Wśród przyjaciół Moskali – 1

Lech Milewski

Z Rosjanami spotkałem się po raz pierwszy na początku 1945 roku. Mieszkaliśmy wtedy w Kielcach. Jednostka wojska radzieckiego obozowała na pobliskich polach, przychodzili do naszego mieszkania, aby się ogrzać. Kuchnia była niewielka, żołnierze siedzieli na podłodze, przewijali onuce. Pamiętam, że mieli konserwy mięsne w puszkach, pewnie amerykańskie.
Wydawali mi się bardzo sympatyczni. Któregoś dnia wzięli mnie do swojego obozu i pozwolili wsiąść do samolotu, dwupłatowego kukuruźnika. Zaproponowali krótki lot, ale na nieszczęście pojawiła się moja matka i na lot samolotem musiałem poczekać 25 lat.

Następny kontakt to rok 1951 – prywatna szkoła im Królowej Jadwigi prowadzona przez zakonnice, Nazaretanki – klasa V szkoły podstawowej, nauka rosyjskiego.
Nie był to miły kontakt. Po pierwsze matka była wrogiem komunizmu i radzieckiej władzy. Podobny stosunek mieli wszyscy nasi krewni i znajomi. Na marginesie jednak wspomnę, że nikt nie kwestionował zasług Rosjan w wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej i pomniki wdzięczności nie wydawały się niczym niewłaściwym.
Konkluzja matki: ucz się, powinno się znać języki wrogów.
Po drugie nauczycielka była bardzo niesympatyczna, przypominała mi carskich nauczycieli, o których opowiadali moi stryjowie, bracia ojca.
Jednak poznanie nowego alfabetu i nieco innych zasad gramatyki uznałem za ciekawe wyzwanie.

Trzy lata później zmieniłem szkołę z podstawowej na średnią i tym razem trafiłem na bardzo dobrego i sympatycznego nauczyciela. Wydaje mi się, że był on świeżym repatriantem z ZSRR, więc jego rosyjski brzmiał bardzo autentycznie, a zachowywanie przypominało mi radosnych komsomolców z radzieckich filmów.
Lekcje prowadzone były żywo, sporo śpiewu, żartów. Moja biegłość w czytaniu cyrylicy procentowała, wyglądało na to, że będę doskonałym uczniem. Niestety coś nie wypaliło, słusznie czy niesłusznie uznałem, że nauczyciel traktuje mnie niesprawiedliwie i straciłem cały entuzjazm do tego przedmiotu. Całą szkołę średnią przeszedłem na słabych trójkach.

Rok 1959.
W tym okresie popularne wśród młodzieży było pismo Radar. Pismo prowadziło coś w rodzaju penpal club, podawało adresy osób chętnych do korespondencji z kimś z Polski. Uznałem to za okazję do praktyki języka angielskiego.

Jednak co potrafi jedna piękna kobieca twarz.
W którymś numerze Radaru zauważyłem anons Rosjanki z załączonym zdjęciem.
Krasawica! Angielski poszedł w kąt, skupiłem się i napisałem po rosyjsku. Otrzymałem sympatyczną odpowiedź.
Niestety w tym, jak i w wielu innych przypadkach, po wymianie dwóch listów nie bardzo było wiadomo o czym pisać. Z pomocą przyszło mi akademickie studio radiowe (mieszkałem w domu akademickim Politechniki Warszawskiej), któregoś dnia nadali opowiadanie Antoniego Czechowa. A tam: “Dalej, jak tylko z kuchni wnoszą kulebiak, należy niezwłocznie wypić po drugim. (…) Kulebiak musi być bezwstydny, w całej swojej nagości, tak, żeby kusił. Mrugniesz na niego, oderżniesz porządną pajdę i pogmerasz nad nią palcami, ot tak, od nadmiaru uczuć. Zaczyna pan ją jeść, a masło kapie jak łzy, nadzienie tłuste, soczyste, z jajkami, podróbkiem, cebulą…“. Więcej TUTAJ.
Bezwstyd, nagość, kuszenie – to było znacznie więcej niż sobie na tym etapie korespondencji obiecywałem.
Pomyślałem – przez kuchnię do serca kobiety. Spytałem czy wie co to kulebiak i czy może coś na ten temat napisać.
Odpowiedź złamała mi serce. Piękna komsomołka napisała, że mój list ogromnie ją rozczarował. Podała swój adres do Radaru sądząc, że młode osoby w w Polsce powinny być zainteresowane budową socjalizmu, w której to dziedzinie Związek Radziecki jest niewątpliwym liderem. A tutaj ja ładuję się z jakimś absolutnie marginesowym, do tego drobnomieszczańskim, tematem.
Cieszy ją, że lubię Czechowa i chętnie podyskutuje na temat poruszanych przez niego problemów społecznych, oczywiście w świetle aktualnych przemian w Związku Radzieckim.
I w ten sposób kontakty z Rosją urwały się na 20 lat.

Luty 1980 – narty
Wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos – KLIK.

Hotel Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała “etażnaja” czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych, a również miała czajnik z “kipiatokiem” – gorącą wodą.
Tego pomnika na froncie wtedy jeszcze nie było. To pomnik generała de Gaulle. Zapewne ma to związek z udziałem Francji w budowie hotelu.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim – Khatyn massacre.
Rosjanie piszą o Katyniu – zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów…
To jest prawda – patrz tutaj – KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji – podsunąć turystom prawdę, która ukryje inną prawdę.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu…

Zdobywcy Kosmosu

Z drugiej strony malutka, stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę małych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem.

Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnią córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali, żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem, co to za kościół.
– To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
Podziękowałem za informację.
– A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
– Nie wiem.
– To dlaczego nie spytasz?
Spodobało mi się takie podejście. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej.
– Teraz wiesz? – upewnili się.
Jak widać, zapamiętałem to przez 37 lat.

