Merry Christmas

Były święta. Jeśli zdążyliście już zapomnieć, to Zbychu przypomina.
Piękna opowieść, chciałoby się samemu też tam dotrzeć na ten
merrychristmasandahappynewyear

Zbigniew Milewicz

NY z głowy

Znowu poniosło mnie za ocean, drugi wnuk mi się tam urodził, więc poleciałem zobaczyć, czy podobny do dziadka. Pierwszy – Kanadyjczyk, drugi – obywatel USA, może kiedyś i Chińczyka będę miał w rodzinie. Familia mieszka teraz w Nowym Jorku, na południowym Brooklynie, kilkadziesiąt metrów od nabrzeża cieśniny East River. Z okien mieszkania widać Statuę Wolności, po drugiej stronie wody Dolny Manhattan z jego słynnymi drapaczami chmur, za nimi Hudson, który opływa wyspę od zachodu. To miasto w dużej mierze jest wyspiarskie, co ma znaczący wpływ na jego gęstość zaludnienia (10636 osób na km. kw.), poza Manhattanem ma jeszcze Staten Island i Long Island. Na długiej wyspie leży Brooklyn, Williamsburg, Green Point i Queens.

NY2015-2016 (1)

Samoloty rosyjskiego Aeroflotu odprawia się na amerykańskim lotnisku jak nabardziej “nierestrykcyjnie”

Przylatuję na lotnisko J.F. Kennedy`ego dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. W hali odpraw paszportowych tłum pasażerów w ślimaczym tempie drepcze w stronę bramek, przy których służby graniczne bez pośpiechu sprawdzają dokumenty, odciski palców, fotografują ludziom źrenice i zadają standardowe pytania, w stylu: po co, do kogo i na jak dugo przyjechali? Wyruszyłem w tę podróż ze Stuttgartu, w Paryżu była przesiadka, nieco zamieszania (przez roztargnienie jednego z porządkowych dostałem się do niewłaściwego terminalu, ale przecież zdążyłem na czas na swój boarding) i ze względów bezpieczeństwa, szczególnie skrupulatna odprawa pasażerów. Skutkiem tego wystartowaliśmy do NY z godzinnym opóźnieniem. Urocze stewardessy Air France wykąpały nas za to później w znakomitym bordeaux i taaaką miały klasę, że znowu bym poleciał ich liniami. Po trzech godzinach czekania na odprawę paszportową w hali nowojorskiego lotniska, pozbawionej najprostszych wynalazków cywilizacji, takich, jak sanitariaty i wentylacja, usłyszałem wreszcie: welcome.

Nowy Jork powitał mnie parnym oddechem, 16 stopniami C i butelką wody mineralnej, którą starszy syn wręczył mi na powitanie. Do jego domu mieliśmy teoretycznie około 40 minut jazdy samochodem, ale wielu nowojorczyków właśnie kończyło pracę i przyszło nam przemieszczać się w korkach, co miało ten plus, że dotarliśmy w sam raz na kolację.

NY2015-2016 (4)No i co, nie podobny do dziadka?

Dom był pełen ludzi, poza gospodarzami z dwójką synów, gościli już teściowie oraz szwagier syna i nazajutrz, do wigilijnego stołu zasiedliśmy w ósemkę, choć najmłodszy Leo nie dosłownie. Polskiej tradycji stało się zadość i w czytaniu Pisma, i w łamaniu opłatkiem, i w potrawach. Kto chciał i mógł, pojechał później na Pasterkę do pobliskiego, polskiego kościoła, p.w. św. Kazimierza. Wyszedłem z niej trochę rozczarowany słabą oprawą muzyczną i apatycznością wiernych. Później świętowaliśmy suto, nadmiar kalorii tracąc w spacerach ze starszym wnukiem Gabrielem wzdłuż East River, w stronę Mostu Brooklyńskiego. W poświąteczną niedzielę odwiedziłem w Queens przyjaciela z lat studenckich, Adasia Sówkę.

Ostatni raz widzieliśmy się dwa lata temu i teraz jakby trochę zmarniał. Ula, jego żona trzyma dalej dzielnie fason, po dawnemu pracuje w branży hotelowej, gdzie odpowiada za serwis pokojowych, a Adaś już dwudziesty piąty rok na azbestach. Walczy o odszkodowanie za World Trade Center, gdzie porządkował gruzowiska, ale ciężko to idzie. Schorzeń ortopedycznych nie uznają, podobnie, jak kardiologicznych, a płuca ma, o dziwo, czyste. Stwierdzono tylko, że w 50 procentach obarczony jest depresją, co może mieć związek z wydarzeniami 11 września. W związku z tym posłano go na badania psychologiczne, które zdał na piątkę z plusem. Pani psycholog pogratulowała mu wyników i retorycznie zapytała, jak by one wypadły, gdyby nie cierpiał na depresję? Wtedy może okazałoby się, że jestem drugim Einsteinem – odparł pogodnie Adaś. Za to poczucie humoru go lubię.

W domu syna wiele rozprawia się o interesach, o giełdzie, na czym kompletnie się nie znam. Dlatego wolę sobie jeździć metrem po Nowym Jorku, zwiedzać znane mi już miejsca, które lubię, na przykład Małą Odessę na Brighton Beach oraz te nowe, znane słabo, lub tylko ze słyszenia. Pomaga mi w tym stronka internetowa, pt. Free Tours by Foot, oferująca piesze zwiedzanie miasta i jego osobliwości, w zamian za wolne datki dla przewodników. Jest ona aktywna w wielu miejscach USA a także Europy, m.in. w Berlinie. Wystarczy wysłać maila, potwierdzić uczestnictwo i dotrzeć pod wskazany adres.

NY2015-2016(7)

Mar ze swoją grupą w Bushwick

Zaczynam od Bushwicku na Brooklynie, dzielnicy znanej z fantazyjnych graffiti, murali, street artu. Malowidła zdobią ściany miejscowych kamienic, opuszczonych lub nadal czynnych fabryk, barów i kafejek, ożywiając cokolwiek surowe oblicze tej dzielnicy. To najwspanialsze miejsce na świecie – przekonuje Mar, nasz przewodnik – niekonwencjonalne, trochę zwariowane. Grupa liczy około dwudziestu turystów, z Europy, Japonii, Ameryki Łacińskiej, Chicago i Nowego Jorku. Niestety mój angielski nie pozwala wszystkiego zrozumieć z tego, co mówi Mar. Pocieszam się, że jestem tutaj głównie dla sztuki, a tej nie trzeba definiować, wystarczy, że się podoba, że się ją przeżywa. Autorami graffiti są znani, ale i początkujący artyści, w większości bardzo młodzi. Ich prace świadczą przede wszystkim o kreatywności, jest w nich bunt przeciw społecznym i politycznym stereotypom, liryka, ironia, nie dostrzegam rażących obsceniczności. Przypomina mi się berliński Prenzlauer Berg i dzielnica Mitte z ich muralami i sztuką uliczną. Bushwick zasiedlają głównie latynosi, dumni ze swoich korzeni, pod domami powiewają ich narodowe flagi. Od pewnego czasu dzielnica jest modna także w zamożnych kręgach, bogatą klientelę przyciągają coraz to nowe galerie, bary i restauracje ze smaczną, latynoską kuchnią. Później kupują sobie np. poddasze w którejś z kamienic, odpowiednio je urządzają i zamieszkują. Dzielnica na tym oczywiście tylko zyskuje.

NY2015-2016 (6)

Williamsburg, w drodze do synagogi

Skład etniczny pobliskiego Williamsburga jest mieszany, ma on trochę mieszkańców z niemieckimi korzeniami, latynosów, Włochów, Polaków, Afroamerykanów, ale najwyraźniej widać ortodoksyjnych Żydów, zwłaszcza w Szabas. Drugi dzień świąt wypada akurat w sobotę, więc jedziemy wraz z synem i jego teściem na wycieczkę do Williamsburga. Jest pewnie pora nabożeństwa w synagodze, gdyż na ulicach widać odświętnie ubranych mężczyzn, w czarnych chałatach i kapeluszach, albo okazałych, futrzanych czapkach. Niektórzy zakrywają kark tałesem, którym w czasie modlitwy odzieją głowy, białe koszule i pończochy dopełniają stroju. Kobiet mniej, ubrane są skromnie, na czarno, niektóre w perukach, które uważane są za nakrycie głowy. Oczywiście robię zdjęcia, miejsce mam dobre, obok syna – kierowcy, który prowadzi volwo, no i w pewnym momencie dochodzi między nami do sprzeczki. Dowiaduję się, że jestem tani papparazzi, że w każdej chwili mogę wyjść z samochodu i fotografować sobie kogo chcę na własną odpowiedzialność. Bronię się wolnością mediów, ale syn nie odpuszcza, więc dla świętego spokoju daję za wygraną. Ciekawi mnie, czy chodzi mu o bezinteresowną ochronę danych osobowych naszych starszych braci po wierze, albo też raczej o banalny fakt, że poruszamy się jego służbowym samochodem i ktoś mógłby zapamiętać numery rejestracyjne. Myślę, że ta druga opcja wchodzi w grę, więc nawet go nie pytam.

Green Village, SoHo, Little Italy, Chinatown i Harlem zwiedzam z przewodnikami Free Tours by Foot. Każda dzielnica ma swoją historię i odrębny charakter, w różnym stylu pracują przewodnicy, ale wszyscy z zapałem i sporą dozą humoru. Energiczna, starsza pani, która oprowadza grupę po chińskiej i włoskiej dzielnicy ma po swoich dziadkach polsko-rosyjskie korzenie, spod Białegostoku. Czasami specjalnie dla mnie wtrąca jakieś pojedyncze, polskie słowa. Na jednej z uliczek Chinatown ktoś wskazuje na chodnik, zalecając ostrożność przed psią miną przeciwpiechotną; pani przewodnik zwraca się do mnie i mówi: gówno, tak? Sure – potwierdzam.

Na każdej wędrówce są Australijczycy, czasami stanowią nawet połowę składu grupy. Na ogół sympatyczni, kontaktowi, skorzy do śmiechu. Wiekowo przeważa młodzież. Harlem jest nie tylko z buta, główna atrakcja to koncert muzyki Gospel, w National Black Theatre. Jest to arcyciekawe, bardzo energetyczne przeżycie artystyczne, które ekstra odpowiednio honorujemy. Przewodnicy nie mają z góry ustalonych stawek, wynagradzamy ich trud indywidualnie, na zasadzie co łaska, ale dać poniżej dziesięciu dolarów nie wypada.

NY2015-2016 (5)

25 Grudnia 2015, grillowanie nad East River

Podobnie, jak w Europie, w dzień na nowojorskich ulicach szaro. Po Nowym Roku temperatura spada do 4-5 stopni, w nocy lekki przymrozek, ale na śnieg się nie zanosi. Można go zobaczyć na kolorowych reklamach w dzień i w nocy rozświetlonego Times Square, pod napisem Happy Holiday. Amerykańskie Boże Narodzenie w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie świeckie i komercyjne, Merry Christmas funkcjonuje tylko w kościołach i prywatnie, w niektórych, chrześcijańskich domach. Na ulicy obcy sobie ludzie życzą sobie więc zwyczajnie wesołych świąt, bez akcentowania, z jakiego powodu znajdują się one w kalendarzu. W amerykańskiej tradycji świątecznej nie istnieje coś takiego, jak polska Wigilia. Kolację poprzedzającą Boże Narodzenie spożywa się najczęściej w restauracji. Popularnym napitkiem w tym dniu jest tzw. eggnog, czyli napój z rumu, mleka, cukru i ubitych jaj – czytam w Camp America. Boże Narodzenie trwa w USA tylko jeden dzień, 25 grudnia, następnego dnia idzie się już do pracy. Dlatego ludzie śpieszą się ze świątecznym fetowaniem, ma ono bardzo rodzinny charakter, przemierza się wiele mil, żeby spotkać najbliższych, dać im prezenty, zjeść szynkę, lub indyka i wieczorem ruszyć w powrotną drogę.

