Cierpienie zwierząt 8. Ogrody zoologiczne

EMS: Ostatnio dużo się pisze o tym, jak traktuje się zwierzęta w ogrodach zoologicznych. Niektóre z tych doniesień już tu cytowałam. Z Norymbergi, z Aaalborgu, teraz jeszcze doszedł Lipsk, i to w gruncie rzeczy są dwa różne doniesienia.

Jako dorośli ludzie, zainteresowani likwidowaniem cierpienia w naszym życiu, zapewne opowiadamy się się generalnie przeciwko ogrodom, tak jak opowiadaliśmy się przeciwko męczeniu zwierząt w cyrkach. Ta praktyka cyrkowa została w Europie zlikwidowana, ogrody jednak pozostały. I, z ręką na sercu, my wszyscy jako rodzice i/lub dziadkowie, byliśmy z naszymi dziećmi i wnukami w ogrodzie zoologicznym. Zapewne nie raz. I jakoś wierzyliśmy w zapewnienia, że ogrody chronią zwierzęta przed wytępieniem, że chronią gatunki, których by już dawno nie było (aczkolwiek pozostaje pytanie – dlaczego by ich już dawno nie było? Ale to temat na osobny wpis.) I w równie oczywisty sposób wierzyliśmy, nawet nie pytając, że, pomijając fakt trzymania ich w niewoli, nikt w ogrodach nie krzywdzi zwierząt. Tymczasem wygląda na to, że krzywdzenie zwierząt i traktowanie ich przedmiotowo, jest w ogrodach zoologicznych nagminną praktyką. Bo jeżeli tak jest w trzech ogrodach, o których właśnie się czegoś dowiedzieliśmy, to nie łudźmy się, tak jest wszędzie, a pracownicy tych inkryminowanych ogrodów mówią otwarcie. To powszechna praktyka.

Continue reading “Cierpienie zwierząt 8. Ogrody zoologiczne”

Cierpienie zwierząt 7. Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem

Autorzy: Bohumil Hrabal i László Szigeti, wyd. Warszawa 2011

EMS: Rozmowy zostały przeprowadzone w 1984 roku, wydane po czesku 1996 roku, po polsku w roku 2011. To istotne, bo głęboko humanistyczne poglądy czeskiego pisarza, tak jak je głosił w latach 80, mogą się dziś wydać staroświeckie, albo wręcz anachroniczne.

Zresztą nie uprzedzajmy wypadków. Najpierw kilka fragmentów książki, a dopiero potem wnioski i uczucia.

Aha, Nándor Hidegkuti (1922- 2002) był (ubóstwianym) węgierskim piłkarzem i trenerem, Bohumil Hrabal (1914-1997) był czeskim pisarzem, a László Szigeti (1957-2022) – słowackim politykiem narodowości węgierskiej, najpierw komunistą, a potem – antykomunistą.

Drybling – wiadomo, w rozmowie Hrabal często kończy odpowiedź sformułowaniem “to taki drybling na chustce do nosa”. Aczkolwiek rozmowy po angielsku nazywają się piruety na chustce do nosa, a po niemiecku – sztuczki z chusteczką. Aha, poniższy fragment książki zaczyna się od zdania po niemiecku. To zdanie Hrabala.

***

Continue reading “Cierpienie zwierząt 7. Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem”

Cierpienie zwierząt 6. Jeanette Winterson, “Written on the Body”

Napisane na ciele

po niemiecku wydane w S. Fischer Verlag 1999

Jeanette Winterson, autorka angielska, fantasy, science fiction, literatura piękna, biografia, autobiografia, pamiętniki; zdaniem portalu Lubimy czytać jej najpopularniejszą książką jest Przepaść czasu. Ponadto w Polsce ukazała się jej autobiografia Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? oraz jej debiutancka powieść, również po części autobiograficzna – Nie tylko pomarańcze.

Urodzona: 27.08.1959

Napisane na ciele to początkowo po prostu bardzo erotyczny romans tłumacza literatury rosyjskiej z piękną mężatką, historyczką sztuki. Jednakże w drugiej połowie powieść nagle całkowicie się zmienia, staje najpierw esejem popularno-naukowym, a potem opowieścią o chorobie, wyrzeczeniu i śmierci. Bohater jest wegetarianinem i tłumaczę tu dla nas krótki fragment książki, jego rozmyślanie o zwierzętach. Pojawia się ono podczas nocnej listopadowej wędrówki po niegościnnym terenie, gdzieś w hrabstwie Yorkshire. Być może trzeba tu powiedzieć, że to fragment końcowej części powieści, kiedy już wszystko jest ponure. Strona 228 i następne:

***

Droga jest grubo posypana popiołem, który cienko świszcze pod butami. Buty są pobrudzone pyłem węglowym i popiołem, ale i tak jest to lepsze niż błocko deszczową nocą. Dziś w nocy już nie pada. Niebo jest przejrzyste i twarde, nie ma chmur, tylko gwiazdy i pijany księżyc, kołyszący się na grzbiecie. Szereg jesionów wzdłuż palisady przez którą się wychodzi ze świata ludzkich dzieł w rozległy krajobraz, który do niczego się nie nadaje, tylko jako pastwisko dla owiec. Słyszę je, jak przeżuwają kępy traw, grubych jak kożuchy.
Jest późno, powinienem był wziąć taksówkę, a tak mam przed sobą dziesięć kilometrów drogi, którą muszę pokonać bez latarki. Dla płuc ciężkie uderzenie zimna jest jak szok. Po drodze nie ma domów ani telefonu. Mocuję torbę podróżną na plecach i idę w kierunku mglistych zarysów góry. Do góry i na dół. Pięć kilometrów pod górę i pięć w dół. (…) Toruję sobie drogę pośród stada krów z otokami błota wokół kopyt. Moje buty też dźwigają wielkie bryły błota. Nie przewidziałem, że po drodze wszędzie napotkam potoki wody, które wypływają z przepełnionych źródeł i spływają łagodnie po stoku w dół. Na wysuszonym letnimi suszami podłożu deszcz nie wsiąka w ziemię i nie łączy się z wodami gruntowymi, dociera tylko do źródeł, którymi się karmi. Rwące strumienie spadają w dół i wypełniają błotniste doły. Krowy tratują je, wędrując w poszukiwaniu trawy. Mam szczęście, że księżyc odbija się w taflach wody. Idę wzdłuż nich, są błotniste, ale jeszcze się w nich nie zapadam. Mam na sobie miejskie buty i cienkie skarpetki, które nie chronią przed wilgocią. Miejski płasz jest sporyskany błotem. Krowy patrzą na mnie z niedowierzaniem, tym spojrzeniem, jakie zwierzęta żyjące w naturze rezerwują dla ludzi, którzy się tam pojawiają. Nie wydajemy się im częścią natury. Intruzi, zaburzający odwieczny porządek złożony z myśliwych i zwierząt, na które polują. Zwierzęta wiedzą, kto jest kim, dopóki nie pojawimy się my. Cóż tej nocy to z pewnością krowy śmieją się ostatnie. Ich spokojne przeżuwanie, ich łagodne ciała, czarne na tle zbocza góry, naigrywają się z wędrowca, który obarczony ciężką torbą, w mozolnej wspinaczce dąży potykając się pod górę. Stój, bratku, oddawaj polędwicę. Jestem wegetarianiniem, nawet nie mogę sobie pomarzyć o zemście. Czy jesteś w stanie zabić krowę? To taka gra, w którą czasem gram sam ze sobą. Co mógłbym zabić? Gdy o tym myślę, zatrzymuję się na kaczce, ale potem widzę je na stawie, kwaczą zupełnie idiotycznie, och dlaczego dlaczego rodzina kacza kaczy kuper w wodzie macza, i już po mnie. Czy byłbym w stanie wyłowić taką kaczkę z wody i skręcić jej kark? Ale strzelbą byłbym w stanie ją odstrzelić, tak jest łatwiej. Łatwiej, bo dalej. Nie będę jadł tego, czego nie jestem w stanie zabić. Trochę to niesmaczne, udawane. Hej krowy, nie musicie się mnie bać. Krowy podnoszą łby. Jak faceci przy pisuarze, krowy i owce robią wszystko jednocześnie. To mnie zawsze niepokoi, ta wspólnota patrzenia, zjadania trawy, sikania. Idę za krzak, żeby się wysikać. Dlaczego w środku ciemnej nocy w środku niczego chowam się za krzakiem, żeby się wysikać?

