. Przechodzimy schodami na drugą stronę wyspy, gdzie nie ma już ani ścieżek ani szyldów. Zbliżamy się do ruin kościoła. Łuki gotyckich okien, wieża w oplotach bluszczu. Stada małych cętkowanych jelonków przemykają pomiędzy palmami. W dole błękitne morze. Białe grzywy przyboju rozbijają się o czarne skały. Cisza.

New York, New York

Andrzej Rejman

Nowy Jork śni mi się conajmniej kilka razy w roku…

Nie byłem tam i nie wiem, czy będę, ale związki czuję jakieś duchowe, nieokreślone, metafizyczne…

Własciwie jakbym tam był. W snach przechadzam się ulicami, wchodzę do mieszkań, spoglądam w górę na szczyty wieżowców, prowadzę samochód, dokądś się udaję, spotykam się z kimś… światło nieokreślone, czasem noc lub zmierzch, półmrok lub pełne słońce…

Wszystko tak realnie, że czasami wydaje mi się (we śnie), że tym razem już naprawdę nie śnię…

Jedną z moich ulubionych pocztówek (zbierałem pocztówki kiedyś…) jest ta, przedstawiająca Empire State Building o zmierzchu, (pewnie widok z Rockefeller Plaza).

Pocztówka przyszła pocztą lotniczą od ojca, który podróżował po USA latem 1966 roku, gdy miałem niespełna 10 lat.

Empire State Building ukończony w 1931 roku, był w 1966 roku wciąż najwyższym budynkiem na świecie. Dziś jest wciąż trzecim najwyższym budynkiem w Nowym Jorku.

Rozpoznawalna iglica budynku, w stylu art déco, pierwotnie była zaprojektowana jako punkt cumowania sterowców. Testy wykonane ze sterowcami dowiodły jednak, że jest to niepraktyczne i niebezpieczne ze względu na silne podmuchy wiatru oraz wielkość budynku.

Empire State Bulding stoi na roku Piątej Alei i 33 ulicy Zachodniej.

Adres budynku to 350, 5th Ave, New York, NY 10118.

W odległości dwóch mil na tej samej Piątej Alei jest budynek w którym do ostatnich chwil życia mieszkała Sara Teasdale, poetka, o której pisałem tu już kilkakrotnie.

To początek Piątej Alei – 1, 5th Ave, New York, NY 10003, czyli budynek nazywa się po prostu ONE Fifth Avenue…

Gdy Sara Teasdale tu zamieszkała, Empire State Building miał być zbudowany dopiero za kilka lat.

Widok obecny – apartamenty przy Piątej Alei, numer 1

Ten dwudziesto-siedmio-piętrowy budynek, ukończony w 1927 roku stoi do dziś.

Tu swoje atelier miał znany fotograf Robert Mapplethorpe.

Tu była restauracja “One Fifth” która występuje w filmie Woody Allena “Crimes and Misdemeanors” (“Zbrodnie i wykroczenia”, 1989) teraz o nazwie “Otto” .

http://ny.ottopizzeria.com

Przedtem stał tam elegancki czteropiętrowy dom, którego ciekawą historię można przeczytać tu:

http://daytoninmanhattan.blogspot.com/2015/02/the-lost-wm-butler-duncan-house-no-1.html

W domu tym mieściła się znana szkoła dla dziewcząt, prowadzona przez Lucy and Mary Green. W szkole wykładał współpracownik prezydenta Theodore Roosevelta, Sekretarz Stanu Elihu Root, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, oraz uczęszczała Jennie Jerome (ur. w 1854 r. w N. Jorku) – matka Winstona Churchilla.

A jeden z wierszy Sary Teasdale o Nowym Jorku odnosi się w jakimś sensie do widoku ze wspomnianej na wstepie pocztówki…

Evening: New York (Sara Teasdale)

Blue dust of evening over my city,
Over the ocean of roofs and the tall towers
Where the window-lights, myriads and myriads,
Bloom from the walls like climbing flowers.

Wieczór: Nowy Jork

Niebieski kurz wieczoru ponad moim miastem,
Nad oceanem dachów i wysokich wież
Gdzie światła okien, miriady i miriady,
Oplatają ściany jak kwitnący rdest.