NY2015-2016 (2)

Świąteczne Rockefeller Center

Jadę metrem na Rockefeller Center, żeby zobaczyć słynną ślizgawkę i choinkę, tego olbrzyma, pod którym stał Kevin, sam w Nowym Jorku… I rozczarowanie, w Monachium, na Marienplatz, stawiają na Boże Narodzenie dwa razy większe jodły, ale czego nie może kamera; w reklamie i kinematografii Amerykanie są przecież mistrzami.

Sylwestra spędzam z Adasiem na Green Point, w niegdysiejszej, bardzo polskiej dzielnicy. Ulka, jego żona pracuje, więc we dwójkę przemierzamy pryncypialną Bedford Street, która od paru lat jest bardzo modna, za przyczyną świetnie urządzonych barów, jazzowych klubów i dyskotek, do których lgnie klientela. W jednym z lokali pijemy dobrze schłodzony brooklyn beer o smaku jałowca, niewinnie flirtujemy z panienkami przy barze, które mogłyby być naszymi wnuczkami, po czym idziemy na swojski bal.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, przy Metropolitan Avenue od pewnego czasu cienko przędzie, bo ubywa polskich wiernych, więc trzeba ją wesprzeć. Wstęp 120 dolarów od osoby, ruscy na Brighton Beach biorą tyle samo, ale nasza chata z kraja… Adaś pokazuje amerykańską klasę, zapłać połowę, ja dołożę resztę – mówi. I wchodzimy do usytuowanej w podziemiach kościoła sali zabaw. Jest polonez na rozpoczęcie, kapela, która uznaje wyłącznie polskie przeboje, polska szynka, flaki i dobra wódeczka na stole, kumple Adasia od azbestów wraz z żonami, więc szafa gra. Średnia wieku 50-60 lat, my z Adasiem ją trochę zawyżamy, ale cicho sza, dinozaury potrafią się bawić. Księża i rada parafialna siedzą oddzielnie, w takim miejscu, z którego widać całą salę. Są usatysfakcjonowani, sylwestrowy bal przebiega bez większych zakłóceń, dyskretnie nie widzą tych paru gości, którzy zasnęli, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany…

Na zakończenie pobytu w Nowym Jorku funduję sobie nocny rajd przez knajpki, bary i dyskoteki East Village, dzielnicy wyspecjalizowanej w bawieniu gości. Syn uprzedza mnie, że będę pewnie najstarszy w grupie, ale to mi nie przeszkadza. Chcę tylko zobaczyć, jak bawi się światowa młodzież i… jestem pod wrażeniem. Robi to w dobrym stylu, choć wali wódę chyba mocniej, niż moje pokolenie ileś tam lat temu. Chapeaux bas!

NY2015-2016 (3)

Idę z życzeniami do swojego starego kumpla, Donalda…

P.S. W Amsterdamie, przez który wracałem z NY do Monachium, przez roztargnienie zostawiłem notatki z podróży, więc relacja została spisana z głowy, czyli jak to mówią, z niczego.

Obrazki z Iranu 10

Dziś 13 grudnia. Gdy Generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, autora jeszcze nie było na świecie, nie ma więc wspomnień, jakie miały starsze od niego dzieci, które rozpoczęły przyspieszony kurs dorastania od okrzyku: Kto ukradł Teleranek?!!!

Adam Slaski

Wyspa Keszm

15 października

Dojechałem właśnie na Keszm (Qeshm), wyspę na zatoce perskiej. nie ma jeszcze 8, ale jest już bardzo gorąco, szczególnie daje mi się we znaki wysoka wilgotność. Miało być pięknie, a na razie wydaje mi się, że to takie rozpieprzone arabskie miasteczko (w tej części Iranu mieszkają Arabowie).

Aha, powiedziałem już, że w Iranie nikt nie nosi kwefu i masz ci los – w autokarze jedna pani zasłoniła wszystko, ze wyjątkiem oczu. Ale jak już mówiłem – w tych stronach mieszkają Arabowie.

Widziałem też dwie panie w tym, wyglądały jakby wybierały się na bal maskowy, ale ponoć ta batula to jedna z wersji okrycia świętobliwych kobiet.

keszm

Dzisiejszy dzień był pełen zwrotów akcji. Najpierw przyjechałem nocnym autobusem z jakimiś zagadkowymi przesiadkami i nie wiedziałem, o co chodzi. Potem się zastanawiałem, po jakiego grzyba mnie tu przywiało, na tę wyspę zapomnianą przez boga i ludzi, a w końcu spotkałem super fajnych ludzi i miałem fantastyczne popołudnie, a jutro też zapowiada się rewelacyjnie.

keszm2Miasto Keszm na wyspie Keszm budzi mieszane uczucia. Sporo się tam buduje, ale niewiele udało się na razie skończyć. Wygląda jak skrzyżowanie Dubaju z niewiadomo czym.

Spotkałem tu natomiast bardzo miłych ludzi. Na ulicy zaczepiła mnie para, Irańczyk i Niemka, którzy prowadzą tu restaurację. Korzystają też z workaway – serwisu przypominającego nieco couchsurfing, ale w zamian za wikt i opierunek trzeba trochę popracować. Aktualnie pracują dla nich dwaj Francuzi, gdy ich spotkałem malowali akurat płot.

A potem pojechaliśmy wykąpać się w zatoce perskiej.

keszmXyzMorze

Woda cudowna, jak w Cancun.

keszmXyzMorze2

Wysłałem wiadomości do lokalnych couch surferów i spotkałem się z Izadem, przemiłym człowiekiem, młodym biznesmenem, który jest na Keszmie dilerem samochodów. Sam jeździ wielkim terenowym land roverem, pojechaliśmy więc zwiedzać bezdroża Keszmu.

keszmXyzAdam keszmXy keszmX keszm3

Byłem też u Izada w domu. Mieszka nad swoim salonem samochodowym, bardzo stylowo, ma ogromną kolekcję filmów, wczoraj obejrzeliśmy Grawitację. Ponadto Izad gra na sazie (irańskiej lutni) i wczoraj urządził mały koncert. Bardzo pięknie gra.

keszmXyzMorze2-Adam

Jutro rano lecę do Teheranu, tam spędzam dzień i w nocy lecę do Aten. Kolejny dzień spędzam w Atenach i w niedzielę wieczorem (po najdłuższej podróży w życiu) ląduję w Warszawie.

PS 1. Z Aten: w czasie jednej wyprawy widziałem Persepolis o zachodzie słońca i Akropol o brzasku!

PS 2. Z Warszawy: dziękuje wszystkim wiernym czytelnikom!!!

Obrazki z Iranu 9

hidzab3Adam Slaski

Krótki przewodnik po hidżabach

14 października

Gdy Europejczyk myśli o muzułmankach zakrywających włosy, myśli o hidżabie, burce, kwefie itp. Ja sam zawsze je myliłem i nadal mi się to zdarza, więc spróbuję uporządkować te kwestie.

Po pierwsze hidżab to pojęcie z zakresu teologii, nie krawiectwa. Oznacza obowiązek zakrywania ciała, jaki spoczywa na pobożnej muzułmance.

Burka to odzienie zakrywające całe ciało, za wyjątkiem szparki na oczy. Kwef (inaczej nikab) to ta część burki, która zasłania twarz. W Iranie nikt nie nosi burki ani kwefu!

hidzab7   Irańskie dziewczyny noszą chustki, makne lub czador. Czym jest chustka nie będę tłumaczył. Makne (angielska pisownia maqnae lub maghnae, zapisuję po polsku, ale nie odmieniam, jako że wyraz kończy się dźwiękiem, który nie występuje w polszczyźnie) to kaptur z kołnierzem, który opina się pod szyją i zakrywa ramiona. Jest to strój oficjalny, obowiązkowy dla uczennic w szkołach i pracowniczek urzędów państwowych, więc na co dzień widzi się wiele kobiet, które go noszą. Makne jest popularne głównie w Iranie, ale nosi się je również w niektórych innych krajach muzułmańskich. Irańskim wynalazkiem jest czador, czyli okrycie w postaci półkola materiału noszonego otwarciem do przodu i sięgającego do ziemi. Czador nie ma rękawów ani zapięcia, kobiety zwykle przytrzymują go ręką pod szyją. Czador jest zawsze czarny, nosi go wiele kobiet, szczególnie tych starszych, ale również nastolatki. Ten rodzaj okrycia ma długą tradycję, bo pochodzi jeszcze z czasów przedmuzułmańskich.

hidzab8-2piony-2Ale hidżab to nie tylko nakrycie głowy. Obowiązkowe są również zakrycie nóg (długie spodnie lub szata do ziemi), długi rękaw i luźny krój, który nie będzie ujawniał kształtów ciała. W praktyce wszystkie Iranki noszą obcisłe dżinsy, widać więc, że poniżej kolan zasady się nie przyjęły. Długie rękawy obowiązują jednak bezwzględnie. Podobnie luźny krój, który zazwyczaj oznacza tunikę lub lekki płaszcz. Powinny one sięgać mniej więcej do kolan. Taki lekki płaszcz, bardzo tu popularny, nosi nazwę manto (z francuskiego manteau – płaszcz). Mimo tego, że manto jest cienkie, mi ten nakaz wydaje się bardzo uciążliwy, bo w Iranie jest przez większą część roku bardzo gorąco i człowiek noszący takie okrycie musi się okropnie grzać. Z drugiej jednak strony dziewczyna w dobrze skrojonym manto wygląda bardzo szykownie.

hidzab8-2pionyJeszcze kilka słów o lakierze do paznokci. Rzuca się w oczy, że w Iranie używa go bardzo niewiele kobiet i można znaleźć w internecie doniesienia o karach i aresztowaniach za pomalowane paznokcie. Jednak mój ekspert stwierdził autorytatywnie, że to bzdura. Islam nie zabrania malowania paznokci, zasady wymagają jedynie, by przed modlitwą dokonać ablucji, a to wiąże się ze zmyciem lakieru. Ale to już sprawa pobożności i szczerości przed bogiem, a nie policji. Zatem niewielka popularność lakieru do paznokci to wyłącznie sprawa mody.

Wróćmy do nakrycia głowy. O ile czador rzeczywiście zakrywa włosy, o tyle z makne i chustką sprawa ma się już bardzo różnie. Zdecydowana większość kobiet odsłania przynajmniej grzywkę. Okazuje się, że makne, które z definicji powinno być strojem bardzo skromnym, można założyć tak, by sporo odkryć. Co dopiero chustka, która często zaczyna się dopiero na szczycie głowy, a wiele dziewczyn posuwa się (o zgrozo!) do tego, że upinają włosy w kok i chustę przyczepiając do tego koku. Taki hidżab stanowi wymówkę wobec stróżów prawa i modny dodatek, ale z pobożnym strojem nie ma nic wspólnego.

hidzab8-2piony-3

Shayan opowiedział mi anegdotę o swojej koleżance, która wyszła za Turka. Porządna dziewczyna zawsze nosiła hidżab, który odsłaniał jedynie grzywkę, ale teściowa, gdy ją zobaczyła, była bardzo skonfundowana. “Zasłaniaj włosy, albo rzuć to w cholerę” – powiedziała, gdyż w Turcji podobnie jak w większości krajów muzułmańskich z hidżabem jest jak z celibatem, czyli nie można przestrzegać go prawie. W Iranie, jak widać, można. Można przestrzegać prawie, można też nie przestrzegać wcale. W górach, powyżej schronisk, dziewczyny chodzą z gołą głową, albo noszą czapkę z daszkiem.

hidzab4

Pisałem już, że widziałem raz lub dwa razy na ulicy dziewczyny bez hidżabu, ale było ciemno, pewnie liczyły, że nikt nie zauważy. Bezpiecznie można też zdjąć hidżab w autokarze, bo te w Iranie zawsze mają zaciągnięte zasłony. Podobno kobiety lubią także odkrywać głowę, gdy prowadzą samochód, ale tego akurat nigdy nie widziałem. Widziałem za to wiele dziewczyn, które zdjęły hidżab na spotkaniu couch surferów. Turystki prawie wszystkie, również kilka Iranek. Zapamiętałem też, że gdy ktoś wyciągnął aparat i zaczął robić zdjęcia, część Iranek założyła chustki z powrotem.

hidzab9-2Zastanawiało mnie, jak uprawia się sport w hidżabie. Sepidar wyjaśniła, że na fitnesie są same dziewczyny, więc nie trzeba nosić hidżabu, a gdy uprawia sport na powietrzu, to zakłada chustkę, ta chustka spada i kobieta się tym nie przejmuje. Dla pobożnych kobiet uprawianie sportu na dworze jest natomiast wykluczone.