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk – stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej – KLIK, a stamtąd autobusem do naszej bazy – dużego hotelu u podnóża wielkiej góry. Hotel był na wysokości 2,200 m.
Było późno, więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkimi kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Przewodnicy bardzo sympatyczni. Jeden z nich, o ciemnej cerze nie wygladał na Rosjanina. Wspomniał coś o muzułmańskiej mniejszości żyjącej w tych okolicach.

Następnego dnia zaczęły się narty.
Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców – duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny.
Po drugie dowiedzieliśmy się, że na stoku narciarskim powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników.
Po trzecie – udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Miały trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Było bardzo zimno, a nie było żadnych okryć. Jazda trwała chyba pół godziny, w tym czasie wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii.
Na górze był mały raj – świeciło słońce, było stoisko serwujące niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół.
Gdy spojrzałem na trasę zjazdu, miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było, co jest po bokach. Od dawna nie padało, więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu.
– Jeśli tu upadnę, to nic mnie już nie zatrzyma – pomyślałem i ruszyłem w dół.
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i z powrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, niektórzy zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do poprzedniego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i perspektywie kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę.
Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję – prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie – zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością, były tam owoce, słodycze. Żeby kupić jabłko – tak, jedno jabłko – trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej, tylko zapytał, gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział, w związku z czym “ratownik” nie oddał mu narty, lecz asystował mu aż do hotelu, gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste – oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność “ratowników”. Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylności miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu, ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi.

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób, więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar, nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino – Egri Bikaver.

Któregoś dnia wybrałem się do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych – ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem, dziewczynka zapytała:
– Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
– Oczywiście, pytaj o co chcesz – odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
– Możesz, ale to jest nasz gość, więc masz się zachowywać z szacunkiem.
– Obywatelu z Polski – czy w Polsce kościół ma dużą siłę? – zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
– Kościół, siłę… – odpowiedziałem – jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych, a u nas jest ich wielu.
– Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
– Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, jedyne dochody to datki wiernych. Księża, których znam, poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
– Jak to jest tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA.
– Dostają? – to było skierowane do mnie.
– Nauczyciel powiedział wam to, co jest właściwe – ojciec uprzedził moją odpowiedź – to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu – wycieczka na Elbrus…

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej.
Końcowy wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
– Co się stało? Trzeba coś zrobić – wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
– Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

Kolejne spotkania były już w Australii.


Ciąg dalszy za tydzień. A na razie nie zapowiedziane PS od Adminki.

Wciąż nie mogę się nadziwić, że tak mi się ostatnio życie miesza z literaturą. W środę zrobiłam kulebiak z kapustą z grzybami (wegański, więc bez tego masła, jajek i podróbek tak smakowicie spływających po palcach i u Czechowa, i u naszego autora). Znalazłam w sieci świetny przepis i pomyślałam, że najlepiej by było, gdzieś go podać, bo jak będzie na blogu, to nie zginie, a w szufladach… Zanim przemyślałam sprawę, w czwartek przyszedł wpis od Lecha, a w nim kulebiak… Nie ma więc żadnej siły, która zmieni mój zamysł: Kulebiak!

Mój przepis na ciasto:
500 g mąki
1 szkl mleka
20 g drożdży
świeżych (lub torebka suchych)

50 g masła
1 łyżka cukru
szczypta soli
Mąkę wsypać do miski, letnie mleko wymieszać z drożdżami i cukrem, margarynę rozpuścić. Do mąki dodać sól, rozrobione drożdże z cukrem i roztopione masło, wyrobić ciasto.
Kiedy już nie klei się do ręki, uformować kulę, obsypać mąką i odstawić w cieple miejsce na ok pół godziny.

Jest to najprostsze ciasto na świecie! I najpyszniejsze! Nadzienie każdy robi inaczej, odwołajmy się do tradycji bigosów, farszu do uszek lub wigilijnej kapusty z grzybami (taka była w mojej wersji). Ciasto rozwałkować niezbyt cienko i podzielić na dwa kawałki, które układamy na odpowiednich wielkością prostokątach papieru do pieczenia. Kapustę odcisnąć, ułożyć niegrubą warstwą na cieście. Zawijać podłużne rulony, pomagając sobie papierem. Końce skleić. Ułożyć oba kulebiaki w swoich papierach na blasze, posmarować rozmąconym żółtkiem, włożyć do piekarnika, piec ok. 40 min. Wyjąć przy pomocy papierów, odwrócić i jeśli będą miały wilgotne dno, włożyć je znowu do pieca na następne 1o-15 minut, tym razem jednak dnem do góry.

Jeść na zimno lub gorąco, do piwa lub barszczu, a zapewne i do wódki! 

Czytać kryminały

Ewa Maria Slaska

Mariusz Koperski. Zakopane.

Zacznijmy od realiów. Komisarz Tomasz Karpiel, góral, przystojny (orli nos!), młody, sprawny, bystry, odważny… Ewidentnie po jasnej stronie mocy. Wystarczy? Gdzie tam! Bo jeszcze gra na skrzypcach. Dawniej grał na tych skrzypcach w kapeli góralskiej, z dziadkiem grał, starym i krzepkim, prawdziwym Sabałą. Na skrzypcach grał, nie na gęślach, wy cepry zatracone, gęśle to słowo, którego może użyć tylko góral, nam wara, nam, tym z nizin, muszą starczyć skrzypce albo inne viole.

Gorzej, bo oprócz Karpiela jest jeszcze jego szef, niejaki Hermann, który jest dziki, niedostosowany, szybki, ma w… no, w nosie, przełożonych i układy, jest oczytany jak profesor literatury i to taki prawdziwy profesor, a nie dzisiejsze byle co (czyta nawet Prousta!), a na dodatek jest jeszcze maniakiem dobrego kina. Ten Hermann jest dla nas wszystkich sprawdzianem i to nie tylko tam, gdzie wprost zadaje pytanie, czy znamy ten czy ów cytat, wątek, bohatera? Bo, jak nie przymierzając Tarantino, zadaje też pytania w stylu postmodernistycznym, czyli wcale nie wiesz, że zadał ci pytanie, nie rozpoznajesz cytatu i wychodzisz na głupka.

