Orient powszedni XI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Być w Augustowie i nie płynąć Kanałem Augustowskim to jak palić, ale się nie zaciągać. Takoż rzecz ma się z pobytem na Suwalszczyźnie i odwiedzinami w Suwałkach. Toteż bezpośrednio po rejsie Kanałem ruszyło Viatorostwo w kierunku Suwałk.

Wędrowiec był już tutaj trzydzieści lat temu. Z owego czasu pozostało mu wspomnienie głupawej nieco radochy, gdy w mieście ówcześnie wojewódzkim widział głównie małomiasteczkowe domki, w niczym nie licujące z powagą siedziby województwa. Tak mu się wówczas wydawało, ale to działo się dawno temu, a on był wtedy, jak napomknął, młody i głupi. Dziś już potrafi docenić niską – to fakt – ale elegancką, foremną, przemyślaną, przyjazną człowiekowi zabudowę Śródmieścia, zwłaszcza ulic Kościuszki i Chłodnej oraz placu Piłsudskiego. Fasady malowane na biało lub w barwach pastelowych: uczta dla oka. Dorósł Viator przez te trzy dekady. Dojrzał.

Wśród niewysokich, klasycystycznych kamienic niemal monumentalnie prezentuje się, również klasycystyczna, konkatedra św. Aleksandra, choć w istocie wcale nie jest taka wielka. Kwestia skali, otoczenia, myśli urbanistycznej.

Kościół jest, rzecz jasna, katolicki. Bo też taki w większości charakter mają Suwałki. Zdecydowanie dominują tu łacinnicy polskiego etnosu (tak, tak! Viator pamięta o Litwinach, ale o nich będzie później), choć drzewiej różnie z tym bywało, wszak miasto, dawny gród Jaćwingów, szczyci się zabytkowym Zespołem Cmentarzy Siedmiu Wyznań. A na nim, pośród innych, groby wspomnianych tydzień temu starowierców: do dziś Wędrowiec płoni się ze wstydu na myśl, że nie uwzględnił w planie wizyty suwalskiej molenny. Nie odwiedził także stojącej gdzieś na peryferiach cerkwi prawosławnej. Za to podziwiał wznoszący się w Śródmieściu elegancki, jak wszystko tutaj, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, obecnie katolicki, niegdyś ortodoksyjny. Panta rhei!

Kierunek wschód. Za niedługo Wędrowcy znajdą się w jednym z najpiękniejszych i najbardziej mistycznych miejsc Suwalszczyzny. Półwysep wrzynający się w długie, rynnowe, niebywałej urody jezioro Wigry. Klasztor Kamedułów.

Czytelnik nie musi mieć takich zwichrowanych zainteresowań jak Viator, przeto i nie jest zobowiązany posiadać wiadomości na temat białych mnichów: lektura Pana Wołodyjowskiego to jednak za mało. Dlatego Pielgrzym czuje się w obowiązku przekazać garść podstawowych informacji, bez których wizyta w Wigrach nie mogłaby się udać.

Żyjący na przełomie X i XI wieku książęcy syn, Romuald z Rawenny, wstąpił do zakonu benedyktynów, aby pokutować za grzechy ojca i własne. Po kilku latach odczuł potrzebę bardziej radykalnej realizacji rad ewangelicznych, przeprowadził przeto reformę zakonu, a ściślej rzecz ujmując – stworzył nowy zakon, w którym połączyć chciał charakterystyczny dla synów świętego Benedykta monastyczny, wspólnotowy sposób życia z duchem pustelniczym. Czyli… pożenił wodę z ogniem, o czym świadczyć ma herb zakonny – dwa gołąbki pijące z jednego naczynia – symbolizujący harmonijne połączenie wspólnoty braterskiej z samotnością, monastycyzmu z eremityzmem. Ten zakon to oczywiście kameduli. Mnisi większość dnia spędzają jak pustelnicy: w samotności, w milczeniu, dzieląc czas między prywatną modlitwę kontemplacyjną i pracę fizyczną. Jedynie kilkakrotnie w ciągu dnia gromadzą się na wspólnej mszy oraz na modlitwie Liturgii Godzin (czyli, tak bardziej po ludzku, na modlitwie brewiarzowej). Poza tym, kilka razy w roku, spotykają się na braterską rekreację, aby celebrować ducha braterskiej wspólnoty. Z takiego trybu życia wynika wprost architektura klasztoru: nie jest to, jak zazwyczaj, duży jednolity budynek z wirydarzem pośrodku, tylko zespół osobnych malutkich domków – eremów. Pracują kameduli ciężko, milczą wytrwale, jedzą skromnie. Memento mori! Habity noszą białe. Stąd teren, na którym znajdowała się siedziba zakonników, nazwano często Bielanami. Tak jest w Krakowie, na Srebrnej Górze w Lasku Wolskim, gdzie bracia żyją do dziś. Tak też sprawy się mają w Warszawie (no właśnie imć Michał Wołodyjowski!), gdzie co prawda mnichów od dawna już nie ma, ale klasztor stoi. Należy do Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

W obu tych miejscach był już Viator, Wigry to trzeci kamedulski erem, ku któremu zmierza. A cóż go ku niemu ciągnie? Wszak i tutaj już od 1805 roku nie ma zakonników: pruscy zaborcy ich stąd wygnali. Mnichów nie ma, ale atmosfera pozostała. Wędrowiec uprzedzał na samym początku podróży, iż będzie to wędrówka mistyczna, na granicy światów. I taką właśnie jest. Jaka więc siła tajemna ciągnie Viatora ku eremowi? Mysterium fascinosum wymieszane z mysterium tremendum. Bo też i radykalizm oraz odmienność życia kamedulskiego budzą podziw splątany ze strachem. Choć, z eschatologicznego punktu widzenia, są całkowicie uzasadnione. Logiczne. Skoro uznaję, że życie przyszłe jest ważniejsze, prawdziwsze, cenniejsze od doczesnego, to bez żalu to drugie i jego pokusy poświęcam, aby lepiej się przygotować na nieuchronne a wyczekiwane spotkanie z Wiecznością. Memento mori. Z takim podejściem niekoniecznie się trzeba zgadzać, ale niewątpliwe budzi ono szacunek: o ile Błażej Pascal ze swoim zakładem jawi się jako mały, silnie interesowny i merkantylny kupczyk, o tyle kameduli to hazardziści z wielkim rozmachem: kładą na szalę wszystko, ryzykują ogromnie, żadnych półśrodków. Bo już nawet nie chodzi o to, że ciężko jest trwać na wysuniętej modlitewnej placówce przed obliczem Najwyższego, ale o to, że pozostaje się na niej sam na sam… ze sobą samym. A to wyjątkowo uciążliwe towarzystwo, każdy z nas ucieka od niego w pracę, życie towarzyskie, ekran smartfona. Trzeba odwagi na takie spotkanie. Szacunek. Szacunek tym bardziej, że kameduła robi to, co robi, na własny jedynie rachunek, nikogo do niczego nie zmusza: wszelka aktywność zewnętrzna, także misjonarska i duszpasterska, jest w tym zakonie surowo zakazana. I taką postawę Viator, choć jej nie podziela, to jednak darzy głęboką estymą. Zwłaszcza, że żyje w świecie, w którym ciągle ktoś chce go zbawiać na siłę, podając do wierzenia i do realizacji różne mądrości. Ciągle ktoś wie lepie, co jest wartościowe i godne ofiary z życia, najchętniej cudzego. Szczególnie tak jakoś od trzech lat próbują go na siłę uszczęśliwiać. Marny trud, przyjaciele.

Wigierski klasztor nie dość, że malowniczo na półwyspie i na wzgórzu położony, jest też świetnie zachowany.

A wśród innych kamedulskich siedzib wyróżnia się niezwykłą, dwupoziomową konstrukcją: dwa tarasy eremów.

Kameduli, surowi za życia, pozostają takimi po śmierci. Gdy zakonnik umiera, bracia kładą jego ciało na prostą deskę, wsuwają do wnęki w podziemiach kościoła, zamurowują otwór i… tyle. Czeka tam sobie duchowy hazardzista na Sąd Ostateczny. Takie katakumby widział już kiedyś Viator w krakowskim eremie, dziś ogląda je w Wigrach. O przeznaczeniu krypty świadczy jedyny zachowany na jej ścianach fresk: dance macabre, taniec śmierci. Kostucha pląsa z mnichem.

Są też dwa przeszklone otwory, można w nich obejrzeć to, co pozostało z cielesnej powłoki świątobliwych braci; to ślad po próbie plądrowania katakumb, jaką podjęli żołnierze kajzera, okupujący Suwalszczyznę podczas I Wojny Światowej. Obejrzeć można, ale zdjęć robić nie wypada: uszanujmy majestat śmierci.

Aż dziw bierze, iż tacy mocarze metafizyczni jak kameduli wigierscy potrafili od czasu do czasu splamić się małostkowością. Na przykład wadzili się gwałtownie z pustelnikiem ze Studzienicznej (Wędrowiec tydzień temu o nim opowiadał), kto jest doskonalszym eremitą… Czy dlatego muszą jeszcze przez jakiś pokutować, wcieleni w stado białych czapli, które Wędrowcy spotkali na Kanale Augustowskim? Bo że to oni właśnie, Viator nie ma żadnych wątpliwości. Ale może powód ich przedłużonego doczesnego pobytu jest zupełnie inny. Niewykluczone, że Najwyższy, obdarzony wyrafinowanym poczuciem humoru, wysłał ich w nagrodę na urlop: nie mogli za życia, niech teraz nacieszą się do syta pięknem suwalskich jezior i augustowskich lasów. Kto wie.

Z żalem żegnają Wędrowcy niezwykłe miejsce. Można powiedzieć że Viator, jak stachanowiec, wyrobił już 60% normy. Pozostały mu jeszcze do odwiedzenia ostatnie dwa polskie eremy kamedułów. Czynny klasztor w Bieniszewie pod Koninem oraz pokamedulski zespół w Rytwianach na Sandomierszczyźnie. Uczyni to niechybnie!

Słońce chyli się powoli ku zachodowi. Viatorostwo podąża za nim, by dzień w pełni wykorzystać. Przez Szypliszki i Wiżajny (takie dziwne nazwy to jeden z niewielu śladów po Jaćwingach, dawnych gospodarzach tych ziem) mkną Wędrowcy pośród wysokich wzgórz morenowych, takich prawie gór kieszonkowych, pędzą wśród jezior i ani się spostrzegą, gdy opuszczą Suwalszczyznę i wjadą na Mazury. Postój w Bolciach, krótka wizyta na trójstyku granic Polski, Litwy i Rosji, reprezentowanej tutaj przez eksklawę kaliningradzką. Oby nie za szybko te granice po raz kolejny zmieniły swój przebieg!

Dalej, czas nagli, jak zwykle zresztą. Zmrok już niemal zapadał, gdy Wędrowcy stanęli u stóp kolejowych wiaduktów w Stańczykach. Linia Gołdap-Żytkiejmy, której były częścią, już nie istnieje, ale zabytkowa konstrukcja z początków XX wieku, wzorowana na ponoć na prowansalskich akweduktach w Pont-du-Gard, wysoka na 36 i pół metra, na szczęście przetrwała dziejowe zawieruchy. Prezentuje się tym bardziej monumentalnie, że wokół (jak śpiewała Budka Suflera w jednej ze swych dawnych, dobrych piosenek) wagnerowski ton – mroczno, chmurno, a niebo co chwilę rozświetlają błyski nadchodzącej wielkimi krokami burzy.

Viatorka

Sprawami metafizycznymi na tym odcinku podróży zajął się Viator, jak zwykle zresztą, pieczołowicie i drobiazgowo. Pozostało więc Viatorce poczynić kilka uwag natury zdecydowanie bardziej przyziemnej. Doczesnej.

Po pierwsze: w Suwałkach znowu delektowało się Viatorostwo kuchnią regionalną. Nie, i tym razem nie skosztowaliśmy jeszcze kartaczy, Viator bowiem, po konsultacji z gospodarzami naszego noclegu, oświadczył, że najlepsze są jednak na Litwie. No trudno. Restauracja Karczma Polska oferowała na szczęście tyle innych pysznych regionalnych specjałów, że i tak Wędrowcy wyszli stamtąd ledwo ruszając się z przejedzenia. Po spożyciu chłodnika litewskiego podanego z okraszonymi ziemniakami pozbyła się w końcu Viatorka wyniesionego z dzieciństwa (ściślej mówiąc z przedszkolnej kuchni) uprzedzenia do chłodników. Ponadto czosnkowo-serowe chlebki litewskie, swojski smalczyk z pieczywem i ogórasem oraz kiszka ziemniaczana. Na koniec bliny litewskie. Nie wiedzieć czemu wydawało się kiedyś Viatorce, że są one robione z ciasta drożdżowego. A tymczasem to po prostu placki ziemniaczane nadziewane mięsnym (albo grzybowym) farszem. Bardzo smaczne, chociaż, jak inne potrawy kuchni suwalsko-litewskiej, bardzo syte i kaloryczne. W końcu dawni mieszkańcy tej ziemi musieli mieć siłę do ciężkiej pracy w polu!

Interesująca na swój sposób była też dla Viatorki wizyta w klasztorze w Wigrach. Owszem, bardzo lubi ona, podobnie jak Viator, atmosferę tego typu miejsc i chętnie je odwiedza. Ale akurat w Wigrach uwagę Viatorki przykuło coś naprawdę przyziemnego – trasa dla wózków! Pierwszy raz w miejscu zabytkowym w Polsce spotkało się Viatorostwo z takim rozwiązaniem. Jakaż to ulga, kiedy można spokojnie, nawet samemu, bez niebezpieczeństwa utraty koła i bez szczękania zębami podczas jazdy po bruku, przemieszczać się od parkingu przez prawie cały teren klasztoru. No, wiadomo, że wieża, krypta czy dolny poziom eremów dla wózkowiczów raczej pozostanie niedostępny, ale i tak trasa zasługuje na pochwałę.

Okazuje się, że można coś takiego gustownie zrobić w miejscu zabytkowym, a konserwator zabytków nie piętrzy problemów. Dlaczego więc zwykle nasze miasta rewitalizuje się bez myślenia o potrzebach niepełnosprawnych? Bruk wygląda pięknie, ale dla ludzi poruszających się na wózkach czy o kulach, jak też zresztą dla pań na szpilkach, jest prawdziwą udręką. Takie to są wieloletnie Viatorki frustracje. A przecież można powielić takie praktyczne i dobrze prezentujące się ścieżki, jak ta wigierska chociażby. Urody żadnemu rynkowi na pewno nie ujmą. Tylko, że łatwiej urzędnikom twierdzić, że się nie da. tak samo, jak rzekomo się nie da zrobić podjazdu czy windy w zabytkowym budynku. Bo konserwator, bo to, bo tamto… A zresztą to kosztuje, a ilu tych niepełnosprawnych w końcu przychodzi; to się nie opłaca. Natomiast wydawać pieniądze na broszurki, kwiatki, cateringi, imprezy czy PR opłaca się jak najbardziej. Cóż, syty głodnego nie zrozumie.

Zaraz za Stańczykami złapała Wędrowców burza. Ale taka straszna, że też można ją uznać za rodzaj doświadczenia mistycznego (tak przynajmniej stwierdził Viator). W deszczu i wśród grzmotów powróciło Viatorostwo z Mazur na Suwalszczyznę. Gdy dojeżdżali do Augustowa, niebo już się wypogodziło, ale zapadła noc. Augustowskie noce… Cóż: gdy się tak intensywnie przeżywa augustowskie dnie, w nocy śpi się jak kamień.

Orient powszedni X

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. W zupełnie nowych okolicznościach przyrody… i niepowtarzalnej. Jak wspominał Pielgrzym tydzień temu, po całodziennej podróży dość przypadkowo i w ostatniej chwili (tego rodzaju taktyka bywa męcząca, ale ma swój urok) znalazło Viatorostwo nocleg na kwaterze w Studzienicznej – wiosce będącej, administracyjnie rzecz ujmując, dzielnicą Augustowa. Zauważył też, że ten wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Suwalszczyzna to co prawda część województwa podlaskiego, ale historycznie niewiele ma z Podlasiem wspólnego. Inne ukształtowanie terenu, czyli jeziora, świerkowe lasy i morenowe wzgórza, których na Podlasiu nie uświadczysz. Inna kompozycja etniczna: tam Polacy wymieszani z Białorusinami, tu mieszkają obok Litwinów. Byliby i Jaćwingowie, wszak to ich ziemia gniazdowa, gdyby mniej w broni, a więcej w dyplomacji pokładali zaufanie; a tak to wspólnie przez Rusinów, Litwinów, Polaków i Krzyżaków po trosze wyrżnięci, po trosze wchłonięci zostali. Honor zachowali, ale ich samych już nie ma, hélas!

