Barataria 13 Fasolowy król

Gdy byłam ostatnio w Wiedniu, zobaczyłam w Historycznym Muzeum Sztuki obraz Jacoba Jordaensa zatytułowany Fasolowy Król. Oczywiście zgodnie z przyświecającą temu cyklowi zasadą Zen, zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat i zobaczysz, że wszystko łączy się ze wszystkim, nie mogłam nie pomyśleć, że już wprawdzie TU o tym pisałam, ale że temat wymaga rozszerzenia i wyjaśnienia. Bo ten Fasolowy Król to Sancho Pansa jako gubernator Baratarii.

Ewa Maria Slaska

Jeszcze raz o walce Krnawału z Postem i Karnawałowym Królu

Już o nim pisałam, o plemiennym królu, bohaterze książki Toma Robbinsa Perfumy w rytmie Jitteburga, którego jego własny lud chciał zabić za to, że się starzał. Król Alobar uciekł, znalazł azyl u jakiegoś pobliskiego plemienia, gdzie żył jako prosty wieśniak, póki po roku, podczas karnawału, nie trafił na to jedyne ziarno fasoli zapieczone w placku. Został karnawałowym królem, po czym ze zgrozą dowiedział się, że dni jego są policzone i to dosłownie, bo gdy minie kilkudniowy karnawałowy rausz, on sam zginie w walce karnawału z postem.

Wściekły podsumował swoje życie jako paradę absurdu. Królowie giną w wojnie, staczają pojedynki, umierają ze starości, kochani przez swój lud lub znienawidzeni przez dworaków, ale nie, on najpierw miał zginąć z powodu siwego włosa, a potem z powodu fasolki. Znowu więc ucieka i postanawia najpierw, że będzie długo żył, a potem – że chce zostać nieśmiertelny.

Wybór fasolowego króla- po niemiecku nazywa się go der Bohnenkönig, po angielsku bean king, po francusku roi de la fève/le roi-boit, po katalońsku tortell de Reis, po hiszpańsku roscón de Reyes – to bardzo stary obrząd wybierania króla w okresie Przesilenia Zimowego. Czyniono to ciągnąc losy lub umieszczając coś w cieście, na przykład orzech, ziarno fasoli czy grochu. Królem zostawała osoba, która znalazła to coś w swoim kawałku wypieku. Król wybierał sobie świtę i we wspólnym pochodzie wędrowali po “królestwie”. W czasach plemiennych naprawdę obchodziło się tego dnia wszystkie pola i zagrody, a śmierć króla i pokropienie ziemi jego krwią były gwarancją urodzaju. W czasach bliższych nam obyczaj złagodniał, już podczas rzymskich Saturnaliów miejsce wędrówki zajęła popijawa, nikogo już nie mordowano i tylko strącanie pierwszych lub ostatnich kropel z kielicha przypomina o starożytnej ofierze krwi. Ale mimo to starożytny obyczaj, nawet jak już nie pamiętamy, dlaczego się go obchodzi, przetrwał do dziś w wielu krajach. W całej Europie w różnych przełomowych momentach cyklu rocznego ksiądz z procesją wiernych obchodził pola i zagrody, skrapiając je wodą święconą. Często działo się to w okresie Wielkiej Nocy, która jest następczynią pogańskiego święta Równonocy Wiosennej, i niekiedy rozpoczynała nowy rok, co zachowało się w Nowym Roku islamskim i… początku kręgu zodiakalnego w Baranie (Aries).

Ma to niestety również marsowe znaczenie (planeta Mars była uważana za opiekuna wojowniczego znaku Barana) – bardzo często wyprawy wojenne rozpozynano właśnie z początkiem wiosny i ostatnia seria ataków terrorystycznych złowrogo przypomina o tej tradycji.

W okresie dwunastu dni Bożego Narodzenia czyli pomiędzy 24 grudnia a dniem Trzech Króli, w wielu krajach w Europie piecze się obrzędowe ciasto, niekiedy z czymś zapieczonym w środku i przeznaczonym dla wybrańca. Często jest to ciasto z nazwy królewskie jak grecka Vasilopita, francuska Galette des Rois lub King Cake z Luizjany, zawsze gwarantuje pomyślność jak polskie szczodraki. Częstokroć spożycie obrzędowego wypieku rozpoczyna zabawę, saturnalia, karnawał, pijaństwo. Szaleństwo, taniec, śpiew hopsasa, jak to sobie urodzinowo podśpiewywał Kłapouchy. Nieprawdziwe życie, złuda, baratero

Jacob Jordaens, “Das Fest des Bohnenkönigs” (czyli “Król pije”), 1640 – 1645, Kunsthistorisches Museum Wien

