Spotkania z Księciem Ciemności 12

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! A wiosna właśnie ruszyła: forsycje, listki, ciepło. Toteż i Książę ruszył. Na amory tudzież na łowy. Czarnuch kocha słoneczko.

Rzadko nas teraz odwiedza, choć, trzeba to przyznać, gdy już się pojawi, jego obecność jest bardzo intensywna. Na różnych polach…

Woli się wałęsać całe dnie i noce po okolicy. To tu…

To tam…

Co i rusz widuję go, jak się zasadza na jakieś gryzonie. Albo ambitniej – na ptaki. Wszak to łowca i łowców potomek. Poczytałem coś na ten temat, przeto wiem, że gra w nim krew żbika nubijskiego, przodka wszystkich udomowionych kotów, a przy tym myśliwego, co się zowie!

Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…

Zew natury jest nie do zagłuszenia. Toteż pozostaje nam cieszyć się każdą jego krótką wizytą. I wspominać zimowe wieczory, kiedy bywał częściej i na dłużej. Nie marnował wtedy czasu, bynajmniej. Trenował swe łowcze umiejętności. Jak?

Aby to wyjaśnić, trzeba zacząć od przywołania mojego ulubionego powiedzonka, które głosi, iż połowa właścicieli psów śpi z nimi łóżkach, a druga połowa… się do tego nie przyznaje. Żona i ja należymy do pierwszej ekipy. Kropka ma zawsze wolny dostęp do naszego łoża – na kołdrze lub pod nią, jak woli. Niezrozumiałą pruderią i hipokryzją byłoby udawanie, że jest inaczej.

I teraz już możemy zatopić się w uroczych wspomnieniach. Jest zima, na dworze chłód, ciemność i deszcz. W domu cicho i ciepło, w kominku wesoło tańczą płomienie. Książę leży na fotelu. Albo na podłodze. Albo w koszu z wypranymi ubraniami w sąsiednim pokoju. To obojętne, bo w momencie, gdy Kropka wchodzi pod kołdrę, pojawia się natychmiast, wiedziony chyba jakimś dodatkowym zmysłem.

Wchodzi na łóżko, obserwuje wybrzuszenie na pościeli, zdradzające lokalizację zacnej suni. Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…

Kropka wychodzi z pieleszy, odgania go warknięciem albo i delikatnym użyciem kłów. I znowu zakopuje się pod kołdrę. A Książę znowu wchodzi na łóżko… etc…

Potrafił powtarzać to swoje polowanie nawet pięć-sześć razy. I zazwyczaj Kropka w końcu dawała za wygraną, opuszczała ciepłą kryjówkę i siadała na moich kolanach, z bezradną skargą w swych pięknych, dużych, czarnych oczach.

Zaprawdę powiadam wam: nie zmarnował Książę tamtych dni. Dziś one procentują, aż miło.

Spotkania z Księciem Ciemności 11

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! My tu czeźniemy na kwarantannie, a on jak zwykle przychodzi niezapowiedziany, od czasu do czasu. To posiedzi, to posnuje się bez celu. No dobrze, niech siedzi, niech się snuje. Czarnuch jeden… Czarny. Co on taki czarny? Jak to drzewiej gadali? Że w takie czarne najchętniej wcielał się szatan? No bzdura przecież, średniowiecze! Chociaż… Jak się tak dokładniej przyjrzeć… Kto wie? Wszak odwieczna mądrość ludowa… No i co mu się te oczy tak błyszczą?

Łazi tak jakoś podejrzanie, skrada się pod ścianami. Co on się tak skrada? Ma powody?

I czemu się kryje w zaroślach? Ma coś do ukrycia?

Oho! Jest i następny! Pomiot diabelski. Zbierają się, zwołują… Spiskują… Na pewno spiskują!

Dają sobie znaki ogonem. Mruczą. Jakie tajne rozkazy, jakie ciemne zadania roznoszą po okolicy? Mroczne, czarne jak one same!

Mnożą się. Są już wszędzie. Gdzie by się człowiek nie ruszył, tam łypią złowrogo zielone ślepia.

A wyłapać, do cholery, je wszystkie! A spalić, jako nasze prapradziady czyniły! Najwyraźniej, przepełnione odwieczną ludową mądrością, wiedziały prapradziady, co i dlaczego czynią. Najwyraźniej szatański przychówek i piekielna czeladka sama sobie była winna. Na pewno była!

I dalej jest. O, ten na przykład siedzi nad samą wodą. Wiadomo po co! Łapać go, na pal wbić! Niech zdycha w męczarniach.

A już ten i ów przynosi nowe wieści i gotów jest przysiąc, że widział żydów zatruwających studnie! Trwoga!! Sąd boży!!!

***

Tak. Upływ lat, wieki postępu o kant dupy rozbić. Gdy przychodzi, jak mówią, „co do czego”, wszystko jest po staremu. Słabe umysły tak mają i tak mieć będą.

Ale ty, Kotku, olej ich. Chodź tu do mnie. Połóż się wygodnie. Tutaj nic Ci nie grozi. Zamrucz mi swoją wieczorną kołysankę. Razem jakoś przeskoczymy przez noc.