Umówmy się: jeśli tu, na tym blogu, piszę o kryminałach, to są to kryminały znakomite. Moi czytelnicy wiedzą, że czytuję opowieści Roberta van Gülika o Sędzim Di, pewnie rzadziej, ale też znajdą we wpisach wzmianki o Alistairze Macleanie lub Raymondzie Chandlerze, raz czy drugi pojawił się wspaniały Mankell, no i oczywiście Agata Christie, którą miłuję uczuciem wielkim, bo żona archeologa, która sama jeździła na wykopaliska (a ja w końcu archeolożką jestem), bo kobieta i bo to na jej książkach uczyłam się angielskiego. Zapomniałam o kimś? Ach oczywiście, nasza berlińska pisarka Magdalena Parys i jej osadzone w Berlinie powieści sensacyjne Tunel i Magik, oraz Katarzyna Krenz i Julita Bielak – dwie Polki z Gdańska (jedna z nich jest moją siostrą), które napisały polski kryminał w duchu iście skandynawskim umiejscowiony w Niemczech: Księżyc myśliwych. Jak się więc bliżej przyjrzę, to jednak całkiem sporo nazbierałam tych autorów, których czytam, których warto czytać… Teraz do tej grupy doszedł Mariusz Koperski.

Bo oto, oznajmiam, nastał nam w Polsce nasz własny Chandler! I problem z nim jest jeno taki, że wydał dotychczas tylko dwie powieści, czyli nie wiadomo, co my biedactwa będziemy teraz czytać? Z Sędzią Di (czternaście tomów) radzę sobie w ten sposób, że czytam, a potem niecierpliwie czekam, aż zapomnę. Nie całkiem, ale na tyle, żebym nie pamiętała już wszystkich sposobów, jakimi Sędzia rozwiązuje kolejną zagadkę. Wiem, że podobnie postępują inni wyznawcy kultu Wielkiego Chińczyka.

Rzecz w tym, że dwie książki to stanowczo za mało na kult. Gra o tron ma już siedem sezonów czyli prawie 70 odcinków, Terry Pratchett stworzył ponad 40 tomów o świecie dysku, samych powieści o trzech wiedźmach z Lancre napisał sześć… OMB, co czytelnik spragniony pożywki kultowej może zrobić z dwoma powieściami i to takimi, które się połknie za jednym zamachem?

Recenzent Maciej Pinkwart napisał nawet fajne zdanie na ten temat:

Do czytania książki Mariusza Koperskiego Po własnych śladach warto zabrać się wczesnym popołudniem. Gdy przystąpimy do tego wieczorem – czeka nas zarwana noc.

Tak kończy się ta recenzja. Niestety zaczyna się zdaniem (parafrazą z Roberta Schumanna): Panowie, czapki z głów! Oto geniusz! Słowo “niestety”, którego tu używam, nie odnosi się ani do Mariusza Koperskiego ani do Macieja Pinkwarta, tylko, niestety, do mnie samej. Bo niestety Pinkwart mnie ubiegł, jego recenzja już się ukazała, a tu ja biegnę truchtem i popiskuję cichutko, że to ja, to ja byłam pierwsza. To ja porównałam Koperskiego do Chandlera i obwieściłam, że to geniusz!

A tu figa z makiem.

Chyba ze smutku podam przepis, zwłaszcza, że akurat nadchodzi czas pysznych świeżych fig:

  • 4 duże świeże figi
  • 100 g maku
  • 150 ml mleka
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • 5 łyżek cukru
  • garść rodzynek
  • łyżka masła

Dokładnie wypłukany mak zagotować w mleku. Gotować aż do wyparowania płynu. Ostudzić, zmielić trzykrotnie. Do masy makowej dodać żółtka, mąkę i roztopione masło. Białka ubić z cukrem na sztywną pianę i delikatnie połączyć z makiem. Dopiero teraz dodać rodzynki. Kokilki wysmarować tłuszczem i napełnić do połowy ciastem. W każdą włóżyć nacięte na krzyż figi, piec 40 minut w nagrzanym piekarniku (170 stopni).

Barataria 21 Obiad Sancho Pansy jako gubernatora Baratarii

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.

Barataria 13 Fasolowy król

Gdy byłam ostatnio w Wiedniu, zobaczyłam w Historycznym Muzeum Sztuki obraz Jacoba Jordaensa zatytułowany Fasolowy Król. Oczywiście zgodnie z przyświecającą temu cyklowi zasadą Zen, zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat i zobaczysz, że wszystko łączy się ze wszystkim, nie mogłam nie pomyśleć, że już wprawdzie TU o tym pisałam, ale że temat wymaga rozszerzenia i wyjaśnienia. Bo ten Fasolowy Król to Sancho Pansa jako gubernator Baratarii.

Ewa Maria Slaska

Jeszcze raz o walce Krnawału z Postem i Karnawałowym Królu

Już o nim pisałam, o plemiennym królu, bohaterze książki Toma Robbinsa Perfumy w rytmie Jitteburga, którego jego własny lud chciał zabić za to, że się starzał. Król Alobar uciekł, znalazł azyl u jakiegoś pobliskiego plemienia, gdzie żył jako prosty wieśniak, póki po roku, podczas karnawału, nie trafił na to jedyne ziarno fasoli zapieczone w placku. Został karnawałowym królem, po czym ze zgrozą dowiedział się, że dni jego są policzone i to dosłownie, bo gdy minie kilkudniowy karnawałowy rausz, on sam zginie w walce karnawału z postem.

Wściekły podsumował swoje życie jako paradę absurdu. Królowie giną w wojnie, staczają pojedynki, umierają ze starości, kochani przez swój lud lub znienawidzeni przez dworaków, ale nie, on najpierw miał zginąć z powodu siwego włosa, a potem z powodu fasolki. Znowu więc ucieka i postanawia najpierw, że będzie długo żył, a potem – że chce zostać nieśmiertelny.

