Lusatia alias Vita 9

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Już sporo wody spłynęło nurtami Lubszy, Nysy i Szprewy, odkąd Viator (który wówczas jeszcze nawet nie nosił tego miana) skarżył się Czytelnikowi, iż trwać musi w niewygodnym szpagacie między nauką i sztuką (TU). W dniach teraźniejszych zwyciężyła nauka. I gdy Czytelnik we wtorkowy ranek lub przedpołudnie zasiada do lektury tego tekstu Viator, ukryty pod maską Prelegenta, produkuje się na pewnej konferencji. Wcześniej zaś musiał się do swego wystąpienia solidnie przygotować, co wymagało zaangażowania uwagi, ale przede wszystkim czasu. Miał więc trzy możliwe wyjścia z sytuacji, w jakiej się przez to znalazł: primo – w ogóle nie pisać odcinka opowieści o Łużycach (tego ani Czytelnikom, ani Ewie Marii uczynić nie chciał), secundo – poświęcić jakość tekstu, tertio – poświęcić jego objętość. Zdecydował się na rozwiązanie trzecie. Będzie krótko, ale zajmująco, miejmy nadzieję. Suspens i zagadka. Aby zaostrzyć apetyt przed kolejnym odcinkiem. Jako rekompensatę za tydzień obiecuje Viator wystawną ucztę, godną tego wzmożonego apetytu!

*************************

Opuszczamy rankiem mury Budyšina, kierując się na wschód, na spotkanie słońca. A że Łużyce to ziemia czarowników i mistyków, przeto wszystko zdarzyć się może takiego dnia. Ktoś wyszeptał zaklęcie. Jest początek siedemnastego wieku, któreś z jego pierwszych dwudziestu lat – nieistotne, które dokładnie. Viator, jak na ubogiego pątnika przystało, idzie pieszo (mógłby dodać, że boso i z kosturem w ręku, ale po co błaznować?) A Czytelnik nie odmówi mu przecież swej kompanii… Do pokonania mamy trzydzieści kilometrów, musielibyśmy się postarać, aby zdążyć do kolejnego miasta przed zapadnięciem zmroku. Ale po co pośpiech? Trakt jest bezpieczny, wszak Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dba o to, aby nie grasowali tu żadni zbóje. Wokół lasy, strumienie, pola malowane zbożem rozmaitem… Po co się spieszyć? Jedyne, co nam grozi, to nocka spędzona sub Iove frigido. Nie pierwsza i nie ostatnia na pielgrzymim szlaku.

Toteż i nie spieszy się Viator. Maszeruje powoli, co i raz spogląda w prawo, gdzie na horyzoncie rysuje się ciemne i majestatyczne pasmo górskie, a wędrowiec kocha góry. Im więcej drogi we wschodnim kierunku pokona, tym wyraźniej widzi, jak wprost przed nim, pośród rozległej równiny, wyrasta jeszcze jedna, samotna góra, ostrym szczytem kłująca niebo. Tą swoją samotnością, osobnością intryguje. Viator zapatrzył się na nią i… stało się. Zmrok zapadł. Wędrowiec nigdzie już dziś nie dojdzie. Siada więc i, jak na romantyka przystało, patrzy na gwiazdy i słucha ciszy.

1 LandeskroneTajemnicza, samotna góra… Za tydzień odkryje swój sekret.

 A kilka kilometrów stąd, w małej izdebce, za drewnianym stołem, zasiadł prosty, ubogi szewc. Po całym dniu ciężkiej pracy i starań o chleb powszedni zajmuje się tym, co naprawdę ważne. Może siedzi w ciemności, pogrążony w modlitwie, albo i w mistycznej wizji. A może w migotliwym blasku kaganka zapisuje to, co usłyszał od aniołów.

Prostaczek bez żadnych szkół ani nauk takie słowa w górze usłyszał: Jeśli jest tak, że tylko powierzchownie panujesz nad wszelkim stworzeniem, wówczas ze swoimi chęciami i panowaniem należysz do zwierzęcego rodzaju i znajdujesz się tylko w niedoskonałym, przemijającym panowaniu. W zwierzęcą istotę wprowadzasz także twoje pożądanie, zarażasz się nią i jesteś w niej uwięziony, otrzymując również charakter zwierzęcy. Lecz jeśli jest tak, że porzuciłeś ten niedoskonały charakter i panujesz nad wszystkimi stworzeniami w otchłani, z której są one stworzone, to nic nie może ci zaszkodzić na ziemi, bowiem jesteś podobny do wszystkich rzeczy i do niczego nie jesteś podobny.

Takie oto przesłanie musi ogłosić rodzajowi ludzkiemu: To jest tak, że miłość może w tobie zapalić ogień. Wtedy poczujesz, jak spala się twoja jaźń a zatem cieszy się wtedy wielce twoim ogniem, że raczej pozwoliłbyś się zabić niż znowu wstąpić w twoje coś. Także jej płomień jest tak ogromny, że nie odstąpiłaby od ciebie, acz dotyczy to twego doczesnego życia, tedy idzie z tobą w swych płomieniach do śmierci. I gdy udajesz się do piekieł, niszczy piekło ze względu na ciebie.

Co to za ziemia, która rodzi takich szewców? Cóż to za szewc, który z Panem gadał? Co go ku niebu pociągnęło: tajemnicza samotna góra, czy może pewna kaplica? I co to za kaplica, którą jeden z ziomków szewca wzniósł tutaj po wyprawie do Ziemi Świętej? o i jak to możliwe, że bogate miasto, wręcz personifikacja mieszczańskiej stabilizacji, naznaczone jest po wielokroć i na różne sposoby duchem pielgrzymstwa? Jakie to miasto? Czytelniku, czekaj cierpliwie, a stokrotnie nagrodzony zostaniesz! (A jak bardzo chcesz wiedzieć już i natychmiast, to zajrzyj do komentarzy – przyp. EMS)

2 KaplicaW niecierpliwym oczekiwaniu na Jeruzalem niebieskie wzniesiono tę kaplicę.

Sterylna czystość i zwały śmieci

Joanna Trümner

Podróż do Chin

Shanghai

Jazda transrapidem z szybkością 400 km/godzinę i widziane z okna wieżowce niczym nie przypominały mojej wizji Chin, obrazów widzianych w filmie Ostatni cesarz Bertolucciego i scen z książki Pearl S. Buck Łaskawa ziemia. Szanghaj jest bardzo nowoczesnym miastem z panoramą drapaczy chmur, których w tej ilości nie znajdzie się w żadnej z metropolii Europy. Przy budowie tych wieżowców zatrudniono ekspertów Feng Shui lub wróżbitów, by zadecydowali o tym, w jakim miejscu budynki mają stanąć i kiedy najkorzystniej będzie rozpocząć ich budowę. Na dachach wielu z nich znajdują się okrągłe dziury, przez które zgodnie z zasadami Feng Shui przelecieć mają złe duchy, krążące wokół domów. Przerażająca ilość ludzi i sterylna czystość ulic i parków, o którą nieustannie dbają armie kobiet, krążących tam ze szczotką i zmiotką, usuwające każdy niedopałek i liść spadający z drzewa.

chinyshanghaiZ okna naszego hotelu widać slumsy – rozpadające się domy bez kanalizacji i światła. W tej świątyni modernizmu i techniki nikt nie potrzebuje rzeczy starych. Niedługo zapewne zostaną zburzone, by zrobić miejsce dla kolejnego Starbucksa lub McDonalda. Może to miał na myśli Mao, mówiąc, że „trzeba zniszczyć wszystko co stare, aby móc zacząć budowę nowego systemu”.

