Kobiety na marszu (rozmyślania w sobotę)

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Mierz siły na zamiary czyli pochwała szczytnych celów

Najpierw może pewna uwaga, otóż zorientowałam się ostatnio, że ten cytat z Ody do młodości jest obecnie interpretowany całkiem na odwrót, niż miało to miejsce za moich czasów. My rozumieliśmy to tak, że zamiar czyli cel jest ważny, a sił musisz mieć w sobie tyle, żeby się ów cel dało zrealizować. Musisz je w sobie znaleźć czy wygenerować. Zgadza(ło) się to dokładnie z moją własną filozofią, zawsze bowiem twierdziłam, że jestem słaba fizycznie i nie mam w ogóle siły, poza siłą woli. I że łatwo jest być osiłkiem i pójść na marsz dla Aleppo albo do Santiago de Compostela, ale jak się nie jest osiłkiem ani sienkiewiczowską krzepką dziewuchą, to jest to godny szacunku wysiłek. I tak to widzieli romantycy, bo inaczej czemuż by Mickiewicz dopisał drugą część tego hasła: nie zamiar podług sił?

Ostatnio jednak zrozumiałam, rozmawiając z kimś o pokolenie młodszym niż ja, że mierz siły na zamiary oznacza teraz pragmatyczny bilans i w tej zasadzie nie ma nic romantycznego. Ot raczej drobna porada, nie szalej, nie porywaj się z motyką na słońce…

Biedny Mickiewicz, na co mu przyszło.

Uprę się więc przy mojej interpretacji i powiem, że żadna z kobiet, które poznałam podczas marszu dla Aleppo, nie jest istotą mocarną fizycznie, wszystkie mają natomiast siłę woli i romantycznie mierzą siły na zamiary.

Tu film o marszu. Oczywiście kobiety też są. Pokaże się więcej filmów, wybierzcie Fence.

Oczywiście podstawową kobietą na marszu czy raczej Kobietą Marszu jest Ania Alboth. Bez niej nie byłoby Marszu, to ona go wymyśliła i zrealizowała, pociągając za sobą ponad 2,5 tysiąca ludzi, którzy już z nią w tym marszu szli, i kolejne tysiące, które pomagają ten marsz realizować, dbają o to, by było gdzie spać i co jeść, by media i opinia publiczna wiedziały, co się dzieje, i by uczestnikom marszu… nie było nudno. Ania idzie prawie cały czas, niekiedy jednak “wyskakuje” na chwilę do Berlina, gdzie na stałe mieszka i gdzie przebywają mąż i dwie córeczki. W środę 8 marca była w Berlinie i na zaproszenie grupy Dziewuchy dziewuchom wystąpiła na demonstracji z okazji Międzynarodowego Strajku Kobiet. Opowiedziała o marszu, o tym, dlaczego go powołała do życia i o co jej chodzi (przypominam: o pokój).  Zwróciłam uwagę na ciekawy fragment jej wypowiedzi (cytuję oczywiście z pamięci). Ciągle słyszę pytanie, powiedziała, kto, w czasie gdy ja jestem na marszu, zajmuje się domem i dziećmi? Odpowiadam zgodnie z prawdę, że mąż i że wszystko jest w najlepszym porządku, ale pomyślcie – dlaczego w ogóle media mnie o to pytają? Czy ktokowiek pyta dyrektora, reżysera, polityka, menadżera, kto dba o dom i dzieci, gdy on politykuje, rządzi, reżyseruje czy zarządza? Nie, nikt. Więc dlaczego pyta się o to nas, kobiety?

Dobre pytanie.

Anna by Zala Opara

Marta i Czaj, czyli Kobieta z psem a raczej “z pieską”. Kobieta i “pieska” były już na marszu co najmniej trzy razy, czasem dołącza do nich jeszcze siostra Marty, Olga. Są zawsze uśmiechnięte, pogodne, można by nawet rzec – rozbrykane.

Marta by Janusz Ratecki

Pieska ma na imię Czaj i jest małym, słodkim, mięciutkim pudelkiem.

Człowiek przez całe życie dowiaduje się czegoś nowego. W trakcie marszu Marta opowiedziała mi, dlaczego strzyże się pudle w tak dziwaczny sposób, iż wydawać by się mogło, że wymyślił to z nudów jakiś szalony barokowy książę. Ale nie, sprawa jest poważna. Pudle to psy myśliwskie, przeznaczone czy układane głównie do polowania na kaczki i inne ptactwo wodne. Ale pudle nie mają sierści jak inne psy, tylko włosy tak jak człowiek. Miękkie, gęste, skręcone w loczki. W przeciwieństwie do sierści włosy w wodzie stają się skołtunione i ciężkie. Im ich więcej, tym człowiek (o przepraszam – pies) jest cięższy.  Ale włosy w wodzie grzeją i to lepiej niż sierść. Czyli hodowcy pudli stanęli przed znanym wszystkim kobietom dylematem – jak zrobić, żeby but był z wierzchu mały, a w środku duży? Czyli, jak to osiągnąć, żeby pudel w wodzie miał włosy, bo będzie mu cieplej i ich nie miał, bo mokre za dużo ważą? Stąd się wzięło bardzo specjalne strzyżenie – włosy pozostawia się tam, gdzie mają grzać narządy wewnętrzne, na głowie, piersi, nerkach. I na czubku ogona, żeby pieska było widać, gdy płynie.

Podczas spotkania na temat marszu w Berlinie Marta wygłosiła świetną tezę, że istnieje coś, co musimy nazwać marszowaniem! Tak moi drodze – marszowanie! Maszeruje wojsko, a marszowanie to czynność społeczna.