***

Dalsza część rozważań w powieści już nie dotyczy zwierząt.

***

Ciekawe, że dzień przedtem, jak dopiero zaczęłam czytać tę powieść, rozmawiałyśmy z koleżanką o tym samym. Bo jest tak, że ludzie, którzy nie są wegetarianami, że już nie wspomnę o weganach, odczuwają potrzebę, żeby się przed nami wytłumaczyć, dlaczego jedzą mięso. To wyjaśnienie, że nie powinno się jeść tego, czego nie umie się zabić, pojawia się bardzo często w tych rozmowach i zawsze wtedy okazuje się, że normalny mieszczuch w XXI wieku w takich rozważaniach zawsze dociera do drobiu, choć zawsze w końcu przyznaje się, że tej kury, kaczki czy gęsi nie zabije. Moja koleżanka dotarła do gęsi i zakładała, że od gęsi w dół mogłaby zabić zwierzę, sprawić je i przygotować do spożycia. Po trzech miesiącach próby bycia wegetarianką, upiekła na obiad rodzinny gęś świętomarcińską.

Ale dlaczego ci, co jedzą mięso, w ogóle tak myślą? Co z tego wynika? Nie jedzą krowy ani świni, ale jedzą ryby, raki, żaby, ptaki? O to chodzi? Co wynika, co ma wynikać z takiego myślenia? Dżdżownicę i chrabąszcza jeszcze łatwiej zabić niż rybę, a przecież nie jemy dżdżownic i chrabąszczy.

Ponieważ przebywa u mnie aktualnie adeptka psychologii z Gdańska, Matylda Czarnecka, zapytałam ją, co sądzi o tej argumentacji i czy mogłaby mi pomóc wyjaśnić, po co ludzie mówią nam takie rzeczy i co to wyjaśnia, jeśli uznam, że mogę zjeść tylko zwierzę, które mogę zabić? Znalazłyśmy w rozmowie kilka wyjaśnień.

Umiejętności. Jesteśmy słabi, nie mamy dość siły, żeby zabić krowę i nie umiemy tego robić.
Małe zwierzęta zabija się szybciej, a zatem mniej cierpią, a nie chodzi o to, żeby nie zabijać, tylko o to, żeby nie zadawać cierpienia, albo, tak naprawdę, go nie widzieć. Małe zwierzę to mało krwi.
Własnoręczne zabicie zwierzęcia zakłada, że nie jest to zwierzę hodowane fabrycznie, tylko chodzi gdzieś po podwórku, czy pływa w stawie, dokonuje się więc tym samym deindustrializacja konsumpcji mięsa.

Przyjmowałam te argumenty z zainteresowaniem, ale nadal nie rozumiałam, czemu służy zdanie o jedzeniu tylko tego, co dany człowiek byłby w stanie zabić? Przecież to nie znaczy, że jedzą tylko to i nie znaczy, że sami zabijają. A jednak to zdanie pozwala na spokojną konsumpcję mięsa. Likwiduje wyrzuty sumienia. Usprawiedliwia i wyjaśnia. Ale jak? Jak to działa?

I Matylda znajduje wyjaśnienie. Wyobraźmy sobie świat bez marketów, a więc świat, w którym musimy sobie sami radzić. Zbierzemy jagody, przeżujemy ziarna, złowimy rybę, zbijemy kurę. Nikt z nas świadomie o tym nie myśli, gdy kupujemy szynkę w biedronce, ale nasza podświadomość – ta jungowska a nie freudowska – to właśnie gwarantuje. To zdanie zawiera w sobie pamięć o babci, która kupowała na targu żywe kury, obejmuje karpie wrzucane do wanny i zabijane w dzień Wigilii, wakacyjne zbieranie grzybów, smak poziomek na łące. Podwiadomość robi z tego zgrabny pakunek i przypominając, że możemy coś sami zabić, podsuwa nam obietnicę, że przeżyjemy wojnę, głód, wypędzenie i katastrofę klimatyczną.

Cierpienie zwierząt 5. Jack London, “Zew krwi”

Gdyby Buck czytał gazety, byłby się dowiedział, że nie tylko jemu, ale w ogóle wszystkim silnym, długowłosym psom na przestrzeni od Puget Sound do San Diego zagraża niebezpieczeństwo. A to dlatego, że ludzie, błądząc po omacku w arktycznym mroku, znaleźli żółty metal i że tysiące mężczyzn pośpieszyło gorączkowo na Północ, gdy towarzystwa okrętowe i transportowe rozgłosiły na cały świat o tym odkryciu. Ludziom tym potrzebne były psy — duże psy o silnych mięśniach niezbędnych do pracy i puszystej sierści chroniącej je przed mrozem.

Buck mieszkał w dużym domu położonym w słonecznej dolinie Santa Clara. Była to posiadłość sędziego Millera. Dom stał z dala od drogi na wpół ukryty wśród drzew, poprzez które dostrzec było można szeroką, przewiewną werandę, otaczającą go z czterech stron. Do domu prowadziły żwirowane alejki wijące się wśród rozległych trawników pod splecionymi gałęźmi wysokich topoli. Część gospodarcza, położona za domem, przedstawiała się jeszcze okazalej. Stały tam ogromne stajnie, gdzie rej wodziło kilkunastu chłopców stajennych, dalej rzędy obrośniętych winem domków dla służby i wiele porządnie utrzymanych zabudowań gospodarczych; na dużej przestrzeni ciągnęły się winnice, zielone pastwiska, sady i zagony truskawek. Dalej znajdowała się studnia artezyjska i duży ocementowany basen, gdzie synowie sędziego zażywali porannej kąpieli i chłodzili się w upalne popołudnia.

A nad całym tym królestwem panował Buck. Tu się urodził i tu spędził cztery lata swego życia. Co prawda były tam jeszcze inne psy. Nie mogło być inaczej w tak wielkim gospodarstwie, ale psy te nie wchodziły w rachubę. (…)

Buck nie był ani psem pokojowym, ani podwórzowym. Do niego należało całe królestwo. Pływał w basenie lub polował z synami sędziego, towarzyszył jego córkom, Mollie i Alice, podczas dalekich spacerów o zmroku lub wczesnym rankiem. W długie wieczory zimowe leżał w gabinecie u stóp swego pana, przed ogniem huczącym na kominku. Wnuków sędziego nosił na grzbiecie lub baraszkował z nimi na trawie i strzegł podczas niebezpiecznych wypraw do studni na podwórzu stajennym, a nawet dalej, aż do okólnika i zagonów truskawek. (,,,) Wszystko, co pełzało, chodziło czy latało w posiadłości sędziego Millera, podlegało mu, nie wyłączając ludzi.

