Hans-Peter Meister

Przyszedł mail:

Drodzy,
proszę mnie rozumieć tak jak piszę w tym momecie i o tej sprawie. Ja nie mam pretensji do bycia literatem, poetą lub pisarzem. Od czasu do czasu szukam w formie pisemnej (w moim odczuciu osamotnionym dialogu ze sobą samym) uiszczenia emocji, uczucia, odczucia i ślepej kiszki itp i itd.
Nie o mnie tu się rozchodzi. Intensywnymi minutami się zastanawiałem jak prawie 20 lat temu widziałem, rozumiałem, słuchałem Hansa Petera…

Przepraszam Was, przepraszam za list otwarty i zaadresowany jednocześnie do Was wszystkich.

Ewo, Moniko, Sylwio, Witku i bliscy Hansowi Peterowi, Tomek zdeklarował się do przetłumaczenia tego tekstu na niemiecki. Proszę, sami oceńcie, czy taka jest potrzeba.

Jeśli tak to: człowieki,  ciężko dobrze, kurwa i kłamać są oryginalnymi zwrotami, zaczerpniętymi z przeszłości, z naszego prze/życia.

czuwaj

Filet

***
Też znałam Hansa-Petera od dawna, od zawsze. Mnóstwo robił i dużo wymagał od nas wszystkich. Opowiedział mi kiedyś historię, którą napisałam. Pierwsze opowiadanie, jakie napisałam po niemiecku. Nie podobało mu się. Trudno, czasem i tak bywa. Ja je do dziś lubię.

EMS

hanspeter

Andrzej Filet Fikus

„Człowieki są różnymi indywidualnościami“. Tak spuentowałeś ówczesne nasze spotkanie po latach, przy ponownej okoliczności w BuchBundzie. W moim odczuciu zwróciłeś tym uwagę na moje “noże” w morzu ludzkości i próbowałeś załagodzić mój gniew spowodowany kolejnym zdemaskowaniem jakiegoś oszustwa w socjalnej branży. Pokornie usprawiedliwiałeś się, że już nie jesteś aktywny w “Social-polit-arbeit“, bo przecież prozaiczne życie, utrzymywanie rodziny. Mówiłeś z zadowoleniem o córce przebywającej w Holandii. “Własna rodzina! Ja o tym marzyłem wiele lat i teraz jest ciężko dobrze”, podkreślałeś. Byłeś i pogodny, i zatroskany opowiadając o niej, o Karin i intensywnej własnej pracy.

Sobota, 02 października 2016, kolejna, dzięki również Twoim wieloletnim wysiłkom i postawionym również przez Ciebie pod nią fundamentom, impreza Polskiej Rady Społecznej w “Familien Garten“, Oranienstraße 34. Hans-Peter nie żyje!, rzucił Witek na powitanie. Jak nie żyje? No kurwa normalnie, zmarł, nie wiem, od Jacka wiem, dzwonił do niego, byle tam coś gadał, do Lutza, tamtej i tego też dzwonił, jakby się nudził, mieli niektórzy wrażenie. Ktoś powiedział, że skrzep na płucach, szybki rak. Poczułem nagle we wnętrzu ładunek wybuchowy z opóźnionym zapłonem lub może konia podkłutego kopnięciem w brzuch. Alarm! Co mam z tym wszystkim w brzuchomózgu teraz zrobić, gdy Cię niby już żywego nie ma? Tej samej nocy, czyli z soboty na niedzielę, śniłem o Tobie, bardzo realnie, w kolorach. Szybkim krokiem, w ortalionie, w zamglonych okularach przeskakiwałeś skrzyżowania, pędziłeś z torbą przewieszoną przez ramię, wchłaniając kolejne metry, do Rady oczywiście. W deszczu, ślisko i pod prąd; wtedy wiesz, że żyjesz. A pewno jak i w tym śnie, jak i wiele razy wcześniej, biegłeś, by komuś pomóc, niekoniecznie tylko Polakom. A w tym śnie, w barwach deszczu i Kreuzbergu, widząc Twoją postać: “Kurwa! Hans-Peter, przecież Ty żyjesz! Nie kłam, wczoraj mówili, że umarłeś!” Zerknąłeś w moją stronę i w typowym Ci rytmie: ”Tak, tak, potem, pogadamy, ja muszę, ważne sprawy“. I tyle Cię widziałem. Na moje szczęście znów.