chinytargpionW programie wycieczki jest zwiedzanie rynku i wspólne gotowanie obiadu z chińską rodziną. Po zwiedzaniu rynku apetyt niestety wszystkim przechodzi – opuszczamy rynek w stanie szoku, mając przed oczami te worki żywych żab skaczących po ladzie, niezidentyfikowane gatunki mięsa (psów i kotów na ulicach niewiele!) i ryb, mózgi, podroby, nigdy jeszcze nie widziane owoce i warzywa. „Rodzina” to, jak się okazuje, mieszkańcy wzorowej komuny zbudowanej w końcu lat 70 dla pracowników napływowych z prowincji. Przed obiadem oprowadzają nas po muzeum, pokazującym z dumą, jak wielką szansę życiową otrzymali oni od państwa chińskiego. Wśród eksponatów: racjonowane słodycze marki „White Rabbit” i stojące w każdym mieszkaniu maszyny do szycia, na których z przydziałowego materiału rodziny szyły sobie obowiązujące w całych Chinach mundurki w trzech kolorach: czarnym, szarym i niebieskim. Patrząc na zdjęcia tych szczęśliwych ludzi myślę o rolniku Wang Lung z książki Pearl S. Buck Łaskawa ziemia, który w sto lat przed stworzeniem przez Mao tego „raju dla klasy chłopskiej i robotniczej”, w czasie nieurodzaju jadł dla zabicia głodu ziemię. Czy czułby się w tej komunie szczęśliwy? Pod koniec zwiedzania pada żenujące pytanie: „Czy chcecie zobaczyć film propagandowy z tamtych lat?” Sytuację ratuje Erich – nauczyciel z Szlezwika-Holsztynu zapewniając oprowadzających nas przewodników, że właśnie po to przyjechaliśmy do Chin, żeby poznać historię tego wspaniałego kraju, ale niestety nieznajomość języka uniemożliwi nam zrozumienie filmu. Jedzenie przygotowane przez rodzinę (widzieliśmy tylko panią domu – 52-letnią emerytkę – w Chinach kobiety pracujące fizycznie przechodzą na emeryturę w wieku 50 lat, mężczyźni w wieku 55 lat) było fantastyczne. Mieszkania nam nie pokazano, otrzymaliśmy tylko informację, że w trzech pokojach mieszka małżeństwo z synem i teściową.

Hangzhou

Z Szanghaju jedziemy pociągiem do Hangzhou, siedem godzin podróży mija na miłych rozmowach i oglądaniu niewielkich wiosek i pól. Razi nas brak zwierząt i niewielka ilość pól uprawnych: kto to wielkie państwo karmi? Spędzamy cały dzień nad przepięknym jeziorem West Lake, odwiedzając sterylnie czyste parki. Mijają nas tysiące chińskich turystów – dla nich jesteśmy gwiazdami filmowymi – co chwila ktoś prosi nas o zrobienie z nim zdjęcia, często jesteśmy filmowani bez pytania. Świadomość, że jakaś mała Chinka lub Chińczyk na drugim końcu świata zaczyna dzień patrząc na moje zdjęcie lub że pocieszam ją/jego, gdy ma stresujący dzień w pracy czy też złamane serce napawa mnie radością – każdy ma przecież prawo do odrobiny próżności.

Płynąc statkiem po jeziorze popełniam jedną z wielu gaf pytając naszego przewodnika: „Dlaczego nie ma tu plaż?” Liu patrzy na mnie z dezaprobatą, zaskoczony takim brakiem wyobraźni i naiwnością: „Wyobraża sobie Pani, co zostanie z jeziora, jak 18 milionów ludzi przyjdzie się tu wykąpać?”

chinyjangcybrudnawodaJangcy

Cztery kolejne dni spędzamy na statku płynącym po Jangcy – trzeciej co do wielkości rzece świata. Rzeka jest rzeczywiście olbrzymia – krajobrazy widziane z okna naszej kabiny byłyby jednymi z najpiękniejszych widoków jakie widziałam w życiu, gdyby nie sterty śmieci płynące wzdłuż rzeki. A wśród tych plastikowych butów, butelek, płyt, resztek mebli, jedzenia małe łódki – całe rodziny grzebią w śmieciach szukając rzeczy, które można byłoby sprzedać na skupie. I pierwsi pływający Chińczycy – młodzi chłopcy nieświadomi tego, jak czyste są rzeki w innych częściach świata. Pełną rekompensatą jest kiczowate wręcz, pełne gwiazd niebo, które oglądamy wieczorem popijając na pokładzie piwko i rozmawiając do północy o tym dziwnym kraju, który wszyscy w naszej grupie zwiedzają po raz pierwszy. Podczas jednej z proponowanych przez biuro wycieczek widzimy największą na świecie elektrownię wodną na Jangcy. Przy tworzeniu tego projektu, zwanego przez rząd „projektem tysiąclecia”, przesiedlono 1,5 miliona ludzi i zalano wiele wiosek.

chinyjangcysmieciXian

Następnym etapem naszej wycieczki jest Xian – była stolica Chin – 10 milionowe miasto znane z armii żołnierzy z terakoty. Samo miasto jest również warte obejrzenia, ze starym murem miejskim o długości prawie 15 km – jeździmy po nim rowerami i oglądamy z góry tętniącą życiem starówkę. Załujemy, że program wycieczki przewidział tylko jeden nocleg w tym mieście. 7500 żołnierzy z terakoty sprawia niesamowite wrażenie, naukowcy stwierdzili, że do tej pory odnaleziono tylko 1% armii, stworzonej na zlecenie pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi (zmarł w 210 roku przed naszą erą). Terakotowa Armia miała strzec grobowca cesarza i pomóc mu odzyskać władzę w życiu pozagrobowym. Zasiadł on na tronie Chin w wieku 13 lat i rządy rozpoczął od zlecenia prac nad armią z terakoty. Prace trwały 38 lat. Bohaterem narodowym jest jeden z trzech chłopów, którzy znaleźli części armii podczas budowania studni. Był to początek tego niesamowitego odkrycia, które znajduje się dzisiaj na liście światowego dziedzictwa Unesco. Yang Xinman szybko zrozumiał zasady gospodarki wolnorynkowej i codziennie siedzi w muzeum, sprzedając za 200 youanów (mniej więcej 25 Euro) swoje zdjęcie z podpisem. Nie widzieliśmy jego twarzy, bo zasłaniał ją parasolką uniemożliwiając wykonanie nieautoryzowanych zdjęć.

chinyarmiaPekin

Zwiedzanie rozpoczynamy od placu Tianamen – znanego na Zachodzie z masakry, którą rząd chiński przeprowadził na swoich protestujących obywatelach 3 i 4 czerwca 1989 r. Aby wejść na Plac musimy przejść przez dwa punkty kontrolne – te kontrole są zresztą wszechobecne – nawet do kolejki miejskiej nie można wejść bez przepuszczenia plecaka przez rentgena. Dlatego zapewne tak niewiele się słyszy o zamachach terorystycznych i protestach. My zresztą też musimy protestować, bo Liu koniecznie chce nas zaprowadzić do mauzoleum Mao na placu Tianamen. Mao i bez mauzoleum jest wszechobecny – patrzy na nas z każdego banknotu, a jego wielki, pięknie wyretuszowany portret wisi również przed wejściem do Zakazanego Miasta, upokarzając w ten sposób pokolenia cesarzy z dynastii Ming i Xing, którzy tu mieszkali. Zakazane Miasto jest olbrzymie – w religii taoistycznej niebo składa się z 10 tysięcy pokoi – a pałac cesarski ma ich 9999 i pół.

chinymurNastępnego dnia pojechaliśmy autobusem za miasto, żeby zobaczyć Mur Chiński. Po przejściu 1337 stopni udało nam się stanąć na Murze. Jest to budowa niesamowita i czoła należy chylić przed architektami. Niestety – duża część ponad 6000 km muru musi zostać w miarę szybko naprawiona. Jego zygzakowaty przebieg na pewno też ma coś wspólnego z Feng Shui – nie buduje się prostych dróg i mostów, aby utrudnić złym duchom pokonanie drogi.

