Było spiętrzenie wpisów aktualnych i wpis o sąsiadach opóźnił się o tydzień – przepraszam czytelników, którzy przecież czekają niecierpliwie, żeby się dowiedzieć, czy Lesio, czy Filomena, czy pani Klara…
Teresa Rudolf
Powrót Lesia do domu…
Po trzech tygodniach pobytu w szpitalu pan Lesio został wypisany do domu, gdzie powinien przez następne trzy tygodnie bardzo się oszczędzać, prawa noga i ręka były ciągle jeszcze zagipsowane, twarz jeszcze opuchnięta, ale już bez bandaży i plastrów.
Filomena, pomagając mu przy pakowaniu tych niewielu rzeczy, które miał w szpitalu, pomyślała, “mam nadzieję, że wyjdzie z tego, bo jak na razie…”, jednak zawstydzona, przerwała te rozważania, koncentrując się na pomocy Lesiowi.
On natomiast długo nie wiedział, czy wypada sąsiadkę angażować w swoje sprawy. Tyle lat mieszkali w tej samej kamienicy, ale nigdy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. Nie lubił rudych włosów, gdyż mu się źle kojarzyły, nie cierpiał też faktu, iż, zdarzało się, że był przypadkowym świadkiem wzajemnej niechęci obu sąsiadek z drugiego piętra, wpadając na siebie stwarzały bowiem napięcia.
Na szczęście, od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło, sam nie umiał sobie jednak przypomnieć, jak się to w ogóle stało.
Dzisiaj, kiedy siostra oddziałowa przyszła do jego pokoju, siedziała już tam od rana Filomena.
Pielęgniarka zapytała, jak pacjent poradzi sobie w domu, bo na razie nawet o kulach nie da rady się poruszać, spytała też, na którym piętrze mieszka i czy jest tam winda.
– Owszem w naszej starej kamienicy jest winda, a w domu spróbuję sobie powoli jakoś dać radę, odpowiedział.
Poza tym zamówi na początek kogoś z Czerwonego Krzyża, kontynuował, ta pomoc na pewno mu przysługuje, gdyż jest osobą mieszkającą samotnie…
Filomena nieśmiało włączyła się do rozmowy, oferując sąsiedzką pomoc, obiecując również dalsze zaangażowanie Klary w opiekę nad Salomonem.
Jak na razie jedynym problemem, leżącym zresztą w gestii szpitala, był fakt, że Lesio powinien dostać się do budynku z czyjąś fachową pomocą, gdyż sam może zrobić tylko parę kroków, skacząc na jednej nodze.
– Myślę, że uda nam się zorganizować paru silnych panów z Pogotowia Ratunkowego, relacjonowała oddziałowa.
Filomena usłyszała pukanie do drzwi, kiedy akurat Lesio wyszedł do łazienki.
– Proszę, powiedziała odruchowo w imieniu pacjenta, po czym do pokoju weszła Regina. Filomena omiotła wzrokiem byłą małżonkę Lesława i pomyślała, że Regina nigdy nie nazywa byłego męża Lesiem.
– A gdzie Lesław?, zapytała Regina. Siostra dyżurna powiedziała, że dziś wychodzi do domu, dodała.
Po czym oświadczyła, że jest jedyną osobą, która może pacjentowi pomóc, ponieważ zna bardzo dobrze rozkład mieszkania, no i oczywiście też Lesława.
Filomena na przemin raz czerwona, raz blada, wykrztusiła, że Lesio zaraz wróci, a ona, Regina i tak nie jest żadną dla niego pomocą, bo po prostu nie lubi, a przecież nawet nie cierpi, kotów.
– No, to ten kot Lesława zostanie tam, gdzie teraz jest, u tej starszej kobiety, którą tu poznałam. Ma tam zresztą towarzystwo jakiegoś drugiego sierściucha.
Zamilkła, a po chwili dodała:
– No i nie wierzę, by Lesław przedkładał starego kota, ponad codzienną stałą opiekę fachowej osoby.
Na pytające spojrzenie Filomeny odpowiedziała: – Zrobiłam odpowiednie wykształcenie, dające prawo do wykonywania zawodu opiekunki, zarówno w kraju jak i za granicą…
Filomena czuła się coraz mniej pewna siebie, wiedziała z góry, że z tą kobietą nie ma żadnych szans i na pewno przegra.
Lesio w asyście dwóch pielęgniarek, podskakując na jednej nodze, znalazł się znów w pokoju.
Siadł z wysiłkiem na łóżku, spojrzał na obie kobiety i powiedział: – Regina, jak ostatnio tu przyszłaś, nie oddałaś mi klucza do mieszkania, a zanim się zorientowałem, już wyszłaś. Oddaj mi teraz, proszę, kontynuował, i po tylu latach, nie przyzwyczaj się znów do niego, no, proszę… Wyciągnął jednoznacznie, rozkazująco rękę: – Już przed laty musiałem dorabiać dodatkowy klucz, bo przy odejściu, zabrałaś go ze sobą.
