Ponury żart czyli Muzeum II Wojny Światowej

Ewa Maria Slaska (tekst i zdjęcia) i Anna Kuzio (zdjęcia)

Wszyscy wiemy… muzeum zostało zbudowane, przygotowano wystawę, a w międzyczasie zmienił się rząd i wystawa okazała się niepoprawna politycznie. Dlaczego? Bo nie wspiera polskiej narracji martyrologicznej, lecz obiektywną relację o wojnie w Europie. Tak twierdzą wszyscy, którzy tę wystawę już widzieli.

Pomysł utworzenia placówki muzealnej przedstawiającej losy Polski w latach 1939–1945 na szerokim tle europejskim, czytamy na stronie Muzeum, zaprezentował Prezes Rady Ministrów Donald Tusk w grudniu 2007 r.

Paweł Machcewicz, dyrektor muzeum, już dziesięć lat temu przygotował koncepcję wystawy (M2WS_Koncepcja). Wystawa wpisze się, czytamy, w krajobraz muzealny Polski i Gdańska, będzie więc korespondowała, zarówno z Muzeum Westerplatte w Gdańsku, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Żydowskim w Warszawie, jak i z tworzącym się właśnie Europejskim Centrum Solidarności. Wspólnie placówki te miały wykreować wielostronną, nowoczesną, multimedialną opowieść o historii Polski w szerokim kontekście europejskim.

Ze względu na lokalizację muzeum i polską inicjatywę jego powołania, piszą autorzy koncepcji, profesor Paweł Machcewicz i Piotr M. Majewski, wojenne losy Polski i Polaków zostaną w nim, co zrozumiałe, wyeksponowane. Nie może to jednak nastąpić kosztem umniejszania doświadczeń innych narodów – w tym także Niemców i Rosjan. Należy podkreślić, że nie zamierzamy tworzyć muzeum martyrologii narodu polskiego, ani muzeum chwały polskiego oręża, lecz placówkę o przekazie uniwersalnym, w której wydarzenia rozgrywające się w Polsce stanowiłyby jedynie część szerszego obrazu.

Zdjęcie Anna Kuzio

Stało się inaczej. Akurat, gdy dobiegały końca prace nad przygotowaniem wystawy, Muzeum stało się przedmiotem walk politycznych i zostało postawione w stan oskarżenia. Nowy rząd uznał, że Polsce nie jest potrzebna europejska perspektywa historyczna, bo najważniejsza jest perspektywa polska, patriotyczna i martyrologiczna. Choć oczywiście, zgodnie z koncepcją, wystawa zajmuje się też walką i męczeństwem Polaków.

Przez długi czas wydawało się, że niemal gotowa wystawa zostanie zlikwidowana lub dogłębnie zmieniona. Nie jest to wizja ani absurdalna, ani niemożliwa, nie jest to też  ponury żart prima-aprilisowy, bo taki los spotkał przecież ekspozycję w Muzeum Przełomy w Szczecinie.

Zdjęcia (powyżej i poniżej) ze strony Muzeum. Dziękujemy!

Muzeum zostało jednak, w “starej” wersji, otwarte 23 marca 2017 roku i na razie, póki losy wystawy się ważą, Polacy, którym leży na sercu demokracja i przynależność Polski do Europy, masowo je zwiedzają

Mnie udało się obejrzeć Muzeum w przeddzień otwarcia wystawy, Ania dotarła tam w dzień po. Ani udało się więc obejrzeć wystawę, ja musiałam poprzestać na fotografowaniu dekonstuktywistycznej bryły muzealnej, która jest dziełem gdyńskiego studia architektonicznego Kwadrat. Autorami projektu są Jacek Droszcz i Bazyli Domsta.

Ja więc powiem, że nie wiem jeszcze, czy podoba mi się to muzeum, ale na pewno jest interesujące i na pewno architektonicznie stanowi inspirujące nawiązanie do budynku Europejskiego Centrum Solidarności, co podkreśla jedność przyjętej opcji narracyjnej.
Z kolei Anna Kuzio ocenia, że wystawa jest dobra i ciekawa, interesująco prezentuje tematykę i jest bardzo nowoczesna. Chwali też ilość i jakość prezentowanych eksponatów.

A oto nasze refleksje fotograficzne.

Muzeum II wojny światowej w Gdańsku. Marzec 2017. Zdjęcia bryły architektonicznej – Ewa Maria Slaska, zdjęcia wystawy – Anna Kuzio.


 

   

 

Wiosna, Berlin, gender

Przez 13 lat Barbara Hoff, dziennikarka Przekroju, przygotowywała swoje kolekcje mody za darmo.  Pokazywała je w słynnych warszawskich domach handlowych MHD  i Mama przywiozła mi kiedyś taką bordową sukienkę z cieniutkiego sztruksu. Marzenie. Nosiłam do tego białe matowe kaloszki z Włoch. Drugie marzenie. Miałam… ech, nie będziemy się rozczulać nad upływem czasu. Było, miałam, miał, miau… Podobno w getcie warszawskim tych, co wspominali z nostalgią swój przedwojenny stan posiadania, nazywano koty. No bo miau, miau… Pisze o tym Mina Tomkiewicz w powieści Bomby i myszy. Już TU o niej kiedyś pisałam. Doskonała książka. Powinna być obowiązkową lekturą w każdej polskiej i niemieckiej szkole. Tymczasem nikt nic o niej nie wie i nawet w bibliotekach trudno ją znaleźć.

W Berlinie wiosna. Wiosna jest co roku taka sama, nie ma się co powtarzać, sięgnę po prostu do tekstu, który kiedyś z tej niezwykłej okazji opublikowałam Kurierze Szczecińskim. Ze 20 lat temu pisałam dla Kuriera co dwa tygodnie felietoniki zatytułowane Ulice w Berlinie. Współpraca z Kurierem skończyła się tak, że jeszcze dziś przypominam sobie o tym z pewnym zdumieniem. Pewnego dnia, akurat właśnie pisałam kolejny felieton, przyszedł mail od redakcji, że od zaraz przestaję z nimi współpracować i już nic więcej nie mam przysyłać. Koniec kropka. Podobno felietony się podobały, mówili mi to nawet obcy ludzie, którzy wcale nie wiedzieli, że to ja jestem autorką. Zaprzyjaźniony dziennikarz i pisarz, który mnie tam publikował, powiedział mi potem, że w redakcji zrobiono cięcia budżetowe i już nie wolno było zamawiać żadnych tekstów spoza zespołu redakcyjnego. Ale nie wiem, czy to możliwe. Zarabiałam zawrotną sumę 24,5 złotych za felieton, 50 złotych miesięcznie. Po pięciu miesiącach kupiłam sobie za honoraria malutką kurteczke w stylu pseudo-etno. Cięcia budżetowe oszczędzające redakcji 50 złotych na miesiąc? Pewnie jakby mnie zapytali, to bym odpowiedziała, że OK, mogę pisać za darmo. Tacy jak my mnóstwo robią w życiu za darmo. A Mama twierdziła nawet, że nic jej się w życiu tak nie opłacało jak takie właśnie prace. Mnie zresztą też…

Teraz, szperając po komputerze znalazłam kilka dawnych tekstów z Kuriera, zupełnie “jak znalazł” również i dziś. Wiosna w Berlinie.

Czy pisałam już, że wiosna jest najładniejszą porą roku w Berlinie? Na wszelki wypadek napiszę znowu o wiośnie, bo właśnie przyszła, a nawet nie tyle przyszła, co wybuchnęła jak nagła burza kwitnących krokusów i zieleniących się drzew. Berlin jest miastem pełnym lasów, parków, ogrodów, skwerów i zieleńców, a w ostatnim czasie miasto opanowało istne szaleństwo sadzenia wiosennych kwiatów, przede wszystkim krokusów. Sadzi się je wielkimi nieregularnymi kępami dosłownie wszędzie, gdzie tylko jesienią da się wetknąć cebulkę. Pierwsze krokusy pojawiają się w połowie marca, ale są marne i niewyraźne, jakby zakatarzone, ale wystarczą dwa trzy dni słońca i Berlin po prostu tonie w żółtych i fiołkowych kałużach.

Moda się znowu zmieniła – napisałam i tu już trzeba było porzucić na chwilę cytat, bo akurat wtedy modne były pastelowe kolorki i bliźniaki – pamiętacie, oczywiście, bliźniaki? Wracamy do tekstu kanonicznego:

Panie z mojego pokolenia na pewno pamiętają, takie małe super-cuda, jedno na drugim, sweterki-marzenie, w niczym nie przypominające towarów z emhade i społem. Bliźniaki kupowało się w komisie, ale naprawdę dorastające panny rzadko kupowały coś w komisie, więc oglądało się je na różnych dorosłych paniach. A teraz proszę, można iść do sklepu i kupić, jak się dobrze poszuka to już i za 30 marek trafi się bliźniak po prostu czarujący…

Wiosną 2017 ulica nosi krótsze nogawki spodni lub spodnie podwinięte. Musi być widać kostkę. Mnóstwo starych ciuchów, z lat 50, 60, 70. Dużo sukienek, które z powrotem wyglądają jak sukienki, wcięte w pasie, rozkloszowany dół do kolan. W kwiatki lub koronkowe. Wciąż jest dużo etno, przydałoby się, gdyby w szafie wciąż wisiały spódnice-pasiaki z Hofflandu.

A jak mi już wiosennie zeszło na wspominki, to zapytam, czy pamiętacie Państwo, kto bił pierwszą monetę słowiańską? Oczywiście: Jaksa z Kopanicy.

Już TU o nim pisałam:

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

Wracam do starego tekstu sprzed 20 lat (w końcu ogłaszam się jako salon “odrzuconych”, a po prawdzie do dziś czuję się przez nich “odrzucona”, ale to pewnie dlatego, że po prostu bardzo lubię pisać felietony, krótkie aktualne teksty o wszystkim i o niczym, i moim niedościgłym marzeniem jest być felietonistką w jakiejś redakcji. Taką, żeby czytelnicy rozpoczynali lekturę gazety od mojego felietonu! O!)

Kopanica to Köpenick, najbardziej na południowy-wschód wysunięta dzielnica Berlina, położona na wyspie u ujścia rzeki Dahme do Szprewy, czyli jak ją Kraszewski nazywał Szprei.

Znowu muszę na chwię wskoczyć z powrotem do współczesności, bo o Kopanicy też TU już kiedyś pisałam.