Z ciekawostek, widziałem w kawiarni w Teheranie kelnerkę, typową pankówę, z włosami ściętymi na jeża i pofarbowanymi na pomarańczowo. I oczywiście w chuście. W Isfahanie widziałem za to hipsterki w okularach z grubymi oprawkami i w manke.

hidzab9

Jeszcze dwa słowa o męskich strojach. Nie ma tu ścisłych religijnych zasad, ale krótkie spodnie w Iranie nie uchodzą – ubierając się w coś takiego, człowiek zupełnie by się ośmieszył. Nie ma przeciwwskazań dla t-shirtu, ale zdecydowanie częściej widzi się Irańczyków w koszulach. Mało popularne są też sandały, choć nie ma w nich niczego nieodpowiedniego. Typowy Irańczyk nosi więc długie spodnie, koszulę z długim rękawem i buty. Wykluczony jest za to krawat – symbol zepsutego Zachodu!

Teraz najważniejsze pytanie – co ludzie o tym sądzą. Pytałem kilka osób, głównie turystki, ale też miejscowych. Trudno z tych odpowiedzi wyciągnąć średnią, bo były zupełnie różne. Pragmatyczne: zupełnie mi nie przeszkadza i okropieństwo, nie da się w tym wytrzymać. Ideologiczne: Nakaz noszenia hidżabu obraża zarówno mężczyzn, bo sugeruje, że nie są w stanie trzymać na wodzy swoich popędów, jak i kobiety, którym odbiera prawo decydowania za siebie. Nikogo nie zaskoczę, gdy napiszę, że jestem generalnie przeciwny takim ustawowym nakazom, religijnej dyktaturze i tak dalej ple ple ple. Powiem więc, że Iranki w chustach są moim zdaniem niesamowicie seksowne. Modne dziewczyny noszą często mocny makijaż, dobierają chustę do koloru szminki i razem wygląda to bardzo ładnie!

hidzab9-1

I na koniec zdjęcia. Większości ciekawych przypadków nie udało mi się sfotografować, bo niby jak miałbym usprawiedliwić robienie komuś zdjęć na ulicy. Wykorzystałem za to niecnie most Sa-o-se i plac Imama w Isfahanie oraz ogród Eram w Szirazie, by na ich tle robić zdjęcia przechodniom. W Teheranie nie było zabytków, które dawały by mi dobre usprawiedliwienie, więc udokumentowałem głównie modę isfahańską, ale różnice nie są duże. W Jazdzie jest za to zupełnie inaczej – praktycznie wszystkie kobiety noszą czador, w chustkach chodzą jedynie turystki.

Na Zabajkalu

Andrzej Rejman

Banknot na pięć koni.

500_rubli_2 500_rubli_1

Znalazłem w archiwach rodzinnych banknot 500 rublowy z 1912 roku.

Sprawdzam w “Dzienniku podróży Małgorzaty Hrebnickiej”, jaką banknot ten przedstawiał wtedy wartość nabywczą.

Autorka pisze:

20 maja 1913

“…Irtysz wygląda wspaniale. Bardzo szeroki, podobny do Kamy. Most długości 322 sążni. Ten ostatni po przejeździe widać z lewej strony. Z mostu dobrze widać miasto Omsk. Na stacji spotkać można typowych Kirgizów, w niezgrabnych watowanych chałatach, z rękawami niezwykle szerokimi u góry i w wysokich uszatych czapkach ze skóry. Jest tu uralski kiosk, a w nim kupić można najróżniejsze ametysty. Ładna “szczotka” ametystów za 15 rubli…”

30 maja 1913

“….W Mysowoj na stacji zjedliśmy zupę, najęliśmy dorożkę na nasze rzeczy, a sami poszliśmy piechotą do wynajętego mieszkania. Okazało się, że to nie mieszkanie, a raptem wszystkiego jeden pokój. Zatrzymaliśmy się więc tymczasem w hotelu dla urzędników a Mejster za Stachem poszli szukać mieszkania. Wkrótce wrócili z nowiną, że wynajęli za 50 rubli trzy pokoje na lato. ….”

17 czerwca 1913

“…Ławrentij przychodził na pogawędkę. Pytał mnie, czy nie można oddać do szkoły dzieci na kazionny szczot* żeby je karmili i ubierali. Ciężko mu bardzo, ma ich pięcioro. Miał kiedyś konie, które wynajmowała kolej. Kiedy roboty się skończyły sprzedał dwa, a dwa zdechły. Ma kawałek ziemi, ale nie ma pieniędzy ani na konie, ani na chleb, więc nie może zająć się gospodarstwem. Ziarno, które przydziela rząd, w większej części stęchłe. Chciał sprzedać dom, który ma w Mysowsku, ale nikt nie kupuje, bo i tak już dużo stamtąd pouciekało (o czym świadczą domy z zamkniętymi okiennicami), nie mając z czego żyć. Niby miasto, a żadnej fabryki nie ma. Uprawiać ziemi nie opłaca się, bo zboże z powodu surowości Zabajkala źle rodzi. Ławrentij był na wojnie japońskiej. Żonom żołnierzy dawano 500 rubli na życie. (nie wiadomo, czy miesięcznie, czy w dłuższym okresie czasu – przyp. mój AR) Tymczasem jego żona otrzymała tylko sto z czymś. Kiedy Ławrentij wrócił z wojny, zaczął dopominać się o resztę pieniędzy. Kierował prośby do starej cesarzowej, która tym zawiadywała. Ta poleciła rozpatrzeć sprawę gubernatorowi Irkuckiemu. Ten zażądał metryk urodzenia dzieci, świadectwa ślubu Ławrentija i zamilkł. Kiedy Ławrentij znowu posłał podanie do cesarzowej, ta znów odesłała sprawę do gubernatora, który odpowiedział, że od 1906 r. nie wydają więcej tego rodzaju decyzji według okólnika, który wyszedł w tymże roku. Sprawa ta ciągnęła się 8 lat! …”

* z ros – казённый счёт (ros.)na koszt państwa (przyp. mój AR)

Dalej dowiadujemy się, że dobry koń kosztował 100 rubli, a po wykonaniu zadań (ekspedycja geologiczna trwała parę miesięcy) można go było odsprzedać za ok 50 – max 75 rubli.

(Małgorzata Hrebnicka – Dzienniki podróży po Zabajkalu 1913-1914- rękopis, zbiory rodzinne)

Czyli w przedrewolucyjnej Rosji można było, przynajmniej na Zabajkalu kupić za ten banknot co najmniej 5 koni.

Na banknocie napisane jest, że podlega on wymianie bez ograniczeń w Banku Państwowym Rosji na złoto, w proporcji 1 rubel = 1/15 imperiała.

Imperiał w tym czasie to moneta 15 rublowa o wadze 12, 9 grama, próbie 900.

Tak więc, jeśli przed rewolucją w Rosji banknot ten wymieniony zostałby na złoto – dziś monety te – jeśli zostałyby przechowane – miałyby wartość ok 60 tysięcy złotych.

Banknot zaś taki na niemieckim ebayu kosztuje obecnie (2015) od kilku do kilkunastu Euro.

Jeden z (oczywistych zresztą) wniosków jest taki – banknoty mają wartość jedynie przed rewolucjami.

Obrazki z Iranu 8

shirazBAdam Slaski

Sziraz wysycha

13 października

Chodziłem dziś pieszo po mieście i sam widziałem, wyschniętą rzekę, usychający ogród Eram. A ten ogród ma 1600 lat i dotąd jakoś udawało się go zawsze nawodnić, więc jeśli teraz uschnie do reszty, to będzie historyczna porażka. Na zdjęciach ogród nie wygląda tak źle, ale gdy się przyjrzeć glebie – spękana i złakniona wody.

Widziałem też fort Karim Khan. Za tymi potężnymi murami ukryty jest ogród – podoba mi się to, że Irańczycy wiedzą, co warto chronić. Niestety także tego ogrodu nie uchronili przed suszą.

shirazA

shirazcSpotkałem przyszłego irańskiego milionera. Zapytałem człowieka o drogę, okazało się, że on jest Irańczykiem, ale wychowanym w Londynie i nie zna miasta szczególnie dobrze. Zna się za to na biznesie i postanowił rozkręcić w Iranie coś w rodzaju hostel world. Był ciekaw mojej opinii, więc poszliśmy na kawę i przedyskutowaliśmy jego pomysły. Generalnie wiadomo, jaki model biznesowy przyjąć, wystarczy kopiować istniejące pomysły z Zachodu. Dokładnie tak powstały polskie fortuny w latach 90. I nie mam wątpliwości, że ten gość też ma szansę się wybić, przy odrobinie szczęścia oczywiście.

O zachodzie słońca poszedłem do meczetu posłuchać śpiewu muezina i zobaczyć muzułmanów gromadzących się na wieczornej modlitwie. Było to bardzo piękne, słuchałem w skupieniu, aż tu nagle podeszła do mnie rodzina Irańczyków i się zaczęło – where are you from, mister – lachestan good – volleyball, kurek – iran good? widać nie mieli potrzeby wysłuchiwać muezina w skupieniu

Poszedłem na kolację do okienka z zupami. Obok hotelu jest taki punkt, gdzie ustawia się zawsze długa kolejka, a facet nalewa do pojemników pyszną i pożywną zupkę.

shirazZ

Halloween, Thanksgiving…

Halloween dopiero co minął, a już nadchodzi Thanksgiving (jutro!)  – dwa amerykańskie święta, potem będzie niemiecki Adwent, żydowska Chanuka i nasze chrześcijańskie święta z choinką, ale na razie wciąż jeszcze Ameryka

Joanna Trümner

Boston

„Po co im potrzebne moje odciski palców?“ – zastanawiam się, grzecznie dotykając czterema palcami miniaturowego ekranu, „A teraz kciuk” – mówi uśmiechając się do mnie młoda Meksykanka, pracowniczka urzędu emigracji USA, decydująca na lotnisku w Dublinie o tym, czy będę mogła wsiąść do samolotu do Bostonu. Stojący za mną teść, 84 lata, jest zwolniony z tej procedury. „W tym wieku już nie trzeba zostawiać odcisków palców” – informuje uśmiechnięta, sympatyczna Meksykanka, tak jakby chciała przeprosić mnie za to, że tylko osiemdziesięciolatkowie i dzieci nie są potencjalnymi terrorystami.

ameryka-boston

Następny dzień spędzamy na zwiedzaniu Bostonu – jednego z najstarszych miast Stanów. Miasto ma przepiękne, historyczne części – eleganckie, zbudowane z czerwonej cegły domy, pełne przepychu kościoły, pierwszy uniwersytet Ameryki i równocześnie jeden z najbardziej elitarnych uniwersytetów świata – Harvard i duszę metropolii. Niewiele wiem o historii tego miasta, które odegrało tak ważną rolę w walce o niezależność Stanów. Dowiaduję się o Tea Party, masakrze w Bostonie, napływie niechcianych tutaj irlandzkich emigrantów, chodząc po prowadzącej przez historyczną część miasta Ścieżce Wolności (Freedom Trail). Zaskakuje mnie ilość młodych ludzi na ulicach i brak potomków niewolników, którzy po tam, jak w Massachusetts w roku 1793 zniesiono niewolnictwo, masowo uciekali do Bostonu.

Wieloryby

Jesteśmy w Maine, płyniemy statkiem po Atlantyku w poszukiwaniu wielorybów. Pani, sprzedająca nam bilety uprzedza, że morze jest burzliwe. Nie bardzo mogę w to uwierzyć, patrząc na spokojną zatokę. Jednak w miarę pokonywanych mil morskich pogoda staje się coraz bardziej sztormowa. Zatrzymujemy się po prawie dwugodzinnej podróży. Statkiem trzęsie potwornie, rzuca człowiekiem po pokładzie. Ledwie mogę utrzymać się na nogach. W momencie, kiedy przechodzi mi przez głowę myśl, że cały ten rejs to nabijanie turystów w butelkę, w odległości pięciu metrów od statku pojawia się wieloryb, patrzy na nas z zainteresowaniem, dając czas na zrobienie zdjęć i odpływa żegnając się fontanną wody.