Berlin 04.10.2016

Berlin znów leuchtet

Tomasz Fetzki

Zaświecił dwunasty raz. Dla nas – po raz drugi.

Iluminacja Bramy Brandenburskiej robi wrażenie i przytłacza rozmachem. Katedra, jak zwykle, oświetlona raczej artystycznie niż efekciarsko; szkoda, że akurat podczas naszej wizyty na brzegu Szprewy rozpadał się wściekły deszcz. Plac Żandarmerii w barwach stonowanych, refleksyjnych. Żal, że wieczór tak krótki!

berlinleuchtet01

Brama Brandenburska i…



A już od kilka dni w Wielkiej Sieci szumiało o iluminacji galerii Mall of Berlin na Leipziger Strasse. Że niby skandal, że rewizjonizm, że neofaszyzm wręcz! No bo żeby twarz Hitlera na murach wyświetlać?

Byliśmy, widzieliśmy, uspokajamy. Cały pokaz to animacja, historia ostatnich kilkudziesięciu lat Berlina. Podana w skrócie i z humorem. Austriacki Kapral nie gra tu pierwszych skrzypiec, nie poświęcono mu nawet zbyt wiele czasu. Po prostu jest – wciśnięty gdzieś między kajzera Wilhelma, Wujaszka Joe, Churchilla, Kennedy’ego, Honeckera, Gorbiego i jeszcze kilka innych person. Jest, bo czemuż by udawać, że nie odcisnął swego piętna na dziejach Miasta? Zamiast się bulwersować, lepiej wyrazić dla autorów iluminacji uznanie dla finezji, z jaką poradzili sobie z zakazem prezentowania znaku hakenkreuza. A jeszcze lepiej popatrzeć sobie na Davida Hasselhoffa, fikającego na cześć upadku Muru.

berlinleuchtetaberlinleuchtetbberlinleuchtetcberlinleuchtetdberlinleuchteteberlinleuchtetfberlinleuchtetg

Uwaga: Oświetlenie Berlina w ramach akcji Berlin leuchtet można oglądać jeszcze do 16 października; codziennie od godziny 19 do 24.

Verlorene Mühe

Ewa Maria Slaska

… einer Beschwerdeschreiberin

Im letzten Jahr oder so schrieb ich vier Mal Beschwerdemails an verschiedene Institutionen bzw. Einrichtungen in Berlin, darunter zweimal zu verschiedenen Anlässen an die BVG.

Alle meine vier Beschwerden schienen mir ziemlich wichtig zu sein. Sonst hätte ich sie nicht geschrieben.

Einmal hat man mir beantwortet, es hat aber gar nichts gebracht, dreimal passierte gar nichts. Also hier mein öffentlicher Appell an alle Institutionen des öffentlichen Lebens. Macht uns nicht vor, dass ihr euch um uns kümmert. Ihr tut es nicht. So einfach ist es.

Die Beschwerde Nummer 1 war die wichtigste. Ist auch die einzige, wo man mir antwortete. Am 6. Mai 2015 fuhren wir gegen 20 Uhr mit meinem Enkelsohn im ersten Wagen der U-Bahn Linie 1. Der Wagen war voll und gerade am Abfahren am Schlesischen Tor, als jemand in das Wageninnere eine Hustenbombe warf, wobei wir alle sofort zu husten begannen. Dank Initiative eines großen starken Mannes, wurde die erste Tür des Wagens gewaltsam geöffnet. Die U-Bahn wurde zwangsläufig gestoppt und wir alle könnten weglaufen. So schnell wie möglich. Ich war mit einem Kind da und nur seine Sicherheit war mir wichtig. Vielleicht ging es uns allen so.

Ich habe in meiner Mail betont, dass sich alles im ersten Wagen abgespielt hatte und wir durch die erste Tür weggelaufen sind. Und dass mit unserer Aktion der Zug gestoppt wurde, der schon im Begriff war, abzufahren. Diese drei Tatsachen MÜSSTEN die Aufmerksamkeit des Fahrers an sich ziehen. Ich habe auch genaue Uhrzeit genannt, wann es passiert ist – in der Annahme, dass man damit den Fahrer sofort identifizieren wird.