Magda Bębenek. Już o niej TU pisałam (dlatego, podobnie jak Ania Alboth, występuje tu z nazwiskiem), ale przede wszystkim jako autorce książki, w której radzi kobietom, by wzięły swój los w swoje ręce. Dokładnie według romantycznej zasady, że trzeba sobie postawić ambitne cele, a znajdą się i siły, by dało się je zrealizować. Justyna Kozioł, jedna z facebookowyk przyjaciółek Magdy napisała jej na urodziny (były właśnie przedwczoraj): Nie bez powodu lubię pracować z kobietami. Kobieca przedsiębiorczość to coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy, nawet coś więcej niż spełnianie własnych marzeń i realizowanie pasji. To nieprawdopodobne źródło energii, która rozlewa się coraz szerzej i REALNIE zmienia świat. To o różnych kobietach, ale na pewno i o Magdzie.

Malika czyli Sardine Violon

Francuska pisarka, z pochodzenia Berberyjka z Maghrebu, która idzie na marszu od pierwszego dnia i zamierza w nim uczestniczyć do końca. Jej pseudonim, Malika, znaczy po arabsku królowa i dlatego Ania Alboth podarowała jej w pewnym momencie koronę. Malika przyczepiła ją do plecaka, w którym wędruje też do Aleppo biały miś, jeden z kilkunastu misiów zebranych przez Zosię i jej koleżanki dla dzieci w Syrii. Plecak zdobi też gałąź winorośli (trasa marszu od wielu tygodni wiedzie przez krainy wina i winorośli), według Maliki symbol łączności krain Morza Śródziemnego i Północy Europy.

Iris czyli kobieta z gałązką czarnego bzu

Szczupła potargana Niemka spod Berlina. Podobnie jak Malika ma do plecaka przyczepiony kawałek gałęzi. Ale to inna gałązka i inny symbol. Ryszard, Polak, który też wiernie i długo idzie z Berlina do Aleppo, mówi mi wieczorem, że Iris ma różdżkę mocy. No tak, myślę, marsz jest nietypowym przedsięwzięciem, przyciąga zatem różnych nietypowych ludzi. Wśród nich muszą być również wyznawcy New Age’u. Następnego dnia po wymarszu celowo ustawiam się w kolumnie koło Iris. Jak twoja różdżka przyciąga moc?, pytam. Wiem przecież, że patyk sam z siebie nie posiada więcej mocy niż każda inna część natury, a więc, skoro Iris dzięki gałązce “ma moc”, to ta gałązka ją wykrywa lub przyciąga. Iris patrzy na mnie podejrzliwie. Hmmm?, pyta. No, mówię, ludzie z marszu twierdzą, że posiadasz “czarodziejską różdżkę”, która dostarcza ci energii.

No, jak ludzie wierzą, że produkuję energię, to dobrze, odpowiada Iris. Tak naprawdę ta gałązka to raczej talizman na szczęście, znaleziony przez przypadek, wystrugany przez przypadek, zabrany przez przypadek, podzielony przez przypadek z przyjacielem. Wierzę, że kiedyś spotkam kogoś, komu oddam tę gałązkę…

Iris nie wie, jak długo będzie szła. Po prostu idzie.

Wiktoria

Wiktoria redaguje zina o pieczątkach (Wiktorio, ratunku, czy ja dobrze zrozumiałam?), pisze pracę o polskich feministkach (podsunęłam jej więc informacje o mojej prababci :-), a co), zawsze nosi śliczną sukienkę w kwiatki, jak na świecie mróz i zimno, to wkłada tę sukienkę wieczorem, ale na filmie Fence “marszuje” w niej. Wiktoria ma też na ramieniu nadzwyczajnej piękności tatuaż według własnego projektu, i mówię to ja, osoba, która zasadniczo nie lubi tatuaży. Ale słowo zasadniczo nie może się odnosić do Wiktorii, która jest samą radością, żywiołem i zaangażowaniem.

Anka

Anka jest kobietą, z którą najczęściej podczas marszu rozmawiałam, a mimo to chyba nic o niej nie wiem, poza tym, że pochodzi z Zawoi, najdłuższej wsi w Polsce. Jest poważna, solidna i mam wrażenie, że można na niej bezwzględnie polegać. Anka jest. Jest i idzie. Ostatnio, gdy gonię w Berlinie moich siedem srok, próbując je złapać za ogon, a one wszystkie czmychają jak przepiórki, często myślę o tym, że chciałabym być taka jak Anka. Anka, przyjeżdżaj do Berlina, stęskniłam się za tobą!

Poznajcie Magdę

Ewa Maria Slaska

Dla Krysi, która ze wszystkich moich przyjaciółek
jest najbardziej kobietą, nic więc dziwnego,
że urodziła się 8 marca

Magdę spotkałam na marszu. Była pierwszą z kilku młodych Polek spotkanych przez tych kilka dni, które dobrze wiedziały, czego chcą, a to co chciały, było dobre. Zaskoczyło mnie to, bo wydaje mi się, że ja, gdy byłam taka młoda jak one, nie miałam żadnych marzeń, miałam tylko konkretne banalne cele – dostać się na studia, skończyć studia, dostać pracę na uczelni, wyjść za mąż, mieć dziecko. Byłam człowiekiem zadaniowym, zrealizowałam więc te cele, ale dopiero teraz, podczas marszu, rozmawiając z Anią, Martą, Magdą czy  Wiktorią, zrozumiałam, że powinno się mieć marzenia, bo cele są pragmatyczne i ograniczają, a marzenia dodają skrzydeł. Cele to obowiązek, marzenia to wolność.  Realizacja celów nie przynosi wolności, wiem to najlepiej, bo całe życie chodziło mi o moją własną wolność i w uprzęży pragmatycznej celowości szarpałam się, gryząc kogo popadło.

Dlatego patrzyłam na te młode kobiety jak na istoty z Kosmosu, które żyją innymi prawami, nie znają siły ciężkości, niczego nie chcą, a to, czego potrzebują, dostają, bo umieją marzyć.