Wszyscy pasażerowie gromadzą się na jednej stronie statku – morze jest tak niespokojne, że gdyby teraz ktoś wyleciał za burtę, nie byłoby żadnej szansy na wyciągnięcie go z wody. Moje czarne myśli o tym, że statek z wszystkimi pasażerami zgromadzonymi na jednej stronie pokładu przechyli się i zatonie, przerywa krzyk „na lewo!” W odległości kilku metrów od burty pokazują się grzbiety trzech wielorybów. Zwierzaki opływają dookoła statek i zanurzają się prawie synchronicznie w wodzie machając płetwami – wrażenie jest niesamowite – nigdy w życiu nie zbliżyłam się na taką niewielką odległość do tak wielkich i pełnych majestatu istot.

ameryka-wieloryby

W drodze powrotnej – fale nadal rzucają statkiem niemiłosiernie – udało mi się znaleźć miejsce siedzące na jednym z pokładów. Okropnie cierpię na chorobę morską. Przypomina mi się rada znajomego i koncentruję się na uporczywym wpatrywaniu się w linię horyzontu. Gapię się w tę nieruchomą linię, myśląc o tym, że mimo wszystko był to jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Z dezaprobatą patrzę na trzyosobową rodzinę Chińczyków, która pokonana przez chorobę morską, przespała tą chwilę.

W drodze

Wiele godzin spędzamy w aucie, jeżdżąc po pięciu stanach Nowej Anglii – Massachussets, Maine, New Hampshire, Rhode Island i Vermont – ponad cztery tysiące przejechanych kilometrów i dziesiątki godzin spędzonych na oglądaniu wiosek i miasteczek z okna samochodu. Nie da się opisać kolorów Indian Summer – eksplozji różnych odcieni żółci, czerwieni i brązu i widoku wielkich liliowych pól – to nie wrzosy, to plantacje żurawin.

Przejeżdżamy kilometry nie widząc ani jednego domu przy drodze. Mijamy małe miasteczka z jednym lub dwoma kościołami, wśród których najbogatsze wrażenie sprawiają „Królestwa” świadków Jehowy, i cmentarze z miniaturowymi nagrobkami – przy prawie każdym stoi amerykańska flaga. Zaskakujące jest dla mnie to amerykańskie podejście do państwa, pełne dumy, zaangażowania i braku roszczeń. Na przykład akcja „adopt a highway”, w ramach której poszczególne odcinki autostrady sprzątane są przez kościoły, kluby, firmy, nikt nie czeka na to, że zrobi to państwo. Albo renciści, pracujący społecznie w centrach informacyjnych parków narodowych, z dumą opowiadający o swoim regionie.

Mijamy Berlin, Norway, Poland, Hanover, Paris – domyślam się, że nazwy te nadali pierwsi osadnicy z Europy, chcący uczcić w ten sposób swoje ojczyzny.

Obsługa w centrach informacyjnych jest tak uprzejma, że zapominam o umieszczonym na drzwiach zakazie wnoszenia broni do budynku. Trudno mi jest wyobrazić sobie sympatycznego Boba, którego przodkowie przyjechali zresztą z Polski, czyszczącego giwerę, zanim wyjdzie z domu.

Mjamy tak samotne zakątki, że dopuszczam jednak do siebie myśl, że mieszkańcy takiej np. „Least Travelled Road” („najmniej uczęszczanej ulicy” – autentyczna nazwa ulicy z jednym domem w Maine) zaraz po przebudzeniu się sprawdzają, czy broń jest jeszcze na miejscu.

A jednak miałam kontakt z bronią w Stanach. W przeddzień odlotu byliśmy świadkami strzelaniny w centrum Bostonu. Dotarliśmy tam zaraz po fakcie, kiedy na miejsce przyjechały już trzy samochody policji i dwie karetki pogotowia. Po powrocie do Berlina wstukałam do Googla hasło „strzelanina Boston listopad 2015” i otrzymałam przerażającą informację o tym, że w listopadzie codziennie się tu ktoś strzelał.

Praca

Smutnym widokiem są starsi ludzie, którzy zmuszeni są ciągle jeszcze pracować – nie społecznie, z nudów, jak to robi Bob, tylko z konieczności. Pani, u której płacę za dżinsy, ledwie trafia palcami w klawisze kasy – może mieć 75-80 lat. Starsi smażą frytki i hamburgery, sprzątają hotele, obsługują w restauracjach, sprzedają bilety wstępu do atrakcji turystycznych. Starzy i bardzo młodzi wykonują wszystkie te niewykwalifikowane prace za kilka dolarów. W telewizji słyszę o tym, że bezrobocie w Stanach spadło do 5%, wszędzie można znaleść napisy „Hiring Now” (czyli „szukamy pracowników”) – jeżeli jeszcze tylko stoisz na nogach i wiesz, jak się nazywasz to możesz pracować.

Halloween

Dzisiaj mamy do pokonania 500 kilometrów – najdłuższy etap podczas podróży po Nowej Anglii. Znad Atlantyku w Maine w góry White Mountains w Vermoncie. Na śniadanie zatrzymujemy się w McDonaldsie. O tej porze jest dosyć pusto – przy jednym ze stolików siedzi grupa roześmianych rencistów, omawiających ostatnie szczegóły planowanej na wieczór party. Na jednym z krzeseł stoją dwie plastikowe torby z napisem Wallmart.  Do krzesła podchodzi bezdomny Murzyn, ubrany w czarną koszulkę ze śmiejącą się pomarańczową dynią. „Happy Halloween!” – mówi patrząc na nasze pełne talerze. Zabiera swój cały dobytek i udaje się do toalety.

Tablica informuje mnie o tym, że nasze śniadanie ma 1360 kalorii – czyli ponad połowę dziennego zapotrzebowania na energię. Po przeczytaniu tej informacji przechodzi mi apetyt, odchodzę od stołu zostawiając na nim talerz z naleśnikami „Happy Halloween!” Uśmiecham się do Dyni.

Hallowen prześladuje nas na każdym kroku – nie ma domu, przed którym nie stałaby dynia, niektóre ogródki przed domami zmieniają się w scenę, na której stoją figury zmarłych gwiazd show-biznesu.

ameryka-halloween

Moja córka, pracująca od kilku tygodni w Bostonie, spędza ten dzień w Salem. To niewielkie miasto na północ od Bostonu, znane z polowania na czarownice w latach 1692-1693. Ponad 200 osób oskarżonych zostało o „konszachty z dziabłem”, 20 z nich skazano. Miasto, w którym zresztą przez cały rok zwiedzać można domy czarownic, zmienia się w Halloween w wielką paradę miłośników tego święta. Córka opowiada nam potem o tej wielkiej party, pokazując zdjęcia adwokatów, bankierów, policjantów i nauczycieli poprzebieranych za dynie, Frankensteinów i szkielety.

„Mayflower”

Statek z pierwszymi osadnikami wyruszył z angielskiego Plymouth we wrześniu 1620 roku. Na pokładzie znajdowało się 102 pasażerów, którzy po 66 dniach spędzonych na morzu wylądowali w w Provincetown na Cape Cod. Podczas tej podróży urodziła się dwójka dzieci. Dzisiaj zrekonstruowany statek stoi w Plymouth w stanie New Hampshire. Nie po raz pierwszy zachwycił mnie amerykański sposób przekazywania widzom historii – tu aktorzy poprzebierani w oryginalne stroje z tamtego okresu opowiadają o powodach, dla których zdecydowali się opuścić Anglię, o politycznych konstelacjach w Europie i o podróży do Nowego Świata. Nie bombarduje się słuchaczy datami i nazwiskami, a fakty historyczne przemyca w formie anegdot i ludzkich emocji.

Pierwszą zimę koloniści spędzili na statku, który wrócił do Anglii w kwietniu 1621 roku. Po zejściu na ląd połowa kolonistów zmarła w ciągu roku z głodu i gdyby nie pomoc Indian nikt z pasażerów i załogi „Mayflower” nie przeżyłby kolejnego roku. Z pomocą Wampanoagów koloniści nauczyli się uprawiania ziemi, polowania i łowienia ryb. Pod koniec pierwszego lata spędzonego na lądzie w podziękowaniu Indianom koloniści obchodzili trzydniowy festyn dożynkowy, do dzisiaj obchodzony w USA jako tzw. Thanksgiving.

Nazwiskami pierwszych osadników z „Mayflower” nazwano wiele miast w Nowej Anglii.

Polityka

Wieczorami oglądam telewizję, wiadomości z Europy prawie nie ma, natomiast amerykańska kampania przedwyborcza zajmuje tyle miejsca, że mam wrażenie, że wybory są za miesiąc a nie za rok. Przez przeoczenienie kupuję sobie pasek z serii sygnowanej przez Donalda Trumpa – najbardziej kontrowersyjnego kandydata Republikanów na prezydenta USA, który doprowadza mnie do szału arogancją i szowinizmem. Muszę teraz chodzić z paskiem z podpisem tego durnia – a swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby pani Merkel albo którykolwiek z przywódców krajów Unii sygnował np. buty, spodnie albo kolekcje sukienek swoim podpisem.

American Way of Life

Podczas każdego pobytu w Stanach podziwiałam tą amerykańską umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu i grzeczne, pozytywne, czasami naiwne i dziecięce podejście do ludzi.

Ten luz czasami przybiera absurdalne formy – podczas śniadania w hotelach niejeden z gości siedzi w spodniach od piżamy.

Śniadania podaje się na talerzach z plastiku i je się plastikowymi sztućcami, zakupy pakuje się w sklepach w bezpłatne torby plastikowe – ilość zużywanego plastiku jest niewyobrażalna. W Massachussets zaczęto segregować butelki plastikowe i puszki – poza tym w Nowej Anglii nie istnieje żadna forma sortowania śmieci.

Josh, chłopak, który stuknął w nasze auto, jest przesympatyczny. „Zagapiłem się” – mówi rozbrajająco, informując równocześnie o tym, że jego samochodem nie musimy się przejmować, bo należy do mamusi, która jest na Florydzie. W ciągu dziesięciu minut wiem o nim prawie wszystko. Decydujemy się, że nie będziemy wzywać policji, na naszym samochodzie nie ma nawet śladu tej stłuczki. Na pożegnanie Josh podaje nam swój adres i adres mamusi na Florydzie (na wszelki wypadek) i z pewnym smutkiem mówi o tym, że bardzo chciałby kiedyś zobaczyć Paryż, Londyn i Berlin. Wyślę mu na Święta widokówkę z Berlina.

Obrazki z Iranu 7

Adam Slaski

Stolice Persów

12 października

Poprzedniego dnia wieczorem wycieczka na pustynię, jeżdżenie na wielbłądach, zachód słońca, gwiazdy.

pustynia2 pustyniapustynia3Potem jazda nocnym autokarem do Szirazu. Jechałem niespokojny, bo byłem już wcześniej umówiony na nocleg na couchsurfingu, ale człowiek, który miał mnie gościć, odwołał. Jechałem więc bez zaklepanego noclegu. W autokarze spotkałem Francuzkę, która była w podobnej sytuacji, ale miała adres jakiegoś hostelu. Pojechaliśmy tam i zakwaterowaliśmy się. Następnie zwerbowaliśmy Niemca i jeszcze jednego Francuza i razem udaliśmy się na całodzienną wycieczkę do Pasargad i Persepolis.

przejechacprzezgoryPo drodze przejechaliśmy przez jakieś góry. “Przejechaliśmy przez góry” oznacza coś innego niż w Polsce. My mamy najpierw jakieś pogórze, wzgórze, potem małe górki i dopiero potem zaczynają się góry. W Iranie góry wyrastają wprost z płaskiej jak deska pustyni.

pasagradPasargad to starożytne miasto, z którego jednak niewiele do dziś przetrwało. Odwiedziliśmy grobowce królów.