Ojciec jego, Elmo, ogromny bernard, był nieodłącznym towarzyszem sędziego, a Buck wstępował w jego ślady. Buck nie dorównywał wzrostem ojcu— ważył tylko sto czterdzieści funtów, gdyż jego matka, Shep, była szkockim owczarkiem. Mimo to owe sto czterdzieści funtów, a także poczucie własnej godności, które wypływało z dostatniego życia i powszechnego szacunku, pozwalały Buckowi zachowywać się z iście królewskim dostojeństwem. (…) Takim więc psem był Buck jesienią 1897 roku, gdy na wieść o odkryciu złota w Klondike ludzie z całego świata zaczęli ściągać ku mroźnej Północy. Lecz Buck nie czytał gazet, a na domiar złego nie wiedział, że Manuel, jeden z pomocników ogrodnika, jest niepożądaną znajomością. (…) Nikt nie widział, jak Buck szedł z Manuelem przez sad, myśląc, że idzie sobie na zwykłą. przechadzkę. Z wyjątkiem jednego jedynego człowieka nikt nie widział ich przybycia na małą stacyjkę kolejową zwaną College Park. Człowiek ten zamienił kilka słów z Manuelem, po czym brzęknęły podawane z ręki do ręki pieniądze. Manuel podwójnie okręcił linką szyję Bucka poniżej obroży.

— Zaciągnij tylko, a zdusisz go z łatwością — powiedział Manuel; nieznajomy mruknął potakująco. Buck pozwolił założyć sobie linkę ze spokojem i godnością. Niewątpliwie był to niepożądany zabieg, ale pies przyzwyczaił się wierzyć znanym sobie ludziom i uznawać, że są mądrzejsi od niego. Gdy jednak końce linki znalazły się w rękach nieznajomego, warknął groźnie. Okazał tylko niezadowolenie, uważając w swej dumie, że okazać je znaczy tyle, co rozkazać. Lecz ku zdumieniu Bucka sznur zacisnął mu się na szyi, pozbawiając go tchu. W nagłym porywie wściekłości skoczył na człowieka, ale ten, nie czekając, chwycił go za gardło i zręcznym ruchem powalił na grzbiet. Sznur zaciskał się bezlitośnie, podczas gdy Buck walczył jak szalony, z wywalonym językiem, ciężko dysząc. Nigdy jeszcze w życiu nie potraktowano go tak niegodziwie i nigdy jeszcze nie był tak wściekły. Lecz opadł z sił, oczy zaszły mu mgłą i nie był świadom ani nadejścia pociągu, ani tego, że dwaj złoczyńcy wrzucili go do towarowego wagonu.

(…) Oszołomiony, na wpół żywy, z obolałą szyją i językiem, Buck próbował stawić opór dręczycielom. Lecz ci powalili go na ziemię i przy dusili, aby potem spokojnie przepiłować grubą mosiężną obrożę. Po czym zdjęli mu linkę z szyi i wepchnęli go do małej klatki.

Tam przeleżał pozostałe godziny posępnej nocy. Zraniona duma podsycała w nim wściekłość. Nie mógł zrozumieć, co to wszystko znaczy. Czego chcą od niego ci obcy ludzie? Dlaczego trzymają go w tej ciasnej skrzyni? Podświadomie dręczyło go przeczucie nadciągającego nieszczęścia. (…) dla uwięzionego w skrzyni Bucka rozpoczęła się wędrówka z rąk do rąk. (…)

Przez dwa dni i dwie noce wagon ten ciągnęły przeraźliwie gwiżdżące lokomotywy i przez dwa dni i dwie noce Buck nic nie jadł i nic nie pił (…) dostał na skutek złego traktowania gorączki, którą potęgowało zapalenie wyschniętego i spuchniętego gardła i języka. (…) Czterej ludzie ostrożnie przenieśli skrzynię z wozu na jakieś małe podwórko otoczone wysokim murem. Po chwili zjawił się tam barczysty mężczyzna w czerwonym swetrze mocno rozciągniętym przy szyi i pokwitował w książce woźnicy odbiór przesyłki. Oto nowy oprawca — pomyślał Buck i rzucił się dziko na kraty skrzyni. Człowiek uśmiechnął się ponuro i poszedł po siekierę i pałkę. (…)

— Wyłaź, czerwonooki diable — powiedział mężczyzna, wyrąbawszy otwór dostatecznie duży, aby Buck mógł się przez niego przecisnąć. Jednocześnie rzucił siekierę na ziemię, przekładając pałkę do prawej ręki.

Buck wyglądał istotnie jak czerwonooki diabeł, gdy naprężył się do skoku, z najeżoną sierścią, z pianą na pysku, ze wściekłym błyskiem w nalanych krwią oczach. Nagle rzucił się na człowieka całym ciężarem swych stu czterdziestu funtów, naładowany wściekłością gromadzoną w ciągu dwóch dni i nocy. W chwili skoku, gdy jego szczęki już, już miały się zacisnąć na ręce człowieka, otrzymał straszliwy cios. Zawisnął jak gdyby w powietrzu, przejmujący ból zwarł mu szczęki, wreszcie zwalił się na ziemię padając na grzbiet.

Nigdy jeszcze nie został uderzony pałką, nie mógł więc zrozumieć, co się stało. Z pomrukiem, w którym więcej było jęku niż gniewu, zerwał się znowu do skoku. I znowu otrzymał cios, który bezlitośnie zwalił go z nóg. Teraz wiedział, co to znaczy pałka, lecz wściekłość przeważała nad ostrożnością. Raz po raz atakował i za każdym razem padał pod ciosem pałki.

Po jednym szczególnie mocnym uderzeniu Buck podźwignął się z trudem, zbyt ogłuszony, aby dalej walczyć. Chwiał się osłabły, krew ciekła mu z nosa, pyska i uszu, całe jego piękne futro spryskane było krwawą śliną. Wtedy człowiek podszedł bliżej i z przerażającą siłą. uderzył go w nos. Wszystkie dotychczasowe cierpienia wydały się Buckowi niczym w porównaniu z tym potwornym bólem; ze straszliwym, nieomal lwim rykiem pies skoczył ponownie na swego oprawcę. Lecz ten, przerzuciwszy pałkę z prawej ręki do lewej, spokojnie chwycił psa za dolną szczękę i mocno szarpnął najpierw w dół, potem w górę. Buck zatoczył koło w powietrzu, potem półkole i zwalił się na piach.

Po raz ostatni zaatakował. Lecz człowiek przyjął go najpotężniejszym ciosem, rozmyślnie zachowanym na ostatek. Pies zwinął się w skoku i padł bez czucia.

— Co, nie mówiłem, że tresuje psy jak złoto? — zawołał entuzjastycznie jeden z widzów siedzących na murze.

— Taką zabawę lubi mieć co dzień, a dwa razy przy święcie — odpowiedział woźnica włażąc na wóz i zacinając konie.

Buck odzyskał przytomność, ale nie odzyskał sił. Leżał tam, gdzie padł, patrząc na człowieka w czerwonym swetrze.

— Nazywa się Buck — mówił do siebie mężczyzna, odczytując list szynkarza, który donosił o wysłaniu skrzyni i jej zawartości.

— No cóż, Bucku, mój zuchu — ciągnął dalej dobrodusznym tonem — mieliśmy małą potyczkę i najlepiej zrobimy, jeśli na tym poprzestaniemy. Teraz już wiesz, jak się masz zachowywać, a ja wiem, coś ty za jeden. Jeśli będziesz dobrym pieskiem, to wszystko w porządku — będziemy żyli w zgodzie. Inaczej zatłukę cię na śmierć. Zrozumiałeś?

Mówiąc to, odważnie głaskał łeb, który tak bezlitośnie przed chwilą katował, a choć sierść Bucka zjeżyła się mimo woli pod dotykiem tej ręki, znosił pieszczotę bez sprzeciwu. Gdy mężczyzna przyniósł mu wody, pies wypił chciwie, a później pożarł ogromną porcję surowego mięsa, biorąc kęs po kęsie z ręki człowieka.