Próbuję sobie przypomnieć jak wyglądał ów brakteat Jaksy, moneta tak cienka, że bita tylko jednostronnie. Najpierw zdawało mi się, że Jaksa z monety siedział na tronie z włócznią w garści, ale gdy to napisałam, to wydało mi się, że tak to raczej wyglądał cesarz Rzeszy Niemieckiej Otto I, a Jaksa z reszki miał zaledwie niewyraźny zarys głowy z jakąś taką toporną koroną… (…)

Jaksa żył w XII wieku, był księciem słowiańskiego plemienia Stodoran, jego państwo-miasto na wyspie nazywało się Copnik czyli kopa czyli góra albo hałda, a do Köpenick jedzie się kolejką miejską, a potem tramwajem lub autobusem, a najlepiej ze stacji na piechotę, przez mosty, do głównego placu, albo na wyspę z pałacem myśliwskim z XVI wieku (dziś muzeum rzemiosła artystycznego) lub prosto nad któreś z licznych jezior.
Köpenick przeszło jednak do historii a z historii do literatury nie z uwagi na Jaksę, lecz z przyczyny niejakiego Wilhelma Voigta, szewca, który ponad pół życia spędził w więzieniu za różne drobne przestępstwa. W roku 1906 Voigt po raz kolejny wyszedł na wolność i postanowił zacząć uczciwe życie. Uwikłany w biurokratyczne niemożności – bez zameldowania nie ma pracy, bez pracy zameldowania – Voigt, kupił w sklepie ze starzyzną mundur kapitana. Mundur był Cesarstwie Pruskim taką samą przepustką do normalnego, ba, dobrego życia, jak w dzisiejszych czasach elegancki garnitur firmy Armani. Przebrany za kapitana Voigt najpierw podporządkował sobie oddziałek przechodzących ulicą żołnierzy, po czym udał się w ich towarzystwie do ratusza, gdzie aresztował burmistrza i zarekwirował kasę. Na zakończenie zabawy, nazwanej później przez prasę “köpenickiadą”, samozwańczy kapitan, zanim kazał żołnierzom odprowadzić więźnia na posterunek do Berlina, fundnął im jeszcze po piwie z kiełbaską. Szewski żart odbił się echem w całych Prusach, podobno nawet cesarz miał się uśmiać do łez, co sprawiło, że Voigt został wprawdzie znowu skazany, ale też i dzięki łasce cesarskiej szybko wypuszczony na wolność. Voigt zarabiał odtąd na życie, występując w cyrku, pisząc pamiętniki i sprzedając pocztówki z własną podobizną i autografem. W roku 1931 Carl Zuckmayer napisał sztukę pt. “Kapitan z Köpenick”, w której surowo rozliczył się z pruskim posłuszeństwem, biurokracją i militarnym drylem. Po kilkudziesięciu latach jednak, gdy cała sprawa przestała już być żenująca, a stała się po prostu zabawna, dzielnica Köpenick wykorzystała historię Voigta jako atrakcję turystyczną. W ratuszu obejrzeć można wystawę “o życiu i dziełach” Wilhelma Voigta, przed portalem znajduje się rzeźba przedstawiająca “köpenickiadę”, a jej inscenizacja co roku w czerwcu inauguruje lokalne święto, tak zwane “lato w Köpenick”.

To jednak latem, teraz w Köpenick kwitną krokusy.

Krokusy na Kudammie czyli głównej ulicy w Berlinie ongiś Zachodnim. Zdjęcie w dniu 15 marca 2017 opublikowała berlińska gazeta Morgenpost. Kradnę, ale mam jakieś dziwne poczucie, że zdjęcie to właśnie po to opublikowano, żeby je kraść.

I na zakończenie kilka migawek z Berlina 2017. Nie mają nic wspólnego ani z wiosną, ani Kurierem, ani Hofflandią. No ale gdzieś je muszę w końcu umieścić, zanim o nich zapomnę.

Idziemy z wnukiem na pierwsze lody. Popatrz, mówi dziecko, wszystkie kobiety jedzą lody różowe, a wszyscy panowie brązowe. My oczywiście też, ja truskawkowe z kawałkami owoców, on czekoladowe z czekoladą. I niech mi ktoś powie, że nie ma gender!

W sklepie kilkuletni chłopczyk pałęta się koło półki ze słodyczami. Obok stoi ktoś tak jednopłciowy, że zastanawiam się, czy dziadek czy babcia. Chłopczyk rozwiązuje zagadkę: Mama! woła. No, nie ma gender!

W metrze jadą trzy kobiety i dziecko: staruszeczka, pani w dobrze średnim wieku i młoda, dorodna, chciałoby się wręcz rzec – hoża dziewoja. Z nimi mała dziewczynka. Jugosłowianki. Podobne do siebie jak cztery krople wody. Kiedy ja ostatni raz widziałam taką piękną czteropokoleniową rodzinę? I na dodatek same kobiety! Naprawdę – jest moc!

W dzień później w tym samym metrze, którym jadę do pracy, też trzy kobiety. W ciągu pięciu minut wsiadły i wysiadły na kolejnych stacjach trzy sprzedawczynie gazety bezdomnych MOTZ. Gdy jedna wysiadała, druga wsiadała. Trzy bezdomne kobiety! Nigdy dotąd nie widziałam ich tylu na raz.

Zadaję sobie pytanie, czy nagle, z jakiegoś powodu, liczba kobiet w potrzebie się zwiększyła, czy też ktoś przedsiębiorczy zorientował się, że lepiej zarabiają sprzedawczynie gazetki i zatrudnia teraz biedaczki a nie biedaków. Bo datki dajemy głównie my, kobiety, często my, starsze panie, i nasza kobieca solidarność każe nam zawsze dać zapomogę kobiecie, która prosi o pomoc.  Nie wiem więc, czy są biedne czy biedne i wyzyskiwane… I czuję się jak w Kalkucie, gdzie nie chciałam wsiąść do rykszy, bo w innych miastach w Indiach były ryksze motorowe, a tu ciągną je starzy wychudzeni mężczyźni. I nie chcę, i nie wiem, czy to dla nich dobrze, że nie chcę, czy przeciwnie, to moje bzdurne sentymenty dobrze sytuowanej kobiety, bo jak mnie ciągną, to zarabiają na życie. Tak jak szwaczki w Bangladeszu.

Nagle nie ma mocy, jest tylko niemoc!

Reblog: Das unmögliche Jahr 1917

1917: Das unmögliche Jahr

19. Januar 2017

Als Harry Graf Kessler, der Kulturflaneur, Weltbürger und Offizier, am 31. Dezember 1917 im noblen Restaurant des Berliner Hotels Kaiserhof zu Abend aß, musste er nicht hungern. Nur die Preissteigerung fiel ihm unangenehm auf: “Sylvesteressen für 25 M.: Gänseleberpastete, Schildkrötensuppe, Karpfen blau, Junge Pute vom Spiess mit Salat, Eisbecher. Recht gut und reichlich, wenn auch 25 M. mehr als das Doppelte des Friedenspreises ist.”

Das vergangene Jahr, daran war für ihn nicht zu zweifeln, habe den “grössten Umschwung in der Weltlage gesehen”, mit dem in diesem Ausmaß weder er noch andere hatten rechnen können. Mit der “russischen Revolution, dem russischen Frieden und der Einmischung Amerikas in Europa” sei es “eines der denkwürdigen Jahre der Weltgeschichte”.

Jedes Jahr des Ersten Weltkrieges brachte seine eigenen Herausforderungen und Umbrüche mit sich. Und doch war den Zeitgenossen Ende 1917 klar, dass sich eine besondere Zäsur andeutete, dass der Krieg in ein neues Stadium eingetreten war. Man spürte eine nach außen wie nach innen gerichtete Dynamik, die neue Möglichkeiten eröffnete und zugleich Katastrophen andeutete. Etwas veränderte sich, aber die Richtung war noch unklar, der Ausgang offen.

Das année impossible, das “unmögliche Jahr”, hat der französische Historiker Jean-Jacques Becker 1917 achtzig Jahre später genannt. Unmöglich waren die Belastungen, unvorstellbar die Opfer an den Fronten und in den Kriegsgesellschaften. Unmöglich schien es aber auch, die Ereignisse zu ordnen und abzuschätzen, welche Folgen die sich abzeichnende Verschiebung der politischen Gewichte und der Zerfall der alten Imperien – des Zarenreichs, der Habsburgermonarchie und des Osmanischen Reichs – haben würden.

Hundert Jahre später kennen wir dieses Gefühl nur zu gut. Im Rückblick sehen wir umso klarer: 1917 war tatsächlich, wie Kessler es ahnte, ein Jahrhundertjahr – und es wirkt bis in unsere Gegenwart hinein, denn viele der großen Konflikte und Hoffnungen des 20. und des noch jungen 21. Jahrhunderts liegen in ihm wie in einem Kern verdichtet.

Am Anfang steht der Schrecken des Stellungskrieges mit seinen immer weiter steigenden Opferzahlen. Zwar gelingt im Osten der Übergang zum Bewegungskrieg, was zum faktischen Sieg der Mittelmächte über Russland führt, im Westen aber bleiben die Fronten starr. Die Materialschlachten von 1916, vor Verdun und an der Somme (und an der Ostfront in Galizien), erzwingen neue Antworten, militärische wie politische.

Eine dieser Antworten ist die weitere Hochrüstung und Dynamisierung des Krieges, der nun vollends zum modernen Krieg des 20. Jahrhunderts wird – mit Bombardements aus der Luft, die immer weniger mit einem “ritterlichen Kampf” zu tun haben; mit der Ausweitung der U-Boot-Angriffe auf Versorgungskonvois; mit modernen Panzern, die am Ende des Jahres zum ersten Mal massenhaft gegen die deutsche Front eingesetzt werden.

Im Innern entwickelt sich der Krieg zu einem Test für den Zusammenhalt von Nationen und Gesellschaften. Im Deutschen Reich nehmen im “Steckrübenwinter” 1916/17 Unruhe und Unzufriedenheit massiv zu. In Großstädten weiden die Menschen auf der Straße die Kadaver erfrorener Pferde aus. Auf den Schwarzmärkten explodieren die Preise, Kriminalität gehört mehr und mehr zum Alltag. Die Ordnung des Kaiserreichs bekommt tiefe Risse.

In Frankreich nährt die äußerste Anstrengung für einen letzten großen Vorstoß im Frühjahr 1917 die Hoffnung auf ein nahes Kriegsende. Doch als die Offensive unter hohen Verlusten scheitert, schlägt die Enttäuschung in Protest um. In mehr als sechzig Divisionen meutern im Mai und Juni die Soldaten, während in der Heimat Tausende von Arbeitern – und vor allem Arbeiterinnen – demonstrieren und streiken. Es ist nicht Pazifismus, was die Franzosen aufbegehren lässt: Sie fordern faire, würdige Bedingungen, um den Krieg gegen die deutschen Angreifer und Besatzer fortzusetzen.

Während sich die meuternden Soldaten in Frankreich auf die Werte der egalitären Republik berufen, stellen die erschöpften und enttäuschten städtischen Massen in Russland die Ordnung des Zarenreichs grundsätzlich infrage. Am 15. März zwingen sie in Petrograd Nikolaus II. zur Abdankung. Siebzehn Monate später wird er auf Befehl der führenden Bolschewiki mitsamt seiner Familie ermordet.

Auch im Westen gibt es Neues

Anfang 1917 ist hingegen noch nicht ausgemacht, dass die Bolschewiki die Macht an sich reißen werden. Die aus der Februarrevolution hervorgegangene provisorische Regierung setzt unter der Führung von Kriegsminister Alexander Kerenski den Kampf an der Seite der Alliierten zunächst fort. Doch genau das gibt den Bolschewiki Auftrieb – worauf auch die deutsche Regierung setzt. Um das Zarenreich zu schwächen, schmuggelt sie im April den Revolutionär Wladimir Iljitsch Lenin aus dem Schweizer Exil nach Russland.

Mit dem Versprechen von Frieden, Brot und Land appellieren die Bolschewiki dort an Soldaten und Arbeiter. Mit Erfolg: Nach dem Scheitern der Kerenski-Offensive im Sommer löst sich der Zusammenhalt des russischen Militärs auf. Die Soldaten desertieren zu Tausenden, auch weil sie bei der Klärung der Landfrage zu Hause sein wollen.