W każdym razie tutaj cerkwi, powszechnie na Podlasiu występujących, niemal nie uświadczysz, bo tak Polacy jak Litwini to en masse katolicy obrządku łacińskiego. Niemal, powiada Viator. Zdarzają się bowiem świątynie obrządku wschodniego, ale niepomiernie rzadziej i, zazwyczaj, w specyficznej odmianie, jako molenny starowierców. I niestety znów trzeba się przyznać do błędu, przełknąć gorzką pigułkę. Już po raz trzeci na trasie tej Podróży Mistycznej skrewił Wędrowiec. Zawiódł jego profesjonalizm, co zresztą wyszło na jaw dopiero po powrocie do domu. Planując itinerarium nie uwzględnił Pielgrzym dziedzictwa staroobrzędowców. Z jakiegoś względu umiejscowił ich sobie na Mazurach, a że Mazur, ze względów czasowych, nie brało Viatorostwo pod uwagę jako etapu tej wyprawy, to i wizyt w świątyniach starowierców Pielgrzym też nie przewidział. Skądinąd ta mazurska lokalizacja nie jest całkowicie błędna, jako że uciekinierzy spod opresji reform patriarchy Nikona osiedlali się zarówno tam, po pruskiej stronie granicy, jak i tu, na Suwalszczyźnie. Ale nie uwzględnić Gabowych Grądów na trasie podróży? Wstyd Viatorze! Hańba. To trzeba będzie nadrobić. Tym bardziej, że Suwalszczyzna warta jest następnej wizyty. Niejednej.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Z okien kwatery widać półwysep (dawniej wyspę, połączoną później z lądem solidną groblą) a na nim kapliczkę.

Sanktuarium Matki Bożej Studzienicznej. Sięga swymi początkami drugiej dekady XVIII wieku, gdy wysepkę obrał na swą siedzibę pustelnik, przybyły z klasztoru kamedułów w pobliskich Wigrach. Przykładem świątobliwego życia i mądrymi radami zaczął z czasem ściągać do siebie tłumy pielgrzymów. Odszedł stąd w roku 1728, ale pątnicy przybywali dalej masowo, uznając samo miejsce ze święte. A około roku 1770 osiedlił się tutaj kolejny eremita, były major czy nawet, jak prawiono, pułkownik wojska polskiego, Wincenty Morawski. Ten został aż do śmierci, ale wcześniej zbudował drewnianą kaplicę, w której umieszczono kopię ikony Czarnej Madonny. Obraz szybko cudami zasłynął, pielgrzymki coraz tłumniej i z coraz dalszych stron na wysepkę ściągały. Z czasem trzeba było na miejscu starego sanktuarium, jeszcze przez pustelnika Morawskiego wzniesionego, zbudować w roku 1872 kaplicę murowaną, zaś pięćdziesiąt lat później drewniany mostek zastąpiono ziemną groblą, Neoklasycystyczna kaplica stoi do dziś, a pątnicy wciąż do niej ciągną z daleka.

Poza kaplicą na półwyspie jest też cudowna studzienka (od której wioska wzięła nazwę), pomnik Jana Pawła II, który odwiedził, już jako papież, studzieniczne sanktuarium oraz łódź – Piotrowa, jak można przypuszczać, tym bardziej, gdy się przeczyta napis, umieszczony na rei.

Wypłyń na głębię! Wszak tak właśnie rzekł Jezus do Szymona Piotra. Jak przepastna może być ta głębia? Pustelnik Morawski, który w samotności żywot przed obliczem Najwyższego przepędził, może to wie. Viator nie ma pojęcia.

Obiecywał sobie Pielgrzym przed rozpoczęciem pisania dochowanie wiary zwięzłości wypowiedzi, ale na jedną dygresję musi i może sobie pozwolić: po Drohiczynie i Pannach z Wilka oraz Bielsku Podlaskim i Znachorze trzecia to już bowiem sytuacja, tym razem niezamierzona i nieplanowana, gdy Wędrowcy napotkali na swym szlaku plener kinematograficzny. Inne co prawda czasy, inny gatunek filmowy, ale dzieło też warte pamięci. Tak jak i jego reżyser, zmarły zaledwie pół roku temu Wojciech Wójcik. W przaśnych latach osiemdziesiątych jego filmy, zazwyczaj o tematyce kryminalnej i sensacyjnej, wyróżniały się, można by to nazwać, zachodnim sznytem – miały precyzyjnie skonstruowane scenariusze i były świetnie zrealizowane. Viator pamięta choćby doskonałe Prywatne śledztwo czy mroczny Trójkąt bermudzki, dzieła które, na dobrą sprawę, nie zestarzały się do dziś. Ale tutaj, w Studzienicznej, Wójcik znalazł plenery dla innego ze swych filmów, nakręconego w 1981 roku Karate po polsku. To właśnie w kaplicy, którą ze swych okien widzi Viatorostwo, wykonywali freski artyści plastycy zagrani przez Edwarda Żentarę i Michała Anioła. Tutaj (11 minuta 22 sekunda) mogą sobie Czytelnicy przypomnieć te sceny.

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Gdy dotarło do nich, że jezioro to jest częścią szlaku wodnego, znanego powszechnie jako Kanał Augustowski, Wędrowiec raz tylko spojrzał na swą Towarzyszkę i już wiedział, od czego rozpocznie się dzisiejszy dzień.

Viatorka

Jeśli woda, to czas na kajaki i zupełnie nowe doznania. Pływało już bowiem Viatorostwo wieloma rzekami i jeziorami, a także naturalnymi i sztucznymi odnogami Szprewy w Spreewaldzie, ale długimi, wielokilometrowymi kanałami łączącymi jeziora, jeszcze nie. Poza tym, taki spływ to spotkanie z historią, przecież Kanał Augustowski wraz z całym zespołem budowli i urządzeń uznany został za pomnik historii oraz znalazł się w rejestrze zabytków. I słusznie! Pomysł na utworzenie kanału wodnego łączącego zlewisko Wisły i Niemna z Bałtykiem, z pominięciem dolnego biegu Wisły, powstał podobno już w 1823. Po prostu – Królestwo Polskie, kadłubowe państwo polskie połączone unią personalną z Rosją, potrzebowało otwartego i wolnego dostępu do morza. Spławianie towarów Wisłą do Gdańska było bowiem nieopłacalne: Prusacy nałożyli zaporowe cła.

Pierwotnie projektem zajął się Ignacy Prądzyński, późniejszy generał i wódz naczelny Powstania Listopadowego. Zadbał o patriotyczną symbolikę śluz – miały być wykładane czerwoną cegłą i białym piaskowcem, a więc nawiązywać do polskich barw narodowych. Po wielu perypetiach, przerwie związanej z walkami wyzwoleńczymi w 1931 r., następującej po nich utracie autonomii Królestwa Polskiego oraz wielu zmianach wprowadzonych do pierwotnego projektu, kanał otwarto w 1839 r. Jak się okazało, Prusacy w międzyczasie cła obniżyli, wiec nie było już potrzeby wozić kanałem towarów do Bałtyku, wykorzystywany był natomiast lokalnie, głównie do spławu drewna. Potem został też modernizowany, żeby przystosować go chociażby do przepływu łodzi motorowych.

Program podróży Viatorstwa po Podlasiu był bardzo napięty, nie istniała więc możliwość, aby przepłynąć cały Kanał. Ma on długość ponad 100 km, po drodze trzeba pokonać 18 śluz – na jeden dzień to stanowczo zbyt dużo. Po konsultacji z właścicielem wypożyczalni kajaków nad jeziorem Studzienicznym (skądinąd bardzo sympatycznym panem) wybrało więc Viatorstwo odcinek około 13 km, od śluzy Paniewo do śluzy Swoboda. Trasa bardzo ciekawa i o dużej a zmiennej urodzie.

Żałuje teraz Viatorka, że nie było czasu, żeby przepływać przez śluzę Paniewo, że obejrzeliśmy ją jedynie „od tyłu”.

Z tego ujęcia śluza nie robi wielkiego wrażenia, a to przecież jedyna śluza dwukomorowa, bo różnica poziomów między jeziorem Paniewo a jeziorem Krzywym, które łączy, wynosi ponad 6 metrów. A na przeprawę trzeba poświęcić podobno aż 40 minut. Następnym razem z pewnością Viatorostwo nie ominie tej atrakcji.

Za śluzą Paniewo jezioro o tej samej nazwie, którego długość i szerokość nie przekracza kilometra, a po nim sztuczny kanał i jezioro wytopiskowe Orle, nieco większe, ale znacznie płytsze od Paniewa. A na nim łabędzie, widać, że zaprzyjaźnione z ludźmi, bo kiedy tylko zobaczyły Viatorostwo, szybko pan łabędź, a za nim pani łabędziowa, podpłynęły do kajaka. No i rozczarowanie – ich tym razem, nie nasze – bo niczego do jedzenia niestety ze sobą nie mieliśmy. Nasze trochę też…



W końcu dopłynęło Viatorostwo do śluzy Gorczyca, a tam konsternacja. Czekamy, wołamy, a śluza zamknięta na głucho i żywego ducha nie widać. Co robić? Zdecydował się Viator wysiąść z kajaka i poszukać gospodarza, Viatorka zaś w tym czasie wbiła paznokcie w betonowy brzeg, żeby kajak nie uciekł jej na środek kanału, albo, co gorsza, się nie przewrócił. Po prawdzie kanał głęboki nie jest, ale zanurzenie się w zimnej i mętnej wodzie do przyjemnych by nie należało. Nie było Viatora kilkanaście minut, w końcu powrócił. Znalazł pana obsługującego śluzę w domu, oglądającego telewizję. Pan ze stoickim spokojem poinformował nas, że od kiedy remontują śluzę Swoboda, ruch jest tak mały (faktycznie, tego dnia Wędrowcy byli pierwszymi przepływającymi), że nie opłaca mu się tam cały czas siedzieć. Jak Swoboda jest otwarta, to pływają tędy często motorówki, ale teraz to nie. MOTORÓWKI! Faktycznie, zdało sobie Viatorostwo sprawę, że po drodze nie spotkało ani łodzi motorowych, ani żadnych kajaków. Nikogo. I dobrze, bo nie mieliśmy ochoty mijać się z motorówkami na wąskim kanale i do tego słuchać znowu huku silników. Za to samo przepłynięcie przez śluzę Gorczyca dostarczyło sympatycznych przeżyć. Wpływa się do szerokiej na 5 metrów i długiej na 43 metry komory, do której wpuszcza się  wodę. Mechanizm, jak niegdyś, jest ręczny. Woda gwałtownie rzuca kajakiem, aby na koniec podnieść poziom o niemal 3 metry.

Dalej, za śluzą, już tylko małe, szerokie na 400 metrów a długie na dwa kilometry jezioro Gorczyckie i w końcu najdłuższy i najwyżej położony sztuczny odcinek Kanału Augustowskiego – 7 kilometrów płytkiego, raczej wąskiego traktu wodnego, bez nurtu, z nieprzejrzystą wodą. Płynie się i płynie, a dystansu jakby wcale nie ubywało. Czas też niby płynie, a czujemy się, jakbyśmy stali w miejscu. Znużony Viator w końcu nadał mu nazwę: psychiczna prosta. Trzeba mieć cierpliwość, żeby ją pokonać.

Jednak ostatecznie dotarliśmy do końca spływu, czyli do śluzy Swoboda – tej remontowanej, a właściwie zdemontowanej jedynie, na której nic się nie dzieje. Podobno rok temu zaczęto coś tam grzebać, na zimę ekipa remontowa się zwinęła, aby w tym roku jeszcze się nie pokazać. Gdyby nie to, szybciutko dopłynęlibyśmy pod samą kwaterę w Studziennej. Ale za to pewnie po drodze udręczyłby nas hałas motorówek. Więc chyba nie ma czego żałować.

Marzy się Wędrowcom wrócić kiedyś na Kanał Augustowski, szczególnie, aby zobaczyć jego koniec, połączenie z Niemnem. Tylko, że te ostanie 20 kilometrów jest już na w Białorusi. Nie da się tak po prostu wynająć kajaka. Wycieczka musi być zorganizowana przez odpowiednie biuro, trzeba mieć wizy. Odwykło Viatorostwo od takich obostrzeń, za to przyzwyczaiło się przez kilkanaście lat do swobodnych podróży po Europie. Kto jednak wie, co będzie w przyszłości, może nawet nieodległej – czy nasi Rządzący nie doprowadzą znowu do zamknięcia granic, nie tylko na wschodzie.

Viator

Jak się wiosłuje, to nie można robić zdjęć. Zajęła się tym Viatorka. Ale stado rzadkich i pięknych czapli białych, które przez pewien czas towarzyszyły nam, tłumnie przelatując i obsiadając kolejne drzewa, musiał Wędrowiec uwiecznić, bo czegoś takiego jeszcze nie widział. Słaby aparat, to i fotki nieszczególne. Są raczej pretekstem, mającym pobudzić wyobraźnię Czytelników

 

Bacząc na dotychczasowe doświadczenia z podróży po Oriencie powszechnym, Viator nie miał wątpliwości, iż w to stado wcieliła się gromada tajemniczych duszyczek. Nie wiedział tylko, czyich. To się jednak miało okazać już tego samego dnia po południu – czyli za tydzień na blogu.

Orient powszedni IX

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Opuszczają Wędrowcy Zabłudów, smutno zadumani nad mrokami, jakie potrafią spowijać duszę ludzką. Tymczasem do głosu dochodzi coraz natarczywiej ciemna strona ich własnej cielesności. Jeść! Pora już wielka na obiad.

Gdzie będą jedli tego dnia posiłek, zdecydowali już dawno. Trzy lata temu, na szlaku którejś ze swych podróży, odwiedzili Wędrowcy Kruszyniany – jedną z kilku wiosek, jakie król Jan III Sobieski nadał Lipkom, czyli Tatarom pozostającym w służbie Rzeczypospolitej, jako rekompensatę za zaległy żołd. Do dziś mieszkają tam ich potomkowie. Byli Wędrowcy w meczecie, spacerowali po cmentarzu. I spożywali pierekaczewnik oraz inne specjały orientalnej kuchni w gospodarstwie Tatarska Jurta, miło gawędząc z jego właścicielką, panią Dżenettą. Wspomnienia z tej wizyty pozostały im jak najlepsze, toteż oczywiste było, że dziś powtórzą odwiedziny.
Aby było szybciej, ruszyli na skróty. A taki manewr bywa, jak wiadomo, nieco ryzykowny, zwłaszcza w nieznanym terenie. Dość poprzestać na stwierdzeniu, iż ostatecznie pobłądzili cokolwiek. Ale nic nie szkodzi! Wynagrodzone im to zostało w dwójnasób możnością powłóczenia się po cudownych bezdrożach (same szutry, zero asfaltu), zobaczenia małych, urokliwych wiosek, a przede wszystkim pogrążenia się w niebywałej zieleni. Viatorostwo mieszka w województwie o największym procentowym udziale lasów, otoczenie dzikich kniei, zarośli i łąk nie jest dla nich niczym niezwykłym. Lecz tutejsza, podlaska zieleń jest jakaś inna, egzotyczna, intensywna… Trudno orzec, w czym dokładnie rzecz. Ale na zmysły i na duszę działa, że hej! A wśród tych bezkresnych, północnych puszcz i pól ktoś rozsypał, jak garść błyszczących klejnotów, odpryski dalekiego czasem i przestrzenią śródziemnomorskiego, słonecznego Bizancjum. Cerkwie i cerkiewki ze złotymi, cebulastymi kopułami, jak choćby ta, w Gródku.

Jakieś struny duszy szarpią, coś przywołują, coś przypominają. Pałac Wielki konstantynopolitański? Pałac Porfirogenetów? Hagia Sophia? Orient powszedni.

Wreszcie wymarzone, wytęsknione (tym bardziej, że w brzuchach już głośno burczy) Kruszyniany! I… potężna konsternacja. Ale o tym opowie za chwilę Viatorka. Wędrowcy z żalem przemknęli przez wioskę, bez postoju, po lewej mijając Tatarską Jurtę<, po prawej zieloną świątynię. Na szczęście trzy lata temu wykonali solidną dokumentację fotograficzną, z której teraz można skorzystać. Oto kruszyniański meczet i mizar. Oba czynne, użytkowane.

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pośród podlaskiej zieloności i Wędrowcy docierają do następnej tatarskiej wioski. Bohoniki także odwiedzają po raz drugi. Tutejszy meczet i mizar również już widzieli. Ale z usług restauracji usytuowanej w Domu Pielgrzyma, siedzibie Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej wówczas nie skorzystali. Zapewne dlatego, że po obfitym posiłku w Kruszynianach nie byli w stanie już absolutnie niczego więcej pochłonąć. Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Drugie spotkanie z tatarską kuchnią miało miejsce właśnie tutaj, w Bohonikach. Kelner to z pewnością potomek Lipków – świadczą o tym jego oczy, w których, by użyć błysku poetyckiej metafory, ukrył się cały romantyzm ludów Wielkiego Stepu. Mówi się czasem: skośne oczy. Ale jakież tam one są skośne? Oczy są zwykłe, prościutkie. Natomiast specyficznego wyglądu twarzy Tatara nadaje coś, co nosi fachową nazwę zmarszczki, czy też fałdy nakątnej. Typowej dla wielu narodów Wschodu.

Po obiedzie Viator kieruje się w stronę meczetu. Tak, był w nim już trzy lata temu, ale chciałby tam, jak to mówią, nabyć drogą kupna czapeczkę tatarską, krymkę.