Został zwyciężony (wiedział o tym), ale nie został złamany. Zrozumiał raz na zawsze, że nie ma żadnych widoków zwycięstwa w walce z człowiekiem uzbrojonym w pałkę. Dostał nauczkę i nie zapomniał jej do końca życia. Pałka stała się dla niego objawieniem. Było to jego pierwsze zetknięcie z panowaniem prawa pięści i prawo to uznał. Przyszłość ukazywała mu się w groźnym świetle, a chociaż patrzył w życie nieustraszenie, postanowił stawić mu czoło z całą dotąd uśpioną, a teraz zbudzoną chytrością swojej pierwotnej natury. (…) O losie Bucka zadecydował mały, zasuszony człowieczek, który mówił łamaną angielszczyzną i używał wielu dziwnych ordynarnych i niezrozumiałych wyrazów.

— Sacredam! — zawołał ujrzawszy Bucka. — Co za cholernie byczy pies! Ha! Ile?

— Trzysta, a i to jest darmo — szybko odpowiedział człowiek w czerwonym swetrze. — Masz przecie rządowe pieniądze, więc nie będziesz się chyba targował, co, Perrault?

Perrault uśmiechnął się. Biorąc pod uwagę szaloną zwyżkę cen na psy wskutek nienasyconego popytu, była to niezbyt wygórowana suma za tak piękne zwierzę. Rząd kanadyjski nie straci na tej transakcji ani szybkość poczty rządowej na tym nie ucierpi. Perrault znał się na psach i gdy tylko spojrzał na Bucka, poznał, że taki okaz zdarza się jeden na tysiąc. „Jeden na dziesięć tysięcy” — dodał w myśli.

Buck zobaczył, że pieniądze przeszły z rąk do rąk i wcale się nie zdziwił, gdy mały, zasuszony człowieczek zabrał go ze sobą wraz z Curly, dobroduszną nowofunlandką. Wtedy po raz ostatni widział mężczyznę w czerwonym swetrze; a gdy razem z Curly patrzyli z pokładu „Narwala” na oddalające się miasto Seattle, po raz ostatni widział ciepłe południe.

Perrault zabrał Curly i Bucka pod pokład i oddał pod opiekę olbrzymowi o ciemnej twarzy, imieniem François. Perrault był kanadyjskim Francuzem i miał śniadą cerę, ale François był Metysem o francusko-kanadyjskiej krwi i miał skórę znacznie ciemniejszą. Obaj należeli do typu ludzi nie znanych jeszcze Buckowi (miał w przyszłości poznać ich znacznie więcej) i chociaż nie darzył ich nigdy miłością, niemniej jednak nauczył się ich szanować. Zrozumiał szybko, że Perrault i François wymierzają sprawiedliwość uczciwie, spokojnie i bezstronnie oraz że za dobrze znają naturę psów, aby dać się im oszukać.

(…)

Dzień i noc statek dygotał w takt niezmordowanego terkotu śruby i chociaż jeden dzień nie różnił się niczym od drugiego, Buck zauważył, że robi się coraz zimniej. Wreszcie pewnego ranka śruba umilkła i na „Narwalu” zapanował nastrój pełen podniecenia. Buck odczuł to, podobnie jak inne psy, i poczuł, że wkrótce nastąpi jakaś zmiana. François wziął je wszystkie na smycz i wyprowadził na pokład. Przy pierwszym kroku na zimnej powierzchni pokładu łapy Bucka zagłębiły się w coś białego i puszystego, podobnego do błota.

Odskoczył z warknięciem. Z góry także padało coś białego. Otrząsnął się, ale po chwili biały puch pokrył go znowu. Powąchał to coś z ciekawością, a potem polizał. Zapiekło jak ogień i w jednej sekundzie zniknęło. To go zadziwiło. Spróbował jeszcze raz, znowu z tym samym skutkiem. Ludzie wybuchli śmiechem, a Buck zawstydził się, sam nie wiedząc czemu. Po raz pierwszy zobaczył śnieg.

(…)

Pierwszy dzień pobytu na brzegu zatoki Dyea wydawał się Buckowi koszmarnym snem. Każda godzina pełna była wstrząsów i niespodzianek. Wyrwany z samego serca cywilizacji, znalazł się nagle w samym środku dzikości. Nie było to już leniwe, rozsłonecznione życie, na które składały się próżniactwo i odpoczynku, nie znano co to choćby krótka chwila bez lęku. Panował zamęt i nieustanny ruch, a życiu ciągle zagrażało niebezpieczeństwo. Należało się mieć stale na baczności, gdyż zarówno psy, jak ludzie nie byli psami i ludźmi z miasta. Były to wszystko bez wyjątku rozbestwione istoty, nie uznające innego prawa, jak prawo pięści i kłów.

Buck nigdy nie widział psów walczących ze sobą tak, jak walczyły te dzikie bestie, i pierwsze doświadczenie stało się dla niego niezapomnianą lekcją. Co prawda doświadczenia tego nie zdobył własnym kosztem, gdyż wówczas nie pozostałby przy życiu, aby z tej nauki korzystać. Ofiarą padła Curly. Obóz znajdował się wtedy koło składu drzewa. Curly swoim zwyczajem zbliżyła się przyjaźnie do jednego z psów husky, wielkości dorosłego wilka, choć znacznie mniejszego od niej. Bez żadnego ostrzeżenia nastąpił błyskawiczny skok, głuche kłapnięcie zębami, równie szybki odskok i skóra na łbie Curly została rozdarta od oka aż po szczękę.

Był to wilczy sposób walki — zadać cios i odskoczyć; ale na tym się nie skończyło. Ze czterdzieści husky zbiegło się ze wszystkich stron i otoczyło walczących zwartym kołem, stojąc w pełnym napięcia milczeniu. Buck nie rozumiał tego milczącego napięcia ani chciwego oblizywania się patrzących. Curly rzuciła się na przeciwnika, który ponownie szarpnął ją zębami i odskoczył w bok. Następny jej atak odbił w przedziwny sposób piersią, zwalając ją z nóg. Curly już więcej nie wstała. Na to właśnie czekały przyglądające się psy. Rzuciły się na nią warcząc i skowycząc, a wyjąca z bólu Curly zniknęła pod skłębioną masą ciał.

Wszystko stało się tak nagle i niespodziewanie, że Buck osłupiał.

(…) Widział, jak François, wymachując siekierą, skoczył w sam środek kłębowiska. Trzech ludzi z kijami pomagało mu rozpędzić psy. Nie trwało to długo. Zaledwie kilka minut minęło od upadku Curly, gdy ostatni z napastników został odpędzony. Lecz Curly leżała bezwładna, nieżywa, na skrwawionym, stratowanym śniegu, niemal dosłownie rozdarta na strzępy, a śniady Metys stał nad nią miotając przekleństwa. Obraz ten często nawiedzał Bucka w snach. A więc tak się to odbywa! Nieczysta gra. Upadniesz i już po tobie. (…)

I tak dalej. Niedużo, mniej niż 50 stron komputerowych zmasowanego okrucieństwa i walki o przetrwanie. Ta książka była i nadal jest lekturą szkolną w szkole podstawowej. Jest to być może pierwszy kontakt dziecka z prawdziwym okrucieństwem. Owszem, być może czytało już przedtem którąś z baśni Andersena lub braci Grimm, które też bywają świadectwem okrucieństwa, ale być może słowo “baśń” łagodzi tu dojmujący ból i przerażenie. W dziejach Bucka nie ma nic, co by mogło złagodzić doznanie okrucieństwa, zawartego w lekturze.