Jednym z ciekawszych przeżyć w Pekinie była wizyta w centrum medycyny chińskiej. Mówiący doskonale po niemiecku profesor wyjaśnił nam w krótkim wykładzie zasady stawiania diagnozy w medycynie chińskiej, np. mierzenie pulsu w pięciu punktach ręki, bo każdy punkt odpowiedzialny jest za inny organ. Każdemu z nas postawiono diagnozę, zaskakująco pokrywającą się zresztą z diagnozami lekarzy w Niemczech. Jedynym szczęśliwcem był nasz senior – 74-letni Hilar, który usłyszał, że będzie jeszcze żył 25 lat. Oprócz Hilara wszyscy opuściliśmy centrum zdruzgotami świadomością licznych chorób, zaopatrzeni w torby pełne lekarstw z rosnących w Tybecie ziół. Na koniec zaaplikowano nam bezpłatny masaż nóg, błogosławieństwo dla turystów zmaltretowanych poprzedniego dnia chodzeniem po Chińskim Murze.

Rzekomo każda podróż nas zmienia – ja wracam do Berlina z radością patrząc na niebo bez smogu, małą ilość ludzi i zrozumiałe napisy i z pewnym niedosytem, myśląc o tym jak niewiele zobaczyłam i dowiedziałam się o tej prastarej kulturze

Auf den Spuren der Dichter

Edda Frerker

Drei Wochen in Masuren

bocianIch habe es geahnt. Keiner glaubt mir, wenn ich berichte, dass in jedem Dorf Masurens mindesten 30 Storchennester zu finden sind. Besetzt von je einem Storchenpaar. Der Himmel würde verdunkelt sein, wenn all die Störche auf einmal zum Flug abhebten. Sie brüten. Allenfalls zu einem Stelldichein mit einem Fuchs lassen sie sich überreden. Ich schreibe die Wahrheit: links der Straße auf einem Feld ein Storch – 20 m daneben ein Fuchs – und rechts der Straße eine Vogelscheuche. Ein Storch ist durch nichts zu erschüttern. Daher bringt er ja auch die Babys. Jedenfalls in Deutschland. Wie es in Polen ist, weiß ich nicht. Vielleicht aber ist es in Masuren so. Aus alter Gewohnheit.

Es war eine wunderbare Reise durch Masuren. Drei Wochen voller Anstrengung, Überraschungen, Begegnungen, neuen Einsichten. Ohne Ewa hätte ich das alles nicht erleben können. Sie war diejenige, die mich durch das chaotische Labyrint der polnischen Sprache geführt hat und die mit unermüdlicher Neugier Menschen für sich eingenommen und für uns zu Lotsen gemacht hat durch Dörfer, Städte, Museen, Friedhöfe und Wälder. Ich bin ihr unendlich dankbar.
RIMG0076Denn welch` ein Glück. Da schäumende Grün der Wälder. Auch wenn der Himmel schwer mit Wolken verhangen ist. Und wenn die Sonne scheint, dann singt die Erde. Dann glühen die Farben des Mohn. Dann steigen Schwäne aus dem See wie Pfönix aus der Asche. Wobei ich zugeben muss, dass ich noch keinen Vogel Phönix gesehen habe. Aber so kann es gewesen sein: Die Flügel riesig weit ausgestreckt, den Hals unendlich lang hochgereckt und die Füße den Bruchteil einer Sekunde über dem Wasser schwebend.

Nun bietet Masuren keine lieblichen Landschaften. Aber die tiefe Schwermut, die einen hinabzieht beim Lesen der Bücher Ernst Wiecherts, in denen er seine Heimat immer wieder beschreibt, habe ich nicht gefunden. Es ist wohl der besondere Blick eines Menschen wie Ernst Wiechert, dessen Leben schwer gezeichnet war durch den Selbstmord von Mutter und Ehefrau und den Tod des einzigen Kindes nur einen Tag nach seiner Geburt.

wiechert-galcz

Links: Erinnerungsstücke an Ernst Wiechert in Forsthaus Piersławek (Kleinort), rechts: Erinnerungsstücke an Konstanty Ildefons Gałczyński in Forsthaus Pranie.

Auf den Spuren der Dichter Ernst Wiechert und Gałczyński habe ich Gräber gefunden und lebendige Menschen. Einen Pfarrer der Evangelischen-Augsburgischen Kirche in Mrągowo, der im Gottesdienst eine Predigt hielt wie ein gesungenes Gedicht – natürlich auf Polnisch. Ich habe nur sehr wenig verstanden, aber wieder einmal bestätigt bekommen: Polnisch ist eine wunderbar klingende Sprache.
Eine pensionierte Ethnologin, Barbara, die mit unendlicher Hingabe das Eisenbahnmuseum in Angerburg (Węgorzewo) betreut und die uns den Weg wies ins weite Land Richtung russische Grenze auf halber Strecke nach Goldap, wo die Straßen schlechter, die Dörfer kleiner und ärmer werden, der Himmel aber gleichbleibend großartig ist. Dort fanden wir die Republika Ściborska des Dariusz Morsztyn. Ein Sammler und Kenner der indianischen Alltags- und Volkskunst. Und der Eskimos. Ein Besessener von der Idee des einfachen Lebens. Ein Kämpfer für Gerechtigkeit und Frieden. Old Shatterhand und Winnetou in einer Person. Leider habe ich nicht daran gedacht, ihn zu fragen, ob er die berühmten Winnetou-Bücher von Karl May gelesen hat. Ein Mann der Grundsätze: kein Alkohol, kein Nikotin, kein Fluchen, kein Fleisch, keine negativen Worte.
Dariusz Morsztyn sammelt alles, was er über und von Maria Rodziewiczówna ergattern kann. Bruchstücke der Orte, wo sie gelebt hat. Bruchstücke der Gegenstände, die sie einmal berührt hat. Er wird ein Museum für die Schriftstellerin gründen. Soweit ich dies mitbekommen habe, ist sie wohl die Courts-Mahler der polnischen Literatur. Aber da gebe es einen Roman, sagt man mir, der sei mehr. Sommerwaldmenschen ( Lato leśnych ludzi). Es ist die Geschichte vom einfachen Leben, die fasziniert und den herausfordert, der die zerstörerische Lebensweise der modernen Welt nicht mehr erträgt.
Der Dichter Ernst Wiechert, in Kleinort (heute Piersławek) im tiefsten Masuren geboren, hat sich damit auseinandergesetzt in seinem Roman „Das einfache Leben“. Auf seinen Spuren waren wir fast drei Wochen unterwegs. Wir haben Menschen gefunden, die das Andenken an ihn bewahren in kleinen Museen. In Deutschland ist er schon fast vergessen, obwohl er uns viel zu sagen hat. In Polen ist er geachtet. Das tut gut. Das Walddorf Sowiróg, in dem Teile seines großen Romans „Die Jeromin-Kinder“ angesiedelt sind, gab es wirklich einmal. Seine letzten Bewohner haben es nach 1945 in Richtung Deutschland verlassen. Die Spuren des Dorfes haben wir gesucht und nach mehrstündiger Wanderung durch einen grandiosen Wald gefunden. In der Nähe von Jaśkowo. Brennesseln habe die wüste Stätte gekennzeichnet. Daneben ein Friedhof, der von deutschen, polnischen und russischen Jugendliche vor einigen Jahren wieder hergerichtet nun doch seinem Vergehen anheimgefallen ist. Die Natur wird ihn gnadenlos überwuchern. So wie es vielen Dörfern in Europa ergeht.