Wybór fasolowego króla- po niemiecku nazywa się go der Bohnenkönig, po angielsku bean king, po francusku roi de la fève/le roi-boit, po katalońsku tortell de Reis, po hiszpańsku roscón de Reyes – to bardzo stary obrząd wybierania króla w okresie Przesilenia Zimowego. Czyniono to ciągnąc losy lub umieszczając coś w cieście, na przykład orzech, ziarno fasoli czy grochu. Królem zostawała osoba, która znalazła to coś w swoim kawałku wypieku. Król wybierał sobie świtę i we wspólnym pochodzie wędrowali po “królestwie”. W czasach plemiennych naprawdę obchodziło się tego dnia wszystkie pola i zagrody, a śmierć króla i pokropienie ziemi jego krwią były gwarancją urodzaju. W czasach bliższych nam obyczaj złagodniał, już podczas rzymskich Saturnaliów miejsce wędrówki zajęła popijawa, nikogo już nie mordowano i tylko strącanie pierwszych lub ostatnich kropel z kielicha przypomina o starożytnej ofierze krwi. Ale mimo to starożytny obyczaj, nawet jak już nie pamiętamy, dlaczego się go obchodzi, przetrwał do dziś w wielu krajach. W całej Europie w różnych przełomowych momentach cyklu rocznego ksiądz z procesją wiernych obchodził pola i zagrody, skrapiając je wodą święconą. Często działo się to w okresie Wielkiej Nocy, która jest następczynią pogańskiego święta Równonocy Wiosennej, i niekiedy rozpoczynała nowy rok, co zachowało się w Nowym Roku islamskim i… początku kręgu zodiakalnego w Baranie (Aries).

Ma to niestety również marsowe znaczenie (planeta Mars była uważana za opiekuna wojowniczego znaku Barana) – bardzo często wyprawy wojenne rozpozynano właśnie z początkiem wiosny i ostatnia seria ataków terrorystycznych złowrogo przypomina o tej tradycji.

W okresie dwunastu dni Bożego Narodzenia czyli pomiędzy 24 grudnia a dniem Trzech Króli, w wielu krajach w Europie piecze się obrzędowe ciasto, niekiedy z czymś zapieczonym w środku i przeznaczonym dla wybrańca. Często jest to ciasto z nazwy królewskie jak grecka Vasilopita, francuska Galette des Rois lub King Cake z Luizjany, zawsze gwarantuje pomyślność jak polskie szczodraki. Częstokroć spożycie obrzędowego wypieku rozpoczyna zabawę, saturnalia, karnawał, pijaństwo. Szaleństwo, taniec, śpiew hopsasa, jak to sobie urodzinowo podśpiewywał Kłapouchy. Nieprawdziwe życie, złuda, baratero

Jacob Jordaens, “Das Fest des Bohnenkönigs” (czyli “Król pije”), 1640 – 1645, Kunsthistorisches Museum Wien

Nazwa “Fasolowy Król” jest znacznie późniejsza niż sam zwyczaj, co oczywiste, bo zanim sprowadzono z Ameryki fasolę, w placku wypiekanym na Trzech Króli musiało się znajdować coś innego, zapewne pieniążek jak w Grecji, ale może kamyk, ziarno grochu, muszelka czy specjalna figurka. Tu wykonam przy okazji mały przytyk w kierunku Toma Robbinsa. Robbins jest świetnym pisarzem, ale sprawa z fasolowym królem pokazuje, że pisarz jak naukowiec nigdy nie może być pewien tego, co wie i wszystko, ale to naprawdę wszystko trzeba sprawdzać. Bo nawet, mawiał pewien profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, jak się wie, że Pana Tadeusza napisał Słowacki, to i tak trzeba to sprawdzić, żeby poinformować czytelnika, że był też Pan Tadeusz napisany przez Mickiewicza 🙂. Przypomniał mi się ostatnio ten żarcik, gdy przeczytałam, że Adam Bielan, ambasador Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w Anglii, poinformował dziennikarzy, że brał udział w rozmowach Prezesa Kaczyńskiego z premier Theresą May, bo “pani May nie zna polskiego” No więc zasadniczo Robbins powinien był wiedzieć, że człowiek średniowieczny, nieważne – władca czy chłop, nie mógł zostać fasolowym królem. Oczywiście wiemy, że nikt nie wie wszystkiego, a już jeśli chodzi o jedzenie pisarze i nie tylko pisarze mylą się nagminnie.  Nagminnie, bo niejako a priori zakłada się, że jadło obecnie spożywane przez gmin, od stuleci nie ulegało zmianom. Andrzej Sapkowski w Narrentum pisał więc o bigosie z kapusty, choć jest to powieść, która dzieje się w południowej Polsce w XV wieku, podczas gdy kapustę i inną włoszczyznę (każde dziecko niby to wie) sprowadziła do Polski dopiero królowa Bona w wieku XVI. Ale co tam pisarz, skoro podczas festynu archeologicznego w słowiańskiej wsi Düppel koło Berlina, zorganizowanego przez muzeum w Biskupinie i katedrę archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, proste słowiańsko gminne jadło składało się z obfitości mięsiw, pajd chleba ze smalcem, ogórków kiszonych i… kartofelków. Pamiętam też pewną dobrą zresztą powieść Salve Theatrum (Jarosław Gibas, rok 1997),  która dzieje się w Polsce w wieku XVII. Jest tam pocieszna sytuacja, kiedy to niezadowolona publiczność obrzuca aktorów wędrownego teatru zgniłymi pomidorami. Rzecz w tym, że wygląda na to, iż autor wiedział, że pomidor to roślina z Ameryki i nie mogło jej być w Polsce przed Kolumbem, myślał jednak zapewne, że w XVII wieku zgniły pomidor jest już ok… No ale nie jest, bo pomidory zaczęto uprawiać w Polsce w latach 20 XX wieku…