Podlaskie meczety. Wędrowiec przeczytał gdzieś kiedyś (nie może sobie przypomnieć gdzie i kiedy, nie jest także w stanie przywołać autora opracowania; a szkoda, bo było ono ciekawe), że tutejsi Tatarzy rozwinęli bogatą i różnorodną kulturę oraz sztukę, ale, jako iż byli długo ludem nomadycznym, nie obejmowała ona architektury. Nie stworzyli własnych form meczetu, toteż korzystali z wzorców miejscowych: w Kruszynianach naśladowali typową wiejską świątynię katolicką, w Bohonikach – cerkiew. Coś w tym jest, faktycznie.

Natomiast wnętrze urządzono absolutnie unikalnie, bez okolicznych wpływów. Islam, panie dziejaszku, islam!

Na zakup krymki trzeba chwilę poczekać. Pani, obsługująca sklepik, akurat wyjaśnia grupie turystów tajniki wyposażenia świątyni i zasad wiary Proroka. Siada Wędrowiec, na bosaka oczywiście, i przysłuchuje się także. Wiele już wiedział na ten temat, ale nie wszystko. Dziś na przykład usłyszał po raz pierwszy, czemu jednym z symboli islamu jest półksiężyc. A czemu mianowicie? Ano dlatego, że tylko jeden księżyc był świadkiem chwili, gdy archanioł Dżibril (Gabriel po naszemu) przekazał Muhammadowi objawienie Najwyższego.

Ta pani wygląda i mówi jak typowa, ciepła, swojska wiejska kobieta: serdecznie, ze swadą, nawet trochę plotkuje o sąsiadach. Jest zwyczajna… tyle tylko, że z babki prababki wyznaje islam. A w jej oczach też ukrywa się romantyzm Wielkiego Stepu. Orient powszedni.
Pokrzepieni na ciele i duszy ruszają Wędrowcy dalej. Po raz drugi w swym życiu przejeżdżają przez Sokółkę. Bez postoju. Ale Pielgrzym nie może się powstrzymać, aby, bodaj z samochodu, nie zrobić zdjęcia tutejszego kościoła katolickiego.

Dlaczego? No bo przecież Cud Eucharystyczny. Właściwie powinien Viator wzruszyć nad nim ramionami i skwitować go kwaśnym uśmiechem, ale to nie takie proste, tego nie da się zbyć – ot tak. Jako się już wielokrotnie rzekło, Podlasie to kraina ludzi gorącej wiary. Takiej, która chciałaby dotknąć Absolutu, Boga za nogi pochwycić, pozostać na górze Tabor z Przemienionym Mesjaszem, którego twarz (…) zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Jest popyt – jest podaż. Cud Eucharystyczny… można i tak.
Na północ! Czas myśleć o noclegu. Zmieniają się krajobrazy: nie ma już cerkiewek po wioskach, za to coraz częściej pojawiają się morenowe, polodowcowe pagórki. I tylko wciąż wszędzie pełno bocianich gniazd. Jeszcze tylko przejadą Wędrowcy przez Lipsk, z jego nieproporcjonalnie dużym, górującym na biebrzeńskimi łąkami kościołem, i zanurzają się w gęstwinie Puszczy Augustowskiej. Zapada wieczór i znów, jak zwykle, rzutem na taśmę i trochę przypadkowo, wynajmują pokój na kolejnych kilka nocy. Jak pokaże przyszłość, wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć. Ale o tym za tydzień.

Aha! Oczywiście kupił sobie Viator krymkę. Nawet dwie.

Viatorka

Wspominała już Viatorka w którymś z poprzednich odcinków, że podczas podróży doznania smakowe regionalnej kuchni są równie miłe i pożądane, co odwiedzanie historycznych miejsc, czy też podziwianie uroków przyrody. Dlatego kolejną atrakcją tego dnia miały być, słynne już w naszym kraju, potrawy kuchni tatarskiej. Trzy lata wcześniej miało już Viatorstwo możliwość skosztowania przepysznych potraw w Tatarskiej Jurcie, gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez panią Dżennetę Bogdanowicz we wsi Kruszyniany, trzy kilometry od granicy z Białorusią. Wówczas skoro świt wyjechaliśmy z Warszawy, żeby zdążyć na pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto z mięsem, serem, albo z kapustą i grzybami, czy też przygotowywane na słodko. Wiadomo bowiem, że ilość porcji jest ograniczona, a rezerwować go sobie nie można. Więc dziś już od Hajnówki jechaliśmy z pewnym niepokojem: czy zdążymy skosztować tego absolutnie popisowego dania. Po ostatniej wizycie w Kruszynianach miała nawet Viatorka ochotę sama przyrządzić tę potrawę, szybko jednak porzuciła ten zamysł po przeczytaniu przepisu. Nie, stanowczo że nie ma do tego zdrowia – wałkowanie kilku cienkich warstw ciasta makaronowego na jeden milimetr, smarowanie ich masłem…. Zresztą podobno istnieje powiedzenie, ze łatwiej pierekaczewnik zjeść, niż zrobić.

Tak więc stanowczo postanowiło Viatorstwo jechać na gotowe. Niestety, niewątpliwy sukces marketingowy pani Dżenetty okazał się dla Viatorostwa trudny do zniesienia. Kiedy dojechaliśmy do Kruszynian około godziny piętnastej okazało się, że jest tam tak wielu ludzi, iż trudno byłoby znaleźć miejsce do postoju, a co gorsza wciąż przybywali kolejni turyści. Sam widok tych tłumów sprawił, że odechciało się Viatorostwu zatrzymywać i bez żalu postanowili pojechać do Bohonik. Tam też podają tradycyjne, tatarskie potrawy. Podczas ostatniej wizyty serdecznie nas zapraszano na dania tatarskie do Domu Pielgrzyma, jednak zbyt byliśmy najedzeni, aby z zaproszenia skorzystać. A to w końcu też przecież ciekawe doświadczenie – porównać sposób przygotowania tych pyszności.

Cóż, dziś w Bohonikach zajadało się Viatorostwo pierekaczewnikiem z mięsem wołowym i z kapustą oraz grzybami, pierogami tatarskimi: kibinami i czeburekami, kołdunami tatarskimi z rosołem, a także słodkim listkowcem. Dania pyszne, choć nie zrobiły aż takiego wrażenia na Viatorostwu, jak te skosztowane przed laty w Kruszynianach. Ale może to jedynie efekt pierwszych wspomnień. Na pewno przydałoby się gospodarzom bohonickiej gospody odrobinę więcej zmysłu marketingowego. Gości mogłoby być więcej – oby jednak nie aż tylu, co w Kruszynianach! Bardzo miłe i sympatyczne osoby obsługujące, jednak wystrój sali zdecydowanie nieciekawy – całe wnętrze i meble jak ze stołówki szkolnej. Szkoda, że właściciele w większym stopniu nie wykorzystują atutów wynikających z tatarskiej tradycji. Tylko jeśli zaczną to robić, znowu Viatorostwu się nie spodoba, że tłumy… Takimi to jesteśmy dziwnymi ludźmi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Pojechało Viatorstwo po posiłku (niestety, mocno kalorycznym) dalej w swą podróż, a dwa dni później zajrzała Viatorka do Internetu i zamarła ze zdumienia. TATARSKA JURTA SPŁONĘŁA! Stało się to w nocy, kilkanaście godzin po tym, jak przejeżdżało tamtędy Viatorostwo i uciekło czym prędzej przed tłumami gości! No nie, to prawdziwa ironia losu. Trzeba bowiem nadmienić, ze niewiele brakowało, aby tę noc Viatorstwo spędziło właśnie tam, w gospodarstwie pani Dżenetty. Tylko że pomysł na zarezerwowanie noclegu przyszedł zbyt późno, dopiero kilka dni wcześniej we Włodawie, i wszystko było już zajęte. Pierwsze myśli które przyszły po tej smutnej informacji były mocno egoistyczne: jak dobrze, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie planujemy tak bardzo do przodu, jesteśmy po prostu wolni. W końcu mogliśmy stracić, jeśli nie życie, to wszystko co mieliśmy ze sobą, na drugim krańcu kraju. I jak wtedy wrócić do domu, nie mówiąc o tym, że w dalszą podróż nie moglibyśmy jechać. Życie jest dziwne, nieprzewidywalne, czasami nierealne. Tak szybko i niespodziewanie zniknęło miejsce będące przez ostatnie lata symbolem sukcesu, ważne dla tradycji. Wniwecz obrócił się tak wielki wysiłek. Żal dorobku pani Dżenetty, a przede wszystkim żal jej pamiątek, które gromadziła latami. Żal nerwów i wysiłku. Ale jednego są Wędrowcy pewni: Tatarska Jurta zostanie szybko odbudowana.

Pani Bogdanowicz to znakomita gospodyni, a i przyjaciół ma wielu. Może za kilka lat znowu ją odwiedzimy, choć pewnie ten jej dzisiejszy dramat przyniesie jeszcze większy rozgłos i przyciągnie jeszcze więcej turystów. A Viatorostwo znowu będzie marudziło, że zbyt dużo ludzi…

Orient powszedni VIII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viatorka

Nastał poniedziałek, 30 kwietnia. Kolejny, zapowiadający się pasjonująco i bardzo intensywnie, dzień podróży. Viatorostwo skoro świt zerwało się z łóżka i prędko opuściło Dubicze Cerkiewne. W drodze załatwili jeszcze kilka spraw w Hajnówce, nazywanej bramą do Puszczy Białowieskiej – jak podaje Wikipedia, nazwa tego miasta pochodzi od imienia strażnika – Hayno (Hajno) – osadzonego w uroczysku Skarbosławka w XVIII w.

Nie zabawili tam jednak dłużej, gdyż spieszno im było do Białowieży. A przede wszystkim do Puszczy Białowieskiej, najlepiej zachowanego w Europie nizinnego lasu naturalnego, żeby zobaczyć ją, póki jeszcze jest. Bo chociaż po wielu miesiącach walki ekologów odstąpiono od jej wycinki, to kto wie, czy jutro jakiś pan Szyszko, czy inny Kowalczyk, nie zechce znowu chronić zdrowych drzew poprzez ich likwidację. Sprawujący obecnie w naszym kraju władzę zbyt ochoczo pozwolili na ogołocenie polskich miast z zieleni i rozszerzyli przywileje pogromców dzikich zwierząt. Zbyt ochoczo, aby mogli przekonać Viatorostwo do swoich racji. Zbyt topornie, prezentując na konferencjach prasowych słoiki z kornikiem zwanym drukarzem.

Niestety, w życiu Viatorki, jako osoby o mocno już ograniczonej sprawności ruchowej, zawsze coś musi dodatkowo „iść pod górkę”. Tak było i tym razem. Kiedy Viator poszedł do kasy PTTK kupić bilety wstępu do Białowieskiego Parku Narodowego (co ważne, można tam wchodzić tylko z licencjonowanym przewodnikiem) uzyskał informację, że na wózku inwalidzkim tego najstarszego, najbardziej chronionego miejsca puszczy, odwiedzić się nie da. Można pospacerować po Parku Pałacowym, dojść do trzeciej bramy, ale dalej już nie.

Cóż, ponarzekała Viatorka pod nosem na swój los, Viator jak zwykle bohatersko oświadczył, że sam, bez Viatorki, niczego oglądać nie będzie i trudno, sobie tylko pospacerujemy po okolicy. I biletów w geście protestu nie nabył. Aż tu po przejściu całkiem dużej już odległości spotkało Viatorostwo przewodnika wracającego do bazy i ten stwierdził, że wprowadzono nas w błąd, bo przecież to nieprawda, że osoba na wózku nie może wjechać do Parku Narodowego. Trzeba kupić bilety w kasie, przewodnik po prostu organizuje mniejszą grupę zwiedzających, no i musi być chętny, żeby pomóc przenosić wózek w niektórych miejscach. On sam zresztą wielokrotnie takie wycieczki organizował. No i co na to powiedzieć? Znowu przykro było Viatorce, że okazała się być dla kogoś zatrudnionego przecież, a nie pracującego społecznie, jedynie kłopotem i mówiąc oględnie, została „spławiona”. No, ale przecież to długi weekend, zwiedzających aż nadto, może szkoda było komuś czasu i wysiłku.

Za daleko zaszło już Viatorstwo, aby wracać i wykłócać się o swoje prawa, nie było na to czasu. Zresztą zbyt duży niesmak odczuwali, więc i ochoty na to też nie było. Na szczęście litościwy strażnik strzegący Puszczy pozwolił Viatorostwu zajrzeć kilkadziesiąt metrów za trzecią bramę, dzięki czemu mogliśmy choć trochę poczuć atmosferę pierwotnej puszczy.

Przy okazji podyskutowaliśmy z tym życzliwym człowiekiem o wycince drzew. Twierdził on, że media specjalnie manipulowały informacjami mówiąc, że wycinane były drzewa w Białowieskim Parku Narodowym. Podobno sami redaktorzy kręcący materiały przyznawali się do manipulacji, ale uznali, że gdyby mówili czy pisali prawdę, nie byłoby odpowiedniego efektu. Prawda zaś jest taka, że wycinka prowadzona była jedynie w tzw. lesie gospodarczym Puszczy Białowieskiej, tam jednak również zdarzały się ponad stuletnie drzewa. Może tak było? Kto wie.

Pospacerowało Viatorostwo jeszcze po Parku Pałacowym, założonym po 1895 r. jako integralna część nieistniejącej już prywatnej rezydencji myśliwskiej carów Rosji. Zobaczyli dworek myśliwski z 1845 r., będący najstarszym białowieskim budynkiem.

No i w końcu obejrzeli ustawiony na grobli pomiędzy dwoma stawami w Parku Pałacowym obelisk upamiętniający polowanie Augusta III Sasa z 1752 r. Podczas łowów zabito ponoć wówczas 42 żubry i 13 łosi. Dla Viatorki makabryczna jest ta ludzka skłonność do eksponowania swojego poczucia wyższości i przewagi nad przyrodą. Kiedyś stawiano obeliski, teraz bogacze płacą wielkie pieniądze za to, żeby jednym strzałem uśmiercić bezbronnego, spokojnego żubra (a czasami, co gorsza, brzemienną krowę), którego ktoś postawił po prostu przed ich strzelbą.

Ironia losu: w trakcie Pierwszej Wojny Światowej żołnierze i kłusownicy wybili wszystkie 727 żyjące wolno w Puszczy żubry. Potem dziesiątki lat trwało odtwarzanie ich populacji. A teraz stały się one ekskluzywną rozrywką dla bogaczy. Bo niby jest ich za dużo. Być może, ale Viatorce selekcja przeprowadzona w taki sposób nie podoba się i wzbudza, mówiąc wprost, podejrzenia co do jej uzasadnień.

Skoro nie udało się zobaczyć żubra w Puszczy, pojechało Viatorostwo do Pokazowego Rezerwatu Żubrów, gdzie, jak reklamują gospodarze, czyli Park Narodowy, w warunkach zbliżonych do naturalnych eksponowane są żubry, koniki polskie czyli tarpany, łosie, jelenie, sarny, dziki, żubronie (krzyżówka żubra z bydłem domowym), wilki i ryś. Podziękować za takie warunki zbliżone do naturalnych! Po wizycie doprawdy współczuliśmy tym zwierzętom i wolelibyśmy, żeby sobie żyły wolno w lasach. Strasznie gorący dzień, zwierzęta chowające się w cieniu, tłumy zwiedzających gęstniejące z każdą minutą, ludzie nie umiejący się zachować stosownie do miejsca (np. cmokający na wilki i wołający chodź, masz piesku). Jakoś inaczej wyobrażaliśmy sobie to miejsce. Ale zwierzęta dzielne, taka łania na przykład chłodzi się w bajorku i mówiąc językiem młodzieży ma wywalone na ludzi

Viator

Wędrowcy opuszczają, bezkresną wydawałoby się (bo przecież ma kres), gęstwinę Puszczy Białowieskiej. Znowu podążają ku mniejszym i większym ludzkim osiedlom.
Aż by się prosiło o zastosowanie w tym momencie prostego, a jakże nośnego, zestawienia-opozycji między przyrodą a cywilizacją, naturą a kulturą, dobrem i złem. Pokusa jest silna, ale Viator, życiem srodze doświadczon, nie ulegnie jej. Ani bowiem ta przyroda nie tak łagodna i arkadyjska, jak by się pozornie zdawało, ani cywilizacja jedynie zepsuta i zwyrodniała. Upraszczać na siłę, dla potrzeb stylistyki – to poniżej godności Pielgrzyma. Z jednym wszakże musi się on zgodzić: okrucieństwa pełna jest tak natura, jak kultura. Jednak okrucieństwo tej pierwszej nigdy nie jest bezinteresowne. Tu się zabija z konieczności, dla pokarmu lub obrony, słowem – dla przeżycia. Człowiek za to ma wybór, to wszak fundament etyki. A że często jest on trudny? Ha! No i czasem wybiera bezinteresowne okrucieństwo, przemoc dla przemocy.
Zaledwie Wędrowcy opuścili leśne ostępy, kultura natychmiast objawiła im schizofrenicznie obie swoje twarze. Piękno i szpetotę.