Im Oktober schließlich nutzen die Bolschewiki die fortschreitende Auflösung staatlicher Strukturen zur Machtübernahme. Wenig später ziehen sie sich unter enormen territorialen Verlusten aus der Allianz gegen die Mittelmächte zurück. Die Weltrevolution, von der Leo Trotzki träumt, ist zunächst verschoben. Russland scheidet aus dem Krieg aus, weil Lenin erkennt, dass die Bolschewiki sich auf den Bürgerkrieg im eigenen Land konzentrieren müssen, wenn sie ihre Ziele langfristig durchsetzen wollen.

Auch im Westen gibt es Neues: Im April, Lenin ist gerade in Petrograd angekommen, treten die Vereinigten Staaten in den Krieg ein.

Diese Entscheidung hat mehrere Ursachen. Sie ist eine Reaktion auf den deutschen Versuch, mit dem unbeschränkten U-Boot-Krieg den Sieg zu erzwingen und die britische Blockade zu durchbrechen, die bereits Hunderttausende deutsche Zivilisten das Leben gekostet hat. US-Präsident Woodrow Wilson bringt aber auch eine eigene Agenda mit: 1917 übernehmen die USA eine neue welt- und europapolitische Rolle.

Indirekt haben die Vereinigten Staaten schon zuvor auf den Krieg eingewirkt. Großbritannien und Frankreich sind längst von amerikanischem Kapital und amerikanischen Kriegsgütern abhängig – so sehr, dass man im Frühjahr, zumal in London, alles daransetzt, die USA wenn nötig in diesen Krieg zu zwingen, um ihre militärischen und ökonomischen Ressourcen zu mobilisieren. Das hat allerdings seinen Preis: Es macht die Regierungen der europäischen Entente unter David Lloyd George und Georges Clemenceau viel stärker als bisher abhängig von der Politik Wilsons. Und dessen weltpolitische Konzepte werden die europäischen Kolonialmächte mindestens so sehr herausfordern wie Lenins Revolution.

Genau darin liegt die wohl wichtigste Wirkung dieses “unmöglichen Jahres”: Mit dem Machtwechsel in Russland und dem Kriegseintritt der USA zeichnen sich gleich zwei neue Ordnungsmodelle mit globaler Strahlkraft ab.

Bereits im Januar 1917 entwickelt der amerikanische Präsident seine Vision einer neuen Weltordnung, gegründet auf das Ideal nationaler Selbstbestimmung. Die “kleinen Völker” sollen auf einer Stufe mit den etablierten Mächten stehen: “Keine Nation sollte danach streben, ihr politisches System auf eine andere Nation oder ein anderes Volk auszudehnen”, verkündet er. Stattdessen solle jedes Volk “frei über sein politisches System, seine eigene Entwicklung bestimmen können, ungehindert, frei von Bedrohungen, unerschrocken, die kleinen Nationen an der Seite der großen und mächtigen”. Wilson will damit ausräumen, was er für eine Hauptursache des Krieges hält: die “Missachtung der Rechte von kleinen Nationen und Völkern, denen die Verbindungen und die Macht fehlten, ihre Ansprüche geltend zu machen und so ihre eigenen Bündnisse und politisch-konstitutionellen Formen zu bestimmen”.

Sein Appell findet ein gewaltiges Echo. Zuerst in den Bevölkerungen der multiethnischen Großreiche, in der Habsburgermonarchie, im Osmanischen Reich. Doch die neuen Ideale sind nicht nur ein Versprechen für Tschechen, Polen, Slowaken oder Araber, sondern auch für Inder, Chinesen und Koreaner. Sie stimulieren antikoloniale Bewegungen in Indien genauso wie in Ostasien und Afrika. Wilson avanciert zu einer Heilsfigur, überladen mit widersprüchlichen Erwartungen, die spätestens 1919 bei den Friedensverhandlungen kollidieren werden.

In London und Paris beobachtet man seine Ideen schon 1917 argwöhnisch, weil man eine Destabilisierung der eigenen Kolonialherrschaft in Afrika und Asien fürchtet. Und das in einem Moment, in dem Großbritannien und Frankreich mehr denn je auf Ressourcen und Soldaten aus ihren überseeischen Gebieten angewiesen sind, um den Krieg in Europa fortsetzen zu können.

Im November des Jahres legen die Bolschewiki ihr Programm vor. Auch sie erteilen der alten imperialistischen Geheimdiplomatie der europäischen Großmächte eine Absage – alle vom Zarenreich abgeschlossenen Geheimverträge mit der Entente werden offengelegt. Und ähnlich wie der US-Präsident bekennen sich auch die Bolschewiki zum Prinzip der Selbstbestimmung der Völker. Einen Krieg fortzusetzen, in dem “die starken und reichen Nationen die von ihnen annektierten schwachen Völkerschaften unter sich aufteilen”, verkünden sie, sei “das größte Verbrechen an der Menschheit”. Den Nationalbewegungen innerhalb des erodierenden multiethnischen Zarenreiches gibt dies enormen Auftrieb; der Zerfall des alten Imperiums schreitet rasant voran.

Eine kurze Atempause

Augenfälliger als solche Gemeinsamkeiten sind freilich die Unterschiede zu Wilsons Ideen: Anstelle demokratischer Interventionen im Namen von Kapitalismus und liberalem Internationalismus propagiert Lenin die Weltrevolution und den internationalisierten Bürgerkrieg – am Horizont scheint die Möglichkeit eines antikolonialen Befreiungskampfes in der ganzen Welt auf. 1917 deutet sich damit bereits jene Konstellation an, die den Kalten Krieg prägen wird.

Wie sehr Wilson fürchtet, dass die Bolschewiki die Deutungshoheit in diesem Ringen erobern könnten, zeigt sich am Ende des Jahres. Seine berühmten 14 Punkte vom Januar 1918 sind eine ideologische Offensive, um die Weltöffentlichkeit auf das Programm Washingtons einzuschwören. Was auch weitgehend gelingt: Während die Bolschewiki ihre Macht erst noch in einem blutigen Bürgerkrieg behaupten müssen, der auf russischer Seite in den kommenden Jahren mehr Tote fordern wird als der Weltkrieg bis zum Oktober 1917, erblicken die Menschen im “Wilson-Frieden” weltweit ein Hoffnungszeichen.

Kein fragiles Gleichgewicht egoistischer Machtinteressen mehr, sondern eine internationale Ordnung auf Grundlage von Selbstbestimmung und Freiheit, im Zeichen einer neuen Moral – dieses verheißungsvolle Versprechen wirft indes auch damals schon Fragen auf. Als sich Ende 1917 in Umrissen abzeichnet, was Wilson in Aussicht stellt, schreibt Thomas Mann: “Wir Menschen sollten uns nicht allzu viel Moral einbilden. Wenn wir zum Weltfrieden […] gelangen – auf dem Wege der Moral werden wir nicht zu ihm gelangt sein. Scheidemann sagte neulich, die Demokratie werde auf Grund der allgemeinen Erschöpfung reißende Fortschritte machen. Das ist nicht sehr ehrenvoll für die Demokratie – und für die Menschheit auch nicht. Denn die Moral aus Erschöpfung ist keine so recht erbauliche Moral.”

Zunächst allerdings wirkt Wilsons Programm keineswegs befriedend, sondern treibt die globale Expansion des Krieges voran. 1917 bringt eine Welle neuer Kriegserklärungen. Denn für viele Staaten gibt es auf einmal etwas zu gewinnen – vor allem einen Platz an den Tischen der Friedenskonferenz und damit eine Mitwirkung an der künftigen Weltordnung. Den USA folgen aufseiten der Entente zwischen April und November 1917 unter anderem Kuba, Guatemala, Siam, Liberia, China, Brasilien und Panama.

Auch im Nahen Osten herrscht Aufbruchstimmung. Das Osmanische Reich, verbündet mit Deutschland, steht Ende 1917 vor dem Kollaps – nicht zuletzt, weil die von den Briten geförderte arabische Rebellion gegen die osmanische Herrschaft erfolgreich ist. Im Dezember erobern britische Truppen Jerusalem. Es bleibt ein kurzer Triumph: Willkürlich gezogene Grenzen und die unvereinbaren britischen Versprechen an die Araber, die zionistische Bewegung und die eigenen Verbündeten werden dazu beitragen, die Region in das Pulverfass zu verwandeln, das sie bis heute ist.

Ein Frieden, ein Weltfrieden gar, ist 1917 in weiter Ferne – trotz aller Friedenssondierungen dieses Jahres. Erst machen die Abgeordneten des deutschen Reichstags einen Vorstoß, dann Karl, der neue Kaiser in Wien, schließlich Papst Benedikt XV. Aber alle Bemühungen scheitern, weil die militärische Situation offenbleibt und keine Seite die eigene Position schwächen will. Die deutsche Militärführung hofft angesichts des Ausscheidens Russlands umso mehr auf einen Siegfrieden – wenn die Menschen nur bereit sind durchzuhalten. Auch in Großbritannien und Frankreich mobilisiert man noch einmal alle Kräfte. Gerade angesichts der immensen Opfer der vergangenen vier Jahre gilt ein Kompromissfrieden als undenkbar, was zu einer paradoxen Selbstverlängerung des Kriegs führt: Je mehr Tote er fordert, desto bedingungsloser konzentriert man sich auf einen Sieg, der alle zurückliegenden Schrecken und Anstrengungen rechtfertigen muss.

Mehr und mehr ähneln die Regime und Kriegsgesellschaften Häusern, von denen nur noch die äußeren Wände stehen und die beim nächsten Einschlag in sich zusammenfallen können. “Der Sieger ist derjenige, der es schafft, eine Viertelstunde länger als der Gegner zu glauben, dass er nicht besiegt wurde”, schreibt Anfang 1918 der französische Kriegspremier Georges Clemenceau. Wer das sein wird, bleibt bis in den Spätsommer 1918 offen.

Harry Graf Kessler beobachtet im Dezember 1917 das sich abzeichnende Ende des Krieges in Osteuropa: “Heute treten in Brest-Litowsk die russischen und deutschen Bevollmächtigten zu Waffenstillstands-Verhandlungen zusammen”, notiert er in Erwartung einer “in so vielen Beziehungen weltgeschichtlichen Verhandlung”.

Für die Bolschewiki ist das Treffen eine kurze Atempause auf dem Weg von der Revolution zur Gründung der Sowjetunion. Deren Geschichte endete vor 25 Jahren kaum vierzig Kilometer vom Ort der Friedensverhandlungen entfernt. Dort liegt im Wald von Belowesch eine alte sowjetische Regierungsdatscha, in der sich am 8. Dezember 1991 der russische Präsident Boris Jelzin, Weißrusslands Parlamentschef Stanislaw Schuschkewitsch und der ukrainische Präsident Leonid Krawtschuk treffen, um die Auflösung der Sowjetunion zu beschließen. 1917 bis 1991, das war das sowjetische 20. Jahrhundert.