Nazwa “Fasolowy Król” jest znacznie późniejsza niż sam zwyczaj, co oczywiste, bo zanim sprowadzono z Ameryki fasolę, w placku wypiekanym na Trzech Króli musiało się znajdować coś innego, zapewne pieniążek jak w Grecji, ale może kamyk, ziarno grochu, muszelka czy specjalna figurka. Tu wykonam przy okazji mały przytyk w kierunku Toma Robbinsa. Robbins jest świetnym pisarzem, ale sprawa z fasolowym królem pokazuje, że pisarz jak naukowiec nigdy nie może być pewien tego, co wie i wszystko, ale to naprawdę wszystko trzeba sprawdzać. Bo nawet, mawiał pewien profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, jak się wie, że Pana Tadeusza napisał Słowacki, to i tak trzeba to sprawdzić, żeby poinformować czytelnika, że był też Pan Tadeusz napisany przez Mickiewicza 🙂. Przypomniał mi się ostatnio ten żarcik, gdy przeczytałam, że Adam Bielan, ambasador Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w Anglii, poinformował dziennikarzy, że brał udział w rozmowach Prezesa Kaczyńskiego z premier Theresą May, bo “pani May nie zna polskiego” No więc zasadniczo Robbins powinien był wiedzieć, że człowiek średniowieczny, nieważne – władca czy chłop, nie mógł zostać fasolowym królem. Oczywiście wiemy, że nikt nie wie wszystkiego, a już jeśli chodzi o jedzenie pisarze i nie tylko pisarze mylą się nagminnie.  Nagminnie, bo niejako a priori zakłada się, że jadło obecnie spożywane przez gmin, od stuleci nie ulegało zmianom. Andrzej Sapkowski w Narrentum pisał więc o bigosie z kapusty, choć jest to powieść, która dzieje się w południowej Polsce w XV wieku, podczas gdy kapustę i inną włoszczyznę (każde dziecko niby to wie) sprowadziła do Polski dopiero królowa Bona w wieku XVI. Ale co tam pisarz, skoro podczas festynu archeologicznego w słowiańskiej wsi Düppel koło Berlina, zorganizowanego przez muzeum w Biskupinie i katedrę archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, proste słowiańsko gminne jadło składało się z obfitości mięsiw, pajd chleba ze smalcem, ogórków kiszonych i… kartofelków. Pamiętam też pewną dobrą zresztą powieść Salve Theatrum (Jarosław Gibas, rok 1997),  która dzieje się w Polsce w wieku XVII. Jest tam pocieszna sytuacja, kiedy to niezadowolona publiczność obrzuca aktorów wędrownego teatru zgniłymi pomidorami. Rzecz w tym, że wygląda na to, iż autor wiedział, że pomidor to roślina z Ameryki i nie mogło jej być w Polsce przed Kolumbem, myślał jednak zapewne, że w XVII wieku zgniły pomidor jest już ok… No ale nie jest, bo pomidory zaczęto uprawiać w Polsce w latach 20 XX wieku…

I tak dalej…

Jordaens nie zajmuje się jednak takimi szczegółami jak fasola. Jego fasolowi królowie (a jest  pięć takich obrazów, w muzeach w Wiedniu – to ten obraz powyżej, Brukseli, Paryżu, Sankt Petersburgu i Kassel) przede wszystkim piją na potęgę i są, jakbyśmy to dziś powiedzieli, memami XVII wieku… Nic dziwnego, że w Polsce te obrazy nazywają się Król pije. Ale jest to ten sam król, ten wybierany w dniu Trzech Króli. Karnawałowy król, który, jak Sancho Pansa, ma rządzić wyspą ułudy czyli Baratarią, która ma też swoją nazwę po polsku – jest to przecież znany nam z dzieciństwa świat na opak, świat, w którym zawieszone zostały lub zakwestionowane prawa normalnie rządzące światem i jego oficjalne hierarchie. Taki świat na opak może oznaczać równość i braterstwo, zazwyczaj podważa porządek świata codziennego, świat na opak jest ekscentryczny, a nawet bluźnierczy, skłania się ku profanacji, zawiera elementy błazenady, śmiechu, parodii i groteski, epatuje niestosownym zachowaniem i nieprzystojnym język, miesza wysokie z niskim, powagę ze śmiechem, górę z dołem. To karnawał, król został wybrany i koronowany, a potem ma szczęście jeśli go tylko zdetronizują. Alobar miał zostać zabity, Sancho Pansę obito i połamano mu żebra.