A ja obiecuję, iż po raz pierwszy i ostatni w opowieści o Księciu Ciemności nawiązałem do aktualiów. Tak trzeba, bo każdy na tym blogu od kilku dni nawiązuje i stosowną daninę złożyć należało. Ale nigdy więcej! Nad publicystykę nieporównanie wyżej cenię bowiem głupiutkie gawędy o błahostkach. Mam powody…

Sąsiedzi 12

Teresa Rudolf

Klara i koty

Klara podawała kotom, Salci i  Salomonowi, miseczki z karmą Sheba na śniadanie, które musiało być zawsze dokładnie o godzinie 7.30. Oba koty znały się na zegarze i były punktualne, jak, podobno, pociąg przed wojną.
O godzinie 7.26 siadały przed dużym, ściennym zegarem Klary, miaucząc głośno. Czuło się rosnące napięcie oczekiwania. Nie tolerowały żadnego spóżnienia, o czym Klara dobrze wiedziała, podawała im więc śniadanie punktualnie, obawiając się nieprzyjemnych konsekwencji, gdyby nie zdążyła na czas.
Salcia, normalnie kotka bardzo łagodna, gdy tylko pojawiło się drobne uchybienie czasowe, zamieniała się w kocią wiedźmę, rzucając się z pazurami na łydkę Klary.
Kobieta wiedziała już od Lesia, że Salomon zupełnia tak samo “tyka”.
Oboje byli bardzo zdziwieni, że koty były tak do siebie podobne i równocześnie tak inne od innych, a o czymś takim nikt nigdy, przenigdy nie słyszał.
Przed jakimś tygodniem, kiedy Klara odwiedziła sąsiada w szpitalu, i postanowiła poznać ze sobą oba koty, rozmawiali  intensywnie na ich temat, a szczególnie dużo mówił Lesio.
Możnaby powiedzieć, że podawał “instrukcję obsługi” pupila.
Klara opowiadała z kolei, jak przed 14 laty w zimie znalazła przed domem zawiniątko, które poruszało się i wydawało przerażające jęki. Kiedy odwinęła paczuszkę, zobaczyła najpierw zielone oczy i otwarty miauczący rozdzierająco pyszczek.
– Myślałam, że mi serce pęknie ma kawałki – opowiadała.
Lesio spojrzał na nią ze zdumieniem i zapytał: – Czy to był taki zielony worek z grubej tektury?
– A skad Pan to wie???, zdziwiła sie Klara.
– Ponieważ 14 lat temu również znalazłem kota w takim worku. Zresztą znalazłem go prawie w ostatniej chwili, bo kiedy otworzyłem pakunek, kot nie miauczał już i prawie nie oddychał. Leżał koło  śmietnika przed naszym blokiem, który na szczęście był tak pełny, że ta zielona paczka się tam nie zmieściła.

Lesio był bardzo wdzięczny sąsiadce, że zajmuje się Salomonem, bo wiedział znakomicie, że jego kot nie znosił samotności. Posiłki były bardzo ważne, ale obecność kogoś bliskiego nie mniej.
Wiedział już od Filomeny, odwiedzającej go regularnie, że kot powoli, z ogromną wyniosłością zaczął obie kobiety akceptować, a ze szczególną uwagą ocierał się o spodnie Klary, zapewne czując zapach Salci.
Oba koty zapewne były zapewne rodzeństwem, nic dziwnego więc, że wyglądały prawie identycznie, zupełnie jak kot z Whiskasa, różniły się jednak wielkością. Salomon był prawie dwa razy dłuższy, a Salcia była małą dość filigranową koteczką.
Na samym początku, gdy Klara u siebie w mieszkaniu wyjęła Salomona z kosza, oba koty spojrzały na siebie wyniośle, nastroszyły uszy do góry, a ogony uniosły się sztywno jak peryskop.
Z czasem jednak złagodniały, mowa ciała stała się spokojniejsza, futerko wygładziło, ogon opuszczony w dół poruszał się, podkreślając wzajemną ciekawość.
Klara mogla godzinami patrzeć na ich wzajemne podchody, ale też, nieoczekiwane z puktu widzenia czlowieka, gwałtowne odrzucenie bez żadnego  powodu, walnięcie łapą lub warknięcie, czasem niewiele różniące się od psiego.
Dzisiaj były jednak przyjaźnie do siebie ustosunkowane, lubiły Shebę, śniadanie przebiegało więc dość harmonijnie.
Klara rozrzewniona patrzyła na oba koty, uśmiechając się do samej siebie.
Salcia pierwsza skończyła posiłek, po czym wskoczyła na kolana swej pańci.
Salomon obrócił się od miski i zobaczył Salcię na kolanach Klary.
Włos mu się zjeżył, a potem kot z  żalem w oczach spojrzał to na Salcię, to na Klarę i odszedł, głośno miaucząc, zawodząc prawie jak małe dziecko, po czym schował się za kanapę.
Do jego płaczu dołączyła się Salcia, zeskoczyła z kolan Klary i również zniknęła za kanapą.
Klara już wszystko wiedziała, “on tak bardzo tęskni za Lesiem”, pomyślała i zrobiło jej się bardzo Salomona żal.
A potem zrobiło się jej jakoś też tak samej siebie żal, coś krzyczało w niej, coś tak zawodziło, prawie po kociemu, nie umiała tego odczytać.

