Slaska – instrukcja obsługi

wittemberga-tablice-tezy.ipgEwa Maria Slaska

Kochani, zapewne wiecie, że skończyłam właśnie miesiąc temu 65 lat. Oznacza to, że już na pewno nie umrę młodo, choćbyśmy tę młodość przeciągali w niekończoność, ale oznacza to też, że zapewne będę długo żyła i umrę staro. Nie zależy mi specjalnie na długości życia, ale po prostu tak teraz jest, że ludzie długo żyją, znacznie dłużej niż dawniej. Jak byłam małą dziewczynką, znałam tylko jedną starą osobę – była to prababcia Jadwiga, babcia mojego ojca. Teraz znam masę osób po 80, a ktoś wyliczył, że w rodzinie mojego męża żyje jeszcze i w większości ma się dobrze kilkanaście osób z wieku i urzędu należących do kategorii prababcia i pradziadek.

Czyli jeszcze pożyję, chyba, że Los zadecyduje inaczej. Ponieważ jednak o postanowieniach Losu nie nam decydować, zakładam teoretycznie dla potrzeb tego wpisu, że jeszcze pożyję i że, jeżeli nic się nie zmieni, wciąż będę miała masę znajomych. I to do nich skierowany jest ten wpis. Reszta niech jednak też poczyta i powie sobie w głębi ducha uczciwie, że mam rację. Bo kochani, możemy się różnić w szczegółach, ale na pewno każdy z nas i w każdym wieku chętnie zrobiłby taką listę i przybił, jak Luter, do drzwi najczęściej używanych czyli, zapewne, drzwi do klopa.

I zanim się na mnie na śmierć obrazicie, o to, co tu napisałam, pamiętajcie, że bardzo was lubię, a niekiedy nawet kocham.

A zatem, do rzeczy.

Proszę, nie sprzątajcie mi w domu (chyba, że wam za to zapłaciłam), nie naprawiajcie moich przedmiotów, dzbanków, żelazek, mikserów (chyba, że o to poprosiłam), nie ostrzcie mi noży, nie odpowietrzajcie mi kaloryferów, nie przetykajcie rur, nie otwierajcie okien bez porozumienia ze mną, bo w moim mieszkaniu panują przeciągi godne miana wichrów Historii, a jak uchylone przez was okienka mi potrzaskają, to przecież mi za nie nie zapłacicie. No.

Pomagajcie mi tylko wtedy, kiedy Was o to poproszę. A na pewno poproszę. I na pewno się odwdzięczę. Ale nie każcie mi na stare lata uczyć się, jak wykonać rzeczy, których nigdy jak dotąd nie robiłam. Nie robiłam, bo nie umiałam, nie chciałam, nie mogłam, nie byłam w stanie, nie miałam siły. Potrafiłam natomiast zawsze albo przekonać kogoś, żeby to za mnie i dla mnie zrobił, albo zarobić i zapłacić fachowcowi.
I tak zamierzam funkcjonować aż do śmierci.

TarteTatin 099Nie karmcie kota, ani go nie głaszczcie, bo jak was podrapie i pogryzie, to sami będziecie sobie winni. Natomiast pamiętajcie, że w apteczce zawsze jest jodyna, plaster i bandaże, i nawet jakby mnie nie było, to ktoś, na przykład wy sami, udzieli wam pierwszej pomocy. Ale też nie urągajcie kotu, nie nazywajcie go sierściuchem, i nie marudźcie na jego charakter. Mój kot JEST istotą z charakterem (w końcu to mój kot), a poza tym, jest stary i jak ja, umrze staro, skoro już dziś ma 19 lat.

Nie wtrącajcie się w moje garnki, chyba, że umówiłam się z wami, że będziemy wspólnie gotować. Ale jeśli nie, to gotuję ja i gotuję po swojemu. A wy w każdej chwili, jeśli się tak umówimy, możecie ugotować czy upiec coś po swojemu. I ja wam się też nie będę wtrącać.

IMG_3412Nie każcie mi solić i pieprzyć wspólnego jadła, bo ja nie cierpię zbyt słonego i zbyt ostro przyprawionego jedzenia, a co gorsze mój organizm go nie cierpi. Czyli, łagodnie mówiąc, potem choruję. Jeśli wam nie smakuje, to nie jedzcie, OK? Zawsze mogę was, całkiem w stylu obywateli społeczeństwa przyjmującego, poinformować, gdzie jest najbliższa knajpa.

Nie oczekujcie, że po 65 latach mówienia, co ja myślę, zacznę nagle mówić to, co wy myślicie. Już jako kilkunastoletnia panna usłyszałam od mojego ukochanego profesora Tadeusza Kielanowskiego, że mam nadzwyczaj oryginalny sposób myślenia. I tej wersji będziemy się trzymać. Natomiast jeśli naprawdę tak was wpieprza to, co i jak mówię, to rozmawiajcie ze mną tylko o pogodzie. Podporządkuję się na pewno.