To historia o okrucieństwie. I owszem, można być może powiedzieć, że jest to okrucieństwo natury, ale jest to jednak przede wszystkim okrucieństwo ludzkie, nawet jeśli ból zadają zwierzęta, to często zostały one tak nauczone przez człowieka.

Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny”

Kilka dni temu już pojawił się temat obcinania włosów. Dotyczył tylko kobiet. Dziś dotyczy też zwierząt.

***

Pod moją opieką znajdowały się cztery prosięta, browarniane prosięta, karmione młotem i ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po nać buraczaną, nać tę siekałam, polewałam zaczynem i starym piwem i prosięta spały dwadzieścia godzin na dobę i codziennie przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosiątka słyszały mnie, jak idę doić kozy, i już kwiczały z radości, bo nie wiedziały, że jedną parę sprzedam na szynki, a druga para pójdzie pod nóż podczas domowego świniobicia. Kiedy szłam doić kozy, to prosięta kwiczały z zachwytu, bo wiedziały, że wszystko mleko, jakie nadoję, wleję im natychmiast do koryta. Pan Cicwarek tylko popatrzył na prosięta i od razu mówił, ile te prosięta ważą, i zawsze się zgadzało, potem tę parę prosiąt brał na ręce i wrzucał do takiego półkoszka, rzeźnickiej bryczki, zaciągał nad nimi siatkę i powiadał:

Continue reading “Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny””

Cierpienie zwierząt (3). Michał Witkowski “Wymazane”

Adminka: Oczywiście, to, co tu zacytuję to Witkowski, a więc autor niemalże monotematyczny (luje, cioty, pedryle, lampucery) i egotyczny (ja, Michał Witkowski, ja!), zseksualizowany do ostatnich granic przedpornograficznych, a przecież osiągający tymi środkami realistyczny obraz Polski i to każdej Polski, sarmackiej, peerelowskiej, pre- i potransformacyjnej, kapitalistycznej , dorobkiewiczowskiej i nędzarskiej.

Bloger Olszyk (Czytelnia osobista) pisze: Przez mniej więcej pierwsze sto stron powieści pisarz buduje obraz prowincjonalnego miasteczka – tytułowego Wymazanego – ulokowanego gdzieś w okolicach Suwałk, gdzie toczy się zasadnicza część akcji. (…) żaden z Witkowskiego realista i bardziej niż reportażowe prześwietlanie mentalności prowincjuszy bawi go gatunkowa przebieranka oraz karmienie wyobraźni PRL-owską poezją kiczu, cepelii i tandety(…). Bohaterem „Wymazanego” jest Damian Piękny – gerontofil, beztalencie, posiadacz dwóch skrajnie różnych przyjaciółek (imprezowej grubaski-celebrytki Jagody i zmanierowanej, pretensjonalnej Sylwii). Jego nudne życie odmienia się, gdy propozycję nie do odrzucenia składa mu lokalna milionerka, podstarzała królowa tandety, otoczona rosyjskojęzycznymi pracownikami, właścicielka kilku dobrze prosperujących interesów (m.in. nielegalnej fermy lisów czy śmierdzącej gównem pieczarkarni), (…) cierpiąca na złośliwą odmianę nowotworu. Alexis po śmierci przekaże Damianowi cały swój majątek pod warunkiem, że ten zgodzi się zostać jej mężem spełniającym wszystkie, nawet najbardziej wyuzdane seksualne zachcianki. Dla chłopaka, który (…) czuje pociąg erotyczny wyłącznie do mało zadbanych staruszek, to spełnienie najskrytszych marzeń. I taka to mniej więcej historia.

I w takim entouragu Witkowski – pisarz niespodziewanie (bo to nie w jego stylu) i autentycznie angażuje się w sprawę cierpienia zwierząt. Opisuje grozę farmy lisów, aby na końcu otworzyć klatki. To dwa słowa, za którymi kryje się światowy ruch prozwierzęcy, dążący do likwidacji hodowli, tak fizycznie, jak prawnie, oraz uwolnienia zwierząt. Organizacja Otwarte klatki tylko tym się zajmuje. “Twórz z nami świat wolny od cierpienia zwierząt”, piszą. “Czas na zmianę! Lisy, norki i jenoty każdego roku cierpią na fermach futrzarskich. Projekt zakazu zabijania zwierząt na futra jest już w Sejmie. Zwierzęta potrzebują Cię WŁAŚNIE TERAZ. Dołącz do działań na rzecz zakazu i odmień przyszłość zwierząt:

Zgłoś się do działań!

Ciekawe, że recenzenci i blogerzy masowo piszący o Witkowskim w ogóle i o Wymazanym w szczególe, nie zauważają tego wątku. Widzą to co zawsze, czyli seks i perwersję, a nie widzą empatii i wrażliwości na krzywdę ludzką i krzywdę zwierząt.

***

Przy okazji temat nieliteracki. Zoo w Norymberdze od wielu miesięcy planuje odstrzał pawianów. Podobno populacja jest za duża. Aktywiści protestują. Twierdzą, że pawiany zostaną użyte jako żarcie dla drapieżników w zoo. Obawiają się też, że jeśli ta akcja zostanie przeprowadzona, to inne ogrody zoologiczne potraktują to jak zielone światło i też będą zabijać duże zwierzęta. Być może chodzi przede wszystkim o to, że są to prymaty. Bo wiadomo, że ogrody zoologiczne hodują małe zwierzęta, którymi karmią drapieżniki. Sama podczas spaceru z wnukiem widziałam, jak przyjechała kobieta na wózku i rzucała tygrysom żywe kurczaki. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego zobaczymy. Było to dla nast wstrząsające. Ale przyznajmy uczciwie, karmienie fok rybami nie zrobiło na nas wrażenia.

https://www.br.de/nachrichten/bayern/geplante-pavian-toetung-aktivisten-ketten-sich-an-gehege-fest,UrUYzMu

Napisy na transparentach: Pozwólcie żyć pawianom / Zabijanie zwierząt jest przestępstwem / Uwolnić pawiany.

Cierpienie zwierząt 2. John Maxwell Coetzee “Hańba”

Hańba to powieść wydawałoby się, że o hańbie, jaką ściągnął na siebie David Lurie, 50-letni wykładowca uniwersytecki, przez romans ze studentką.

Jednak szybko okazuje się, że tak robią wszyscy i nie ta hańba jest tematem książki. Lurie wyjeżdża na prowincję i zamieszkuje u córki, Lucy, która prowadzi życie samotnej farmerki. Uprawia kwiaty i jarzyny oraz prowadzi hotel dla zwierząt, których właściciele muszą wyjechać. Takie nowoczesne rolnictwo, komentuje w myślach Lurie, psy i kwiaty. Przyjaciółka córki, Bev, prowadzi z mężem usypialnię niechcianych zwierząt. Córka ją w tym wspiera.
Również tu dosięgnie Luriego ludzka, społeczna hańba. Trzej czarnoskórzy napadną na farmę Lucy, zdewastują ją i, obezwładniwszy ojca, zgwałcą jego córkę.

„Ryzykuje każdy, kto cokolwiek posiada: samochód, buty, paczkę papierosów. Wszystkiego jest za mało, żeby starczyło dla wszystkich – za mało samochodów, butów, papierosów. Za dużo ludzi, za mało rzeczy. To, co jest, musi wejść w obieg, żeby każdy mógł się nacieszyć chociaż przez jeden dzień. Tak przy najmniej głosi teoria. Nie ludzkie zło, tylko ogromny układ krążenia, w którego funkcjonowaniu litość i zgroza nie odgrywają żadnej roli. Tak trzeba patrzeć na życie w tym kraju.” Tak ocenia Coetzee sytuację, w której Lucy stała się obiektem gwałtu i przemocy i które, jak to się często zdarza, stają się powodem hańby. Jej hańby, nie tych, którzy gwałcili, bili i rabowali.