Regina oświadczyła, że właśnie teraz ten klucz bardzo się przydał. Posprzątała mieszkanie, wyrzuciła niepotrzebne rzeczy po kocie, bo skoro go tam nie ma, to już i nie będzie, a teraz jest czyściutko, pachnąco, i ona będzie spała w sypialni, a on w salonie na kanapie, pościel już też zmieniona.
Kiedy skończyła, w pokoju zapadła grobowa cisza, słychać było tylko komara, który przeleciał z cienkim wizgiem. Komar w lutym, pomyślała Filomena, taka dziwna ta zima. Spojrzała na zachwyconą sobą Reginę z najwyższym zdumieniem, ale i respektem, i powiedziała: – No, no, pani to naprawdę doskonale wie, gdzie i jak się w życiu urządzić, a pan, tu zwróciła się do Lesia/Lesława, gdyby pan tej kobiety już w swym życiu naprawdę nie chciał, nie dorabiałby pan wtedy klucza, ale po prostu zmienił zamki, a nie zrobił pan tego.
W pokoju było nadal cicho. Filomena dodała więc jeszcze:
– Mam nadzieję, że będzie pan miał teraz dobrą, bo aż taaaaaaką fachową opiekę, ale gdyby pan czegoś potrzebował, służę sąsiedzką pomocą.
Wstała z krzesla i z uczuciem “wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą” opuściła dumnie pokój.
Nie była jednak wcale taka pewna siebie, jak chciała, by to zbarzmiało. Wyszła na gumowych nogach i z mgłą w oczach.
Co za lafirynda, pomyślała z wściekłością, ale on też nie lepszy, dupek żołędny.
I przysiadła, blada jak kreda, na ławeczce, stojącej na parterze, gdzie znalazła się, nie wiedząc jak i kiedy.
Od adminki:
Autorka przysłała też dwa wiersze. Zazwyczaj umieszczam jej wiersze osobno, w odrębnym wpisie, ale wydały mi się aktualne i nie chcę odkładać ich publikacji na jakiś daleki termin (a czas jest taki, że więcej piszemy, żeby opowiedzieć, żeby poczuć kontakt, żeby podzielić się tym, co myślimy, czujemy, widzimy, a to sprawia, że na blogu jest długa kolejka).
Pytanie X
Z balkonu nieosiągalna
ręka podana komuś,
figlarny, nieśmiały całus,
spojrzenie następnego razu. X
Na ulicy biała “burka”,
w ciszy bolących uszu,
pustka pamiętająca,
miliony oddechów. X
Z szumem skrzydeł
wygłodzone gołębie,
gruchające ulice,
parapety okienne. X
Powietrze czyściutkie,
kryształowo niebieskie,
przedziwna świeżość
zapowiedzią zdrowia. X
Niebo z chmurkami
z karteczki pocztowej,
przesadnie niebieskie,
z owieczkami chmur. X
Niesamowitość zagadki
oplątującej cały świat,
krzyczy w głowach,
początek to, czy koniec? X
Strach Chin, Włoch,
strach wielkich miast,
strach miasteczek,
zdziwienie człowieka. X
*** X A mnie się marzy X
A mnie się marzy
kwiecień piękny
bez Prima Aprilis. X A mnie się marzy
śmiech ludzi,
chichot dzieci. X
A mnie się marzą
kolorowe parasolki,
z dymiącą kawą. X
A mnie się marzy
codzienność zwykła,
ze świergotem ptaków. X
A mnie się marzy
seledynowy, pachnący
sen o szczęściu. X
A mnie się marzą
prawdy wyśpiewane
ptakami wiosny. X
A mnie się marzy,
to co już mialam
ale jakoś tak inaczej.X
Jam jest Książę Ciemności! A wiosna właśnie ruszyła: forsycje, listki, ciepło. Toteż i Książę ruszył. Na amory tudzież na łowy. Czarnuch kocha słoneczko.
Rzadko nas teraz odwiedza, choć, trzeba to przyznać, gdy już się pojawi, jego obecność jest bardzo intensywna. Na różnych polach…
Woli się wałęsać całe dnie i noce po okolicy. To tu…
To tam…
Co i rusz widuję go, jak się zasadza na jakieś gryzonie. Albo ambitniej – na ptaki. Wszak to łowca i łowców potomek. Poczytałem coś na ten temat, przeto wiem, że gra w nim krew żbika nubijskiego, przodka wszystkich udomowionych kotów, a przy tym myśliwego, co się zowie!
Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…
Zew natury jest nie do zagłuszenia. Toteż pozostaje nam cieszyć się każdą jego krótką wizytą. I wspominać zimowe wieczory, kiedy bywał częściej i na dłużej. Nie marnował wtedy czasu, bynajmniej. Trenował swe łowcze umiejętności. Jak?
Aby to wyjaśnić, trzeba zacząć od przywołania mojego ulubionego powiedzonka, które głosi, iż połowa właścicieli psów śpi z nimi łóżkach, a druga połowa… się do tego nie przyznaje. Żona i ja należymy do pierwszej ekipy. Kropka ma zawsze wolny dostęp do naszego łoża – na kołdrze lub pod nią, jak woli. Niezrozumiałą pruderią i hipokryzją byłoby udawanie, że jest inaczej.