Narewka. Sielankowa miejscowość. Chciałoby się powiedzieć: sielska wioska… ale to wszak pleonazm.

Drewniane, typowe dla Podlasia budownictwo. Biało-zielona, skromna, a przecież dostojna, cerkiew świętego Mikołaja.

Słoneczko delikatnie świeci. Błękitne niebo. Białe obłoki. Spokój. Błogość. Idylla.

Ale upiory przeszłości nie śpią. To w końcu wioska Danuty Siedzkówny “Inki”, która co prawda nie tutaj przyszła na świat, ale tutaj dorastała. Nie, oczywiście to nie “Inka” jest tym upiorem. Lecz, niestety, ona go przywołuje.

Było chwilę temu o trudnym wyborze? To właśnie ten przypadek. Kończy się Wielka Wojna. Odchodzi jeden okupant, przychodzi drugi. Tutaj ludzie świetnie pamiętali pierwszą sowiecką okupację z lat 1939 – 41. Co można zrobić? Pogodzić się. Spróbować przetrwać, łykając gorycz klęski. Pójść na współpracę, mordując sumienie. Niektórzy zostali w lasach, podejmując beznadziejną walkę. Nie były to łatwe wybory. Viator nie ma pojęcia, co by sam uczynił, jaką decyzję podjąłby w tak nienormalnej sytuacji. Gdy wokół kipi zadawniona nienawiść. Gdy Polacy oskarżają Białorusinów o współpracę z komuną, a Białorusini czynią tak, bo uznają to za jedyny ratunek przed Polakami, którzy już przed wojną niszczyli ich cerkwie, a teraz chcą wygnać z ojcowizny, na Białoruś przesiedlić. Wzajemne krzywdy. Nieporachowane. Zapiekłe. A że po wojnie prawie każdy ma tutaj broń…

Pisząc o tych wydarzeniach Viator wie, iż stąpa po kruchym lodzie. Mało co jest tutaj oczywiste. Niektórzy Wyklęci to bohaterowie, zasługujący na wieczną pamięć. To pewne. Ale inni byli bandziorami, zdemoralizowanymi przez wojnę. I to też prawda. W Narewce zginęli z ich rąk bezbronni ludzie. Współpracowali z nową władzą? Być może. W nieodległych Puchałach Starych oddział Romualda Rajsa “Burego” zamordował kilkudziesięciu chłopów – tylko dlatego, że byli prawosławnymi Białorusinami. Niektórzy z nich pochodzili z Orli: Wędrowcy przemknęli przez Orlę wczoraj późnym wieczorem, zdążając z Bielska Podlaskiego do Dubicz, ale już było z późno, by się tam zatrzymać. A w Zaleszanach chłopcy “Burego” spalili szesnaścioro bezbronnych ludzi, w tym kobiety i dzieci.

Nic tutaj nie jest oczywiste. Poza jednym, przynajmniej dla Viatora: Wędrowiec nie uznaje Zadekretowanych Odgórnie Bohaterów, spod żadnego sztandaru. Wyklętych nie zamierza czcić en bloc. Gorszy sort tak ma. Zresztą, obrazą dla samego rotmistrza Pileckiego jest umieszczanie go w Panteonie obok “Burego”.

A “Inka”? Gorzko stwierdzić, iż dzieci walczyć nie powinny. Jasne – wojna przyspiesza dojrzewanie, krzywdy wydoroślają. Ale dzieci walczyć nie powinny. Boli, gdy się o tym mówi.

Dlatego wędrowcy ruszają dalej. Płyną wśród zielonych podlaskich krajobrazów. Mijają wioskę za wioską. Jedna piękniejsza od drugiej. Zwłaszcza cerkwie. Niebieska w Narwi.

Zielona ze złotymi kopułami w Trześciance.

Trześcianka… Już drugi raz w czasie tej podróży zawiódł viatorowy profesjonalizm. Jak Pielgrzym mógł nie przygotować się do wizyty w tej miejscowości? Cerkiew, owszem, sfotografował, bo widniała z daleka na skraju osady i był czas oraz miejsce, aby się zatrzymać. Ale samą wioskę minęli Podróżnicy z rozpędu, bez postoju i z poczuciem żalu, że nie wykonali żadnego zdjęcia. A przecież to Trześcianka w Krainie Otwartych Okiennic, pełna najpiękniej dekorowanych przez snycerzy drewnianych domów! Jak mógł Viator tak poszkapić sprawę?! Musi teraz skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci, bo własnoręcznie wykonanego zdjęcia, jako się rzekło, nie posiada. Obejrzyj tutaj, Czytelniku, cuda Trześcianki. A Viatorostwo rusza dalej.

Jeszcze kilkanaście kilometrów i wjeżdżają Wędrowcy do Zabłudowa. Cerkiew Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy, kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Kiedyś była też synagoga, a nawet zbór ariański – wszak tutaj żył i tworzył Szymon Budny. Kolejne ciche, urokliwe miasteczko. I to jeszcze z takimi tradycjami tolerancji!

Słońce stoi wysoko. Ciepło. Upał. I, niestety, zaczyna się wokół unosić zapach stęchlizny. Powiedzmy wprost – smród. Wybaczcie, zacni Zabłudowianie! Pielgrzym niczego wam nie zarzuca, miasteczko jest czyste i schludne. To smród duchowy.

Jest taki wiersz Tuwima – Anonimowe Mocarstwo – nie wiedzieć czemu, zapomniany. Kreśli w nim autor apokaliptyczny obraz jewrejskiego spisku, który, jak olbrzymi Lewiatan, oplata świat, sącząc w Londynie, Moskwie, Paryżu i Rzymie idee masońskie, wsparte, a jakże, krwawym złotem. Cały świat leży u stóp spiskowców. A u nas?

A po naszych miasteczkach, w straszne skwarne święto

Wieje z sieni ziejących pomruk głuchych nowin:
“Do kościoła się zakradł pejsaty żydowin
I dzieweczkę w cegielni na macę zarżnięto”.

Dlaczego w podlaskim Zabłudowie dopadło Viatora wspomnienie tych strof? Bo tutaj właśnie poczuł ów smród strasznego skwarnego święta. Wszystko się zgadza, choć dzieweczka w tym przypadku jest chłopięciem, a cegielnia – polem w pobliskich Zwierkach. Tam, w roku 1690, znaleziono okrutnie okaleczone ciało sześcioletniego chłopskiego syna, Gabriela Gowdela. Kto go zamordował? Wiadomo – żydzi. Karczmarz Szutka konkretnie. Po co to zrobił? Wiadomo, po co żydzi mordują czyste chrześcijańskie dzieciątka. Nie ma to jak maca, wypiekana z tak wybornym dodatkiem!

Smród. Sąd uniewinnił Szutkę. Co z tego? Prosty, bogobojny lud wie swoje. Zwłaszcza, gdy o to, aby lud nie zapomniał i nie zagasił żarliwości, dbają świątobliwi pasterze. Mały Gabryś został ogłoszony w roku 1820 prawosławnym Świętym Gabrielem Zabłudowskim, Młodzieńcem Męczennikiem. Żydzi, nie zapomnimy wam tego!

Nie zapomnieli. Długotrwałe szczucie, wsparte duchownym autorytetem, musi odnieść skutek. Ilu niewinnych mężczyzn, kobiet i oczywiście także dzieci, zginęło w pogromach? A któż ich zliczy.

Bracia Ortodoksi! Jak wielkim podziwem darzy Viator piękno Waszych cerkwi i mistykę Waszej Świętej Liturgii, jak szczerym szacunkiem darzy siłę Waszej wiary, tak z głębokim żalem woła: zgrzeszyliście! Zresztą, oni sami chyba zaczęli to w końcu czuć. Ostatniemi laty motyw mordu rytualnego jest w żywotach Męczennika tonowany, zamazywany, pomijany. Ot, Święty Młodzieniaszek, zabity za wiarę, patron dzieci i młodzieży.

Trudno-darmo, ale Viator tego nie kupuje. Na to nie ma usprawiedliwienia. I tylko szkoda biednego Gabrysia. Pedofil go zamordował? Psychopata? Nieistotne. Żal dzieciaka. Jak każdego zabitego dziecka. W każdej epoce i w każdym miejscu…

Wystarczy tego patosu. Czas w drogę.

Orient powszedni VII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi. Natomiast Wędrowcy ruszają na wschód, żegnając Drohiczyn. Jeszcze chwilę towarzyszyć im będzie Bug.

Następne miały być Siemiatycze. I byłyby, gdyby Viator, chwilę przed zakrętem wiodącym ku temu miastu, nie zauważył skromnej tabliczki, wskazującej inny cel. Czy to możliwe, że Wędrowiec, przygotowując trasę wyprawy, pominął to miejsce? Gdzie się podział jego sławetny profesjonalizm?! Jak to się mogło stać?!! Nie szkodzi. Nic straconego. Tylko, niestety, zaplanowaną wizytę trzeba będzie odłożyć na kolejny pobyt w tych stronach, bo na wszystko czasu z pewnością by zabrakło. Wybaczcie, Siemiatycze! Tym razem nie zakręcamy, jedziemy prosto.

Wjeżdżamy na tereny zamieszkałe w dużym stopniu, miejscami w większości, przez prawosławnych Białorusinów. Tutaj nawet zwykłe krzyże przydrożne wyglądają inaczej.

Mijając wiele takich krzyży, Wędrowcy zbliżają się ku Świętej Górze. Ach, te święte góry! Olimp, Parnas, Synaj, Nebo, Syjon, Tabor, Garizim i Ebal, Mount Graham, Ayers Rock, Ślęża, Łysica, Athos, Subiaco, Coropuna… Góry miały i mają w sobie coś mistycznego – stwierdzenie to banalne, ale prawdziwe. Ludzie zawsze uważali, że wzniesienia są wyśmienitym miejscem na spotkanie z Najwyższym. Góra się wyróżnia. Góra przyciąga wzrok i myśli. Góra wyrasta z równiny, jak sacrum górujące nad profanum, jak święto przerywające ciąg nudnych, powszednich dni. Góra daje poczucie czegoś wzniosłego, szansę na wyrwanie się z miałkiej szarzyzny. Daje nadzieję na… nadzieję.

Nawet, jeśli to w rzeczywistości zaledwie pagórek, wzgórze. Choćby Jasna Góra: górą nie jest, ale mimo to stała się świętą górą. Tak mają katolicy, tak też sprawa się przedstawia u ortodoksów: Święta Góra Grabarka (bo, ku niej, rzecz jasna, zdążają właśnie Wędrowcy) to właściwie niezbyt wysokie wzgórze. Ale świętą górą jest bez żadnej wątpliwości. Taką ją bowiem uczyniła nadzieja wiernych, którzy pielgrzymują tutaj od kilkuset lat. Od ilu dokładnie, trudno orzec. Niektórzy mówią, że już od XIII wieku, inni, że od XVIII. Nieważne. Z pewnością pielgrzymują od dawna i z gorącą wiarą.

Najliczniej przybywają w Święto Przemienienia Pańskiego. Przywołującego tajemnicze wydarzenie z góry Tabor:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Grabarka to Podlaski Tabor. Orient powszedni…

W cerkwi Przemienienia Pańskiego, tej która, podpalona, spłonęła była dwadzieścia osiem lat temu i którą starannie odbudowano, trwa wieczorne nabożeństwo. Święty Starzec wiedziałby, jako ono się nazywa. Viator nie wie. Ale chodzi zapewne o coś w rodzaju prawosławnych nieszporów. Płoną setki świec. Świętą Liturgię odprawia się na Grabarce z wielką pieczołowitością: dbają o to mniszki, które zamieszkały tutaj, zakładając monaster, wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny i po zmianie granic.

Wchodzić do wnętrza i przeszkadzać Wędrowiec nie chce. Zdjęć robić i tak nie byłoby tam wolno. Ale widok z zewnątrz też chyba nie rozczaruje Czytelników.

Tutaj, jako się rzekło, przybywają pątnicy z gorącą wiarą. Jej znakiem są krzyże wotywne, które od lat przynoszą ze sobą i ustawiają wokół cerkwi. I to jest chyba największa różnica między Grabarką a Jasną Górą. Kaplica Czarnej Madonny też jest gęsto obwieszona wotami. Ale dziękczynnymi, za wysłuchane modlitwy. Tutaj stoi las krzyży błagalnych. Las… Opisać jego atmosfery Viator się nie podejmie, nie ten warsztat. Fotografie powiedzą więcej.

Każdy krzyż to czyjś dramat, troska, krzywda, choroba, zdrada i diabli… przepraszam! anieli wiedzą, co jeszcze. Tysiące małych i dużych strapień. Przeto tuż obok zbudowano drugą, pomocniczą cerkiew, pod wezwaniem Ikony Matki Bożej “Wszystkich Strapionych Radość”. Viator wie, że na jego strapienia nie ma lekarstwa, będzie je dźwigał do samego końca. Przeto wzdycha jedynie i ruszają Wędrowcy dalej, tym bardziej, że noc nadchodzi wielkimi krokami. Noc astronomiczna, nie mistyczna. Na szczęście!

Mijają Podróżnicy pędem wsie i miasteczka. Takie, gdzie Polaków nie ma prawie w ogóle, lub są w mniejszości. Bywa, że stoi w nich tylko cerkiew, czasem świątynie obu obrządków. Na przykład w Kleszczelach. Tutejsza cerkiew jest tak niezwykła, że, mimo pośpiechu, Pielgrzym musiał się zatrzymać i ją uwiecznić. Błękitna Brama Niebios…

Rozum każe się zatroszczyć o nocleg. Ale serce nie pozwala. Viator przygotował coś specjalnie dla Viatorki i musi Ją tam zawieźć, po prostu – musi. Tam, czyli do Bielska Podlaskiego. Są w tym mieście warte uwagi kościoły, są też piękne cerkwie.

Jednak nie dla nich już niemal o zmroku zatrzymuje Wędrowiec auto na bialskim rynku. Nie dla nich!

Viatorka

Uparł się Viator, mimo późnej pory, aby zamiast szukać noclegu, koniecznie jechać do Bielska Podlaskiego, choć nie zdradził, dlaczego. Powiedział tylko, że warto, a jak nie dziś, to innej okazji może nie być. No to pojechaliśmy. Zobaczyliśmy cerkiew, podjechaliśmy na rynek… No tak, znajome to miejsce, choć Viatorka jest tutaj po raz pierwszy w życiu! Tą właśnie – tyle, że niegdyś wyłożoną kocimi łbami, pełną dziur i kałuż – uliczką, niezwykle przystojny hrabia Leszek Czyński podjeżdżał motocyklem do sklepu z pasmanterią, w którym igły, nici i tytoń sprzedawała skromna i uboga, ale o wielkiej urodzie sierota, niejaka Marysia Wilczurówna.

Tak, Czytelnicy na pewno też już poznają: to plenery Znachora, wyreżyserowanego w 1981 przez Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Kolejne pokolenia mają okazję oglądać ten kultowy już melodramat w każde święta, zarówno religijne, jak i państwowe, na różnych kanałach telewizji publicznej, na zmianę z Trędowatą tego samego reżysera.

Któraż z kobiet nie chciała być na miejscu Marysi, wtulać się w ramiona przystojnego hrabiego – granego przez Tomasza Stockingera – szaleńczo zakochanego, gotowego popełnić mezalians, a nawet odebrać sobie życie, gdy myślał, iż utracił swą miłość na zawsze! Który z mężczyzn nie wpatrywał się w piękne, wielkie oczy Marysi, której twarzy użyczyła Anna Dymna! Któż nie wzruszał się losami doświadczonego życiem, dobrego doktora Wilczura, który spotkał swą córkę, choć tak długo jej nie poznawał!

Nie, to stanowczo nie jest jakieś tam byle romansidło dla pensjonarek. To dobrze nakręcony i świetnie zagrany film, mimo że jego fabuła niezbyt jest skomplikowana. I choć Viatorka oglądała go niezliczoną ilość razy, zawsze z sentymentem do niego wraca.

Z uroczej uliczki, jaką widzimy w filmie, niestety mało się zachowało. Wyłożono ja szarą, smutną kostką brukową. Stoją już tylko dwa stare domy, między innymi ten, gdzie mieścił się sklep Marysi, o czym przypomina szyld Znachor. Niewiele zostało. Ale i tak warto było tu zajechać. Viator miał rację!

Nocleg zaplanowało Viatorostwo w Dubiczach Cerkiewnych – wiosce będącej stolicą gminy z najmniejszym w całym kraju odsetkiem ludności polskiej. Ponad osiemdziesiąt procent Białorusinów! Kiedy wjeżdżaliśmy, było już ciemno, ale i tak do tego stopnia zaintrygował nas mijany cmentarz prawosławny z XIX wieku, że rankiem następnego dnia wróciliśmy aby obejrzeć go w świetle słońca. Tak „barwnej” – na swój sposób, rzecz jasna – nekropoli jeszcze nie widzieliśmy.

Orient powszedni VI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Sforsowawszy Bug mostem we Frankopolu wjeżdża Viatorostwo do Drohiczyna. Chwilę się tu Wędrowcy zatrzymają. Raz, że zmęczenie po spływie kajakowym daje się we znaki. Dwa, że miasto godne jest uwagi: będzie trochę o historii, co obiecał tydzień temu Viator Czytelnikowi Maciejowi. Trzy – ten krótki odpoczynek to swego rodzaju trampolina przed skokiem; do końca dnia wciąż daleko i wiele jeszcze Pielgrzymi dziś zobaczą. Ale o tym za tydzień.