I tak dalej…

Jordaens nie zajmuje się jednak takimi szczegółami jak fasola. Jego fasolowi królowie (a jest  pięć takich obrazów, w muzeach w Wiedniu – to ten obraz powyżej, Brukseli, Paryżu, Sankt Petersburgu i Kassel) przede wszystkim piją na potęgę i są, jakbyśmy to dziś powiedzieli, memami XVII wieku… Nic dziwnego, że w Polsce te obrazy nazywają się Król pije. Ale jest to ten sam król, ten wybierany w dniu Trzech Króli. Karnawałowy król, który, jak Sancho Pansa, ma rządzić wyspą ułudy czyli Baratarią, która ma też swoją nazwę po polsku – jest to przecież znany nam z dzieciństwa świat na opak, świat, w którym zawieszone zostały lub zakwestionowane prawa normalnie rządzące światem i jego oficjalne hierarchie. Taki świat na opak może oznaczać równość i braterstwo, zazwyczaj podważa porządek świata codziennego, świat na opak jest ekscentryczny, a nawet bluźnierczy, skłania się ku profanacji, zawiera elementy błazenady, śmiechu, parodii i groteski, epatuje niestosownym zachowaniem i nieprzystojnym język, miesza wysokie z niskim, powagę ze śmiechem, górę z dołem. To karnawał, król został wybrany i koronowany, a potem ma szczęście jeśli go tylko zdetronizują. Alobar miał zostać zabity, Sancho Pansę obito i połamano mu żebra.

***
Alobar jeszcze tu powróci, bo wszyscy ci trzej Królowie – Alboar, Salomon i Sancho Pansa, mają jeszcze jedną wspólną i ważną cechę – byli w swoim życiu biedakami i byli władcami. Takich władców jest zresztą w historii i literaturze wielu, zajmiemy się nimi jednak dopiero za dwa tygodnie, bo za tydzień podywagujemy sobie trochę na temat podobieństw między Don Kichotem a Rękopisem znalezionym w Saragossie, którą to myśl zawdzięczamy autorowi bloga Bestiariusz Kulturalny.

Iss doch wenigstens das Fleisch

oder wie man Vegetarier wird?

Ewa Maria Slaska

Diese Frage interessiert mich brennend, weil ich selber für sie eine, wie ich finde, außergewöhnliche Antwort habe. Zuerst war sie noch banal: Ich mag kein Fleisch, sagte ich, ich habe es nie gemocht.

Gut, diese Antwort kennen auch Viele in diesem Buch, und überhaupt Viele, die sich an einen Klumpen des durchgekauten Fleisch erinnern, die man nicht imstande war zu schlucken, ebenso sehr aber kein Erlaubnis hatte, den Ekel auszuspucken. Dabei haben diejenige besser, die schnell kotzen konnten, wenn man jedoch, wie ich, eine im Sternzeichen Jungfrau geborene, sich ungern physiologisch der Umwelt mitteilte,  war man stundenlang gezwungen am Tisch zu sitzen und das Restfleisch mit den Tränen vermischt in alle Ewigkeit zu kauen. Lange dachte ich, dass es eben diese Erfahrung war, die mir enorm erleichtete, sofort, als ich nur über meine Diät selber entscheiden dürfte, eine Vegetarierin zu werden.
Aber nicht. Irgendwann kam eine andere Antwort, die mir bis heute plausibler klingt, obwohl ich sie in meinem Leben nie von jemanden anderen gehört habe.
Meine Mutter, als sie mit mir schwanger war, kurz nach dem Krieg, litt an Toxoplasmose. Es ist so eine Infektionskrankheit, von Parasiten verursacht, die man von der Katzen bekommen kann, oder vom Essen des nicht ganz durchgekochten oder rohen Fleisches. Dem Träger macht die Krankheit nichts, dem Kind im Bauch dagegen kann sie Vieles antuen. Es kann mongoloid werden, oder blind, und natürlich auch beides. Soviel wurde mir damals erklärt. Erst jetzt beim Schreiben sehe ich genauer in die Materie: Die infizierten Kinder können epileptische Anfälle, kognitive Einschränkungen, Schäden an der Leber, Lunge, Gehirn, Augen, Herzmuskel und Hirnhaut aufweisen. Ein Viertel der vor der Geburt infizierten Kinder durch Toxoplasma gondii haben geistige Behinderungen, Spastiken, Epilepsie, Hydrocephalus und Verkalkungen der Hirngefäße. Jesus! Ich bin “nur” halbblind geboren, dh. eigentlich bin ich glimpfig aus der Falle rausgekommen.

Von meiner Krankheit, oder Mamas Krankheit im Grunde, gab es nie die Rede und dass meine Halbblindheit gerade diesen Grund hatte, erfuhr ich erst als ich selber hochschwanger war. Diese Nachricht kam auf mich wie ein Donner aus dem hellen Himmel. Bis dahin war ich mit meiner Schwangerschaft sehr glücklich, behauptete gar, dass es der beste Zustand in meinem Leben sei. Und dann war es plötzlich gut möglich, dass jetzt mein Kind mongoloid oder blind, und natürlich auch beides werden konnte.

Eine Woche später gebar ich meinen Sohn, ein kerngesundes Baby, dem die verdammte Toxoplasmose von Oma und Mama nichts angetan haben.

Es dauerte aber lange, dass ich selber ruhig darüber nachdenken konnte. Meine Theorie baute sich also sehr langsam auf.

Als Mama noch nicht wusste, dass es die Toxoplasmose war, die mein Leben bestimmte, erzählte sie oft darüber, dass sie während der Schwangerschaft immer wieder einen Heißhunger auf Fleisch hatte, so sehr, dass, als sie von der Kunstschule, wo sie studierte, nach Hause kam, sofort in die Küche ging und aus dem Topf, in dem Oma die Suppe kochte, nicht ganz gekochte Fleischstücke holte, um sie direkt neben dem Herd, heiß zu verzehren. Als die Sache mit der Krankheit plötzlich öffentlich diskutiert wurde, wehrte  sich Mama vehement gegen die vermeintliche Beschuldigung (kein Mensch hat sie doch beschuldigt), aber irgendwie verschwand die nicht ganz gekochte Suppe und halbblutiges Fleisch aus den Familienerzählungen.