martwanaturawhoteluEs muss noch über Essen geschrieben werden. Gibt es die polnische Küche? Wohl doch. Die deutsche? Vielleicht eher nicht mehr – wenn man die schlechten Gewohnheiten berücksichtigt. Wie auch immer. Ich habe in Polen vorzüglich gegessen. Wie man vielleicht hochgestochen sagen würde: klare Texturen. Oh diese Pieroggi – süß oder salzig gefüllt! Die wunderbaren Kartoffeln. Die so kernig schmecken. Und der Fisch, frisch aus dem See. Nicht in Becken gemästet oder gezüchtet. Aus der tiefen Flut der Seen. Er schmeckte herrlich: der Hecht , der Barsch, der Zander, die Maräne. Allein um diesen Geschmack wieder zu erleben lohnt sich die Reise nach Masuren. Denn wie lange noch wird man diese Geschmackserlebnisse haben können? Der europäische Markt ist unaufhaltsam auf dem Marsch in die Gleichmacherei. Der die Voraussetzung dafür ist, dass die Erträge sich erhöhen. Immer „besser“, immer schneller, immer billiger. So wird es auch in Masuren werden.

kwiatymydwieVielleicht aber gibt es doch eine Hoffnung. Wenn wir uns der Dichter erinnern, die in diesem wunderbaren Land gelebt haben, und sei es auch nur in ihren Träumen.
An Ernst Wiechert, der sich sein Leben lang nach Masuren zurückgesehnt hat. Den die deutsche Verbrecherbande ins Konzentrationslager Buchenwald einkerkerte. Und der vor der bösartigen Dummheit und Beschränktheit der Deutschen nach dem Ende des 2. Weltkriegs in die Schweiz emigrierte, wo er nur 63-jährig an Krebs starb – oder vielleicht auch an gebrochenem Herzen
An Konstanty Ildefons Gałczyński, dessen Zufluchtsort vor dem Chaos des Großstadt und den Erinnerungen des 2. Weltkrieg – er war Kriegsgefangener u.a. im Stalag 11a in Altengrabow – in den masurischen Wäldern in Pranie ich mit Ewa besucht habe. Nur drei Jahre konnte er sich dort ausruhen. Auch er starb an gebrochenem Herzen, mit nur 48 Jahren. So will ich es nennen, wenn man nach einem dritten Herzinfarkt zusammenbricht.

 

O wyjeździe na Mazury, poecie, pisarzu, malarzach, księdzu i pogromie, a także o pielgrzymce do Santiago de Compostela

zeszytymojeEwa Maria Slaska

Dwa dni temu wyjechałam z Berlina na kilka tygodni. Wrócę 25 czerwca. Na ten czas przygotowałam kilkanaście wpisów-pewniaków. Są poniedziałkowe wiersze Kasi Krenz o Starym Poecie, są w środy teksty Doroty Cygan o życiu, co pewien czas pojawią się wiersze i/lub grafiki Kasi Kulikowskiej, jest felieton Zbyszka i wreszcie długo wyczekiwane opowiadanie Joasi. Na wtorki przyobiecał się Tomasz Fetzki z tekstami o Kresach Zachodnich. Ale zostaje kilka wolnych dni. Mamy zamiar, moja towarzyszka podróży, Edda Elsa i ja, wypełnić te dni zapiskami, zdjęciami, filmami z naszych przedsięwzięć mazurskich. Zasadniczo będziemy poszukiwać na Mazurach śladów Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, ale już wiemy, że chcemy zrobić i zobaczyć trochę więcej, trochę inaczej, trochę gdzie indziej.  Mamy oczywiście w planie odwiedziny w Sowirogu i Praniu, ale na pewno wybierzemy się też na Wielki Błękit – polsko-litewski plener malarski w Jędrychowie, na pewno odwiedzimy Gałkowo, koło Rucianego-Nidy, gdzie znajduje się dwór hrabiny von Dönhoff. Pojedziemy do Warszawy na spotkanie Kirą Gałczyńską…

zeszytbabciZ przerażeniem i niechęcią, ale i poczuciem, że nie da się inaczej, myślę o tym, że zamierzamy odwiedzić Jedwabne. Postanowiłam tak w kwietniu, podczas spotkania Drugiego Pokolenia w Śródborowie. Organizatorki przygotowały dla nas rozmowę z księdzem Wojciechem Lemańskim. Ksiądz Wojciech opowiadał o tym, dlaczego jeździ do Treblinki i dlaczego do Jedwabnego, nie opowiadał natomiast ani o tym, dlaczego arcybiskup Hoser go nie lubi, ani dlaczego wyrzucono go z parafii. Jednakże odpowiadał na nasze pytania, a te siłą rzeczy dotyczyły tego problemu. Ksiądz Lemański ujął nas wszystkich spokojem. Odpowiadał na pytania rzeczowo, bez emocji, bez nienawiści czy poczucia krzywdy, ale w głębokim poczuciu, że jeśli chce się żyć i pełnić posługę kapłańską w zgodzie z sumieniem, nie można inaczej. Jaki piękny był to język, jakie było w nim poszanowanie ludzkiego życia i ludzkiej śmierci.

Mamy więc intensywne plany.

zeszytmamyNa wszelki wypadek jednak, gdyby się okazało, że nie zdążyłyśmy przygotować aktualnego wpisu, postanowiłam zostawić w sieci zabezpieczenie w postaci przygotowanych wpisów “na zaś”. Długo zastanawiałam się nad tym, co mam przygotować. I w końcu postanowiłam sięgnąć po prostu do moich starych zeszytów. Są one pełne zapisków, niekiedy konsekwentnych, niekiedy chaotycznych i sama już nie pamiętam, co i kiedy w nich zapisywałam. Zeszyty, jak zawsze, okazały się skarbem i skarbcem. Nie wszystkie są zresztą moje. Jest na przykład zeszyt mojej Mamy ze szkicami z Libanu. Są notatki mojej Babki o mnie, ale i chyba w ogóle o naszym życiu w Gdańsku, gdy byłam bardzo mała. Na pierwszej stronie Babcia zanotowała, wyrazy, jakie mówiłam i zapisała, że miałam wtedy 2 lata i 3 miesiące. Cecez – przecież, bonzaj – zawiąż, gadio – radio, i Hewa Bucka. To ja, Ewa Bogucka.

Znalazłam też swój zeszyt do polskiego sprzed 50 lat. Lekcja 1 z dnia 2 września 64. Dzień moich urodzin, ale to chyba nie miało znaczenia. Temat: Jakie jest znaczenie języka w życiu człowieka jako jednostki, w życiu społeczeństwa i narodu.

Byłam w drugiej klasie liceum, temat wypracowania musiała nam podyktować nasza polonistka, moja ukochana nauczycielka, Halina Mierzwińska. Była w Gdańsku słynną osobą, słynną z niekonwencjonalnych zachowań. Gdy nas uczyła, była niezamężna (nie była starą panną, o nie!, składając podanie o przyjęcie jej do DKF w klubie Żak, napisała w uzasadnieniu, że prosi o przyjęcie, bo jest… rozwódką!) i żyła w związku partnerskim z niejakim Kasprem. Poznaliśmy go kiedyś, gdy Mierzwa zaprosiła nas do siebie do domu. Niech Was, proszę, nie myli pozornie obelżywe przezwisko, jakie jej nadaliśmy. Nie było obelżywe, po prostu z jej nazwiska można było zrobić tylko taką ksywkę, nie było na to żadnej rady.