 

Spotkania z Księciem Ciemności 10

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! O ile w ogóle jestem. Bo często mnie nie ma.
Czegóż się dziwić? Marzec, dni coraz dłuższe, temperatury coraz wyższe. Wredny Sierściuch przepada na całe dnie. Od początku był chimerycznym łazęgą i taki już raczej zostanie. Nikt nie przerobi go na domowego pieszczocha. I bardzo dobrze! To właśnie mi się u niego podoba, to w nim cenię i tego mu chyba w skrytości ducha zazdroszczę: wolność i swoboda.
Lubimy Księciunia i jego wizyty, dlatego godzimy się na ich nieprzewidywalną nieregularność. Poniżej naszej godności byłyby jakieś umizgi, czy zabieganie o przychylność: co to, to nie! Jest – dobrze. Nie ma go – drugie dobrze. Skoro szanujemy jego wolność i naszą godność, to na serio.
Tym bardziej nie posunąłbym się do jakiejkolwiek przemocy czy gwałtu. Wydawało mi się, że to powinno być oczywiste. Tymczasem…
Wychodzę, by drwa narąbać do kominka (mogę oczywiście napisać po prostu, że idę przynieść drewno, ale drwa narąbać – jak to brzmi!) i słyszę jak, piętro wyżej, moja sąsiadka-rywalka o względy Czarnucha woła go głośno i wszem-wobec oświadcza, iż musi przyjść, bo jedzonko czeka. Po kilku minutach wracam z narąbanymi drwami i taką oto widzę scenę: przed moimi drzwiami kuli się przerażony Książę, przywiera do posadzki, chciałby uciec – zapewne do mojego mieszkania, bo właśnie otwieram drzwi; mile to łechce mą próżność – ale syn sąsiadów siłą go łapie i niesie do góry, ponaglany wołaniem matki, iż miska Bambusika już pełna!
Ja to znam! Ja to już gdzieś widziałem! Jak to leciało?… Oj Kaźmirz, kot w niewolę trafił! Na sznurku go pasą! Tak – jesteśmy w domu.
Nie wtrącam się, bo i po co. Wiadomo, że Księciunio, prędzej czy później, trafi do nas. Dobrowolnie.
I znajdzie spokojny kąt, by się wyspać, odstresować, podreperować zszargane nerwy.

My mu nie przeszkadzamy, a zacna Kropka czuwa nad jego snem.

Ileż ten nieszczęśnik musiał przejść! Gdy tak leży rozwalony na fotelu, na którym już oczywiście nie ma miejsca dla mnie, widać wyraźnie, że stracił (zgubił, zniszczył?) swą czerwoną obróżkę i sąsiedzi, który zdecydowanie wciąż uważają się za jego państwo i właścicieli, zawiązali mu wokół szyli jakąś szmatkę czy tasiemkę. Diabli wiedzą co to, ale na pewno szczęścia mu tym nie przysporzyli.

Moglibyśmy oczywiście zdjąć to paskudztwo. Więcej nawet – moglibyśmy kupić nową, porządną obróżkę. Tylko po co? Żeby eskalować konflikt? Żeby sąsiedzi robili ze mnie pieniacza, który ciska się i krzyczy: Nie będzie mi Kargul umowy łamał i siłą zmuszał kota do kolaboracji!
Nie warto. Jakoś przeżyjemy tę apaszkę. A Książę zapewne w końcu się jej pozbędzie, bo widać, że go uwiera.

Nic na siłę. Niech sam walczy o swoją niepodległość: przecież wie, że nasze skromne progi zawsze stoją przed nim otworem. Ale nic na siłę! Przyjdzie, gdy zechce. Nie będzie musu, nie będzie presji. Jest wolny i takim pozostanie. Jedyne, czego od niego oczekujemy, to żeby przychodził z własnej woli. I żeby był piękny. I jest.

Spotkania z Księciem Ciemności 9

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Rozłożył się wygodnie. Leży.

Nic szczególnego się nie stało. Wiele razy rozkładał się już i leżał w przeróżnych miejscach, kątach, zakamarkach. Nic szczególnego – na pozór.

Książę nawiedza nas łaskawie od kilku miesięcy. Przychodził przez całą zimę. A przez cały ten czas w kominku palił się ogień. Nie mogło być inaczej, bo co prawda tegoroczna zima była wyjątkowo łagodna, ale kominek to jedyne źródło ciepła w naszym mieszkaniu: temperatury panowały zazwyczaj dodatnie, ale nie do tego nomen omen stopnia, by nie trzeba było palić. Przeto codziennie, podczas prawie każdej wizyty Księcia, płomienie wesoło tańczyły za szybą.

Ale… dopiero dziś Pan Puszysty po raz pierwszy rozłożył się właśnie na kominku.