“Lucy woli nie pokazywać się ludziom. Powodem jest hańba. Powodem jest wstyd. To właśnie osiągnęli niespodziewani goście; to właśnie uczynili tej pewnej siebie, nowoczesnej, młodej kobiecie. Plotka jak plama rozlewa się po okolicy. Nie do kobiety należy jej rozprzestrzenianie, lecz do nich – to oni są właścicielami scenariusza, który mówi, jak wzięli ją w karby, jak pokazali jej, po co jest kobieta.”

Ale i to nie jest prawdziwym tematem tej książki. I wciąż jeszcze to nie jest prawdziwą hańbą. Tematem i prawdziwą hańbą jest bowiem ludzka hańba, to, jak my, ludzie traktujemy zwierzęta.

„– Bev robi niesłychanie wiele dobra. Od lat jeździ do Village, przedtem z ramienia Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, a teraz na własną rękę, mówi Lucy.

– Chyba z góry skazana jest na porażkę, odpowiada ojciec.

– Tak. Nie dostaje już żadnych dotacji. Na liście narodowych priorytetów nie ma miejsca dla zwierząt.

– Domyślam się, że jest zrozpaczona. Ty pewnie też.

– Tak. Nie. A zresztą, czy to ważne? Zwierzęta, którym Bev pomaga, nie czują rozpaczy, tylko wielką ulgę. (…) Jedynym istniejącym życiem jest to, które dzielimy ze zwierzętami. Taki właśnie wzór próbują dać światu ludzie pokroju Bev. Taki właśnie wzór staram się naśladować. Podzielić się ze zwierzętami częścią naszego ludzkiego uprzywilejowania. Nie chcę odrodzić się po śmierci jako pies albo świnia i prowadzić takie życie, do jakiego pod naszą władzą zmuszone są psy czy świnie.

– Lucy, kochanie, nie złość się. Tak, masz rację, inne życie nie istnieje. A co do zwierząt, to oczywiście, bądźmy dla nich dobrzy. Ale nie zatracajmy poczucia proporcji. Należymy do innej sfery stworzeń niż zwierzęta. Niekoniecznie do wyższej, po prostu do innej. Więc jeśli już mamy być dla nich dobrzy, róbmy to ze zwykłej wielkoduszności, a nie z poczucia winy czy z obawy przed karą.”

Lurie pomaga córce w opiece nad zwierzętami w jej hotelu. Podejmuje się też pomagać Bev.

„Wstaje i wychodzi na podwórko. Młodsze psy strasznie się cieszą na jego widok i zaczynają biegać w tę i z powrotem po swoich boksach, skomląc ochoczo. Ale stara buldożka ledwie się rusza. Lurie wchodzi do jej boksu i zamyka za sobą drzwi. Suka podnosi łeb, spogląda na niego i znów kładzie głowę na łapach; ma stare, obwisłe sutki.

Lurie kuca i łaskocze ją za uszami.

– Zostawili nas, co? – mruczy.

Wyciąga się obok niej na gołym betonie. Nad sobą ma blady błękit nieba. W mięśniach czuje nagły luz. I tak zastaje go Lucy. Widocznie zasnął (…). Weszła do boksu, niosąc kankę z wodą, a suka wstała i obwąchuje jej stopy.

– Zaprzyjaźniasz się? – pyta Lucy.

– Niełatwo z nią się za przyjaźnić.

– Biedna stara Katy, jest w żałobie. Nikt jej nie chce, a ona o tym wie. O ironio, w całej okolicy ma pewnie dzieci, które chętnie gościłyby ją u siebie. Niestety, nie mogą jej zaprosić. Same są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty.

– Ojcowie Kościoła, mówi Lurie, długo nad nimi debatowali i w końcu uznali, że zwierzęta nie mają dusz. Ich dusze są przykute do ciał i razem z ciałami umierają.

Lucy wzrusza ramionami.

– Nie jestem pewna, czy sama mam duszę. (…)

– Nieprawda. Jesteś duszą. Wszyscy jesteśmy duszami. Nawet jeszcze przed narodzeniem. Co z nią zrobisz? – pyta Lurie.

– Z Katy? Pewnie zatrzymam ją na stałe, jeżeli nie będzie innego wyjścia.

– Nie usypiasz zwierząt?

– Nie. Bev je usypia. Nikt inny nie chce, więc się podjęła. Okropnie dużo ją to kosztuje. (…)

­– Zgoda, pomogę Bev Shaw.”

Od razu pierwszego dnia Lurie musi pomóc w poskromieniu zdenerwowanego zwierzęcia. Bev każe mu pomyśleć coś dobrego, twierdzi, że psy wyczuwają myśli. Lurie ocenia to krytycznie, ale myśli coś dobrego i uspokojenie zwierzęcia się powiodło.

„– Dziękuję, panie Lurie. Ma pan dobrą aurę. Czuję, że lubi pan zwierzęta.

– Czy lubię zwierzęta? Jadam je, więc widać je lubię, a przynajmniej niektóre ich części. (..)

Kobieta zastanawia się nad jego słowami (…).

– Tak, w tym kraju jemy mnóstwo zwierząt – mówi. – Chyba niezbyt dobrze nam to robi. Nie bardzo wiem, jak im się z tego wytłumaczymy.

Wytłumaczymy, myśli Lurie? Kiedy? Na Sądzie Ostatecznym? Chętnie więcej by o tym usłyszał, ale to nie czas po temu.

Luriemu pomału świta, jakiego zadania podjęła się Bev. Ten ponury budynek to nie lecznica, (…) tylko wrota ostatniej ucieczki. Lurie przypomina sobie pewną historię (…). Czy to święty Hubert udzielił schronienia jeleniowi, który z tętentem kopyt wbiegł do jego kaplicy, uciekając przed myśliwskimi psami? Bev Shaw nie gra roli weterynarza, lecz kapłanki: z głową napchaną frazesami Ery Wodnika podejmuje absurdalne wysiłki, żeby ulżyć niedoli afrykańskich zwierząt.

(…)

W ośrodku są na stałe niemal wyłącznie psy, nie te zadbane, rasowe, które trzyma Lucy w swoim hotelu, lecz sfora wychudzonych kundli: tłoczą się w dwóch boksach, przepełnionych do granic możliwości, szczekając, ujadając, skomląc, skacząc z podniecenia.

Lurie pomaga kobiecie nasypać suchego pokarmu i nalać wody do koryt. Opróżniają dwa dziesięciokilogramowe worki.

– Jak pani za to płaci? – pyta.

– Kupujemy hurtem. Czasem urządzamy kwestę. Dostajemy darowizny. Prowadzimy darmowy punkt sterylizacji za stały zasiłek publiczny.

– A kto sterylizuje?

– Doktor Oosthuizen, nasz weterynarz. Ale przychodzi tylko na jedno popołudnie tygodniowo.

(…)

– Czy wszystkie umrą?

– Te, których nikt nie zechce. Uśpimy je.

– I to pani je usypia.

– Tak.

– I nie wzbrania się pani?

– Bardzo. Strasznie. Sama bym nie chciała, żeby uśpił mnie ktoś, kto by się nie wzbraniał. A pan by chciał?

Lurie milczy.

– Wie pani, dlaczego córka mnie tu przysłała? – pyta po chwili.

– Wspomniała, że ma pan kłopoty.

– Więcej niż kłopoty. Można by pewnie powiedzieć, że się zhańbiłem.”