Nie mówcie mi, proszę, że jestem gruba. Sama wiem. A ja wam przecież tego nie mówię.

I ostatnie – nie udzielajcie mi porad, jeśli o to nie poprosiłam. A jeśli poprosiłam, to pamiętajcie, że poprosiłam o opinię, a nie o podjęcie za mnie decyzji. Czyli nie rozliczajcie mnie z tego, że nie postąpiłam tak, jak mi kazaliście.

Ufff, długa lista. Ale skoro zaczęłam ten wpis od Lutra, to i na Lutrze go zakończę.

Oto stoję przed wami. Nie mogę uczynić inaczej./ Hier stehe ich, ich kann nicht anders, Gott helfe mir, Amen!

Anton von Werner (1843-1915), Staatsgalerie Stuttgart

Przypominam, że Luter powiedział to w roku 1521 w Wormacji na obradach Sejmu Rzeszy, który oskarżył go o herezję.

Nie mogę inaczej. Amen.

Że nie umiem gotować

O trzeciej w nocy na Facebooku napisałam do Czytelników tego bloga przyzwyczajonych, że wpis pojawia się minutę po pólnocy, że nie ma rady, trzeba poczekać do rana. I poszłam spać. Wpis nadszedł o godzinie 3:37. Niestety ja już spałam.

Tatatata!!!

Dorota Cygan. Trzeci tekst festiwalowy!

Że nie umiem gotować …

…  to Ewa wie. Wie to Każdy, kto nie został poczęstowany bryją nieokreślonej barwy o trudnym do zaakceptowania smaku, kawałkiem czegoś z czymś polanym czymś podobnym, choć trudnym do nazwania. I Każdy to docenia. Przyjaciół z zasady nie częstuję tym, co gotuję, zależy mi na nich. Niezaproszenie i niepoczęstowanie jest oznaką respektu i dowodem prawdziwej przyjaźni. A innych? No cóż, życie generalnie pełne jest ryzyka, jak mawia moja polska przyjaciółka and full of zasadzkas. Widocznie lubią ryzyko. Niemiecka przyjaciółka powiedziałaby w tym miejscu jeder muss selber wissen (uwaga: nieznający niemieckiego powinni się koniecznie nauczyć tego zdania – jest to bodaj najczęstszy komentarz do wszelkich wydarzeń i najważniejsza zasada pedagogiki niemieckiej – mówię serio). Skoro Ktoś zjadł, to widocznie takie doświadczenie było mu potrzebne, der hat was daraus gelernt. Zresztą ludzie przedziwne rzeczy nazywają gotowaniem, ja zaś wolę szczerość. Powiem Wam w zaufaniu, na czym polega dramat takich leworęcznych kucharzy: Często dobrze wiedzą, jak coś powinno smakować i proszę mi wierzyć, bynamniej im to nie pomaga, zwłaszcza w jedzeniu tego, co wysmażyli. Pierwsze zmagania kuchenne pozostają ich jedynymi. Uświadamiam sobie ten fakt po raz kolejny, tym razem po powrocie znad morza po 10 dniach beztroskiego opychania się przysmakami obcych kuchni. Nie życzę Wam takich powrotów z wakacji.

No tak, to że nie umiem gotować, to Ewa wie. Tyle comingoutu może być. Ale że nie jestem w stanie napisać na jutro rano tekstu, dowiedzieć się jednak nie musi, a nawet nie powinna, jeśli chcę, żeby mnie nadal częstowała ciastem czekoladowym i naleśnikami w polewie pomarańczowej, mmmmm…. (Jeśli ktoś tu pomyśli, że nie ma związku między tymi dwoma faktami, to zapewniam, że Ewa poważnie traktuje Czytelników blogu. Jak ja swój żołądek). No, jak by patrzeć, wysmażyć ten tekst trzeba. Już wszystkie czynności pozorujące pracę mam za sobą: sprzątanie biurka, ścieranie kurzu, zredukowanie zapasów czekolady, staranne wycierania ekranu laptopa ściereczką antystatyczną także, wszystko już było. Jeśli za chwilę zajmę się ustawianiem optymalnej wysokości krzesła biurowego i będę to robić z wielką precyzją do rana, a tekst jednak nie powstanie, to będzie mniej więcej tak, jakby – wyobraźcie sobie taką scenę – na salę pełną publiczności wszedł zapowiedziany wcześniej pianista, zasiadł, długo poprawiał krzesło i smoking, gładził klawisze, rozdał kilka uśmiechów, po czym zabrał się i poszedł (w dodatku ciągnąc za sobą oporny instrument). No, takiego numeru zrobić nie mogę. Już mniejsza o ten mój żołądek, ale to scena zupełnie jakby ze skeczu Loriota (porównanie poniżej tej półki jakoś mi nie przychodzi do głowy), sami rozumiecie, nie wypada się mierzyć ze zmarłym mistrzem, zwłaszcza, że nie ma on szans na replikę.