Zdecydowanie najpiękniejsza panorama miasta rozciąga się z lewego, południowego brzegu rzeki. Raz jeszcze warto ją sobie przypomnieć:

Drohiczyn rozsiadł się na wysokiej skarpie nad Bugiem. Położenie takie, że aż prowokuje kłopoty z wielką historią!

Viator urodził się, wychował i mieszka, a zapewne także pożegna się z tym łez padołem, w niewielkim, około czterdziestotysięcznym mieście. Nigdy nie rościł sobie pretensji do wielkomiejskości. Ale, nawet z jego perspektywy, Drohiczyn to naprawdę malutkie (i senne – zwykle w taki związek frazeologiczny łączy się to w polszczyźnie) miasteczko. Gdzie się pomieściła ta wielka historia?

Na przestrzeni dziejów zdążył być Drohiczyn twierdzą graniczną i przedmiotem ciągłego sporu między Rusią Kijowską (potem zaś Litwą) a Mazowszem (następnie, co oczywiste, Polską): Polacy trzymali lewy brzeg, na prawym rządzili: Jarosław Mądry, Daniel Halicki, Trojden, Olgierd, Kiejstut i Witold. Po zjednoczeniu Korony z Litwą miasto straciło funkcję umocnionej rubieży, a zyskało rangę stolicy województwa Podlaskiego i, co za tym idzie, silną pozycję gospodarczą. Wzrosła liczba ludności, pobudowano liczne świątynie katolickie, prawosławne i unickie. Bogactwo pogranicza.

Istniały właściwie dwa grody: Drohiczyn Lacki na, nie wiedzieć czemu, ruskim, czyli północnym brzegu i, konsekwentnie, Drohiczyn Ruski na brzegu lackim, polskim, południowym. Ten drugi już nie istnieje: po szwedzkim Potopie nastąpił upadek ekonomicznej potęgi miasta. Z Drohiczyna Ruskiego pozostały nadrzeczne łęgi, po których brodzą żurawie. Zresztą, nie tylko Szwedzi pustoszyli miasto. Przedtem i potem zapędzały się tutaj zagony mongolskie, jaćwieskie, krzyżackie, tatarskie, siedmiogrodzkie i moskiewskie. Przekleństwo pogranicza!

Stracił Drohiczyn znaczenie gospodarcze, ale zachował kulturowe. Działały tu liczne szkoły, z najsłynniejszym jezuickim Collegium Nobilium (nie mylić, rzecz jasna, z uczelnią pijara Stanisława Konarskiego w stanisławowskiej Warszawie). Takie jezuickie kolegium to, według dzisiejszych kryteriów, coś między liceum a uczelnią wyższą – czyli nie byle co!

A potem, wiadomo: zabory, marazm, upadek. Tym bardziej, że miasto pozostało w granicach Ziem Zabranych, nie znalazło się na terenie Księstwa Warszawskiego ani Kongresówki. Gdyby leżało na drugim brzegu Bugu, to tak, ale w tej sytuacji… Świątynie zmieniały swą przynależność. Zabierane przez Rosjan katolikom stawały się cerkwiami prawosławnymi, a potem, po 1918 roku – na odwyrtkę. Nic nowego, wiele już razy spotkało się Viatorostwo z takimi losu kolejami – koleinami raczej – w swej podróży po Oriencie Powszednim. Specyfika pogranicza.

Dziś stoi w mieście prawosławna cerkiew świętego Mikołaja.

Jest też katolicki, pofranciszkański kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z klasztorem, pełniącym obecnie funkcję muzeum diecezjalnego.

Diecezjalnego? Ano tak. Zwykle siedzibą diecezji jest większe miasto, ośrodek naukowy, gospodarczy, administracyjny. Zresztą – zawsze tak było. Z drobnymi wyjątkami wszelakoż. Czasami względy historyczne, prestiżowe i diabli… – przepraszam! anieli wiedzą, jakie jeszcze – przemawiały za tym, aby biskup obrał na swą siedzibę miasteczko prowincjonalne.

Drohiczyn przez całe Dwudziestolecie Międzywojenne leżał w Diecezji Pińskiej. Zmiany granic po roku 1945 spowodowały, iż stał się stolicą ostatniego skrawka tejże diecezji, leżącego w granicach Polski. Co Kościół z powagą celebrował, lokując tutaj półoficjalnie siedzibę diecezji, zwanej Drohiczyńską – nazwa Pińska była zbyt ryzykowna i dla władz drażniąca. Zresztą, nie tylko tutaj tak postąpiono: jedyny fragmencik Archidiecezji Lwowskiej, jaki pozostał po wojnie w Polsce, to Lubaczów z okolicami. Oficjalnie twór ów nazywał się Diecezją Lubaczowską, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Lwowską.

Ostatecznie sprawę uporządkowała w roku 1992 bulla Jana Pawła II Totus Tuus Poloniae Populus, tworząca nową strukturę administracyjną Kościoła Katolickiego obrządku łacińskiego w Polsce. Małe miasteczka, takie jak Lubaczów (wraz z Zamościem co prawda), Pelplin i Drohiczyn, już całkiem oficjalnie, stały się siedzibami diecezji. Ale Drohiczyn jest z nich zdecydowanie najmniejszy: dwa tysiące mieszkańców!

Jest diecezja, to musi być katedra. Jej funkcję pełni pojezuicka świątynia Trójcy Przenajświętszej.

Jest diecezja, to musi być Wyższe Seminarium Duchowne – autentyczna uczelnia wyższa w dwutysięcznym miasteczku – które ulokowało się w zabudowaniach pojezuickiego kolegium (wspomnianego Collegium Nobilium).

To właśnie ten zespół pojezuicki – katedra i seminarium – prezentuje się tak imponująco w panoramie Drohiczyna widzianej z południowego brzegu Bugu. Z bliska też przedstawia się okazale.

Ale na skróceniu dystansu znacznie bardziej zyskuje budowla, która w panoramie przycupnęła skromnie po lewej stronie: w ocenie Viatora najpiękniejsza świątynia Drohiczyna, barokowy kościół sióstr benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Ponoć projektował go sam Jakub Fontana. To możliwe, bo rękę mistrza widać tu wyraźnie.

Wichry historii przewiały się. Pozostało wspomnienie dawnej chwały. Pozostała Góra Zamkowa.

Kiedyś, rzecz jasna, stał tutaj zamek: po prawdzie pełnił on raczej funkcje administracyjne niż militarne, ale stał. Dziś nie ma po nim śladu. Jednak warto się wdrapać na wzgórze: z żadnego innego miejsca w Drohiczynie nie uświadczysz wędrowcze tak pięknych widoków Bugu.

Wichry historii wiać będą dalej. Być może kiedyś całkowicie zmiotą miasto z powierzchni ziemi. Rzeka będzie trwać.

Viatorka

Viatorka cieszyła się od dawna na spotkanie z Podlasiem – nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, czy ciekawe zabytki będące świadkami historii. Z równie wielką niecierpliwością czekała na spotkanie z regionalną kuchnią. Uwielbia bowiem wszelkie pierogi, ziemniaki w każdej postaci oraz kluski (oprócz tych lanych w zupie). Niestety: od lat rzadko może sobie pozwolić na taką dietę. Nie chodzi o „trzymanie linii” dla urody! Viatorka po prostu nie może nabrać kilogramów, aby nie stracić możliwości samodzielnego poruszania się i nie nadwyrężać kręgosłupów tych, którzy jej w różnych sytuacjach pomagają. No, ale w czasie takiej regionalnej eskapady, ograniczeń w diecie nie ma…

Podczas podróży po Podlasiu po raz kolejny przekonała się Viatorka o prawdziwości twierdzenia, że my Polacy nie za bardzo cenimy to, co nasze, rodzime. Już poprzedniego dnia Viatorstwo szukało restauracji, gdzie można byłoby zjeść regionalne potrawy. Ale gdzie tam! Bez problemu kupisz pizzę, kebab, hamburgery, schabowego, czy grillowaną pierś kurczaka. Lecz nie tradycyjne potrawy, których podstawą są ziemniaki i kasza. Czyżby były za mało wykwintne dla rodzimych turystów? A może raczej to autochtoni mają takie zdanie o swoich rodakach?

W internecie w końcu udało się znaleźć restaurację serwującą potrawy regionalne: „U Ireny” w Drohiczynie. Strasznie głodni trafiliśmy tam po godz. 16. I trzeba powiedzieć: warto było!

Na początek: ZAGUBY. W ciasto pierogowe zawija się farsz z tartych ziemniaków przesmażonych z cebulką i boczkiem. Pycha!

Potem babka ziemniaczana. Z utartych surowych ziemniaków wymieszanych ze skwarkami ze świeżo stopionego boczku lub słoniny, pikantnie przyprawionych i zapieczonych na złocisto-brązowy kolor. Strasznie duża porcja. Ale jakie to dobre!

Skusiło się też Viatorstwo na półmis (tak stało napisane w karcie dań – półmis, nie półmisek – ach, ten snobizm marketingowy!) pierogów: z mięsem, kaszą gryczaną i boczkiem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami. 12 sztuk to jednak dużo, Viatorka szybko zrozumiała, iż przeliczyła się z siłami….

Do popicia litewski kwas chlebowy. Dlaczego u nas nie jest popularny? Dziwne. Według internetu ten sfermentowany napój z chleba ma liczne właściwości zdrowotne. Wzmacnia odporność, reguluje trawienie, a nawet sprzyja odchudzaniu. I jest smaczny. W Polsce stał się powszechnie znany za czasów Władysława Jagiełły

Na koniec parowańce, tu w wersji na słodko. Nie, ta akurat potrawa rozczarowała. Znane chyba w całym kraju pyzy drożdżowe przygotowane na parze (w Wielkopolsce zwane kluchami na łachu, czy pyzami poznańskimi), tutaj zostały polane odrobiną sosu czekoladowego, a przy nich położono winogrona. Jakoś to mało regionalne….

Ogólna jednak ocena: piątka. Szkoda, że te wszystkie potrawy takie syte, nie było już nawet siły skosztować kartaczy, czyli cepelinów – zresztą Viator stanowczo stwierdził, że tych należy próbować w Suwalskiem, bo tam jest ich „ojczyzna”. Czyli za dwa dni.

Orient powszedni V

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Pogoda piękna, słońce od rana świeci mocno, ale nie przenikliwie. Viatorostwo wyspane i głodne nowych wrażeń. Zapowiada się kolejny intensywny dzień.

Pratulin. Mała wioska naznaczona wielką historią, roztrząsaną w poprzednim odcinku. Gdy rosyjski zaborca zabrał się, korzystając z pretekstu, jakim było niebłagonadiożne Powstanie Styczniowe, do likwidacji ostatniej – chełmskiej – diecezji Cerkwii Unickiej. Jesteś obrządku wschodniego? To wracasz do prawosławia i nie ma gadania!

Łatwo powiedzieć. Unia miała kilkusetletnią już tradycję, wierni, mimo podobieństwa liturgii, nie czuli szczególnych związków z prawosławiem, zwłaszcza rosyjskim. W kilku miejscach stawili opór duchownym ortodoksyjnym, którzy wkraczali, zazwyczaj w asyście wojska, by przejąć ich świątynie. Polała się krew. W Pratulinie zginęło 13 unitów. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 50. Sami mężczyźni, każdy, z wyjątkiem najmłodszego, osierocił żonę i dzieci.

Na nic było ich poświęcenie. Unię zlikwidowano, kilkaset tysięcy wiernych stało się przymusowymi prawosławnymi. Aż do roku 1905. Wtedy, po rewolucji, która spowodowała falę krótkotrwałej odwilży, pozwolono im powrócić do katolicyzmu. Ale wyłącznie w obrządku łacińskim – ot, taki szczegół. A próba odnowy Unii, o której pisał Viator w zeszłym tygodniu w Kostomłotach, też nieszczególnie się powiodła.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że ofiara życia idzie na marne. Różnie sobie ludzie z tym radzą. Można na przykład wynieść męczenników na ołtarze, ogłosić, iż w wymiarze eschatologicznym odnieśli zwycięstwo. Tak uczyniono i tutaj: Jan Paweł II ogłosił trzynastkę unitów błogosławionymi w 1996 roku. Kościół w Pratulinie nosi miano Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Choć, po prawdzie, to już inny kościół: cerkiew, której bronili zamordowani, została rozebrana przez Rosjan w roku 1886 (tak na wszelki wypadek, żeby nie było okazji do kultywowania pamięci zbrodni). Kilka lat temu na jej miejscu postawiono stary, drewniany kościółek, przeniesiony ze Stanina. Tyż pikny, ale to już nie to…

Kościółek, Martyrium, jest otoczony wieńcem trzynastu kapliczek: po jednej dla każdego z męczenników. Ta na przykład poświęcona jest Wincentemu Lewoniukowi. temu, który padł pierwszy od salwy kozackiej.

Oj, Wincenty, Wincenty! Czy warto było? Ledwo dwadzieścia pięć lat, żona, dzieci zapewne też. Czy warto było kłaść to wszystko na ołtarzu wierności?

W ogóle – pyta sam siebie Wędrowiec – czy warto? Dla jakiej wiary czy idei warto? Niestety, ofiara z życia nie świadczy o prawdzie czy nawet wartości którejkolwiek z nich. Przykra to konstatacja i boleśnie ją wypowiadać, ale ludzie umierali ochoczo, z poświęceniem, za tak różne ideały, czasem wręcz zbrodnicze, że męczeństwo niestety nie przesądza o niczym. Na pewno nie o tym, czy bliżej do Boga ma łacinnik, ortodoks albo unita. Chrześcijanin, żyd czy zgoła ateusz. Za każdą z tych idei ludzi szli na śmierć ze śpiewem na ustach.

Ale jedno jest oczywiste, już zresztą na Majdanku Viator dał wyraz temu przekonaniu: moment, gdy ktoś uznaje, że ma prawo decydować za bliźniego, w co ten ma wierzyć, jakim bogom i w jakich szatach liturgicznych powinien się kłaniać, gdy przyznaje sobie prawo do decydowaniu o życiu innych – ten moment to czarne jądro i źródło wszelkiego zła. Chciałoby się rzec do tych ludzi: odpierdolcie się i dajcie nam żyć w spokoju! Niestety. Doświadczenie uczy, że się nie odpierdolą. Żeby pozostać sobą, żeby zachować szacunek dla samego siebie, trzeba im się przeciwstawić.

Umierać za idee? Nie warto. Ale czasem trzeba.

Czy o tym myśli dusza Wincentego, w gołębia wcielona, gdy na gontach dzwonnicy wraz z towarzyszem przysiadłszy, smętnie grucha?

Nie lepiej żyć w zgodzie? Wygląd krzyża ma decydować o tym, kogo nienawidzę? No bzdura, absurd, dewiacja! Niech stoją sobie oba. Komu tu przeszkadza? Ano – są tacy, którym przeszkadza. I zawsze będą.

Nie da się tak trwać zbyt długo w bolesnych rozważaniach, w zawieszeniu między doczesnością a wiecznością. To wbrew zasadom higieny psychicznej. Zajmijmy myśli czymś lżejszym.

Janów Podlaski. Niegdyś miasto, siedziba biskupstwa. Dziś senna wioska na równinach nadbużańskich. Wielka historia ostatnio omija ją raczej. Może dlatego na rynku zachowały się jakimś cudem jedne z najstarszych w Polsce dystrybutory paliwa? Stacja benzynowa z 1928 roku!

Ale jeśli ktoś się uprze, by o tej wielkiej historii podumać, to proszę bardzo. Kolegiata św. Trójcy, dawna katedra diecezji janowskiej. Ślad po minionej chwale

We wnętrzu świątyni grobowiec oraz pomnik Adama Naruszewicza. Chcieliście wielkiej historii, to macie: życiorys rozdarty między Konstytucją 3 Maja a Targowicą. Patriotyczną publicystyką a pobieraniem jurgieltu. Pisarstwem oświeceniowym a podlizywaniem się carycy Katarzynie. Potępieniem zwyrodniałej cywilizacji a zamieszkiwaniem w luksusach janowskiego pałacu biskupiego. Ciekawe czasy, ciekawi ludzie, których trudno jednoznacznie oceniać.

Jest jeszcze wcześnie, poranne słońce jasno oświetla statuę Biskupa. Jest jeszcze wcześnie, ale Pielgrzym ma już dość zmagania się z przyciężkawymi dylematami. Musi, koniecznie musi, odetchnąć choć na chwilę.

Tutaj uda się to najłatwiej. Mężnie zwalcza Viator pokusę rozważań historiozoficznych o dziejach janowskiej stadniny. Stwierdza po prostu, iż klasycystyczna Stajnia Zegarowa jest piękna.

Jeszcze bardziej po bohatersku nie zagłębia się Wędrowiec w dywagacje na temat tego, co się tutaj, w myśl zasady Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze? ostatniemi laty z woli władz działo.