W końcu, dotarliśmy do Persepolis, gdzie podziwialiśmy zachód słońca. Niestety w międzyczasie wyczerpała się bateria w aparacie, więc po zdjęcia odsyłam do wikipedii. Na przykład to poniżej:

persepolis-wikipediaObie starożytne stolice Persów Pasagard i Persepolis leżą w środku pustyni. Dookoła Persepolis coś jeszcze rośnie, w Pasagardach tylko osty. Zastanawiało nas, czy okolica wyglądała tak samo w czasach Cyrrusa, czy też wszystko się od tego czasu zmieniło.

Choć trzeba przyznać, że zachód słońca był w Persepolis spektakularny. Mogę zrozumieć Cyrrusa, że się tam pobudował.

A teraz jeszcze kilka słów o podróżnikach. W hotelu w Jazdzie spotkałem parę Szwajcarów i małżeństwo z Estonii. Obydwie pary ewidentnie dobrze sytuowane, sporo podróżują. Estończycy np. co roku jadą na narty do innego dziwnego kraju. Byli w Armenii, Uzbekistanie, Mongolii. Szczególnie chwalili Armenię, gdzie narciarstwo nie cieszy się popularnością, a na polecenie poprzedniego prezydenta wybudowano ogromny kurort z licznymi wyciągami. Gdy tam byli, tras było więcej niż narciarzy.

Wspomnieli też, że mają listę 60 krajów, które chcą odwiedzić, ale uznali, że jest trochę za długa, więc spisali także krótką listę – 25 krajów, która należy interpretować jako ich plan na następne 2-3 lata.

Podobnie Szwajcarzy, wymieniali kraje, w których byli. Lista była długa, szczególnie polecali Mjanmę (Birmę).

Dziś rozmawiałem z Francuzką. Jest nauczycielką, ale pracuje w systemie sześć miesięcy lekcji i drugie sześć miesięcy wakacji. W czasie wakacji podróżuje. Przyjechała do Iranu przez Gruzję i Armenię (przeważnie autostopem), dalej wybiera się (również stopem) do Turkmenistanu, Uzbekistanu i Kirgistanu.

O dziwo, mimo, że ma tak dużo czasu, jest w nieustannym pośpiechu. W Szirazie spędza tylko jedną noc, bo musi już pędzić do Kurdystanu na wiejskie wesele. A potem biegiem do Teheranu odebrać turkmeńską wizę i dalej na granicę, bo jest z kimś umówiona.

Gra cieni (4)

Wzruszona moimi cierpieniami jako administratorki Viki pozwoliła mi na przedruk jeszcze jednego odcinka świetnej powieści, której trzy rozdziały już kilka miesięcy temu czytaliśmy (TU, i TU, i TU). Zresztą dodam przy okazji, że nie ona jedna się wzruszyła i po zawodzie doznanym miesiąc temu, dzięki pomocy moich wspaniałych współ-blogowiczów, blog jak wańka wstańka stanął dzielnie na nogi… Dziękuję Wam wszystkim!

Viktoria Korb

Alma Mater

W Jakarcie czekał na mnie wierny Sejnan. Już wiedziałam, że jedzie się prosto z lotniska do biura, aby przeczytać korespondencję, prywatną oraz oficjalną, i w ogóle dowiedzieć się, “co słychać”. Byłam już zaaklimatyzowana fizycznie pomijając zatrucie po zjedzeniu schabu w hotelowej restauracji, na którą namówił mnie ekspert UN PIP z Wiednia.
Po tym incydencie przysięgłam sobie nie tykać wieprzowiny w  krajach muzułmańskich. Za to spokojnie jadałam w przydrożnych warunkach, przekonawszy się, że ważne jest, aby wszystko było solidnie ugotowane, a nie – gdzie się je. Magiczna wiara, że w Hiltonie potrafią wybić nawet w sałatach ameby, ginące tylko od gotowania, przyniosła wielu cudzoziemcom wieczne rozwolnienia.
Upalne, wilgotne powietrze służyło mojej skórze i nie zawracałam sobie głowy chronieniem jej przed słońcem. Głowę miałam bowiem zajętą zupełnie innymi sprawami. Przede wszystkim tym, jak zrozumieć Indonezję!
Lubiłam budynek ONZ, w którym okoliczne kurwy czasem podmieszkiwały po nocach w zamian za oczywiste usługi świadczone strażnikom. Poza nimi i osobistościami politycznymi kręciły się tam też szczury, których wprawdzie nie widywaliśmy, ale których działalność rzucała się w oczy. Przegryzły mi plastykową pokrywkę od mleka w proszku w szufladzie, nadgryzły słownik polsko-angielski, i jak słyszałam, pożarły Laissez-Passer mego kolegi.
Jednym słowem, byłam zakochana w Indonezji po uszy. Wkrótce okazało się, że to uczucie łączyło mnie z wieloma innymi rezydentami w Jakarcie. Na przykład z Theodorem, niemieckim ekspertem rolniczym, który zaprosił mnie na niedzielne śniadanie. Siedzieliśmy u niego w ogrodzie nad basenem i widać było, że czuje się w Indonezji jak ryba w wodzie. Świetnie też władał językiem.
– Jeśli się żyje w tym kraju, trudno jest pozostać obojętnym. Albo się go kocha, albo nie cierpi. Zobaczysz, poznasz też ludzi, którzy nienawidzą go do głębi – zaczął po jedzeniu.
– Nienawidzą? Dlaczego?
– Konfrontacja z tak specjalną kulturą mąci we łbie wielu osobom. Zdezorientowani odrzucają ją więc w reakcji obronnej. Inni z kolei usiłują na siłę zostać tubylcami, co jest po prostu śmieszne.
To zabrzmiało znajomie – czy Ruppert nie miał podobnych wrażeń?
Nie sugerowałam jednak nic, wolałam opinie Theodora “prosto od krowy”.
– Jedni i drudzy nie są akceptowani i nabieraja wstrętu do wszystkiego dookoła, a także do siebie samych – potwierdził nieświadomie zdanie Rupperta i zanurzył nogi w basenie.
Ciekawa byłam, czy rodzina na miejscu pomaga utrzymać równowagę psychiczną.
– A skąd – żachnął się Theodor. – Znudzone żony, które tu nie mają zupełnie nic do roboty, nawet w domu, często są głęboko sfrustrowane. A jak ty rozwiązałaś problem seksualny? – zmienił znienacka temat.
Zatkało mnie, ale tylko na chwilę: – Problem ten tak naprawdę jeszcze nie powstał… jestem tu krótko i …byłam zajęta innymi sprawami. Ale mam nadzieję, że jeśli się pojawi, uda mi się go rozwiązać.

Po powrocie do hotelu dumałam nad pytaniem Theodora. Problem seksualny w Indonezji! Do głowy mi nic podobnego nie przyszło. Ale chyba musiał istnieć, skoro Theodor coś takiego wypalił. Przy tym rozbudził moją wyobraźnię i zaczęłam się zastanawiać, kto będzie moim pierwszym kochankiem w tym kraju. Nagle ogarnęło mnie przerażenie – a może nikt?
Aby uzbroić się na wypadek ewentualnie nadchodzących pseudo-problemów, powiesiłam w biurze plakat Komisariatu do Spraw Uchodźców. Były na nim zdjecia wynędzniałych postaci i napis: “Uchodźca chciałby mieć twoje problemy”.
To przypomniało mi zarazem moment emigracji z Polski.
Obok plakatu powiesiłam kilka pięknych, starych lalek wayang z byczej skóry do gry cieni. Od razu poczułam się lepiej. Na dodatek rozbawiło mnie, że niektóre z nich miały niebieskie twarze – tak Indonezyjczycy widzieli ”białą rasę”.

Wracając ze spotkania Indonezyjsko-Niemieckiej Izby Handlowej w pobliskim hotelu Mandaryn, wpadłam przed naszym budynkiem w ogromny tłum. Tłumacząc, że ja tu pracuję, przedarłam się z trudem przez setki Indonezyjczyków.
– Co się dzieje? – zapytałam Spencera, kierownika administracyjnego, który usiłował opanować sytuację.
– Rosjanie wkroczyli do Afganistanu, na co czlonkowie Isłamskiego Zwiazku Studentów oblegli nasz budynek. Żądają spotkania z ambasadorem Raną, żeby złożyć do Centrali ONZ w Nowym Jorku rezolucję protestującą. A teraz leć szybko na górę tylnymi schodami, windy są przez z nich zajęte, zresztą niebezpiecznie jest się tu pętać.
– Nie wydają mi się zbyt agresywni – mruknęłam pod nosem.
– Nastroje podnieconego tłumu mogą się zmienić w mgnieniu oka…
Drapiąc się po raz pierwszy po schodach przeciwpożarowych na czwarte piętro widziałam jak Everest Rana godnie witał delegację studentów w przedpokoju.
Nie na darmo był skoligowacony z królami Nepalu. Klan Ranów rządził Nepalem przez 130 lat do 1951 roku, obejmując dziedzicznie stanowiska premierów. System ten zwany był Ranokracja i Ranowie w tym czasie więzili rodzinę królewską w  jej własnym pałacu. Jednocześnie obie rodziny zaczęły się do siebie zbliżać za cenę dzielenia władzy, co przybrało formę małżeństw. Nasz Rana był ponoć produktem takiego historycznego kompromisu.
Mimo że, w przeciwieństwie do swego górzystego imiennika, drobniutki, był na swój sposób niezwykle majestatyczny i natychmiast zmuszał do szacunku sposobami, których nie udało mi się przejrzeć. Szkoda, bo chętnie bym się ich nauczyła. Everest był bowiem zarazem i wyniosły, i przystępny. A przy tym nie tylko bardzo niski, ale i prawie łysy. Jednakże nie próbował nic kompensować napoleońskimi pozami, nawet obcując z olbrzymami takimi jak ja –160 cm – czy Ruppert – prawie dwa metry. Rana miał piękne, zmysłowe usta, nienaganny mały wąsik i żywe, przenikliwe oczy za okularami. Słyszałam od Rupperta, że był wcześniej dyrektorem Banku Centralnego Nepalu, ale nie było jasne, czy należał do kategorii szlachetnych pół-emigrantów, od których roił się ONZ, ludzi, którzy popadli w tarapaty w swym kraju, ale mieli silną  pozycję i mogli uchronić się przed autentyczną emigracją czy nawet uwięzieniem.
Niektórzy tylko “parkowali” w ONZ, czekając na lepsze czasy u siebie, ale wielu zagnieździło się na dobre na ciepłym łonie oenzetowskiej Alma Mater. Na ich na szczęście rządy nie miały dość wpływów, by ich stamtąd usunąć. Czasem zaskakiwały ich kolejne zmiany reżimów w rodzinnych krajach i powoływano ich tam na wysokie stanowiska. Nie zawsze byli tym zachwyceni, bo często czuli się na całym świecie jak w domu.
Niewątpliwie typem honorowego uciekiniera był Maung Maung, zastępca Everesta Rany,  wielokrotny minister w Burmie i ambasador w Australii, którego właśnie spotkałam na schodach.
– Miejmy nadzieję, że nie będzie z tego większej wojny – odezwałam się, nagle zaniepokojona możliwymi skutkami tego, co przed chwilą wydało mi się zabawne przez barwność demonstracji.
– Wszystko będzie zależało od stanowiska Indii, neutralnego a zarazem najważniejszego kraju w tym regionie. Jeśli zdecydowanie potępia te inwazję, Amerykanie mogą odważyć się na interwencję, a wszyscy wiemy, co to by oznaczało…

Następnego dnia “International Herald Tribune” donosił na tytułowej stronie; “Ciężkie walki w Afganistanie” i “Cena złota podwoiła się w ciągu nocy.”
Wojna w naszym Afganistanie, którym tyle zajmował się Werner opisując jego szczepy, obyczaje i historie, podczas gdy ja tłumaczyłam mu na żywo urywki z rosyjskich książek, opartych na afgańskich źródłach z terenów zagarniętych niegdys przez Rosję. Afganistan, gdzie Werner uciekał po każdym wiekszym kryzysie małżeńskim, Afganistan, który przemierzyliśmy razem starym volkswagenem w sierpniowych upałach, jadąc z Kabulu do Berlina w drugiej podróży poślubnej. Afganistan, któremu zawdzięczałam tak wiele, nawet pośrednio mój wyjazd do Indonezji. Odebrał mi bowiem strach przed “dzikimi krajami” i pokazał, ile w nich jest piękna i swobody na co dzień nieznanej Europejczykowi, zamurowanemu w betonie i przepisach. I ciężko wyobrażalnej, bo europejska wolność często ogranicza się do głosowania co cztery lata.