No więc z głodu i desperacji sięgam po notes, który mi podarowała Ewa z przeznaczeniem na przepisy kulinarne. Okrutna kobieta. Podarowała mi PUSTY notes. Taki miała podły zamysł pedagogiczny. Zaglądałam doń od czasu do czasu licząc na to, że może czymś się sam zapełnił. Ale nic. Właściwie powinna mi była podarować Zaczarowany Ołówek, on to przynajmniej miał jakąś moc sprawczą. Tymczasem nie wiedząc, co począć z tym pustym zeszytem, rozkładam go, gdy jestem głodna, w pociągu na kolanach, używając jako tacy (lub, jak mówią germaniści, jako Tablettu) i stawiając na nim kawę rozwijam … nie, bynajmniej nie zapomniane w domu kanapki, tylko wyobraźnię. Czyli zachowuję się mniej więcej tak, jak bohater przeczytanej w dzieciństwie bajki z tomu Dar Rzeki Fly, który nie mając pieniędzy na rybę przesiadywał w kuchni bogatego pana, gdzie wdychając zapach potraw wyobrażał sobie ich smak żując przy tym kawałek suchego chleba. Moje myśli krążą z grubsza wokół jednego zawsze wątku: cóż by to kucharz w tej chwili zaserwował, gdyby miał więcej wyobraźni i rozpoznał, żem głodna. Jednocześnie z braku efektu tych myślowych sugestii zapisuję jakieś przypadkowe słowa hasła na użytek tekstów blogowych. Dyktuje mi je głodna wyobraźnia. Niezaspokojona do samego końca jazdy.

No tak, ale w przypadku kucharza Deutsche Bahn wypada powiedzieć, że czeka on na zamówienie. Które nie zostało złożone. Ewa wszak zamówienie jednak złożyła, i to w sposób nie pozostawiający miejsca na inną interpretację (że może nie na jutro, może nie tekst i może w ogóle nie ja). Więc jeśli los mojego żołądka choć odrobinę mnie jeszcze obchodzi, to jednak wysmażę ten tekst, przynajmniej do rana. Wysmażyć, ba, ale Czytelnik wybredny, nie lubi zwietrzałych przypraw, retorycznej piany, mdłej papki ani zleżałych półproduktów. Tekst musi być zwarty, nie należy go zbytnio rozwałkowywać. Nie zniesie też kuchennego recyklingu, więc robię tekst na zamówienie, na świeżo, będzie rano jeszcze ciepły.  Tak to Ewie wytłumaczę. Ucieram go powoli, trzymam na wolnym ogniu, odstawiam co czas jakiś, by się przegryzł (czekoladką), podlewam (ale to nie wodolejstwo, najszczersza subiektywna prawda!), doprawiam na samym końcu i nie próbuję za często, żeby się zbytnio nie rozsmakować. Ale jednak samo to nie wystarczy, potrawa musi nosić ślad ręki mistrza. Inaczej nie wyjdzie poza, sorry za tę uszczypliwość, poziom Warsu lub Mitropy. A to niestety mały szkopuł, jak się w życiu niczego nie ugotowało oprócz skluszczonego budyniu z torebki, a przypalić potrafi nawet wodę w czajniku.

To może podejdźmy to kwestii serwowanej potrawy zgodnie z wyuczonym zawodowym profilem i zadajmy sobie pytanie filologiczne: Po co kucharz smaży ten tekst, do czego ma się on Czytelnikowi przydać, jakie ma mieć walory poznawcze i cechy stylistyczne, czyli jaki reprezentować gatunek? Decyzja szybka: Otrzymają Państwo małą próbkę prozy motywacyjnej w celu autopromocji. Będzie to przekąska na okazję typu rozmowa z pracodawcą, przyda się Każdemu, kogo czeka w najbliższym czasie trzeci w życiu epizod uzupełniania kwalifikacji, prezentowania swoich silnych stron, tudzież wielkie wyzwanie i ekscytująca zmiana otoczenia zawodowego poprzedzona obiektywnym konkursem umiejętności wraz z nerwicą w pakiecie (gratis). Taki niewielki, acz pożywny poczęstunek. Skoro germanistka może przeistoczyć się w kucharza, to czyż to, co Wam zaserwuje, nie jest cennym impulsem motywacyjnym, którego siły nie sposób przecenić? Dla Was to robię, mając w pamięci (tak, tak, tyle mam już lat i jeszcze więcej doświadczenia) zbawienne skutki masowego przekwalifikowywania w latach 90tych rusycystów na anglistów i germanistów. Teraz mamy etap drugi – germaniści (także owi gjermaniści) przekwalifikowują się na kucharzy, Wam podsuwając najlepsze smakołyki z własnej kuchni, jak widać na załączonym tekściku. Za swój cenny czas poświęcony na czytanie dostajecie więc: nowy bukiet metodyczny, świeże spojrzenie na profesję kucharską oraz słodko-kwaśny posmak po lekturze, wszystko podane estetycznie i w ciepłej temperaturze. Co wierniejsi Czytelnicy mogą liczyć też na preferencyjną cenę przyszłych Blogów Naszych Zebranych, czyli 100 Przepisów Kucharzy Językowych dla Osób Stale Ubiegających się o Pracę.