Erst nach Jahren kam mir in den Kopf ein Bild von mir als Embryo im dunklem warmen Wasser. Wieso? Fragt mich nicht, ich weiß es nicht, sah aber, dass sich dieses noch nicht ganz fertiges Baby sehr stark mit den Armen gegen etwas wehrte. Das Bild kam ziemlich oft, ohne dass ich eine Erklärung dafür wusste. Erst als mir Jemand beiläufig sagte, er kann kein Kummin vertragen, weil seine Mama, als sie schwanger war, eine starke Allergie gegen den Kummin hatte, passten sich plötzlich alle Puzzleteile an: Die Krankheit meiner Mama, ihre Schwangerschaft, meine (gelungene!) Verteidigung gegen den feindlichen Parasiten, meine Ekel dem Fleisch gegenüber, mein kindlicher Drang, Vegetarierin sein zu dürfen (was man natürlich damals auf keinen Fall dürfte).

Mein Vater stammt aus einer tatarischen Familie. Die Tataren gelten bis heute als sehr mutiges Volk. Ich war immer der Meinung, dass ich gerade deshalb, dank meinem tatarischen Erbe, auch relativ unerschrocken und zäh bin. Jetzt sah ich in meinem Kopf ein Bild eines kämpferischen tatarischen Fötus, der sich gegen jegliche Feinde wehrt. Sollen sie sich alle zum Teufel scheren…  🙂

***

Das Buch finde ich gut und interessant, obwohl es an manchen Stellen ins so grotesk Ekelhafte ausartet, das man es beim besten Willen nicht lesen kann. Eine Erzälung finde ich aber so schön, dass ich sie direktemang hier euch zum lesen anbieten muss 🙂

E.L. Greiff, Großraumwagen

Der Autor schreibt Fantasy-Bücher und dies erklärt doch viel. Sein Herausgeber gibt von ihm relativ viel preis: E. L. Greiff, 1966 in Kapstadt geboren, lebt heute in den Niederlanden. Studium der Theaterwissenschaften und Germanistik in Bochum und Berlin, anschließend zahlreiche freie Regiearbeiten. Greiff schreibt Essays, Reisereportagen, Kommunikationskonzepte und Reden für Führungskräfte.

autor-inErst von einem Foto erfährt man, dass “der Autor” in der Tat “die Autorin” ist. Genauso verhält es sich mit der / dem Protagonist/in dieser Erzählung.

https://books.google.de/books?id=p73vCgAAQBAJ&lpg=PT21&ots=Ry_L8iqhar&dq=E.L.%20Greiff%20Gro%C3%9Fraumwagen&hl=de&pg=PT21&output=embed

Die obige Möglichkeit es Euch zu lesen zu geben, die ich im Netzt gefunden hat, bricht kurz vor dem Ende der Erzählung ab. Ich nehme an, in der Annahme, jetzt werdet ihr das Buch kaufen (bitte sehr, z.B. HIER), um zu erfahren, wie es endet.

Ich bin aber ein guter Mensch und schreibe Euch die letzten 1,5 fehlenden Seiten hier ab (das Buch könnt ihr natürlich der anderen Erzälungen wegen kaufen):

Zweiundvierzig Leute sind damals aus diesem ICE ausgestiegen, der irrtümlicherweise an einem Provinzbahnhof angehalten hatte, anstatt durchzufahren. Keiner von uns bekam eine Entschädigung von der Bahn, wir hätten ja nicht aussteigen müssen, hieß es, schließlich sei dort auch nicht Endstation gewesen – eine gleichlautende Durchsage hätte es niemals gegeben. Ich jedenfalls hatte auch keine gehört. Nickelbrille gab später zu, er habe ebenfalls nichts gehört. Jemand anders hätte ihm das mit der Endstation gesagt, wer, wusste er nicht mehr.

Als wir knapp zwei Stunden später allesamt in einen verträumten Regionalzug einstiegen, erregten wir einiges Aufsehen beim Zugbegleiter, und ein Mann aus unserer Gruppe, in den Dreißigern, erklärte ihm die Situation. Oder das, was er und wir alle dafür hielten. Dieser Mann, ich nenne ihn der Einfachheit halber Herrn Erster, ist bis heute so etwas wie unser Anführer; er ließ damals eine Liste herumgehen, in die wir uns alle mit Adressen und Telefonnummern eintrugen für die Sammelbeschwerde gegen die Bahn, die er vorbereiten wollte. Die Beschwerde hat er eingereicht, aber es wurde wie gesagt nichts daraus.

„Wo ist eigentlich der Typ in dem langen Hemd?“, fragte Nickelbrille. Er ließ seine kleinen Augen über die kunstledernen Sitzenreihen des Bummelzugs huschen, während ich meinen Namen in die Liste kritzelte. Ich wusste sofort, wen er meinte.

„Ist abgehauen. Direkt nach dem Halt.“

„Junger Mann“, mischte sich die ältere Dame mit dem Halstuch ein . „Das war kein Typ. Das war eine ausgesprochen hübsche junge Asiatin. Ungewöhnlich groß allerdings.“

Wir hatten alle die Gestalt gesehen, alle etwas aus der Papiertüte genommen, alle zweiundvierzig. Es war ,wenig überraschend, bei jedem etwas anderes gewesen: ein besonderes Bonbon, eine exotische Frucht, etwas Salziges, Scharfes, Saures. Herr Erster hat im Laufe der folgenden Jahre viele Interviews mit jedem Einzelnen von uns geführt, auf unseren Treffen sind wir die Sache immer wieder durchgegangen. Es hat bei jedem etwas anderes bewirkt, nicht auf dem ersten Blick Spektakuläres. Nickelbrille hat das Rauchen aufgegeben. Die Halstuchdame, sie ist vor ein paar Jahren gestorben, hat eine Vorliebe für hochpreisige Bordeauxweine entwickelt. Ich habe aufgehört, Fleisch zu essen. Außerdem habe ich mein Leben in den Griff bekommen, und so gern ich mir das selbst zuschreiben würde und nicht einem Teigbällchen, oder zwei, weiß ich doch, dass seitdem alles besser geworden ist.