Było to na tyle niezwykłe, że przykuło bardzo skutecznie uwagę tak mojej Żony, jak i, całkiem niezależnie, moją.

Dlaczego? Chyba dlatego, że właśnie pierwszy raz. I po tak długim czasie.

To jest moment na przywołanie kolejnej postaci z galerii słynnych kotów. Jeśli dobrze policzyłem, już czwartej. Zapewne nie ostatniej: cóż robić – starsi ludzie tak mają. Oboje z Żoną (całkowicie niezależnie, bo wówczas nie mieliśmy nawzajem pojęcia o swym istnieniu; chociaż… chyba coś czuliśmy… przeznaczenie? diabli wiedzą) wychowaliśmy się na bajce Dziwny świat kota Filemona. Nie o Filemona jednak tym razem chodzi. Bynajmniej. Ważny jest stary, doświadczony, mądry, czarny kocur Bonifacy, który, jak być może pamiętacie, całe dnie spędzał na zapiecku. Jako miłośnicy wspomnianej bajki, zarówno Żona jak ja, uważaliśmy za coś oczywistego, że koty ciągną do ciepła. A tu tymczasem zima mija, kominek codziennie płonie, a Książę nic. Aż do dziś.

Leży. A dobrze mu tak, że ho ho!

Czy to coś znaczy?

Jam jest Książę Ciemności!

Sąsiedzi 10

Teresa Rudolf

Śpiący Lesio…
Filomena z Klarą cichutko weszły do pokoju szpitalnego, w którym leżał biedny, pobity Lesio.
Lesio spał, a oczom odwiedzających było dane oglądać go ciągle w bandażach i gipsach (ręka i noga leżały trochę wyżej niż reszta ciała, na jakichś metalowych rurkach).
Panie były tu już trzeci raz, miały nadzieję, że czegoś wiecej dowiedzą się o jego stanie zdrowia, o samopoczuciu psychicznym, miały też niezmiennie dużo pytań, dotyczących Salomona, który mało jadł, nie “odzywał”, czyli o nic nie prosił, nie narzekał, nie miauczał, po prostu z nikim się nie komunikował.
Klara nazwała ten stan apatią, w wyniku zniknięcia Lesia, “a przecież kotom nigdy niestety nie wytłumaczysz, co i  dlaczego”…
Kobiety stały przy łóżku śpiącego wciąż Lesia i patrzyły zaskoczone na uśmiechniętą, a nawet można by powiedzieć wręcz roześmianą twarz chorego.
Nagle kołdra na lewej nodze, w okolicy stopy zaczęła poruszać się rytmicznie.
– On chyba tańczy, albo słucha muzyki, skwitowała to rozbawiona Filomena.
Niespodziewanie usłyszały zrozpaczony i wystraszony głos Lesia:
– Regina, ty znowu tu, miałaś przeeeeeeecież wyjechać do Polski!!!!!, krzyczał.
W jednej sekundzie twarz mu się zmieniła, nie było już ani uśmiechu, ani radości, jedynie grymas niewypowiedzianego bólu.
– Kobieto, zejdźże mi wreszcie z nogi, krzyczał zupełnie wyraźnie Lesio.
Sytuacja zaczęła się komplikować.
– Idę po siostrę, jego musi któraś z tych nóg boleć, powiedziała Klara i wyszła z sali.
Filomena przyglądała sie Lesiowi, myśląc znów o tym, jaką zołzą musiała być owa Regina, że mu się wszędzie pojawia, nawet tutaj, w szpitalu.
Klara wróciła, a wraz z nią przyszła pielęgniarka dyżurna, która poinformowała je, że pan Lesław otrzymuje obecnie silne środki przeciwbólowe, dzięki którym może się też wreszcie troche wysypiać.
– Ależ on ma jakieś koszmarne sny, krzyczy, prawie płacze, mówiły jedna przez drugą poruszone sytuacją sąsiadki.
– Mówi o jakiejś Reginie, tak? To musiała być jakaś straszna historia, bo się na nią ciągle denerwuje, powiedziała siostra i wyszła z pokoju.
– Trzeba go obudzić, niech się już tak z tą rudą małpą dłużej nie męczy, zdecydowała Klara i zrobiła się nagle jak maki czerwona, spojrzawszy na czerwonopomarańczowe włosy Filomeny.
– Ależ mi się znów coś głupiego wyrwało, najmocniej panią przepraszam, pani Filomenko, mówiła dalej.
– Nie szkodzi, nie każda ruda musi być zaraz małpą, jak i nie każda kobieta musi mieć zawsze takt – skwitowała sprawę Filomena.
Klara zmieszana chwilowym napięciem dodała: – No, niechże się pani nie gniewa, ja naprawdę jestem cięta na tę… “rudą małpę, Reginę”, powiedziały równocześnie i obie się głośno roześmiały.
Lesio, właśnie zaczął się budzić i spoglądał zdziwiony na obie sąsiadki. Nagle cicho zapytał: – Czy była tu moja ex, Regina, bo Panie coś o niej mówiły?
– Ależ nie, ona się Panu chyba śniła, bo Pan coś do niej bardzo krzyczał, odpowiedziała Filomena.
– Ach tak… Najpierw mi się śniło, że znów byłem w Stanach, graliśmy z moją grupą country na jakiejś ogromnej imprezie, śpiewała z nami kobieta, była bardzo podobna do pani Filomeny, było mega sympatycznie, pięknie, lekko i nagle weszła na scenę Regina i panią wyrzuciła, spojrzał z niepokojem na Filomenę. Zrobiła się awuntura, bo Regina zaczęła krzyczeć, że jest moją żoną, choć przecież już dawno nie jest.
– O Jezu, ale miał Pan pecha, kurczę pieczone, dwie rude, na jednej scenie?
– No chyba wrócę do moich blond włosów, powiedziała Filomena. Takie to życie skomplikowane, a przecież mogłoby wreszcie stać się  jak motyl lekkie.
Lesio popatrzył na nią ciepło i zapytał: – A jak tam Salomon, dał się już polubić?
– On tak, ale my chyba nie bardzo, powiedziała Klara. Nie podchodzi do nas, na Filomenę w ogóle nie spojrzy, idzie od razu do miski, ale je niewiele. Aaaaa, a czy on kiedykolwiek widział innego kota? Może by się z moją Salcią zaprzyjaźnił?
Lesio zamyślił się i po chwili odpowiedział: Myślę, że Pani Filomena mu Reginę przypomina, pod koniec naszego małżeństwa się jeszcze poznali, a jeśli chodzi o koty, to Salomon widział tylko sam siebie w lustrze w przedpokoju, i nawet się sobie spodobał.