***
Alobar jeszcze tu powróci, bo wszyscy ci trzej Królowie – Alboar, Salomon i Sancho Pansa, mają jeszcze jedną wspólną i ważną cechę – byli w swoim życiu biedakami i byli władcami. Takich władców jest zresztą w historii i literaturze wielu, zajmiemy się nimi jednak dopiero za dwa tygodnie, bo za tydzień podywagujemy sobie trochę na temat podobieństw między Don Kichotem a Rękopisem znalezionym w Saragossie, którą to myśl zawdzięczamy autorowi bloga Bestiariusz Kulturalny.

Iss doch wenigstens das Fleisch

oder wie man Vegetarier wird?

Ewa Maria Slaska

Diese Frage interessiert mich brennend, weil ich selber für sie eine, wie ich finde, außergewöhnliche Antwort habe. Zuerst war sie noch banal: Ich mag kein Fleisch, sagte ich, ich habe es nie gemocht.

Gut, diese Antwort kennen auch Viele in diesem Buch, und überhaupt Viele, die sich an einen Klumpen des durchgekauten Fleisch erinnern, die man nicht imstande war zu schlucken, ebenso sehr aber kein Erlaubnis hatte, den Ekel auszuspucken. Dabei haben diejenige besser, die schnell kotzen konnten, wenn man jedoch, wie ich, eine im Sternzeichen Jungfrau geborene, sich ungern physiologisch der Umwelt mitteilte,  war man stundenlang gezwungen am Tisch zu sitzen und das Restfleisch mit den Tränen vermischt in alle Ewigkeit zu kauen. Lange dachte ich, dass es eben diese Erfahrung war, die mir enorm erleichtete, sofort, als ich nur über meine Diät selber entscheiden dürfte, eine Vegetarierin zu werden.
Aber nicht. Irgendwann kam eine andere Antwort, die mir bis heute plausibler klingt, obwohl ich sie in meinem Leben nie von jemanden anderen gehört habe.
Meine Mutter, als sie mit mir schwanger war, kurz nach dem Krieg, litt an Toxoplasmose. Es ist so eine Infektionskrankheit, von Parasiten verursacht, die man von der Katzen bekommen kann, oder vom Essen des nicht ganz durchgekochten oder rohen Fleisches. Dem Träger macht die Krankheit nichts, dem Kind im Bauch dagegen kann sie Vieles antuen. Es kann mongoloid werden, oder blind, und natürlich auch beides. Soviel wurde mir damals erklärt. Erst jetzt beim Schreiben sehe ich genauer in die Materie: Die infizierten Kinder können epileptische Anfälle, kognitive Einschränkungen, Schäden an der Leber, Lunge, Gehirn, Augen, Herzmuskel und Hirnhaut aufweisen. Ein Viertel der vor der Geburt infizierten Kinder durch Toxoplasma gondii haben geistige Behinderungen, Spastiken, Epilepsie, Hydrocephalus und Verkalkungen der Hirngefäße. Jesus! Ich bin “nur” halbblind geboren, dh. eigentlich bin ich glimpfig aus der Falle rausgekommen.

Von meiner Krankheit, oder Mamas Krankheit im Grunde, gab es nie die Rede und dass meine Halbblindheit gerade diesen Grund hatte, erfuhr ich erst als ich selber hochschwanger war. Diese Nachricht kam auf mich wie ein Donner aus dem hellen Himmel. Bis dahin war ich mit meiner Schwangerschaft sehr glücklich, behauptete gar, dass es der beste Zustand in meinem Leben sei. Und dann war es plötzlich gut möglich, dass jetzt mein Kind mongoloid oder blind, und natürlich auch beides werden konnte.

Eine Woche später gebar ich meinen Sohn, ein kerngesundes Baby, dem die verdammte Toxoplasmose von Oma und Mama nichts angetan haben.

Es dauerte aber lange, dass ich selber ruhig darüber nachdenken konnte. Meine Theorie baute sich also sehr langsam auf.

Als Mama noch nicht wusste, dass es die Toxoplasmose war, die mein Leben bestimmte, erzählte sie oft darüber, dass sie während der Schwangerschaft immer wieder einen Heißhunger auf Fleisch hatte, so sehr, dass, als sie von der Kunstschule, wo sie studierte, nach Hause kam, sofort in die Küche ging und aus dem Topf, in dem Oma die Suppe kochte, nicht ganz gekochte Fleischstücke holte, um sie direkt neben dem Herd, heiß zu verzehren. Als die Sache mit der Krankheit plötzlich öffentlich diskutiert wurde, wehrte  sich Mama vehement gegen die vermeintliche Beschuldigung (kein Mensch hat sie doch beschuldigt), aber irgendwie verschwand die nicht ganz gekochte Suppe und halbblutiges Fleisch aus den Familienerzählungen.

