Momente zum Frühlingsanfang

Tibor Jagielski


freitag, der fünfzehnte war in b. sonnig und warm, liebe freundin
noch vor dem sonnenaufgang fuhr ich mit dem fahrrad los, halbe stunde früher als normal,
weil die bvg streikte und ich sollte diesmal ohne tram und untergrundbahn auskommen;
kurz vor der s-bahnstation eichborndamm musste ich plötzlich bremsen und absteigen,
da ein pulk aufgebrachter und sichtlich verwirrter nahverkehrbenutzer, falschlicherweise, hinter mir (in bester laune) ein linienbus zu erblicken
vermochte; na, jedenfalls, es war hart, und ich habe alle meine synapsen, dendriten und alle muskeln angestrengt um die collision zu
vermeiden, uff, das war knapp!
und trotzdem, ich habe  mich verspätet, 20 minuten, ja, und das wurde aufgenommen und wohl registriert, da wir nicht in schwabenland sonder in preussenhand wohnen
– stimmt? – frage ich erna
sie miaut zurück.
– …und liebe grüsse an freundin –
– ja, schreibe ich auf!

Erik Satie, Gymnopédie No. 1

errata (3)
ordnundsamt diesmal abgewimmelt
(stehen im parkverbot, habe auf karneval gemacht,
wie das klappte wird mir für ewigkeit ein rätsel bleiben);
am ende der schicht den schlüssel von der letzten tour einfach mitgenommen
doch, dem himmel sei dank, lief der chef hinter mir her als ich richtung s-bahn schlenderte
– herr j.- rief er – der schlüssel von frau d.!!! –
o jeses! den fand ich in meiner linken tasche
peinlich erleichtert fuhr ich nach hause
————————————————————
gewitter kam und hat mich gewaschen
ich blickte gen himmel
und sah den reiher gegen den wind tanzen
und springen mit großer geschwindigkeit
und erst dann merkte ich was ich vergessen habe
mich selbst

Pani Bożenka, pani Hanka i augurowie

Bożenka / Pani Hanka

Urodziny psa

Anna Dobrzyńska

O Rafci, która się stała staruszką

Teraz – jakoś tak ciszej do domu przychodzisz,
Właściwie pojawiasz się niespodziewanie,
Bardzo się cieszę gdy stajesz tuż za mną,
Po prostu patrzę co jest na ścianie.

Wieczorem na dworze jest jakoś zbyt szaro,
I to co jest blisko, to jakby jest dalej,
A to co po prawej, jakby po lewej,
…Jednak już wolę w domu się znaleźć.

Niespodziewanie na mojej drodze – pojawia się
miska, co stała pod ścianą,
Chyba złośliwie mi wpada pod nogi,
Chyba się prosi by być zdeptaną.

Ale jak na dwór wybiegnę ochoczo!
Niech wiedzą, że rządzę i szczekam złowrogo!
Czemu mnie karcisz? Czemu uciszasz?
Mówisz, że nie ma tutaj nikogo?

A czasem, to co powinno na dworze się zdarzać,
Tak jakoś się dzieje, że zdarza się w domu,
Tak bardzo mi głupio wtedy i przykro,
Proszę cię tylko – nie mów nikomu.

Barataria 108 Pan Kiehot

Po polsku poniżej

Günter Grass

Pan Kiehote

Ich sag es immer, Polen sind begabt.
Sind zu begabt, wozu begabt,
begabt mit Händen, Küssen mit dem Mund,
begabt auch darin: Schwermut, Kavallerie;
kam Don Quichotte, ein hochbegabter Pole,
der stand bei Kutno auf dem Hügel,
hielt hinter sich das Abendrot

und senkte die weißrotbegabte Lanze
und ritt den unbegabten Tieren,
die auf Motore angewiesen,
direkt ins Feldgrau, in die Flanke …
Da brach begabt, da küßten unbegabt
– ich weiß nicht, war’n es Schafe Mühlen
Panzer

die küßten Pan Kiehot die Hände,
der schämte sich, errötete begabt;
mir fällt kein Wort ein – Polen sind begabt.