Mierzwińska umarła jesienią 2014 roku. Wspominają ją jako wspaniałą polonistkę profesor Ewa Nawrocka i Włodzimierz Machnikowski.

zeszytszkolnyMyślę, że do tego zeszytu jeszcze wrócę. Niemal nie zmieniłam poglądów. Jest wiele czynników łączących naród, ale prawie wszystkie można zniszczyć. Najtrudniej jest zniszczyć język, zapisałam w wypracowaniu. Libelt pisze, że “naród żyje dopóki język jego żyje, bez języka narodowego nie ma narodu.”

Na początek jednak postanowiłam, że spiszę wreszcie porządnie zapiski z drogi do Santiago de Compostela. Byłam tam po raz pierwszy jesienią 2007 roku, po raz drugi – latem 2012 roku. Po raz drugi poszłam z Kingą, która robiła piękne zdjęcia, co skłoniło mnie do w miarę szybkiego spisania moich wrażeń i zilustrowania ich owymi zdjęciami.Tak powstał blog Camino Costa Portuges.

zeszytmojTymczasem owa pierwsza pielgrzymka została spisana nadzwyczaj strzępiaście. Kilka wpisów, ostro ocenzurowanych przeze mnie samą, przetłumaczyłam na niemiecki i opublikowałam na blogu Halka (Halka-PL), kilka urywków po polsku ukazało się na blogu “Kura…” no i było opowiadanie pod tym tytułem. Do nich wrócę w odpowiednim czasie, bo są, łagodnie mówiąc, poplątane chronologicznie. A tymczasem spiszę tu, po siedmiu latach, po prostu zapiski z drogi.

Czyli, jeśli w najbliższych tygodniach pojawi się tu Santiago de Compostela, wiedzcie, że Mazury tak nas pochłonęły, Eddę i mnie, że nie było czasu, żeby pisać na bieżąco.

Albo nawaliło łącze z internetem.

Uściski

Wasza Ewa (Edda przesyła ukłony)

PS. Zdjęcia zeszytów. Na samej górze zeszyty na biurku. A potem z góry na dół: zeszyt Babci, zeszyt Mamy, mój zeszyt szkolny i moje zeszyty z pielgrzymki.

Nikko. Nemuri neko

Powsinoga i koty

Powsinoga przygotowała tu już kiedyś wpis-pies-napis, dziś jej wpis o kotach.

Obejrzałam zdjęcia z Nikko, zanurzyłam się w tamtej atmosferze i usiadłam do napisania “paru słów” o  Nemuri neko.

Problem w tym, że jak sobie przejrzałam wszystkie materiały na temat śpiącego kota i jego twórcy, to najtrudniejszą rzeczą stało się ograniczenie pisania do kilku słów.

Chce się gadać o samym Nikko, i o kompleksie świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa, i o bardzo prostym, sympatycznym kocie, dziwnym na tle szaleńczo stylizowanej – z wpływami chińskimi – sztuki tamtego okresu, i o niezwykłym artyście Hidari Jingoro, miłośniku kotów, który postanowił rzeźbić je “jak żywe”, czym zmienił w Japonii stylistykę portretowania zwierząt…

***

Wśród kotów w sztuce jest jeden, z którym spotkałam się oko w oko, tyle tylko, że on miał oczy zamknięte. Bo to jest „śpiący kot”, czyli „Nemuri neko”.

Spotkanie miało miejsce w ogromnym zespole świątyń i mauzoleów szogunów rodu Tokugawa w Nikko – pięknym, starym, pełnym zabytków japońskim mieście, do którego trafiłam bardzo prozaicznie – z wycieczką.

Mauzolea szogunów, razem z całym kompleksem powstałych wokół nich sakralnych budynków, mają wyjątkowo bogaty wystrój – były przecież finansowane przez kolejnych szogunów, praktycznie rządzących Japonią w okresie Edo. Ornamentyka wykazująca silne wpływy chińskie, kapiąca od złoceń, jest pełna postaci zwierząt tak mocno stylizowanych, że czasem trudnych do rozpoznania. Chłonęłam tę masę wrażeń, ale czułam się już nieco zmęczona obcą sobie stylistyką tego miejsca. W pewnym momencie zobaczyłam grupę turystów wpatrzonych w małą, dość niepozorną rzeźbę na bramie prowadzącej do kolejnej świątyni. Tam, otoczony kwiatami – złoconymi, jak wszystko dookoła – spał zwinięty w kłębek łaciaty, czarno-biały, zwyczajny kot. Miło zaskoczona jego prostotą, przyjrzałam mu się z wielką sympatią, zrobiłam mu kilka zdjęć i ruszyłam dalej.

Dopiero po powrocie z wycieczki, porządkując wrażenia, fotografie, pamiątki i broszury informacyjne, zaczęłam dowiadywać się więcej na temat kota, który potrafi tak spokojnie i ufnie spać od stuleci w otaczającym go artystycznym zgiełku. Jest to słynny, wręcz legendarny Nemuri neko, co znaczy dosłownie „śpiący kot”. Jego autorem jest enigmatyczny rzeźbiarz, malarz i architekt Hidari Jingoro, w którego rzeczywistą tożsamość niektórzy historycy powątpiewają.

Według Wikipedii – Jingoro działał we wczesnym Edo (około 1596-1644), kochał koty i bardzo chciał je rzeźbić „jak żywe”, bez stylizacji. Poświęcił wiele miesięcy na naukę rzeźbienia w drewnie, jako modele wybierając koty – różnych kształtów, w różnych pozach, ale zawsze jak najbardziej zbliżone do rzeczywistego wyglądu. Twórczość Jingoro wpłynęła na powstanie nowego, zbliżonego do realizmu, stylu portretowania zwierząt w japońskiej sztuce, a Nemuri neko jest uznany za japoński skarb narodowy.


ToshoguTempel Nikko Nemuri neko nad brama

Wejście do świątyni Toshogu w Nikko. Nemuri neko nad bramą. Rzeźba kota to “jeden z największych skarbów Japonii”.

Nikko.Nemuri nekoZbliżenie, a poniżej trzy małpki, w tej samej, powściągliwej stylistyce co nemuri neko – nic dziwnego, bo i je wykonał Hidari Jingoro.

Nikko-monkeysthreeKoty na wystawach sklepowych. Jest ich w Nikko bardzo dużo. Na samym dole żywy kot, jedyny, który nie spał.

Nikko koty w sklepie5862.Nikko kot
Nikko kot zywyA ja dodam jeszcze, że żywy kot stąpa po złotych liściach miłorzębu japońskiego.

Na zakończenie zdjęcie, które znalazłam na Facebooku – nie ma na nim kotów, ale jest Japonia – Kitakyūshū – i kwitnące krzaki wisterii. Była tam też informacja, że zdjęcie to dostało 43.834 lajków (dane z piątku, 2 maja, o 4.11 rano)! Czujecie powiew grozy? Bo ja tak.

wisteriahttps://www.facebook.com/greenrenaissance

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

In Sarmatien

Tak się nazywa ten film. W Sarmacji. Pokazano go w ubiegłym roku na festiwalu filmów dokumentalnych w Dreźnie. Od dziś wchodzi do kin niemieckich.
So hieß der Film: In Sarmatien. Wurde auf dem Dokumentar Film Festival in Dresden im letzten Jahr gezeigt. Ab heute kommt er in Kinos.