Nie i jeszcze raz nie! Dłuższą chwilę spędza Viator z Viatorką na kontemplacji piękna koni. Ich wolności i szczęścia. Li i jedynie.

Chciałoby się zostać z janowskimi arabami znacznie dłużej. Ale nie można. Bug wzywa! Spotkamy się z nim w Serpelicach.

Viatorka

Viatorka urzeczona była pięknem Janowskich arabów, ich niesamowicie długimi szyjami i nogami. Tym luzem i poczuciem wolności. Kilkadziesiąt koni na zielonym wybiegu to sobie kłusowało, to się pasło, to znów zażywało piaskowych kąpieli. Kolejno podchodziły do niewielkiegomiejsca wśród trawy, wysypanego suchym, rozgrzanym od słońca żwirkiem. Najpierw zginały długie, przednie nogi, siadały, przewracały się na bok, potem na grzbiet i radośnie tarzały się wymachując wszystkimi kończynami, zupełnie jak Viatorostwa ukochane psiaki. Uroczy widok. Viatorostwo zatrzymało się przy tej scenie najdłużej, robiąc zdjęcia i nagrywając filmik na smartfona. Dla jednego z ogierów chyba coś musiało być podejrzane, bo leżąc zaczął nas bacznie obserwować. Mimo że odległość między nami była dość duża, mieliśmy z tym zwierzęciem autentyczny, długotrwały kontakt wzrokowy. Niesamowite uczucie. Szczęśliwe konie! Czują się wolno i swobodnie, choć tak naprawdę są dla ludzi jedynie lokatą kapitału, ekskluzywną, żywą zabawką, a nawet tematem debaty i walki politycznej.

Czas jechać dalej – nad BUG. Strasznie cieszyła się już od kilku dni Viatorka na perspektywę spływu kajakiem po tej romantycznej rzece. I w ogóle na to, że po półtorarocznej przerwie spowodowanej różnymi przykrymi wydarzeniami, znowu, jeśli tylko pogoda dopisze, wsiądzie do kajaka.

Od kilku lat to Viatorostwa ulubiona forma rekreacji. Ulubiona, bo niesamowitych wrażeń dostarczyła każda rzeka, zalew, jezioro, jakie przepłynęliśmy. Ale ulubiona również dlatego, że jest to jedna z nielicznych aktywności dających tak bliski kontakt z przyrodą, która jest dla Viatorki, osoby mocno już niepełnosprawnej, dostępna. Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w czasach narzeczeństwa, chodziło Viatorostwo po górach. Omijaliśmy tylko te zatłoczone, gdzie przed wejściem na szczyt czekać było trzeba w kolejce. Straszny był to już wtedy dla Viatorki wysiłek, ale ta przestrzeń, te widoki, rekompensowały wszystko.

Dziś o chodzeniu po górach mowy nie ma, choć nie tak dawno podejmowało Viatorostwo udane, jakkolwiek karkołomne, próby dotarcia tylko we dwójkę, Viatorka na wózku inwalidzkim rzecz jasna, w różne ciekawe miejsca – chociażby do zamku Bolczów w Rudawach Janowickich.

Z kajakiem aż takich problemów nie ma – trzeba tylko znaleźć trasę bez przenosek, dogodne, płaskie dojście i wyjście z rzeki, pomóc Viatorce wsiąść i wysiąść, a właściwie wsadzić i wyciągnąć ją z kajaka. A w trakcie spływu oddaje się Viatorka po prostu z pełnym zaufaniem w ręce Viatora, który świetnie posługuje się wiosłem, no i umie, w przeciwieństwie do Viatorki, pływać. I nigdy jeszcze Viator tego zaufania nie zawiódł. Potem można przez kilka godzin chłonąć przyrodę, świeże powietrze, widoki, ciszę i napawać się poczuciem wolności.

To dopiero 29 kwietnia. Po raz pierwszy tak wcześnie wybrało się Viatorostwo na spływ, a Bug to jednak spora rzeka – woda pewnie jeszcze bardzo zimna. Ale nic, ruszamyw Serpelicach, jak zwykle samodzielnie, nie w grupie, bo tylko tak lubimy.Ma być tylko przyroda imy!

Niestety, jak się okazało, nie w tym przypadku. Serpelice to miejscowość wypoczynkowa. A jak najbardziej lubią odpoczywać polscy turyści? Cóż: w tłoku i hałasie. Jak jest rzeka, to po co męczyć ręce wiosłem, skoro lepiej mieć motorówkę. Przez pierwszą część spływu towarzyszył Viatorostwu huk silników, wysokie fale niebezpiecznie kołyszące kajakiem oraz widok łodzi motorowych, gdzie na dziobach opalali się rozebrani do pasa panowie z piwem w ręce (oraz z okazałym zazwyczaj mięśniem piwnym) – takie nowoczesne Galiony. Stojący na brzegu wędkarze wyglądają na przyzwyczajonych do tego, ani śladu irytacji na twarzach. A wzdłuż brzegu samochody – każdy kierowca chce stanąć jak najbliżej wody, potem rozpala małego grilla i zupełnie go nie zraża fakt, że co chwilę jego wysmażane kiełbaski pokrywa chmura kurzu spod kół przejeżdżających tuż obok kolejnych aut.

Ale właściwie po co Viatorka się czepia? W końcu każdy odpoczywa tak, jak lubi. Zresztą po godzinie z ulgą minęło Viatorostwo te krzyczące oznaki cywilizacji. Uff, nareszcie cisza i spokój.

Zmieniające się widoki, pola, lasy, zarośnięte wysepki. Im dalej, tym piękniej. Podrywające się do lotu ptaki – Viator na pewno już wymyśliłby, czyim są wcieleniem.

Rzeka coraz szersza, ma już pewnie ze 150 metrów. W końcu ostre zakole i…  widać przystań. Koniec trasy. Jak zwykle: szybciej, niżby się chciało, choć tym razem Viator coś marudzi, że może i dobrze, bo jego siedzenie odwykłe od takiego wysiłku domaga się odpoczynku. Szkoda.

Viator

A teraz czas na kolejną wizytę, którą Viator wymarzył sobie już dawno temu. Konkretnie: w liceum, gdy po raz pierwszy obejrzał film Panny z Wilka. Otwórzcie, proszę, odtwarzanie, zobaczcie, co się dzieje w 8 minucie, 40 sekundzie: Wiktor Ruben wsiada na prom, by przepłynąć rzekę. Widok brzegu, ku któremu zmierza, to jeden z najpiękniejszych plenerów polskiego kina. Daniel Olbrychski sam wskazał to miejsce Andrzejowi Wajdzie. Panorama Drohiczyna. Wędrowiec wiedział od lat, że musi tu przybyć, bo się w owej panoramie autentycznie zakochał. Teraz wreszcie się udało. Choć nie było łatwo: coraz bezwzględniejsze i dzikie bezdroża prowadzą ku wymarzonemu miejscu, Pielgrzym coraz bardziej ryzykuje uszkodzeniem zawieszenia samochodu. Czy będzie warto?

Niech Czytelnicy sami ocenią, czy było. Viator nie ma najmniejszej wątpliwości.

Aby dostać się do samego miasta, trzeba nadłożyć jeszcze sporo kilometrów, bo najbliższy most na Bugu znajduje się dopiero we Frankopolu. Wracamy przeto powoli po bezdrożach nadbużańskich łęgów, chłonąc ich spokój. I nie ma chyba potrzeby dodawać, że w te dwa żurawie wcieliły się dusze Wiktora Rubena i Tuni (a może Feli?), aby, wolne już od wszelkich trosk, na wieczność całą cieszyć się swą obecnością.

 

Orient powszedni IV

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Jak rzekła Viatorka na zakończenie poprzedniego odcinka? Czas ruszać w drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko. Prawdę mówiąc, już nie tak daleko. Ale do odwiedzenia jeszcze sporo, dlatego faktycznie – w drogę!

Tę wizytę wymarzył sobie Viator i zaplanował już dawno. Wiele lat temu. Tylko okazji jakoś dotąd nie było. Teraz jest.

Kilka lat temu, pisząc o swych wędrówkach po Łużycach, Pielgrzym zauważył, że na pewnym obszarze, poprzez zmiany granic, historia wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego. Idealny dla badaczy kultury i dziejów. Tam i wtedy chodziło Viatorowi o leżące blisko siebie, w odległości około 20 kilometrów, trzy miasta – różnego pochodzenia, innej specyfiki oraz prezentujące odmienne typy organizacji przestrzennej. Tutaj i teraz Wędrowiec widzi analogiczną sytuację: ciekawe, czy ktoś oprócz niego dostrzegł już ten podlaski preparat mikroskopowy. Dla badaczy przenikania wyznań – wprost wymarzony.

Trzy miejscowości nad granicznym Bugiem, odległe od siebie o niespełna 15 kilometrów. Trzy odsłony chrześcijaństwa. Kiedyś Viator pasjonował się tą tematyką, do ciągłego jej zgłębiania nakręcając się nawzajem z pewnym dobrym znajomym. Ten, niegdyś świetnie zapowiadający się, młody człowiek jest dziś Świętym Starcem z Piétrebais. Zapewne przeczyta ten tekst. Może pokusi się o jakiś komentarz, bodaj krytyczny? Wszak jest wytrawnym znawcą zagadnienia oraz miłośnikiem wschodniego rytu. Sprawiłby Pielgrzymowi wielką przyjemność…

Preparat jest mikroskopowy i badawczy, przeto Viator nie potrafi się powstrzymać od profesorkowatego zadęcia. Czasem można. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!

Odsłona pierwsza: Jabłeczna, czyli twarde prawosławie.

Dla Wędrowca, tak jak i dla innych mieszkańców Łużyc, obrządek wschodni to egzotyka. No, może nie tak do końca: jednym ze skutków Akcji “Wisła” jest fakt, że w promieniu 50 – 70 kilometrów od domostwa Viatora można spotkać kilka cerkwi, tak prawosławnych, jak greckokatolickich: Szprotawa, Przemków (stolica Łemków, jak mówią), Zielona Góra, Buczyna… To daje nawet niezwykły efekt, gdy poluterańska, neogotycka kircha z czerwonej cegły pyszni się cebulastą, złotą kopuła, jaką ją zwieńczono na potrzeby nowego kultu. Ale mimo wszystko takie miejsca tam, na Zachodzie, są rzadkością. Tutaj, na Podlasiu, cerkwie stanowią powszedni element krajobrazu. Ale dla Viatora pozostają egzotyczne. Zaś jedna z nich, ta w Jabłecznej, jest po wielokroć egzotyczna. Już brama wjazdowa na teren obiektu świadczy o tym, że wkraczamy do innego świata.

Cerkiew, a właściwie monaster (czyli klasztor wraz z świątynią) św. Onufrego. Powstał w XV wieku. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest jedynym męskim klasztorem prawosławnym na terenie współczesnej Polski, który od momentu założenia funkcjonuje nieprzerwanie po dziś dzień. Przetrwał zabory (to akurat naturalne: nowi władcy, czyli Rosjanie, wspierali wręcz jego działalność), przetrzymał okres niezbyt przychylnej dla prawosławia (co też jest ostatecznie zrozumiałe) II Rzeczypospolitej, wyszedł obronną ręką (mimo zniszczeń) z zawieruchy Wielkiej Wojny i oparł się władzom PRL-u (nawet w czasie stalinowskiej nocy!). Dziś, dla swych zasług, dumnie nosi miano monasteru stauropigialnego, czyli podlegającego bezpośrednio jurysdykcji samego Metropolity Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (może Święty Starzec z Piétrebais coś tutaj doda od siebie).

Zabudowania klasztorne i cerkiewne nie są aż tak stare, jak dzieje monasteru – pochodzą z XIX wieku. Ale i tak robią wrażenie – właśnie swą egzotyką. Viator jest świadom, iż nieco nadużywa tego określenia, ale nie potrafi znaleźć trafniejszego. Zresztą, proszę tyko spojrzeć:

W cerkwi trwa nabożeństwo. Ikonostas, bogate szaty celebransa, dym kadzidła, transowy śpiew, świece. Mnóstwo świec. Wejść można, ale fotografowanie jest zabronione. Toteż muszą Czytelnicy zadowolić się ujęciami wykonanymi na zewnątrz. A szkoda! Niezwykła jest bowiem Boska Liturgia, a ryt wschodni – bogaty i wyrazisty. Ma uobecniać wśród wiernych Niebiosa, tak jak je sobie ortodoksi wyobrażają. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem, zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. Dla Najwyższego to, co najgodniejsze, najcenniejsze, najbardziej wzniosłe. Jak to sobie przedstawić? Cóż na ziemi było dla wschodniego chrześcijanina najgodniejsze, najbardziej wzniosłe? Czyż nie pałac Basileusa w Bizancjum i dworski rytuał? Czy nie tak musi wyglądać Niebo? Czy nie to wpłynęło na kształt Boskiej Liturgii? Viator nie jest tego pewien, tak sobie jedynie domniemywa. Ale Święty Starzec z Piétrebais na pewno wie. Tylko, czy się swą wiedzą zechce podzielić?

Bez cienia protekcjonalizmu pragnie Wędrowiec dodać, że rozumie i szanuje takie wizje eschatologiczne, choć kompletnie ich nie podziela. Dla niego Niebo może być jedynie sosnowym lasem, gdzie wraz z Viatorką i wszystkimi swoimi pieskami, które już przebiegły i jeszcze przebiegną po Tęczowym Moście, przez całą wieczność będzie się przechadzał, a wieczory wieczności w tymże gronie wraz z Bogiem spędzał będzie na pogawędce i piciu wina przy kominku. Jeśli ma być inaczej, to Viator nie reflektuje…

Eeech, czas ruszać dalej.

Odsłona druga: Kodeń, czyli katolicyzm tryumfujący.

Ziemia ta, jak już wielokrotnie wspomniano, jest na rozmaite sposoby pograniczna. Chrześcijański Wschód z Zachodem się tu ciągle miesza. Taki Kodeń na przykład. Stoi w nim cerkiew, ale nie ona jest tutaj najważniejsza.

W XV wieku miasto stało się własnością Sapiehów. Ród ten, rusińskiej, a więc prawosławnej proweniencji, skatolicyzował się i z neoficką gorliwością wprowadzał łaciński obrządek w swoich włościach. Mikołaj Sapieha Piusem (czyli Pobożnym) zwany, wybudował w Kodniu renesansową świątynię i umieścił w niej obraz Matki Bożej Gregoriańskiej, którą wykradł był z prywatnej kaplicy papieża Urbana VIII podczas swej pielgrzymki do Rzymu. Został za to nawet ekskomunikowany, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Zaś wizerunek maryjny, zwany odtąd Matką Bożą Kodeńską, zaczął przyciągać liczne pielgrzymki. Świątynia zaś zyskała rangę sanktuarium i wzbogaciła się o barokową, potężną fasadę. Taką kontrreformacyjną, nieprawdaż?

I stan ten (z przerwą na czasy zaborów, gdy kościół oddano prawosławnym; nie dziwota, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie byli oni tutaj zbyt lubiani) trwa po dziś dzień. Kodeń to jedno z największych centrów pielgrzymkowych. Gdy Viator wszedł do wnętrza świątyni, modliła się w niej akurat pielgrzymka zakonnic. Jakich konkretnie? Diabli… przepraszam!: anieli wiedzą. Trochę niezręcznie było robić zdjęcia. A jeszcze mniej zręcznie byłoby uwiecznić siostrzyczki, gdy już wyszły na zewnątrz: wesoła gromada, gitary. Ale cóż – nie wypada. Ruszamy w dalszą drogę.

Odsłona trzecia: Kostomłoty, czyli syzyfowe dzieło godzenia.

Każdy chyba słyszał to i owo na temat Unii Brzeskiej (nie mylić z Lubelską!), czyli próby zjednoczenia katolicyzmu z prawosławiem. Stało się to w Brześciu Litewskim w roku 1596, a polegało na tym, że spora część ortodoksów zamieszkujących Rzeczpospolitą przyjęła zwierzchność papieża, pozostając przy wschodnim obrządku, liturgii, prawie kanonicznym i kalendarzu. Różnice doktrynalne nie były znaczące, no, może poza sławetnym Filioque i kilkoma innymi drobiazgami, ale tutaj to już naprawdę Święty Starzec z Piétrebais musi zabrać głos!

I trwał kościół unicki, raz w lepszej, raz w gorszej formie, ale bez przeszkód, aż do rozbiorów. Imperium Carskie, widząc w tym sposób skutecznej rusyfikacji, systematycznie i konsekwentnie likwidowało Unię, zmuszając wiernych do powrotu na łono prawosławia. Na Ziemiach Zabranych zniesiono ją ostatecznie do roku 1839. Uchowała się jedynie diecezja chełmska na terenie Kongresówki. Jednak i ona została zlikwidowana w roku 1875, na fali represji po Powstaniu Styczniowym. Nie obeszło się bez ofiar, których symbolem jest męczeństwo trzynastu unitów z Pratulina.