Magda opowiedziała mi o sobie, resztę przeczytałam w jej książkach: Polka potrafi i Polka potrafi po 40-tce!

polka-potrafi

Książki są o innych kobietach, ale są i o Magdzie. Oto początek rozdziału zapowiadającego historię Martyny i Natalii, które założyły czasopismo o Azji.

To, co mnie urzekło w dziewczynach, to przede wszystkim ich gotowość do tego, żeby popełniać błędy i brak strachu przed tym, co nieznane. W przeszłości pozwoliłam obu tym elementom powstrzymać mnie przed robieniem rzeczy, na których mi zależało. Wydawało mi się, że muszę być w czymś ekspertem, żeby się o tym wypowiadać; że zanim zacznę działać i realizować jakiś projekt, muszę dokładnie wiedzieć, co i jak robić. Dokładnie przeciwnie postąpiłam decydując się na wydanie tej książki, dlatego słuchając historii, którą zaraz przeczytacie, co i rusz odnajdywałam w niej siebie. Piękne jest również to, że dziewczyny na co dzień żyją w innej rzeczywistości niż ja czy kilka bohaterek książki, a mimo to jesteśmy do siebie bardzo podobne i świetnie się rozumiemy.

Poznajcie Martynę i Natalię.

Niekiedy Magda zaczyna od tego, że każe swoim rozmówczyniom określić swoje życie przy pomocy trzech słów. Biała dziewczynka z północy powie, że jej życie jest ciekawe, piękne i zaskakujące. Martyna i Natalia, że szalone, szybkie i… trzeciego określenia nie znajdują od razu, dopiero po chwili dodają: o, stresujące! Ciężkie i fascynujące powie Olka demolka z rozdziału Im więcej kłód pod nogami, tym więcej frajdy.

Najpierw chciała mieszkać w innym kraju, podróżować.  Znać inne języki. Uczyła się więc języków, ale też tańca i jogi. Oszczędzała każdy grosz, żeby pojechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. Ale nie taniec był jej celem. Postawiła na poznawanie świata, na podróże. To, czego się można nauczyć podczas wyjazdów, twierdzi, jest znacznie bardziej wartościowe, niż siedzenie w uniwersyteckich ławkach i wkuwanie. W 2010 roku po raz pierwszy pojechała z plecakiem w podróż. Poleciała do Indonezji.

Od tamtej pory poszło już z górki: konkurs taneczny na Bali, praca w butiku podróżniczym w Indiach, szlifowanie języka hiszpańskiego w Andaluzji, wyjazd stopem i z namiotem wokół Islandii, uczenie Zumby w Warszawie, nauka tańca w Nowym Jorku, nagranie reklamy telewizyjnej w Bangkoku, nurkowanie w Malezji…

Po drodze spotykała inne kobiety, bardzo młode i młode, ale i te po czterdziestce.  Rozmawiała z nimi, ciekawiły ją ich drogi życiowe, pytała jak, kiedy i dlaczego zmieniły swoje życie, przestawiły je z celu na marzenie. Tak powstał pomysł książki, a potem drugiej.

TU je możecie kupić.

W książce jak mantra powtarzają się takie zdania:

Długo szukałam dla siebie drogi. Przez całe studia nie wiedziałam, na co się zdecydować, bo odnajdywałam się w przeróżnych dziedzinach plastycznych. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy grafika komputerowa jest dobrym kierunkiem i w podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi praca przy magazynie. Choć z drugiej strony myślę, że to tkwiło we mnie już od bardzo dawna.

Czego się nauczycie z tych książek? Najpierw tego, że droga jest długa i wyboista, a w głowie każdej z nas tkwi mała istota, która na każdy szaleńczy pomysł zareaguje tak samo i będzie piszczała przerażonym głosikiem: nie uda ci się, nie uda ci się, nie dasz rady. Wtedy trzeba umieć powiedzieć: Co mi szkodzi?, no co mi szkodzi, najwyżej się nie uda. Tak się ucisza natrętny strach, poprzez wewnętrzną zgodę na próby, błędy i porażki. A jeśli przyjdzie zwątpienie, to trzeba sobie uświadomić, że te chwile zwątpienia też są potrzebne. Kiedyś z tej zgody na zwątpienie i porażkę wyłoni się prawda na całe życie, że nie wolno dopuścić do tego, by strach stawał między tobą a twoimi marzeniami. Tylko, i to jest może najważniejsze, Magda wciąż nam będzie przypominała: Marzenia nie spełniają się same, trzeba zacząć działać. I jeszcze: nieważne co będę robić w życiu, ważne jakie chcę, żeby to życie było.

Postaw na siebie!

I to by było na tyle, nie tylko na 8 marca…

Rahra Avis

https://soundcloud.com/rahraavis/la-pasio-n

Eugenia Tapia. Nie gehört, was? Höchste Zeit es zu ändern! Ich habe sie einmal erlebt, sie ist unglaublich. Du sprichst mit ihr, es ist ein ganz normales Gespräch mit einer netten jungen Frau und dan PLÖTZLICH – sie ist auf der Bühne und sie ist ein Star, eine Diva, eine unglaubliche Erscheinung! Geht UNBEDINGT hin! Unbedingt.

Meine Lieben nun ist es so weit!
am 19 Januar Donnerstag spiele ich mit
—RAHRA AVIS—
meine ElectroSoul Avantgarde duo,

WO: RegenbogenFabrik KINO
Lausitzerstr 22,10999 Berlin
20.00 Uhr-23.00
Eintritt//Austritt: Eure spende ist uns wichtig 🙂

Wer uns noch nicht gesehen hat, ist es höchste Zeit,
den dies ist unser letzter KONZERT
in Berlin und Deutschland.
Es ist unser abschied. Mein College, Musiker, Composer, bester Freund
wechselt Kontinent, überquert Atlantik-Ozean direct nach Mexico.
Wir wünschen ihn und Frau alles beste!
Neues kommt, dies ist sicher!
Love and Peace! Ich will euch sehen! Sei dabei!