***

Der Titel des Filmes vebindet ihn mit dem Gedichtband von Johannes Bobrowski – Sarmatische Zeit aus dem Jahre 1961.
Das Motto des Filmes ist ein Zitat aus Novalis: Alle Erinnerung ist Gegenwart.
Motto filmu zostało zaczerpnięte z Novalisa: Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością.

***
Originaltitel / Tytuł oryginalny: In Sarmatien Foto1199
Land / Kraj: Deutschland
Jahr / Rok: 2013
Sprache / Język: deutsch, rumänisch, russisch, ukrainisch (niemiecki, rumuński, rosyjski, ukraiński)
Untertitel / Podpisy: deutsche, englische (niemieckie, angielskie)
Laufzeit / Czas: 120 Minuten
Regisseur / Reżyser: Volker Koepp
Musik / Muzyka: Rainer Böhm
Kamera / Operator: Thomas Plenert

***

Foto1200Dla Polaków Sarmaci to przedstawiciele kultury sarmackiej czyli szlacheckiej kultury polskiej w okresie między Renesansem a upadkiem Rzeczpospolitej. Dlatego pozwoliłam sobie przypomnieć tu zaczerpnięty z Wikipedii opis geograficznej Sarmacji, bo o nią w tym filmie chodzi.

Sarmacja to pojęcie geograficzne pierwszy raz użyte w starożytności przez geografa aleksandryjskiego Klaudiusza Ptolemeusza. Kraj na krawędzi Europy, od Morza Czarnego i Kaspijskiego ku północy do Zatoki Wenedzkiej (Wenedyjskiej) nad Oceanem Sarmackim, dokąd wpadała rzeka Vistula, Chron, Rudon, Turunt i Chesin. Zachodnią granicą Sarmcji była Wisła, wschodnią – Don.
Informacje te powtórzył i poprawił Maciej Miechowita w swym Traktacie o dwóch Sarmacjach z 1517 r.

Foto1201Film Koeppa to spotkania z ludźmi zamieszkującymi Sarmację, które zostały nakręcone, gdy Sarmacja, pozornie, była jeszcze szczęśliwą krainą zamieszkaną przez szczęśliwych ludzi. Gdy jeszcze nikt nie musiał wiedzieć, kto to jest Janukowicz, ani co to znaczy majdan. Dziś, niespełna rok później, po odrzuceniu przez Janukowicza opcji europejskiej, po trzech miesiącach pokojowych protestów na Majdanie w Kijowie, po krwawych walkach, rozejmie i wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę, nikt nie wie, jak się rozwinie sytuacja i jak tu będzie w przyszłości wyglądalo. Możliwe, że Koepp nakręcił ostatni “przedwojenny” film o Ukrainie.

***

Foto1202Auf der Festiwalseite schreibt Ralph Eue über den Film:

Es gibt zwei gegensätzliche Arten, Sarmatien zu beschreiben: als eine Gegend am Rande der bekannten Welt – so sahen es die alten Griechen –, oder als jenen Teil Europas, wo sich das einst sorgfältig vermessene geografische Zentrum des Kontinents befindet. Im Register des aktuellen „Diercke Weltatlas“ wird man Sarmatien indes vergeblich suchen, als Verwaltungseinheit ist es inexistent, und auch Google Maps vermag kein Stück weiterzuhelfen. Dennoch ist Sarmatien kein Hirngespinst.
Für seinen neuen Film ist Volker Koepp dorthin aufgebrochen und lässt uns mit großzügiger Geste teilhaben an seinen Eindrücken und Begegnungen in einer ebenso unbekannten wie eigentlich nahegelegenen Region zwischen Litauen und Weißrussland, zwischen der Ukraine und Polen, welche im Norden an die Ostsee grenzt und im Süden ans Schwarze Meer. Seit langem, mindestens seit 1972, als er „Grüße aus Sarmatien für den Dichter Johannes Bobrowski“ drehte, ist die historische Landschaft in seinem Werk immer wieder präsent. Ähnlich wie Bobrowski sieht auch Volker Koepp hier „jenes Traumland, in dem sämtliche Völker und Religionen ihren Platz fänden, wenn nicht die Geschichte alles eins ums andere Mal umgepflügt hätte“. Die Verwerfungen, die das hinterlassen hat, auch und gerade in den Menschen, die dort leben, und wie diese Menschen trotz allem von innen heraus strahlen, das ist hier aufs Schönste zu erfahren.

***

Z filmu zapisałam kilka zdań i sytuacji, które zwróciły moją uwagę. Aus dem Film habe ich ein paar Sätze und Situationen notiert, die meine Aufmerksamkeit weckten.

Ukraina

Ukraina wird sich (an die EU) angliedern, da lernen alle Deutsch.
Ukraina włączy się (do EU), wszyscy uczą się więc niemieckiego.

Wir haben immer die Hoffnung, dass wir näher an Europa kommen.
Wszyscy mamy nadzieję, że zbliżymy się do Europy.

65 % der Jugend möchte Ukraina verlassen.
65% młodzieży chce wyjechać z Ukrainy.

Wir sollen nach Europa, aber es wird nichts daraus werden.
Mamy wejść do Europy, ale z tego nic nie będzie.

Der Druck seitens Russland ist zu groß, man kann nicht atmen.
Presja Rosji jest zbyt mocna, nie można oddychać.

Moldavien / Mołdawia

Moderne Zeit vernichtet schlimmer als Türken und Russen.
Współczesne czasy niszczą gorzej niż Turcy i Rosjanie.

Eigentlich hat sich Europa von uns getrennt.
Europa się od nas właściwie odwróciła.

Königsberg / Królewiec

Schwere Zeiten bringen Menschen dazu, über das Leben nachzudenken.
Ciężkie czasy sprawiają, że ludzie zaczynają się zastanawiać nad życiem.

Es muss besser werden, sonst muss man das Land verlassen, und das möchte ich nicht.
Musi być lepiej, inaczej musielibyśmy wyjechać, a tego nie chcę.

Und am Ende des Filmes, schon nach dem Abspann, sagt Herr Zwilling – der Pessimist aus dem Film “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” desselben Regisseurs Volker Koepp: Es wird alles gut werden.
Na zakończenie, już po końcowych napisach, pan Zwilling, pesymista z filmu tegoż reżysera “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” mówi: Wszystko będzie dobrze.

Dass es so sein wird.
Oby.

O pewnym wyjeździe do Goslar

Posypaliście głowy popiołem?

Ewa Maria Slaska

Napomknęłam o tym wyjeździe we wprowadzeniu do wpisu Krysi Koziewicz, co wywołało komentarze Lecha Milewskiego, które zaowocowały najpierw jego wpisem, a teraz moim. Kto by pomyślał, że tyle można napisać o Goslar, maleńkim miasteczku w Niemczech. Zastanawiam się, że może jest ono, na podobieństwo Wrzeszcza, dzielnicy Gdańska, jak u Grassa, symbolicznym światem całym, a może nawet Wszechświatem. Było sobie kiedyś miasto, które obok przedmieść Orunia, Siedlce, Oliwa, Emaus, Pruszcz, Święty Wojciech, Młyńska i Nowy Port miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu.

Wydarzyło się więc w Goslar, że:

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Był rok 1986.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała Krysia Koziewicz.

Pojechaliśmy, bo na ulotce reklamowej była mowa o obiedzie za darmo i prezentach, ale było też piękne zdjęcie domków zbudowanych, jak to w Polsce mawiamy – z pruskiego muru. Mur nie jest pruski, a oficjalnie budownictwo takie nazywa się w Polsce “ryglówka”, ale bogdajże!, każdy wie, że to pruski mur. W Gdańsku za komuny mieliśmy jeden taki domek.