Und die Vereinigten Staaten? 1917 begaben sie sich in eine neue historische Rolle, die weltweit Hoffnungen weckte. Heute, hundert Jahre später, scheint es denkbar, dass diese Politik, dass das lange amerikanische 20. Jahrhundert zu einem Ende kommt. Ermessen können werden es nur künftige Historiker: Erst im Rückblick bilden sich die Maßstäbe, die aus der bloßen Chronologie der Ereignisse historische Epochen hervortreten lassen.


Rok 1917

Ten rok będzie do nas wracał i wracał. To rok rocznic.

Andrzej Rejman

Rewolucja

Czytam w artykule Wacława Radziwinowicza -“… Sto lat temu bolszewicy obalili cara. Teraz rosyjscy publicyści zapowiadają ‘nowy siedemnasty’ – rozpad i krach imperium Unii Europejskiej….”

Pomyślałem, że mam przecież oryginalne zapiski mojego pradziadka, Adama Hrebnickiego z tego okresu – zobaczę, co pisał o tej rewolucji w 1917 roku*.

3_adam_hrebnicki_w_swoim_mieszkaniu_w_instytucie_lesnym_Hrebnicki (1857-1941) mieszkał od czasu studiów czyli od ok 1880 roku w Petersburgu ze swoją córką Marią (ur. 1892) , która była studentką Akademii Sztuk Pięknych. (Obrazy Marii Hrebnickiej znajdują się obecnie w Muzeum w Raju, ob. Rojus, Litwa). Hrebnicki był już w 1917 r. profesorem i prowadził wykłady w Instytucie Leśnym.

Adam Hrebnicki w swoim mieszkaniu w Petersburgu

Dziennik pisał od przełomu wieków XIX i XX, opisując w nim głównie bieżące sprawy zawodowe, przy precyzyjnym odniesieniu do warunków przyrodniczych, pogody, uwzględniając także finanse. Jeśli chodzi o te ostatnie, trzeba przyznać, że mimo w miarę stałej, państwowej pracy, ciągle cierpiał na braki gotówki, o czym pisze często.

fot_2_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_edi fot_1_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_rdi

W szczegółowych zapiskach z tych lat nie brakuje odniesień do ważnych wydarzeń bieżących, tym bardziej, że do “serca” rewolucji miał blisko, wystarczyło podjechać tramwajem na Plac Newski.

7_tramwaj_w_inst_lesnym_petersburgTramwaj w Petersburgu ok 1912

Adam Hrebnicki pisze w brulionie oznaczonym datą 1917:

(pisownia oryginalna, rękopis znajduje się w Instytucie Ogrodniczym w Kownie, fotokopia z archiwum rodzinnego)

24/II piątek, 07 godz. rano, -6ºR. (w skali Réaumura = -7,5 C przyp. mój AR), szaro, dość cicho,

Rano od męża Elżbiety, który teraz żyje u nas, bo jest bez roboty, doszła nas wieść że tramwaje nie chodzą… No. 20 ani 21 nie szły, ale konką (chodzi o tramwaj konny, przyp. mój AR) dojechaliśmy do Stroganowa… a dalej No. 2 do Newskiego… Tu juz z daleka było słychać tłumny śpiew : “Wstawaj, podymajsia, raboczyj narod…”** i Kozacy wyjeżdżali z dziedzińca miastowej dumy, czy z piereułka, trudno było pojąć, w wielkiej ilości – i bodaj poparli tłumy na Czernyszow. zaułek. Na Newskim stały masy tramwai bez rączek i bez ruchu puste. Poszliśmy na chwilę do kościoła św. Katarzyny, i kiedy wyszli stamtąd już było tylko dużo ludzi na trotuarach, ale zupełnie spokojnie na ulicy. Odprowadziłem Manię do rogu Morskiej, widząc spokój wróciłem na Sadową, i po niej do Banku Birży (Bank Giełdy, przyp. mój, AR). Tramwaje już zaczęły chodzić jakby nigdy nic. Spotkałem też Marę (Małgorzatę Hrebnicką, swoją synową, przyp. mój, AR) z jakąś panią szły z Ekonomicznego Magazynu z zakupami…

Powróciłem do domu (tramwajem) No 21, od Newskiego zupełnie spokojnie.

**Вставай, поднимайся, рабочий народ! (ros. “powstańcie ludzie pracy” – “Marsylianka robotnicza” – rosyjska rewolucyjna pieśń na melodię hymnu francuskiego – “Marsylianki” Śpiewana jako hymn w pierwszych miesiącach po rewolucji lutowej w Rosji (przyp. mój AR)

28/II. wtorek, 07 godzina rano – 8st R., jasno, słaby wichrzyk.

4_budynki_instytutu_lesnego_stoi_adam_hrebnickiPetersburg. Teren Instytutu Leśnego, stoi A. Hrebnicki

Rano Paweł przyszedł objawić, że już naklejone ……. (tu niezbyt czytelne, pewnie chodzi o odezwę w sprawie sytuacji w Petersburgu, przyp. mój, AR) , co wyjaśnia położenie z wezwaniem na dziś wieczór deputatów, wojska, narodu i robotników do narodowego przedstawicielstwa. Podpisano to zwrócenie się (odezwę, przyp. mój, AR) “Rodzianko i innymi….deputatami Dumy Państwowej”. Jest też o tem jakie pułki podjęły powstanie. Forteca w ich ręku….Poczta, telegraf i telefon nie działają…… młody Filipow widział, jak nie wiadomo kto i skąd zabił żołnierza, koło mostu niedaleko stąd…

O g. 9. rano na egzamin do mnie naturalnie nikt nie przyszedł.

Spotkałem Spiesiwcewa, on myśli, że warto byłoby nam zebrać się w Instytucie, żeby wspólnie coś obmyślić i uradzić, a przynajmniej choć trochę zorientować się w wytworzonej sytuacji.

Pociągi już nie chodzą – Finlandzką, Nikołajewską, a Warszawska ma dziś zabastować… (ros. забастовать, zastrajkować)

6_petersburg_twierdza_pietropawlowska

… Wyjaśniło się też ze słów studentów Ołowcewa i Putilina, który tylko co wrócił z jakiegoś zebrania, że w Państwowej Dumie, która funkcjonuje paralelnie z … (nieczytelne, prawdopod. Radą Delegatów Robotniczych, przyp. mój, AR) jako Rząd Narodowy, Dyktatorem Narodowym, tak chyba jego można nazwać wybrany został, czy sam się zgłosił, deputat Kiereńskij. (Aleksandr Fiodorowicz Kiereński, ros. Александр Фёдорович Керенский – rosyjski polityk, z wykształcenia prawnik. Premier Rządu Tymczasowego w Rosji po rewolucji lutowej, obalony przez przewrót bolszewicki. przyp.mój, AR)

U góry Twierdza Pietropawłowska ok 1910/ na dole: Giełda w Petersburgu ok 1910

5_gielda_petersburg***

Kronsztat (Kronsztad, Kronsztadt – do 1723 Kronszłot, ros: Кроншлот, silnie ufortyfikowany rosyjski port morski, położony na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, około 30 km na zachód od Petersburga, przyp. mój, AR ) już przeszedł do rąk rewolucjonierów (będę ich nazywać powstańcami)… Ministrowie pouciekali. Pitizin, Tiurmer, Szczegłowitow (prezes Senatu) – aresztowani, i siedzą w tiurmie. Protopopow zabity. Kilka nowych pułków przyłączyło się do powstańców.

Instytut ochraniają studenci z karabinami, stanowiący straż naodową.

Do miasta przejście pojedyńczym osobom – swobodne, mas i jadących – nie przepuszczają przez żaden most na Newie. Poczta nasza ochrania się strażą narodową – studentami z karabinami. Nastrój dość podniesiony, ale i dość spokojnie… Cesarz – jakoby – wywieziony do Stawki. (Stawka Naczelnego Dowódcy (ros. Ставка Верховного Главнокомандующего, – organ naczelnego kierownictwa polowego i kwatera główna Naczelnego Dowódcy armii rosyjskiej na teatrze działań wojennych w I wojnie światowej – rozformowania 16 marca 1918 r., przyp. mój. AR) więcej od tego, co rano był naklejony przy poczcie – nie ma. Będziemy czekać do jutra.

4/III, 1917, sobota, 5 godz. rano -15 st. R

… Mnie rewolucja taka już nadojadła, jak i wiele komu, zapewne, już w Piotrogrodzie chce się spokoju i porządku pod starość i żadnych ekscesów, funkcjonowania telefonów, tramwai, teatrów, kino, itd, i zawarcia pokoju z zewnętrznym wrogiem, a najwięcej – znów mieć swój Raj*** kochany i Staniszki … z poczciwem Mażalskiem, Żoną, ogród, owoce, naturę żywą i powietrze, słońce, trawa, kwiaty, wodę (kąpiel!) i to wszystko, co się tak kochało – co stanowiło rdzeń mego życia!
Ale bodaj, są to tylko mrzonki nieziszczone!

*** tu autor wspomina swój majątek w Raju (wydzielony ze wsi Staniszki), gdzie założył piękny sad hodowlany

__________________

* W “Wikipedii” czytam:

Od początku 1917 w Rosji miejsce miały liczne strajki, manifestacje i starcia zbrojne ludności, występującej przeciwko wojnie i katastrofalnej sytuacji żywnościowej w kraju. Działania te przybrały wkrótce formę rewolucji, której początek datuje się na 8 marca (23 lutego według kalendarza rosyjskiego). Gdy car Mikołaj II Romanow rozwiązał Dumę, zebrała się ona nielegalnie wraz z Piotrogrodzką Radą Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, żądając abdykacji cara, co nastąpiło 15 marca. Władzę w Rosji przejął Komitet Wykonawczy, wyłoniony przez Dumę. 28 marca 1917 Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznała, że Polska ma prawo do niepodległego bytu z punktu widzenia politycznego i międzynarodowego. 29 marca 1917 roku Rząd Tymczasowy Rosji przyjął rezolucję pióra Pawła Milukowa, która głosiła, że Rząd Tymczasowy uważa utworzenie niepodległego państwa polskiego, złożonego z ziem o większości polskiej za pewną gwarancję pokoju w odnowionej Europie. Połączone z Rosją wolnym wojskowym sojuszem, państwo polskie będzie pewną tarczą przeciwko naciskowi państw centralnych na słowiańszczyznę. Wolny i zjednoczony naród polski sam określi swój ustrój wewnętrzny, wypowiedziawszy swą wolę za pośrednictwem Konstytuanty, zebranej w stolicy kraju, a wybranej na podstawie powszechnego prawa wyborczego…

Bez komentarza. Jedyne czego można sobie życzyć, to spokojnego 2017 roku!!!