I teraz już możemy zatopić się w uroczych wspomnieniach. Jest zima, na dworze chłód, ciemność i deszcz. W domu cicho i ciepło, w kominku wesoło tańczą płomienie. Książę leży na fotelu. Albo na podłodze. Albo w koszu z wypranymi ubraniami w sąsiednim pokoju. To obojętne, bo w momencie, gdy Kropka wchodzi pod kołdrę, pojawia się natychmiast, wiedziony chyba jakimś dodatkowym zmysłem.
Wchodzi na łóżko, obserwuje wybrzuszenie na pościeli, zdradzające lokalizację zacnej suni. Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…
Kropka wychodzi z pieleszy, odgania go warknięciem albo i delikatnym użyciem kłów. I znowu zakopuje się pod kołdrę. A Książę znowu wchodzi na łóżko… etc…
Potrafił powtarzać to swoje polowanie nawet pięć-sześć razy. I zazwyczaj Kropka w końcu dawała za wygraną, opuszczała ciepłą kryjówkę i siadała na moich kolanach, z bezradną skargą w swych pięknych, dużych, czarnych oczach.
Zaprawdę powiadam wam: nie zmarnował Książę tamtych dni. Dziś one procentują, aż miło.
Jam jest Książę Ciemności! My tu czeźniemy na kwarantannie, a on jak zwykle przychodzi niezapowiedziany, od czasu do czasu. To posiedzi, to posnuje się bez celu. No dobrze, niech siedzi, niech się snuje. Czarnuch jeden… Czarny. Co on taki czarny? Jak to drzewiej gadali? Że w takie czarne najchętniej wcielał się szatan? No bzdura przecież, średniowiecze! Chociaż… Jak się tak dokładniej przyjrzeć… Kto wie? Wszak odwieczna mądrość ludowa… No i co mu się te oczy tak błyszczą?
Łazi tak jakoś podejrzanie, skrada się pod ścianami. Co on się tak skrada? Ma powody?
I czemu się kryje w zaroślach? Ma coś do ukrycia?
Oho! Jest i następny! Pomiot diabelski. Zbierają się, zwołują… Spiskują… Na pewno spiskują!
Dają sobie znaki ogonem. Mruczą. Jakie tajne rozkazy, jakie ciemne zadania roznoszą po okolicy? Mroczne, czarne jak one same!
Mnożą się. Są już wszędzie. Gdzie by się człowiek nie ruszył, tam łypią złowrogo zielone ślepia.
A wyłapać, do cholery, je wszystkie! A spalić, jako nasze prapradziady czyniły! Najwyraźniej, przepełnione odwieczną ludową mądrością, wiedziały prapradziady, co i dlaczego czynią. Najwyraźniej szatański przychówek i piekielna czeladka sama sobie była winna. Na pewno była!
I dalej jest. O, ten na przykład siedzi nad samą wodą. Wiadomo po co! Łapać go, na pal wbić! Niech zdycha w męczarniach.
A już ten i ów przynosi nowe wieści i gotów jest przysiąc, że widział żydów zatruwających studnie! Trwoga!! Sąd boży!!!
***
Tak. Upływ lat, wieki postępu o kant dupy rozbić. Gdy przychodzi, jak mówią, „co do czego”, wszystko jest po staremu. Słabe umysły tak mają i tak mieć będą.
Ale ty, Kotku, olej ich. Chodź tu do mnie. Połóż się wygodnie. Tutaj nic Ci nie grozi. Zamrucz mi swoją wieczorną kołysankę. Razem jakoś przeskoczymy przez noc.
A ja obiecuję, iż po raz pierwszy i ostatni w opowieści o Księciu Ciemności nawiązałem do aktualiów. Tak trzeba, bo każdy na tym blogu od kilku dni nawiązuje i stosowną daninę złożyć należało. Ale nigdy więcej! Nad publicystykę nieporównanie wyżej cenię bowiem głupiutkie gawędy o błahostkach. Mam powody…
Klara podawała kotom, Salci i Salomonowi, miseczki z karmą Sheba na śniadanie, które musiało być zawsze dokładnie o godzinie 7.30. Oba koty znały się na zegarze i były punktualne, jak, podobno, pociąg przed wojną.
O godzinie 7.26 siadały przed dużym, ściennym zegarem Klary, miaucząc głośno. Czuło się rosnące napięcie oczekiwania. Nie tolerowały żadnego spóżnienia, o czym Klara dobrze wiedziała, podawała im więc śniadanie punktualnie, obawiając się nieprzyjemnych konsekwencji, gdyby nie zdążyła na czas.
Salcia, normalnie kotka bardzo łagodna, gdy tylko pojawiło się drobne uchybienie czasowe, zamieniała się w kocią wiedźmę, rzucając się z pazurami na łydkę Klary.
Kobieta wiedziała już od Lesia, że Salomon zupełnia tak samo “tyka”.