Erst nach Jahren kam mir in den Kopf ein Bild von mir als Embryo im dunklem warmen Wasser. Wieso? Fragt mich nicht, ich weiß es nicht, sah aber, dass sich dieses noch nicht ganz fertiges Baby sehr stark mit den Armen gegen etwas wehrte. Das Bild kam ziemlich oft, ohne dass ich eine Erklärung dafür wusste. Erst als mir Jemand beiläufig sagte, er kann kein Kummin vertragen, weil seine Mama, als sie schwanger war, eine starke Allergie gegen den Kummin hatte, passten sich plötzlich alle Puzzleteile an: Die Krankheit meiner Mama, ihre Schwangerschaft, meine (gelungene!) Verteidigung gegen den feindlichen Parasiten, meine Ekel dem Fleisch gegenüber, mein kindlicher Drang, Vegetarierin sein zu dürfen (was man natürlich damals auf keinen Fall dürfte).

Mein Vater stammt aus einer tatarischen Familie. Die Tataren gelten bis heute als sehr mutiges Volk. Ich war immer der Meinung, dass ich gerade deshalb, dank meinem tatarischen Erbe, auch relativ unerschrocken und zäh bin. Jetzt sah ich in meinem Kopf ein Bild eines kämpferischen tatarischen Fötus, der sich gegen jegliche Feinde wehrt. Sollen sie sich alle zum Teufel scheren…  🙂

***

Das Buch finde ich gut und interessant, obwohl es an manchen Stellen ins so grotesk Ekelhafte ausartet, das man es beim besten Willen nicht lesen kann. Eine Erzälung finde ich aber so schön, dass ich sie direktemang hier euch zum lesen anbieten muss 🙂

E.L. Greiff, Großraumwagen

Der Autor schreibt Fantasy-Bücher und dies erklärt doch viel. Sein Herausgeber gibt von ihm relativ viel preis: E. L. Greiff, 1966 in Kapstadt geboren, lebt heute in den Niederlanden. Studium der Theaterwissenschaften und Germanistik in Bochum und Berlin, anschließend zahlreiche freie Regiearbeiten. Greiff schreibt Essays, Reisereportagen, Kommunikationskonzepte und Reden für Führungskräfte.

autor-inErst von einem Foto erfährt man, dass “der Autor” in der Tat “die Autorin” ist. Genauso verhält es sich mit der / dem Protagonist/in dieser Erzählung.

https://books.google.de/books?id=p73vCgAAQBAJ&lpg=PT21&ots=Ry_L8iqhar&dq=E.L.%20Greiff%20Gro%C3%9Fraumwagen&hl=de&pg=PT21&output=embed

Die obige Möglichkeit es Euch zu lesen zu geben, die ich im Netzt gefunden hat, bricht kurz vor dem Ende der Erzählung ab. Ich nehme an, in der Annahme, jetzt werdet ihr das Buch kaufen (bitte sehr, z.B. HIER), um zu erfahren, wie es endet.

Ich bin aber ein guter Mensch und schreibe Euch die letzten 1,5 fehlenden Seiten hier ab (das Buch könnt ihr natürlich der anderen Erzälungen wegen kaufen):

Zweiundvierzig Leute sind damals aus diesem ICE ausgestiegen, der irrtümlicherweise an einem Provinzbahnhof angehalten hatte, anstatt durchzufahren. Keiner von uns bekam eine Entschädigung von der Bahn, wir hätten ja nicht aussteigen müssen, hieß es, schließlich sei dort auch nicht Endstation gewesen – eine gleichlautende Durchsage hätte es niemals gegeben. Ich jedenfalls hatte auch keine gehört. Nickelbrille gab später zu, er habe ebenfalls nichts gehört. Jemand anders hätte ihm das mit der Endstation gesagt, wer, wusste er nicht mehr.

Als wir knapp zwei Stunden später allesamt in einen verträumten Regionalzug einstiegen, erregten wir einiges Aufsehen beim Zugbegleiter, und ein Mann aus unserer Gruppe, in den Dreißigern, erklärte ihm die Situation. Oder das, was er und wir alle dafür hielten. Dieser Mann, ich nenne ihn der Einfachheit halber Herrn Erster, ist bis heute so etwas wie unser Anführer; er ließ damals eine Liste herumgehen, in die wir uns alle mit Adressen und Telefonnummern eintrugen für die Sammelbeschwerde gegen die Bahn, die er vorbereiten wollte. Die Beschwerde hat er eingereicht, aber es wurde wie gesagt nichts daraus.

„Wo ist eigentlich der Typ in dem langen Hemd?“, fragte Nickelbrille. Er ließ seine kleinen Augen über die kunstledernen Sitzenreihen des Bummelzugs huschen, während ich meinen Namen in die Liste kritzelte. Ich wusste sofort, wen er meinte.