(tłum. Anna Ciciszwili)

Nowy Jork. Widok z Empire State Building w stronę East River, widoczny budynek ONZ; sierpień 1966 fot Aleksander Rejman (zeskanowane ze slajdu…);

grudzień 2017 fot Tomasz Rejman

Dlaczego jestem antypisowcem?

Roman Brodowski

Moja antypatia do tego ugrupowania korzeniami sięga czasów, kiedy to PiS po raz pierwszy sprawował rządy w naszym kraju, czyli do lat 2005-2007.
To wówczas, w tym krótkim okresie, partia ta z jej prezesem na czele, dała się poznać od nie najlepszej, politycznej i programowej strony. Jej głównym celem było podporządkowanie sobie partnerówkoalicyjnych oraz przejęcie całkowitej kontroli nad krajem i to we wszystkich najważniejszych dziedzinach, począwszy od gospodarczej poprzez ekonomiczną, obronną, a na ideologicznej skończywszy.
Metody, jakie partia ta stosowała w celu wyeliminowania przeszkadzającej im w realizacji tego planu opozycji, w wielu przypadkach podobne były do tych, jakie stosowano w latach trzydziestych ubiegłego wieku na terenie III Rzeszy. Dzięki instytucjom rządowym takim jak policja, ABW, CBS oraz podległe ówczesnemu Ministrowi Sprawiedliwości i Prokuratorowi Generalnemu w jednej osobie Zbigniewowi Ziobrze sądowi jak i prokuraturze, Polska stawała się państwem policyjnym i to w pełni tego słowa znaczeniu. Inwigilacja, podsłuchy, kontrola, fałszywe oskarżenia, nie tylko przeciwników politycznych, ale także tych, którzy mogli stanowić przeszkodę w osiągnięciu przez PiS zamierzonego celu, stały się w naszym kraju codziennością. Wskutek takich działań wiele niewinnych osób straciło nie tylko godność, pracę, wolność, ale także życie.
W tamtym czasie zapędy dyktatorskiego rządzenia nie były tak jednoznaczne jak to się dzieje obecnie, a to z prostej przyczyny, że Jarosław Kaczyński pełnił funkcję Premiera Rządu.
Przypominam sobie reakcję naszego społeczeństwa, gdy PiS po dwóch latach, gdy premier podał się i koalicyjny rząd do dymisji, po czym przegrał kolejne przyspieszone wybory. Spontaniczna radość i ulga.

Niestety, mimo ostrzeżeń, jakie nadchodziły z wielu stron, o ewentualnym powrocie PiS-u do władzy, nikt nie podjął odpowiednich kroków, by do takiej sytuacji więcej nie doszło.
Nikt też nie rozliczył i nie postawił przed trybunałem stanu winnych za doprowadzenie do tragedii wielu ofiar terroru politycznego tamtego okresu.
Do dzisiaj nie wyjaśniona jest śmierć Barbary Blidy, Andrzeja Leppera czy też kilku innych tajemniczych aktów samobójczych.

Mimo upływu czasu, i partia i jej przywódca, prezes Kaczyński, nie zrezygnowali z dawnych planów, jakim była całkowita władza nad narodem polskim.
Już w 2005 roku porównałem PiS do raka. Twierdziłem, że ugrupowanie to i stosowana przez nie ideologia, podobnie jak guz rakowy piersi, musi zostać całkowicie, wraz korzeniami, usunięte z organizmu czyli z areny politycznej. W innym przypadku mogą nastąpić przerzuty, które z czasem zaatakują cały organizm.

Niestety obawy moje stały się faktem.

PiS w przteciągu ośmiu lat rządów koalicji PO – PSL solidnie przygotował się do przejęcia w kraju wszystkiego co możliwe. Nauczony doświadczeniem, łącząc kilka filozofii w jedną całość, jak na przykład machiawelistyczną metodę rządzenia państwem, zawartą w „Księciu”, filozofię Nietzschego o nadczłowieku (na której wzorował się Dostojewski pisząc  „Zbrodnię i karę“) czy rozważania religijne Hegla, przy wsparciu kleru, ze wzmożoną siłą powrócił do władzy.
Tym razem jednak, stosując metodę dezinformacji, politykę populistycznych haseł, i przekupywania na kredyt maluczkich, bez jakiego kolwiek kamuflażu, prowadzi grę, niszcząc wszelkie wartości społeczne, etyczne i kulturowe naszego (po części nieświadomego) społeczeństwa.