1960

Blechtrommel

Oh, du irrsinnige Kavallerie! – Auf Pferden nach Blaubeeren süchtig. Mit Lanzen, weißrot bewimpelt. Schwadronen Schwermut und Tradition. Attacken aus Bilderbüchern. Über Felder bei Lodz und Kutno. Modlin, die Festung entsetzend. Oh, so begabt galoppierend. Immer auf Abendrot wartend. Erst dann greift die Kavallerie an, wenn Vorder- und Hintergrund prächtig, denn malerisch ist die Schlacht, der Tod ein Modell für die Maler, auf Standbein und Spielbein stehend, dann stürzend, Blaubeeren naschend, die Hagebutten, sie kollern und platzen, ergeben den Juckreiz, ohne den springt die Kavallerie nicht. Ulanen, es juckt sie schon wieder, sie wenden, wo Strohmieten stehen – auch das gibt ein Bild –, ihre Pferde und sammeln sich hinter einem, in Spanien er Don Quijote heißt, doch der, Pan Kiehot ist sein Name, ein reingebürtiger Pole von traurig edler Gestalt, der allen seinen Ulanen den Handkuss beibrachte zu Pferde, so dass sie nun immer wieder dem Tod – als wär’ der ’ne Dame – die Hände anständig küssen, doch vorher sammeln sie sich, die Abendröte im Rücken – denn Stimmung heißt ihre Reserve –, die deutschen Panzer von vorne, die Hengste aus den Gestüten der Krupp von Bohlen und Halbach, was Edleres ward nie geritten. Doch jener, halb spanisch, halb polnisch, ins Sterben verstiegene Ritter – begabt Pan Kiehot, zu begabt! –, der senkt die Lanze bewimpelt, weißrot lädt zum Handkuss Euch ein, und ruft, daß die Abendröte, weißrot klappern Störche auf Dächern, daß Kirschen die Kerne ausspucken, ruft er der Kavallerie zu: ›Ihr edlen Polen zu Pferde, das sind keine stählernen Panzer, sind Windmühlen nur oder Schafe, ich lade zum Handkuß Euch ein!‹ Und also ritten Schwadronen dem Stahl in die feldgraue Flanke und gaben der Abendröte noch etwas mehr rötlichen Schein. – Man mag Oskar diesen Schlussreim verzeihen und gleichfalls das Poemhafte dieser Feldschlachtbeschreibung. Es wäre vielleicht richtiger, führte ich die Verlustzahlen der polnischen Kavallerie auf und gäbe hier eine Statistik, die eindringlich trocken des sogenannten Polenfeldzuges gedächte. Auf Verlangen aber könnte ich hier ein Sternchen machen, eine Fußnote ankündigen und das Poem dennoch stehen lassen.

1959

Fragment Blaszanego bębenka o kampanii wrześniowej po polsku: szalona kawaleria


Wiersz został sześć razy przetłumaczony na polski; tłumaczyli go Jan Koprowski, Krzysztof Karasek, Bolesław Fac, Zdzisław Jaskuła, Wojciech Woźniak
i Ryszard Sobieszczański;  Blaszany bębenek został przetłumaczony tylko raz – przez Sławomira Błauta. Jan Trepczyk przetłumaczył oba teksty na kaszubski.
Günter Grass i polski Pan Kichot to praca zbiorowa pod red. Marii Janion.

Wiersz Pan Kiehote w kilku przekładach ukazał się pod redakcją Bolesława Faca w tomie Günter Grass, Wiersze wybrane, wydanym przez Wydawnictwo Morskie w roku 1986. Dwa wiersze (ale inne) w tym tomie zostały przetłumaczone przez moją Mamę, Irenę Kuran-Bogucką, która dopisała też pod jednym z tłumaczeń wiersza Die Polnische FahnePolski sztandar, swoją własną wersję tłumaczenia.

W dedykacji Mama napisała, że daje mi tę książkę
z mieszanymi uczuciami, ale że ona osobiście jest odpowiedzialna zaledwie za 3% pomieszczonych tu wierszy.

Pan Kichot

Ciągle to mówię: Polacy są zdolni,
nazbyt zdolni, do czego zdolni,
o zdolnych rękach, ustach do całowania,
zdolni także w melancholii, w kawalerii.

Przyszedł Pan Kichot, bardzo zdolny Polak,
stanął pod Kutnem na wzgórzu,
za sobą zorzę wieczorną zatrzymał,
opuścił biało-czerwoną-utalentowaną lancę,
runął przeciw niezdolnym zwierzętom,
skazanym na motory w szarość mundurów
z flanki…

Załamał się talent, cwałowały niezdolnie
– nie wiem: owce, młyny czy tanki –
całowały ręce pana Kichota,
który się wstydził, rumienił z talentem…

Nie znajduję innego słowa: Polacy są zdolni.