„Ist abgehauen. Direkt nach dem Halt.“

„Junger Mann“, mischte sich die ältere Dame mit dem Halstuch ein . „Das war kein Typ. Das war eine ausgesprochen hübsche junge Asiatin. Ungewöhnlich groß allerdings.“

Wir hatten alle die Gestalt gesehen, alle etwas aus der Papiertüte genommen, alle zweiundvierzig. Es war ,wenig überraschend, bei jedem etwas anderes gewesen: ein besonderes Bonbon, eine exotische Frucht, etwas Salziges, Scharfes, Saures. Herr Erster hat im Laufe der folgenden Jahre viele Interviews mit jedem Einzelnen von uns geführt, auf unseren Treffen sind wir die Sache immer wieder durchgegangen. Es hat bei jedem etwas anderes bewirkt, nicht auf dem ersten Blick Spektakuläres. Nickelbrille hat das Rauchen aufgegeben. Die Halstuchdame, sie ist vor ein paar Jahren gestorben, hat eine Vorliebe für hochpreisige Bordeauxweine entwickelt. Ich habe aufgehört, Fleisch zu essen. Außerdem habe ich mein Leben in den Griff bekommen, und so gern ich mir das selbst zuschreiben würde und nicht einem Teigbällchen, oder zwei, weiß ich doch, dass seitdem alles besser geworden ist.

Reblog: Rola rurek

Z nader nieregularnej serii pt. Śniadania literackie – przez wiele tygodni nie było śniadań w ogóle, a tu zaledwie tydzień temu był Żeromski, a dziś Juliczka. Znakomicie dobrane towarzystwo!

Julita Bielak

Czas w każdej rodzinie odmienia role.

– Jak zjesz, Kiri, to mam coś dla Ciebie.
– O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej…
– Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.
– Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! …gdzie masz ten serek?

Taka to bajka, lepsza, niż “Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami. /…/
Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubię krem.
Proszę podać ze trzydzieści,
Stolik więcej nie pomieści!

Bajka rodem z “Postrzyżyn” Bohumila Hrabala: “W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/…/”.

Tylko w “Śniadaniu u Tiffany’ego” śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

EMS: Siostra moja, Katarzyna Krenz, która wraz z Julitą napisała powieść Księżyc myśliwych, skomentowała ten wpis zdjęciem wymienianych przez Brzechwę papataczy. Zaskoczyła tym i Julitę i mnie, bo myślałyśmy, że Brzechwa sobie te papatacze wymyślił…


Gdy to tak właśnie skometowałyśmy, dodała link do blogu z przepisami tradycyjnymi; to przepis z 1895 roku z Kucharza Warszawskiego: Drożdżowe zawijańce z cynamonem i rodzynkami

Dwie kwarty letniego mleka, trochę soli, 10 łutów drożdży rozbić z mąką i zostawić w cieple, aby się ciasto podniosło. Gdy z wierzchu ciasto popęka, wlać 20 żółtek ubitych do białości z 2 szklankami cukru, wybijać dobrze, wlać pianę z ubitych białek, dodać tyle mąki aby ciasto było gęste jak na bułki, w końcu wlać 3 szklanki topionego masła, trochę cytrynowej skórki, gorzkich migdalów i wybijać ciasto dopóki od rąk odchodzić nie będzie. Wtedy przykryć i zostawić w cieple żeby podrosło […]

Papatacze urządzają się z tego samego ciasta następującym sposobem: wziąść kawałek ciasta, rozwałkować na stolnicy na cienki placek, posmarować sklarowanem masłem, posypać czarnemi rodzenkami zmieszanymi z cukrem i cynamonem. Zwinąć placek szczelnie w trąbkę i krajać z niego kawałki na 2 palce szerokie, które układać na blasze, posmarować jajkiem, posypać cukrem z cynamonem i wstawić do pieca.

Wielkanoc na Kresach

Andrzej Rejman nadesłał dwa piękne zdjęcia wielkanocne z Petersburga.

2_Wielkanoc_1909_Lesnyj_Petersburg_M_Hrebnicka_i_Konstan 1._Wielkanoc_Petersburg_1909_fot_St_Doktorowicz_Hrebnick

Rok 1909. Zdjęcia wykonał St. Doktorowicz Hrebnicki. Na pianinie grają Maria Hrebnicka i Konstantin. W piętnaście lat później Adam Hrebnicki (Pradziadek, Adam z Raju) tak opisał Wielkanoc w dzienniku:

wielkanoc_zapiski_A_Hrebnickiego_1926

1926

4/IV. Niedziela. Wielkanoc.