Oboje byli bardzo zdziwieni, że koty były tak do siebie podobne i równocześnie tak inne od innych, a o czymś takim nikt nigdy, przenigdy nie słyszał.
Przed jakimś tygodniem, kiedy Klara odwiedziła sąsiada w szpitalu, i postanowiła poznać ze sobą oba koty, rozmawiali intensywnie na ich temat, a szczególnie dużo mówił Lesio.
Możnaby powiedzieć, że podawał “instrukcję obsługi” pupila.
Klara opowiadała z kolei, jak przed 14 laty w zimie znalazła przed domem zawiniątko, które poruszało się i wydawało przerażające jęki. Kiedy odwinęła paczuszkę, zobaczyła najpierw zielone oczy i otwarty miauczący rozdzierająco pyszczek.
– Myślałam, że mi serce pęknie ma kawałki – opowiadała.
Lesio spojrzał na nią ze zdumieniem i zapytał: – Czy to był taki zielony worek z grubej tektury?
– A skad Pan to wie???, zdziwiła sie Klara.
– Ponieważ 14 lat temu również znalazłem kota w takim worku. Zresztą znalazłem go prawie w ostatniej chwili, bo kiedy otworzyłem pakunek, kot nie miauczał już i prawie nie oddychał. Leżał koło śmietnika przed naszym blokiem, który na szczęście był tak pełny, że ta zielona paczka się tam nie zmieściła.
Lesio był bardzo wdzięczny sąsiadce, że zajmuje się Salomonem, bo wiedział znakomicie, że jego kot nie znosił samotności. Posiłki były bardzo ważne, ale obecność kogoś bliskiego nie mniej.
Wiedział już od Filomeny, odwiedzającej go regularnie, że kot powoli, z ogromną wyniosłością zaczął obie kobiety akceptować, a ze szczególną uwagą ocierał się o spodnie Klary, zapewne czując zapach Salci.
Oba koty zapewne były zapewne rodzeństwem, nic dziwnego więc, że wyglądały prawie identycznie, zupełnie jak kot z Whiskasa, różniły się jednak wielkością. Salomon był prawie dwa razy dłuższy, a Salcia była małą dość filigranową koteczką.
Na samym początku, gdy Klara u siebie w mieszkaniu wyjęła Salomona z kosza, oba koty spojrzały na siebie wyniośle, nastroszyły uszy do góry, a ogony uniosły się sztywno jak peryskop.
Z czasem jednak złagodniały, mowa ciała stała się spokojniejsza, futerko wygładziło, ogon opuszczony w dół poruszał się, podkreślając wzajemną ciekawość.
Klara mogla godzinami patrzeć na ich wzajemne podchody, ale też, nieoczekiwane z puktu widzenia czlowieka, gwałtowne odrzucenie bez żadnego powodu, walnięcie łapą lub warknięcie, czasem niewiele różniące się od psiego.
Dzisiaj były jednak przyjaźnie do siebie ustosunkowane, lubiły Shebę, śniadanie przebiegało więc dość harmonijnie.
Klara rozrzewniona patrzyła na oba koty, uśmiechając się do samej siebie.
Salcia pierwsza skończyła posiłek, po czym wskoczyła na kolana swej pańci.
Salomon obrócił się od miski i zobaczył Salcię na kolanach Klary.
Włos mu się zjeżył, a potem kot z żalem w oczach spojrzał to na Salcię, to na Klarę i odszedł, głośno miaucząc, zawodząc prawie jak małe dziecko, po czym schował się za kanapę.
Do jego płaczu dołączyła się Salcia, zeskoczyła z kolan Klary i również zniknęła za kanapą.
Klara już wszystko wiedziała, “on tak bardzo tęskni za Lesiem”, pomyślała i zrobiło jej się bardzo Salomona żal.
A potem zrobiło się jej jakoś też tak samej siebie żal, coś krzyczało w niej, coś tak zawodziło, prawie po kociemu, nie umiała tego odczytać.
Jam jest Książę Ciemności! O ile w ogóle jestem. Bo często mnie nie ma.
Czegóż się dziwić? Marzec, dni coraz dłuższe, temperatury coraz wyższe. Wredny Sierściuch przepada na całe dnie. Od początku był chimerycznym łazęgą i taki już raczej zostanie. Nikt nie przerobi go na domowego pieszczocha. I bardzo dobrze! To właśnie mi się u niego podoba, to w nim cenię i tego mu chyba w skrytości ducha zazdroszczę: wolność i swoboda.
Lubimy Księciunia i jego wizyty, dlatego godzimy się na ich nieprzewidywalną nieregularność. Poniżej naszej godności byłyby jakieś umizgi, czy zabieganie o przychylność: co to, to nie! Jest – dobrze. Nie ma go – drugie dobrze. Skoro szanujemy jego wolność i naszą godność, to na serio.