– A więc Salcia będzie od zaraz jego lustrem, stwierdziła Filomena.

Spotkania z Księciem Ciemności 8

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Ale… akurat mnie nie ma. Drugi dzień.

Koty to łazęgi. Wiem o tym właściwie od zawsze. Jedna z fajniejszych bajek, jakie pamiętam z dzieciństwa, to ta Kiplinga, o kocie, który chadzał własnymi drogami. Wypisz-wymaluj: Książę. Czasem siedzi niemal bez przerwy, jak ostatnio, gdy spędził u nas dwie noce pod rząd. A potem przepada na całe godziny, albo i dnie. Tym razem to już, jakem wspomniał, dzień drugi.

Mam czas, by pomyśleć. Nie są to miłe myśli. Wredny Czarnuch! Najpierw osacza mnie czarna zazdrość. Na pewno siedzi u sąsiadów! Bo trzeba tu dodać, iż opisana niegdyś konspiracja okazała się tak skuteczna, że o kant dupy ją rozbić. Sąsiedzi poznali tajemnicę i – mam wrażenie – rywalizują o względy Sierściucha. No i na pewno tam teraz wygrzewa się i obżera, niewdzięcznik jeden. A kij mu w oko! Łaski bez, jak mawiają małolaty.

Lecz to tylko przypuszczenia. Dowodów brak. Czas mija, a mnie ogarnia czarny niepokój. Co, jeśli spotkała go jakaś krzywda? Mało wokół niebezpieczeństw? Samochody śmigają w pobliżu całymi stadami, choć to li i jedynie dzielnica podmiejska. Niemal wiejska. Może teraz gdzieś… Nie!!! Ani nawet tak nie myśl, chłopie. Wredota, samolub, pyszałek – a jak się człowiek do niego przywiązał. Niebywałe.

Za chwilę zapewne pogrążę się w czarnej rozpaczy.

I wtedy Książę wraca. Wchodzi jakby nigdy nic, gdym otwarł drzwi, wynosząc śmieci. Wchodzi, łaskawie wita się krótkim miźnięciem z moją Żoną. Chwilę kotłuje się z Kropką po podłodze i po meblach.

A potem uspokaja się i siada na krześle. Jakiś taki wyciszony, refleksyjny. Dopiero teraz widać, że jest po prostu zmęczony.

Do tego stopnia, iż za chwilę przechodzi do sąsiedniego pokoju, bezceremonialnie włazi na kosz z wypranymi ubraniami i się na nich wygodnie mości. Po czym śpi bite trzy godziny.

Myśmy go posądzali o najgorsze, a tymczasem on załatwiał swoje kocie sprawy. Czy były to obowiązki wobec przyszłych pokoleń – tego nie wiem. Ale na pewno coś ważnego. I męczącego.

Wyspał się, wstał i dumnym krokiem kieruje się ku drzwiom. Gdy mnie w nich mija wychodząc, kłaniam się dwornie w pas i uroczystym głosem deklaruję: Dziękujemy za wizytę. Zapraszamy ponownie!

Bo cóż innego można zrobić?