No to spróbujmy z tą prozą motywacyjną. Posłużymy się w tym celu sprawdzoną zabawą z lat  wczesnoszkolnych, której polecenie brzmiało: „proszę ułożyć zdania z podanymi wyrazami”. Pamiętam, że ideałem było ułożenie jednego zdania ze wszystkimi słowami-hasłami naraz. Może się sprawdzi i tym razem: „Szanowni Państwo, jako kandydatka jestem wykwalifikowaną, elastyczną mobilnością, której dyspozycyjność i odporność na stresogenność i hiperkrytyczność zaskoczy nawet Waszą Królewską Szefowość zapewniając mi Wieczność w aureoli Chrystusowości.”

A jednak pisanie prozy motywacyjnej ma walory literackie (uwaga na funkcję impresywną tego komunikatu). Toż to prawie Białoszewski w swojej samochodowości! Dociekliwym polecam odnalezienie oryginału cytatu! Smacznego!

Algorytm porządku

Dorota Cygan

dawno tu niewidziana, dostaje więc – za jednym zamachem! – trzy dni czyli dziś, jutro, pojutrze. Tego jeszcze nie było. Cygański festiwal! Lalki wracają od przyszłego wtorku.

 ALGORYTM  PORZĄDKU

Szosa krajowa E (ileś), dwupasmowa, dwa wolne (!) pasma prosto na wakacje, łagodna wstęga raz pośród pól, raz bliżej lasu, byle dalej od tego, co uwiera na co dzień, czerń asfaltu pocięta białymi paskami, odmierzającymi regularne odcinki – coraz dalej od obowiązków, coraz bliżej niemyślenia. Niemyślenie – stan szczęśliwości dany na stałe niewielu szczęśliwcom. Tylko jak go osiągnąć? Może bezrefleksyjnie wyrzucając przez okno samochodu myśl po myśli, a najlepiej parami, żeby było szybciej. Uśmiercone myśli ulatujące przez okno ku niebu parami – czyż nie ładny to obrazek?

Radio nadaje pośród sieczki popowej raz po raz tekst mówiony, który wprawne ucho konsumenta rozrywki kasuje, zanim zdąży on dotrzeć do świadomości, redukcja podprogowa (ciekawe, czy istnieje taki termin) w służbie higieny psychicznej, mądry mechanizm, co komu po radiowych tekstach paplanych? Zaraz, co oni mówią? Że gminy nie radzą sobie z ustawowo nakazanym sortowaniem śmieci? A co w tym dziwnego? Człowiek nie radzi sobie nawet z sortowaniem własnych myśli, mimo że jednak własne, a co dopiero radzić sobie z produktami obcego pochodzenia, obcego marketingu i obcej myśli technicznej? Kto by to ogarnął? Wystarczy się rozejrzeć na lewo i prawo: tu niebieski worek w lesie, tam lodówka. Sama pamiętam, jak rok temu na tym zakręcie zostawiłam myśl ważną i istotną dla przyszłości, od tej pory jestem ‘nadal na zakręcie’. Albo parę kilometrów dalej, tam gdzie ślady po pikniku, wyrzuciłam ostatecznie myśl o jednej niepotrzebnej, niemądrej i właściwie nieistniejącej miłości. Ech, cała ta droga E (ileś) usłana jest śmieciami własnej pamięci, ofiarami nieprzemyślanej czystki. Ile zgubiłam ‘z własnej woli, ile przeciw sobie’, nie warto już dociekać. No właśnie, gminy sobie nie radzą, więc co dopiero ja.