Tym bardziej nie posunąłbym się do jakiejkolwiek przemocy czy gwałtu. Wydawało mi się, że to powinno być oczywiste. Tymczasem…
Wychodzę, by drwa narąbać do kominka (mogę oczywiście napisać po prostu, że idę przynieść drewno, ale drwa narąbać – jak to brzmi!) i słyszę jak, piętro wyżej, moja sąsiadka-rywalka o względy Czarnucha woła go głośno i wszem-wobec oświadcza, iż musi przyjść, bo jedzonko czeka. Po kilku minutach wracam z narąbanymi drwami i taką oto widzę scenę: przed moimi drzwiami kuli się przerażony Książę, przywiera do posadzki, chciałby uciec – zapewne do mojego mieszkania, bo właśnie otwieram drzwi; mile to łechce mą próżność – ale syn sąsiadów siłą go łapie i niesie do góry, ponaglany wołaniem matki, iż miska Bambusika już pełna!
Ja to znam! Ja to już gdzieś widziałem! Jak to leciało?… Oj Kaźmirz, kot w niewolę trafił! Na sznurku go pasą! Tak – jesteśmy w domu.
Nie wtrącam się, bo i po co. Wiadomo, że Księciunio, prędzej czy później, trafi do nas. Dobrowolnie.
I znajdzie spokojny kąt, by się wyspać, odstresować, podreperować zszargane nerwy.
My mu nie przeszkadzamy, a zacna Kropka czuwa nad jego snem.
Ileż ten nieszczęśnik musiał przejść! Gdy tak leży rozwalony na fotelu, na którym już oczywiście nie ma miejsca dla mnie, widać wyraźnie, że stracił (zgubił, zniszczył?) swą czerwoną obróżkę i sąsiedzi, który zdecydowanie wciąż uważają się za jego państwo i właścicieli, zawiązali mu wokół szyli jakąś szmatkę czy tasiemkę. Diabli wiedzą co to, ale na pewno szczęścia mu tym nie przysporzyli.
Moglibyśmy oczywiście zdjąć to paskudztwo. Więcej nawet – moglibyśmy kupić nową, porządną obróżkę. Tylko po co? Żeby eskalować konflikt? Żeby sąsiedzi robili ze mnie pieniacza, który ciska się i krzyczy: Nie będzie mi Kargul umowy łamał i siłą zmuszał kota do kolaboracji!
Nie warto. Jakoś przeżyjemy tę apaszkę. A Książę zapewne w końcu się jej pozbędzie, bo widać, że go uwiera.
Nic na siłę. Niech sam walczy o swoją niepodległość: przecież wie, że nasze skromne progi zawsze stoją przed nim otworem. Ale nic na siłę! Przyjdzie, gdy zechce. Nie będzie musu, nie będzie presji. Jest wolny i takim pozostanie. Jedyne, czego od niego oczekujemy, to żeby przychodził z własnej woli. I żeby był piękny. I jest.
Nic szczególnego się nie stało. Wiele razy rozkładał się już i leżał w przeróżnych miejscach, kątach, zakamarkach. Nic szczególnego – na pozór.
Książę nawiedza nas łaskawie od kilku miesięcy. Przychodził przez całą zimę. A przez cały ten czas w kominku palił się ogień. Nie mogło być inaczej, bo co prawda tegoroczna zima była wyjątkowo łagodna, ale kominek to jedyne źródło ciepła w naszym mieszkaniu: temperatury panowały zazwyczaj dodatnie, ale nie do tego nomen omen stopnia, by nie trzeba było palić. Przeto codziennie, podczas prawie każdej wizyty Księcia, płomienie wesoło tańczyły za szybą.
Ale… dopiero dziś Pan Puszysty po raz pierwszy rozłożył się właśnie na kominku.
Było to na tyle niezwykłe, że przykuło bardzo skutecznie uwagę tak mojej Żony, jak i, całkiem niezależnie, moją.
Dlaczego? Chyba dlatego, że właśnie pierwszy raz. I po tak długim czasie.
To jest moment na przywołanie kolejnej postaci z galerii słynnych kotów. Jeśli dobrze policzyłem, już czwartej. Zapewne nie ostatniej: cóż robić – starsi ludzie tak mają. Oboje z Żoną (całkowicie niezależnie, bo wówczas nie mieliśmy nawzajem pojęcia o swym istnieniu; chociaż… chyba coś czuliśmy… przeznaczenie? diabli wiedzą) wychowaliśmy się na bajce Dziwny świat kota Filemona. Nie o Filemona jednak tym razem chodzi. Bynajmniej. Ważny jest stary, doświadczony, mądry, czarny kocur Bonifacy, który, jak być może pamiętacie, całe dnie spędzał na zapiecku. Jako miłośnicy wspomnianej bajki, zarówno Żona jak ja, uważaliśmy za coś oczywistego, że koty ciągną do ciepła. A tu tymczasem zima mija, kominek codziennie płonie, a Książę nic. Aż do dziś.
Filomena z Klarą cichutko weszły do pokoju szpitalnego, w którym leżał biedny, pobity Lesio.
Lesio spał, a oczom odwiedzających było dane oglądać go ciągle w bandażach i gipsach (ręka i noga leżały trochę wyżej niż reszta ciała, na jakichś metalowych rurkach).