Tak, jeszcze raz powtórzę, że to, co się obecnie dzieje w naszym kraju, przypomina mi lata trzydzieste ubiegłego wieku, kiedy to Adolf Hitler tworzył III Rzeszę. Analogii jest tak wiele, że mam podstawy, by bać się o przyszłość mojej ojczyzny, Polski, a myślę, że wraz ze mną drżą tysiące, a nawet miliony rodaków.

Dlatego też, nie widząc innej możliwości, po raz kolejny postanowiłem podzielić się z z innym moimi obawami tak, jak tylko potrafię czyli wierszem:

Mali, wielcy, niebezpieczni

1 . Neron, Napoleon,
Hitler oraz Stalin
Mieli wspólny przymiotnik
Wszyscy byli mali

2. Każdy z nich też potrafił
Za ogólną zgodą
Rządzić niby bogowie
Przeciw swym narodom.

3. I u nas jest dzisiaj
Także mały „ktosik”
Pan – co władzę swą kupił
Od naiwnych…, za grosik.

4. Dyktatorem go zowią
Kurduplem, despotą
Tym, co naród naiwny
Pragnie wepchnąć w błoto.

5. Brak w nim jest szacunku
Dla Boga i ludzi
Niszczy wszystko i wszystkich
Więc pogardę budzi.

6. I choć jest niewielki
Nie potrafi zbyt wiele
Ma też groźne zaplecze
W sejmie i w kościele.

7. Fanatyczne pospólstwo
Wokół siebie zgromadził
Po czym nimi Rząd Polski
I parlament obsadził

8. Rządzi sobie spokojnie
Z ławy bocznej, sejmowej
I wydaje rozkazy
Zbieraninie owej.

9. Konstytucję zniewolił
Demokrację pogrzebał
Praworządność zagarnął
Powycinał drzewa…

10. A naród nasz Polski
„Znowuż głupim będzie”
Za + pięćset się sprzedał
Jak trzoda na spędzie.

11. Tak, jest ktoś malutki
Kto rządzi w Ojczyźnie
Więc chyba mam szczęście
Żyjąc na obczyźnie.

12. Bo nie muszę odczuwać
Pogardy, żenady
Za Kaczofaszystów…,
Tu nie ma ich śladów

Sylwester

Gołąb

ETOS PATOS

w Brugii piłem najlepsze piwo pszeniczne
na Grand-Place de Bruxelles w ilościach nadmiernych
tu poznałem człowieka który nazywał się
Etos Patos
postanowiłem napisać wiersz
w czasie nowiu z czerwonym oczkiem sygnetu

***

ORWELL W ŚNIEGU

Zima blisko Panie
ordynator szpitala
miasta surowej rzeki
zwozi opony całopalne
na drugim krańcu płacze
dziecko
należy ruszyć ulicą Katowicką
późnej Krakowską
(w każdym mieście są ulice Krakowskie
i Katowickie)
przejść przez dworzec
minąć Harlem
stanąć na torach pograć w kolory
znaleźć Orwella w śniegu
należy zrobić to wszystko
by określić rodzaj snu

wyróżniamy sny

kosmologiczne z elementami groteski

kryminalne z cechami thrillera

pornograficzne z aspektami kultu

dramaty

i życie

***
DRESS CODE

dokąd nocą tupta panna z rybią głową?
­gdzie nocuje Budda skoro drga na sznurku nirwany?
pamiętam dzień w którym wysłałeś do mnie psa a on
wyszeptał słowa

jeżeli wyskoczysz z okna to nie znaczy że nie trafisz na zakład utylizacji śmieci ale
jeżeli jesteś mądry to nie zaprosisz więcej kolegów z origami

Panie profesorze gdyby przyjrzeć się temu dokładniej to Polska potrzebuje krwi
koguta z obciętą głową biegającego po Placu Zbawiciela lub po miejscach mniej oczywistych
w swej dozgonnej wdzięczności