Ileż by było pożytku, gdyby się dało w drodze posortować, poukładać, nadać sens i kierunek myślom! A może bym tak dała zaprzyjaźnionemu inżynierowi za zadanie wymyślić jakiś mały, poręczny algorytm do porządkowania myśli? Za coś takiego to Nobel od razu. Powiedział kiedyś, że jak zarobi pierwszy milion, to się ze mną podzieli. Nie mówiłam mu oczywiście, że od razy podzielę się dalej z jakimiś kreatywnymi niezarabiającymi, bo może inżynier niekoniecznie rozumie takie rzeczy, zresztą nieważne, on rozumie algorytmy a ja księgowość kreatywną, czyli działania wyłącznie na liczbach ujemnych, i to wystarczy. Umowa od tej pory między nami stoi, gdyby tak został autorem algorytmu porządku, to byłoby więcej niż kamień filozoficzny. Ach, bo się rozmarzę: A gdybyż tak faktycznie udało się wszelkie nieszlachetne myśli przemienić w szlachetne? No, tego to nawet spowiedź nie potrafi. A ileż materiału do rozważań naukowych! Wystarczy zajrzeć do niemieckiego Słownika pojęć filozoficznych otwierając na haśle ORDNUNG, żeby zrozumieć jaka to szansa na zaistnienie w nauce humanistycznej, dzięki podrzuceniu do rozbudowanego hasła ‘Ordnung’ jednej skromnej linijki z algorytmem porządku myśli. I to jako inżynier! (po niemiecku z dużej litery!) Ech, inżynierię gospodarczą potrzebną do rozparcelowania tego miliona jakoś by się opanowało – i to bez kursów wieczorowych może. A i niejedną rozprawkę filologiczną na temat by się może napisało. O właśnie, może to nie jest głupia myśl: najpierw trzeba tworzyć pojęcia i inne byty, żeby potem móc o nich pisać. Proste.

Tymczasem jest lekko z górki, co zakręt to jedna myśl mniej, a co parking, to o cały pakiet lżej. Ale koniecznie trzeba by utylizować te myśli ‘na sicher’, jak mawiała babcia. Żeby mi się żadna nie odnowiła nie chciana! Potrzebne jest rozwiązanie systemowe i trwałe, takie są wymogi unijne. Nie jak teraz, proszę: tu, na tym zwężeniu jezdni pięć lat temu zarzuciłam myśl o karierze tłumacza, tu przy przejeździe obok tych wywróconych kubłów – myśl o odchudzaniu, tam za mostem całkiem niedawno przebłysk o kupieniu strychu za niewielkie pieniądze – i proszę, każda z tych myśli wraca nieproszona, choćby ją ileś razy zasypał śnieg, poturbował grad, podmoczył deszcz lub wytrawiło słońce, jakieś niezniszczalne te zmory, nic tylko je kołkiem osinowym… A jedna to już nawet wiem, czemu się tak nie może odczepić, przykleiła się do opony z tyłu i udaje, że jej nie ma, raz po raz mi mignie w lusterku wstecznym i znów znika, wiem, co chce osiągnąć, narzuca się z tym swoim „pisz, pisz wreszcie, nie ociągaj się, nie będziesz żyć stu lat, napisz coś w końcu, nie wykręcaj się”. Ani myjnia nie pomogła, ani ostra jazda po żwirowisku, mówię Wam, przykleiła się ‘na fest’(znowu – jak mawiała babcia), pomoże tylko radykalna utylizacja w nowoczesnej technologii. Niech by te gminy sobie wreszcie poradziły ze śmietniskiem, bardzo tego sobie życzę. To może być prawdziwy skok jakościowy w moim życiu.

To próbujmy tymczasem zrobić sortowanie przedwstępne, będzie taniej i bardziej eko. Dzielimy myśli na: 1. Te najprzydatniejsze (dotyczące strategii ataku i obrony), 2. Najtrwalsze (troska o własne geny), 3. Najbardziej trujące (zawierające spory komponent religijno-patriotyczny), 4. Najdłużej się rozkładające (to te o miłości), 5. Te najnaiwniejsze (że jeszcze kiedyś wrócę na Ziemię w przyszłym życiu), 6. Te najpiękniejsze (że ludzie są fajni, jacy są), 7. Te najbardziej toksyczne (że im jeszcze kiedyś pokażę, jeszcze mnie docenią) plus 8. Jedna myśl całkowicie eko-kompostowa (że dam się skremować, gdy przyjdzie czas) tudzież 9. Jedna myśl szklana (by jednak nie tłuc porcelany po szczerej wymianie zdań) oraz 10. Jedna generalna myśl plastikowa (że ważna jest nienaganna cera, depilacja i wyjazd do ciepłych krajów według najnowszego katalogu). To katalog otwarty, zaznaczam, nie mam nic przeciwko, gdyby szanowni Czytelnicy katalog rozszerzyli.

Ideałem byłaby ekokonwersja zupełna, niepozostawienie niczego, żadnej myśli, siedzenie i trwanie. Gapienie się w morze, nieskażone jedną nawet przypadkową myślą. Plaża musi pozostać czysta. Polecam radykalne zakopywanie każdej przypadkowej myśli w głębokim piachu. I proszę uważać, żeby nie zabrać żadnej myśli z plaży do domu, należy dokładnie wysypać wszystko z butów, pięty opłukać pod prysznicem i niepostrzeżenie wymknąć się do pensjonatu, gdzie przed telewizorem nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, że powstanie jakaś myśl własna lub że spotkamy się z jakąkolwiek myślą cudzą. Jedno jest wszakże bardzo ważne: Nie wyzbywajmy się opakowań po myślach – to one bowiem stanowią o naszym działaniu na ludzi, czyli w efekcie i o sukcesie. Liczy się Forma, proszę Państwa. Gombrowiczowi śmiech by przeszedł, gdyby widział to zupełne i niepodzielne zwycięstwo Formy. Przeszłyby go ciarki nawet w pełnym słońcu nad morzem.