***
Przeprowadzka do domu von Brodatschów, na to zadupie Cilandak na końcu Fatmawati, była bardzo podniecająca. Dom był zorganizowany w zasiedziałym indonezyjskim stylu, co pozwoliło mi odkrywać czar neokolonializmu. Pojęłam aluzje Rupperta i Sivii, że służba jest tu niezbędna. W równikowym klimacie i wybujałej naturze, wszystko, poza ludźmi, jest ponadwymiarowe. Dotyczy to szczególnie Jawy, jednej z kolebek ludzkości, ponoć ojczyzny pitecantropus erectus. Mówi się, że gdy na Jawie wbije się ołówek w ziemię, następnego dnia wyrośnie z niego drzewo. Jeśli nie chce się mieć domu pełnego karaluchów wielkości europejskich myszy i innej fauny i flory, trzeba codziennie szorować podłogi lizolem. No i nie ma co marzyć o zostawieniu nie zmytych naczyń nawet na godzinkę.
Pralki w Indonezji nigdy nie widziałam, supermarketów prawie nie było, a na bazarze każda blada twarz płaciła podwójną lub potrójną cenę, nawet jeśli znała miejscowy język.
Późnym wieczorem do salonu przychodzi Citi, zamyka wszystkie okna, zasłania firankami całą szklaną ścianę i włącza wentylator. Klimatyzacja jest bowiem tylko w sypialniach. Taki jest system. Pojęłam już, że system trzeba akceptować.
Nagle zza firanki wyłania się jakaś jaszczurka i zaczyna pełzać po suficie. Wołam Citi zastrachana, że to może jakiś jadowity stwór.
Citi uśmiecha się radośnie:
– Gecco. Dobry, żreć insekty.
Rzeczywiście po chwili jaszczurka krzyczy “gecco” i przystepuje do akcji. Ale dostrzegam kilka komarów w kącie. Moje gecco jest najwyraźniej niezbyt wydajne.
Idę jeszcze wykąpać się w jamu, jednym z mych największych odkryć na Jawie. Ta tradycyjna mieszanka ziołowa składa się jednak nie tylko z ziół, lecz z minerałów, korzeni i wszelkich innych możliwych dodatków, jak na przykład tygrysi pazur. Można ją pić w formie naparu z oryginalnej plątaniny korzeni, proszku, kulek – czyli jamu-pil i się w niej kąpać.
Jamu zażywa się na wszelkie okoliczności życiowe włącznie z kryzysami małżeńskimi i stawianiem kobiet na nogi po porodach, dzięki czemu wielokrotne matki potrafią wyglądać jak dziewice. Jamu bierze się jako lekarstwo i profilaktycznie od wieku czternastu lat.
Kąpiąc się w surowym jamu przygotowanym przez znającą się na rzeczy Citi w łazience od strony ulicy, nagle usłyszałam jakieś straszliwe rzężenie i jęki w tonacji miiiiiiiieee…
Przerażona, że ktoś mi zdycha pod domem, być może zraniony przez słynnych jakartańskich rabusiów, zawołałam Citi i wskazałam na ulicę.
Citi roześmiała się: – Krowa.
Odetchnęłam z ulgą. Jak czytałam tego dnia w gazecie, pewnej pani ucięto głowę w jej własnym domu tradycyjnym indonezyjskim sierpem. Zachowanie Citi było nad wyraz uspokajające, niemniej dźwięk za oknem zupełnie nie przypominał tego, co mówi europejska krowa. Gdy następnego wieczoru usłyszałam te same odgłosy, nie mogłam się powstrzymać i wyszłam dzielnie przed dom, obejrzeć te zwierzaki. Na gankach siedziała służba z okolicznych domów słuchając radia, rozmawiając i śmiejąc się. Wokół nich krążył i reklamował swój towar sprzedawca sate i gorącej zupy z makaronem, czyli “miiiiiiieee…”

Pomyślałam ze smętkiem, że przyjdzie mi spędzić Wigilię i Sylwestra samej, pierwszy raz w życiu. Znałam w Indonezji dopiero kilka osób z pracy, i to ledwie trochę. A jedyni znajomi z kultury chrześcijańskiej, Ruppert z żoną i Theodor, wyjechali. Poszłam na basen w Sahid Jaya, gdzie w tropikalnym słońcu grano absurdalnie tam brzmiące kolędy. Nie pomogły próby wmówienia sobie, że dla mniej jako ateistki obchodzenie religijnych świąt jest tylko banalnym nawykiem, od którego należy się tu uwolnić.
Wychodząc z hotelu natknęłam się na nepalskiego eksperta z UFO – Universal Food Organisation, Purne, którego kiedyś tam przelotnie poznałam. Przywitał się ze mną entuzjastycznie, zaprosiłam go więc z rozpaczy na Wigilię.
Gdy czekałam na niego, zadzwonił telefon: – Tu Purna. Jak dojechać do tej jalan Madrasah?
– Nie wiem, mieszkam tu dopiero od dwóch dni. Może byś wziął taksówkę?
– Właśnie z niej wysiadłem, żeby do ciebie zadzwonić. Tutejsi taksówkarze nie mają pojęcia o ulicach – syknął jadowicie Puma.
Byłam bezradna. Służące może znały drogę, ale ich angielski był za słaby, by ją objaśnić. Zresztą Purna sam nie był pewien, gdzie jest, więc jak mu wytłumaczyć, którędy jechać dalej?
Z dwugodzinnym spóźnieniem nareszcie jakoś dotarł. Po kolacji siedzieliśmy na marmurowej podłodze i piliśmy scotcha z wodą – oczywiście przegotowaną. Scotcha przyniósl Purna, uświadamiając mnie, że z powodu braku innych alkoholi w bezcłowym sklepie jest to standardowy napój cudzoziemców w Indonezji.
Potem spojrzał na mnie hipnotyzerskim wzrokiem: – A teraz zamknij oczy i wyciągnij ramiona przed siebie.
– Po co?
– Chce spróbować z tobą przenoszenia energii, promieni kosmicznych i myśli.
Zgodziłam się. Mistyka Wschodu mnie pociągała. Ale delikatne ruchy Pumy, “magnetyczne” krążenie jego rąk nade mną i przyspieszony oddech wydały mi się coraz bardziej cielesne i zaczęły przypominać wszystkie inne zamachy na moją cnotę. Nie żeby ta cnota była zbyt silna, ale Puma mnie zupełnie nie pociągał fizycznie. Był zbyt cherlawy.
– Nie działa na mnie ta magia – oświadczyłam pospiesznie i wysłałam rozczarowanego Purne samego do jednej z sypialni von Brodatschów. Było już po drugiej w nocy i nie miałam serca go wyrzucić, zważywszy jakość indonezyjskich taksówek.
Gdy wstałam następnego dnia – nie mozna niestety powiedzieć “z rana” – Purny już  nie było.
Za to Citi zakomunikowała mi, że państwo Hak złożyli mi wizytę. Ponieważ spałam, przyjdą później jeszcze raz.
Przyszła jednak sama Padma, żona Fakira. Widziałam ją po raz pierwszy. Gruba, sympatyczna kobieta ze zniszczoną cerą była wyraźnie zmęczona wiecznymi ciążami.
Gdy odganiała energicznie pieska von Brodatschów, zapytałam, czy się go boi – przecież jest mały i nie gryzie.
– Nie, skąd, ale psy to brudne zwierzęta dla muzułmanów, bo pożarły ciało Mahometa po jego śmierci na polu walki.
Zdziwiła mnie ta wypowiedź. Przecież Padma nie miała na głowie nawet chusty i mówiła nieźle po angielsku.
Poprosiłam Citi, by wyprowadziła psiaka.
Ale właściwie Padma przyszła tylko zabrać mnie do domu na wspólny obiad z “Mister Hak”, jak nazywała swego męża.
“Mister Hak” leżał w salonie na kanapie, odziany w białą pakistańską piżamę i drapał się w piętę, którą wymachiwał wysoko w powietrzu. Powitał mnie serdecznie i wstał. Jakaś kobieta cała w bieli, z koronkowym welonem na głowie, modliła się z Koranem w ręku nad nad stawem z rybami w kącie pokoju. Staw był nawadniany deszczem przez wycięcie w suficie identyczne, jak nad salonowym ogródkiem von Brodatschów.
Zjedliśmy znakomity pakistański obiad, po czym, gdy Fakir opuścił pokój.
Padma natychmiast skorzystała z okazji: – Słyszałam, że nocował u ciebie jakiś mężczyzna?
– Prawda, skąd wiesz?
– Od mojej służby.
– A skąd oni wiedzą?
– Od służby von Brodatschów.
Wyraźnie zgorszenie Padmy sprawiło mi przyjemność. W Berlinie nie tak łatwo było kogoś zaszokować. Niemniej pomyślałam, że trochę za szybko dorobiłam się reputacji rozpustnicy. No i przede wszystkim za darmo!
Wyjaśniłam więc Padmie:
– Było już bardzo późno, dlatego położyłam go w jednej z sypialni, ale nie w mojej. W domu von Brodatschów, jak wiesz, można by pomieścić oddział żołnierzy.
Fakir wrócił i Padma natychmiast zmieniła temat.

Sylwestra spędziłam z braku innych atrakcji z zawsze gotowym Singhalem i jego malajskim cieniem. Po kolacji w Sari Pacific, który – mimo swej elegancji – dzięki nieformalnej atmosferze należał do ulubionych hoteli Jakarty, krążyliśmy jeepem Singhala wokół ronda w centrum miasta, w tłumie samochodów pełnych Indonezyjczyków dmuchających w jaskrawe, papierowe gwizdki.
Po powrocie Rupperta i Silvii nie mogłam dlużej zamykać oczu na problem domostwa. Myśl ta była koszmarna: w Jakarcie prawie nie było mieszkań, wynajmowało się domy. Dla mnie natomiast dom nie był symbolem Nirwany, wrecz przeciwnie. Zgroza mnie ogarniała na myśl o zajmowaniu się naprawami, kapiącymi rurami, szczurami i wężami w nieużywalnym z powodu zbytniego upału ogrodzie, wywózką śmieci – serwis niemal nieznany w Jakarcie, no i bezpieczeństwem. Do tego konieczność znoszenia wokół siebie tłumu rozplotkowanej, jak pojęłam po rozmowie z Padmą, służby!
Przypomniałam sobie o Felicitas, ważnej wdowie. Niestety okazało się, że już  coś dla siebie znalazła.
– Ale może się po prostu do mnie wprowadzisz i zobaczymy, jak nam pójdzie mieszkanie razem – zaproponowała.
Gdy przyjechałam, obladowana bambetłami, powitały mnie Felicitas z wyjącym niemowlęciem na ręku i jakaś tlusta Filipinka w szortach. Jak się okazało, jej siostra Diana, która przyjechała z wizytą z Manili.
Felicitas oprowadziła mnie po domu.
Zdumiałam się:
– Tylko jeden salon i to niezbyt duży? A co będzie, jeśli będziemy miały masę gości albo chciały przyjmować przyjaciół oddzielnie?
– Ja nie zamierzam prowadzić życia towarzyskiego. Chcę być sama z moim dzieckiem.
– Ale ja!
Felicitas skrzywiła się:
– To stawia wspólne mieszkanie pod znakiem zapytania.
Postanowiłam się jednak jeszcze zastanowić, przerażona widmem poszukiwań. Prawie gotowa do kompromisów, wyraziłam jednak zdziwienie, że jej dom był tak oddalony od innych. Czy nie bała się mieszkać sama w takiej izolacji ?
– Nie – zaprotestowała stanowczo. – Zatrudniłam już jagę. Przysięga, że póki on tu jest, będę bezpieczna. Ale w zasadzie nie ufam żadnym Indonezyjczykom. Dzikusy. Filipiny są dużo bardziej cywilizowane, prawie jak Stany – dodała z upojeniem.
– Naprawdę? Ja jestem zachwycona Indonezją.
Felicitas nie dała się zbić z tropu:
– Bo nie znasz Filipińczyków. Pomijając wszystko inne jesteśmy katolikami. Jako jedyny naród w Azji Poludniowo-Wschodniej.
Właśnie ich poznaję, pomyślałam złośliwie, i zapytałam:
– A gdzie jest ten jaga?
– Naprzeciw, po drugiej strony ulicy. Stamtąd dokładnie widzi, co się tu dzieje.
Spojrzałam na coś w rodzaju psiej budy spod której wystawała lufa dubeltówki. Coraz mniej chciało mi się tu mieszkać, bez przyjaciół, za to pod obserwacją jakiegoś dziadygi gotowego do strzału.
– A teraz zjemy kolację – postanowiła otłuszczona Diana. – Nie zapraszamy cię, bo filipińskie jedzenie jest specyficzne i cudzoziemcy go nie trawią.
Broniłam się, że przecież ja jestem przyzwyczajona, jem wszystkie indonezyjskie potrawy.
– Ale wierz mi, naszej diety naprawdę nikt nie znosi. Gotujemy prawie wszystko w occie, jemy masę tłustej wieprzowiny na zimno i doprawiamy jedzenie sosem ze sfermentowanych rybek – przekonywała mnie Diana. – Wszystko to okropnie śmierdzi, nawet dla nas i po gotowaniu musimy długo wietrzyć.
Poczuwszy pierwsze zapachy niestety nie mogłam odmówic jej racji.

