Biblioteki

Uwaga od administratorki z roku 2020: to, co poniżej, to wpis, którego już nie ma. Wszystkie linki, poza jednym, okazały się po 7 latach nieczynne i z niczym się nie linkowały, a jeden był jakimś podłym spamem. Zostało tylko zdjęcie wnuka, który, oczywiście, wygląda teraz zupełnie inaczej.

Ewa Maria Slaska

W tej grupie, z którą jestem zaprzyjaźniona na Facebooku (cokolwiek to miałoby znaczyć) biblioteki pojawiają się niemal tak często jak książki i pisarze. Jest taka piękna strona (natychmiast się z nią zaprzyjaźniłam!), zatytułowana “Tak wyglądam w bibliotece”.

W samych początkach jej istnienia wysłałam tam zdjęcie mojego wnuka, Antosia – okazało się, że był pierwszym mężczyzną, który pojawił się na tej stronie.

antos w bibliotece2
Jedna z moich przyjaciółek, nie tylko facebookowych, co i rusz podrzuca do pospólnego podziwiania biblioteki ze strony “Bookshelf Porn”:

http://bookshelfporn.com/tagged/favorites

Biblioteki pojawiają się też oczywiście w filmach. Najsłynniejsza jest główną bohaterką Imienia róży wg Umberta Eco, ale moja ulubiona, to oczywiście Keira Knightley w zielonej sukni w niedwuznacznej sytuacji w filmie Atonement wg. powieści Iana McEwana.

Ach te biblioteki.

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”?

Chciałam, żebyśmy miały na blogu co jakiś czas sugestie, co czytać, co obejrzeć, dokąd pójść? Ale to trudno się tak regularnie mobilizować do regularnych zadań doradczych, a tu tymczasem Dorota Cygan już nas wysłała do teatru na Castorfa, a teraz poleca nam pójście do kina. Niniejszym mianuję ją więc naszym doradcą kulturalnym, choć oczywiście to Lidia wysyła nas na wystawy, a ja się staram od czasu do czasu polecić dobrą książkę lub film.

Dorota Cygan

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”? Refleksje po wyjściu z „Searching for Sugar Man”

Po co opowiadać prawdę?

Pozyskać widza, zawładnąć jego emocjami i przykuć do fotela kinowego coraz trudniej. Wszystko już było. Niejeden fikcyjny chwyt scenarzystów i kamerzystów na tyle się zużył, że jest w obrębie schematu fabularnego doskonale rozpoznawalny, czyli przewidywalny, zwłaszcza od kiedy karierę robią fabryki kreatywnego pisania, czyli szkoły kreatywnego istnienia (na rynku pracy). Furorę robi wiec ostatnio chwyt bardziej wyrafinowany: dokument – lub fikcja stylizowana na dokument.

Gatunek to trudny – przykładamy bowiem do prawdy miarę absolutną: Prawda musi być czysta, niebanalna – i w dodatku …  prawdziwa. Już z każda z tych cech osobno jest problemem, ale wszystkie razem to już nie lada wyzwanie dla twórcy.

Po co ją ubierać w narracje? By dać ludziom szczyptę konkretnej treści  w miałkiej papce produkowanej na tony w wytwórniach rozrywki. A widz się popsuł –  potrzebuje silnego bodźcowania zamiast subtelnego światłocienia i wyważonych racji. Bodźcowania na przemian ostrym światłem i najczarniejsza ciemnością. Wszak na koniec mają go unieść emocje – najlepiej pozytywne. „Bo ludzie potrzebują pozytywnych historii”  – taka jest konkluzja jednej z narratorek filmu, komentujących życie jej ojca – bohatera „Searching for Sugar Man”.  Udany, jak najbardziej udany. Powiedzmy więcej: Tak udany, że ma swoje (rosnące!) grono fanów. Tak udany, że aż budzi niepokój w sceptykach.

Jak opowiadać  prawdę?

Film rekonstruuje detektywistyczne poszukiwania śladów muzyka rockowo-bluesowego, który jakby zapadł się pod ziemię. W zasadzie przestał istnieć w jednym miejscu, by stać się legendą w innym. Nie wiedząc o niczym, rzecz jasna. Elementy legendy są doskonale synkretyczne: Są tu cechy niepokornego rockmana popełniającego rzekomo śmierć samobójczą na scenie, rysy jednostki wykluczonej, latynoski background, przedmieścia Detroit, mit zapoznanego geniusza w muzycznym świecie  twardych reguł  konsumpcyjnych, męski Kopciuszek przed i po balu, nawet Jezus rozdający honorarium rodzinie i przyjaciołom. Sporo tych elementów mitu jak na jednego bohatera – ale jakże dyskretnie opowiedziane! Jak zgrabnie poprowadzony wielogłos narracji! Na tyle przekonująco, ze widz na wszelkie padające na ekranie porównania z Hendrixem, Dylanem i duetem Simon&Garfunkel tylko wzrusza ramionami. Bo jednak mimo że życzyłby mu medialnego sukcesu na miarę tu wymienionych, głównie emocjonuje go coś odwrotnego niż sukces – właśnie antysystemowość bohatera, jego pogarda dla establishmentu, wreszcie  bluesowy Lebensgefühl pełen dystansu i stoickiej zgody na to, co jest – i jak jest. A także sugestia, że to człowiek wolny, wyzwolony dzięki sobie – potrafiący mimo zewnętrznego zniewolenia ciężką harówką „być ponad”.

Jak opowiedzieć taką prawdę? Sięgając obficie po sprawdzone Stimmungsmacher – dymy nad Detroit, czarny romantyzm upadłych siedlisk ludzkich w epoce postindustrialnej, zdjęcia na przemian czarno-białe i kolorowe, miasto o świcie, miasto w czasie burzy, miasto-trup, aura tajemnicy (i dymu) wokół bohatera na scenach piwnicznych klubów, no i teksty, no i ten magiczny głos…  Wszystko razem wzięte daje kompletny wzorzec identyfikacyjny dla wykluczonych, którzy w filmie dostrzegą „soundtrack do swojego życia”, jak mówi jedna z bohaterek, albo też „symbol tego, do czego jest zdolny ludzki umysł”, jak komentuje ten spóźniony o 20 lat i krótkotrwały sukces inna z postaci. Lub stanowi też marzenie każdego z nas, by za połową życia  jednak nadal „pozostać sobą”, być mądrym, mieć bogate wnętrze, nie dać się życiu stłamsić lub wyhamować. Porywające to wszystko: understatement, tajemniczość,  zgoda na świat „mimo wszystko”,  a na koniec misterium, które się dokonuje w czasie tych kilku koncertów po latach artystycznego niebytu – misterium, od którego widzowi przechodzą ciarki po plecach. Bajka? A miał być przecież dokument? Dwa gatunki, wobec których mamy wszak  inne oczekiwania estetyczne – czyż nie?

Jak wykreować prawdę?

Ale może te dwa gatunki się zbliżają? Może rekonstrukcja detektywistycznych poszukiwań dzisiaj musi nabierać cech bajki, żeby nie serwować mdłej strawy znanej każdemu z własnej codzienności,  niespektakularnego wycinka zdarzeń podobnych do siebie i pozbawionych puenty? Baśnie to w końcu szczyt dyscypliny konstrukcyjnej – mają początek i koniec, pośrodku jakieś perypetie, a na zakończenie morał. Czy podobałaby się nam historia całkiem niezmanipulowana? Bez podkręconych puent pośrednich, polityki odkrywania i zarzucania fałszywych śladów, bez dozowania napięcia, bez całej  tej subtelnej poetyki przypadku? Z pewnością na rozum tak, ale emocjonalnie to już mniej – idę o zakład, że wyszlibyśmy z kina bardziej przygarbieni – a wychodzicie, wychodzimy uniesieni pozytywnymi emocjami. Czemu wiec produkt jest taki świetny – mimo tego całego „ no tak, ale…”?

Bo tło społeczne się zgadza. Pokrywa się z tym, co tworzy nasze uniwersalne i pokoleniowe doświadczenia. Pokoleniowe zwłaszcza w Polsce, gdzie wiemy, jaką siłę może mieć muzyka obecna w kanałach nieoficjalnych. Doskonale potrafimy sobie wyobrazić duszną atmosferę RPA z czasów apartheidu – autokontrola, zachowawczość, potulny konformizm życia artystycznego, tzw. emigracja wewnętrzna sporej części społeczeństwa, estradowość oficjalnej kultury – a zatem jej miałkość. A na tle tego subwersywny potencjał dźwięków pojedynczej gitary. Dźwięków tym donośniejszych, im bardziej odbijały się od estradowej kakofonii nurtu oficjalnego. Znamy to – i to nas potrafi unieść. To film dla nas.

Czyli działa zarazem dlatego, że jest trochę konstrukcją i trochę autentykiem. Bajką i dokumentem. Czymś jednostkowym i uniwersalnym. Prawdą i fikcją.

Jak uznać to za prawdę?

Pierwsze wątpliwości mamy już wychodząc z kina – zbyt dobre, żeby było prawdą, no nie? A potem życzliwi sceptycy sączą  nam dalej do ucha truciznę podsuwając drobne dowody na nierzetelność dziennikarską. Wyczytali w internecie. Zgoda, popsuje mi to odbiór, jeśli uznam, że dokument jest zawsze czysty, tylko w tym przypadku nie. Ale czy właściwie chcę wiedzieć, ile retuszu jest choćby w reportażach Kapuścińskiego, Mularczyka, Jagielskiego? Może taka kontaminacja gatunków, czyli  dokument spaprany fikcją, jest bardziej prawdziwą informacją o naszych czasach niż absolutna, nieprzefiltrowana, dokumentalna prawda? A czy ja w ogóle jeszcze jestem w stanie poczuć jakość takiej prawdy – po latach obróbki mentalnej przez media? Chyba nie. Dlatego mogę pójść na film jeszcze raz, znowu obejrzeć go naiwnie i na wszelkie zaczepki sceptyków odpowiedzieć słowami bodajże Goethego (poeta pytany, czy nie widzi, ze pewien pan na jego oczach dopuszcza się czynów niegodnych, miał odpowiedzieć: „ależ widzę, oczywiście – ale nie wierzę”). Nie wierzcie i mnie, blogowcy. Ktoś, kto ma taki stosunek do prawdy, sprzedał Wam właśnie fikcję. Czyli bujdę. Ale na film i tak  idźcie.

A ja dodam od siebie – o tak, idźcie na ten film, nawet jeśli jest przesłodzony i podrasowany. Co w nim przerasowano i dosłodzono zostało opisane po niemiecku i angielsku (choć po angielsku zaledwie w dwóch linijkach):
http://de.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
http://en.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
a tu już na przykład – nic o tym nie napisano, no ale przyznajmy, że w ogóle napisano skromnie i niewiele:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sugar_Man

Kobieta i koń. Rewers

Jurija Gashaka, „Kobieta i koń” w synagodze w Drohobyczu

Deutsche Fassung unten // English version below

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Podczas wernisażu wystawy planuje się prapremierę obu wersji –  „Awersu” i „Rewersu”:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”  w Galerii Dolnośląskiego Centrum Fotografii „Domek Romański” (18.04.-29.05.2013).

Druga odsłona wystawy przewidywana jest jesienią i zimą 2013/2014 (listopad-styczeń) we wrocławskiej Synagodze pod Białym Bocianem.

Kuratorka wystawy i redaktorka katalogu w języku polskim i angielskim: drXLidia Głuchowska.



Jurij Gashaks „Frau und Pferd” in der Synagoge zu Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Frau und Pferd” wurde im Herbst 2012 in der alten Synagoge zu Drohobycz realisiert. Der Anlaß dazu war das dortige Bruno-Schulz-Festival. Der Film wiederum wurde von der Fotografie Mariusz Kubielas’ „Eine Frau ein Klavier in Anwesenheit dreier Zeugen tadelnd” inspiriert, welche 2006 in Iłownica/Polen entstanden ist und zu einer von Kubielas geschaffenen Fotoserie „Bei Schulz“ gehört. Dazu zählen ca. 40 Schwarz-Weiß-Fotos, die anhand einer Methode, durch ihren Gestalter „Dirketfotografie” genannt, ausgeführt wurden: Das heißt, dass dabei keine Computerverarbeitung oder -Korrektur sowie keine Fotomontage angewandt wird. Die Basis dafür bilden ausschließlich manuelle Prozeduren. Manchmal gehen dem Endeffekt einige Aufnahmen eines und desselben Shots, manchmal sogar einige Filmrollen. Diese einzigartige Fotografien enthalten eine visuelle Essenz der lange hergestellten Drehbücher und der mehrwöchigen „Theatralisierung” von Innenräumen sowie der Lichtstudien, die die Grundlage einer traumartigen Aura bilden.

Der Film Gashaks, welches in einer spektakuläre Weise die vom Werk Kubielas evozierte Strategie der Einladung zum „Hereingehen ins Bild”, besteht in zwei Fassungen.

Dank der Genehmigung des Filmmachers, die uns vom Fotografen weitergeleitet wurde, präsentieren wir hier dessen „Revers” (Kehrseite).

Die Uraufführung der beiden Versionen – sowohl des „Avers”, als auch des „Revers” – ist für die Vernissage der Fotoausstellung in Wrocław/Breslau geplant:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

Galerie des Niederschlesischen Zentrums für Fotografie „Domek Romański”/“Romanisches Haus“ (18.04.-29.05.2013).

Als zweiter Ausstellungsort wird die Schau die Breslauer Synagoge zum Weißen Storch zeigen (November 2013 – Januar 2014).

Ausstellungskuratorin und Herausgeberin des dazu gehörigen Katalogs, welches in der polnischen wie englischer Sprache erscheinen wird, ist: Dr. Lidia Głuchowska.

***

Jurij Gashaks, „Woman and Horse” in the synagogue in Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Woman and Horse” was produced in Fall 2012 in the Old Synagogue in Drohobycz. The inspiration for it was the photography by Mariusz Kubielas „Woman rebuking a piano at a presence of three witnesses” realised 2006 in Iłownica/Poland. It belongs to the photographical series “At the Schulz place” consisting of c. 40 black and white images created since 2004 according to the method described by its author as “direct photography”. That means, that he uses neither computer modifications or corrections nor photomontage.

The technical basis hier are only manual procedures. Sometimes the final effect follows several shots of the same scene, sometimes even several photo scrolls. These unique photographs are visual essence of the special scenarios and many weeks of the „theatrical stylisation” of interiors or light studies, which allow to create a dream-like atmosphere.

The Gashak’s film, which in a spectacular way illustrates a strategy of invitation the spectator to „come into the photographical image”, exists in two versions.

With permission of its authors, which was forwarded to us by the photographer, which  work inspired him, we present here its „Reverse”.

Presentation of its both versions, “Awers” & “Rewers”, is prepared for the opening of the exhibition:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones” at the Gallery of the Lower Silesian Centre for Photography „Domek Romański”/”The Roman House”
(18.04.-29.05.2013).

Its second show is previewed for the Fall and Winter 2013/2014 (November-January) in the White Stork Synagogue in Wroclaw

Curator of the Exhibition and Editor of its Catalogue in Polish and English: dr Lidia Głuchowska

***

© Film: Jurij Gashak, „Kobieta i koń”/„Frau und Pferd” / „Woman and Horse“ in der Synagoge zu Drohobycz (2012)

© Foto: Mariusz Kubielas (2006)

http://www.okis.pl/site/home/605/n.html

http://www.dcik.pl/wydarzenie/0,0,8427,wystawa-bruno-schulz-klisza-werk-transgresiones/

Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym ges­tem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem
Bruno Schulz, list do Tadeusza Brezy

Jajko czy kura?

Dorota Cygan

Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony

Niemiecki  ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać:  sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym,  przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił  ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich.  No cóż, jak Genuss to Tarantino.

Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem  dajcie się nieść obrazom.

A jak to osiągnąć?

  1. Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
  2. Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była  także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha –  a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
  3. Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem,  ja też nie lubię tego spolszczenia)).
  4. Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.

Dlaczego podwójnej?

Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na  lekturę książki po – a nie przed filmem.  Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?)  z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego?  Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod  wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.

A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!

Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że  z  tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.

A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.

Monidło

Renata Borowczak-Nasseri niedługo będzie dla nas regularnie pisała. O…? Się okaże! A na razie zapraszamy do obejrzenia jej filmu pt. “Monidło”. To niemy film sprzed kilku lat, trwa 5 minut. Piękny!

Renata Borowczak-Nasseri wird bald für uns regelmässig schreiben. Worüber? Wird sich zeigen. Heute, als Vorgeschmack, ihr Film “Monidlo” – gemacht vor ein paar Jahren; ein Stummfilm; dauert 5 Minuten. Schön!