Polska potrzebuje koguta do którego się przyzwyczai
któremu nada obywatelstwo ukształtuje charakter powierzy tajemnice
pozwoli żyć po bożemu słuchać Możdżera od tyłu poza tym
wszystko od tyłu będzie zabronione

***

LUCY NIESIE LEMONIADĘ

trzymaj lejce Biały Obłoku
twoja Lucy jest jak nit jak kruk na zmarzlinie
przyjedzie w zimowy poranek zabierze z ostatniej stacji
a później będzie wiosna ze wzgórz zejdzie woda
struchleją rzeki martwi ruszą z nurtem

to już blisko Biały Obłoku
zanim Księżyc okrąży plac zanim zawyje w las
a głos jego niczym histeria śpiewaczki
niczym szarża kawalerii wracającej do przysiółków
to już bardzo blisko jak stąd dotąd
sto dwadzieścia dwa ziarnka w cewce
sto dwadzieścia dwa ziarnka piasku

Lucy niesie lemoniadę

***

MGŁA

ucieczka wydaje się niemożliwa
a co dopiero życie
stało się przenośnią
przeciwwagą
złem byłoby sądzić
rzeczy niezwyczajne

szelest śniegu
ruch cyrkularki
przystanek na końcu wsi
zmarznięte dzieci
czekające na rodziców
ślad Boeinga
tnący jutrzenkę jak żyłę

a teraz drodzy państwo
przedstawiam ciemność
z delikatnością lisich kroków
z radością trzeźwych poranków
a teraz drodzy państwo
przedstawia się ona sama

odradzam bruderszaft
odradzam spokój

***

OVEČKA

wybieram się do miejsca za rzeką
w tym miejscu nie rozumieją mojego języka
a nawet gdyby rozumieli na nic by im to było
gdybym otworzył usta poleciałaby z nich para
taka co bez słów zapowie pełne przytułki
która ułoży się kochana w dzióbek i powie
o zerwanych trakcjach
związkach zawodowych odśnieżaczy

w dniu spoczynku ziemia nie otworzy się
jak ciało pod chirurgicznym nożem
więc należy wrócić do starych snów

grubszej gotówki na cele doraźne
zamykające się w obrębie jednego burdelu
który nie wiadomo dlaczego nazwali Ovečka
w którym piwo smakuje jak oratorium
a w brudnej podłodze nie ma pruderii
gdzie Jiři poznał drugą żonę
gdzie przypadkiem spotykasz polską geografkę
mylącą Rzym i Krym

***

HERBATNIK

Domy złudzeń domy cudze szadź
wiosną zakwitnie perz
wiersz zboczył z toru i zwalił się z nasypu
w dłoni trzymam skrobaczkę
ale proszę o wstrzemięźliwość
nie mowa o skrobaniu wyskrobywaniu
nie będzie wieców
i nawet nie będzie wzajemności

a może by tak poczytać
Herberta z herbatnikiem
przeanalizować kulistość Ziemi
zatrybić teorię wieloświatów
na przykładzie wiewiórki
niosącej żołędzie
no to

kogo teraz wyświęcicie kogo wygnacie
komu przyznacie mądrość
na której wieży zatkniecie sztandar
i w którym kierunku powiewać będzie
sumiennie

leje na to
nawet na deszcz któremu wszystko jedno
który nie jest miarowy i senny
który po prostu jest przykry
przykrzejszy od śnieżycy

***

IDĘ

grzebałem w szufladach w katakumbach
jelita ściągały gałki głębiej w oczodoły
wydawało mi się że bardziej
zaczynam poznawać siebie od środka
wyjdę z domu
spotkam kobiety w korporacyjnych spódnicach
które marzą o powrocie do mieszkania
zrzuceniu obuwia

teraz taksówkarzem może zostać każdy nawet
Jan Kowalski ze skrzynki na listy
agent GRU
koleś piszący wiersze który mógłby o tobie pomyśleć ciepło
odwieźć płaszcz gdybyś go przypadkiem zapomniała
mógłby wyliczyć mrugnięcia
w chwili gdy mówisz reszty nie trzeba
a później je pomnożyć dla utrwalenia
gdyż jak wszystkie inne jesteś wzorem
w układance cyfr taksometru