Ta ludzka hańba pojawia się w narracji od czasu do czasu i z reguły coś ją zapowiada. Hańba, jaką jest krzywda zwierząt, może jednak pojawić się w każdym zdaniu. Nic jej nie zapowiada, nie powstrzymuje ani nie ogranicza. Jest wszędzie. „Kraj, w którym psy tak się hoduje, żeby warczały, ledwie zwęszą czarnego.” Albo: „to nie o lodówkę chodzi, tylko o jej zawartość: ochłapy, gnaty, rzeźnickie odpadki dla psów, które już ich nie potrzebują.” Bo zostały bestialsko zabite.

Tylko raz w powieści Coetzeego pojawiają się inne zwierzęta, nie psy.

„Owce długo piją, a potem bez pośpiechu zaczynają się paść. Są to czarnolice owce rasy perskiej, podobnej wielkości i maści, podobne nawet w ruchach. Zapewne bliźniaczki, od urodzenia przeznaczone na rzeź. No cóż, nic szczególnego. Kiedy ostatnio się zdarzyło, że owca padła ze starości?

Owce nie rządzą sobą, ich życie nie jest ich własnością. Istnieją po to, żeby był z nich pożytek, z każdego grama owczych ciał: mięso zjedzą ludzie, kości utrze się na mączkę i nakarmi nią drób. Nic się nie wymknie, może z wyjątkiem pęcherzyka żółciowego, bo jego nikt nie zje. Kartezjusz powinien był na to wpaść. Dusza zawieszona w ciemnej, gorzkiej żółci, ukryta. (…) Owce pożyją do sobotniego ranka, czyli jeszcze dwie doby. Dosyć żałosny sposób na przeżycie ostatnich dwóch dni, jakie ma się przed sobą. Wiejskie obyczaje – tak kwituje to Lucy. Luriemu nasuwają się inne słowa: obojętność, nieczułość. Skoro wieś może osądzać miasto, to i miastu wolno osądzić wieś.”

(…)

„Kiedy tylko może, jeździ do kliniki Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i robi wszystko, co nie wymaga żadnych umiejętności: karmi, sprząta, myje podłogi.

W klinice zajmują się psami; dla zwierząt gospodarskich Village posiada własną weterynaryjną mądrość, własną farmakopeę, własnych uzdrowicieli. Psy trafiają do kliniki chore na nosówkę, z połamanymi łapami, z zainfekowanymi ukąszeniami, ze świerzbem, z objawami zaniedbania, dobrotliwego lub złośliwego; trafiają tu ze starości, z niedożywienia, z pasożytami jelit, głównie jednak przez własną nadmierną płodność. Jest ich po prostu za dużo. Kiedy ludzie przywożą psa, nie mówią wprost: „Przywiozłem go, żebyście go zabili”, ale tego właśnie oczekuje się od personelu: że zrobi z psem porządek, usunie go ze świata, wyprawi w niepamięć. To, czego się w istocie wymaga, to Lösung (niemiecki zawsze usłużnie podsunie odpowiednio neutralną abstrakcję): sublimacja, taka jak wtedy, gdy z wody sublimuje się alkohol i nie pozostaje żaden osad ani smak.

Toteż w niedzielne popołudnia drzwi kliniki zamyka się na klucz, a potem Lurie pomaga Bev Shaw lösen te psiska, które w danym tygodniu uznano za nadliczbowe. Jednego po drugim wybiera z boksu na tyłach budynku i prowadzi albo niesie do gabinetu. Każdemu z nich w jego ostatnich minutach Bev poświęca bezgraniczną uwagę: głaszcze, przemawia, próbuje ułatwić odejście. Jeśli psy rzadko ulegają tym czarom, to dlatego że przeszkadza im obecność Davida, który wydziela nieodpowiedni zapach („One potrafią wywęszyć ludzkie myśli”), swąd wstydu. Ale to właśnie David je trzyma, żeby stały nieruchomo, zanim igła trafi w żyłę, narkotyk uderzy w serce, łapy się ugną, a ślepia zmętnieją. Myślał, że przywyknie. Ale jakoś nie przywykł. Im więcej ma za sobą egzekucji, tym bardziej jest roztrzęsiony. Gdy w pewien niedzielny wieczór wraca do domu volkswagenem Lucy, musi aż przystanąć na poboczu, żeby wziąć się w garść. Po twarzy płyną mu niepohamowane łzy; drżą ręce. Nie rozumie, co się z nim dzieje. Jeszcze do niedawna zwierzęta były mu mniej lub bardziej obojętne. Chociaż w pewien abstrakcyjny sposób potępia okrucieństwo, nie umie powiedzieć, czy sam z natury jest okrutny, czy dobry. Jest po prostu nijaki. Przypuszcza, że ludziom, których obowiązki zawodowe wymagają okrucieństwa – na przykład pracownikom rzeźni – stopniowo zaskorupiają się dusze. Pod wpływem nawyku człowiek twardnieje: zazwyczaj pewnie tak bywa, ale raczej nie w przypadku Luriego. Chyba nie ma daru twardnienia.

To, co dokonuje się w gabinecie, wstrząsa całym jestestwem Davida. Psy wiedzą, że wybiła ich godzina: jest o tym przekonany. Chociaż cała operacja odbywa się cicho i bezboleśnie, chociaż Bev Shaw ma same dobre myśli, a on też stara się nie mieć żadnych innych, chociaż zwłoki chowa się do hermetycznych worków, psy na podwórku potrafią wywęszyć, co się dzieje w klinice. Kładą uszy po sobie, spuszczają ogon, jakby i one czuły hańbę umierania; zapierają się wszystkimi czterema łapami, tak że trzeba je przeciągnąć, przepchnąć albo przenieść przez próg. Na stole jedne wściekle kłapią zębami, inne skomlą żałośnie; ale żaden nie patrzy wprost na igłę w dłoni Bev Shaw, bo skądś wiedzą, że ta właśnie igła wyrządzi im straszliwą krzywdę.

Najgorsze są te, które go obwąchują i usiłują lizać po ręce. Nigdy nie lubił lizania, toteż w pierwszym odruchu ma ochotę się odsunąć. Po co udawać przyjaciela, skoro w rzeczywistości jest się mordercą? Ale potem ustępuje. Bo i czemu stworzenie, nad którym zawisł już cień śmierci, miałoby czuć, że człowiek wzdryga się przed zetknięciem z nim, jakby sam dotyk przerażał? Daje im więc się lizać, jeśli chcą, tak jak Bev Shaw głaszcze je i całuje, jeżeli tylko jej na to pozwolą.

Nie jest, ma nadzieję, sentymentalny. Stara się patrzeć bez sentymentów na zwierzęta, które zabija, i na Bev Shaw. Pilnuje się, żeby głośno nie stwierdzić: „Nie wiem, jak ty to robisz”, bo w odpowiedzi usłyszałby: „Ktoś przecież musi”. (…)

Ponieważ Bev Shaw zadaje cios igłą, on zajmuje się usuwaniem szczątków. Nazajutrz rano jedzie wyładowanym volkswagenem do szpitala i powierza zwłoki w czarnych workach płomieniom krematorium. Prościej byłoby wozić worki do krematorium natychmiast po sesji i zostawiać je, żeby się nimi zajęli palacze. Trzeba by jednak wtedy porzucić je na wysypisku razem z całym plonem weekendu: śmieciami ze szpitala, padliną zgarniętą z poboczy dróg, cuchnącymi odpadami z garbani – przypadkową, a zarazem okropną mieszanką. Nie umie się przemóc, żeby wydać martwe psy na taką sromotę. Toteż w niedzielne wieczory ładuje worki na tył volkswagena i przywozi na farmę; przez całą noc leżą w aucie, a w poniedziałek rano wiezie je do szpitala. Sam je tam układa, pojedynczo, na wózku podajnika, uruchamia korbą mechanizm, kiedy zaś wózek mija stalową bramkę i wjeżdża w płomienie, Lurie naciska dźwignię, żeby go opróżnić, i za pomocą tej samej korby przyciąga go z powrotem, a robotnicy, których wyręcza, stoją i patrzą.