Panie były tu już trzeci raz, miały nadzieję, że czegoś wiecej dowiedzą się o jego stanie zdrowia, o samopoczuciu psychicznym, miały też niezmiennie dużo pytań, dotyczących Salomona, który mało jadł, nie “odzywał”, czyli o nic nie prosił, nie narzekał, nie miauczał, po prostu z nikim się nie komunikował.
Klara nazwała ten stan apatią, w wyniku zniknięcia Lesia, “a przecież kotom nigdy niestety nie wytłumaczysz, co i dlaczego”…
Kobiety stały przy łóżku śpiącego wciąż Lesia i patrzyły zaskoczone na uśmiechniętą, a nawet można by powiedzieć wręcz roześmianą twarz chorego.
Nagle kołdra na lewej nodze, w okolicy stopy zaczęła poruszać się rytmicznie.
– On chyba tańczy, albo słucha muzyki, skwitowała to rozbawiona Filomena.
Niespodziewanie usłyszały zrozpaczony i wystraszony głos Lesia:
– Regina, ty znowu tu, miałaś przeeeeeeecież wyjechać do Polski!!!!!, krzyczał.
W jednej sekundzie twarz mu się zmieniła, nie było już ani uśmiechu, ani radości, jedynie grymas niewypowiedzianego bólu.
– Kobieto, zejdźże mi wreszcie z nogi, krzyczał zupełnie wyraźnie Lesio.
Sytuacja zaczęła się komplikować.
– Idę po siostrę, jego musi któraś z tych nóg boleć, powiedziała Klara i wyszła z sali.
Filomena przyglądała sie Lesiowi, myśląc znów o tym, jaką zołzą musiała być owa Regina, że mu się wszędzie pojawia, nawet tutaj, w szpitalu.
Klara wróciła, a wraz z nią przyszła pielęgniarka dyżurna, która poinformowała je, że pan Lesław otrzymuje obecnie silne środki przeciwbólowe, dzięki którym może się też wreszcie troche wysypiać.
– Ależ on ma jakieś koszmarne sny, krzyczy, prawie płacze, mówiły jedna przez drugą poruszone sytuacją sąsiadki.
– Mówi o jakiejś Reginie, tak? To musiała być jakaś straszna historia, bo się na nią ciągle denerwuje, powiedziała siostra i wyszła z pokoju.
– Trzeba go obudzić, niech się już tak z tą rudą małpą dłużej nie męczy, zdecydowała Klara i zrobiła się nagle jak maki czerwona, spojrzawszy na czerwonopomarańczowe włosy Filomeny.
– Ależ mi się znów coś głupiego wyrwało, najmocniej panią przepraszam, pani Filomenko, mówiła dalej.
– Nie szkodzi, nie każda ruda musi być zaraz małpą, jak i nie każda kobieta musi mieć zawsze takt – skwitowała sprawę Filomena.
Klara zmieszana chwilowym napięciem dodała: – No, niechże się pani nie gniewa, ja naprawdę jestem cięta na tę… “rudą małpę, Reginę”, powiedziały równocześnie i obie się głośno roześmiały.
Lesio, właśnie zaczął się budzić i spoglądał zdziwiony na obie sąsiadki. Nagle cicho zapytał: – Czy była tu moja ex, Regina, bo Panie coś o niej mówiły?
– Ależ nie, ona się Panu chyba śniła, bo Pan coś do niej bardzo krzyczał, odpowiedziała Filomena.
– Ach tak… Najpierw mi się śniło, że znów byłem w Stanach, graliśmy z moją grupą country na jakiejś ogromnej imprezie, śpiewała z nami kobieta, była bardzo podobna do pani Filomeny, było mega sympatycznie, pięknie, lekko i nagle weszła na scenę Regina i panią wyrzuciła, spojrzał z niepokojem na Filomenę. Zrobiła się awuntura, bo Regina zaczęła krzyczeć, że jest moją żoną, choć przecież już dawno nie jest.
– O Jezu, ale miał Pan pecha, kurczę pieczone, dwie rude, na jednej scenie?
– No chyba wrócę do moich blond włosów, powiedziała Filomena. Takie to życie skomplikowane, a przecież mogłoby wreszcie stać się jak motyl lekkie.
Lesio popatrzył na nią ciepło i zapytał: – A jak tam Salomon, dał się już polubić?
– On tak, ale my chyba nie bardzo, powiedziała Klara. Nie podchodzi do nas, na Filomenę w ogóle nie spojrzy, idzie od razu do miski, ale je niewiele. Aaaaa, a czy on kiedykolwiek widział innego kota? Może by się z moją Salcią zaprzyjaźnił?
Lesio zamyślił się i po chwili odpowiedział: Myślę, że Pani Filomena mu Reginę przypomina, pod koniec naszego małżeństwa się jeszcze poznali, a jeśli chodzi o koty, to Salomon widział tylko sam siebie w lustrze w przedpokoju, i nawet się sobie spodobał.
– A więc Salcia będzie od zaraz jego lustrem, stwierdziła Filomena.
Jam jest Książę Ciemności! Ale… akurat mnie nie ma. Drugi dzień.