Przełożył Jan Koprowski

***

Pan Kichot

Ja mówię zawsze: Polacy są tak zdolni,
za bardzo zdolni, do czego zdolni,
talent mają w rękach, całują ustami,
zdolni także w tym: konnica, melancholia;
szedł Don Quichotte, ten bardzo zdolny Polak,
pod Kutnem stanął na wzgórzu,
za sobą miał wieczorne zorze,
i zniżył biało-czerwoną zdolną lancę,
i jechał na niezdolne bestie,
skazane na motory,
prosto w feldgrau, od flanki…

Tam załamał się zdolnie, cwałowali nieudolnie
– nie wiem, były to owce, młyny czołgi –
całują panu Kichotowi dłonie,
ten wstydził się, zaczerwienił się zdolnie…

nic mi innego nie wpada do głowy: Polacy są tak zdolni.

Przełożył Bolesław Fac

***

Pan Kichot

Zawsze to mówiłem: Polacy są zręczni,
są zbyt zręczni, zręczni w czym,
zręczni w rękach, całują – jak wszyscy – ustami,
zręczni też w smutku i w kawalerii:
zjawił się Don Quichotte, pewien arcyzręczny Polak,
stanął na wzgórzu, pod Kutnem,
za sobą miał zachód słońca,
i pochylił zręczną biało-czerwoną lancę,
i ruszył galopem naprzeciw tępym zwierzętom,
i na bezmyślne motory,
wprost w szarość polnych mundurów, na skrzydło…

I spadł zręcznie z konia, niezręcznie zaczęły go całować
– nie wiadomo już kto, owce, wiatrak czy czołg –
całowały panu Kichotowi ręce,
ten się zawstydził, zręcznie spłonił…

nie mam na to słów: Polacy są zręczni.

Przełożył Krzysztof Karasek

***

Pan Kichot

Powtarzam ciągle: mają dar Polacy,
Nawet nadmierny. W czym im się nie darzy,
mają dar w rękach i dar całowania,
i nie na darmo: smutki, kawaleria;
przydarzył się Don Quichotte, wielce wydarzony Polak,
stanął pod Kutnem na wzgórzu,
w odwodzie miał wieczorną zorzę,
pochylił lancę obdarzoną bielą i czerwienią,
i runął na te niezdarzone zwierzęta,
zdane na motory,
w polu szarym od mundurów, na skrzydło…

Przedarł się i niezdarnie całowały
– nie wiem, czy owce wiatraki czołgi –
całowały ręce panu Kichotowi,
on zawstydził się, poczerwieniał…

darujcie, brak mi słów – mają dar Polacy

Przełożył Zdzisław Jaskuła

***
Pan Kichot

Jȏ to wiedno gȏdóm: Polȏszepochwȏtny,
Są za pochwȏtny, do czego pochwȏtny,
pochwȏtny rękama, kuszkanim gębą,
pochwȏtny też w jiscenim, kawaleriji:
przëszed Don Quichotte, baro pochwȏtny Polȏch,
ten ustanął kol Kutna,
slȏde se trzimȏł wieczorną gornię,
i zniżeł biȏło-czerzwiony bogatą lancę,
i nëkoł nym niepochwȏtnym zwiérzętȏm,
co le na motore spuszczony,
prosto w szari uniforme, we flankę

Tej pochwȏtne zmȏłk, tej niepochwȏtno kuszkałe,
jȏ nie wiém, bëłe to owce, młine, tanczi
kuszkałe Panowi Kichotowi ręce,
nen sę sromȏł zażȏleł, pochwȏtno,

nie pȏdȏ niżódnoowo: Polȏsze są pochwȏtny.

Przełożył na kaszubski Jan Trepczyk


A treaz jeszcze ja, Ewa Maria Slaska

Pan Kiehot

Zawsze to mówię, Polacy są cwani.
Cwani tak, że wszystko wycwanią,
ręce mają cwane, gęby cwane całują,
cwane smutasy cwałują na kawaleryjskich koniach;
Nadciągnął Don Quichotte, cwane Polaczysko,
stanął na wzgórzu pod Kutnem,
a za nim czerwieniał zachód słońca,
zniżył cwaną biało-czerwoną lancę
i pognał ku zwierzętom, co nie były cwane,
lecz zdane tylko ciężko na swe motory,
pognał z flanki na te szare jak pole mundury…

Cwane cwałowanie, a tu całkiem niecwane całowanie
u rąk – owce, a może wiatraki to,
a może nawet czołgi,
zawstydził się Pan Kichot, ręce schował,
na licu pokraśniał – cwanie,
nie ma co gadać: Polacy są cwani

Berlin, luty 2019


Maria Janion i skupieni wokół niej badacze w cytowanej powyżej książce wcale nie za wiele zajmują się Don Kichotem, no ale coś tam się przecież udaje znaleźć.