W nocy silny przymrozek. Dzień dość słoneczny, choć trochę zmienny.

Na pierwszy dzień Świąt całe Berżeniki jeździły do Dukszt a razem z Zanami do Gierkan do p. Francuzowiczowej i tam najwięcej jedliśmy święcone i piliśmy różne trunki. Szczególnie u p. Francuzowiczowej było piękne święcone na staroświecki sposób.

Każdy sobie narzynał chodząc koło stołu, co mu się żywnie podobało.

…młodzi troszkę tańczyli.

Jadąc w tamtą stronę na saniach łąkami bez dróg – wywróciliśmy się jeden raz, a z Dukszt do Gierkan z Władkiem* – drugi raz – ale oba razy zupełnie szczęśliwie bez żadnych uszkodzeń i potłuczeń. Do Berżenik wróciliśmy zupełnie w nocy pośród ciemności, bo ani księżyca nie było i gwiazd.

W Berżenikach była też Kalicka… przegrałem 3 partie w szachy Czesławowi Kalickiemu.. (pisownia oryginalna)

5/IV Poniedziałek

Przyjęcie dziś, na drugie Święto był w Berżenikach. Oprócz nas, Mani, Kalickich byli z Dukszt p.p. Zanowa, Hala, Musik (Tomasz Zan junior) i p. Marjanowa Kwintowa.

Jedliśmy, piliśmy i hałasowaliśmy niemało.

*Władysław Stankiewicz – późniejszy profesor weterynarii SGGW w Warszawie

przepisy_zeszyt3   przepisy_zeszyt2

I jeszcze przepis na mazurek, wprawdzie po czasie, ale nadal – cóż to za przyjemność czytać te przepisy.

Z zeszytu przepisów Heleny z Zanów Stankiewiczowej – na okładce zeszytu napis: “Te oto przepisy dostałam od Panny Wandy Makarow, w roku 1926.11.IX w Duksztach kiedy byłam jeszcze Zanówna. H. Stankiewiczowa”

Mazurek cygański (dopisek: doskonały)

orzechy
migdały
rodzynki
morele
śliwki suszone
skórka pomarańczowa (ew.)

powyższe – po jednej szklance

wszystko drobno pokrajać

jaj 10 sztuk

cukru – półtorej szklanki
zapachy – 1 cytrynowy
mąki – 1 szklanka pszennej
mąki kartoflanej – 4 łyżki

Oddzielić żółtka od białek.
Z żółtek z cukrem ukręcić gogel-mogel.
Wsypać mąkę, pokrojone bakalie i zapach,
poczem ubić pianę z białek
a kiedy dobrze ubita będzie wymieszać z resztą zawartości

Wyłożyć nasmarowaną blachę papierem,
na to położyć wafle i kłaść ciasto –
poczem wstawić do gorącego pieca.
Próbować patyczkiem – kiedy suchy i rumiany
to już będzie gotowy.

Piec jakieś 20-30 minut.

***
I na zakończenie link kolejnego filmiku z Krystyną Stankiewicz “Wielkanocne przysmaki z Kresów” – autor nakręcił go trzy dni temu!

Eating with Akil

Ewa Maria Slaska

Going out one Friday evening…

Ania and Thomas Alboth, which I presented already as people helping refugees in Berlin, invited friends and friends of friends for …

Syrian cook and us helping 🙂

We gonna have another lecker dinner (5th!!!). The last four were a big fun, food and help. More than 100 people already took part in that, great people with full bellies and fuller brains. If you want to join: click join and bring with you 12 euros (or more). The money will re-fund the shopping and become a salary (the only one) for our Akil. Thanks!!!

So I clicked join, went and took with me 12  or more and tulps and a book from refugee project of Jim Avignon and some beautiful Easter Decoration of Smilla Berlin, which is a wonderfull shop…

Akil (Akeel) Taleb is a Syrian refugee from Aleppo with a long experience of living and working in Dubai, co-habiting by Ania and Tom since September last year. He is actually a car mechanic, but as almost all Oriental men I know, he is an excellent cook.

We were more than 30 plus some 10 children or so. We were perfectly happy and the food was marvellous.