Wasza Mobilna Wakacyjna Sortownia Myśli

Krowy

Ewa Maria Slaska

Ja. Stare, a nic się nie zmieniło.

Piszę te zdania w Berlinie 18 kwietnia 1999 roku. Miesiąc temu zaczęła się wojna o Kosowo. Dziś napisałam podanie do Niemieckiego Czerwonego Krzyża o wysłanie mnie do pracy z uciekinierami z Kosowa w Albanii lub Macedonii. Boję się, ale wydaje mi się, że nie mogę postąpić inaczej. Wysyłam to podanie sama dla siebie. Nie wiem, czy mnie przyjmą (nie przyjęli). Mam 50 lat. Ale w chwili gdy je wysyłam muszę być gotowa na to, co w nim napisałam: jeśli dostanę tę pracę, mogę jechać natychmiast. Natychmiast to znaczy jutro. Natychmiast to znaczy zostawić ciekawą pracę, w której spotykam się z inteligentnymi ludźmi i tworzę „kulturę”. Zostawić ślicznego wypielęgnowanego kota, jasny pokój z białymi zasłonami, kwiaty na balkonie. Syna i towarzysza życia (przestał być towarzyszem). Garnki w kuchni, komputer, książki, złote pierścionki z perłami, których nie noszę, ale które mam (już nie mam, oddałam). Wypełnioną wodą szklaną kulę pełną muszli z dalekich mórz, które kiedyś widziałam i być może nigdy więcej nie zobaczę (zobaczę). Bo może nic… Zamykam oczy. (Nie dostałam tej pracy.)

Ta decyzja dotyczy zresztą pewnego, niezgłębionego przeze mnie do końca, aspektu mojego życia. Owa bliskość grozy i ładu, chaosu i kosmosu, przybiera w moim życiu formy niekiedy groteskowe, którym na swój własny użytek nadałam nazwę „krowy”. „Krowy” przydarzyły mi się, a raczej, ściśle biorąc, sprawiłam, że mi się przydarzyły, przed kilku laty, podczas pobytu w Husum, małym miasteczku niemieckim nad Morzem Północnym. W opisie sytuacji zwanej „krowy” najważniejsze są dwa elementy: namacalne sąsiedztwo ładu i grozy oraz samodzielność, ba, niezawisłość podjętej decyzji, by wejść na nieznaną drogę, która, przez sam fakt, że nieznana, może się okazać niebezpieczna. Groteskowość polega na tym, że Niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony Nieznanego to nie jakieś odległe od cywilizacji odludzia jak interior południowoamerykański, szczyty Andów, krainy polarne czy pustynie Afryki. Ktoś, kto się decyduje na prawdziwą podróż w takie miejsca, a nie na wycieczkę turystyczną, a priori zakłada, że będzie to wyprawa niebezpieczna. Im dalej od cywilizacji, tym groźniej. Tymczasem „krowy” mieszczą się w ramach małego, oswojonego świata, w którym bezpieczeństwo jest, zda się, wszechogarniające i zewsząd widać wyraźnie jego znaki. „Krowy” to uparta walka na śmierć i życie w biały dzień, w ogródku przed domem.

Nie jestem człowiekiem wielkiej przygody, nie pływam, jak mój ojciec, jachtem po morzach polarnych, nie wędruję na piechotę przez Pireneje jak mój syn. Moje potrzeby są skromne i są to zawsze potrzeby człowieka w sposób być może przesadny cywilizowanego. A przecież coś we mnie każe mi wciąż wchodzić w „krowy”, w coś nieznanego, groźnego, co jednak może się przytrafić na oczach normalnego świata. A gdy się przytrafia, normalny świat nawet nie rejestruje mojej subiektywnej walki o przeżycie. Ikar wpada do morza, oracz obciera pot z czoła.

Przedzieram się przez chaszcze pokrzyw i ostów, pokonuję pastwiska otoczone zamulonymi rowami, wpadam na płoty pod napięciem elektrycznym, szukam chybotliwych kładek przez rowy, których nie potrafię przeskoczyć, atakują mnie gzy, a na każdym pastwisku pasą się stada krów lub samotny, pojedynczy byk. Przed kwadransem stałam jeszcze na zwykłej wiejskiej drodze, wiodącej do miasteczka, od którego dzieliły mnie ze dwa kilometry. W miasteczku mogłam skręcić w prawo i po następnym kilometrze znowu w prawo, aby przejść przez wał przeciwpowodziowy i dojść do campingu. Szeroka bita droga ogrodzona była z obu stron wysokimi bezpiecznymi płotami. Miałam przed sobą godzinę nie męczącego marszu i spokojną pewność, że wiem, gdzie jestem.