Reblog: Rola rurek

Z nader nieregularnej serii pt. Śniadania literackie – przez wiele tygodni nie było śniadań w ogóle, a tu zaledwie tydzień temu był Żeromski, a dziś Juliczka. Znakomicie dobrane towarzystwo!

Julita Bielak

Czas w każdej rodzinie odmienia role.

– Jak zjesz, Kiri, to mam coś dla Ciebie.
– O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej…
– Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.
– Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! …gdzie masz ten serek?

Taka to bajka, lepsza, niż “Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami. /…/
Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubię krem.
Proszę podać ze trzydzieści,
Stolik więcej nie pomieści!

Bajka rodem z “Postrzyżyn” Bohumila Hrabala: “W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/…/”.

Tylko w “Śniadaniu u Tiffany’ego” śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

EMS: Siostra moja, Katarzyna Krenz, która wraz z Julitą napisała powieść Księżyc myśliwych, skomentowała ten wpis zdjęciem wymienianych przez Brzechwę papataczy. Zaskoczyła tym i Julitę i mnie, bo myślałyśmy, że Brzechwa sobie te papatacze wymyślił…


Gdy to tak właśnie skometowałyśmy, dodała link do blogu z przepisami tradycyjnymi; to przepis z 1895 roku z Kucharza Warszawskiego: Drożdżowe zawijańce z cynamonem i rodzynkami

Dwie kwarty letniego mleka, trochę soli, 10 łutów drożdży rozbić z mąką i zostawić w cieple, aby się ciasto podniosło. Gdy z wierzchu ciasto popęka, wlać 20 żółtek ubitych do białości z 2 szklankami cukru, wybijać dobrze, wlać pianę z ubitych białek, dodać tyle mąki aby ciasto było gęste jak na bułki, w końcu wlać 3 szklanki topionego masła, trochę cytrynowej skórki, gorzkich migdalów i wybijać ciasto dopóki od rąk odchodzić nie będzie. Wtedy przykryć i zostawić w cieple żeby podrosło […]

Papatacze urządzają się z tego samego ciasta następującym sposobem: wziąść kawałek ciasta, rozwałkować na stolnicy na cienki placek, posmarować sklarowanem masłem, posypać czarnemi rodzenkami zmieszanymi z cukrem i cynamonem. Zwinąć placek szczelnie w trąbkę i krajać z niego kawałki na 2 palce szerokie, które układać na blasze, posmarować jajkiem, posypać cukrem z cynamonem i wstawić do pieca.

Wielkanoc na Kresach

Andrzej Rejman nadesłał dwa piękne zdjęcia wielkanocne z Petersburga.

2_Wielkanoc_1909_Lesnyj_Petersburg_M_Hrebnicka_i_Konstan 1._Wielkanoc_Petersburg_1909_fot_St_Doktorowicz_Hrebnick

Rok 1909. Zdjęcia wykonał St. Doktorowicz Hrebnicki. Na pianinie grają Maria Hrebnicka i Konstantin. W piętnaście lat później Adam Hrebnicki (Pradziadek, Adam z Raju) tak opisał Wielkanoc w dzienniku:

wielkanoc_zapiski_A_Hrebnickiego_1926

1926

4/IV. Niedziela. Wielkanoc.

W nocy silny przymrozek. Dzień dość słoneczny, choć trochę zmienny.

Na pierwszy dzień Świąt całe Berżeniki jeździły do Dukszt a razem z Zanami do Gierkan do p. Francuzowiczowej i tam najwięcej jedliśmy święcone i piliśmy różne trunki. Szczególnie u p. Francuzowiczowej było piękne święcone na staroświecki sposób.

Każdy sobie narzynał chodząc koło stołu, co mu się żywnie podobało.

…młodzi troszkę tańczyli.

Jadąc w tamtą stronę na saniach łąkami bez dróg – wywróciliśmy się jeden raz, a z Dukszt do Gierkan z Władkiem* – drugi raz – ale oba razy zupełnie szczęśliwie bez żadnych uszkodzeń i potłuczeń. Do Berżenik wróciliśmy zupełnie w nocy pośród ciemności, bo ani księżyca nie było i gwiazd.

W Berżenikach była też Kalicka… przegrałem 3 partie w szachy Czesławowi Kalickiemu.. (pisownia oryginalna)

5/IV Poniedziałek

Przyjęcie dziś, na drugie Święto był w Berżenikach. Oprócz nas, Mani, Kalickich byli z Dukszt p.p. Zanowa, Hala, Musik (Tomasz Zan junior) i p. Marjanowa Kwintowa.

Jedliśmy, piliśmy i hałasowaliśmy niemało.

*Władysław Stankiewicz – późniejszy profesor weterynarii SGGW w Warszawie

przepisy_zeszyt3   przepisy_zeszyt2

I jeszcze przepis na mazurek, wprawdzie po czasie, ale nadal – cóż to za przyjemność czytać te przepisy.

Z zeszytu przepisów Heleny z Zanów Stankiewiczowej – na okładce zeszytu napis: “Te oto przepisy dostałam od Panny Wandy Makarow, w roku 1926.11.IX w Duksztach kiedy byłam jeszcze Zanówna. H. Stankiewiczowa”

Mazurek cygański (dopisek: doskonały)

orzechy
migdały
rodzynki
morele
śliwki suszone
skórka pomarańczowa (ew.)

powyższe – po jednej szklance

wszystko drobno pokrajać

jaj 10 sztuk

cukru – półtorej szklanki
zapachy – 1 cytrynowy
mąki – 1 szklanka pszennej
mąki kartoflanej – 4 łyżki

Oddzielić żółtka od białek.
Z żółtek z cukrem ukręcić gogel-mogel.
Wsypać mąkę, pokrojone bakalie i zapach,
poczem ubić pianę z białek
a kiedy dobrze ubita będzie wymieszać z resztą zawartości

Wyłożyć nasmarowaną blachę papierem,
na to położyć wafle i kłaść ciasto –
poczem wstawić do gorącego pieca.
Próbować patyczkiem – kiedy suchy i rumiany
to już będzie gotowy.