Radunia_25

Winiarnia Vinifera w Gdańsku, na drugim planie kościół św. Katarzyny.

W Goslar są ich całe masy. Myślałam wtedy, że to coś nadzwyczaj specjalnego, jakieś takie niemieckie Carcassone, tyle że z ryglówką i dopiero wiele lat potem dowiedziałam się, że takich miasteczek w Niemczech są setki… Ale o tym potem, na razie po raz pierwszy wyjeżdżamy z Berlina i jedziemy do Goslar.

quer_tourismus2

Przyjechaliśmy do Berlina przed rokiem, ale przez ten rok widzieliśmy tylko Berlin. Czekaliśmy na azyl i nie mieliśmy prawa opuścić miejsca zamieszkania. Ci którzy mieszkali w Niemczech też podlegali takim restrykcjom, ale w końcu nikt nie musiał się dowiedzieć, że wyjechali na dwa dni z Bamberga do Bayreuth. Natomiast azylant z Berlina nie mógł pojechać do Bamberga (podobnie zresztą jak do Bromberga), bo po drodze było NRD i kontrola dokumentów przeprowadzana przez oba państwa niemieckie. A to, co posiadał azylant, nie przeszłoby ani przez kontrolę zachodnią, ani wschodnią.

Gdy więc ruszyliśmy o świcie na miejsce zbiórki, byłam dosłownie w euforii. Zdziwiło mnie wprawdzie, że czekają na nas aż dwa wielkie, piętrowe autobusy i że wszyscy pasażerowie są starzy. Mąż i syn strasznie wydziwiali, ale mnie to nie ruszało. Była ładna pogoda, późna wiosna, wszędzie kwitły maki i rzepaki, na końcu drogi czekało czarodziejskie miasto Goslar, jechaliśmy!

Dojechaliśmy i wepchnięto nas natychmiast do jakiejś wielkiej mrocznej jadłodajni. Nie dałabym głowy, czy długie stoły ustawione w trzy wielkie litery U, nie były przykryte papierem pakowym, ale może był to i biały obrus. Zaserwowano nam obiad, a kelnerka zebrała zamówienie na picie. Wokół nas wszyscy pili piwo, też szok kulturowy, bo dla Polaka z dobrego domu, Polki zresztą też, piwo to napój plebejski, a już na pewno nie pije się go w południe. Zamówiliśmy soczek, herbatę i kawę i to okazało się naszą klęską. Piwo też byłoby klęską, bo naprawdę nie wolno było zamówić nic i to pod karą obowiązkowego uczestnictwa w imprezie, która trwała w sumie pięć godzin. Zjedliśmy, a tymczasem na scenie dorodna seksowna blondyna koło pięćdziesiątki, taka pani bywająca w solariach i siłowniach, ubrana w obcisłe spodnie “w lamparta” oraz dwaj młodzi panowie krzątali się zaaferowani po scenie. Przynosili, odnosili, ustawiali, przesuwali. Było jasne, że będzie jakiś program. Nie mieliśmy ochoty na żaden program, wstaliśmy więc od stołu, żeby pójść pozwiedzać Goslar.

I… O nie! Nie wolno było wyjść bez zapłacenia za napoje, bo tylko obiad był za darmo. Tak zresztą było napisane na ulotce, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że darmowy obiad oznacza jadło bez napoju. Za napoje nie wolno było zapłacić przed końcem imprezy! Nie wolno było wyjść! Zwiedzania Goslar w programie nie było.

Wróciliśmy jak niepyszni do stolika i zaczęło się panopticum sprzedaży elektrycznych kocy i poduszek oraz brodzików z elektrycznie napędzanym masowaniem stóp.  Pani i dwaj panowie, jak się okazało, synowie, uwijali się po scenie, opowiadali, kręcili się jak frygi, dorzucali tu jasiek, a tu ręcznik, budowali jakieś piramidy z pudełek, dodawali coś, ujmowali… Gdy zakończyła się część ogólna, sceniczna, kobieta i synowie jak psy gończe ruszyli na indywidualny połów. Dosiadali się do ludzi i namawiali, grzecznie, ale, rzekłabym, nadzwyczaj agresywnie.

O nie, powiedział mąż, wychodzimy! Zły Slaski jest jak głodny niedźwiedź polarny, nie należy mu wchodzić w drogę. Duży zły Slaski zabrał małego złego Slaskiego i wyszli nie bacząc na protesty obsługi i cerberów, zostawiając mnie jako zakładniczkę, która pod koniec imprezy zapłaci za soczek, herbatę i kawę. Po dwóch godzinach duży zmiłował się nade mną, i wymienił siebie jako żywą tarczę za mnie. Wyszłam do syna, który czekał przed wejściem i powiedział radośnie, że jest tu bardzo miło, jest rynsztok, a w każdym razie strumień wody płynący wzdłuż ulicy, zrobili z tatą łódki z kory i urządzili regaty. Dwadzieścia siedem razy. Z tego tata wygrał dwadzieścia razy. Ale ze mną będzie znacznie łatwiej, jestem w końcu Bogucka a nie Slaska, i rzeczywiście też urządziliśmy regaty dwadzieścia siedem razy, ale tym razem syn wygrał dwadzieścia razy.

Było już ciemno, jak nas wreszcie wszystkich skasowali i wypuścili do autobusów. Pani, panowie i kelnerki pchali naładowane po brzegi wózki, pełne kocy, brodzików i nocników, które przez godzinę upychali w czeluściach bagażników, a w międzyczasie każdy z nas dostał prezent – po sześć kieliszków do białego wina z lanego pseudokryształu, wartość, jak sądzę, 2 marki za komplet.

Poza rynsztokiem i jadłodajnią w pięknym mieście Goslar nie obejrzeliśmy nic. Ale i tak, dzięki duchowi bojowemu Slaskich, byliśmy lepsi niż reszta uczestników wycieczki, bo oni, biedacy, nawet rynsztoku nie obejrzeli.

W kilka lat później, gdy pisaliśmy z Martinem Ryzinskim książkę Jak podróżować po Niemczech, ponownie dotarłam do Goslar. To rzeczywiście piękne stare miasto, o pięknej i chlubnej historii, owianej mitem cesarstwa i srebra. Bardzo mi się podobało, ale nie aż tak, jak wtedy spodobało mi się czarodziejskie zdjęcie czarodziejskiego miasta Goslar na zaczarowanej ulotce. Martin był miłośnikiem małych niemieckich miasteczek i w międzyczasie widziałam ich już kilkaset. Wszystkie są takie same, odmalowane, kolorowe, ozdobione jak bombonierki, niektóre rzymskie, inne cesarskie, książęce i królewskie, inne biskupie, jeszcze inne uniwersyteckie, miasteczka dobrych niemieckich produktów, wspaniałych niemieckich piw i znakomitych średniowiecznych rzeźbiarzy. W Niemczech są 2062 miasta, z tego kilkanaście jest dużych i wielkich, a reszta to małe miasteczka. Proszę, lista jest TU. 320px-LohmuehleTU natomiast przeczytać można obszerny wpis z polskojęzycznej Wikipedii na temat Goslar. Tak obszerny, że nie warto nic dodawać. Wikipedia wymienia wszystkie warte obejrzenia obiekty w miasteczku, nawet jeden z miejskich rynsztoków – tzw. Lohmühle – choć akurat nie ten, nad którym mój syn spędził swój pierwszy dzień w Niemczech Zachodnich.