Sąsiedzi 9

Teresa Rudolf

Salomon

Klara i Filomena otwierały w milczeniu drzwi do mieszkania Lesia na trzecim piętrze. Nie rozmawiały jednak o tym, czego się spodziewają. Klara była ciekawa, jak daje sobie radę samotny mężczyzna i jaki jest też ten Salomon, uśmiechający się z pudła Whiskasu, będący równocześnie kopią Salci.
Filomena była również  bardzo ciekawa mieszkania Lesia, ale myślami bardziej była przy nim w szpitalu.
– Co on z tą jakąś Reginą musiał przeżyć, że aż się tak wystraszył możliwości jej odwiedzin, toż to musiała być jakaś straszna zołza, pomyślała.
Poczuła nagle nastrój dawnych, dramatycznych rozstań… odchodzeń, przychodzeń,
a też i rozdrażnienie, niewytłumaczalny niepokój, smutek sączący się nie wiadomo skąd.
Kobiety weszły do środka
Klara szybko otworzyła okna, komentując:
– Biedna kicia, nie ma kto kuwety wyczyścić, piasku nasypać, no więc jak tu ma nie śmierdzieć?
Ale gdzie on teraz jest? Gdzie się schował? Najpierw damy mu coś do jedzenia. Kupiłam Shebę z łososiem…
Może ze względu na sam zapach już z kąta wyjdzie?
W dużym pokoju w kącie stały trzy  puste miski, jedna na wodę, jedna na jedzenie miękkie i wilgotne, jedna na pokarm suchy.
Klara napełniła wszystkie trzy miseczki. Usiadły z Filomeną na kolorowej kanapie, kolory były nienachalne, stonowane. Usiadły i czekały na kota.
Była godzina 18.00, o tej porze dostawał kolejny posiłek.
Czyli nie było żadnego uchybienia ze strony pań, poza jednym zasadniczym: nie były Lesiem.
– Miau, miau, kici, kici, wołały jedna przez drugą…
Ale kota, jak nie było, tak nie było.
– Ale gdzie on może być?, niecierpliwiły się Klara i Filomena…
– Wyczyszczę kuwetę, powiedziała Klara i zabrała się natychmiast do pracy, rutyna rzuciła się natychmiast w oczy.
Filomena natomiast zaczęła rozglądać się po mieszkaniu. W pokoju znajdowały się nowoczesne, jasne meble z Ikei, stół, krzesła, proste, lekkie, na stole jasnosłoneczna serweta lniana, komponująca się świetnie z jednym z kolorów szmaragdowo-łososiowo-żółtej kanapy. Na stole stały tulipany, również łososiowego koloru, jeszcze w zupełnie dobrym stanie.
Ogólnie rzecz biorąc, pokój był, zdaniem Filomeny, skromnie, ale gustownie urządzony.
Nie było nigdzie popielniczki, czym jako palaczka, kończąca z nałogiem od lat, akurat nie była za bardzo zachwycona.
– Cholera, co to za facet, powiedziała głośno do Klary, która właśnie wróciła z pół przymkniętego balkonu, gdyż także i tam szukała Salomona.
Ale kota nie było. Spróbowała sobie wyobrazić, co zrobiłaby Salcia, gdyby ktoś obcy dziś do nich przyszedł.
– Wiem, krzyknęła odkrywczo, kanapa od tyłu!
Kobiety odsunęły kolorową, wygodną, jak stwierdziły zgodnie kanapę i zobaczyły dziurę w płótnie tylnej  ściany.
– Coś takiego, naprawdę jak Salcia, czyli, że wszedł do szuflady na pościel…, miejmy nadzieję, że Lesio nie trzyma jej tutaj…
Klara wyciągnęła szufladę z przodu, Filomena pilnowała dziury z tylu..
– Przecież musi coś jeść, pić, do kuwety iść, biedne, przerażone stworzenie, jak mu powiedzieć, żeby się nie bał, bo Lesio wyjdzie z tego???, mówiła Klara.
Filomena również bezradnie stała za kanapą.
Zgodnie z przepowiednią Klary, w pustej  szufladzie na pościel, siedział zwinięty w kłębek, ale nastawiony bojowo, więc prychający, kompletnie zdezorientowany Salomon.
– Salomon, chodź kotku do nas, musisz coś przeciez zjeść, twój Lesio niedługo przyjdzie, a teraz ciocie się tobą zajmą, obłaskawiała kota Filomena.
Kot nawet na nią nie spojrzał, co ją nieco zmroziło i pohamowało w zalotach.
Nie znała kotów, rodzice mieli ostatnio psa, Kajtka, który ciagle bez powodu szczekał i był dlatego kością niezgody między nimi i pania Klarą.
– Ależ to było wszystko bez sensu, tak dawno, naprawdę wszyscy zwariowali wtedy i to tyle lat, pomyślała i spojrzała uważnie na Klarę.
Tymczasem  Salomon wziął rozpęd i wyskoczył łukiem z szuflady, prawie pod nosem Klary.
Najpierw pobiegł do kuwety, gdzie po ważnych czynnościach, zaczął wszystko zagrzebywać, a wyglądało to tajemniczo, trwało długo i jeszcze powtórzyło się parę razy.
– Co on tak tam zagrzebuje, spytała Klara, Salcia wszystko załatwia szybciutko, grzebie krótko i gotowa, cała w skowronkach, wraca do pokoju.
Salomon jeszcze ciągle coś zagrzebywał, wyglądało na to, że ten rytuał nie ma końca.
Wreszcie z podniesionym ogonem i zmierzwionym futerkiem, jakoś tak bokiem, podszedł do swoich misek. Napil się wody, zjadł parę suchych keksów, ale mokrą karmę z uporem maniaka starał się zagrzebać prawie pod parkiet!
– Oj kiepściutko, kiepściutko, prawie równocześnie powiedziały samozwańcze ciotki Salomona.