Maria Janion, Bardzo zdolny Pan Kichot (str. 72-74)

Don Kichot to postać mityczna, którą Grass umieścił w samym centrum swojego obrazu polskości. Don Quichotte, ten bardzo zdolny, rodowity Polak o smutnej i szlachetnej postaci. Zdolny, co oznacza podziw dla wierności ideałom, nawet gdy przeczy im cała rzeczywistość, zdolny, ale jednocześnie szlachetny maniak, na poły Hiszpan, na poły Polak, zbłąkany w umieraniu rycerz. Pani profesor dodaje jeszcze, że Grass nie znosi niemieckiego idealizmu, podziwia jednak polski. Bo niemiecki idealizm jest filozoficzny, heglowski, wydumany i uczony, polski tymczasem, naznaczony romantycznym kultem indywidualności, oryginalny i malowniczy. Zdaniem Grassa piękno śmierci to najwspanialsza cecha tych zdolnych Polaków, no ale w końcu tylko śmierć jest nieśmiertelna.

Do postaci Don Kichota nawiązuje jeszcze Wacław B. Maksymowicz, jeden z uczniów i asystentów Marii Janion, w rozdziale Polskie oko Güntera Grassa (str 248). Kim jest Oskar?, pyta Maksymowicz i odpowiada: Jest okiem Grassa zostawionym w Gdańsku, jego szczególnym gdańskim sposobem postrzegania świata, przy czym z czasem słowo gdański przestanie oznaczać miasto Gdańsk, a stanie się synonimem polskości, a niemiecki pisarz postrzegając świat przez pryzmat słowa “gdański” dostrzeże, że wszystko jest polskie, nawet Don Kichot.

Wieszcz nasz, z dawna nie słyszany…

Roman Brodowski

nadesłał kilka swoich satyr politycznych… (Wystarczy kliknąć i obrazki się powiększą)

Ciąg dalszy nastąpi, autor zapowiada jeszcze trzy “jedynki”, ale na razie pojechał do grodna, świętować tamtejsze Kaziuki i swoje 60 urodziny, a zatem i my składamy mu najserdeczniejsze życzenia urodzinowe.
Romanie, wpis ukazał się wprawdzie PO czasie, ale, gdy pisałam te słowa 28 lutego, wciąż jeszcze był czas…

Wspaniałej Wiosny Ci życzymy. Sobie zresztą też!

Czekanie na wiosnę

Teresa Rudolf

Ach ty, Primavera!

A jak tak czekam,
tak czekam na Ciebie wiosno,
na to powietrze
jeszcze wilgotne porannie,
tak absolutnie klarowne,
jak oddech
najdłuższy na świecie,

unoszący mnie jak balon
w przestrzenie.

A jak tak czekam,
tak czekam
na Ciebie wiosno,
na te jabłonie w kwiatach,
jak dziewczyny
na balu wiedeńskim,
w białych,

jabłonnych sukniach,
tańczące w podmuchu poloneza.

A jak tak czekam
na Ciebie wiosno,
kiedy przychodzisz
co roku jak królowa,
w pięknych
tysiącach kapeluszy…
równocześnie,

pewna ogromnego aplauzu
swego dworu,
wchodzisz wspaniale
złota od słońca,
w leciutkich pierścieniach
na rękach,
łańcuszkach na nogach…

śpiewając głosem ptaków,

z chórem pszczół, świerszczy,
i tym, co piszczy w trawie.

W dniu, twego przyjścia
rozpoczyna się
karnawał natury,
w maskach weneckich,
w lasach,
nad rzekami, nad górami,
od nieba, po ziemię.

A ja czekam, jak co roku…
Ty, Primavero!!!

Pszczółka Maja, Królowa-Narkomanka

Chowa się w kwiatach maku,
zagłuszając strach przed jesienią,
kiedy znikną maki.

Zaćpana kompletnie,
patrząc w oczy
swemu przemijaniu,

schowana w kwiatach maku,
wysysa teraźniejszość,
żyjąc kolorowo.

Zapominając
o swej samotności
na polu makowym.

Gdy pracowite pszczoły,
myślą wciąż
o zapylaniu,

ona królowa,
może się wyspać,
nie mając do kogo przytulić.