Wszystkie zdjęcia Stanisław Hrebnicki

Listy z Mazur

Zofia Wojciechowska

Witam Ewo,

Przesyłam Ci krótką opowieść o Mazurach na Syberii, o którą mnie poprosiłaś, gdy ci kiedyś powiedziałam, że ich spotkałam.

krajobraz-chakasja7

Pojawili się na Syberii pod koniec XIX wieku, a ich potomkowie żyją do dziś w dwóch mazurskich wsiach położonych bardzo malowniczo na skraju stepu, w nieco mitycznej Chakasji i Kraju Krasnojarskim należącym do Federacji Rosyjskiej. Historia zaczęła się od listów zachęcających do podjęcia wyzwania i osiedlenia się na nowej ziemi. Pierwszym etapem podróży był Wołyń, tam kilkadziesiąt mazurskich rodzin zetknęło się z tzw. ukazami carskimi, nadającymi gospodarstwa na terenach kolonizowanych, tj. zaludnianych dobrowolnie obszarach Syberii.

krajobraz-chakasjaUkazy carskie stwarzały bardzo korzystne warunki do życia. Wystarczyło zgłosić się do komisji kolonizacyjnej, by otrzymać w transporcie kolei transsyberyjskiej bezpłatne bilety dla całej rodziny oraz dogodne miejsce w wagonie towarowym dla dobytku gospodarczego. Właściciele średnich gospodarstw na Wołyniu, które zasiedlili mazurscy przybysze z pogranicza Prus i Królestwa Polskiego, skuszeni obietnicą nadania ziemi wysyłali tzw. zasadźcę, by ten ocenił możliwość założenia wsi. Zasadźca przesyłał opisy i listy, które ponad 100 – 150 lat temu docierały do Mazurów z Wołynia, a za ich pośrednictwem do członków rodzin z okolic dzisiejszego Ełku. Listy mobilizowały mazurskich kolonizatorów do podjęcia wyzwania. Pierwszą wsią mazurską była Aleksandrowka. Mazurscy osadnicy zabrali swój dobytek z ziemi wołyńskiej i przenieśli się na teren odległej Syberii. Można się dziś zastanawiać, dlaczego podjęli się dobrowolnie wyjazdu w nieznane i bardzo odległe regiony Rosji. W ówczesnym czasie istotną kwestią dla dzisiejszych syberyjskich Mazurów była wolność wiary. Mazurzy na Syberii są najczęściej wyznania ewangelickiego i tworzą wspólnotę anabaptystów. Pamięć dziejowa przetrwała w opowieściach o krajobrazie ziemi ojców, dlatego też Mazurzy założyli wieś na brzegiem rzeki, której krajobraz jest podobny do tego, jaki zapamiętali u dzieciństwa. Malowniczo położona Aleksndrowka zamieszkana jest do dziś przez kilkaset osób. Mieszkańcy trudnią się hodowlą trzody chlewnej, uprawą roli i produkcją mleka. Żyją dostatnio z płodów rolnych własnej produkcji.

krajobraz-chakasja6

Mimo upływu czasu zachowali kulturę języka mówionego i obyczajów świątecznych. Co roku obchodzą na Boże Narodzenie Gody.

krajobraz-chakasja2

Dziś w drugim dniu świąt, gdy w Mrągowie zapada zmierzch, przypominam sobie o złożonym przyrzeczeniu, by napisać do Ciebie Ewo o żyjących Mazurach na Syberii. Odwiedziłam wieś Aleksandrowkę i tę drugą nazwaną Znamienka. Zaprzyjaźniłam się z rodzinami mazurskich osadników i Polakami także tam mieszkającymi. Przesyłam zdjęcie otrzymane od red. Larisy Kornetes, może kiedyś tam pojedziesz i łatwiej będzie odszukać to miejsce. W tym roku udało się nam spełnić prośbę i marzenie Mazurów z Syberii. Oni chcą uczyć się polskich pieśni i psalmów, a my chcemy poznać treść zapamiętaną przez nich z mazurskich kancjonałów.

laris-i-co-aleksandrowka

Larisa Kornetes i Aleksander Sidlik z Aleksandrowki

Oto „List z Mazur na Godne Święta”

Kochani Rodacy, Polacy i Mazurzy na Syberii,

Dziś cały świat chrześcijański cieszy się radością Narodzin Dzieciątka Jezus. Szczególny czas dla nas wszystkich. W ten wieczór wracam myślą do Rodaków mieszkających w odległej Chakasji. Zauroczyła mnie ta kraina, a moje serce od lat przylgnęło do Was. Minione lata pokazały, jak ważne jest wspólne trwanie. Dzieliliśmy się trudnościami, sukcesami i gdy szukać trzeba było rady, powierzaliśmy sobie nasze sprawy. Wykonywaliśmy programy i wyznaczaliśmy zadania. Razem tworzymy program „pomost” łączący Polaków w kraju i na Syberii w Abakanie, Minusińsku i mazurskich wioskach. Cieszę się, gdy czytam o planach red. Larisy Kornetes dotyczących utrwalania wspólnej historii. Z radością przyjmuję Wasze starania nauki języka polskiego w piśmie. Chcemy uczyć się od Was dawnej mowy mazurskiej. Łączymy pokolenia poznając wzajemnie jeszcze nam nieznane dziedzictwo naszej kultury. Przed nami ważny rok w Polsce na Warmii i Mazurach oraz na całym świecie obchodzić będziemy 500 lecie Reformacji. Przesyłam Wam wieść – mamy dla Was nagranie pieśni w języku polskim, będziecie mogli uczyć się śpiewać nasze pieśni. Zgromadzone śpiewniki ewangelickie czekają na dopełnienie żywym słowem. Dzięki staraniom podjętym przez pastora Piotra Mendrocha i parafian tutejszej parafii Ewangelicko Augsburskiej w Mrągowie rzecz cała była możliwa do wykonania. Dzieląc się opłatkiem z Wami przesyłam serdeczne zapewnienie o naszej przyjaźni. Jesteśmy pod wrażeniem dźwiękowych listów od mieszkańców mazurskich wsi na Syberii, zachwyceni ich ciepłym przyjęciem i wolą oraz determinacją, by uczyć się pisać i czytać po polsku.

krajobraz-chakasja3 krajobraz-chakasja4

Mieszkanki Aleksandrowki z autorką (na górnym zdjęciu ma na sobie czerwoną spódniczkę, na dolnym – szary sweter)

Pro Patria 3

Andrzej Rejman

Profesor Makowski

Znalazłem w zbiorach rodzinnych kartkę pocztową wysłaną przez opiekunkę mojej mamy (ukochaną w rodzinie i nazywaną “Nianią”) – Jadwigę Łomską (zm. 1954). Kartka wysłana została tuż przed wybuchem wojny do moich dziadków przebywających z dziećmi na wakacjach na Wileńszczyźnie. Widoczny stempel z datą 4 sierpnia 1939 roku –

1_jadwiga_lomska_do_hrebnickich

odczytuję napis na stemplu:

“LUDZIE SĄ I PRACE LUDZKIE TAK SILNE I TAK POTĘŻNE, ŻE ŚMIERĆ PRZEZWYCIĘŻAJĄ I OBCUJĄ MIĘDZY NAMI” – Józef Piłsudski

Zwróciła moją uwagę siła tej myśli i zawarta w niej mądrość. Ludzie z pasją, ich niezłomność i konsekwencja tworzą w dużym stopniu wielkość i autorytet każdego kraju, przyczyniając się do jego przetrwania w trudnych momentach.

Warto wciąż mówić o autorytetach oraz o szacunku dla ludzi mozolnie realizujących swe pasje. W trudnych czasach bowiem wartości takie często cichną – przygniecione błyskawicami rewolucyjnych wydarzeń, walk i sporów.

Ostatnio znów częściej cytuje się Marszałka – autorytetu akceptowanego przez ludzi o różnych poglądach.

A więc niech ten przytoczony na wstępie cytat zainspiruje innych i pomoże zapanować nad kompleksami, nad niewiarą i głupotą, które w każdym społeczeństwie są przeszkodami, jednak do pokonania.

Przytaczam krótkie wspomnienie o profesorze Arnoldzie Makowskim, geologu, który był takim właśnie silnym człowiekiem z pasją. Uczonym, którego praca jest przykładem dla następnych pokoleń i wskazaniem, aby stale poszukiwać w sobie napędu i siły, starając się wbrew przeszkodom realizować swe marzenia.

2_arnold_makowski_i_st-_hrebnicki_lata_okupacji

(od prawej) Arnold Makowski i Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki podczas pracy w Instytucie Geologicznym w Warszawie. (prawdopodobnie wczesny okres okupacji, ze zbiorów rodzinnych)

ARNOLD MAKOWSKI 1876-1943

(autor: Stanisław Hrebnicki, na podstawie tekstu z początku lat 50)

Trudno jest pogodzić fakt śmierci z postacią profesora Arnolda
Sarjusz-Makowskiego, tak zawsze żywotnego, tak pełnego entuzjazmu
we wszystkich swoich poczynaniach.
Jego niezmierna pogoda ducha w ciężkich chwilach okupacji
i krzepiący optymizm zjednywały Mu serca tych, z którymi się bliżej
stykał.

Urodzony 11. XII. 1876 w Petersburgu, zmarł w Warszawie
10. IX. 1943.

Umierał w okresie pierwszych klęsk niemieckich i pierwszych
konkretnych oznak przedświtu wyzwolenia, którego był pewny
i o którym bezustannie myślał. Już obezwładniony przez ciężką chorobę
z największą niecierpliwością czekał na codzienny komunikat prasy
podziemnej, aby móc samemu prześledzić rozwój wojennych wydarzeń.

Odszedł w przededniu ziszczenia się swych najśmielszych marzeń:
granic polskich na Odrze i Nysie. I tu brak wśród nas prof. Arnolda
Sarjusz-Makowskiego daje się odczuć szczególnie dotkliwie.
Przesunięcie bowiem granicy na zachód włączyło w obszar Polski
niezmiernie bogate złoża węgla brunatnego, a tym samym wysunęło
nasz kraj na jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem
wielkości zasobów tegoż węgla. W historii zaś badań geologicznych
kwestia węgla brunatnego związana jest niepodzielnie z nazwiskiem
Arnolda Sarjusz-Makowskiego.

Od początku swej działalności naukowej na terenie Polski,
A. Sarjusz-Makowski przejawiał szczególne zamiłowanie do tej dziedziny
wiedzy geologicznej. Z podziwu godnym pietyzmem i wytrwałością
gromadził najdrobniejsze wzmianki o charakterze i rozmieszczeniu
węgla brunatnego oraz o nowych odkryciach tej kopaliny.
Zwiedził i przebadał osobiście wszystkie dostępne złoża na terenie
Polski i był czynnym inicjatorem poszukiwań węgla brunatnego
prowadzonych wówczas przez Państwowy Instytut Geologiczny.

Nakładem wieloletniej uporczywej pracy zgromadził olbrzymi
materiał dotyczący tych złóż. W oparciu o powyższe dane rozpoczął
opracowywanie obszernej monografii poświęconej zagadnieniu węgli
brunatnych, która miała obrazować charakter, zasięg i rozprzestrzenienie
złóż, a wreszcie ich wartość przemysłową i zapasy. Dwa zeszyty
Atlasu «Węgle brunatne w Polsce» ukazały się w druku; paru następ­nych
prof. Sarjusz-Makowski już nie zdążył wydać, pozostawiając je
w stadium daleko posuniętego przygotowania. (—)

Drugim zagadnieniem, któremu prof. Arnlod Sarjusz-Makowski
poświęcił się z równym zapałem była geologia Polskiego Zagłębia
Węglowego. Zajął się nią już w pierwszych latach swego powrotu
ze Szwajcarii (1920) jako pracownik Państwowego Instytutu
Geologicznego.

Działalność naukowa prof. Arnolda Sarjusz-Makowskiego wiąże się ściśle z Państwowym Instytutem Geologicznym. Po ukończeniu bowiem studiów uniwersyteckich na wydziale matematyczno-przyrodniczym oraz w Instytucie Górniczym w Petersburgu (1908) i po pobycie na Uniwersytecie w Tybindze (1912-1914) a następnie w Zurychu (1914-1920) przyjeżdża do Polski.