Spotkania z Księciem Ciemności 7

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Przychodzi. Z łaskawą miną, miękkim i powolnym krokiem, dokonuje obchodu swych włości. Łaskawie obdarzy zainteresowaniem moją Żonę, mnie ignorując zupełnie. Po czym kieruje się do kuchni, wyraźnie dając znać, iż pora na posiłek. I w tym akurat muszę się z nim zgodzić, ja też właśnie myślałem o jakiejś przekąsce.

Karma z puszki wędruje wprost do miseczki, dla Księcia. A dla mnie do salaterki – tuńczyk. Też z puszki. Taki w kawałkach, w wodzie (nie w oleju i nie w sosie własnym, tylko właśnie w wodzie), czyli nic nadzwyczajnego. Aha, trzeba jeszcze przynieść sobie chleb!

Wracam. Patrzę…

Czy to wina zwierzęcia? Nie, raczej moja bezbrzeżna głupota, naiwność oraz brak przezorności. Kot i tuńczyk z puszki w jednym pomieszczeniu: to nie mogło się skończyć inaczej! Pssssiiik, paszoł won, Sierściuchu jeden!!!

Nie przejął się zanadto. Siedzi. Patrzy. A wygląda, nie przymierzając, jak Behemot, z kieliszkiem wódki w jednej łapie i z widelcem – na który zdążył już nadziać marynowany grzyb – w drugiej. Ja zaś zapewne przypominam w tym momencie nieszczęśliwego, skacowanego Stiopę Lichodiejewa.

Tak. Zjadłem.

I co mi zrobisz?

Jam jest Książę Ciemności!

Sąsiedzi 8

Teresa Rudolf

Co się stało, pani Klaroooo??????

Pani Klara zaczęła dzwonić i bębnić do drzwi Filomeny ze zdenerwowaniem i ogromną niecierpliwością.
Spotkała się ze zdumieniem, ciekawością i potępieniem, w oczach schodzącej schodami sąsiadki z trzeciego piętra (wszyscy w kamienicy wiedzieli o wzajemnej antypatii obu kobiet).
Pani Klara trzymała w ręku dzisiejszą gazetę, z jakmś dużym zdjęciem na stronie tytułowej, czego jednak kobieta już nie zdążyła dokładnie zobaczyć.
Drzwi otworzyły się i zdumiona, zaspana Filomena zapytała:
– Czy cooooooś się stało, pani Klaro???
Klara wparowała bez zaproszenia, rozstrzęsiona, do mieszkania Filomeny.
Siadła zadyszana w kuchni na krześle, pokazując gazetę i zdjęcie na stronie tytułowej, jąkając się wykrztusiła:
– To przecież naaaaaasz Lesio, niech pani spojrzy tylko…
Filomena zobaczyła na zdjęciu Lesia w łóżku szpitalnym. Miał obandażowaną głowę, prawą rękę i nogę całkowicie zagipsowane.
– A skąd pani wie, że to naaaaaasz Lesio? Jak go pani rozpoznała? A może to ktoś inny? Wygląda toto jak jakaś kukła, a nie jak naaaaaasz pan Lesio!
– No to niech pani głośno czyta!
Filomena przeczytała wyraźnie tekst, z którego wynikało, że bardzo poważany  w Krakowie detektyw, Lesław M. lat 50, po ukończeniu ważnego zadania, wracając w nocy do domu, został przed bramą napadnięty przez napastników, pobity do nieprzytomności i znajduje się obecnie w  bardzo ciężkim stanie, w szpitalu policyjnym. Na szczęście, został szybko po zajściu znaleziony przez przejeżdżający patrol, bo inaczej być może umarł by z wychłodzenia, w nocy były bowiem temperatury minusowe.
Obie panie spojrzały na siebie i wrzasnęły rownocześnie: SALOMON!
Jedna przez drugą przeganiały się w czarnych scenariuszach, co stanie się dalej z Lesiem i czy z tego wyjdzie, że kto by pomyślał, że to detektyw, a nie akurat “ojciec chrzestny” jakiejś mafii w Krakowie… No i Salomon sam, głodny w domu…
Przypominały sobie, jak źle mówiły i myślały o Lesiu, kiedy usłyszały jak lekceważąco on się wyraża o nich obu.
– Jedziemy do szpitala, zadecydywała  energicznie Filomena, mając łzy w oczach.
– Oczywiście, zabiorę tylko dokumenty, a i pani też niech nie zapomni, krzyknęła jeszcze Klara i wybiegła. – Spotkamy się na dole, przed bramą, dodała.
Filomena szybko się umyła, ubrała i zrobiła makijaż, pobijając, jak się jej wydało, dochczasowy swój rekord w podobnych sytuacjach.
Zdążyła jeszcze wysłać jakieś bardzo ważne, roczne zestawienie do znanej krakowskiej firmy, dla której od pięciu lat pracowała. Była samodzielną, cenioną ekonomistką, pracowała w domu, gdzie miała nowocześnie wyposażone biuro.
Zbiegła szybko na dół i stanęła gotowa przed pania Klarą, która, przyglądając się jej dokładnie,  przywitała ją ponownie, tym razem słowami:
– Ależ osioł z tego Lesia, przed nosem marnuje mu się taka ładna, atrakcyjna kobieta, oboje jesteście  przecież sami… ach, machnęła ręką, może życie wie najlepiej, co robi, po co się w to wtrącać? Już sama nie wiem, ale…, znów machnęła ręką, z taką miną, jak gdyby się właśnie ugryzła w język.