Koty to łazęgi. Wiem o tym właściwie od zawsze. Jedna z fajniejszych bajek, jakie pamiętam z dzieciństwa, to ta Kiplinga, o kocie, który chadzał własnymi drogami. Wypisz-wymaluj: Książę. Czasem siedzi niemal bez przerwy, jak ostatnio, gdy spędził u nas dwie noce pod rząd. A potem przepada na całe godziny, albo i dnie. Tym razem to już, jakem wspomniał, dzień drugi.
Mam czas, by pomyśleć. Nie są to miłe myśli. Wredny Czarnuch! Najpierw osacza mnie czarna zazdrość. Na pewno siedzi u sąsiadów! Bo trzeba tu dodać, iż opisana niegdyś konspiracja okazała się tak skuteczna, że o kant dupy ją rozbić. Sąsiedzi poznali tajemnicę i – mam wrażenie – rywalizują o względy Sierściucha. No i na pewno tam teraz wygrzewa się i obżera, niewdzięcznik jeden. A kij mu w oko! Łaski bez, jak mawiają małolaty.
Lecz to tylko przypuszczenia. Dowodów brak. Czas mija, a mnie ogarnia czarny niepokój. Co, jeśli spotkała go jakaś krzywda? Mało wokół niebezpieczeństw? Samochody śmigają w pobliżu całymi stadami, choć to li i jedynie dzielnica podmiejska. Niemal wiejska. Może teraz gdzieś… Nie!!! Ani nawet tak nie myśl, chłopie. Wredota, samolub, pyszałek – a jak się człowiek do niego przywiązał. Niebywałe.
Za chwilę zapewne pogrążę się w czarnej rozpaczy.
I wtedy Książę wraca. Wchodzi jakby nigdy nic, gdym otwarł drzwi, wynosząc śmieci. Wchodzi, łaskawie wita się krótkim miźnięciem z moją Żoną. Chwilę kotłuje się z Kropką po podłodze i po meblach.
A potem uspokaja się i siada na krześle. Jakiś taki wyciszony, refleksyjny. Dopiero teraz widać, że jest po prostu zmęczony.
Do tego stopnia, iż za chwilę przechodzi do sąsiedniego pokoju, bezceremonialnie włazi na kosz z wypranymi ubraniami i się na nich wygodnie mości. Po czym śpi bite trzy godziny.
Myśmy go posądzali o najgorsze, a tymczasem on załatwiał swoje kocie sprawy. Czy były to obowiązki wobec przyszłych pokoleń – tego nie wiem. Ale na pewno coś ważnego. I męczącego.
Wyspał się, wstał i dumnym krokiem kieruje się ku drzwiom. Gdy mnie w nich mija wychodząc, kłaniam się dwornie w pas i uroczystym głosem deklaruję: Dziękujemy za wizytę. Zapraszamy ponownie!
Klara i Filomena otwierały w milczeniu drzwi do mieszkania Lesia na trzecim piętrze. Nie rozmawiały jednak o tym, czego się spodziewają. Klara była ciekawa, jak daje sobie radę samotny mężczyzna i jaki jest też ten Salomon, uśmiechający się z pudła Whiskasu, będący równocześnie kopią Salci.
Filomena była również bardzo ciekawa mieszkania Lesia, ale myślami bardziej była przy nim w szpitalu.
– Co on z tą jakąś Reginą musiał przeżyć, że aż się tak wystraszył możliwości jej odwiedzin, toż to musiała być jakaś straszna zołza, pomyślała.
Poczuła nagle nastrój dawnych, dramatycznych rozstań… odchodzeń, przychodzeń,
a też i rozdrażnienie, niewytłumaczalny niepokój, smutek sączący się nie wiadomo skąd.
Kobiety weszły do środka
Klara szybko otworzyła okna, komentując:
– Biedna kicia, nie ma kto kuwety wyczyścić, piasku nasypać, no więc jak tu ma nie śmierdzieć?
Ale gdzie on teraz jest? Gdzie się schował? Najpierw damy mu coś do jedzenia. Kupiłam Shebę z łososiem…
Może ze względu na sam zapach już z kąta wyjdzie?
W dużym pokoju w kącie stały trzy puste miski, jedna na wodę, jedna na jedzenie miękkie i wilgotne, jedna na pokarm suchy.
Klara napełniła wszystkie trzy miseczki. Usiadły z Filomeną na kolorowej kanapie, kolory były nienachalne, stonowane. Usiadły i czekały na kota.
Była godzina 18.00, o tej porze dostawał kolejny posiłek.
Czyli nie było żadnego uchybienia ze strony pań, poza jednym zasadniczym: nie były Lesiem.
– Miau, miau, kici, kici, wołały jedna przez drugą…
Ale kota, jak nie było, tak nie było.
– Ale gdzie on może być?, niecierpliwiły się Klara i Filomena…
– Wyczyszczę kuwetę, powiedziała Klara i zabrała się natychmiast do pracy, rutyna rzuciła się natychmiast w oczy.