RAHRA AVIS
Andres Santana: Composer, Ableton Live, E Guitar
Eugenia Tapia: Singer, Composer
Visuals: (KAKITA)

Rahra Avis
Andres Patricio Santana Novoa
Eugenia Victoria Tapia Caro

www.rahraavis.com
https://soundcloud.com/rahraavis/la-pasio-n
https://www.facebook.com/events/1305537942846989/

Trzy kobiety Leonarda

Po tym jak za sto milionów dolarów kupiliśmy to, co ponoć i tak było nasze, rozmyślam sobie zgoła apolitycznie o kobietach Leonarda. Widziałam świadomie trzy z nich, Monę Lisę del Giocondo, Ginevrę d’ Benci i Damę z łasiczką czyli Cecylię Gallerani. Piszę, że te trzy widziałam świadomie, bo pamiętam sytuację, kiedy je widziałam, a i bardzo dobrze pamiętam do dziś same portrety. Czwartej nie pamiętam w ogóle czyli świadomie jej nie widziałam, mimo że wystawiana jest w Luwrze obok Giocondy. To tak zwana La Belle Ferroniere, surowa anonimowa piękność, której przydomek wskazuje na związek z żelazem lub kowalstwem, być może kochanka króla Francji Franciszka I, a może Ludwika Sforzy, być może zresztą ta sama Cecilia Gallerani. Ma na czole opaskę z drogim kamieniem, którą od tego portretu nazywa się ferroniere czyli… żelazko albo kowalka.

Z tych czterech kobiet dwie, Lisa i Cecilia (z łasiczką), są niewątpliwie uczestniczkami popkultury, a poznać to między innymi po ilości memów w sieci.

Gioconda ma ich masy. Moja warszawska przyjaciółka zbiera je z lubością i od dawna już namawiam ją, żeby zrobiła nam taki wpis na bloga. Ponieważ jednak jeszcze mi się to nie udało, to ja pokażę kilka z nich, w tym (proudly) te które to ja znalazłam w sieci lub w realu i jej wysłałam. Powód jest jak najbardziej aktualny, tego mema bowiem znalazłam w internecie w Nowy Rok:

Komentarz był taki, że portret ogólnie udany, nie wiedzieć jednak dlaczego Dama została sportretowana bez broszki.

Zaczynamy świątecznie i zimowo.

Jesień

Lato

 

Wiosna

Mona Lisa bez słynnego uśmiechu

Nowoczesna i Razem

 

Coraz bardziej nowoczesna, tak dalece, że porusza świat i siebie samą

A w ogóle to oszukała nas. Tak naprawdę wcale jej nie ma. Albo jest mężczyzną. A może zresztą Arabką.

Cecylią Gallerani zajmiemy się za tydzień. Tu tylko, na dobry początek, obraz niejakiego Kosałki, Jerzego zresztą 🙂

 

 

 

Reblog. Odkrycia w sieci.

Znalazłam ten film przypadkiem, zamieściła go osoba używająca nicka Domowa Kostiumologia.

Spodobał mi się ten awatar, i tak to się zaczęło…

A story of a young 1950’s typist that notices something rather unusual about her machine.

Lucy and Lucys costumes Gosia Zebrowska. The rest Karolina Zebrowska.

Poszukałam dalej. To ona – Domowa Kostiumologia!

I następne, piękne filmy, zaskakujące i prawdziwe. Przesłanie tego filmu poniżej brzmi:

Please, don’t forget the real women

To ona, a jak klikniecie na zdjęcie, to wejdziecie na jej blog…

PS. Szkoda tylko, że ta piękna kobieta w pięknych kostiumach, które sama nader pięknie projektuje, robi niepiękne błędy w polszczyźnie, sukienki się u niej ubiera, a nie wkłada, a to ubranie, rodzaj jak najbardziej nijaki, jest rodzaju męskiego czyli “ubiera się tego ubrania”. Przeszkadza mi to, ale z kolei – ja umiem pisać bez błędów i jest to właściwie wszystko, co umiem, a za to ona umie robić takie wspaniałe stroje, zachwycające stylizacje, świetne filmy i naprawdę zna się na tym, o czym pisze… 🙂

fähigkeit etwas zu bewirken… Reblog

liebe ewa,

vielleicht was für den blog?

in einer rezension im tagesspiegel, samstag vielleicht, fand ich was von einem amerikanischen autoren den namen hatte ich mir nicht notiert. das war sicher noch vor trumps erfolg geschrieben. die systematisierung könnte auch was für eine persönliche strategie des umgangs mit diesem grausamen wahlergebnis bieten. es ging um die diskussion des machtbegriffs und er fand, mensch müsse die verengung auflösen, die seit machiavelli besteht: da geht es um zwang und gewalt und gerne auch um lug und betrug, wenn es dem machterhalt dient.

er will die definition erweitern auf: fähigkeit etwas zu bewirken, das ist natürlich sympatisch.

dafür sind individuelle fähigkeiten, sowie interpersonelle und systemische einflussmöglichkeiten zu bedenken.

  1. selbstvertrauen, ich kann etwas ausrichten
  2. auf dem teppich bleiben, wahrnehmen, dass die fähigkeiten bzw. die möglichkeit haben, sie auszuleben auch ein geschenk sind
  3. teilen und sich gegenseitig stärken
  4. respektvoll bleiben, lob, komplimente, höfliche worte, auch nonverbal respektvoll bleiben: fragen, zuhören, neugierig sein, anerkennen
  5. machtlosigkeit verhindern! also gegen ungleichheit vorgehen, armut nicht dulden, gegen bedrohung und einengung anderen menschen wert verleihen, gegen diskriminierung und rassismus auftreten. also die strukturellen settings sichtbar machen und bearbeiten.