Piec jakieś 20-30 minut.

***
I na zakończenie link kolejnego filmiku z Krystyną Stankiewicz “Wielkanocne przysmaki z Kresów” – autor nakręcił go trzy dni temu!

Eating with Akil

Ewa Maria Slaska

Going out one Friday evening…

Ania and Thomas Alboth, which I presented already as people helping refugees in Berlin, invited friends and friends of friends for …

Syrian cook and us helping 🙂

We gonna have another lecker dinner (5th!!!). The last four were a big fun, food and help. More than 100 people already took part in that, great people with full bellies and fuller brains. If you want to join: click join and bring with you 12 euros (or more). The money will re-fund the shopping and become a salary (the only one) for our Akil. Thanks!!!

So I clicked join, went and took with me 12  or more and tulps and a book from refugee project of Jim Avignon and some beautiful Easter Decoration of Smilla Berlin, which is a wonderfull shop…

Akil (Akeel) Taleb is a Syrian refugee from Aleppo with a long experience of living and working in Dubai, co-habiting by Ania and Tom since September last year. He is actually a car mechanic, but as almost all Oriental men I know, he is an excellent cook.

We were more than 30 plus some 10 children or so. We were perfectly happy and the food was marvellous.

شكرا عقيل

perskidiner (11) perskidiner (10) perskidiner (9) perskidiner (8) perskidiner (7) perskidiner (6)   perskidiner (2) perskidiner (1) I have to confess… wherever I go maybe excluding the senior citizens meeting I am always the oldest one. In a cinema,  by the party, by risk and by fun… On Friday it was no different. So it’s me, the oldest one by the diner, with Ania and Jagoda, selfie made by me in a candle light.

pointylizm

Ach, and something new for cooking – potatoes on a Syrian way. I supposed we eated this:

Mashed Potato With Tahini

  • 2 pounds potatoes, peeled and cut into chunks
  • 7 garlic cloves, peeled
  • 1/4 cup tahini
  • 1 cup plain unsweetened soymilk
  • 1 tablespoon lemon juice
  • 1/4 teaspoon fine sea salt
  • 1 1/2 teaspoon toasted sesame seedsPlace potatoes and garlic in a large saucepan, cover with cold water by 1 inch and bring to a boil. Lower heat, partially cover pan, and simmer until potatoes are very tender, 15 to 20 minutes. Drain, return potatoes and garlic to pan and add tahini. Mash with a potato masher or large fork until very smooth. Place over low heat and stir in soymilk, lemon juice and salt; add a little more soymilk if potatoes are too thick. Spoon into a bowl and garnish with sesame seeds.

Delicious!

perskidiner (5)

Obrazki z Iranu (2) – Teheran

Adam Slaski

W Teheranie

3 października

A teraz seria obrazków zatytułowanych “Shayan robi abgusz”.

abgusz1abgusz2abgusz3abgusz4Idea jest zasadniczo następująca: gotujemy długo razem ciecierzycę, kurczaka i ziemniaki. Następnie odlewamy wodę do miseczek, dodajemy dużo chleba i powstaje zupa. Resztę rozgniatamy i powstaje drugie danie.

Jemy po persku, czyli rozkładamy na dywanie obrusik i siadamy przy nim po turecku.

Wieczorem poszliśmy na spotkanie couchsurferów. Było dość dziwnie. Najpierw każdy się przedstawiał niczym na spotkaniu anonimowych alkoholików. Potem chwila na swobodne rozmowy i wspólne śpiewy. Atmosfera dość hostelowa. Irańczycy są bardzo serdeczni, a w tej piwnicy poczuli się na tyle swobodnie, że niektóre dziewczyny pozdejmowały hidżaby.
Ale jak ktoś zaczął robić zdjęcia, część z nich założyła je z powrotem.

Teheran generalnie jest pochyły, na północ oznacza zawsze “pod górę”. Północne dzielnice są więc położone dużo wyżej, mają czystsze powietrze i bogatszych mieszkańców. Jeśli udać się odpowiednio daleko można dojść do końca miasta, dolnej stacji kolejki linowej itp. Trochę tak, jakby metro w Warszawie dojeżdżało do Kuźnic. Wieczorem pojechaliśmy do tych Kuźnic, czyli do Darbandu. W weekend był tam tłum, wszyscy chcieli pooddychać górskim powietrzem i zobaczyć panoramę Teheranu by night.

teheranocteheranoc3 teheranoc2Na tych zdjęciach widać wreszcie, jaki Teheran jest ogromniasty. A w praktyce objawia się to tak, że nikt nie zna ulic poza swoją najbliższą okolicą, ludzie ciągle pytają o drogę. W każdej dzielnicy operuje inna korporacja taksówkowa, więc jeśli nie jesteś u siebie, a chcesz zamówić taryfę, musisz dowiedzieć się lokalsów, na jaki numer dzwonić.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z dziś. Nie ma na nich niczego specjalnego, bo chodziłem dziś po sklepach, kantorach i innych banalnych miejscach. Nie wiem nawet, co to za budynek, ale wydał mi się interesujący.

budynekinteresujacy

Przez 2-3 dni nic się tu nie pojawi, bo opuszczam Teheran i nie będę miał dostępu do Internetu.

Życzę wszystkim miłej niedzieli.

Pishka

Ewa Maria Slaska

Jedzenie po baszkirsku / Essen auf Baschkirisch

Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlich muss man sich zunächst fragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.

baszkiria ***

Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.

Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.

/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.

pishka-scianka pishka1-menu pishka-dziewczyny  pishka-napoleonka

pishka-ruskaAlso – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.

Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?

Kreuzberg, Bergmannstr. 1, U-Bahn Mehringdamm.