Rozpoczął od ogólnego opisu budowy geologicznej Polskiego
Zagłębia Węglowego i obliczenia jego zasobów. W dalszym toku swej
pracy wykonuje szczegółowe zdjęcia geologiczne w skali 1:25.000
obszaru pszczyńskiego (Stary Bieruń i Lędziny) oraz obszaru rybnickiego
(Wodzisław i Gorzyczki). Na podstawie danych uzyskanych
z szeregu wierceń zarówno płytkich jak i głębokich analizuje szczegóły
tektoniki i stratygrafii karbonu produktywnego. (—)

Proponuje również nową nomenklaturę dla pokładów węgla.

Był jeszcze jeden dział pracy, dla którego prof. Sarjusz-Makowski
czuł głęboki sentyment, jako że była to praca związana
z zaraniem Jego działalności naukowej, kiedy to w 1915 r. jako młody
asystent Uniwersytetu w Zurychu zainteresował się rozwojem linii
zatokowych u amonitów. Zainteresowanie to przerodziło się w prawdziwą
pasję naukową i stało się bodźcem do rozpoczęcia metodycznych
badań, ze szczególnym uwzględnieniem rodzaju Macrocephalites:
badań mających posłużyć podstawą nowej klasyfikacji i nomenklatury
amonitów. Badania te traktował prof. Sarjusz-Makowski ze specjalnym
zamiłowaniem, zbierając podczas swych licznych wycieczek zagranicznych
obfity materiał naukowy.

Ponieważ jednak zajęcia w P. I. G. nie pozostawiały mu na nie
dość wolnego czasu, prof. Sarjusz-Makowski zaplanował, że z chwilą
pójścia na emeryturę zajmie się niepodzielnie zagadnieniem amonitów,
rozbuduje i pogłębi i tak już bardzo obszerne i wyczerpujące dzieło.

Zawierucha wojenna nie oszczędziła dorobku naukowego prof. Arnolda
Sariusz-Makowskiego, podobnie jak i dorobku tylu innych uczonych polskich.

W pierwszych dniach wojny 1939 r. prof. Sarjusz-Makowski
wysłał do Warszawy obszerny materiał dotyczący Polskiego Zagłębia
Węglowego. W zamieszaniu jakie wówczas panowało, bagaż zaginął.
Rozpaczliwie i uparcie szukał go prof. Sarjusz-Makowski przez parę
dni po rozmaitych dworcach kolejowych, narażając się na bombardowanie
i obstrzały, aż wreszcie udało Mu się natrafić na swoje skrzynie
ze zbiorami, wśród tysięcy innych porozrzucanych w nieładzie bagaży.
Przewiózł je do swego mieszkania i zabezpieczył, lecz w czasie oblężenia
miasta, dom Jego został zbombardowany, a materiały spłonęły łącznie
z rękopisem o makrocefalitach. Ten sam los spotkał materiały prof.
Sarjusz-Makowskiego przechowywane w gmachu Wolnej Wszechnicy.

Polskiej geologii stała się krzywda, że ubył przedwcześnie, na
skutek ciężkich przejść wojennych*, naukowiec tak głęboko rzetelny,
tak sumienny i tak bez reszty oddany swemu zawodowi, jakim był
prof. Arnold Sarjusz-Makowski.

(źródło: https://geojournals.pgi.gov.pl/asgp/article/view/11014/9505)

__________

Krótka wzmianka Małgorzaty Hrebnickiej o Arnoldzie Makowskim z dzienników okupacyjnych:

1943 wrzesień

Wieczorem byliśmy z Pciólkiem (mąż, St. Doktorowicz-Hrebnicki, przyp. mój, AR) u p.p. Makowskich. Pan Makowski zmieniony okropnie, dni jego są policzone. Smutne to! Może nie doczeka końca wojny.

10/IX

Przed chwilą otrzymaliśmy wiadomość o śmierci p. Makowskiego. Umarł dziś w nocy w czasie alarmu. Biedny Mak skoszony przed końcem wojny. Nie doczekał się! A jednak Maksio wyzwolił się już od wszystkich mąk cielesnych i duchowych.

13/IX

Byłam na pogrzebie Maksia. Cudowny dzień jesienny, grób zasypany kwiatami – jeden olbrzymi wieniec od kolegów-górników z różowych gladiolusów, drugi biały, reszta – drobne wiązanki. Przemawiał serdecznie pastor.

(Małgorzata Hrebnicka, Dzienniki Czasu Wojny 1939-1944, rękopis, w zbiorach rodzinnych)

_________

* “Wikipedia” uzupełnia – …podczas okupacji prof. Makowski był nadal zatrudniony jako geolog w przejętym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. (…) Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu (zarządcy okupacyjnemu P.I.G.-u, przyp. mój, AR) prof. R. Brinkmanna doprowadziły do jego ciężkiej choroby serca i śmierci…

3_grob_niani_jadwigi_lomskiej_w_warszawieGrób Jadwigi Łomskiej-“Niani”, Powązki, Warszawa; bez “Niani” nie byłoby pewnie tego wspomnienia…

PS EMS: Dla tych, co mogliby nie wiedzieć – tak wygląda amonit:

Ta pierwsza brygada

W dzień szczególnych sensacji księżycowych posklecał to sobie:

Zbigniew Milewicz

I natychmiast mi nadesłał. Ale cóż ja, adminka biedna, dziś dopiero wolny dzień znalazłam na wstawienie tego wpisu z 14 listopada…

Bardzo przepraszam i Autora, i Czytelników

My pierwsza brygada

Tak, jak na parafialny chór Polskiej Misji Katolickiej w Monachium przystało, najpierw odśpiewaliśmy w starym kościele św. Barbary po łacinie i po polsku okolicznościowe pieśni z okazji dorocznego Święta Niepodległości, a później poszliśmy się bratać z ludem bożym. W parafialnej sali, gdzie ugoszczono wszystkich winem i ciastkami, chór musiał najpierw trochę pośpiewać, rozgrzać polskich parafian narodową nutą…

Na pierwszy plan poszło Wojenko, wojenko… Później Przybyli ułani pod okienko… Wreszcie utwór główny wieczoru, od 14.08.2007 r. oficjalna pieśń Wojska Polskiego, My Pierwsza Brygada, zrodzona w I Brygadzie Legionów Polskich, dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego. Poszła wersja aktualnie oficjalna, ale ludzie różnie śpiewali.

Oto znana wersja Brygady:

My pierwsza brygada

Legjony to żałobna nuta,
Legjony to skazańców głos.
Legjony to żołnierska buta
Legjony to ofiarny stos!
xxxxxMy pierwsza brygada,
xxxxxStrzelecka gromada
xxxxxNa stos rzuciliśmy nasz życia los
xxxxxna stos na stos! x2

Nie trzeba nam od was uznania,
Ni waszych skarg ni waszych łez
Przeminął już czas kołatania
Do waszych serc, próśb nadszedł kres!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Krzyczeli, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć to módz
Leliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi Wódz!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, do waszych kies!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Żeby się jednak nie nazywało, że zakłamujemy historię, w zależności od potrzeby i aktualnego politycznego kursu, przytoczę trochę mniej przykładne zakończenie zwrotki ostatniej. Jak podaje Mieczysław Pruszyński („Tajemnica Piłsudskiego” Polska Oficyna Wydawnicza „BGW” Warszawa 1997 wyd. II str. 25):

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, jebał was pies!

Pieśń wytrzyma wszystko.

Pro Patria 2

Andrzej Rejman

Motto: “Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka. Obecna Polska zdolna jest do życia tylko w jakimś wyjątkowym, złotym okresie dziejów (…) ja przegrałem swoje życie. Nie udało mi się powołać do życia dużego związku federacyjnego, z którym świat musiałby się liczyć. “

(Józef Piłsudski w 1925 r. w rozmowie z płk. Januszem Głuchowskim)

pilsudski_z_corkami_i_zona_w_druskiennikach_okfot. Marszałek Piłsudski, z żoną i córkami w Druskiennikach, fot Leon Baranowski, Druskienniki, 1924 (ze zbiorów rodzinnych)

***

Cytat na wstępie pozornie luźno związany jest z dzisiejszym tematem, jednak niepokojąco pasuje mi do czasów obecnych. Chociaż – rodzajem “dużego związku federacyjnego” o którym marzył Piłsudski mogłaby w jakimś sensie być unia państw europejskich. Mamy teraz taką… Ale co z nią będzie?

***

Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem kolejnego (po dr Marcinie Woyczyńskim) lekarza z otoczenia Marszałka Piłsudskiego –
dr Mieczysława Michałowicza, który leczył m.in. jego córki.

Impulsem do pogłębienia wiedzy o dr Michałowiczu jest fakt, iż moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, wymienia Michałowicza w swoich dziennikach z lat 1923-39 aż kilkadziesiąt razy!

Powodem tego było wątłe zdrowie jej syna Kazimierza, mojego wuja (1922-1944). Wizyty u dr Michałowicza były tak częste, przypadłości na które cierpiał mały Kazik – liczne, a pochwały jego skutecznego leczenia tak entuzjastyczne, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się postaci Doktora.

W materiałach biograficznych, które znajduję, dr Michałowicz jawi się jako człowiek wielkiego charakteru, społecznik, demokrata, wolnomyśliciel, który łączył swe obowiązki na rzecz chorych z działalnością społeczną na rzecz kraju.

michalowicz_zdjecieProfesor Michałowicz (przy dziecku) na obchodzie (prawdopodobnie w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie) źródło: http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

Mieczysław Michałowicz urodził się w Petersburgu w 1876 roku.

Był synem urzędnika państwowego Tytusa Edwarda Michałowicza i Zofii z domu Hryckiewicz. Od początku bardzo aktywny politycznie – w 1896 przystąpił do PPS, brał udział w rewolucji 1905. W PPS działał do 1906.

Ukończył rosyjską Akademię Wojskowo-Lekarską, a następnie podjął pracę w zawodzie lekarza. Po kilku latach postanowił wyspecjalizować się w dziedzinie pediatrii, studiował w Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Strasburgu i u prof. Jana Raczyńskiego we Lwowie.

We Lwowie otrzymał pracę w Gimnazjum Żeńskim im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie prowadził lekcje z higieny i ratownictwa. Był także wolontariuszem w Klinice Dziecięcej na Uniwersytecie Lwowskim. Idąc w ślady Boya-Żeleńskiego w Krakowie oraz doktorów Serkowskiego w Łodzi i Starkiewicza w Busku-Zdroju, stał się współzałożycielem Towarzystwa „Kropla Mleka”, systematycznie dożywiającego dzieci pochodzące z niezamożnych rodzin robotniczych.

W założonym przez siebie później towarzystwie „Trzeźwość” prowadził aktywną walkę z alkoholizmem.

Po wybuchu I wojny światowej w 1914 roku został zmobilizowany do służby sanitarnej w armii austriackiej i jako lekarz wojskowy pełnił funkcję ordynatora szpitali garnizonowych kolejno w Krakowie i Ołomuńcu na Morawach, gdzie zżył się z miejscową ludnością.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wraz z rodziną przeprowadził się do Warszawy, gdzie w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, będąc oficerem WP w stopniu pułkownika, był starszym ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych wojskowego Szpitala Ujazdowskiego.