A w Kostomłotach stoi sobie, jakby nigdy nic, świątynia unicka. Skąd? Jak? Ano, jest to cerkiew neounicka. Czytał to i owo Viator na ten temat, ale jakoś nie mógł złapać tej specyfiki, różnicy. Tym razem się udało. Proboszcz – rzymski katolik, jak sam podkreślił, ale birytualista – z wyglądu (zażywny, z długą rozłożystą brodą) i z zachowania (ta serdeczność, wylewność niemal) wypisz-wymaluj Batiuszka, wyjaśnił rzecz Wędrowcowi zwięźle i klarownie. To ta sama – mówił – unia. Pod rosyjskim zaborem zlikwidowano ją, za to mogła bez przeszkód działać w państwie Habsburgów. I działała, tylko, że tam nabrała zdecydowanie ukraińskiego charakteru, co niekoniecznie wszystkim Rusinom było w smak. Nazwali się Cerkwią Greckokatolicką, liturgię sprawują po ukraińsku. A wy? – pyta Viator. W języku staro-cerkiewno-słowiańskim, tak jak dawniej było w całym Kościele Unickim. Gdy odrodziła się Polska, zaczęto zabiegać o odnowienie Unii zniszczonej na terenach zaboru rosyjskiego – opowiada dalej Batiuszka – nie bez sukcesów. Powstało 46 parafii, działało seminarium kształcące kapłanów. Wszystko skończyło się wraz z wojną i zmianą granic.

Faktycznie, dziś cerkiew Świętego Nikity Męczennika w Kostomłotach to siedziba jedynej neounickiej parafii na świecie!

Zakazu fotografowania nie było. Przeciwnie, sympatyczny Batiuszka wręcz zachęcał do robienia zdjęć. Dlatego mogą Czytelnicy podziwiać świątynię wewnątrz i zewnątrz.

Przy wejściu na plebanię wisi ikona przedstawiająca trzynastu męczenników z Pratulina. Nie ma rady, trzeba się tam będzie wybrać, do tego Pratulina!

Ale dopiero jutro. Robi się ciemno, trzeba zatroszczyć się o jakiś nocleg. Już prawie dziewiąta wieczorem. Nie ma czasu do stracenia.

Viatorka

Pięknie, w swym niepowtarzalnym, barokowym stylu, opisał Viator trzy ostatnie przystanki podróży owego strasznie długiego dnia (pomyśleć, że zaczął się we Włodawie i Sobiborze). Pozostało więc Viatorce dorzucić tylko kilka własnych wrażeń.

Jabłeczna. Dotarliśmy tu o osiemnastej, ale smartfon Viatorki uparcie informował ją, iż znajdujemy się na Białorusi i jest już dziewiętnasta. A jak chcemy korzystać z telefonu albo z internetu, to musimy dodatkowo słono zapłacić. Faktycznie, kilkadziesiąt metrów za monasterem płynie Bug, a na drugim jego brzegu jest już Białoruś. No, ale jak dyskutować z siecią, że my przecież Ojczyzny bynajmniej jeszcze nie opuściliśmy?

Pierwsze, co w Jabłecznej rzuciło się Viatorce w oczy, a czego (o dziwo), zmęczony już chyba podróżą Viator nie zauważył, to wielki, rozłożysty dąb, obwieszony ikonkami, krzyżykami i czotkami (czyli czymś w rodzaju prawosławnego różańca, takiego bardziej jezusowego niż maryjnego). To drzewo wotywne, na którym swe dary w intencji wysłuchania modlitw, albo już wdzięczni za ich wysłuchanie, pozostawiają pielgrzymi.

Z wizyty w Kodniu najlepiej zapamiętała Viatorka budowlę z czerwonej cegły. Z daleka wyglądała zupełnie jak ruiny gotyckiego kościoła w Trzęsaczu, który kojarzy się Viatorce, rodowitej Pomorzance Zachodniej, z dzieciństwem i wczesną młodością spędzonymi nad Bałtykiem i którego historia zawsze pobudzała jej wyobraźnię.

Nie były to jednak żadne ruiny, tym bardziej nie gotyckie, ale powstała na początku XIX wieku Brama Unicka, pełniąca funkcję dzwonnicy. Niegdyś prowadziła do nieistniejącej już dziś unickiej cerkwi św. Michała Archanioła, która została spalona około 1875 roku w wyniku represji carskich. Brama przetrwała, a za nią dziś jest tylko pusty plac.

Kiedy Viator w Kostomłotach ucinał sobie pogawędkę z księdzem proboszczem Batiuszką, zaczynało już zachodzić słońce. Wyjechaliśmy więc spiesznie, kierując się do wzdłuż Bugu do Terespola i podziwiając po drodze sielskie krajobrazy oraz zachód słońca.

Gdy dotarliśmy do Terespola, zapadał już zmrok. Ach, jaka szkoda, że nie można było po prostu przejechać przez most tylko z dowodem osobistym i odwiedzić tak dobrze znany z lekcji historii i powieści historycznych Brześć! Przez dłuższą chwilę miał Viator jeszcze nadzieje, że chociaż zobaczymy znajdujące się w Terespolu prochownie twierdzy brzeskiej, ale niestety, było na to stanowczo za późno, wszystko dawno pozamykane.

Noc. Najwyższy czas znaleźć kwaterę. Viatorstwo – jak przystało na wolnych ludzi, nie chciało się wiązać wcześniejszymi rezerwacjami… Jednak, jak się okazało, znaleźć w romantycznej, podlaskiej krainie o tej porze nocleg, to nie taka prosta sprawa. Smartfon uporczywie trzyma się sieci białoruskiej, choć przecież od granicy coraz dalej. Postanawiamy jechać – może do Janowa Podlaskiego – fajnie byłoby przenocować koło słynnej stadniny. Tylko, że drogi, jakkolwiek urocze, słabo są oznakowane, a na dworze już całkiem ciemno. Zrobiła się dwudziesta pierwsza. Kierunkowskaz na Janów – owszem jest, ale wskazuje na jakąś wąską dróżkę, która wygląda na rowerową. W końcu smartfony, na których śledzimy mapę i poszukujemy hotelu, zaczynają się rozładowywać. No nic, jedziemy przed siebie – gdzieś musi być jakaś cywilizacja!

No i dojechaliśmy… znowu do Białej Podlaskiej! Ale w końcu to takie sympatyczne miasto i bez problemu znaleźliśmy w nim porządny nocleg, w sam raz, żeby wypocząć po tak forsownym dniu. Rano jedziemy dalej.

Orient powszedni III

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Nie sposób bez przerwy, zwłaszcza długotrwale, lecieć na skrzydłach najsilniejszych emocji. Obojętne: dobrych czy złych. Grozi to wypaleniem, zapaścią. Dlatego po intensywnych przeżyciach ostatniego tygodnia – krańcowo dotkliwych, choć przecież nieuniknionych – trzeba nieco odetchnąć, “spasować”, jak to mówią. Ciąg dalszy wspomnień z wyprawy będzie przeto dzisiaj raczej pastelowymi farbami malowany. Choć nie tak całkiem: wszak to wciąż podróż metafizyczna. Ciągle na krawędzi.

Viator

Zakończył Viator poprzednią część opowieści stwierdzeniem, iż wjeżdżamy oto na Podlasie. To nie do końca ścisłe. Naprawdę posuwamy się wzdłuż granicy Podlasia i Lubelszczyzny. Bo na przykład Parczew leży jeszcze na Ziemi Lubelskiej.

Jak się okazuje, podąża Viatorostwo, niezamierzenie co prawda, śladami ulubionego przez Wędrowca generała Franciszka Kleeberga. Siedemdziesiąt dziewięć lat temu on też, ze swymi oddziałami, z Włodawy przybył w okolice Parczewa, gdzie dopadli go wkraczający na Lubelszczyznę krasnoarmiejcy. Niech Czytelnicy uświadomią sobie sytuację: jest 29 września, cały Kraj zalany przez dwie potężne wrogie armie, wczoraj skapitulowała Warszawa. Dziś podda się Modlin. Gdzieś tam daleko broni się w okrążeniu już tylko Hel. A tutaj żołnierze Kleeberga w dwudniowej bitwie rozbijają skutecznie i bez większych strat własnych oddziały sowieckie, aby dalej, w ordynku i z bojowym animuszem, pomaszerować na Kock, ku przeznaczeniu. Takiemu, że na przykład generał Kmicic-Skrzyński, jeden z legendarnej legionowej ułańskiej Siódemki Beliny, który dzielnie stawał w owej bitwie, z łaski tegoż przeznaczenia umrze sobie spokojnie anno domini 1972 w Manchesterze, a nie skończy w kwietniu roku 1940 gdzieś w Charkowie czy innym Twerze z kulą w czaszce…

Pył bitewny opadł, sygnałówki ułańskie zamilkły. Miasteczko i jego mieszkańcy trwają w błogim spokoju. Tym bardziej, że to przecież długa majówka, pogoda też sprzyja. I dobrze – tak powinno być.

Nie chce zakłócać Viator tej ciszy. Rusza dalej. Ale tutaj pożegna chłopców z Samodzielnej Grupy Operacyjnej “Polesie”. Oni poszli stąd prosto na zachód. Pielgrzym podąża w kierunku północno-zachodnim.

Skoro Radzyń jest Podlaski, to teraz już z pewnością Wędrowcy wkroczyli na Podlasie. Radzyń – owszem – Podlaski, ale renesans wciąż lubelski. Kościół Świętej Trójcy, tak jak świątynia dedykowana w Łęcznej Marii Magdalenie, smukły, elegancki i proporcjonalny.

A droga ku niemu wiedzie przez bramę-dzwonnicę, zwieńczoną wizerunkiem Oka Opatrzności. Wiele już spotkał Wędrowiec na swej drodze Ócz Wszystkowidzących, ale takiego, otoczonego cherubinkowatymi puttami, jeszcze nie.

Ładne to i milutkie. Szkoda tylko, że promienie otaczające Oko są w rzeczywistości zaledwie błędnymi ognikami. Zaś Opatrzność okazuje się, jak to genialnie ujął mistrz Przybora, jedynie Opacznością. No, ale pomarzyć o troskliwej opiece znad obłoków zawsze można, byle nie nadmiernie. Bo jak się człowiek za bardzo przejmie rolą pieszczocha niebios, to umiar traci. Taki Eustachy Potocki chociażby: owszem, człek zasłużony, patriota, generał waleczny i gospodarz zawołany swych rozległych dóbr. Ale jednak magnat do szpiku kości. Cóż z tego, że wszyscy arystokraci uważali za absolutnie naturalne i właściwe to, iż żyją z krwawicy i krzywdy chłopa pańszczyźnianego, traktowanego niejednokrotnie jak bydło, jak inwentarz? Czy Jaśnie Oświecony Potocki posunął się do takich zachowań, tego Viator nie wie. Ale faktem jest, że wtedy, gdy jego poddani tyrali w poniżeniu i wiodło im się, by użyć eufemizmu, skromnie, Wielmożny Eustachy zbudował sobie rezydencję, co się zowie! Opatrzność pozwoliła na to, żeby ludziom tak różnie życie się układało? Ejże, chyba jednak Opaczność to była! I trwa dalej: mimo pełnej świadomości niesprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia, Pielgrzym przyznaje, iż rokokowy pałac w Radzyniu jest piękny i… dobrze, że powstał.

Ale nawet taki pupil losu jak Potocki musi kiedyś wszystko zostawić: komnaty, parki i ogrody, bale i polowania. Do grobu tego ze sobą, jak słusznie prawią, nie weźmie

Mądra Księga ostrzega: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. Toteż nie może się dusza pana Eustachego od pałacu oderwać i w niebiosa swobodnie ulecieć. Krąży, w ptaka wcielona, pilnując swych włości. Czyż nie?

Dokonawszy banalnej konstatacji, iż transit gloria mundi, kierują się Viator z Viatorką na północ. Międzyrzec. Podlaski, rzecz jasna. Jeszcze jeden pałac rodu Potockich. Młodszy od radzyńskiego i zdecydowanie mniej efektowny (nawet nie chciało się Wędrowcowi stosownej fotki “cyknąć”). Za to naznaczony grozą egzystencjalną. Krwią bowiem spłynął podczas Krwawych Dni Międzyrzeca. Gorący listopad roku 1918, w całej Kongrersówce żołnierze niemieccy generalnie bez stawiania oporu, a nieraz nawet z wyraźną ulgą, dają się rozbrajać Polakom. Ale nie w Międzyrzecu – tutaj wiarusi z Ober-Ostu kontratakują, mordując 22 peowiaków zakwaterowanych właśnie w pałacu Potockich; ginie też 22 cywilów. Zaprawdę, niepodległość nie kosztowała dwóch groszy i dwóch kropel krwi. Dlatego cenić ją trzeba wysoko.

Nie pierwszy to ani ostatni raz, gdy Międzyrzec się skrwawił. Dwie dekady później odmęty doliny Gehinnom pochłoną dwie trzecie ludności miasta. Nie trzeba dodawać, które dwie trzecie. Część ofiar wywieziono do Treblinki, część do Majdanka, czyli tam, skąd teraz przybywa dwójka Wędrowców. Czy po Całopaleniu została wyrwa? Niezasypana dziura? Niezagojona rana? Trudno orzec. Na rynku stoi posąg; jeden z najciekawszych pomników Zagłady, jakie miał okazję oglądać Viator.

Tałes jak szorstki całun otula skuloną w rozpaczy i zadumie postać. Inskrypcja głosi: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi. Czy wystarczająco głośno, by inni bracia usłyszeli? Bynajmniej nie o to chodzi, iż tuż obok, na lewo od pomnika, stoi motocykl. A kilka metrów dalej całe stado takich maszyn. Rynek jest nimi szczelnie zastawiony. Długa majówka. Zjazd harleyowców. Fiesta.

Rzecz nie w tym, iż dziś w Międzyrzecu naprawdę trudno o ciszę. Przecież życie musi trwać i rozkwitać – taka jego uroda. A że zabawa toczy się na ziemi przesiąkniętej krwią? To nie specyfika Orientu powszedniego. Wszędzie jest tak samo. Pielgrzym nie gorszy się. To dobrze, że ludzie żyją, świętują, są razem. Tak ma być! Chodzi o to, czy wołanie krwi brata jest tutaj w ogóle kiedykolwiek przez kogoś słyszane. Czy coś z niego wynika. Motocykliści przejechali tędy z rykiem silników? I dobrze, przeciw temu krew brata nie woła. Ale jeśli znów przemaszerują tędy z rykiem gardziołek schludni czciciele bogini Nacji z głupawymi opaskami na rękawach?

Kierunek wschód! Tam, jak mówił klasyk, musi być jakaś cywilizacja. Jest! Biała Podlaska – barok i melanż.

Barok tutejszy niejedno ma imię. Porównajmy choćby kościół klasztorny pod wezwaniem św. Antoniego i parafialną świątynię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Inne światy.

Kapucyni, a wcześniej reformaci, to franciszkanie (świadczą o tym wizerunki Świętego Serafickiego i świętej Klary na tympanonie), więc wypadałoby, aby wypadło skromnie: nie jest to, ukochany przez Viatora, kapucyński barok toskański, ale okolice już jak najbardziej te.

Fara, choć też obiekt poklasztorny, bazyliański ściśle rzecz ujmując, skromnością się nie przejmuje, a jej monumentalność podkreśla dodatkowo oprawa z obłoków na niebie. Viator już dawno przypuszczał, iż twórcy baroku byli silnie zapatrzeni w cirrusy i cumulusy. W Białej Podlaskiej znalazł na to dowód.

Jest tu jeszcze kościół pod wezwaniem św. Anny. Nie tak wyrazisty. Barokizowany raczej, niż barokowy. To jednak nieistotne. Ważne, że przez pierwsze ćwierćwiecze swego istnienia służył Braciom Polskim jako ich zbór. Wspomniał Wędrowiec o melanżu – jest melanż. Zbór ariański staje się z czasem świątynią katolicką. Greckokatolicka, unicka cerkiew bazylianów, (oj, pojawią się jeszcze boleśnie ci unici w viatorowej podróży!) też się zlatynizowała. W pofranciszkańskim kościele, zanim stał się w 1918 roku na nowo katolicki, przez wiele lat, pod zaborami, prawosławni sprawowali swą Boską Liturgię. Dodajmy pięć synagog (do dziś dochowała się z trudem jedna). Tutaj, w krainie Orientu powszedniego, taki tygiel to nic nadzwyczajnego. Aby zamieszanie dopełniło swej miary, rusza Viator na południe (tak sobie dziś cały dzień meandruje, wiadomo – gzygzakowaty życia sznur by, minąwszy Łomazy, dotrzeć do Studzianki.

Mizary w Kruszynianiach i Bohonikach zdążył już Pielgrzym niegdyś poznać. Tutejszą muzułmańską nekropolię widzi po raz pierwszy.

Cmentarz służył Tatarom osiedlonym w Studziance przez Jana III Sobieskiego oraz ich potomkom, od XVII wieku do II Wojny Światowej. Dziś wyznawców islamu już tutaj nie ma, ale w żyłach wielu mieszkańców wioski płynie tatarska krew. Krew gorąca, bohaterska, gotowa do tego, by ją przelewać za nową Ojczyznę. Mizar studzianecki piastuje szczątki rotmistrzów, majorów, pułkowników, a nawet jednego generała – Józefa Bielaka.