Balkon w Pradze

Kwiecisty balkon w Pradze
bez pamięci zakochany
w tym jednym, jedynym
z centrum Krakowa balkoniku,

czeka  na list,  och czeka..

Niestety, jak to po prawdzie
bywa, poczta nawala,
bo wiatr nie taki, bo list
omyłkowo poszedł sobie

w inną stronę, czy co??….

Wszyscy mówią, że jakaś
choroba na niego paść
musiała, bo  ani upał,
ani zima, ani jesień.

co  jest z Tobą  do diaska?

Wiadomo już, niestety,
nawet Japończycy
nie zostaną na obiad,
jak bez fotografowania,

zostawać tu, a po co?

Balkon piękny, to wizytówka
tej “Pod dynią” knajpki,
coraz smutniejszy zaśmieca
zeschniętym sercem podwórze,

leżą begonie, leżą  też i róże..

A w Krakowie balkon czeka
na list z Pragi myśląc:
jestem mało atrakcyjny,
pochodzę z byle jakiego domu..

a bliżej jest z Pragi w Pradze..

Aż tu kiedyś, u schyłku
jesieni, spada w Pradze
listek na balkon, bardzo
miłosny, pachnący różą..

nie mogę żyć bez Ciebie,

a i dalej, usycham z  tęsknoty,
nie zapomnij, czekam na
przychylny nam wiatr,
chcę wyjść za Ciebie…

Praski balkon oniemiał
wyjść za mnie, kto da
nam ślub, jak to możliwe,
aż mu serce rozkwitło

znów od zakochania..

I  jest znów ogromnie
oblegany przez turystów
do zdjęć, do sobie postania,
do zachwytu, do zadumy..

nad najpiękniejszym
balkonem świata,
w Pradze, żyjącym

marzeniem nieśmiałym
o wspólnej podróży,
w góry…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Dziewczynka na kuli

Teresa Rudolf

Przebudzenie

Wysoko, od lat,
odważnie na linie,
tańczyła w cyrku
dziewczyna z obrazu Picassa
(ta sama, stojąca na kuli).

Tańczyła do muzyki
z szumu wiatru,
gwizdu ptaków
i wszystkiego, co było
na świecie w nutach zapisane…

A było w tym cyrku
tylko jedno miejsce,
dla jedynego gościa.
dla Niego,
gdyż był całym światem.

A ona tańczyła
jak mogła najpiękniej na świecie,
tylko dla Niego,
dniami, nocami, latami.
a on mówił “dziękuję”.

Gdy któregoś dnia
wyszła znów na linę
przestały śpiewac ptaki,
wiatr rozhulał się szalony,
a muzyka zamknęła się w ciszy.

I przebudziła się, spojrzawszy w dół,
zobaczyła Go,
gdy patrzył przed siebie,
nie patrząc na nią,
na nią samobójczynię.

Stanęła znów na kuli
wchodząc w obraz nieruchomo
z wzrokiem wbitym w dal,
a on powiedział
jak zwykle “dziekuję”.

A ona liczyła…

A ona liczyła przed snem barany:
raz, wyskoczył piękny, bielutki,
dwa, ten był ciut mniejszy,
trzy, jakiś taki łaciaty,

cztery, pięć, wyskoczyły dwa klony,
białe głowy, czarna reszta, małe,
sześć, siedem, osiem, czarne,
dziewięć, ach to ten pierwszy,

dziesięć, to chyba nie baran,
raczej owca, coś mi się miesza,
liczę od początku, raz, dwa  trzy,
cztery pìęć, sześć, całe stado,

siedem, osiem, dziewięć, cudnie,
robi mi się błogo, super, super,
dziesięć, co to, nagle wpada pies,
jeden pies, drugi, trzeci, czwarty…

Urodziny Baśki R.

Czas, patrzy,
patrzy na nas z góry,
kręci swoją tarczą
ciągle w jedną stronę,

a my siedząc na niej
dziergamy wzorki,
jak ktoś chce i jak umie,
dziergamy,

każdy z nas,

swój własny i niepowtarzalny
“pulowerek życia”…
czasem szary,
a czasem kolorowy,

na jaką włóczkę
popadnie.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Momente am Valentins Tag

Tibor Jagielski

so, noch ein tag, mit sitzplatz – weil ferien;
ehrlich, man atmet richtig auf wenn die kleinen ungeheuer mit ihren roller,
die s-bahn und tram regelrecht verstopfen, verschwunden sind;
auch die fahrkartenkontroleure, diebe und bettler scheinen jetzt urlaub zu haben,
wie angenehm der lange weg hin und zurück.
erna erwartet mich mit vorwürfen:
wo bist du so lange gewesen? gib zu, du hast eine andere zum schmusen….
– natürlich – erwidere ich und kraule sie hinter den ohren zart und fein
– und nicht nur eine…
jetzt endlich ruhe für eine zigarette, für die wolken auf dem abendhimmel, für mich.