W dwudziestoleciu międzywojennym prowadził prace badawcze dotyczące opieki nad dzieckiem. Od 1920 był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1927 profesorem zwyczajnym, potem kolejno rektorem i prorektorem. Wykładał również na warszawskiej Akademii Medycznej, był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk.

W latach 1935–1938 był senatorem wybranym przez sanację, pod koniec II RP uniezależnił się od obozu piłsudczykowskiego i został współzałożycielem Stronnictwa Demokratycznego. (na podstawie Wikipedii)

w innym miejscu czytam:

Michałowicz był zdecydowanym przeciwnikiem stosowania fizycznej przemocy wobec posłów uwięzionych w Berezie Kartuskiej. W 1930 roku wraz z trzynastoma wykładowcami Uniwersytetu Warszawskiego podpisał oświadczenie w sprawie wszczęcia śledztwa przez właściwe organa państwowe dotyczącego „sprawy brzeskiej” i stosowanych środków wobec tam osadzonych. Będąc zwolennikiem tolerancji, protestował po wprowadzeniu w 1937 roku getta ławkowego. Gdy w audytorium Kliniki Chorób Dziecięcych prezes Koła Medyków zwrócił się do prof. Michałowicza w sprawie oddzielnych miejsc dla Żydów, ten w czasie swojego wykładu wygłosił następujące oświadczenie: „Od pewnego czasu spodziewałem się zainterpelowania (do) mnie w tej sprawie. Wolno Jego Magnificencji Panu Rektorowi, jako wybranemu przez nas, profesorów, gospodarzowi, mieć w tej sprawie swoje zdanie. Ale wolno też senatorowi Rzeczypospolitej Polskiej, który przysięgał na Konstytucję, przestrzegać przepisów. Skoro Pan Bóg nie wahał się włożyć duszy Swego Syna w ciało Semity, to nie jest ludzką rzeczą rozstrzygać, kto jest lepszy, a kto gorszy. Wiem, że Semici są nieszczęśliwi jak roślina pozbawiona swego naturalnego podłoża, rzucona przy drodze. Wierzę, że w Palestynie, gdzie teraz pali się ziemia pod nogami i krwią trzeba ją okupywać, nastąpi ich odrodzenie. Póki Konstytucja nie jest obalona, to ja nie będę jej obalał. Mówię to jako wierny obywatel Państwa i w sumieniu swym chcę zostać wiernym chrześcijaninem”

Podczas wojny profesor Michałowicz był więziony przez hitlerowców. Po półrocznym areszcie na Pawiaku przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Majdanku a w kwietniu 1944 roku do Gross-Rosen. W lutym 1945 roku wraz z dużą grupą współwięźniów został ewakuowany do obozu koncentracyjnego w Litomierzycach. Relacje pamiętnikarskie współwięźniów, z którymi prof. Michałowicz przebywał w obozach koncentracyjnych, jednoznacznie mówią o jego pogodnym usposobieniu i nieustannym niesieniu pomocy, gdzie w bardzo trudnych, a niekiedy beznadziejnych warunkach bytowych zawsze starał się wspierać tych, którzy załamali się psychicznie, pomagając tym samym przetrwać im najgorsze chwile.

Po wojnie powrócił do zniszczonej Warszawy i zamieszkał wraz z żoną w nie zniszczonej części budynku kliniki przy ul. Litewskiej. Zaangażował się w reaktywację Stronnictwa Demokratycznego, był prezesem Rady Naczelnej SD w latach 1945–1949, posłem do KRN i do Sejmu Ustawodawczego.

Ze Stanisławą Jaczynowską miał syna Jerzego Władysława (1903-1936) − piłkarza i lekkoatletę, autora prac zakresu wychowania, lekarza pediatrę – ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Podobnie jak ojciec wspierał i rozwijał sport wśród klasy robotniczej. Niestety Jerzy Władysław zmarł przedwcześnie, mając zaledwie trzydzieści trzy lata, kiedy to w trakcie zaznajamiania się z pracą oddziału zakaźnego w szpitalu dziecięcym zaraził się szkarlatyną.

Profesor Mieczysław Michałowicz zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat, 22 listopada 1965 roku w Warszawie.

(na podstawie: http://www.medrodzinna.pl/wp-content/uploads/2014/10/mr_2014_152-155.pdf)

***

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim dzienniku przedwojennym:

1928 rok

“…Zachowajcie poezję, opanujcie prozę” – zwrócił się w swym przemówieniu do matek – Profesor Michałowicz (w Filharmonii) w pierwszym dniu “Tygodnia Dziecka”. Odczyt zrobił na mnie głęboko estetyczne wrażenie. Promieniowało serce człowieka wielkiego uczucia i wielkiej duszy! Piękny odczyt!…

…Byłam na odczycie profesora Michałowicza pt. “Higiena dziecka nerwowego”. Ciekawy. Monotonia życia, otaczająca przyroda, najlepiej wpływają na nerwy. Kojąco wpływa – zielony kolor…

…Posłałam prof. Michałowiczowi kosz kwiatów – białych lewkonii, wodnych lilii i amarantowych róż…

***

Szukając materiałów o dr Michałowiczu natrafiłem również na dyskusję nad dekomunizacją ulic – przyczynkiem do dyskusji był pomysł zmiany nazwy ulicy profesora Michałowicza w Dąbrowie k. Warszawy …. tu można poczytać – http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

No i tu refleksja – że wszystko się pięknie łączy i przeplata – losy ludzi, Piłsudski, Michałowicz, mądrość i głupota…

A na koniec jeszcze inny, ciekawy cytat Marszałka:

“Gdy myślę o dziejach tak oryginalnych naszego państwa, naszego narodu, gdy myślą się przenoszę do dawnych czasów, gdy Polska z map świata, jako państwo polityczne, wymazana była, widzę historię wielką mistrzynię życia, jak cicho stąpa, zbiera swoje prawdy, zbiera wszystkie grozy świata, wszystkie jego radości. Myślę, że gdy przechodzi ona tak, jak ongi przed upadkiem Rzeczypospolitej, tak i teraz, i po naszej ziemi, po naszych osadach, tak samo cicho, patrząc na ludzi, zbierając wszystkie mądrości i wszystką głupotę, to sądzę, że nieraz wiele musi prawd przepuszczać, i tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka….”

***

i jeszcze jedno wspomnienie o Michałowiczu, jego byłej studentki, dr Ireny Ćwiertni

“…Z pediatrią, dziedziną interesującą mnie w szczególny sposób, zetknęłam się w Klinice Pediatrycznej przy ul. Litewskiej, prowadzonej przez prof. Mieczysława Michałowicza (1876-1965), przedwojennego rektora Uniwersytetu Warszawskiego. W listopadzie 1942 r. został aresztowany jako przedstawiciel środowiska inteligenckiego i umieszczony na Pawiaku. W 1943 r. trafił na Majdanek. Nawet w tragicznych warunkach obozowych pełen energii, prowadził wykłady z zakresu medycyny. Z konieczności posługiwał się językiem niemieckim, aby pilnujący zebranych więźniów Niemiec mógł rozumieć, co im przekazuje.

W marcu 1944 r. był pędzony boso do obozu Gross-Rosen – zgubił drewniaki. Nigdy nie tracił nadziei, zgodnie z dewizą św. Łukasza: Contra spem, spero. (wierzę, wbrew nadziei, przyp mój, AR)

Profesor Michałowicz rzadko wygłaszał wykłady. Funkcję tę spełniał doc. Edward Wilkoszewski (1895-1993)*, który był świetnym wykładowcą. Opisywał ciekawe przypadki występujące u dzieci i podawał ich objawy.

Egzamin zdawałam u prof. Michałowicza. Uprzedzono mnie, że profesor zadaje zaskakujące pytania, nie mające nic wspólnego z pediatrią. I rzeczywiście, zapytał, czy metalowy przycisk stojący na biurku się porusza. Pomyślałam chwilę i odpowiedziałam, że oczywiście porusza się, z całą kulą ziemską. Był zadowolony z odpowiedzi, ale chodziło mu jeszcze o coś: że wewnątrz przycisku poruszają się elektrony. Następne pytanie było też nietypowe: jaka jest choroba królów perskich? O tym byłam poinformowana od uprzednio zdających i odpowiedziałam, że to szkarlatyna – płonica. Ostatnie, już związane z pediatrią, było pytanie o etiologię zapalenia dróg moczowych u dzieci. Odpowiedziałam prawidłowo. Uśmiechnięty profesor oznajmił, że zdałam celująco. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni…”

dr Irena Ćwertnia (źródło: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2011/n201111/n20111128)

____________

* dr Edward Wilkoszewski, wychowanek, współpracownik prof. Michałowicza, mój lekarz z lat dziecinnych, który wg mojej matki przyczynił się istotnie do mojego wyzdrowienia z nękających mnie chorób w wieku niemowlęcym. Myślę, że profesor Michałowicz polecił wtedy dr Wilkoszewskiego moim rodzicom…

Subiektywny bardak na skos III

Tomasz Fetzki

Na czym skończyliśmy? Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Dolina Wisły, panorama fantastyczne rozległa. Faktycznie, są na tej trasie (na skos Ojczyzny) takie miejsca, skąd widać zarówno kominy Zakładów Azotowych w Puławach, jak i Elektrowni Kozienice. Ech, przestrzenie bezkresne, ech, obietnica wolności, ech, chech, he he he he…

Poruszaliśmy się dotąd wzdłuż Wieprza, teraz jedziemy równolegle do Wisły. Z czym się Viatorowi, poza Puszczą, kojarzą Kozienice? Kompozytor, ten no…, jak mu tam było? Sprawdź Viatorko w internecie na smartfonie, proszę. Takie charakterystyczne nazwisko, tylko z głowy mi wyleciało. No, ten od jabłuszka pełnego snu. Klimczuk! Jasne, Bogusław Klimczuk. Tu się urodził. A co poza Jabłuszkiem skomponował? Różne różności, między innymi twist o Ali Babie. Dla Heleny Majdaniec był go skomponował. Wykonanie niczego sobie, ale Wędrowiec osobiście woli wersję Andrzeja Zauchy. Skąd to skojarzenie? Ano, to już post-asocjacja, postsynchron. W czasie podróżowania tak się to nie układało w zabałaganionej łepetynie Pielgrzyma. Ale gdy zasiadł Viator do pisania tego tekstu, przypomniał sobie, iż kilka tygodni temu głęboko przeżywał dwudziestą piątą rocznicę tragicznej śmierci piosenkarza. Dlaczegóż głęboko przeżywał? Nie tylko dlatego, iż zawsze cenił sobie jego kunszt wokalny. Jest jeszcze jeden powód. Coś tam niedawno kombatancił Wędrowiec o bytności osobistej na prapremierze Harf Papuszy (TUTAJ). Tymczasem, gdy pociski przerwały życie Andrzeja Zauchy na parkingu przy ulicy Włóczków, Viator też znajdował się zaledwie 300, może 400 metrów obok. Ot, taki krakowski wątek życiorysu – dawno i radykalnie zakończony. Co robił w tej chwili Pielgrzym? Szukał ostatnich włoskich orzechów w wielkim ogrodzie ukrytym za wysokim murem (tylko stary Kraków posiada takie niezwykłe tajne ogrody, ulokowane w samym centrum miasta)? Ślęczał nad mądrymi księgami, czytając, co na temat transcendentnej świętości miał do powiedzenia Mircea Eliade? Trudno to odtworzyć po tylu latach. Ale nieświęta, przeklęta śmierć wrażenie zrobiła wielkie, zaiste. Nastawmy odbiornik radiowy w samochodzie na tę piosenkę. Słuchajmy i wspominajmy, a za chwilę będziemy w Kozienicach.