شكرا عقيل

perskidiner (11) perskidiner (10) perskidiner (9) perskidiner (8) perskidiner (7) perskidiner (6)   perskidiner (2) perskidiner (1) I have to confess… wherever I go maybe excluding the senior citizens meeting I am always the oldest one. In a cinema,  by the party, by risk and by fun… On Friday it was no different. So it’s me, the oldest one by the diner, with Ania and Jagoda, selfie made by me in a candle light.

pointylizm

Ach, and something new for cooking – potatoes on a Syrian way. I supposed we eated this:

Mashed Potato With Tahini

  • 2 pounds potatoes, peeled and cut into chunks
  • 7 garlic cloves, peeled
  • 1/4 cup tahini
  • 1 cup plain unsweetened soymilk
  • 1 tablespoon lemon juice
  • 1/4 teaspoon fine sea salt
  • 1 1/2 teaspoon toasted sesame seedsPlace potatoes and garlic in a large saucepan, cover with cold water by 1 inch and bring to a boil. Lower heat, partially cover pan, and simmer until potatoes are very tender, 15 to 20 minutes. Drain, return potatoes and garlic to pan and add tahini. Mash with a potato masher or large fork until very smooth. Place over low heat and stir in soymilk, lemon juice and salt; add a little more soymilk if potatoes are too thick. Spoon into a bowl and garnish with sesame seeds.

Delicious!

perskidiner (5)

Obrazki z Iranu (2) – Teheran

Adam Slaski

W Teheranie

3 października

A teraz seria obrazków zatytułowanych “Shayan robi abgusz”.

abgusz1abgusz2abgusz3abgusz4Idea jest zasadniczo następująca: gotujemy długo razem ciecierzycę, kurczaka i ziemniaki. Następnie odlewamy wodę do miseczek, dodajemy dużo chleba i powstaje zupa. Resztę rozgniatamy i powstaje drugie danie.

Jemy po persku, czyli rozkładamy na dywanie obrusik i siadamy przy nim po turecku.

Wieczorem poszliśmy na spotkanie couchsurferów. Było dość dziwnie. Najpierw każdy się przedstawiał niczym na spotkaniu anonimowych alkoholików. Potem chwila na swobodne rozmowy i wspólne śpiewy. Atmosfera dość hostelowa. Irańczycy są bardzo serdeczni, a w tej piwnicy poczuli się na tyle swobodnie, że niektóre dziewczyny pozdejmowały hidżaby.
Ale jak ktoś zaczął robić zdjęcia, część z nich założyła je z powrotem.

Teheran generalnie jest pochyły, na północ oznacza zawsze “pod górę”. Północne dzielnice są więc położone dużo wyżej, mają czystsze powietrze i bogatszych mieszkańców. Jeśli udać się odpowiednio daleko można dojść do końca miasta, dolnej stacji kolejki linowej itp. Trochę tak, jakby metro w Warszawie dojeżdżało do Kuźnic. Wieczorem pojechaliśmy do tych Kuźnic, czyli do Darbandu. W weekend był tam tłum, wszyscy chcieli pooddychać górskim powietrzem i zobaczyć panoramę Teheranu by night.

teheranocteheranoc3 teheranoc2Na tych zdjęciach widać wreszcie, jaki Teheran jest ogromniasty. A w praktyce objawia się to tak, że nikt nie zna ulic poza swoją najbliższą okolicą, ludzie ciągle pytają o drogę. W każdej dzielnicy operuje inna korporacja taksówkowa, więc jeśli nie jesteś u siebie, a chcesz zamówić taryfę, musisz dowiedzieć się lokalsów, na jaki numer dzwonić.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z dziś. Nie ma na nich niczego specjalnego, bo chodziłem dziś po sklepach, kantorach i innych banalnych miejscach. Nie wiem nawet, co to za budynek, ale wydał mi się interesujący.

budynekinteresujacy

Przez 2-3 dni nic się tu nie pojawi, bo opuszczam Teheran i nie będę miał dostępu do Internetu.

Życzę wszystkim miłej niedzieli.

Pishka

Ewa Maria Slaska

Jedzenie po baszkirsku / Essen auf Baschkirisch

Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlich muss man sich zunächst fragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.

baszkiria ***

Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.

Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.

/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.

pishka-scianka pishka1-menu pishka-dziewczyny  pishka-napoleonka

pishka-ruskaAlso – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.

Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?

Kreuzberg, Bergmannstr. 1, U-Bahn Mehringdamm.

Reblog: Maść do latania

Stanisław Czachorowski (profesor)

O tym jak maść do latania wynalazłem

01.07.2015 sczachor

Słowo wynaleźć ma dwa znaczenia. Po pierwsze wynaleźć czyli odkryć coś nowego, skonstruować wynalazek itd. Niewątpliwie oznacza kreatywność. Po drugie w języku potocznym wynaleźć to wyszukać, wyszperać spośród tego co już jest, tylko gdzieś się zapodziało. Czyli przywrócić na nowo do życia. Maść czarownic do latania wynalazłem na dwa sposoby (efekty). Po pierwsze wyszperałem z zapomnianego dziedzictwa ale i mocno zmodyfikowałem, a więc jest coś na nowo opracowane (nie udałoby się bez współpracy).