ja, das stimmt alles, wir dürfen uns nicht erlauben, uns als machtlos zu sehen. wir bewirken was. und wir glauben ja auch zurecht, dass alles patriarchalische nicht nur frauen sondern auch männern schadet. und krieg sowieso keine lösung ist. und doch ist all dieses unter punkt 1-4 nur stückwerk, wenn wir gesellschaft nicht dazu bekommen, die weniger mächtigen zu stärken, immer wieder. bildung natürlich zuallererst, aber auch gesunderhaltung, gleichwertigkeit immer wieder einüben. wir können im eigenen leben wirksam werden, wir dürfen aber die strukturellen bedingungen nicht vergessen.

in diesem sinne ist sicher auch der angehängte artikel zu lesen.

liebe grüße

christine (Christine Ziegler)

***

Artikel auf Seite 37 der Zeitung Tagesspiegel vom So, 13.11.2016

Barbara Nolte

Festung der Ehefrauen

Manch einer verfolgte seine Partnerin mit der Axt bis vor die Tore dieser
Berliner Villa – 1976 wurde das erste Frauenhaus gegründet. Ein Modell für viele deutsche Städte.

frauenhausNachdem das mit den Zähnen passiert ist, das war das Schlimmste. Dass er mir im Hausflur wirklich die Faust ins Gesicht gehauen hat, und ich habe gemerkt: Meine Zähne vorne sind nicht mehr da, beziehungsweise einer war – wie hat die Ärztin geschrieben? – in den Oberkiefer gestaucht.

Bis zur Schließung 1999 war die Adresse geheim. Ein Eisenzaun sollte Eindringlinge abwehren.

Danach habe ich nur noch lautlos geweint. Er hat mich dann am Kragen genommen, die Treppen hochgeschleppt. Die Kinder haben oben so geschrien, die waren ja vollkommen außer sich. Er hat dann immer wieder gerufen: „Ich bin
mit eurer Mutter noch nicht fertig, die bringe ich heute noch um.“ Der Kleene hat auf der Couch gesessen und gesagt: „Papa, du bringst Mama nicht wirklich um, nein?“ Und dann hat er zu dem kleinen Kind, der war drei Jahre, hat er gesagt: „Doch. Heute noch.“ Angelika, 44.

In einem ehemaligen Kartoffelladen in der Yorckstraße standen sie manchmal in der Tür: Frauen, die Schutz vor ihren prügelnden Ehemännern suchten. „Damals wussten die nicht, wohin“, sagt Roswitha Burgard, die dort Anfang der 70er Berlins erstes Frauenzentrum mitbegründet hat. Aktivistinnen aus der Yorckstraße verbrachten deshalb einmal 14 Tage reihum bei einer Frau zuhause, die um Hilfe gebeten hatte, weil sie regelmäßig von ihrem Mann und ihrem erwachsenen Sohn misshandelt worden war. Roswitha Burgard selbst hatte weder in der Familie noch im Freundeskreis gewalttätige Männer erlebt.
Jedenfalls nicht, dass sie davon gewusst hätte. „Häusliche Gewalt wurde Anfang der 70er totgeschwiegen“, sagt sie, „als Ehekrach verharmlost, als Umgang von Asozialen weggeschoben.“

Davon erzählt Burgard heute in ihrem Behandlungszimmer einer Gemeinschaftspraxis. Um den Hals trägt sie ein elegantes Seidentuch, an den Füßen Pantoffeln, Straßenschuhe müssen an der Tür ausgezogen werden.

Anfang der 70er hatte sie gerade mit dem Psychologiestudium begonnen und war in Berlins feministischer Szene engagiert. „Als damals in London das weltweit erste Frauenhaus eröffnete, dachten wir uns: So was brauchen wir auch.“ Ein solches Haus würde die Fraueninfrastruktur, die sie in diesen Jahren begründet hatten, Frauencafés, Frauenbuchverlage, Frauenseminare an Unis, auf eine fast romantische Weise
ergänzen: Frauen helfen Frauen, die unter dem Machtgefälle zwischen den Geschlechtern am meisten leiden. Doch der Senat blockte ab. Erst müsse ermittelt werden, ob in Berlin Bedarf für eine solche Einrichtung bestünde. Für die Verwaltung schien es ein Problem, dass der Gruppe der Gründerinnen kein Mann angehörte. „Die trauten uns nicht zu, mit ihren Fördergeldern richtig zu wirtschaften.“, sagt Burgard.

frauenhauskobiety2SCHUTZENGEL. Ilona Böttcher (links) und Roswitha Burgard nahmen im ersten Jahr 615 Frauen auf.

Erst als sechs arrivierte Frauen dem Trägererein beitraten, darunter die damalige Vizepräsidentin des Roten Kreuzes, stellte das Land Berlin eine Villa für das Projekt zur Verfügung. Ein Gründerzeitbau in der Richard-Strauss-Straße 22 Grunewald, mit riesigen Aufenthaltsräumen in Erdgeschoss und Souterrain, aber nur 13 Zimmern im ersten Stock und der Mansarde. „Nicht perfekt geschnitten für unsere Zwecke“, sagt Burgard.
Die Adresse wurde unter Taxifahrern gestreut und vor Außenstehenden geheim gehalten. Um den Garten wurde ein Eisenzaun errichtet. Dahinter durfte kein Mann.
Im November 1976 war Eröffnung. Die erste Bewohnerin klingelte bereits am Abend zuvor. Es war die Ehefrau eines hohen Richters, sagt Burgard. Das Asozialen-Klischee war damit widerlegt.