Na zakończenie zimy i tłusty czwartek

W Berlinie już wiosna, kwiaty kwitną, ptaki śpiewają, koty wrzeszczą. Mimo to… W sprawie pytania, wiosna to już, czy zima jeszcze pozwolę sobie przytoczyć rozmowę z wnukiem, która jest majstersztykiem erystyki.

Dziecię: kupa śniegu, zima!
Ja: kwiatki kwitną, wiosna!
Dziecię: lód na rzece, zima!
Ja: niedźwiedzie się obudziły, wiosna!
Dziecię: zimno, zima!

Ma dziecię rację, niestety.

Ale przecież się kończy. No kończy się, mówię! Dziś tłusty czwartek.

Na zakończenie zimy przytoczę tu więc maila, którego dostałam już jakiś czas temu – zima była wtedy w pełni – ale wciąż pojawiały się jakieś pilniejsze sprawy, a doprawdy to najwyższa pora, żeby go opublikować.

R.D.

Hallo,
urlop, urlop i po urlopie, a teraz kilka z niego reminiscencji.
Po raz 28 bylismy na nartach w Nauders, w małej wiosce/miasteczku w Austrii, w trójkącie Austria, Włochy, Szwajcaria. Mieszka tam 1.500 osób i mają 5 kościołów oraz jedną murowaną kapliczkę. Z tych kościołów, najstarszy jest nieustająco zamknięty, gdyż restauruje się tam nieustająco zabytkowe polichromie.

Jak zawsze będąc w Nuders odbywamy tam nasze tradycyjne rytuały.

SAMSUNG CAMERA PICTURESPo pierwsze – odwiedzamy zawsze nasz ulubiony kościółek (panoramiczne zdjęcia o kącie widzenia 220 stopni), w którym może się pomieścić aż 12 osób.

SAMSUNG CAMERA PICTURESWystawiony w nim na ołtarzu stary obraz, przedstawia Marię ze zmarłym Jezusem.

25 marca 1799 roku, podczas wojny francuskiej, jeden z żołnierzy przebił bagnetem policzek Marii (skąd my to znamy?). Maryja skierowała oczy ku niebu, a z oczu popłynęły jej łzy. W odpowiedzi Bóg spowodował, iż Francuzi zostali z Nauders wyparci. G. zapalała w tym kościółku zawsze jeden znicz (kiedyś 5 szylingów, a teraz 0,50 €), a w tym roku wznieciła aż dwa, jeden za żyjących a drugi za zmarłych (w 2013 roku zmarły dwie bliskie nam osoby oraz dwoje krewnych). Ja, ateista, zawsze wprawiam w ruch mały dzwon umocowany w małej dzwonnicy.

Mój znajomy z czasów “partyzanckich” w latach 197-1979, katolicki ksiądz, twierdzi, iż dzwonienie dzwonami kościelnymi jest też modlitwą (!). No i w ten sposób i ja staję się agnostykiem.

Po drugie – odwiedzamy murowaną kapliczkę postawioną w miejscu, gdzie w 1308 roku zeszła lawina i zabiła trzy osoby. Po raz drugi zdarzyło się to w 1988 roku, ale już bez ofiar w ludziach. Zapalamy tam zawsze jedną świeczkę.

W trzecim pod względem wielkości kościele wystawiona jest zawsze w grudniu i styczniu szopka. Wynika z niej jednoznacznie, iż Jezus byl Austriakiem urodzonym w Nauders. Dowodzi tego panorama szczytów oraz model głównego kościoła w Nauders znajdujące się w tle stajenki.

SAMSUNG CAMERA PICTURESPozwalam sobie przesłac Wam jeszcze panoramiczne zdjęcie z najwyższego punktu na który da się wjechać i zjechać nartami – 2850 m.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŻyczymy wam zdrowia i może się kiedyś spotkamy w Nauders na nartach.

Poezja / Czesław Niemen / Stare Wasiliszki

Nasz Autor, Zbigniew Milewicz, odwiedził w 2012 roku Stare Wasiliszki czyli – Старыя Васілі́шкі – wieś na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie szczuczyńskim, do 1945 w Polsce, w województwie nowogródzkim, powiecie lidzkim. Jest to osada z XV wieku, część miasteczka Wasiliszki, ale odrębna parafia kościoła rzymskokatolickiego. Miejsce urodzin Czesława Niemena, który chodził też do szkoły w Wasiliszkach. Od śmierci artysty – 17 stycznia 2004 roku – toczyły się dyskusje na temat utworzenia jego Muzeum w domu rodzinnym Wydrzyckich. W czerwcu 2009 roku, w czasie spotkania Polsko-Białoruskiej Komisji Konsultacyjnej ds. Dziedzictwa Kulturalnego, ze strony polskiej wyszła inicjatywa, by muzeum powstało w ramach współpracy polsko-białoruskiej, a polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nad powstaniem muzeum objęło patronat. Otwarcie muzeum i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku odbyło się 20 lutego 2011 roku. Wszystkie mądrości zaczerpnięte z Wikipedii – autor napisał o tym miejscu znacznie serdeczniej:

Zbigniew Milewicz

W Starych Wasiliszkach

17 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci Czesława Niemena – Wydrzyckiego, 16 lutego wybitny muzyk ukończyłby 75 lat. Z tej okazji pragnę podzielić się kilkoma zdjęciami, zrobionymi w Starych Wasiliszkach na ziemi grodzieńskiej, gdzie artysta się urodził i mieszkał w młodości. Odwiedziłem tę miejscowość w trakcie kolejnej wyprawy berlińskiej „Oświaty“ na dawne, polskie Kresy Wschodnie, w 2012 roku.

Nieduża, uboga wieś białoruska, zamieszkała niemal w całości przez ludzi z polskimi korzeniami, na ogół już w podeszłym wieku, szczyciła się od roku posiadaniem muzeum ich znanego ziomka, którym był dom rodzinny Wydrzyckich. W nim proste sprzęty gospodarskie, parę osobistych rzeczy młodego Czesia, rodzinne zdjęcia i największy niegdyś rodzinny skarb – lampowe radio z magicznym okiem. Rozmawialiśmy z mieszkańcami wsi o Czesławie, jego rodzicach i siostrze Jadwidze, wspominali ich serdecznie, byli jednymi z nich. Mama Anna była z domu Markiewicz, ojciec Antoni uchodził za świetnego rzemieślnika, zajmował się między innymi strojeniem fortepianów i naprawą zegarów. Czesław śpiewał w szkolnym zespole, udzielał się jako organista w kościele św. Piotra i Pawła, w rodzinnej miejscowości, później zdał egzamin do szkoły muzycznej w Grodnie. Na szkolnych występach grał na bajanie, guzikowym, rosyjskim akordeonie, ale za wagarowanie na zajęciach, po roku edukacja się skończyła. W 1958 r., w ramach ostatniej fali masowych wysiedleń Polaków z Kresów Wschodnich, rodzina Wydrzyckich wyjechała do PRL. W Starych Wasiliszkach został ich dom.

Urodziny Zosi 227  Urodziny Zosi 239Urodziny Zosi 228Urodziny Zosi 231 Urodziny Zosi 233 Urodziny Zosi 234 Urodziny Zosi 235 Urodziny Zosi 236 Urodziny Zosi 237 Urodziny Zosi 238Urodziny Zosi 244  Urodziny Zosi 240 Urodziny Zosi 241 Urodziny Zosi 242 Urodziny Zosi 243***
A ja, żeby niedzielnej tradycji stało się zadość, dodam tu jedną z rosyjskojęzycznych piosenek Niemena, najbardziej chyba znaną – czyli Bradiagę (Бродяга). Na teksty w różnych językach tym razem nie starczyło miejsca.