Filomena natomiast zaczęła rozglądać się po mieszkaniu. W pokoju znajdowały się nowoczesne, jasne meble z Ikei, stół, krzesła, proste, lekkie, na stole jasnosłoneczna serweta lniana, komponująca się świetnie z jednym z kolorów szmaragdowo-łososiowo-żółtej kanapy. Na stole stały tulipany, również łososiowego koloru, jeszcze w zupełnie dobrym stanie.
Ogólnie rzecz biorąc, pokój był, zdaniem Filomeny, skromnie, ale gustownie urządzony.
Nie było nigdzie popielniczki, czym jako palaczka, kończąca z nałogiem od lat, akurat nie była za bardzo zachwycona.
– Cholera, co to za facet, powiedziała głośno do Klary, która właśnie wróciła z pół przymkniętego balkonu, gdyż także i tam szukała Salomona.
Ale kota nie było. Spróbowała sobie wyobrazić, co zrobiłaby Salcia, gdyby ktoś obcy dziś do nich przyszedł.
– Wiem, krzyknęła odkrywczo, kanapa od tyłu!
Kobiety odsunęły kolorową, wygodną, jak stwierdziły zgodnie kanapę i zobaczyły dziurę w płótnie tylnej ściany.
– Coś takiego, naprawdę jak Salcia, czyli, że wszedł do szuflady na pościel…, miejmy nadzieję, że Lesio nie trzyma jej tutaj…
Klara wyciągnęła szufladę z przodu, Filomena pilnowała dziury z tylu..
– Przecież musi coś jeść, pić, do kuwety iść, biedne, przerażone stworzenie, jak mu powiedzieć, żeby się nie bał, bo Lesio wyjdzie z tego???, mówiła Klara.
Filomena również bezradnie stała za kanapą.
Zgodnie z przepowiednią Klary, w pustej szufladzie na pościel, siedział zwinięty w kłębek, ale nastawiony bojowo, więc prychający, kompletnie zdezorientowany Salomon.
– Salomon, chodź kotku do nas, musisz coś przeciez zjeść, twój Lesio niedługo przyjdzie, a teraz ciocie się tobą zajmą, obłaskawiała kota Filomena.
Kot nawet na nią nie spojrzał, co ją nieco zmroziło i pohamowało w zalotach.
Nie znała kotów, rodzice mieli ostatnio psa, Kajtka, który ciagle bez powodu szczekał i był dlatego kością niezgody między nimi i pania Klarą.
– Ależ to było wszystko bez sensu, tak dawno, naprawdę wszyscy zwariowali wtedy i to tyle lat, pomyślała i spojrzała uważnie na Klarę.
Tymczasem Salomon wziął rozpęd i wyskoczył łukiem z szuflady, prawie pod nosem Klary.
Najpierw pobiegł do kuwety, gdzie po ważnych czynnościach, zaczął wszystko zagrzebywać, a wyglądało to tajemniczo, trwało długo i jeszcze powtórzyło się parę razy.
– Co on tak tam zagrzebuje, spytała Klara, Salcia wszystko załatwia szybciutko, grzebie krótko i gotowa, cała w skowronkach, wraca do pokoju.
Salomon jeszcze ciągle coś zagrzebywał, wyglądało na to, że ten rytuał nie ma końca.
Wreszcie z podniesionym ogonem i zmierzwionym futerkiem, jakoś tak bokiem, podszedł do swoich misek. Napil się wody, zjadł parę suchych keksów, ale mokrą karmę z uporem maniaka starał się zagrzebać prawie pod parkiet!
– Oj kiepściutko, kiepściutko, prawie równocześnie powiedziały samozwańcze ciotki Salomona.
Jam jest Książę Ciemności! Przychodzi. Z łaskawą miną, miękkim i powolnym krokiem, dokonuje obchodu swych włości. Łaskawie obdarzy zainteresowaniem moją Żonę, mnie ignorując zupełnie. Po czym kieruje się do kuchni, wyraźnie dając znać, iż pora na posiłek. I w tym akurat muszę się z nim zgodzić, ja też właśnie myślałem o jakiejś przekąsce.
Karma z puszki wędruje wprost do miseczki, dla Księcia. A dla mnie do salaterki – tuńczyk. Też z puszki. Taki w kawałkach, w wodzie (nie w oleju i nie w sosie własnym, tylko właśnie w wodzie), czyli nic nadzwyczajnego. Aha, trzeba jeszcze przynieść sobie chleb!
Wracam. Patrzę…
Czy to wina zwierzęcia? Nie, raczej moja bezbrzeżna głupota, naiwność oraz brak przezorności. Kot i tuńczyk z puszki w jednym pomieszczeniu: to nie mogło się skończyć inaczej! Pssssiiik, paszoł won, Sierściuchu jeden!!!
Nie przejął się zanadto. Siedzi. Patrzy. A wygląda, nie przymierzając, jak Behemot, z kieliszkiem wódki w jednej łapie i z widelcem – na który zdążył już nadziać marynowany grzyb – w drugiej. Ja zaś zapewne przypominam w tym momencie nieszczęśliwego, skacowanego Stiopę Lichodiejewa.