Na zdjęciu – Ewa Maria Slaska w kuchni; na stole na pierwszym planie butelka pomalowana przez Autora rok temu, w głębi, za cukiernicą, słoiczek (też pomalowany przez Profesora) z maścią do latania. Właśnie zabieramy się do konsumpcji. Foto: Zofia Wojciechowska

Maść do latania pojawia się w zupełnie nowym kontekście i znaczeniu.

Maść do latania naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też były ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Inaczej te słowa rozumieliśmy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i atrakcyjności turystycznej prowincji. W ten sposób wspieram kreatywnie gospodarkę lokalną i współpracuję z lokalną przedsiębiorczością. Po to właśnie powstało na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Kontekst kulturowy z nutą dowcipu jest pomocny w promowaniu lokalnej żywności i dziedzictwa kulinarnego.

Nasi przodkowie świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, a głód i choroby motywowały do kolejnych prób i poszukiwań. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowo je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask a pomogła konsekwentna promocja i pokazywanie pokrzywy w różnorodnych, kulturowych kontekstach. Liczy się nie tylko smak, ale i opowieść. Jest więc zupa z pokrzywy, pierogi z pokrzywą czy nawet lemoniada pokrzywowa. Lokalna i unikalna specjalność, w sam raz do pogłębionej turystyki. Dla ludzi poszukujących intelektualnej przygody.

To, co jedli nasi przodkowie, czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Czasem można było się otruć a czasem pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną. Tak jak każde lekarstwo.

Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, większym stopniu interpretowano go jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin (lub zwierząt) czują się lepiej, są pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takie jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używanych było w przeszłości. Niektóre – do praktyk szamańskich, bo świat przesycony demonami i siłami duchowymi, które można było umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących a działających na układ nerwowy. A że dostępnośc roślin i grzybów psychotropowych była różna w różnych regionach, to i skład owych specyfików był różny.

Dlaczego czarownice? Bo czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, wampiry, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych. Tak jak krasnoludki – kiedyś uważane za demony najczęściej szkodzące, przynoszące choroby. Dzisiaj w kulturze krasnoludek to sympatyczny karzełek, pomagający człowiekowi.

Maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Nie wiem kiedy pojawiała się w popkulturze miotła, ale najstarsze opowieści informowały o wchodzeniu do kotła, po posmarowaniu się maścią. Tłuszcz był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Teraz o tym wiemy. Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic, jadło się albo smarowano (w miejscach ciała o cienkiej skórze, by łatwiej wnikały substancje do krwi).

Po przestudiowaniu wielu opracowań historycznych i etnobotanicznych, po odfiltrowaniu treści fantastycznych od przyrodniczych zaproponowałem nowy skład dla maści do latania. We współpracy z kucharzem i restauratorem z Cudnych Manowców powstała manowcowa maść czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Odgrzebany stary przepis, nawiązujący do historii oraz dziedzictwa niematerialnego ale przetworzony i na nowo opracowany. Maść czarownic wynaleziona na dwa sposoby.

Dlaczego pozostawiam nazwę na poły fantastyczną – maść do latania? Nie żeby oszukiwać i dawać złudną nadzieję na latania wbrew prawom fizyki, ani by promować dopalacze i inne narkotyki. Po to, by nawiązywać do bogatego dziedzictwa niematerialnego i przywracać zapomniane dziedzictwo kulinarne z wykorzystaniem takich „chwastów” jak bylica pospolita czy bluszczyk kurdybanek. Na nowo eksperymentować w kuchni i korzystając z lokalnej bioróżnorodności wynajdować nowe przepisy… albo odtwarzać stare. Ma to posmak archeologii eksperymentalnej i współczesnej innowacyjności.

Na zdjęciu: bylica (Wikipedia D)

Nie samym jedzeniem człowiek żyje ale i kulturą. Bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywano także w noc świętojańską. Dlatego debiut manowcowej maści do latania odbył się w Noc Świętojańską. Degustacji towarzyszyły opowieści etnobotaniczne i historyczne oraz przecudna muzyka Ani Brody. Sama nazywa swoje granie jako muzyka elficka. Na starym instrumencie i w nawiązaniu do archaicznych stylów śpiewu (tzw. biały śpiew). Stara tradycja w zupełnie nowej aranżacji. Pełen folkloryzm, czerpanie z dziedzictwa ale i tworzenie czegoś zupełnie nowego, oryginalnego.

Smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczów nienasyconych. W dobie „walki” ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą … gęsi robić za kosiarki do trawy. Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi a nie wykaszanej kosiarką). Trzecim motywem jest dziedzictwo kulturowe. I jest jeszcze czwarty motyw: wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań.

Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.


W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsipora
Podam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omlet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje