Reblog z siebie samej: Grób psa

Jak zwykle podczas wakacji. Autorzy się “opuszczają” (Czytelnicy zresztą też), człowiek wyjeżdża tam, gdzie nie ma dostępu do sieci, a tu ambitne zadanie narzucone sobie samej lata temu, że co noc, w minutę po północy MA być nowy wpis – wszystko to powoduje, że latem niekiedy rebloguję własne wpisy. Tym razem przypominam przy okazji zamierzchłe czasy zobowiązań z okazji 22 lipca (wiem, to było wczoraj, ale wczoraj był inny temat). Ta data nieodmiennie kojarzy mi się ze wspaniałym rysuneczkiem Mrożka – idzie pochód z transparentami ku czci, a obok biegnie człowieczek z małym napisem: “d. E. Wedel”. Jakby ktoś potrzebował odświeżenia wiadomości na ten temat, niech zajrzy TU.

Ewa Maria Slaska

… i inne groby

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale dziecię wyposażono na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
Jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowierowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Ale wiem, że jest też inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Ein Mann, ein Werk, ein Grab (und die Frauen)

Ich gehe, o, Herr, in deine Hand zurück, schrieb man auf der Gruft-Mosaik über Eheleute Zeitler.

Carl Ludwig Zeitler und Agnes

Hand aufs Herz – nie gehört, oder?

Natürlich nicht, dabei bewirkten sie beiden so viel, das ich als Chronikarin gar nicht weiß, wo beginnen?

Auf dem Foto rechts ist es vielleicht nicht genug deutlich. Schauen wir genauer:

Stiftung für Weber und Wirker. Stiftung für Mathematiker und Naturkundestudierende. Stiftung für Theologen und Philologen. Aber auch: Stiftung für  Witwen und Weisen. Stiftung für Handwerker und Kunstschüler.

Zeitler war im Vorstand der heute so berühmten Urania. Für seine Studenten errichtete auf dem Studienhaus Friedenstraße/Büschingstraße eine Sternwarte mit Drehkuppel (im 2. Weltkrieg zerstört), im ersten Stockwerk einen Konzertsaal und im Untergeschoss eine Kochschule für Mädchen.

Klar. XIX Jahrhundert. Jahrhundert der Vereine und Stiftungen, der Philantropie, der sozialen Verantwortung. Aber auch ein Jahrhundert, in dem es noch keine Gesetze gab, die für Wohlergehen der Arbeiter, der Handwerker, der Bürger sorgten. Es herrschte wilder Kapitalismus, die Zeit der unglaublicher Armut und unvorstelbarer Ausbeutung. Zeit, dass manche halfen und die anderen für soziale Gerechtigkeit kämpften. Und die Reichen wurden immer reicher und die Armen immer ärmer.

Es war Zeit für Gutmenschen und Bösmenschen. Die Zeitler waren gut. Auf dem Mosaik trug sie ein Diadem, er einen Einstecker mit Edelweiß. Bevor ich im Google die Symbolik von Edelweiß finde, weiß ich schon, dass wenn etwas mit den Worten “edel” und “weiß” zu bezeichnen ist, muss es edelweiß sein, das edelste, was es gibt.

Ach, na ja, bevor ich in der Wikipedia zu der Pflanze komme, zeigt sie mir die militarische Edelweiß-Operation während des 2. Weltkrieges:
Es war der Deckname für den ab 23. Juli 1942 durchgeführten zweiten Teil der deutschen Sommeroffensive in Russland. Ziel der Operation war es, die Ölvorkommen in und um Baku zu sichern.

So ist es im Leben – nichts kann sich von dem Bösen retten, kein Symbol, kein Wort, keine Farbe. Denken wir nur an das Wort “Sicherheit”.

Die Blume aber, das Alpen-Edelweiß, ist eine der bekanntesten und symbolträchtigsten Blumen überhaupt.

Eine Polin in mir fragt sich, wie es sein kann, dass diesselbe Blume auf Polnisch – szarotka – etwas kleines, graues und belanglosen bedeuten kann?

Bekannt wurde die Pflanze zuerst als Symbol der österreichischen Kaiserin Elisabeth (Sissi). Ein 1865 gemaltes Porträt des Malers Franz Xaver Winterhalter zeigt die Kaiserin Elisabeth mit neun in ihr Haar geflochtenen künstlichen Edelweiß-Sternen. Der Schmuck aus Edelmetall und Diamanten wurde in den Jahren nach 1850 vom damaligen Hof- und Kammerjuwelier Alexander Emanuel Köchert entworfen und gestaltet. Um die alpine Pflanze ranken sich in der k. u. k Monarchie mit der zunehmenden Verehrung der Kaiserin Sissi immer mehr romantische Mythen. Nur verwegenen Kletterern gelänge es, ein Edelweiß zu pflücken. Es verkörpere Werte wie Mut, Treue und Gemeinschaft. Das Edelweiß solle gemäß solchen Mythen aus Tränen entstanden sein, welche die Eisjungfrau über die Untreue ihres geliebten Jägers vergoss. Vor ihrem Todessprung zauberte sie darauf Tränen in Form von Edelweißsternen an den dortigen Felsen. Jeder, der nach dem Edelweiß in den Felsen greife, solle fortan zu Tode kommen. Um ein Aussterben der symbolträchtigen Art zu verhindern, wurde sie schon früh unter Naturschutz gestellt. Bald wurde das Edelweiß als Symbol von zahlreichen alpinen Vereinen und Verbänden übernommen.

Und tatsächlich, auf Polnisch bedeutet die Blume gar nicht so viel, ausser, dass sie, wie in jedem Alpinen Gebiet, ein Motiv in Auszeichnungen und Souvenirs der Region ist. Aber immerhin schreibt man in Polnischer Wikipedia, dass die Blume in der Schweiz eine Nationalblume und Symbol der Unberürtheit und Reinheit ist.

Über Bedeutung des Grabesschmuck Zeitlers habe ich nirgendwo Antwort gefunden. Ich vermute, es ging um Mut, Treue und Gemeinschaft und nicht um Reinheit und Unberürtheit.

Der Baumeister und Architekt Carl Ludwig Zeitler (1835-1910), Sprössling einer zu großem Reichtum gekommenen Weberfamilie, betätigte sich gemeinsam mit seinen Brüdern Zeit seines Lebens als Förderer der Wissenschaften und Begründer verschiedener wohltätiger Stiftungen. Hierzu gehörten etwa eine Weberstiftung (1889), das Wilhelm-Zeitler-Frauenheim (1894) und ein Studienhaus mit Sternwarte und Konzertsaal (Ludwig-Zeitler-Studienhaus, 1901). Nach dem Tod ihres Vaters Johann Jakob Zeitler (1807-1871) ließen die Söhne nach eigenem Entwurf Carl Ludwig Zeitlers ein neugotisches, äußerlich in hohem Maße auch antiken Vorbildern folgendes Mausoleum errichten. Der granitverkleidete, hohe Gruftbau mit seitlichen, durch gotisierende Gusseisengitter abgegrenzten Gärtchen fällt besonders durch seine Fassadeninschriften auf, die die Familiengeschichte erhellen und an der linken Seitenwand – als kulturgeschichtliche Besonderheit – eine Art Bauurkunde enthalten. Diese berichtet in dreizehn Zeilen von den Veränderungen, die sich nach dem Deutsch-Französischen Krieg 1870/71 und während der Bauzeit der Grabanlage (1871-75) ereigneten: Detailliert wird auf Arbeitslöhne und Materialkosten hingewiesen sowie auf die einschneidende Umstellung der bislang üblichen Maßnormen (Länge, Volumen und Gewicht), beispielsweise wurden Ruthe, Fuß und Zoll vom Meter verdrängt. Ebenso wird die Einführung der neuen Gold(mark)-Währung erwähnt, die den Taler ablöste, sowie die Entstehung neuer Gesetze. Das Innere des Bauwerkes ist mit einem farbenprächtigen Mosaik geschmückt, das die Bildnisse des Erbauers und seiner Ehefrau zeigt, sowie mit einem gusseisernen Relief mit der Darstellung der drei Frauen am Grabe.

Im Jahr 2004 ließ die Arbeitsgemeinschaft für die historischen Friedhöfe und Kirchhöfe e.V. Erhaltungsmassnahmen und die Erneuerung der Inschriften an den Wänden des Mausoleums durchführen.
Der Innenraum des Mausoleums wurde in ihrem Auftrag 2018 restauriert. Die Arbeitsgemeinschaft veröffentlichte ausserdem im Oktober 2012 anlässlich ihres 30-jährigen Bestehens die Memoiren von Carl Ludwig Zeitler. Und dies ist eine ausserordentlich interessante Lektüre. In einer Woche veröffentliche ich hier ein Fragment dieses Buches. Über Agnes…

Und die Frauen.

Zuerst natürlich Agnes, die Ehefrau von Carl Ludwig, die Frau im Edelweiß-Diadem.
Dann die Hanna Wilhelmine Zeitler mit Ihren drei Söhnen am Sarg des Johann Jakob Zeitler, der 1871 verstorben war und für den das Mausoleum errichtet wurde.


Aber  auch im 21. Jahrhundert sind es die Frauen, die sich um das Mausoleum kümmern. Man muss hier unbedingt Doris Tüsselmann erwähnen, die langjährige Vorsitzende der Arbeitsgemeinschaft für die historischen Friedhöfe und Kirchhöfe Berlins e.V. (auf dem Foto unten steht sie rechts).

Die Renovierungsarbeiten im Innenraum des Mausoleums übernahm mit ihren Mitarbeiterinnen die schöne Restauratorin, Joana Pomm.


Mausoleums Zeitler
Georgen-Parochial-Friedhof I, Greifswalder Straße 229 – 234
10405 Berlin-Prenzlauer Berg

Im Mausoleum sind beerdigt worden: Johann Jakob Zeitler (†1871) und seine Ehefrau Wilhelmine (1809–1893) – die Eltern von Carl Ludwig, sein Bruder Emil (1845–1891), sein Halbbruder Carl Ferdinand Gläser (1829–1883), Zeitlers Frau Agnes (1843–1901) und er selbst.

Der Friedhof – von einer der ältsten evangelischen Gemeinde Berlins auf einem früheren Weinberg angelegt – wurde 1814 eingeweiht, war bald belegt und wurde 1832 und 1842 erweitert.

Er wurde in klassischer Kreuzform mit Alleen entlang der Hauptwege auf einem Hang – früher ein Weinberg – angelegt. 1970 wurde er auf Beschluss des Magistrats geschlossen und erst nach der Wende 1991 wieder eröffnet. In der Zwischenzeit war der etwa 40 Hektar große Friedhof stark verwildert und verfallen, weshalb seit der Wiedereröffnung umfangreiche Instandsetzungsmaßnahmen vorgenommen wurden. Auf dem Friedhof ruhen einige Berliner Größen und schöpferische Persönlichkeiten: darunter der Komponist und Kapellmeister August Eduard Moritz Conrady (†1873), der Baumeister Carl Ludwig Zeitler (†1910), der Theaterintendant Franz Wallner (†1876) und der Gründer der ersten Blindenschule Deutschlands, Johann August Zeune (†1853).

Nico, eine Mondgöttin

Sie liegt auf dem Selbstmörder Friedhof in Berlin begraben, obwohl sie gar keine Selbstmörderin ist, sondern ist auf Ibiza vom Fahrrad gefallen und gestorben. Am 18. Juli 1988.

Nico…

Von Andy Warhol entdeckt, kam sie zu Ruhm als weib­liche Stimme des ersten Albums von The ­Velvet Underground  und, wie Berliner TIP behauptet, werden ihre Soloplatten bis heute immer dann angehört, wenn man einmal so richtig tief depressive Musik hören möchte.

Sie war vielleicht keine Selbstmörderin, das ja, aber, na ja, sie war heroinsüchtig und depressiv, wirkte selbstzerstörerisch und ihr Leben war zu letzt lediglich ein Haufen dubiöser Umstände…

Ihr Grab ist eine Pilgerstätte für viele ihre todessehnsüchtigen Fans aus aller Welt, die dort eine Blume, aber auch einen Joint, eine Schnapsflasche oder eine ­Heroinspritze niederzulegen pflegen.

Anne Schmidt

schrieb über sie zum Buss- und Bettag letztes Jahres…

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten,

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen „Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum, warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol


Im Kino gibt es jetzt ein Film über sie. Ein, wie TIP Berlin es bezeichnet, beeindruckendes Biopic über die Spätphase der gefeierten Popikone: Nico, 1988.
I/B 2018, 93 Min., R: Susanna Nicchiarelli, D: Trine Dyrholm, John Sinclair, Anamaria Marinca.
Eine Geschichte über zwei letzte Jahre Nicos Leben.
Trine Dyrholm, die Nico spielt, singt im Film alle Lieder selbst.

Der Film ist fantastisch. Und es gibt gar eine merkwürdige halluzinatorische Vision Polens AD 1987 im Film. Polen an Allen Toten Tag.

Zwei ihre Aussagen, die sich einem für eine Ewigkeit einprägen.
– Bin ich hässlich? Ja? Gut. Ich war sehr unglücklich, als ich schön war.
Und
– Ich war ganz oben und ich war ganz unten. Auf den beiden Orten ist man verdammt allein.


Im TIP erzählt der Musiker Lüül (Lutz Graf-Ulbrich) über seine einstige Liebe und ihr Grab. Er war Musiker der Berliner Krautrockbands Agita­tion Free und Ashra, Mitglied des Kollektivs 17 Hippies – und Nicos ehemaliger Gitarrist und Liebhaber.

„Es gab niemanden, der etwas Vergleichbares machte“, sagt Lüül. Er hat ein Buch geschrieben über seine Jahre mit Nico und es „Im Schatten der Mondgöttin“ genannt. Darin beschreibt er seine erste Begegnung mit ihr in der Pariser Opéra Comique 1973: „Nur ein Scheinwerfer. Dann kam sie. Nico. Überirdisch. Unnahbar schön. Allein mit ihrem indischen Harmonium.“ Magisch hat das damals auf Lüül gewirkt. Ja, und auch er hat sie angehimmelt. „Sie war ­sagenumwoben“, erinnert er sich. Wie von einem Nebelschleier umgeben, all die Geschichten, die man so von ihr erzählte und die sie über sich selbst erzählte, blieben vage, halb erlebt, halb erdacht. Die Kult- und Kunstfigur Nico lebte von ihrer Aura und dem Mysterium, das sie um sich herum schuf. „Sie war unergründlich“, sagt Lüül.

Schleierhaft ist ihm bis heute auch, weshalb sie sich ausgerechnet ihn ausgesucht hat, damals bei der ­Party des gemeinsamen Managers Assaad und später im Backstage-Zelt eines Festivals in Frankreich. Weshalb sie sich im Hotel vor ihm auszog und nackt aufs Bett legte. Vielleicht waren sie sich ja doch gar nicht so fern: Sie aufgewachsen in Schöneberg, im KaDeWe als Model entdeckt, er Musiker aus Charlottenburg, beide Kinder des Nachkriegsberlins. So jedenfalls kam die Mondgöttin ins Leben des 14 Jahre jüngeren Lutz Ulbrich und verlieh ihm ungeahnte Größe. Es folgte: „die wilde Zeit“. Ein Leben aus dem Koffer, von Paris nach Amsterdam, immer dem billigen Heroin nach, die Konzertreisen durch die USA. Apropos Heroin: Es machte sie selbstsicherer, sagt Lüül, aber auch selbstsüchtiger. „Sie war die egozentrischste Person, die ich je kennengelernt habe. Alle halten sie ja so hoch, aber hey, sie war auch eine Bitch! Sie hat Menschen betrogen.“ Doch so wie sie nicht vom Heroin loskam, kam er nicht von ihr los.

Dann das große Finale im Chelsea Hotel, New York. Einem Drehbuchautor würde man diese Szene wohl aus seinem Skript streichen, weil maßlos übertrieben: Nico auf Methadon und Alkohol, es kommt zum Streit, ein Bügeleisen fliegt durchs Fenster (Lüül: „Ich hätte es sonst voll in die Fresse gekriegt.“), sie spuckt ihm ins Gesicht, er würgt und schlägt sie, bis sie fällt und liegen bleibt (Lüül: „Ich dachte schon: Jetzt biste ein Mörder!“), doch sie lebt, die Polizei kommt, der Vorhang fällt. Im wahren Leben geht die Geschichte weiter, die beiden bleiben „in Freundschaft verbunden“, wie man so sagt, sie singt das Lied „Reich der Träume“ für ihn ein, er organisiert ihr letztes Konzert im Planetarium Berlin, sechs Wochen vor ihrem Tod, von dem Lüül am Telefon erfährt. Am 18. Juli 1988 fällt sie in Ibiza vom Fahrrad. Gehirnblutung.


Ein Kinotrailer, huch, so was habe ich noch nie gesehen. Ist 20Uhr51, ich klicke den Trailer an und lese eine merkwürdige Zeile: Aus jugendschutzrechtlichen Gründen darf dieser Trailer nur zwischen 23:00 Uhr und 06:00 Uhr abgespielt werden. Sogar den link zum Trailer kann man vor 23 Uhr nicht kopieren…

Hmmmm… Na egal… Der Trailer

Reblog: Ein Mann auf einem Friedhof in Reinickendorf

Es kam Vorgestern per Mail:

Liebe Mitglieder, Freunde und Freundinnen der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Berlin, sehr geehrte Damen und Herren!

Eine Geschichte, die kaum zu glauben ist: ein Pole und ein Deutscher haben nach monatelanger Suche die verschollene Urne des Bischof Bursches auf einem Reinickendorfer Friedhof wieder gefunden.

Nach 76 Jahren ist das Schicksal des polnischen evangelischen Bischofs Juliusz Bursche endlich aufgeklärt

76 Jahre nach seinem Tod wird der polnische Protestant geehrt, der durch die Nazis ums Leben kam

© Karola Kallweit

Am 20. Februar 2018, 76 Jahre nach dem Tod des Bischofs Juliusz Bursche in Gestapo-Haft fand in Berlin-Reinickendorf eine Trauerfeier für ihn statt.

Landeseigene-Friedhof Reinickendorf

Man hat an diesem sonnigen Tag das Gefühl, als würde eine Saat der Versöhnung zwischen Polen und Deutschen aufgehen. Eine Saat die vor langer Zeit gesät wurde. Von Bischof Juliusz Bursche, einem polnischen Protestanten mit deutschen Wurzeln, der 1942 durch den Nazi-Terror starb. Bedeutend ist er bis heute unter den Protestanten Polens, in Deutschland hingegen nahezu unbekannt.

Zur Gedenkfeier auf dem städtischen Friedhof in Berlin-Reinickendorf ist eine große Delegation aus Polen angereist: die Nachfahren Juliusz Bursches, darunter sein Urenkel Juliusz Gardawski, sowie der leitende Bischof der Evangelisch-Augsburgischen Kirche in Polen, Jerzy Samiec. Er und sein Berliner Kollege Markus Dröge, Landesbischof der Evangelischen Kirche Berlin-Brandenburg-schlesische Oberlausitz, halten die Predigten und sprechen die Worte der Andacht.

Der Ort seines Grabes war unbekannt

Der 20. Februar 1942 ist der Todestag von Bischof Juliusz Bursche. Zwei Hobby-Historikern aus Polen und Deutschland ist es zu verdanken, dass nun seine Nachkommen, 76 Jahre nach seinem Tod, an einem Gedenken, einer Trauerfeier für ihren Vorfahren teilnehmen können. Für Jahrzehnte lagen die Umstände von Juliusz Bursches Tod im Dunkeln und der Ort seines Grabes war unbekannt. Seine sterblichen Überreste galten bis vor Kurzem als verschollen. Ein Überbleibsel des Nazi-Terrors.

Die Nationalsozialisten mordeten akribisch und versuchten ebenso akribisch, die Geschichten der Opfer unsichtbar zu machen. Der Urenkel des Bischofs, Juliusz Gardawski, erzählt, dass die Tochter des Bischofs kurz nach Erhalt der Todesurkunde ins Gestapo-Hauptquartier nach Warschau ging, um die Überführung der sterblichen Überreste ihres Vaters zu regeln. Nachdem ihr dieser Wunsch verwehrt wurde, wandte sie sich an den zuständigen Gestapo-Offizier: „Habt ihr sogar vor seiner Asche Angst?“, habe sie gefragt. Die Antwort des Gestapo-Mannes: „Bedenken Sie, mit wem Sie sprechen.“

©EKD/Janina Finkemeyer

Mit einem Aufruf zur Versöhnung und gegen Nationalismus ist in Berlin an den in deutscher NS-Haft gestorbenen polnisch-evangelischen Bischof Juliusz Bursche (1862-1942) erinnert worden. Anlass waren Bursches 76. Todestag und die Wiederentdeckung seiner Grabstelle im vergangenen Jahr.

Die Hobby-Forscher Klaus Leutner und Pawel Wozniak haben auf ihrer Spurensuche die Urne von Juliusz Bursche ausfindig gemacht und mühsam die Ereignisse rekonstruiert. Sie lasen sich durch Krankenhausakten, suchten das nächst gelegene Krematorium und baten die Friedhofsverwaltung um Hilfe. Nach und nach konnten sie so das Puzzle zusammensetzen. Gestorben ist Bischof Juliusz Bursche an einer Lungenentzündung im Polizeikrankenhaus in Berlin-Mitte nach zweijähriger Internierung im KZ Sachsenhausen. Er wurde eingeäschert und auf dem Gemeindefriedhof in Berlin-Reinickendorf beerdigt. Es war ein besonderer Moment, als Bischof Markus Dröge am 29. Oktober 2017 bei den zentralen Feierlichkeiten zum Reformationsjubiläum in der Warschauer Kirche Sankt Trinitatis diese Unterlagen überreichen und der Familie mitteilen konnte, wie Bischof Juliusz Bursche ums Leben kam.

Ein Mensch, der das Leben umarmte

Ums Leben kam – wie tragisch treffend die Redensart für jemanden wirkt, der, wie sein Urenkel Juliusz Gardawski erzählt, ein Mensch war, der das Leben umarmte, der den Sommer über in seinem Garten Rosen und Bäume pflanzte, der sich eine Zigarre und ein Gläschen Wein am Tag gönnte, der die Musik liebte und das polnische evangelische Gesangsbuch mitverfasste. Er hatte es sich zur Pflicht gemacht die Protestanten in Polen zu einen, denn Nationalität war kein Maßstab für ihn, wenn es um den Glauben ging. Eine Haltung, die im deutsch-besetzten Polen brandgefährlich war und für die Bursche am Ende mit seinem Leben bezahlen sollte. Er nannte es in einem seiner Briefe, die er aus dem Lager nach Hause schickte, die „Tragödie meines Lebens“, dass sein Lebenswerk „eine kräftige, einflussvolle, evangelische Kirche, die Polen und Deutsche eint“, nun zerstört werde.

Die Geschichte Polens und Deutschlands ist wechselvoll und über lange Zeit von Leid geprägt. Sie beginnt nicht erst mit dem Überfall der Nazis 1939. Um zu verstehen, warum den Deutschen sogar die Asche des Bischofs Angst machte, muss man weiter zurückgehen. Juliusz Bursche stammte von deutschen evangelischen Einwanderern ab, die sich in Polen, damals Kongresspolen, niedergelassen hatten. Juliusz Bursche gehörte zur zweiten Generation, die in Polen aufwuchs und das Land als seine Heimat begriff. Die Familie gehörte zum Bürgertum. Im Hause wurde deutsch gesprochen und die lutherische Reformation war identitätsstiftend. Sein Vater war Vikar und so lag es nahe, dass auch Juliusz Bursche eine theologische Laufbahn anstrebte.

Im Geiste einer protestantischen Ökumene

Als Erwachsener war er überzeugter Verfechter einer polnischen Unabhängigkeit, ohne jedoch seine deutschen Wurzeln zu vergessen. Sein Urenkel sagt: „Die Familie lebte in einem polnischen Haus, in dem deutsch gesprochen wurde.“ Vor diesem Hintergrund war es naheliegend, dass Bursche im Geiste einer protestantischen Ökumene versuchte, die evangelischen Christen in Polen, eine Minderheit in dem katholischen Land, zu einen. Die Sprache der Andacht und des Gebets dürfe die Gläubigen nicht trennen, davon war er überzeugt. Vielmehr müsse man sich auf das Gemeinsame besinnen und in der Tradition lutherischer Freiheit friedlich miteinander glauben. Diese moderne, übernationale Haltung wurde ihm, wie vielen anderen der deutschen und polnischen intellektuellen Elite, zwischen den Weltkriegen zum Verhängnis. Die Nazis warfen ihm eine „Polonisierung“ der Deutschen vor und die Kirchenleitung hatte sich im Zuge der Gleichschaltungs-Politik längst in die Gefolgschaft der deutschen Besetzer ergeben.

Kirchenhistoriker und Bursche-Forscher Bernd Krebs schreibt dazu: „Durch ihre offene Zustimmung zum ‘nationalen Aufbruch’ in Hitler-Deutschland, die fast pathologisch zu nennende Verklärung der dortigen Zustände und durch ihre weitreichenden Zugeständnisse gegenüber der neuen ‘Volksgruppen’-Führung, hatten sich Kirchenleitung und Pastorenschaft längst in eine folgenreiche Abhängigkeit begeben.“

 

Das Fenster, der Blick in den Himmel. Derselbe Blick wie damals

Als Bursche 1937 der erste Landesbischof seiner Kirche wurde, war sein Schicksal schon besiegelt. Anfang September 1939 begann der Überfall auf Polen und kurz darauf begannen die Verhaftungen. Am 3. Oktober 1939 nahm die SS Bischof Bursche fest. Von Polen aus wurde er zunächst in ein Gestapo-Gefängnis gebracht und schließlich Anfang 1940 ins KZ Sachsenhausen.

Urenkel Juliusz Gardawski hat nun zum zweiten Mal das KZ Sachsenhausen besucht. Erst diese erneute Ortsbegehung vervollständigt nun sein Bild der Gefühls- und Wahrnehmungswelt des Bischofs, die er bislang nur aus den Briefen kannte, die Bursche alle zwei Wochen aus dem Lager an seine Familie in Polen schickte. Gardawski nennt es ein „unverschuldetes Misslingen der Lebensmission“ des Bischofs. Doch wie erst muss sich dieses Scheitern für den Bischof selbst angefühlt haben? Gardawski verweilte beim Besuch des KZ etwas länger in der Zelle, in der Bischof Bursche inhaftiert war.

Später erzählt Gardawski, was er gesehen und empfunden hat: Kahle Wände, Betonfußboden, ein Ort des kalten Funktionierens. Und doch gebe es das Fenster, den Blick in den Himmel. Derselbe Blick wie damals. Gardawski sagt, er habe die Wolken am Himmel gesehen und sich vorgestellt, dass auch sein Urgroßvater die Wolken gesehen habe, die aus dem Osten vorbeizogen; vielleicht habe er darin die Gebete und warmen Gedanken seiner Familie erkannt. Und vielleicht habe sich sein Urgroßvater vorgestellt, dass der Wind aus dem Westen die Liebe für seine Familie in den Osten geschickt habe.

Auch wenn es keine Asche gab, so errichtete man Bischof Bursche dennoch ein Grab in Polen. Einen symbolischen Ort des Gedenkens neben der Dreifaltigkeitskirche in Warschau. Und während der kalte Krieg den Graben zwischen den beiden Ländern vertiefte, die Nachkriegs-EKD dem Vergessen des polnischen Bischofs kein Ende setzte, hatte man den Bischof in Deutschland fast vergessen. Erst die Wende in der Ost-Politik und die Wende von 1989 brachten eine langsame Annäherung in der Beziehung der beiden protestantischen Kirchen. „Zarte Bande, die zu einem Netzwerk wurden“, so beschreibt es Landesbischof Dröge in seiner Predigt an diesem 20. Februar 2018.

Späte Würdigung einer Lebensleistung

Das Großwerden des Nationalsozialismus hatte viel mit Angst und Gleichgültigkeit zu tun. In einer gemeinsamen Pressemitteilung der beiden protestantischen Kirchen und der Familie heißt es:

„Anfang 1933, am Tag der Verkündung von Wahlergebnissen in Deutschland als die Nationalsozialisten die Macht übernahmen, weilte Bischof Bursche in Berlin und war Zeuge eines Nachtmarsches der Nazis mit Fackeln. In einem der Briefe an seine Familie kommentierte Bischof Bursche dieses Erlebnis mit unmissverständlichen Worten des Widerstandes gegen den chauvinistischen Nationalismus.“

Aus Asche, so heißt es, entsteht neues Leben. Und nachdem die Experten die Urne genauer untersucht haben und die Asche des Bischofs nach Polen überführt werden kann, dann ist das für die Familie des Bischofs und den aktuellen Bischof der Evangelisch-Augsburgischen Kirche in Polen Jerzy Samiec die späte Würdigung seiner Lebensleistung. Und auch ein Beweis für eine übernationale Einheit zwischen Deutschen und Polen. Die Saat von Bischof Bursche, die Früchte trägt.

Quelle: Evangelischer Pressedienst Berlin / Karola Kallweit (für evangelisch.de)
Weitere Informationen dazu finden Sie auf unserer Website www.dpgberlin.de

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.

Brückner raz jeszcze / Wieder Prof. Brückner

Ewa Maria Slaska & Roman Brodowski

Dzień zmarłych / Allerheiligen

Zaproszenie3-malePo polsku pisałam już TU o profesorze i jego grobie na Cmentarzu Parkowym Tempelhof, a TU i o grobie, i o naszej wspólnej wizycie tam przed rokiem.

ambasada4Über Professor Brückner und sein Grab

Zünden wir wieder die Grabkerzen.
Lassen wir unsere Erinnerungen frei.
Die Gestorbenen “leben” nur so lange, wie lange wir uns an sie erinnern.

Liebe Freunde,

heute ist der Tag der Allerheiligen, der Tag an dem die Katholiken ihren Gestorbenen gedenken.
Wie jedes Jahr werden wir heute die Gräber unserer Nächsten besuchen, uns an sie erinnern, an die Zeit denken, als sie noch unter uns weilten.
Wir sollen uns aber auch an die Menschen erinnern, die längst vergessen wurden.
Für uns, Polen in Berlin, ist Professor Aleksander Brückner solch ein Mensch. Der Linguist, Humanist, Historiker. Fast 60 Jahre lebte er in Berlin, 44 Jahre leitete er das Slawistik-Institut an der Humboldt-Universität, das er als junger Wissenschaftler gegründet hatte. Er hatte 600 Bücher auf Deutsch un Polnisch verfasst und unzählige Artikel, Kritiken, Besprechungen. Gestorben 1939, wurde er allmählich vergessen, bis wir, die Polen in Berlin, uns an ihn erinnerten und ihn in die kollektive deutsche und polnische Gedächtnis wieder rückten. Seit vielen Jahren besuchen wir sein Grab. Manchmal geht nur eine von uns hin, manchmal zwei, letztens sind wir aber immer mehr.

Auch dieses Jahr gehen wir wieder hin. Wir treffen uns am Sonntag, den 1. November um 11 Uhr unten in der U-Bahn-Station Ullsteinstrasse.

ambasada2 ambasadaUnd so war es. Kwiaty ufundowała Ambasada Polska w Berlinie.

brucknerFotos Ania /1. November 2015

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

San Michele

Ewa Maria Slaska

Dwaj poeci, muzyk i tancerz

W Wenecji popłynęłam na cmentarz czyli na wyspę San Michele. Była piękna pogoda, miałam czas, mogłam chodzić po cmentarzu jak mi się długo podobało, a najważniejsze – nie byłam całkiem sama, bo to by napawało chyba lekkim strachem, ale nie, tu i ówdzie widać było jakiegoś odwiedzającego, jednak nie trzeba się też było przepychać w tłumie turystów. Jeśli docierasz do San Michele, to znaczy, że musiało ci na tym zależeć.

sanMichele2014 (3)Mnie zależało. Właściwie głównie z uwagi na Ezrę Pounda. Zawsze robi mi się paskudnie, jak o nim myślę. Bo z jednej strony niezwykły poeta i nadzwyczajny przyjaciel poetów i pisarzy, Eliota, Tagorego, Joyce’a, Hemingwaya, wspaniały niezależny duch, wolny człowiek, wyprostowany, by użyć faustowskiego pojęcia.

Był jednym z najważniejszych poetów światowej Moderny.

Esra PoundZ drugiej zaś strony to co wszyscy wiemy – świadomy, lojalny i wierny aż po koniec wojny wielbiciel Mussoliniego i włoskiego faszyzmu. Możemy go za to krytykować, ale piszę to w Berlinie, w Niemczech, gdzie przecież latami wielbiono po wojnie twórców wspierających i wspieranych przez Hitlera – Herberta von Karajana, Gustafa Gründgensa, Arno Brekera, Leni Rifenstahl. Przeszli gładko jak po ubitym trakcie od wyznawania nazistowskiego reżimu do Republiki Niemieckiej i nikt ich za to nie oskarżył, nie skazał na śmierć, nie zapędził w chorobę psychiczną, nie wsadził do klatki i nie wystawił na ludzką nienawiść i pogardę. A Pounda trzymano w klatce. 6 tygodni w klatce.

Był wrogiem. Można zrozumieć. Nienawidził Amerykanów, za to, że się bez reszty oddali kapitalistom i zaprzedali bankom, a to było, miało być wyjaśnieniem jego antysemityzmu. Bo był antyimperialistą, antykapitalistą, antysemitą! Był.

Ale do klatki!

Kochał literaturę europejską i w ogóle europejskie dziedzictwo kulturalne. Kochał Wenecję. Gdy dotarł tu po raz pierwszy w roku 1908, przypłynął na Gibraltar na pokładzie statku przewożącego bydło, a potem dostał się psim swędem na stronę europejską, pokonał większość drogi na piechotę, by wreszcie wyczerpany i głodny dotrzeć do Serenissimy. Tu też w trzy miesiące po przybyciu wydał własnym sumptem swój pierwszy tom wierszy.

Po dwunastu latach w psychuszce został w roku 1958 wypuszczony, państwo amerykańskie zakończyło proces przeciw Poundowi, dano mu paszport i pozwolono wyjechać. Pojechał do Wenecji i tu umarł 1 listopada 1972 roku.

Ezra Pound – Pakt

Zawieram z tobą układ, Walcie Whitmanie,
Dość długo już nie mogłem cię znosić
Przychodzę do ciebie jak wyrostek
Który miał upartego ojca
Jestem już w tym wieku, że mogę zaprzyjaźnić się
Tyś pierwszy ściął pień drzewa
Teraz jest czas rzeźbienia w nim.
Z tej samej my tkanki, z tych samych korzeni
Niech będzie więc pakt między nami.

Tłumaczył Leszek Elektorowicz

brodsky2 (1) 2Leży w tym samym kwartale co Pound. Josif Brodski (1940-1996), rosyjski poeta-dysydent, więzień reżimu, laureat nagrody Nobla, słynny autor słynnego W półtora pokoju. Umarł w Stanach Zjednoczonych, pochowano go w Wenecji.

Przy wejściu na cmentarz dostałam w portierni kartkę z planem nekropolii, na którym zaznaczono, gdzie znajdują się groby znanych osobistości. Po drodze odwiedzającego prowadzą też strzałki, Brodski i Pound, Strawiński i Diagilew, ale gdy dojdzie się do wyznaczonego kwartału, nic już poza wytrwałością nie doprowadzi człowieka do poszukiwanego grobu. W kwartale ewangelickim, gdzie leżą Pound i Brodski znajduję mały drewniany domek na nóżce prawie kurzej. Nic nie tłumaczy, co to za domek, otwieram, znajduję oprawioną w gruby plastik kartkę z historią cmentarza i poskładane, zniszczone świstki. To listy, które odwiedzający położyli na grobie Brodskiego.

brodsky3Здравствуйте Иосиф Александрович.

Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja; bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt: w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki –
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy,
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Zanim znalazłam grób poety, odczytuję napis sugerujący polskość. Ale może to jednak Rosjanka. Nadia Ianewicz-Janiewski (oba nazwiska przez “w”), 27.02.1833 – 28.03.1860. Miała 27 lat. Czy to jedna z tych nieszczęsnych zakochanych, wywiezionych przez rodzinę daleko od kochanka, która zmarła w Wenecji z miłości i zgryzoty. Nie mam nadziei, że znajdę ją w internecie, pytam jednak. Nie ma jej, bo niby dlaczego miałaby być?

Na innym grobie napis La via, la verita, la vita – Droga, prawda, życie.

Dwaj następni artyści znajdują się tuż obok, w tzw. kwartale greckim.

diagilew (1)-3xdiagilew

Sergiej Diagilew, a przy sąsiedniej ścianie Igor Strawiński i jego druga żona Vera de Bosset, tancerka.

strawinski (1)-2strawinski (4)-3x Tancerzowi kładą na grobie baletki, pisarzowi listy, wiersze, czasem książki, co można by położyć na grobie muzyka? Widać nie ja jedna nie wiem, na grobie Strawińskiego nic nie ma.

Bardzo sztywno to wygląda na tym nagrobku, a tymczasem – w roku 1956 koło szkoły San Fantin ktoś mu zrobił takie zdjęcie:

strawinski i koty w Wenecji

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Pisarze i cmentarze

Ewa Maria Slaska

Poszwendałam się po paryskich cmentarzach, spotkałam różnych ciekawych ludzi, może jeszcze do nich dojdziemy, ale na razie pisarze.

Père-Lachaise, największy cmentarz w Paryżu. Pochowano na nim milion osób. Milion!

Honoré de Balzac. 1799-1850. Boże jak oni wszyscy krótko żyli i ile w tym życiu zdążyli zrobić! Boy wydał w Polsce całą Komedię ludzką i były to 34 tomy. A są przecież jeszcze powieści, spoza cyklu. Z Eweliną Hańską ożenił się w… no tak, w Berdyczowie! Pisz do mnie na Berdyczów.

balzak
Marcel Proust. 1871 – 1922. Największy pisarz XX wieku. Tak uważała Mama i, no cóż, ja chyba też tak uważam. Latami czytałam jego siedmiotomową powieść co roku. Teraz zdarza się to jednak rzadziej i właściwie czytam już tylko trzy pierwsze tomy. Dalej, gdy literackie przetworzenie homoseksualizmu staje się absurdalne, książka mnie odrzuca. Ale czerwony krzak głogu, jeden jedyny w szeregu krzaków kwitnących na biało, będzie mi towarzyszył do śmierci. Albo zdanie Swanna: I pomyśleć, że zmarnowałem życie na zabieganie o kobietę, która mi się nawet nie podoba. No i oczywiście magdalenki, ciasteczka w kształcie muszli, pieczone dla pielgrzymów na drodze św. Jakuba. I przyzwyczajenie, pilna prządka…

Foto1057Grób Prousta bardzo źle wygląda. Oczywiście substancja grobu jest OK, ale ten tzw. entourage. Widać, że grób jest odwiedzany, ale ślad tych odwiedzin to zwykłe śmietnisko. Ten sam problem, tylko w jeszcze większym natężeniu, zuważymy potem na grobie Jima Morrisona. Grób wygląda po prostu katastrofalnie i jeszcze jest otoczony płotem, żeby nie można było podchodzić.

Yvan & Claire Goll, naprzeciwko grobu Chopina. Ciekawe, że najpierw zobaczyłam ich grób, a dopiero potem Chopina.

Je n’aurai pas duré plus que l’écume
Aux lèvres de la vague sur le sable
Né sous aucune étoile un soir sans lune
Mon nom ne fut qu’un sanglot périssable

I did not last longer than the spume
On the lips of the wave on the sand
Born under no star on a moonless night
My name was only a perishable sob

Nie trwałem dłużej niż morskiej piany czas
Gdy po wargach fali na piasku zostanie
Urodziłem się w noc bez księżyca i gwiazd
A imię me było jak bezgłośne łkanie

Na grobie cytat z wiersza Yvana Golla z cyklu Jan bez ziemi, króla, który był dla poety symbolem jego własnego losu. Goll był urodzonym we Francji niemieckim Żydem, pacyfistą, wiecznym tułaczem. Mieszkał w Szwajcarii, we Francji, w roku 1939 uciekł z Francji do USA, po wojnie powrócił do Paryża. Zmarł na białaczkę.

Claire Goll była także poetką, pisarką i dziennikarką, bardzo wysoko cenioną przez niemieckie feministki 25 lat temu. Wszystkie czytały(śmy) autobiografię pisarki wydaną w roku 1976 we Francji: Ich verzeihe keinem. Eine literarische Chronique scandaleuse unserer Zeit (Nikomu nie wybaczam. Literacka kronika skandaliczna naszych czasów). Było tam jedno zdanie, którego przez przyzwoitość tu nie przytoczę, zachęcając do przeczytania książki. Było ono na ustach wszystkich, choć dotyczyło… innego organu.

Miguel Angel Asturias, pisarz i dyplomata, był synem Metysa i Indianki. Wikipedia podaje, że matka pochodziła z plemienia Majów. Zachodzi więc pytanie, dlaczego Asturiasowi wzniesiono pomnik w stylu azteckim? No ale nie czepiajmy się drobiazgów. Dostał literacką nagrodę Nobla za Trylogię bananową, ale ja najbardziej lubię jego maleńką opowieść, zatytułowaną Zwierciadło Lidy Sal. To on, a nie, jakby się nam wydawało, Gabriel Garcia Marquez, był twórcą realizmu magicznego.

AsturiasCmentarz Montmartre. Emile Zola i Heine.

Foto1114Zola. 1840 – 1902. Pisarz, który udowodnił, że słowo pisane może pokonać reżim, zmowę i antysemityzm. W Wikipedii czytamy, że w roku 1898 Zola zaangażował się w obronę francuskiego oficera oskarżonego o zdradę – Alfreda Dreyfusa, publikując na pierwszej stronie paryskiego dziennika L’Aurore artykuł J’Accuse (Oskarżam!). Przyczynił się tym w ważkim stopniu do rehabilitacji Dreyfusa, choć sam popadł w niełaskę, a jego książki znalazły się na indeksie.

Nie przepadam za jego książkami, naturalizm w literaturze jest ciężkim zadaniem do odrobienia, ale oczywiście wiem, że nie było rady, jeśli pisarz miał powstrzymać rozbuchany kapitalizm, to trzeba było tak pisać.
No i oczywiście zawsze jeszcze jest
Wszystko dla pań.

Foto1122Zola popadł w niełaskę, a jego książki znalazły się na indeksie. To samo spotkało drugiego człowieka pióra, którego grób odwiedzam na cmentarzu Montmartre – Heinricha Heinego. 1797 – 1856. Wspaniały poeta, prześmiewczy, ironiczny, zaangażowany.

Hej, króla Wiswamitrę
gna coś na trudy wciąż nowe,
chce przez pokutę i boje
Wasiszty pozyskać krowę.

O królu Wiswamitro,
jakiś ty wół kwadratowy,
że tak się kajasz i walczysz,
a wszystko – dla jednej krowy.

Uwielbiam!
Obiektem jego krytyki, byli nie tylko nieszczęśni indyjscy władcy, lecz przede wszystkim agresywna polityka państwa pruskiego. To, co pisał, podlegało, jak wszystko i wszędzie, nie tylko Heine w XIX wieku, cenzurze. Oto jego wiersz z Buch Le Grand:

Niemieccy cenzorzy     ——  ——  —— ———— ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——   Durnie     ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——

Na grobie znajduje się poważniejszy jego wiersz:

Podobno był jednym z pierwszych Niemców, którzy umieli pływać.

Na Cmentarzu Montmartre należałoby również pójść na grób Juliusza Słowackiego. Jego samego tam oczywiście nie ma, leży na Wawelu, obok Mickiewicza, ale na cmentarzu pozostał odnowiony, pierwotny grób poety, zaprojektowany przez jego przyjaciela, francuskiego artystę Charles’a Pétiniaud-Dubos.

I wreszcie Cmentarz Montparnasse. Sartre, Simone de Beauvoir, Cortazar, Ionesko.

Foto1126On (1905 – 1980) znany jest wszystkim, ale chyba już rzadko czytany. Ostatnio pojawił się znowu, gdy Michel Gondry sfilmował powieść Borisa Viana Piana złudzeń. W Dziewczynie z lilią Jean-Sol Partre czyli Sartre to bufon. Więcej TU.

Ona (1908 – 1986) jest do dziś kochana przez feministki z całego świata. Przyjeżdżają na grób, składają kwiaty i całują płytę nagrobną, a ślady szminki są zawsze świeże.

Foto1129

Eugene Ionesco (1909 – 1994) i Madame Ionesco. Z ręką na sercu – wiemy, że wielki był, ale czy ktoś z nas go czytał? Chodziliśmy “na Ionesko” do teatru. To tak, oczywiście. Nie dziwota zresztą, jest przecież najczęściej grywanym współczesnym autorem sztuk teatralnych. Widzieliśmy na pewno Lekcję i Łysą śpiewaczkęKrzesła. Nosorożce.

A tymczasem pisał masę innych rzeczy. Pamiętniki, powieści, eseje, wiersze, książki dla dzieci.

Był też malarzem.

Gdy umarł, cały świat wiedział, że na Montparnasie pochowano “króla teatru absurdu”.  W roku 2014 jego sztuk nie ma w teatrach w Warszawie i Berlinie.

Foto1132I ostatni, najukochańszy, absurdalny, kultowy… Naszukałam się jego grobu jak głupia. W końcu machnęłam ręką na porównywanie rzeczywistości z planem. Wiedziałam, że jest w lewo od grobu Ionesco i tak długo chodziłam między grobami, aż znalazłam.

Julio Cortazar (1914-1984)

Mam wrażenie, że urodziłam się z jego książkami w ręku. Gra w klasy. W 80 światów dookoła dnia. Model do składania. O kronopiach i famach. Można czytać i czytać bez przerwy. Moje egzemplarze jego książek wyglądają jak te na grobie. Zaczytane w strzępy. Ale może to wina jakości książek wydawanych w PRL.

Może…