Wzloty i zawały serca

Teresa Rudolf

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Jim Farrant

Szufladka

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciągnąć
jak szufladkę,
w której mieści się „kiedyś”,
jak klejnocik malutki
jak setna część ziarnka maku.

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciagnąć
jak szufladkę,
przecierając starannie
jedwabną szmatką,
zakurzony ten czas.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć,
jak szufladkę odpinając
ten złoty, magiczny
guziczek zapomnień
i wspomnień.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć
jak szufladkę,
by znów nakręcić
tę tajemniczą pozytywkę
mej młodości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Avtandil Makharoblidze

Zanim i kiedy i zanim…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Kiedy Cię zobaczylam pierwszy raz,
zanim dotknęłam Twej ręki,
już wiedziałam…

Zanim zrozumiałam pierwszy raz,
co do mnie mówisz
już wiedziałam…

Kiedy tańczyliśmy ze sobą,
jak motyle na parkiecie
już wiedziałam.

Zanim i kiedy i zanim…
już, wiedziałam i wiem,
że przecież Ty, to Ty!!!!!!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Johan Messely

Te miliony, te biliony z Tobą…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Ach, ach,
kochliwość z tamtych lat
te wzloty i zawały serca,
te udary mózgu.

Ach, ach,
te paraliże myśli,
trzęsienia ziemi,
burze i chmurki.

Ach, ach,
ta gimnastyka
zakochiwania się
i odkochiwania.

Ach, ach,
gdyby nie to,
nie wiedziałabym,
co naprawdę dziś wiem…

Kiedy spojrzę
na te miliony, biliony
wspólnych chwil z Tobą,
mój Kochany.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Poeta, rzeźbiarz i święta Rewolucja

A la santé de la Révolution, rzeźba Jean-Roberta Ipousteguy
upamiętniająca Wielką Rewolucję Francuską
Parc départemental Jean-Moulin les Guilands & Bagnolet, Paris

Tibor Jagielski

ostatnie
ubóstwienie
wielkiej rewolucji

nie armie
nie kondukty
marsze w te i we w te

tylko
staruszka
czuwająca u stóp
walczącej o niebo i gwiazdy
epoki

28.01.19


Jean-Robert Ipousteguy urodził się 6 stycznia 1920 roku, zmarł 8 lutego 2006; był poetą, rzeźbiarzem, akwarelistą, pisarzem – w każdej dziedzinie samoukiem. Mówił o sobie, że jest dzieckiem przedmieścia i że taka też były pobierane przez niego nauki. Park znajduje się na pograniczu Paryża i powiatu Montpellier; można dojechać metrem. Park składa się z dwóch części, połączonych 600-metrowym mostem. Poeta twierdzi, że rzeźba Ipousteguya stała przed dawnym Centrum Kongresowym w Berlinie, ale teraz, gdy centrum przestało funkcjonować, już nie stoi – być może tuła się gdzieś w kawałkach po magazynach, a może już jacyś przedsiębiorczy ludzie wywieźli ją na złom.

Cukierki

To jest wiersz, napisała mi w mailu Autorka, o człowieku, który odszedł, a zawsze częstował cukierkami.

Anna Dobrzyńska

A kiedy już dotrę do końca mej drogi,

I z murem się zetknę, co nieuniknione,

Odnajdę szczelinę, ciemną i wąską,

I przedrę się przez nią na drugą stronę.

X

Zobaczę ocean, wielki, falisty,

I łódź, co na brzegu mnie czeka drewnianą,

I wejdę do łodzi, mej łodzi, prywatnej,

A fale poniosą mnie w przestrzeń nieznaną.

X

Fale poniosą mą łódź w rękawiczkach,

Białych i czystych, skropionych krochmalem,

A ja nad głowami, falami popłynę,

Tam skąd przyszedłem, zanim się stałem.

X

A tym co jeszcze zostali za murem,

Cukierków garść sypnę, na pożegnanie,

Niech im się słodko zrobi w ich domach,

Gdy się już zajmą praniem, sprzątaniem.