File:Aufmdeich.JPG

Wikipedia Commons, autor: Southpark, 2005

W obrębie tego czworoboku, zamkniętego z trzech stron drogami, a z czwartej wałem, za którym odpływało właśnie morze, mieściły się pastwiska. Zobaczyłam je jak na mapie i wydało mi się, że ułożone są prosto i logicznie.

Od drogi, na której stałam, do campingu za wałem był co najwyżej kilometr. I potem z każdego miejsca owej mapy widziałam oba te elementy – drogę i wał. Były cały czas tak niewiarygodnie blisko. Weszłam na ten zwykły kilometr, była tam nawet jakaś namiastka traktu, prosty matematyczny skrót, nawet nie przekątna, zwykły podział czworokąta na dwie części linią pionową, równoległą do jednego z boków. Matematyka ma to do siebie, że nie szarżują w niej byki, a tu ruszył ku mnie byk wspaniały niczym z grot Altamiry. Nie wiem, może był łagodny jak Fernando i chciał się tylko pobawić. Wolałam nie sprawdzać, bo naprawdę szarżował. Dobiegłam do jakiegoś płotu z gościnnie otwartą bramą i w ostatniej chwili zatrzasnęłam ją za sobą. Byk dopędził mnie, zatrzymał się przed bramą, sapiąc i pochylając łeb. Stał na mojej prostej od drogi do wału i wcale mi się nie podobał. Ruszyłam przed siebie mniej więcej równolegle do drogi, którą mi odebrał. Pokonałam pierwsze chaszcze, pierwszy płot pod napięciem, pierwszy kanał i wtedy pojawiły się następne zwierzęta, nie występujące w geometrii. „Krowy”. To właśnie w tym momencie znalazłam się w małej, nieznanej nikomu enklawie grozy. Moja mała groza, w gruncie rzeczy groteskowa – upał, krowa, giez, pokrzywa to nie jaguar, sęp i przepaść – trzymała mnie w uchwycie, czyhając, by wciągnąć w niebyt z dwoma niewiadomymi równie bezpośrednio jak sztorm i góra lodowa. Śmieszna groza. „Krowy”.

Ile razy wychodzę dobrowolnie z kręgu bezpieczeństwa, wiem, że idę w „krowy”. Nauczyłam się już wyczuwać je zawczasu. Znam je, bo istniały już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak się nazywają. Teraz już wiem. A mimo to idę. Wchodzę w bagna, idę wieczorem ulicami, po których kobieta sama nie powinna chodzić, odbywam podróże i podejmuję decyzje, wrzucające mnie w sam środek gniazda os, jakim jest życie społeczne, zbudowane przez małych sfrustrowanych gnojków. Zawsze wiem, że to „krowy”. Wiem i mimo wszystko idę.

Może nie powinnam pisać tego wszystkiego, bo Kosowo te nie pastwisko w niemieckiej wiosce. Ale Kosowo to moje następne „krowy”. Wiem i piszę podanie.

Niekiedy śni mi się, że wypędzają nas z domu. We śnie nie ma mowy o tym, dokąd mamy iść, ale ja wiem to przez cały czas. Powtarza się wtedy wciąż ta sama scena, w której biorą udział tylko kobiety z naszej rodziny. Moja matka zostanie odtransportowana. Moja siostra zabiera córkę i odchodzi, ja dobrowolnie idę razem z matką. Też mogłabym uciec, lecz idę. Pewnej nocy w jednym z tych snów coś się zmienia. Uciekam i natychmiast potem wracam. Lecz Mamy już nie ma.

A może tu nie ma się nad czym zastanawiać, nie warto psychoanalizować, szukać ukrytych motywów. Mój ojciec wywodzi się ze spolonizowanej rodziny tatarskiej. Może to wszystko po prostu geny wędrowania.

Tekst Doroty Cygan o kurach, napisany na pożegnanie blogu QRA. Niestety nie było okazji, żeby się pożegnać. Tu fragment niepotrzebnego  pożegnania:
Gdybym miała czas, na pożegnanie napisałabym pochwałę literatury, bo jej, w przeciwieństwie do nas, wszystko wolno, a niektóre rzeczy nawet musi. Wolno jej mówić prawdę i nazywać rzeczy po imieniu, a musi zrezygnować z mizdrzenia się, udawania, że jesteśmy lepsi od nas samych, kręcenia, przezornego zastrzegania się i kunktatorskiego poddawania się drobnomieszczańskim snobizmom. Bo literatura to nie political correctness. Na szczęście.
Ale tyle czasu nie mam. Gdybym jednak miała choć trochę tego czasu, którego nie mam, to dostalibyście tu ode mnie przynajmniej wpis o zalataniu współczesnego człowieka i o tym, że połyka fastfoody. Bo jednak gotowanie kury wymaga czasu i jest sztuką. Napisałabym też, że nie sztuka zjeść kurę, to nawet ja potrafię, sztuka poświęcić się jej dłużej niż przez 10 minut dziennie.
Chciałabym chyba też napisać, że kura bez soli i innych przypraw, czyli subtekstu, kontekstu i podtekstu, jest zupełnie banalnym białym mięsem bez smaku czyli tym, co połykamy codziennie, włączając telewizor, słuchając idiotycznych smalltalków w radiu i dialogów w tramwaju.
A zakończyłabym manifestem. Nie dajmy z siebie zrobić ersatzu i produktu zastępczego, mielonki wieprzowej ubitej w formę szynki! Już lepiej być kurą tłustą niż bezpłciowym kwadratowym kawałkiem czegoś paskudnego. A zatem: Wkurzajmy się!