Auch Ilona Böttcher erinnert sich an diese erste Bewohnerin: eine schmale Frau um die 40. Ihr Ehemann hatte ihr Geld, Schlüssel und Ausweis weggenommen. Ilona Böttcher und Roswitha Burgard übernachteten mit ihr im Frauenhaus. Sie wollten sie in der riesigen, leeren Villa nicht allein lassen.

frauenhaus2Ilona Böttcher war als Verwaltungsfrau eingestellt worden. Sie habe sich ganz profan auf eine Jobanzeige beworben, erzählt sie beim Treffen in ihrer Tempelhofer Wohnung. Doch im Frauenhaus packte sie – wie alle anderen – überall mit an: Zu jeder Tages- und Nachtzeit klingelten Frauen. Polizisten und Taxifahrer brachten sie. Jede wurde aufgenommen, selbst wenn sie betrunken war. „Wer sind wir denn, dass wir entscheiden,
wer über Nacht bleiben darf!“, sagt Böttcher. Ansonsten war Alkohol verboten. Bereits einen Monat nach Eröffnung waren alle regulären Plätze belegt. Immer neue Stockbetten wurden in die Zimmer, Gänge, Aufenthaltsräume gestellt. Im Haus, das für 70 Frauen und Kinder ausgelegt war, lebten bald bis zu 150. „Es gab Bedarf, und wie!“, sagt Böttcher.
Sie zieht ein lilafarbenes Buch aus ihrem Regal: die erste Jahresbilanz, herausgegeben im
Frauenselbstverlag. Die Gründung des Berliner Hauses war eine Initialzündung, in den meisten größeren Städten wurden fortan ähnliche Projekte geplant, die Berliner lieferten das statistische Material. Von den 615 Frauen, die im ersten Jahr in der Richard-Strauss-Straße betreut wurden, waren drei Viertel von ihren Ehemännern misshandelt worden, ein Fünftel von ihren Freunden, der Rest von Ex-Männern und Verwandten. Jede zehnte Frau hatte die Gewalt zehn Jahre und länger erduldet. 118 waren von ihren Partnern sogar in Lebensgefahr gebracht worden. „Mich hat der Zustand von Beziehungen erschüttert, am
Anfang stand ja mal Liebe“, sagt Ilona Böttcher. Eine Frau habe zu ihr gesagt: „Und dann hat er mich nicht mal mehr geschlagen.“ Schlagen sei für sie Zuwendung gewesen.
Böttcher erinnert sich, dass viele Frauen sich schämten. Sie hatten sich diesen gewalttätigen Partner ja ausgesucht. Verbreitet waren auch Schuldgefühle. Einige glaubten, dass ihr Mann nicht ausgerastet wäre, wenn sie selbst anders reagiert hätten. Im Frauenhaus hörten sie die Geschichten anderer Frauen und erkannten dabei mitunter Verhaltensmuster ihres eigenen Mannes wieder und die Unvermeidbarkeit seines
Zorns. Eine Frau habe es mal so ausdrückt: „Habe ich Salz rangemacht, habe ich eine gewischt gekriegt, habe ich kein Salz rangemacht, habe ich auch eine gewischt gekriegt.“ Oft steigerte sich der Jähzorn der Männer noch, wenn die Frauen ins Frauenhaus zogen.
12.3.77, 20.30 Uhr: Ein Herr läutet an. Er will das Haus in die Luft sprengen, sich aber zeitlich nicht festlegen. Gabi informiert die Polizei. 21.45 Uhr: Ein Herr ruft an. Er steht mit einer Pistole in der Telefonzelle gegenüber und will sich das Leben nehmen, wenn er nicht mit seiner Frau sprechen kann. Die Frau ist nicht bei uns. Da er unter Strom steht, hat Gabi Mühe, ihm das klarzumachen. Vorsichtshalber benachrichtigen wir
die Polizei. 23.15 Uhr: Ein Mann fährt mit einem Fahrrad in unserem Garten. Gabi ruft 110. Auszüge aus dem Protokoll einer Bewohnerin mit Telefondienst.
Häufig lungerten Männer vor der Tür herum, die die Adresse herausbekommen hatten. Mehrfach ist es ihnen tatsächlich gelungen einzudringen. Ilona Böttcher erinnert sich an einen Vorfall, als ein Mann eine Füllung aus der Haustür herausgebrochen hat, durchs Loch geklettert und mit der Axt ins Haus gestürmt ist. Eine Kollegin stellte sich ihm in den Weg, die Hausbewohnerinnen versteckten seine Frau. Für Mitarbeiterinnen und Bewohnerinnen des Frauenhauses war die Umgebung hinter dem Zaun feindlich: Während die Männer
mit roher Gewalt drohten, drohten die Grunewalder Nachbarn mit ihren Anwälten. Sie gründeten sogar eine Bürgerinitiative gegen das Projekt.
Erforderlich ist, dass das Lärmen der Kinder ab Freitag bis Sonntagabend unterbleibt. An diesen Tagen suchen die Anwohner nämlich absolute Ruhe in ihrem Garten. Die Wohngegend haben sich Anwohner ausgesucht, die in der Woche ganz besonders hart arbeiten. (…) Mehrmals habe ich die Feststellung treffen müssen, dass Kinder, soweit sie zu einem Spaziergang ausgeführt werden, auf meinen niedrigen Zaun balancieren. Mein Zaun stellt persönliches Eigentum dar, und das sollte eigentlich schon Kindern deutlich
gemacht werden, dass das Eigentum anderer zu schätzen ist. Aus einem Brief von Horst Sandner, Königlich Norwegischer Konsul (31.10.77), an Roswitha Burgard.
Der Tagesspiegel berichtete damals von einer Aussprache beider Seiten. „Wir sind gar nicht so verrückt, wir sind bloß nervlich am Ende“, habe dabei eine Bewohnerin an das Mitgefühl der Nachbarn appelliert, das aber ausblieb. Häufig, sagt Böttcher, seien sie damals zusammen mit Bewohnerinnen in der Öffentlichkeit aufgetreten. „Die wollten sich nicht verstecken.“ Die Heimlichkeit von häuslicher Gewalt, die den Tätern in die
Hände spielt, sollte durchbrochen werden. Deshalb fanden im ersten Frauenhaus die Beratungsgespräche im Aufenthaltsraum statt. Andere Frauen sollten daran anknüpfen können. „Die Betroffenen sollten sich gegenseitig unterstützen“, sagt Böttcher. In
Zweierteams wurden sie außerdem zu nächtlichen Telefondiensten eingeteilt, das sollte ihr
Selbstbewusstsein stärken. Viele, in der ersten Statistik waren es 30 Prozent, kehrten trotzdem zum Ehemann zurück. „Da konnten wir nur Wege aufzeigen, wie sie beim nächsten Mal die Situation schneller verlassen können“, sagt Böttcher. „Eine Frau war 13 Mal da, ist immer wieder zurückgegangen, bis wir in der Zeitung lasen, dass man sie tot aufgefunden hat.“
Ilona Böttcher arbeitete bis 1998 im Frauenhaus. Dann ging sie in Rente, im Jahr drauf schloss das erste Frauenhaus. Damals gab es bereits fünf weitere, rund 350 sind es mittlerweile in Deutschland. Obwohl sich das Gleichberechtigungsideal innerhalb ihres Arbeitslebens weit verbreitet hatte, habe sich dies auf die Gewalt gegen Frauen wenig ausgewirkt, sagt Böttcher. Nur der Anteil der Migrantinnen habe zugenommen.
Insgesamt registrierte die Berliner Polizei im vergangenen Jahr 15 000 Fälle von häuslicher Gewalt. Die größte Veränderung, sagt Böttcher, habe im Arbeitsverständnis der Betreuerinnen gelegen. Zum Beispiel sei eine neue Kollegin „entsetzt“ gewesen, dass es keinen Raum für Einzelberatungen gab. Den nächtlichen Telefondienst sahen manche der Jüngeren wegen einer möglichen Retraumatisierung kritisch. Am Ende, glaubt Böttcher, sei das erste Frauenhaus an einem unterschiedlichen Verständnis von Feminismus
gescheitert, denn als Feministinnen begriffen sich die Jüngeren auch. Einmal habe eine Mitarbeiterin vorgeschlagen, dass ihr Freund doch den Bus des Frauenhauses fahren könne: „Für uns völlig undenkbar: ein Mann am Steuer eines Frauenhausbusses!“
Nadja Lehmann eröffnete das Frauenhaus sozusagen neu. Lehmann war eine der jungen Kolleginnen. Zusammen mit zwei weiteren ehemaligen Mitarbeiterinnen aus dem Frauenhaus hatte sie das Konzept für das Projekt mit dem Namen „Interkulturelle Initiative“ verfasst, zu dem ein Teil der Gelder des geschlossenen Frauenhauses umgeleitet wurde. Im ersten Frauenhaus habe sie Rassismus zwischen deutschen und
migrantischen Frauen erlebt, sagt Lehmann. Deshalb schnitt sie ihr Projekt auf Migrantinnen und deren spezifische Probleme zu.
Er hat gesagt: „Du fühlst dich einfach nicht wohl in Deutschland.“ Ich habe gesagt: „Ich bin nicht in Deutschland. Ich bin in deiner Wohnung.“ Ich war eingesperrt. Ich durfte nicht raus, ich hatte keinen Schlüssel. Ich habe nur vom Fenster geguckt, wir hatten in Neukölln gewohnt, und ich hatte vor meiner Tür einen Spielplatz. () Bis mein Sohn angefangen hat, genauso zu handeln wie sein Vater. Er hat einen Gegenstand genommen und gesagt: „Hier, Papa, du kannst nehmen, und du kannst Mama wehtun, ich möchte, dass sie weint.“ Da habe ich gesagt: „Ich möchte nicht, dass mein Sohn so wird zu seiner Frau oder
seiner Lebensgefährtin. Ich habe zwei Söhne. Ich möchte nicht, dass drei Männer mich terrorisieren.“ Narin, 38, ehemalige Bewohnerin der Interkulturellen Initiative.