W pierwszy poniedziałek, kiedy tam pojechał, zostawił im tę robotę. Zwłoki przez noc zesztywniały. Martwe łapy więzły między prętami wózka, a gdy ten wracał z pieca, często przywoził z powrotem psa, osmalonego, wyszczerzonego, cuchnącego przypaloną sierścią, obnażonego, bo plastikowa osłona już spłonęła. Po kilku takich próbach robotnicy zaczęli przed załadunkiem obtłukiwać worki łopatami, żeby połamać skostniałe kończyny. Właśnie wtedy wmieszał się w to i całą pracę wziął na siebie. W krematorium pali się antracytem; elektryczny wiatrak wsysa powietrze w przewody – Lurie przypuszcza, że cała konstrukcja pochodzi z lat 60., kiedy to zbudowano szpital. Krematorium pracuje przez sześć dni w tygodniu. Siódmego dnia odpoczywa. Kiedy ekipa przychodzi do pracy, wygarnia wczorajszy popiół i rozpala piec od nowa. Zanim wybije dziewiąta rano, w wewnętrznej komorze jest tysiąc stopni – wystarczająco gorąco, żeby kość zwapniała. Do późnego ranka uzupełnia się wsad; mija całe popołudnie, nim piec ostygnie. (…) Czemu podjął się tej pracy? Żeby ulżyć Bev Shaw? Gdyby tylko o to szło, dość byłoby zwalić worki na wysypisku i odjechać. Przez wzgląd na psy? Ale one przecież już nie żyją; a zresztą, co psom wiadomo o honorze i dyshonorze?

Czyli robi to dla siebie. Ponieważ tak mu nakazuje własne wyobrażenie o świecie jako miejscu, w którym ludzie nie obtłukują zwłok łopatami, żeby nadać im kształt ułatwiający dalszą obróbkę.

Psy trafiają do kliniki, bo nikt ich nie chce: „albowiem jest nas zbyt wielkie mnóstwo”. I wtedy on wkracza w ich życie. Choć może i nie jest dla nich wybawicielem – tym, dla którego nie jest ich zbyt wielkie mrowie – czuje się na siłach zatroszczyć się o nie, kiedy nie mogą już, zupełnie nie mogą zatroszczyć się o siebie, kiedy nawet Bev Shaw umywa od nich ręce. (…) Lurie został psiarzem – psim grabarzem; psim psychopomposem; harijanem. (…)

Lurie ratuje honor trupów, bo nikt inny nie jest dość głupi, żeby się tego podjąć.”

Jego córka postanawia zacząć życie od nowa.

“– Jakie to poniżające – mówi Lurie. – Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec.

– Owszem, poniżające. Ale może to dobry punkt wyjścia, żeby zacząć na nowo, od podstaw. Od zera. I to bez względnego. Po prostu od zera. Bez żadnych kart w ręku, bez broni, bez majątku, bez praw, bez godności.

– Jak pies.

– Właśnie. Jak pies.

Lurie już na stałe godzi się z tym, że jego życie polega na zabijaniu psów. Nauczył się poświęcać całą uwagę zabijanemu zwierzęciu i dawać mu to, czego już nie wzbrania się na zwać po imieniu: miłość.”

Cierpienie zwierząt 1. Sigrid Nunez, “The Friend”

Ewa Maria Slaska

Gdy moi bliscy angażują się w aktywizm przeciwko cierpieniu zwierząt, mam wrażenie, że i ja powinnam coś zrobić. Oni wychodzą na ulice. Też pewnie powinnam, ale na zasadzie, “nie angażuj się wszędzie, bo będziesz śmieszna”, z reguły starannie wybieram i ulice, i protesty. Zresztą wszyscy aktywiści to wiedzą, nie da się walczyć o wszystko. Ale jednak “cierpienie zwierząt” to bardzo bolesny temat.

Jestem pisarką i blogerką, sięgnę więc do literatury.

Sigrid Nunez, The Friend. Postanawiam przetłumaczyć fragment rozdziału 5, który mną po prostu wstrząsnął. Nie znałam tej pisarki, nie czytałam, niczego co napisała. Ale myślę, że to wielka autorka. “Przyjaciel”, który jest tytułem tej książki, to Apollo, ogromny dog, którego narratorka otrzymuje w spadku po samobójczej śmierci swego ludzkiego przyjaciela.

– Czytałaś o sprawie mastifów tybetańskich?
Rzeczywiście czytałam artykuł w Timesie i próbuję to powiedzieć, ale ta kobieta i tak musi mi go zrelacjonować. Jeszcze kilka lat temu mastif tybetański był w Chinach symbolem statusu, luksusowym obiektem, za który płacono nawet równowartość 200 tysięcy dolarów, a mówi się, że niektóre szczeniaki osiągały cenę miliona dolarów. Gdy gorączka rosła, hodowcy zaczęli produkować coraz więcej mastifów. A gorączka nagle spadła. Uznano, że psy wcale nie są tyle warte, jedzą za dużo i są trudne do okiełznania. A to sprawiło, że na ulicach miast pojawiło się mnóstwo porzuconych mastifów. Władze komunalne nakazały wyłapywanie psów, co odbywało się brutalnie. Niekiedy psy zdychały. Resztę odesłano do rzeźni.
Prawdę mówiąc nie była to historia, którą chciałam usłyszeć jeszcze raz. Gdy idę z Apollem na spacer, niekiedy spotykam tę kobietę, jak wyprowadza na spacer dwie swoje łagodne kundelki, matkę i córkę. Opowiada mi o mastifach, a potem od razu przechodzi do następnego tematu, który jednak dotyczy tego samego – okrucieństwa hodowli psów rasowych. To, czego chciała natura, mówi, to, co powinno istnieć, to kundle. A co mamy? Collie głupie jak but, neurotyczne owczarki, mordercze rotweilery, głuche dalmatyńczyki i labradory, które są tak spokojne, że możesz im wystrzelić nad uchem z karabinu, a one i tak nie będą podejrzewały, że może być niebezpiecznie. To takie jarzyny w futrach, kaleki i idioci, socjopatyczne psy, o za cienkich kościach lub zbyt tłustym mięsie. Takie monstra otrzymujesz, jeśli produkujesz zwierzęta, żeby zaspokoić ludzkie zachcianki. To powinno być traktowane jak przestępstwo. (Myślałam, że kobieta zmyśla, gdy opowiedziała mi o pointerach, które zamarzają w dziwacznej pozie wystawiając zwierzynę i nie można ich przywrócić do normalnego stanu, ale okazało się, że mówi prawdę).
– Jest mi niedobrze, mówi kobieta, gdy pomyślę, o tym jak świat będzie wyglądał za pięćdziesiąt albo sto lat. Czarno to widzę.
Ale potem wzrusza ramionami i mówi, że to i tak bez znaczenia, bo wtedy Ziemia będzie już całkiem zniszczona, po czym zabiera swoje kundelki i odchodzi.
A ja zostaję i muszę myśleć o mastifach. Te psy są znane ze swojej ogromnej postury i grzywy, która sprawia, że przypominają lwy, ale poza tym wiadomo, że są nadzwyczaj lojalne w stosunku do właściciela i obdarzone ogromnym instynktem opiekuńczym. O czym więc myśli mastif wyrzucony przez swojego pana i wraz ze stadem innych mastifów wepchnięty do ciężarówki, która zawiezie je do rzeźni. Czy pies rozumie, że został zdradzony? Myślę, że nie. Myślę, że ostatnią myślą mastifa w drodze do rzeźni jest pytanie, kto się teraz będzie opiekował moim panem?