O źródłach historycznych

Ewa Maria Slaska

Punktem wyjścia tego posta były preliminaria do prolegomeny oraz  prolegomena do wstępu do pewnego referatu, jaki wygłosiłam na Uniwersytecie Jagiellońskim w roku 2008. Referat dotyczył historii rodzin, jakie przybyły do Berlina w drugiej połowie XIX wieku. Udowadniałam w nim, że cokolwiek napiszę o tych rodzinach i tak będę pisała o sobie.

Bo…

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt badawczy, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego średniowiecznego Colas Breugnon, który, dzięki temu zleceniu, kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście, a z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć. Pisarz ma tu znacznie większą swobodę, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Historycy wiedzą zapewne znacznie lepiej niż ja, że okres pomiędzy datą napisania dzieła literackiego a  uznaniem go za źródło naukowe znacznie się skurczył w ostatnich latach. O ile bowiem nauka nigdy nie kwestionowała faktu, że „Iliada” i „Odyseja” są jedynymi źródłami pisanymi jakimi dysponujemy na temat wojny trojańskiej, a rejowska „Rozmowa między trzema osobami, panem, wójtem i plebanem” jest również dokumentem historycznym, o tyle historyk XIX-wieczny nie sięgnąłby po „Latarnika” czy „Pana Balcera w Brazylii”, żeby dokonać opisu współczesnego sobie życia Polaków na obczyźnie, co zrobi już historyk XX-wieczny. „Bo ile czasu trzeba, aż się temat świeży, jak figa ucukruje, jak tytoń uleży?” Sądzę, że jeszcze do niedawna dystans czasowy powinien był wynosić co najmniej 100 lat, a im był większy – tym lepiej i że dopiero w latach 70. ta głębia czasowa uległa znacznemu spłaszczeniu, co między innymi wiąże się zapewne z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie osobiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story” na podstawie literatury pięknej, pamiętników i oral history.

Literackie źródła historyczne nie są wysoko cenione przez metodologię i praktykę historyczną, uważa się, że literatura piękna nie jest wiarygodnym źródłem historycznym, gdyż autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, może to wprawdzie nie wiadomo jak przeinaczyć, ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Czyli w trójpodziale na fikcję, fakty rzeczywiste i tzw. klasę faktów historycznych, fikcją będzie „zwierzoczłekoupiór”, ale jego elementy składowe są faktami historycznymi, takimi samymi jak tarcza Achillesa i wachlarz Izabeli Łęckiej. Jerzy Topolski zakłada, że autor dzieła literackiego to szczególnego rodzaju kronikarz, modelujący rzeczywistość w sposób idealizacyjny, czyli zwracający uwagę na jej istotne cechy. Rzeczywistość przedstawiona dzieła literackiego może być zatem źródłem dla historyka, bowiem może informować go (w płaszczyźnie prawdy esencjalnej) o istotnych strukturach świata realnego.

Oczywiście najbardziej podoba mi się tu podejście Bronisława Geremka, który uważa literaturę za najlepsze zwierciadło zainteresowań, trosk i radości określonej epoki lub społecznej zbiorowości, a historia mentalności znajduje w literaturze swoją podstawową dokumentację dla badania zbiorowych postaw i zachowań, wrażliwości i sposobu myślenia.

Zachwyca mnie też teza Wojciecha Wrzoska, że historiografia, wywodząc się z literatury, obrała w czasach nowożytnych brzemienny w skutki kurs identyfikowania się z nauką, usuwając w cień to co w tej tożsamości było z tą tendencją niezgodne lub sprzeczne.

To wszystko po to, żeby powiedzieć, że cokolwiek napisałam lub zamierzam napisać, w gruncie rzeczy jest pisaniem o mnie samej, ale i tak nie należy tego deprecjonować, bo nawet wtedy mogę się ewentualnie stać źródłem historycznym.

Literatura to niewygodny świadek wszystkiego, czego dopuszcza się świat.
Tadeusz Konwicki