Die „Interkulturelle Initiative“ ist ebenfalls in einer Villa im Berliner Süden untergebracht. Da das Leben im Frauenhaus auf die Dauer belastend sei, wie Lehmann findet, bietet ihr Verein zusätzlich ein Wohnprojekt mit abgeschlossenen Apartments an sowie neuerdings Wohnungen speziell für geflüchtete Frauen, die unter häuslicher Gewalt leiden. Viele Migrantinnen bräuchten aufgrund schlechterer Sprachkenntnisse und ausländerrechtlicher Widrigkeiten länger, um eine Perspektive für sich und ihre Kinder zu entwickeln. Nach
einer Weile könnten sie in eigene Wohnungen umziehen. Das unumstößliche Gesetz autonomer Frauenhäuser, dass nämlich Männer draußen bleiben müssen, ist inzwischen nach Gender-Maßgaben umgeformt. Letztens wurde eine Bewohnerin aufgenommen, die zwar biologisch ein Mann ist, sich aber als Frau fühlt.

PS (Mail Nr 2):

https://i0.wp.com/www.campus.de/typo3temp/_processed_/csm_9783593399072_d83e3e2201.pngliebe ewa,

das buch, von dem ich in der anderen mail schrieb ist von Dacher Keltner „Das Macht-Paradox. Wie wir Einfluss gewinnen – oder verlieren“

ist erschienen im campus verlag und es war tatsächlich am samstag im tagesspiegel vorgestellt, ganz hinten.

liebe grüße

christine

Reblog: Stolik przy oknie

Ukazało się w blogu Altana.

Dedykuję ten wpis jego Autorce. Dziś jest 13 listopada, Julito, a wiesz o tym, że jestem przekonana o bezwzględnej kobiecości liczby 13. Jutro noc niezwykłej pełni księżyca, inspirującej jak ta, która kiedyś dawno sprawiła, że ja napisałam pewien tekst, a Wy z moją siostrą ze zdania była druga w nocy zrobiłyście książkę o jesieni, miłości, śmierci, morzu i Księżycu.  