Jeszcze tylko Viatorka zdążyła doczytać ze smartfona kilka faktów z historii miasta (najciekawsze dla Wędrowca były informacje o manufakturze produkującej broń palną dla wojska, założonej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego; za późno, jak zwykle!), a już auto mknie po kozienickich ulicach. Czasu, jak wiadomo, dramatycznie mało, bośmy w Dęblinie nad miarę zabarłożyli. Więc tylko krótki postój przed pałacem Króla Stasia i maleńka przechadzka po parku. Pomnik, wystawiony ku pamięci narodzin Zygmunta Starego, któren to akt doniosły w Kozienicach się właśnie dokonał. Mówią, że to pierwszy polski pomnik o świeckim charakterze. Skoro mówią – pewnie wią. Może tak być.

7-lub

Skądinąd – to jedyne zdjęcie z podróży, wykonane osobiście przez Viatora. Wszystkie pozostałe ściągnął z Wielkiej Sieci. No co? Nie było czasu, żeby się w fotografowanie bawić. Korzystając z okazji dziękuje Wędrowiec autorom tych zdjęć, z których skorzystał bez szczegółowych odnośników. Czas… czas goni!

Ten pomnik natalny Zygmunta Starego przypomniał Viatorowi inną statuę, tantalną, można by rzec – posąg wyniszczonego, umierającego syna Starego, czyli Zygmunta Augusta, na rynku w Knyszynie. Nigdzie nie widział Wędrowiec drugiego tak smutnego pomnika. Napisałby o nim więcej, gdyby nie to, że nie napisze…

Przemknęła przez Kozienice Trójka Podróżników, minęła po prawej kompleks zabudowań elektrowni. Szybkie tankowanie gdzieś na trasie. I wjeżdżamy do Magnuszewa, gdzie wykonujemy ostry zwrot w lewo, czyli znów na zachód.

8-lub

Cóż Magnuszew? Wioska mała, senna i zapuszczona. Ale te wichry historii! Wszak przyczółek warecko-magnuszewski to właśnie tu! Oczywiście, są tacy „patrioci”, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, którzy by chętnie na śmietnik niepamięci wyrzucili ofiarę krwi kościuszkowców, berlingowców, czy jak ich tam zwać. Akowcy – tak. Chłopcy od Andersa – oczywiście. Wyklęci – jak najbardziej! Ale I Armia WP? Polegli pod Studziankami? Och, niekoniecznie. A Viator, trawestując wierszyk mistrza Tuwima, twardo mówi: wierzcie mi, jedna to jest jucha! Krew Polaków, która wsiąknęła w ziemię pod Monte Cassino, ma tę samą wartość, co magnuszewska. Koniec, kropka.

A tak w ogóle to nie może się Pielgrzym powstrzymać od głupawego uśmieszku. No bo, panie dziejaszku, tutaj Magnuszew, Studzianki Pancerne, Warka. A tymczasem, gdy wróci Viator do domu – kilkaset kilometrów stąd – i wsiądzie na rower, po dwudziestu kilku minutach przejażdżki lasem, dojedzie do miejsca, gdzie bronił się w studziankowskiej bitwie okrążony batalion Baranowa, ocalony przez dzielnych czołgistów… Plenery Czterech Pancernych, rzecz jasna. Bardak! Bardak we łbie!

Wzdłuż i równolegle, tym razem do Pilicy. Kilkadziesiąt kilometrów, most, i wjeżdżamy do Warki. Bez hipokryzji: Pielgrzym jest gorącym zwolennikiem złocistego trunku, ale akurat piwo Warka to nie jego faworyt. Dlatego tym razem pominie w opowieści tę asocjację.

9-lubA co mu się kojarzy? Hoffman, Potop, Bitwa pod Warką. I Gołas-Czarniecki, wykrzykujący po genialnym manewrze taktycznym Kmicica: Tegom chciał! Za każdym razem, gdy Viator film ogląda, ciary go w tym momencie przechodzą.

Rynek warecki. Pomnik Hetmana. Ciekawy i wysokiej klasy artystycznej. Bo Czarniecki, wiadomo, wielkim Polakiem i bohaterem był, ale też, co figura dyskretnie, acz wyraźnie sugeruje, watażką i okrutnikiem… jak zresztą większość wodzów tej epoki (tak jakby kiedy indziej działo się inaczej).

Dalej, dalej w drogę! Tylko po co właściwie Pielgrzym o tych peregrynacjach z tak wielką determinacją pisze? Ano, wszystko wyjaśni się z tydzień, bo wtedy planuje Viator wysilić się na refleksję historiozoficzną. A tymczasem drogie dzieci…
cmoknijcie Wędrowca w czółko!

ciąg dalszy (zakończenie być może) za tydzień

Subiektywny bardak na skos II

Tomasz Fetzki

Ruszamy w drogę, czas nagli w uniwersum opowieści, a w realu też Szefowa Blogu przynagla do wysłania drugiego odcinka, sugeruje, że będzie za późno i takie tam – a przecież ludziom trzeba ufać!

Kierujemy się na zachód, ku Dęblinowi, do którego generał Kleeberg nie dotarł i w którego magazynach nie zdobył amunicji. Jedziemy dokładnie wzdłuż biegu Wieprza. Może nie tak dokładnie: Wieprz (przynajmniej według mapy) meandruje szaleńczo, my poruszamy się prosto. Od rzeki dzieli nas zaledwie kilkaset metrów, ale niczego z szosy nie widać, żadnych meandrów, tylko łąki i drzewa. A szkoda!

Viator nie byłby sobą, gdyby się trochę nie pomądrował. A wiecie, a macie świadomość – mówi do Viatorki i Szefowej Blogu – że to właśnie stąd ruszała kontrofensywa Piłsudskiego w sierpniu 1920? Tak, tak, cud nad Wisłą zaczął się nad Wieprzem! Okazało się, że wiedziały, ale tylko w ogólnych zarysach, szczegółowo nie identyfikowały roli tego konkretnie miejsca. Próżność Viatora została więc nakarmiona. A tak swoją drogą, myśli sobie Wędrowiec, nieszczęsny to kraj, gdzie co kilkanaście kilometrów musi się natknąć człowiek na kolejne pole krwawej bitwy. Tym bardziej, że to nie ostatnie takie miejsce w naszej podróży.

Dęblin. Znów się Viator zaczyna popisywać, a jakże. Irytujący facet! A wiecie, że takie miejsce, gdzie łączy się bieg dwóch rzek, miejsce ważne z punktu widzenia militarnego, gdyż świetne do obrony, nazywało się kiedyś sątokiem? Do dziś istnieje dawny gród obronny Santok koło Gorzowa Wielkopolskiego, ale takim sątokiem było też Krosno Odrzańskie, Kostrzyn, nawet Modlin. Po co nam o tym opowiadasz? Bo Dęblin to też sątok. Tutaj Wieprz wpada do Wisły. Stąd twierdza i w ogóle wojskowy charakter miasta, choć tradycje lotnicze akurat niekoniecznie wiążą się z rzekami. Viator wychował się w mieście poniekąd garnizonowym, więc mu nie pierwszyzna, ale taka ilość wydzielonego wojskowego areału w granicach Dęblina nawet na nim robi wrażenie. Jeszcze większe wrażenie wywiera niestety kościół, który Trójka Podróżnych mija zaraz po wjeździe do miasta. Architektura nowoczesna – jasne. Ale żeby wybudować taką Wieżę Saurona? Mordor! O, szlachetny baroku toskański, gdzieżeś jest?

4-lub

Chcieliby Podróżni zobaczyć, choćby z okien samochodu, jakieś fragmenty twierdzy, niestety oznakowanie jest, by użyć eufemizmu, do… niczego. Błądzą wiec po uliczkach i wreszcie trafiają na mały wojenny cmentarzyk. Zwie się on Balonna, a rozciąga tuż pod dawnymi murami jednego z fortów – reduty Zajączka –  i linia tych murów wyznacza kształt cmentarzyka: lekko złamany prostokąt.

5-lub

Groby żołnierzy armii austro-węgierskiej, legionistów, poległych w wojnie polsko-radzieckiej. Są też mogiły z okresu międzywojennego, wszak nekropolia pełniła wtedy rolę cmentarza garnizonowego. I one chyba budzą w Pielgrzymie największe wzruszenie. Wojna to wojna, śmierć jest rzeczą nieuniknioną. Ale jak zginęli ci chłopcy? Nieuwaga podczas czyszczenia broni? Wypadek w czasie ćwiczeń? A może jednak tego i owego zaszczuła fala, obecna przecież w każdej armii świata i w każdym czasie? Nie jesteśmy lepsi tylko dlatego, żeśmy Polacy.

Szefowa Blogu z fascynacją fotografuje wyrzucone na śmietnik wieńce zdobione biało-czerwonymi wstęgami. Zamieszcza je Viator wraz z Szefową – ku ilustracji oraz ku przestrodze.

pamiatkowesmieci

Dalej, czas nagli. Z determinacją szukamy śladów wielkiej twierdzy. Tabliczka, źle ustawiona, kieruje nas kilka kilometrów za miasto. Zatrzymujemy się na moście – nad Wieprzem, rzecz jasna. Stąd widać, jak wpada on do Wisły. Widok iście monumentalny, ale czasu brak. Wracamy, ignorujemy złośliwą tabliczkę i w końcu udaje nam się jednak odnaleźć Bramę Lubelską, jeden z najbardziej znanych elementów dęblińskiej fortecy. Jest satysfakcja, ale też irytacja, żeśmy tyle czasu zmitrężyli.

Forsujemy Wisłę. Przelatujemy pędem przez wioskę o nazwie Sieciechów – nawet się Viatorowi coś skojarzyło z palatynem Sieciechem, który omotał i podporządkował był sobie księcia Władysława Hermana, rządząc krajem jak własnym folwarkiem, zanim go bracia Bolesław Krzywoustym zwany i Zbigniew nie przepędzili… by się potem wziąć za łby, które to wzięcie Zbigniew wyłupionymi oczyma przypłacił. Lecz odrzucił Viator tę asocjację: gdzie Sieciechów, a gdzie Płock? Kilka kilometrów dalej jeszcze jedna wioska. Maleńka, ale o intrygującej nazwie: Opactwo. I zabudowania, które faktycznie wyglądają na jakiś niegdysiejszy klasztor.

Dopiero później, po powrocie do domu, Wędrowiec zasięgnął wiedzy w różnych źródłach i okazało się, że jego skojarzenia są całkowicie prawidłowe: Sieciechów był siedzibą rodową TEGO Sieciecha, a i klasztor w Opactwie to fundacja związana z jego, bogatym przecież i potężnym, rodem.

Tuż za Opactwem skręcamy w prawo, znaczy się – na północ. Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.