Dotarły do ogromnych drzwi wejściowych szpitala i spojrzały na siebie niepewie, nie bardzo wiedziały, co powiedzą, kim są dla Lesia, gdyby padło takie pytanie i miało być warunkiem wpuszczenia ich do pacjenta.
Od portiera dowiedziały się, że Lesław M. leży na trzecim piętrze, niedaleko pokoju pielęgniarek, tak by w razie czego mogły natychmiast reagować, “gdyby się coś działo”.
Od kiedy go tu przywieziono, był pępkiem, no, może nie świata, ale na pewno oddziału chirurgicznego.
Rano była już tu telewizja, gazeta regionalna, mnóstwo kolegów detektywów z innych grup parnerskich.
Lesio był jednym z nielicznych, bardzo doświadczonych detektywów, pracujących w pojedynkę, a tylko czasem, w niektórych, skrajnych przypadkach, potrzebował pomocy umundurowanych policjantów.
Na jego doskonałą reputację składało się wiele czynników: biegła znajomość języka angielskiego (z akcentem amerykańskim), sympatyczna, atrakcyjna, ciągle młodzieńcza i nie wzbudzająca najmniejszych podejrzeń powierzchowność oraz duże doświadczenie w samodzielnej pracy, z wyjątkowym talentem do podejmowania szybkich decyzji.
Ostatnio jednak, coraz częściej w jego kręgach słyszano, jak przebąkiwał coś o gotowości zrezygnowania z zawodu, gdyż po 15 latach czuje się już kompletnie wypalony, wyczerpany, a nawet jakby popadł w depresję.
Na Zachodzie stan takiego samopoczucia, fizycznego i psychicznego, zwany jest “Burnout” i nie wróży nic dobrego.
Filomena i Klara, po dłuższej dyskusji przekonały oddziałową, wylegitymowały się i podpisały deklarację, podkreślając, że są najbliższymi osobami pacjenta, które muszą się teraz przede wszystkim zająć jego kotem, Salomonem. Potrzebują od niego kluczy do mieszkania i pozwolenia na opiekę nad zwierzęciem.
Pielęgniarka zgodziła się, jednak pod warunkiem, że będzie asystować przy tej rozmowie, która musi być krótka, gdyż pacjent jest dopiero co, od godziny przytomny, ale ciagle w bardzo ciężkim stanie. I nie mają się niczemu dziwić, gdyż przed  jego drzwiami stoi dla ochrony dwóch policjantów, którzy również muszą być obecni przy rozmowie.
Po wejściu do pokoju Lesia, kobiety oniemiały z szoku, gdyż zdjęcie w gazecie, na którym go zobaczyły, nie oddawało całego rozmiaru tragedii.
Lesio spod pół przymkniętych oczu i bandaży spojrzał na nie i wymamrotał:
– Regina, ty tutaj, a po co? Jezus Maria, a po co? Czy ja  już umieram?, wyjąkał.
Obie kobiety spojrzały na siebie, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Panie Lesiu, to my, Klara z Filomeną, sąsiadki, czytałyśmy dziś, co się stało i przybiegłyśmy, by zapytać, czy  w czymś pomóc, czego Pan tu potrzebuje, no i trzeba się zająć Salomonem.
Jak by Pan wolał? Mamy chodzić do niego do mieszkania, czy też mam go zabrać do mnie, gdzie poznałby Salcię. Salcia wygląda dokładnie tak samo jak Salomon, podejrzewamy nawet z Filomeną, że to może być rodzeństwo.
Kobiety czekały na odpowiedź, przyglądając się w napięciu Lesiowi, który wykrztusił:
– Aaaaa, to panie, gdy zobaczyłem kolor włosów pani Filomeny, przestraszyłem się, że to moja była żona, Regina stoi tu nagle, z jakąś obcą kobietą, słabo widzę jakoś teraz… A to chwała Bogu, że to Panie… Klucz jest zawsze w mojej małej torbie na ramię, o Boże, Salomon… Proszę się nim zająć, jakoś mi słabo…
– Panie muszą już wyjść, to za dużo emocji dla pacjenta, energicznie powiedziała siostra oddziałowa, popychając je lekko w stronę drzwi.