Julita Bielak

Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu – gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę “Wiejska Kawa” znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach “Czytelnika” ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni “Lajkonik” przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w “Nowym Świecie”  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w “Udziałowej” Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie – Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński – o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos – Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać… Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

“Szumiały mu echa kawiarni” wykonywał w “Mirażu” Stanisław Ratold. “W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/…/” śpiewa w “Prostej piosence” Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem
więcej nie powinienem chcieć
czegoś co poza granicą zdarzeń
i języków ja ciało z ciała
krew wędrująca
z dłoni utworzony ptak
który szuka innych ptaków
zapominając że ciemność jest
natury stanem a jasność?

niepodobna rozumieć wszelkości
która roztacza się przez czasy i
przestrzenie granic za którymi
pojawia się następna wszystkość
a jednak ciągle porywają pytania
i wtedy stając naprzeciw drzewa
zmawiam modlitwę-wiersz

pieśń wykluczonego to skowyt
bez znaczenia wobec gromkości
istot której znakiem była
mnogość nieogarnięta słowem
bo słowa są zamknięte
bo ciała są zamknięte
i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

Da capo al fine

or Nieuleczalnie żywa

Nieuleczalnie żywa means not curable alive in a grammatically female form, which is a quotation from title of the book of poems of Calisian poet Urszula Zybura, edited 1986.

Nine sheets of Longina Poterek

The exhibition of 9 „sheets“ with application images of 9 stages of female life. From the young and naive „Green Heads“, through being „In Love“ up to the most important moment in a woman´s life – the „Great Explosion“. It is a story of a process of a girl getting mature, becoming a woman. Nine stages, like nine months of a pregnancy – a period of becoming naturally mature, when a woman explores herself and realises who she really is.

exhibition1-3

It was made on puropse – to show this story on real “sheets” – very intimate pieces of textile, that everybody has in his own bed. The relation between intimate, personal objects, life-stages of a woman and common feelings, shared emotions, gives a melange in which many women can find their own stories.

lp_1lp_2lp_3lp_4lp_5lp_6lp_7lp_8lp_9

 

 

How to be old?

Ewa Maria Slaska

I was invited to an event. It was in Neukölln which is since some years new hype of Berlin. Dark, wet, cold, late, Neukölln. Not a perfect combination, but OK, I was invited by one of persons making the event, and I promised to go, so I said to myself, go Ewa go. I went. I found the place looking like 25 years ago every evening location in Berlin. No colors, no pictures, everything grey or sepia, fancy trash&kitsch look. A lot of black dressed young people. The event will take place in a back room, which is quite empty. I am too early, as usual, so I find a perfect place, on a couch in the corner with a good view to speakers table. Two other women sitting at the both sides of the table, each looking at the display. Me too. A young man come to us, give some postcards first to one woman, than to the second one, explains something and goes away. I am bit surprised not understanding why he did not gave a postcard to me too? Hi you, I say, I would like… But he does not turn back to me. One of the woman explains something about him making an adv of an online journal polen-pl.eu or something like that looking for new authors… She gives me her postcard. But I do not want her postcard, I want to undestand, why I was a non existing person? No person at all.

But of course I know the explanation. I am old and therefore I do not exist. I do not know how he is able to judge it so quickly, it is dark and I have a fancy hut on, coming deep on my face, but it does not matter. I do not matter…

Five minutes after the time the room became suddenly full. My good place changes to an disaster. Many black dressed young people. Only young. I see nothing. Nobody sees me. Awkward. I feel uneasy, knowing I took a place of somebody who deserved it much more as me. They are pushing me from both sides to and fro. The event is in English, I do not mind, but I suppose it was not said on the invitation, the next sign this is only for insider.

A young woman says some nice greetings, OK it is an event for young generation but if there is somebody elder it means he or she is young. OK, nice, but no, I am not young… I would like to vanish or at least to go, but I am sitting squeezed between three or four other people in front of regular rows of chairs and all the paths out are blocked by stayers and sitters. So I sit… And listen to revelations revealing from and for a young generation…

In a break time I go… It was definitely the last time I went to such a place and to such an event. I am old and it is my time to be old. Never more I want to be confronted with such a pure exclusion.

I feel not good but it comes worse.

Then two days later I find in facebook a short text written by a young Polish woman about this event: Great evening with opposition journalists and politicians from Eastern Europe in Neukölln, Berlin. From Krytyka Polityczna/Political Critique X and Y from Hungary’s Kettös Mérce online newspaper – Z and V. And Berlin’s journalist U – always close to the pulse of the city! (sorry I took all the names away they have nothing to do with my feelings).

And that photo:

Why? Why such a photo? Underneath an explanation… There is an article in one Berlin daily about the event… The picture is chosen by the redaction, but not the comments:

babcianaprotescie

The first comment: (…) Aaa, it is a black protest.
The second: Why? You do not like when the old show solidarity to the young? They also have daughters, granddaughters (…)
The third: No, but usually the German press ilustrates the texts about East Block countries with photos of an old sad women dressed like in the communistic time…
The last one: Grandma – she only forgot to dress properly for a contest…

Yeah… It is me. Go home Grandma, go home. You do not have daughter or granddaughter, so you have nobody giving you right to speak for and nobody needs you speeking for your own.

To be continued

Parasolki Umbrellas Regenschirme

Wir protestieren heute wieder!

We do protest today again!

Protestujemy! Znowu!

23.10.2016 13:00-15:00 Warschauer Brücke Berlin

Bring your (black) umbrellas! Przynieście (czarne) parasolki! Bringt eure (schwarze) Regenschirme mit!

black-clip-umbrella
Schreibt euren Spruch drauf! Write your slogan! Napiszcie swoje hasło!
Zeichne eure Skizze! Namalujcie coś! Make your own picture!

PiS-Off

cupzgmaxyaartez

parasolkix

paniirenkaparasolkakl

parasolki6 parasolki1 parasolki2 parasolki3 parasolki4

klukos

black-clip-umbrellaKto się boi czarnej baby? piosenka /ein Protestsong (auf Polnisch) / Polish Protestsong

black-clip-umbrella

parasolki5