Z rana, gdy skończyłam śniadanie, zjawił się szofer z biura Felicitas, który miał nas obie zawieźć do pracy.
– Poczeka – uspokajała mnie Feticitas, poświęcając się bez reszty sklejonym tuszem rzęsom.
Po pół godzinie wynurzyła się sprzed lustra, a to oznaczało potężne spóźnienie do pracy. Miałam dość świętych krów “systemu”. Ważna wdowa, pomyślałam. Też bym chciała kiedys być ważną wdową. Może nawet uda mi się nią zostać, ale nawet wtedy na pewno nie zadrę nosa jak ona.
W biurze natychmiast poleciałam wypytywać Spencera o domy wynajęte długoterminowo dla pracowników, o których coś słyszałam.
– Owszem, jeszcze kilka mamy, ale w zasadzie kończymy ten program, bo rynek mieszkaniowy się poprawił i nie trzeba już płacić czynszu za parę lat z góry.
Jednak dał mi szofera, by pokazał mi resztkę pozostałych domów.
Ale najpierw zainteresowal się, gdzie teraz mieszkam.
– U pewnej Filipinki.
Spencer skrzywił się z niesmakiem:
– Moja osiemnastoletnia córka dzieli w Anglii dom z przyjaciółką. Ale tobie to naprawdę już nie przystoi.

Niestety wszystkie domy, które mi pokazano, były zbudowane jak sen wariata. W szczególności cierpiały na pewną indonezyjską słabość, czyli nieuznawanie równych poziomów.
Łazienki znajdowały się często na przykład pół metra wyżej niż korytarze i trzeba było do nich wchodzic po drabinie, a balkony potrafiły leżeć nad salonami. Zrozpaczona zadzwoniłam do Singhala. Przeczytałam właśnie w pamiętnikach emerytowanego Podsekretarza Generalnego ONZ, że “Hindusi wiedzą, po której stronie posmarowany jest chleb.”
Czy nie natknął się przypadkiem ostatnio na odpowiedni dla mnie dom?
Nie, ale znał urzędnika w ambasadzie hinduskiej, który załatwia dla nich sprawy mieszkaniowe i zaprosił mnie, bym wpadła do niego do domu, to pogadamy.
Otworzyła mi służąca ze słowami, że Master medytuje i ona nie odważy się mu przerwać, ale ja mogę spróbować.
Weszłam do czegoś w rodzaju kapliczki w kącie patio, pełnej kiczowatych sztucznych kwiatów.
– Co robisz? – zapytałam dla pewności.
– Modlę się i dziękuję Bogu, że mi ciebie zesłał, dziecinko. Ale już kończę. Chodźmy trochę odpocząć.
Nie znając domu nawet nie zauważyłam, jak zaprowadził mnie do sypialni. Zaszokowana, szeroko otworzyłam oczy na widok ogromnego łoża.
– Połóżmy się na chwilę i zrelaksujmy – Singhal wskazał na nie zamaszystym gestem.
Położyłam się – nie znałam przecież hinduskich obyczajów i nie chciałam uchodzić za panikarkę. “Relaks” jednak szybko przybrał ze strony Singhala ogólnoludzkie formy uwodzenia.
Niestety nie był to jednak kapitan Nemo. Nie mogę, pomyślałam, jest zbyt oślizgły. Mój mózg rotował na przyspieszonych obrotach. Jak się wykaraskać z tej głupiej przygody, nie psując zarazem naszych stosunków? Musieliśmy się przecież dalej kontaktować służbowo!
O dziwo Singhal sam raptownie zaprzestał prób:
– Już cię więcej nie dotknę. Widziałem twój wyraz twarzy.
Mimo, że nie Nemo, to jednak Hindus i nie trzeba mu było wiele tłumaczyć, wetchnęłam z ulgą. Zarazem przestałam się martwić, jak “rozwiążę problem seksualny”. Nie wyglądało na to, by miał przede mną stanąć.

Z Singhalem zaczęła się parada domów jeszcze dziwaczniejszych niż wskazane mi przez Spencera. Spory dom w dzielnicy chińskiej miał klitki dla służby wielkości małych szaf, a w ogrodzie poniewierały się resztki duriana, “króla owoców”. Durian śmierdzi tak, że zabronione jest wnoszenie go do samolotów i hoteli. Próby wszmuglowania go, nawet w szczelnie zamkniętych walizkach, skazane są na niepowodzenie, bo obsługa wytrenowana jest w wyniuchiwaniu go przez wszystkie opakowania. Smakuje jak połączenie poziomek z cebulą i żółtym serem, a jeśli ktoś wypije po durianie alkohol, ryzykuje wysoką gorączkę.
Nastepny był tak zwany “mały pawilon” w dyplomatycznej dzielnicy Menteng. “Małe pawilony” w ogrodach wielkich rezydencji, służyły za dawnych, dobrych czasów jako domki dla służby. Teraz mimo wszystko bywało jej trochę mniej i niektórzy ludzie wynajmowali je oddzielnie. Ale nie miałam ochoty mieszkać pod czujnym okiem właścicieli domu.
No i wszystko, co pokazywał mi Singhal, było o dość niskim standarcie, zgodnie z hinduską zasadą, że należy oszczędzać pieniądze na ciężkie czasy po powrocie do ojczyzny.
W końcu niemalże wzięłam mieszkanie w indonezyjskiej dzielnicy, które wzbudziło zachwyt Singhala kiczowatym zdjęciem bawarskiego gaju na całej ścianie. Sądził, że z tym będę się czuła jak u siebie w domu. Dalej się jednak wahałam, bo i ze względu na prominentną konstrukcje tego przezroczystego domu o ścianach z zielonych szyb, jak i na to, że byłabym chyba jedyna białą, czy też raczej niebieską osobą w okolicy, znalazłabym się i tu pod permanentną obserwacją otoczenia.
Zrezygnowana odkładałam decyzję, mimo że między mną a Felicitas i jej siostrą zapanowała lodowata atmosfera. Aż pewnego dnia czekał na mnie w hotelu bukiet kwiatów na powitanie w Jakarcie od WAU (Women Association of UN) – Stowarzyszenia Kobiet ONZ wraz z zaproszeniem na party do Klubu Amerykańskiego. Poleciałam uradowana, że nareszcie spotkam jakieś koleżanki. Dotad poza sekretarkami otaczał mnie bal samców.
– Gdzie pracujesz? – zapytałam po krótkiej konwersacji Faridę, siedzącą koło mnie Egipcjankę.
– W Labour Universal Program, LUP.
– I co tam robisz?
– Ja? Nic. Jestem w domu, zajmuję się rodziną.
– Ale przecież twierdziłaś, że pracujesz w LUP-ie?
– Mój mąż ma tam etat – wyjaśniła zmieszana Farida.
Uswiadomiłam sobie mój naiwny błąd. “Moje koleżanki”, których poznania tak łaknęłam, były bez wyjątku żonami funkcjonariuszy międzynarodowych. Poznałam więc jeszcze Koreankę, która “pracowała” w Uniwersalnym Banku UB i Amerykankę austriackiego pochodzenia, Hanne Campbell, z wykształcenia lekarkę która “pracowała” w STO. Jak odkryłam, damy te spełniały jednak szereg użytecznych funkcji – między innymi utrzymywały bibliotekę, składającą się z książek darowanych przez ludzi przenoszonych gdzieś w dal. Poza tym wypożyczały nowo przybyłym survival kit – zestaw pościeli, garnków i naczyń na czas do nadejścia ich skrzyń. Wydały też poradnik, jak przeżyć w Indonezji. Jak się pochwaliły, podobna książka ukazała się w Genewie i tłumaczyła jak dać sobie radę w Szwajcarii, najlepiej zorganizowanym kraju świata.
Przypomniało mi się zdanie z “Pamiętnika pani Hanki” Dołęgi-Mostowicza: “Zaleski nudził się w Genewie.”
– A czym ty się tutaj zajmujesz? – zapytałam Rogera, męża Austriaczki “ze STO”.
– Budujemy szkoły, naprawdę budujemy, a nie piszemy analiz, jak je budować – oświadczył z dumą.
– Czy to takie niezwykłe?
– Jak najbardziej! Iluż to ludzi chciałoby kiedyś zobaczyć fabrykę zbudowaną przez UN PIP lub liczyć worki z pszenicą wyładowane przez UFO, zamiast czytać studia, jak to się robi. Pewna karykatura pokazuje głodnego Hindusa, który mówi: “Gdyby można było jeść analizy…”
Po party pojechaliśmy z Campbellami i ich znajomymi do Sahid Jaya, gdzie mieszkali.
W pokoju Campbellów czyjś syn natychmiast położył się na podłodze i schował głowę pod łóżko.
– Co on robi? – zdumiałam się.
– Chce spać, a pod łóżkiem jest ciemniej – odezwał się rodzic chłopczyka.
– Może powinien iść do domu?
– Nic mu nie będzie, to dziecko polowe – uspokajał mnie Roger. – Przyzwyczajone od niemowlęcia do dostosowywania się. A gdzie ty mieszkasz?
– Nie wiem – westchnęłam. – Na razie u znajomej, jakoś się nie mogę zdobyć na wynajęcie całego domu tylko dla siebie.
– I słusznie. Ale, ale – gdzieś koło stadionu jest blok trzech siedmiopiętrowych budynków mieszkalnych. Jego historia tonie w pomrokach i cieniach typowych dla Indonezji, ale chyba został zbudowany przez Rosjan wraz z kompleksem sportowym na Olimpiadę Azjatycką, gdy Indonezja skłaniała się ku blokowi sowieckiemu.
Podrapał się zatroskany po głowie:
– Nie wiem, do kogo te domy należą, ale widziałem, że je wyremontowano na wysoki połysk i chyba będą je wynajmować. Pełno tam ogromnych, pustych mieszkań, które z kolei pełne są  łazienek.
Sam chciał tam zajrzeć, jeśli jego kontrakt zostanie przedłużony.