O dobroci z obowiązku

Anna Dobrzyńska

Jak łatwo być dobrym na niby,

W swych progach drugiego ugościć,

Pokazać mu swoje dobytki,

Pokazać mu swoje radości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Okazać współczucie i troskę,

Ciekawość dla czyichś problemów,

Ciekawość dla czyjejś słabości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Zrozumieć kogoś, wysłuchać,

Zaprosić na kawę, na obiad,

W radości się bawić, wygłupiać,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Pokazać się komuś gorszemu,

Lepszym, mądrzejszym, szczęśliwszym,

Że więcej należy się jemu,

Jak łatwo być dobrym na niby,

I widzieć w oczach drugiego,

Tę radość, wdzięczność, nadzieję,

Że szczęście też przyszło do niego,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Dla czasu zabicia, ot, tak w wolnej chwili,

Byle nie płacić nic a nic,

Byle się nic nie wysilić,

Tak łatwo być dobrym na niby,

Uważać jednakże należy,

Na podłość, niewdzięczność Darbiorcy,

Co jeszcze w coś więcej uwierzy,

Bo w końcu zaczyna traktować,

Darczyńcę swego i pana,

Jak lubianego człowieka,

Ufnego kolegę, kompana,

Bo w końcu, w ufności swej zwykłej,

Darczyńcę zaczyna traktować,

Normalnie, po prostu, po ludzku,

Zaczyna go chcieć, potrzebować,

I wtedy należy być czujnym,

Bo kiedy ta biedna istota,

Uwierzy w przyjaźń, broń Boże,

Darczyńca się nie wymota,

Więc kiedy nadejdzie kres w końcu,

I czas na dobro przeminie,

Co w planie dnia umieszczony,

Codziennie o jednej godzinie,

I kiedy Dobrodziej odhaczyć,

Już może dobroci spełnienie,

Ptaszkiem, krzyżykiem, czy kółkiem,

Ołówkiem, czy piórem skreślenie,

I kiedy ta biedna osoba,

ta biedna i smutna i nudna,

Doprawdy, zrozumieć nie może,

Że sprawa się robi paskudna,

I zamiast z wdzięczności w pokorze,

Odejść, po cichu, w półmroku,

Zniknąć jak Pan Bóg przykazał,

Wciąż jest i się kręci gdzieś z boku,

I gada coś o przyjaźni,

I … z Dobroczyńcą – rozmawia!!!

No skandal! jak może?!, doprawdy?

„Dobroć dostała – niech spada”!

A jeśli wciąż pojąć nie może,

Że wszystko to było na niby,

No…., z obowiązku, …dobroci,

…Z rozrywki Darczyńcy – ciiii,

… a nawet gdyby!

Jeśli tak durna jest, nic nie rozumie,

I wciąż się naprzykrza,

Wyłącz telefon, wykasuj maila, zapomnij,

I dalej – czyń dobro.

To wartość najwyższa.

Berlin liegt im Osten

Unter diesem Titel macht das Literaturbüro von Martin Jankowski ab und zu Veranstaltungen mit anderssprachigen Autoren, die in Berlin leben und arbeiten. Dh. schreiben. Im Rahmen des Projektes PARATAXE – die internationalen Literaturszenen Berlins fand am 23. November 2017 das Symposium “Ostpol Berlin – mittel-&osteuropäische Autor*innen in Berlin” statt. Literarisches Colloquium Berlin, Literaturport, die Berliner Literarische Aktion e.V. und zahlreiche Gastautor*INNen, Wissenschaftler*INNen und Literaturaktivist*INNen präsentierten Geschichte und Gegenwart der mittel-/osteuropäischen Literaturen Berlins.

Panel 1.

11.00 – 13.00: Fluchtpunkt Charlottengrad? Literaturenklaven gestern und heute. Mit Ekaterina Vassilieva, Alexander Filyuta, Boris Schapiro, Ekaterina Sadur, Grigorii Arosev. Moderation: Natalia Gagarina.
Featured Poet: Dora Kaprálová.

Panel 2.

14.30 – 16.00: Noch ist Kreuzberg nicht verloren. Literarische Grenzüberschreitungen. Mit Dorota Stroinska, Ewa Maria Slaska, Dorota Danielewicz, Brygida Helbig, Emilia Smechowski. Moderation: Arkadiusz Łuba.
Featured Poet: Ilia Ryvkin.

