Ksawery Kopański
Jam jest Książę Ciemności! A wiosna właśnie ruszyła: forsycje, listki, ciepło. Toteż i Książę ruszył. Na amory tudzież na łowy. Czarnuch kocha słoneczko.

Rzadko nas teraz odwiedza, choć, trzeba to przyznać, gdy już się pojawi, jego obecność jest bardzo intensywna. Na różnych polach…
Woli się wałęsać całe dnie i noce po okolicy. To tu…

To tam…

Co i rusz widuję go, jak się zasadza na jakieś gryzonie. Albo ambitniej – na ptaki. Wszak to łowca i łowców potomek. Poczytałem coś na ten temat, przeto wiem, że gra w nim krew żbika nubijskiego, przodka wszystkich udomowionych kotów, a przy tym myśliwego, co się zowie!
Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…
Zew natury jest nie do zagłuszenia. Toteż pozostaje nam cieszyć się każdą jego krótką wizytą. I wspominać zimowe wieczory, kiedy bywał częściej i na dłużej. Nie marnował wtedy czasu, bynajmniej. Trenował swe łowcze umiejętności. Jak?
Aby to wyjaśnić, trzeba zacząć od przywołania mojego ulubionego powiedzonka, które głosi, iż połowa właścicieli psów śpi z nimi łóżkach, a druga połowa… się do tego nie przyznaje. Żona i ja należymy do pierwszej ekipy. Kropka ma zawsze wolny dostęp do naszego łoża – na kołdrze lub pod nią, jak woli. Niezrozumiałą pruderią i hipokryzją byłoby udawanie, że jest inaczej.

I teraz już możemy zatopić się w uroczych wspomnieniach. Jest zima, na dworze chłód, ciemność i deszcz. W domu cicho i ciepło, w kominku wesoło tańczą płomienie. Książę leży na fotelu. Albo na podłodze. Albo w koszu z wypranymi ubraniami w sąsiednim pokoju. To obojętne, bo w momencie, gdy Kropka wchodzi pod kołdrę, pojawia się natychmiast, wiedziony chyba jakimś dodatkowym zmysłem.
Wchodzi na łóżko, obserwuje wybrzuszenie na pościeli, zdradzające lokalizację zacnej suni. Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…
Kropka wychodzi z pieleszy, odgania go warknięciem albo i delikatnym użyciem kłów. I znowu zakopuje się pod kołdrę. A Książę znowu wchodzi na łóżko… etc…
Potrafił powtarzać to swoje polowanie nawet pięć-sześć razy. I zazwyczaj Kropka w końcu dawała za wygraną, opuszczała ciepłą kryjówkę i siadała na moich kolanach, z bezradną skargą w swych pięknych, dużych, czarnych oczach.
Zaprawdę powiadam wam: nie zmarnował Książę tamtych dni. Dziś one procentują, aż miło.



