Na starszych kamieniach nagrobnych autentyczne arabeski, czyli napisy ryte alfabetem arabskim oraz jakieś tajemnicze symbole, których znaczenia Wędrowiec nie zna. Na nowych nagrobkach inskrypcje: czasem rosyjskie, ale częściej polskie.

Nie chce Viator upraszczać na siłę problemu, lecz patrząc na dziedzictwo Polaków-Tatarów dochodzi (po raz kolejny zresztą) do wniosku, że lęk przed obcymi, niechęć do przybyszów, nie jest wyrazem siły i narodowej dumy, ale kompleksów strachem podszytych. Jeśli ktoś aż tak nisko szacuje wartość swej kultury, że boi się jej konfrontacji z tym, co przychodzi z zewnątrz to… to jego problem, nie Viatora.

A tutaj sobie wschodnie z zachodnim zgodnie kohabituje, Tatarzy krew za Rzeczpospolitą przelewali, a ich potomkowie palą na grobach bohaterskich islamskich przodków znicze krzyżem znaczone. Po prostu – Orient powszedni!

Chyba nie bardzo wyszło Wędrowcowi to malowanie pastelami… Może się uda za tydzień.

Viatorka

Intensywny to był dzień, jego trudy zaczęła Viatorka odczuwać już przed Parczewem (bo przecież tegoż dnia zdążyła już odwiedzić Włodawę i Sobibór). Nie miała siły wysiadać z samochodu, żeby z bliska obejrzeć pamiątki dawnych lat i powspominać historię, choć generała Kleeberga darzy, tak samo dużą jak Viator, estymą.

Piękna pogoda, cieplej niż zakładała Viatorka w najśmielszych marzeniach… Tylko obolałe, puchnące nogi i, od czasu do czasu, łupiący krzyż stale przypominały, że ze zdrowiem jednak nie jest najlepiej…

Nie mogła więc zmienić Wędrowca za kierownicą, chociaż tego dnia był on jakiś rozkojarzony i miał „ciężką nogę”. Refleksu mu jednak starczyło na tyle, by dzięki sprawnemu ruchowi kierownicy ominąć zaskrońca wygrzewającego się na środku rozgrzanej drogi.

Przemieszczając się z Parczewa do Radzynia Podlaskiego trochę Pielgrzymi zbłądzili, zamiast główną drogą pojechali bocznymi. Ale to dobrze, lubimy przecież takie wycieczki, zanurzenie w krajobrazy i przyrodę. Inne niż na Łużycach. A te widoki! – świeża zieleń, mnóstwo mleczy, nieprawdopodobna ilość bocianich gniazd i małe, stare, drewniane, urocze chatki, obok nowych, murowanych domów. Są tak małe, że Viatorka ze zdumieniem rozważa, jak mogła się w nich pomieścić cała rodzina, niegdyś przecież bardziej liczna.

I tak sobie jechaliśmy boczną, mało uczęszczaną drogą, podziwiając widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów, aż zza jednego z nich wyłonił się… pan Policjant z „suszarką” w dłoni, a za nim radiowóz. No tak, o dziwo, od jakichś stu metrów to był obszar zabudowany, a pan kierowca (czyli Viator) przekroczył prędkość. Z czym dyskutować? Mandat, punkty karne, sympatyczna rozmowa z Panem Władzą, nawet dowcipy o różnicach między żoną i terrorystą (choć przecież Viatorka zachowała stoicki spokój i powstrzymała się przed wypowiadaniem komentarzy w stylu „a nie mówiłam”).

Tak więc w miłym, mimo wszystko, nastroju i z dużo „lżejszą” nogą Viatora, ruszyliśmy dalej.

Pałac w Radzyniu Podlaskim o spokojnej, niekrzykliwej urodzie, otoczony drzewami, nad stawem. Jeśli przyszłoby mieszkać Viatorce w pałacu, to właśnie w takim

W Międzyrzecu Podlaskim huk motorów, mnóstwo ludzi, aż znowu nie chce się wysiadać z samochodu.

Biała Podlaska. Ta nazwa wzbudzała w Viatorce od dzieciństwa jakiś dziwny sentyment. Urocze miejsce, choć różniące się od wyobrażeń.

W końcu mizar w Studziance: ciche miejsce wiecznego spoczynku, inspirujące do spokojnej refleksji oraz przemyśleń i o życiu i o umieraniu, które, choć tutaj akurat „egzotyczne”, to jednak pisane wszystkim.

Czas ruszać w dalszą drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko.

Orient powszedni II

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Duża ilość i jakość reakcji Czytelników na zeszłotygodniowy odcinek wschodniego itinerarium uświadomiły Viatorostwu, iż umieścili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Trudno będzie teraz temu sprostać. Ale próbować trzeba.

Z Lublina skierowali się Wędrowcy na, rzecz jasna, wschód. Łęczna. Viator przybył tutaj po raz pierwszy, ale miejsce jest mu dość bliskie, jako, iż stąd wiedzie swój ród Szwagier Wędrowca. No i gdy później, po powrocie z wyprawy, zwierzał się Pielgrzym swej Siostrze – żonie Szwagra, rzecz jasna – iż odniósł wrażenie, że miasto jest trochę zapuszczone, to mu się młodsza Siostrzyczka niemal do gardła rzuciła, mało mu oczu nie wydrapała! Viator ceni taką lojalność, tym bardziej, iż miała Siostra poniekąd rację. Faktycznie – generalnie Łęczna jest zadbana, są na to fundusze z okolicznej kopalni Bogdanka, świetnie prosperującej. Ot, choćby doskonale utrzymany kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, przykład eleganckiego i smukłego Renesansu Lubelskiego.

Jednak wrażenia Viatora nie były tak do końca bezpodstawne. Miasto reklamuje się tym, że ma trzy rynki, dwie synagogi i dwa ratusze. I niestety, w okolicy, gdzie one się znajdują, rzeczywiście nie wszystko jest takie, jakim być powinno. Piękne, stare domki w większości chylą się ku upadkowi. Rynek II i stojące przy nim wspomniane dwie synagogi (Duża i Mała), choć malownicze, jako żywo są zapuszczone, inaczej się tego nie da nazwać.

Rynek III w połowie wygląda jak klepisko, urządzona i zieleniąca się jest tylko druga połowa. A nad drzewami zaczyna powoli zachodzić słońce.

Rynek I odnowiony co prawda w całości i solidnie, ale jednak tak jakoś tandetnie, cukierkowato. Za to stary, klasycystyczny Ratusz, obecnie USC, jest naprawdę piękny.

Ale i nad nim zachodzi słońce. To znak, że czas znaleźć nocleg. W tym celu Wędrowcy udali się do Włodawy.

Od rana zwiedzanie miasta. Tutaj też nie wszystkie atuty wyzyskano maksymalnie. Jedyny w kraju tak zwany Czworobok (czyli coś w rodzaju czworokątnych sukiennic), mimo iż unikalny, pozostaje średnio wyeksponowany, a jego podwórko, potencjalnie miejsce wspaniałych wystaw czy imprez, wręcz leży ugorem. Szkoda.

We Włodawie Viator osiąga kres… przynajmniej w pewnym sensie. Bug, wodowskaz, granica. A na drugim brzegu stoi pogranicznik i pilnie się Wędrowcom przygląda. Inny świat! Kiedyż to Pielgrzym ostatni raz widział coś takiego?

Miasto ma swój urok. Jest tu kościół katolicki, jest cerkiew prawosławna, jest i synagoga (nawet trzy). Ten zestaw będzie się już powtarzał regularnie na trasie wyprawy Viatora. Taka jest historia i specyfika tych ziem: ludzie różnych kultur, języków, religii zawsze żyli tu obok siebie. I oczywiście prawie każdy spośród autorów wspomnień z tamtych czasów usiłuje nam wmówić: Et in Arcadia ego!

Nooo… Taki głupi to już Viator nie jest, może głupi, ale taki to już nie! Nie było żadnej Arkadii. Jedyny raj to raj dzieciństwa tych autorów. Poza tym proza życia, bieda i konflikty. Jak w życiu. Czasem żyli ci ludzie obok siebie lepiej, czasem gorzej. Istotne, że ŻYLI. Bo przyszedł czas, że przestali – jedni przestali żyć obok siebie, inni przestali żyć w ogóle. Wtedy, gdy przyszedł Kataklizm o którym, jako rzekł poprzednio Viator, nikt w gruncie rzeczy nie chce pamiętać, nikogo on nie obchodzi. Mimo, że wszystko wywrócił do góry nogami: dziś Włodawa to miasto graniczne, kresowe – wtedy leżało w ścisłym centrum kraju.

Początek Katastrofy nie zapowiadał jeszcze jej rozmiarów. We Włodawie zaczęło się nawet dość optymistycznie. Tutaj, mniej więcej w połowie pamiętnego Września, generał Kleeberg przeprawił się ze swymi oddziałami przez Bug, tutaj je zreorganizował, uporządkował i poprowadził do dalszych zwycięstw. Tu powstała nazwa Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”. To kolejne miejsce, gdzie Viator trafia na ślady wielkiego generała, którego postacią już od dawna jest zafascynowany. Dlaczego? Kiedyś już o tym pisał, relacjonując swą wizytę w Kocku. Można tam zajrzeć i przeczytać całość, ale, by oszczędzić Czytelnikom fatygi, Wędrowiec przytacza poniżej stosowny cytat. Powoływać się na siebie samego, tym bardziej zamieszczać autocytat, trochę niezręcznie. Ale, jako się rzekło, to dla wygody Czytelników. Poza tym Viator, skłonny skądinąd do wodolejstwa (któremu nawet wodowskaz na Bugu by nie sprostał) i barokizowania, akurat swój podziw dla generała Kleeberga ujął zwięźle i treściwie, teraz niczego do tych słów nie musi dodawać:

Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Miednoje. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć.

Wtedy, gdy trwał Wrzesień żagwiący, jeszcze nic nie wskazywało na to, co się tutaj wkrótce wydarzy. By się z tym zmierzyć, trzeba opuścić Włodawę i ruszyć na południe. I to jest właśnie, wspomniana w odcinku pierwszym, prawdziwa wyprawa do Jądra Ciemności. Oznakowanie, jak na znaczenie miejsca, kiepskie, Viatorstwo raz nawet pobłądziło, mimo, iż asfaltowa nawierzchnia szosy przyzwoita. W końcu jednak osiągamy wielki kompleks leśny i skręcamy w boczną drogę. Trzeba nią będzie pokonać kilka kilometrów. Oznakowania nie ma już żadnego, a jakość leśnego duktu tak zła, iż Viatorowi przebiega przez głowę, całkiem serio, myśl, iż to jakiś sabotaż, że komuś zależy, żeby nikt się tu nie pojawiał.

Mimo to wytrwale, kilometr po kilometrze, pokonujemy las. Wędrowiec czuje narastającą duszność, strach, jakąś klaustrofobię, mimo, iż to otwarta przestrzeń. Na szczęście ostatecznie dojeżdża na małą, idylliczną stacyjkę gdzieś w głębi puszczy.

Nie jest Pielgrzym pierwszym, którego zadziwia faktem, iż obóz zagłady w Sobiborze tak długo czekał na godne upamiętnienie. Przecież o jego istnieniu, a zwłaszcza o buncie i ucieczce więźniów wiedziano od dawna: pierwszy film fabularny, ten z Rutgerem Hauerem w roli głównej, nakręcono już w 1987 roku, ostatnio powstał kolejny. Ale tu, na miejscu, ciągle były jakieś kłopoty z budową muzeum, wciąż brakowało czyjejś dobrej woli. Na szczęście od kilku lat sytuacja ulega systematycznej poprawie. Wyraźnie, poprzez wysypanie białego żwiru, oznaczono teren pochówków, odnowiono kurhan pamięci.

Budowa pawilonu wystawowego trwa, na razie to stan surowy, ale już wkrótce…

Aleja pamięci. Kamienie z tabliczkami, informującymi, skąd pochodziły ofiary. Poza Żydami polskimi czy słowackimi są też licznie reprezentowani mieszkańcy Francji, Holandii…

Patrzy Wędrowiec na te tabliczki i myśli sobie tak: Żydzi nie są wyjątkowi, żaden naród nie jest, to tylko gorliwi chłopcy z opaskami, wspomniani w poprzednim odcinku, mogą tak myśleć. Ale Szoah jest wyjątkowy. Ta skrupulatność. Organizacja. Wydajność. Determinacja. Dbałość o szczegóły. Dziś żyjesz sobie w Paryżu, Amsterdamie czy innym centrum cywilizacji, a jutro giniesz w ciszy i tajemnicy pośrodku lubelskich lasów. Robi wrażenie, no nie?

Z autentyczną ulgą opuszcza Viator Jądro Ciemności. Jeszcze tylko pozdrawia smutno te brzózki schylone ku ziemi, jak chasydzi, owinięci w tałesy i medytujący na Księgą Ksiąg. Bo niewątpliwie ich dusze wcieliły się drzewa i próbują pojąć przed obliczem Najwyższego to, czego zrozumieć się nie da.

A gdzie pofrunęły dusze oprawców? Chyba tkwią tutaj, tuż przy torach, po których toczyły się wagony pełne strachu i smutku; nasyp widać w głębi fotografii.

Jeszcze raz przejeżdża Pielgrzym przez Włodawę. Od południa widać jej najpiękniejszą panoramę. Strzałki wskazują trzy świątynie, świadczące o historii.

I już. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i opuści Viator Lubelszczyznę. Zaczyna się Polesie, kraina niemal arkadyjska, choć niezupełnie. Ale o tym za tydzień.

Viatorka

Wysuszyła Viatorka Viatorowi głowę przed tygodniem, po czym solennie obiecał jej, że tekst swój napisze najpóźniej dzień przed terminem. I co? I nic. Tym razem zostawił Viator Viatorce może dziesięć minut zamiast pięciu. Ale cóż robić, w końcu miał Viator wczoraj paskudny, podły dzień… Może następnym razem się poprawi?

Początek podróży z Lublina w kierunku Podlasia minął Viatorce szybko, nie mogła się skupić na urodzie i zabytkach Łęcznej czy Włodawy. Skonstatowała jednak, że urocze to miejsca, że ciekawe zabytki, zupełnie inne od tych na naszym Zachodzie. Tylko wszędzie te dysonansy – jakieś relikty budowlane za słusznie minionej epoki, a mówiąc dosłownie, rudery z lat 70 ubiegłego wieku, niektóre opuszczone. Psują urodę i harmonię dawnych założeń architektonicznych. I właściwie dlaczego nikt z tym nic nie robi?

Emocje wzbudziła w Viatorce dopiero podróż do Sobiboru, o którym wcześniej tyle słyszała, a nawet dawno temu oglądała film fabularny. Piękna, słoneczna pogoda, coraz piękniejsza przyroda, coraz więcej bocianów, spokojny las i fatalna droga, właściwie „czołgowisko” i niepewność – czy ta droga dokądś w ogóle prowadzi?

W końcu jest – stacja kolejowa, kilka domów, ale żadnego człowieka, budynek wystawowy w stanie surowym, ostrzegawcza taśma budowlana zagradzająca drogę do lasu i tablica informacyjna. Wątpliwość – czy to naprawdę tu?

Wjeżdżamy kilkadziesiąt metrów do lasu. Po lewej stronie wąska alejka między wysokimi drzewami, a przy niej kamienie z tabliczkami. Na wprost jakiś komin i mała polanka pokryta białymi kamieniami. I co, to wszystko? Gdzie prochy tych 200 tysięcy zamordowanych?

Spojrzała Viatorka ze swego wózka inwalidzkiego do góry, ponad wysokie sosny, spodziewając się zobaczyć nad sobą jakąś szarą chmurę popiołów… Ale nie, nad nią było tylko jasnobłękitne niebo, spomiędzy drzew przedzierały się promyki słońca, słychać było jedynie cichy szum wiatru i mnóstwo śpiewających ptaków.

Tak, dopiero w tym miejscu poczuła Viatorka grozę… Zaczęła sobie wyobrażać, jak wiele lęku, bólu, emocji każdy z zamordowanych tutaj zostawił, co myślał, idąc na śmierć samemu i patrząc na śmierć bliskich … Co mogli czuć więźniowie, których zmuszono do pracy przy mordowaniu, a którzy wiedzieli, że ich samych też czeka ten sam koniec. A dziś te myśli, emocje, ból, a nawet prochy zniknęły, nie ma ich, nic nie znaczą.

Wszyscy niby wiemy, że jesteśmy śmiertelni, ale jak trudno się z tym pogodzić, szczególnie kiedy życie tracimy z czyjejś ręki, albo kiedy odchodzimy świadomie.

I znowu pomyślała Viatorka o swojej przyjaciółce, której życie niczego chyba nie oszczędziło, a na koniec „obdarzyło” ciężką, bolesną chorobą i straszliwą niepewnością o dorosłe dziecko. Przedwczoraj cichutko odeszła jej towarzyszka z hospicyjnej sali. Jednak nawet wtedy przyjaciółka nie myślała o swoim losie: martwiła się, co powie, jak wytłumaczy to swojemu upośledzonemu synowi.

A co myśleli: matki i ojcowie, żony i mężowie, córki i synowie w sobiborskim lesie?