Nareszcie dostałam mój zamówiony samochód, jedyny dostępny dla dyplomatów bez cła – montowaną lokalnie toyotę. Spencer przydzielił mi na kilka godzin szefa szoferów, Santozę, by pomógł mi się przyzwyczaić do lewostronnego ruchu ulicznego. Siadając z duszą na ramieniu za kierownica doznałam olśnienia. Zamiast krążyć bez sensu po ulicach, mogę przecież szukać chaty!
– Santoza, czy słyszałeś o budynkach postawionych przez Rosjan na Olimpiadę?
– Pewnie, Mam.
– Więc pokieruj mnie tam.
Okolica była wspaniała. Okrągłe, zadrzewione centrum sportowe z ogromnym basenem w bok od głównej osi Jakarty i całe miasteczko hotelu Hilton też z basenami, stawami, ogrodami, mostkami i sklepami. Wszystko to może  dwa kilometry od ONZ.
Posnuliśmy się przez chwilę po klatce schodowej, po czym za sprawą magii chyba zjawili się dwaj Chińczycy, którzy przedstawili się jako Mister Whi, zarządca domu i Mister Shi, jego pomagier.
Zapytałam o wolne mieszkania.
– Są, są, jak najbardziej – ucieszył się Mister Whi. – Jak dotąd wynajęliśmy tylko jedno mieszkanie. Jak pani zapewne wie, w Jakarcie nie ma tradycji mieszkania w apartamentach.

Sto osiemdziesiąt metrów kwadratowych, marmurowe podłogi, salon z jadalnią, w którym można by jeździć na łyżwach, ogromny balkon i szklane ściany z widokiem na park i stadion. Trzy duże sypialnie, dwie łazienki, oddzielny pokój i łazienka dla służby oraz ogromna kuchnia też z balkonem.

To było moje mieszkanie, które na mnie cierpliwie czekało.

Obrazki z Iranu (6)

Adam Slaski

Zachód słońca

Przyjechałem do Jazdu i pozwolę sobie na krotochwilę: to znów ten sam stary dobry Iran. Ludzie są mili, pomocni, pozdrawiają mnie na ulicy, ale niczego ode mnie nie chcą. Hotel zabukowałem przez agencję, więc widziałem tylko, że ma to być w miarę porządny, chyba trzygwiazdkowy. Okazał się zupełnie wyjątkowy! Jest to hotel tradycyjny, czyli pokoje są w piwnicy, nie ma w nich okien. Jest za to przestronne lobby, w którym stoi samowar, jest sadzawka i takie krzesła-łóżka, na których można się rozwalić i sączyć herbatę.

Jazd-kanapa
jazd-sadzawkaHotelem jestem zachwycony, miasto zwiedzałem na razie po ciemku (podoba mi się), ale na zdjęcia i więcej szczegółów musicie poczekać do jutra. Albo i dłużej, bo jutro jadę na wycieczkę na pustynię. Jazd to pustynne miasto, więc chcę tę pustynię trochę zobaczyć.

Widziałem już nieco przez okno w autokarze, ale tylko trochę, bo dziś w podróży oglądałem filmy: “definitely, maybe”, “love and death”, “czas pijanych koni” i “20000 days on earth”. Strasznie smutne te pijane konie, a Iran, który widzę, nie ma z Iranem z filmu nic wspólnego

Jazd-papugaJeszcze śmiesznostka na temat papug w hotelu: one potrafią naśladować głosy (i odgłosy), szczególnie przekonująco mówią “salam” (cześć) i naśladują dzwonki telefonów i dźwięk przychodzącego smsa.

jazd-inny-meczetI ciekawostka na temat zachodu słońca. O zachodzie słońca rozlega się głos muezina nawołujący wiernych do modlitwy. Śpiew jest piękny, człowiek czuje się uduchowiony, gdy go słyszy, za chwilę dołącza kolejny muezin, ale oni nie koordynuję tego w żaden sposób, drugi muezin śpiewa swoje w zupełnie innej tonacji i tempie, za chwilę dołącza jeszcze 10 innych, niektórzy używają skrzeczących głośników, robi się straszna kakofonia, nastrój trafia szlag.

jazd-zachod-sloncaWybrałem się oglądać zachód słońca do kawiarni, która posiada na dachu taras z pięknym widokiem. O zachodzie słońca zupełnie zmieniła się widoczność i na horyzoncie ukazały się góry, których w ciągu dnia nie było widać. Patrzyliśmy zachwyceni. Poza mną były tam dwie dziewczyny, które rozmawiały między sobą po francusku. Zapytałem je, co sądzą o hidżabie i jedna z nich opowiedziała mi historię swojego życia:

jazd-zachod-slonca2Pochodzę z rodziny emigrantów politycznych z Iranu, moi rodzice nie byli w ojczyźnie od czasu rewolucji islamskiej, czyli od 35 lat. Urodziłam sie i wychowałam w Paryżu, ale mówię równie dobrze w farsi jak po francusku. Do Iranu pierwszy raz przyjechałam 2 lata temu, aby poznać moją liczną rodzinę i zobaczyć kraj przodków. Okazało się jednak, że krótki pobyt to zbyt mało, by odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania: czy jestem Iranką czy Francuzką, co to znaczy być Iranką, gdzie chcę mieszkać w przyszłości itd. Osiem miesięcy temu przeprowadziłam się więc do Iranu na jeden rok, mieszkam ze swoją rodziną w Szirazie.

Jazd-zaulek-dzienHidżab to drobnostka, właściwie w ogóle mi nie przeszkadza. Już raczej zakaz odsłaniania nóg – w lecie nie wychodziłam z domu do zachodu słońca, bo nie dało się wytrzymać upału. Ale prawdziwym problemem są ludzie. Patrzą, przyglądają się, oceniają. Nie ma chwili spokoju, bo ciągle ktoś mnie zaczepia, pozdrawia, czegoś chce, np. podwieźć (ale wiadomo, że to tylko pretekst i chodzi o coś innego). Patrzą, czy się właściwie ubieram, a zazwyczaj ubieram się niewłaściwie, więc patrzą krzywo. Nie spotkałam nigdy policji, która robiła by mi na coś zwracała uwagę, ale spojrzenia przechodniów czuję na sobie ciągle. A załatwienie każdej sprawy jest bardzo trudne dla kogoś wychowanego w Europie. Na przykład w banku: nie ma żadnych reguł, wszystko trzeba sobie wywalczyć, wytargować. Taksówkarz zawsze spróbuje mnie naciągnąć. Chciałam pracować, ale okazało się, że w Szirazie (1,3 mln mieszkańców) nie potrzeba nauczycieli francuskiego, zaproponowano mi pracę w Isfahanie lub Teheranie, ale mi zależy właśnie na tym, żeby mieszkać w Szirazie. Więc obijam się, chodzę na jogę i zwiedzam kraj. I nie mam już żadnych wątpliwości: nie zostanę tu na stałe. Chętnie jeszcze kiedyś wpadnę na tydzień lub dwa, ale moje miejsce jest we Francji!

jazd-meczet

jazd-meczet3

Obrazki z Iranu (5)

Adam Slaski

Isfahan albo witajcie w Krakowie Wschodu

uliczkaIsfahanDo Isfahanu przyjechałem autobusem. Kierowca nie mówił oczywiście po angielsku, ale bardzo się cieszył, że ma na pokładzie obcokrajowca, tytułował mnie “mister Adam” i był bardzo miły. Miły był również pewien uchodźca z Syrii, który pomógł mi trafić do  hotelu.

Jeszcze tego samego wieczoru znalazłem się w zgoła odmiennych okolicznościach. Spotkałem się mianowicie z pewnym couch surferem, który zaproponował, że oprowadzi mnie trochę po mieście. Szybko dowiedziałem się, że ma głęboką depresję, gdyż nie ma przed nim żadnych perspektyw i w ogóle jego życie nie ma sensu oraz że wrogowie oskarżają go o paranoję lub schizofrenię. Gdy rozpoznał zagrożenie w chłopcach bawiących się w berka na ulicy, zrozumiałem, że wrogowie mają pełną rację. Oczywiście nie spotkało mnie nic złego z jego strony, ale nie czułem się w jego towarzystwie przyjemnie, a że okazał się bardzo opiekuńczy (nie chciał mnie zostawić samego, bo wszędzie widział niebezpieczeństwo), bardzo trudno było się od niego uwolnić. Niestety, couchsurfing ma w sobie coś z hazardu.

dorozkiIsfahanSam Isfahan wygląda jak Kraków przeniesiony na Bliski Wschód. Jest zauważalnie bardziej konserwatywny niż Teheran (widzi się więcej kobiet w nikabach), ale też ludzie mniej się tu spieszą, ruch dużo spokojniejszy, sporo rowerzystów. O ile Teheran jest miastem biznesowym, o tyle Isfahan jest bardzo turystyczny. Na tym analogie się nie kończą. W Isfahanie są planty (Hasht Behest), rynek z sukiennicami (Maydan-e Imam), na rynku dorożki. A przy rynku meczet z dwoma wieżami, z którymi wiąże się pewna legenda. Brzmi znajomo?

Isfahan-plantyLegenda głosi, że król zabronił muezinom wchodzić na minaret, bo mogliby zajrzeć do jego prywatnych ogrodów.

Isfahan-planty2Właśnie uciąłem sobie pogawędkę z recepcjonistą. Skarżył się, że jest z wykształcenia technologiem żywności, ale nie ma pracy w jego zawodzie, więc pracuje w hotelu za psie pieniądze. I bardzo mu to doskwiera, bo ciężko się uczył i guzik z tego ma. A potem zwierzył mi się, że jego dziewczyna jest od niego 11 lat młodsza (on ma lat 31, a ona 20) i nie wie czy ich związek ma szansę.

Widziałem dziś po raz pierwszy modlącego się Irańczyka. Wszedłem w boczną ulicę, był tam zakład samochodowy i mechanik rozłożył na ziemi swój dywanik i odprawiał modlitwę. Oczywiście wiem, że to nie jest jedyny praktykujący muzułmanin w Iranie, ale dotąd widywałem tylko ludzi wchodzących lub wychodzących z meczetu, a samą modlitwę widzę po raz pierwszy. Byłem też dziś w kilku meczetach, ale to wszystko zabytki i nikt się tam nie modlił.

mostIsfahan1 mostIsfahan3mostIsfahan2Isfahan nazywany był dawniej połową świata. Sympatyczny Syryjczyk podsumował dowcipnie, że odkąd rzeka wyschła, jest to już tylko ćwiartka świata. I rzeczywiście, koryto jest suche jak pieprz, a słynny most Se-o-se (o 33 przęsłach) wygląda kuriozalnie. Zobaczyłem dziś kilka muzeów, dwa pałace i jeden meczet. Wszystkie interesujące, ale żadne nie powaliło, być może ze względu na trwające remonty. Isfahan się intensywnie odnawia.

kopulaIsfahan2 kopulaIsfahanOdwiedziłem te miejsca, zjadłem obiad w porządnej restauracji i wreszcie zacząłem wydawać pieniądze, bo dotąd ta wycieczka odbywała się praktycznie za darmo. Wydawanie pieniędzy jest w Iranie szczególnie nieprzyjemne, bo wszystkie banknoty wyglądają dość podobnie i na każdym jest dużo zer. Za każdym razem, gdy płacę, zastanawiam się, czy przypadkiem nie dałem 10 razy za dużo.

wyrobyIsfahan1Nie kupiłem na razie żadnych suwenirów i chyba ich nie kupię, bo w plecaku nie mam zbyt wiele miejsca.

Muszę jednak przyznać, że sklepy z rękodziełem w Isfahanie nie sprzedają tandetnej cepelii. Niektóre z wystaw wprost zapierają dech w piersiach. I nie chodzi tylko o dywany, lecz także o porcelanę, biżuterię, wyroby blaszane.

Właściwie w sklepach widziałem więcej pięknych przedmiotów niż w tych muzeach.

wyrobyIsfahan2Na ulicy zaczepił mnie pewien dziadek, który opowiedział kilka ciekawostek o historii Isfahanu i zaprosił na wieczór na pokaz Irańskich zapasów. Oczywiście spodziewałem się, że w pewnym momencie każe mi za to wszystko zapłacić, ale i tak zrobiło mi się przykro. W Teheranie traktowano mnie jak gościa, a tu jestem tylko turystą.

meczet-zimowyIsfahanOpowiedziałem o tym Shayenowi i ani trochę nie był zdziwiony. Isfahańczycy mają w Iranie fatalną opinię ludzi skąpych i kłótliwych.