Panel 3.

16.30 – 18.00: Berlin liegt im Osten? Neue Literatur aus Berlin. Mit Irina Bondas, Dorota Kot, Dora Kaprálová, Radka Franczak, Kinga Toth, Marijana Verhoef. Moderation: Boris Schumatsky.
Featured Poet: Milena Nikolova.

Von links: Boris Schumatsky, Dorota Kot, Irina Bondas, Dora Kaprálová, Radka Franczak und ich als Übersetzerin für Radka (Foto Olga Horn)

Lesung

20.00: Die Sprache gibt den Löffel ab – multilinguale Lesung (Georgisch, Ungarisch, Russisch und Deutsch) mit Iunona Guruli, Orsolya Kalász und Julia Kissina. Moderation: Katerina Poladjan. Dt. Sprecherin: Nina West.



PARATAXE ist ein Projekt der Berliner Literarische Aktion e.V. und wird gefördert durch die Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa. Die Parataxe Symposien finden in Kooperation mit dem LCB und Literaturport statt.


Wir waren dabei, wir Polinnen – Dorota Danielewicz, Radka Franczak, Brygida Helbig, Dorota Kot, Emilia Smechowski, Dorota Stroińska und ich (EMS), sowie ein Pole (ein einziger, es sei denn, es waren welcher im Publikum) – Arkadiusz Łuba. Darüber hinaus ein polnischer Imbiss vom Mr. P.


Aber wie es immer so ist, das Symposium war das eine und die Gespräche in den Pausen – das andere und vielleicht (sorry Martin! aber auch: danke Martin!) wichtiger :-). Gespräche, Vernetzung, Projekte, Bekanntschaften. Wie mit Boris Shapiro und seiner Frau!

Boris, ein russischer Dichter, schrieb für eine von uns (ach, leider, leider, nicht für mich, sonder für Dorota Kot – und wie neidisch ich bin!) ein wunderbares ad hoc Gedicht, an ihr leichtes und lustiges Paper Literatur to go anknüpfend.

Dorota publizierte dieses Foto auf dem Facebook mit einem Kommentar: Stało się. Es ist passiert. Niesamowite uczucie… Ein unglaubliches Erlebnis…

Wenn man sich fragt, was also “ist passiert”, lautet die Antwort: ein Dichter hat für Dorota ein Gedicht geschrieben. Nicht nur gewidmet – geschrieben!

Darunter schrieb der Dichter Boris Schapiro: Da ist die fertige Variante:

Für Dorota Kot

LITERATUR to go.
Das Leben to go.
Das Denken to go.
Nur du bist zu bleiben.
Was ist das „to bleiben“ und wo?

Das Wo to go.
Das Wann to go.
Das Jetzt to go.
Nur du bist für immer.
Ist das Immer to go?

Nein!
Du bist
das Go-to-immer.
Du bist.


Neidisch wie ich bin, kaufte ich mir das Buch von Boris Shapiro und verlangte eine Widmung. Die kam mit wunderbarer Anspielung an mein parallel laufendes Handy-Gespräch mit jemandem, der mir grad erzählte, in Polen bei einer Parlament-Sitzung fand  eine Offenbarung von Muttergottes statt, die bekannt gab, dass wir NARÓD WYBRANY sind – das auserwählte Volk.

Wir sind, glaube ich, ein Volk der Idioten, die sich aus dem Mittelalter hinüber ins 21. Jahrhundert gerettet haben, aber als Schlüsselwort für meine (MEINE!) Widmung tat die neuste polnische Offenbarung einen witzigen Wunder!

Boris Schapiro, geboren 1944 in Moskau, ist seit 1975 in Deutschland und lebt heute in Berlin. Er schreibt Russisch und Deutsch.

Blind wähle ich im Buch ein Gedicht, das ich hier abschreiben werde.

Seite 58. Geschrieben am 3. Juni 1996. Kein Titel.

DIE JUDEN sind kein Thema,
nur das Überleben,
der Glaube, das Irren, Atemnot,
das Lernen, die Geduld
und – Gott.