Na ja…

Und so war die Antwort:

Sehr geehrte Frau Bogucka-Slaska,

vielen Dank für Ihre E-Mail vom 06.05.2015.

Sie berichteten uns, dass in einem unserer Züge der U-Bahnlinie U1 eine chemische Substanz ausgeschüttet worden sein soll, die bei Ihnen und anderen Fahrgäste eine Atemnot und Husten ausgelöst hätten. Sie kritisieren, dass der Fahrer des Zuges nicht eingriff, sondern einfach weiter fuhr.

Es ist uns wichtig, dass unsere Fahrgäste gefahrenlos mit unseren Verkehrsmitteln fahren können. Daher werden unsere Fahrzeuge und Betriebsanlagen regelmäßig gewartet, inspiziert und gesäubert. Wenn in einem Fahrzeug wie der U-Bahn eine Verschmutzung auftritt, kann das Fahrpersonal dies nicht immer umgehend wahrnehmen. Wir sind daher hier auf die Hilfe unserer Fahrgäste angewiesen. Da Sie von einer offenbar gefährlichen chemischen Substanz sprachen, haben wir drei in Frage kommende Zugfahrerinnen und Zugfahrer ermittelt und zum Sachverhalt befragt.

Keiner der befragten Kollegen konnte sachdienliche Angaben zum Vorfall machen. Eine Überprüfung der Aufzeichnungen der Betriebsleitstelle U-Bahn ergab ebenfalls keine Hinweise. Daher war auch ein Sichern von Videodaten nicht möglich. Uns verwundert, dass weder Sie noch andere Fahrgäste sich beim Fahrer gemeldet haben. Zudem haben wir außer Ihrer Eingabe keine weiteren Beschwerden über diesen Vorfall erhalten. Wir können uns daher den Sachverhalt nicht erklären und diesen auch nicht aufklären.

Obwohl wir Ihrem Wunsch nicht entsprechen können, freuen wir uns, Sie auch weiterhin als Fahrgast in unseren Verkehrsmitteln zu begrüßen.

Mit freundlichen Grüßen

Stephanie König
Berliner Verkehrsbetriebe (BVG)
Kundenservice FVS-B2 (IPLZ 43431)
Telefon: +49 30 19 449
Telefax: +49 30 256-49256
Mail: info@bvg.de

Also, man kann niemandem identifizieren, keiner weißt was und wir sollten uns selber darum kümmern, dass sich der Fahrer um uns kümmert… Danke BVG! Dies erinnerte mich an eine dramatische Situation in meinem Leben in Berlin. Jemand ist in meine Wohnung eingebrochen und erzählte mir, mich umbringen zu wollen. Nach Stunden habe ich es geschaft, ihn aus meiner Wohnung auszuschmeißen. Die Polizeit tat wenig, bis ich selber mit meinen Nachbarn entdeckt habe, dass der Einbrecher im Gartenhaus bei uns wohnt. Wir haben ihn der Polizei ausgeliefert, die mit ihm sprach und frei ließ. Ich rief die Polizei an und fragte, was es soll: Wer wird sich jetzt in solcher Situation um mich kümmern? Die Antwort war klar: Ihre Sicherheit, Frau Slaska, ist ihre Sache.

Na klar.

Jetzt lerne ich noch etwas dazu: Ihre Beschwerde, Frau Slaska, ist ihre Sache. Ich brauchte aber noch drei Beschwerden, bis ich es kapiert habe.

Die Beschwerde Nummer 2 ging auch an die BVG. Ich klagte, dass man in der U-Bahn eine neue Chemikalie anwendet (billigere Putzmittel?), die in mir eine sofortige Allergie hervorruft. Ich steige in die U-Bahn ein und beginne sofort zu niesen.

So…

Die Beschwerde Nummer 3 betraf ebenfalls Allergie und ging an Möbel Kraft. Ich kaufte einen neuen Schreibtischsessel… Es dauerte eine Woche bis ich entdeckt hatte, dass er meine plötzlich auftretende nächtliche Allergieanfälle verursacht hatte… Ich schrieb Möbel Kraft an, die Antwort… na ja, Sie ahnen schon…

Oder…

Und endlich etwas, was mit der Kultur und nicht mit meinem allergisch empfindsamen Wesen zu tun hat. Meine Beschwerde Nummer 4, eine Mail an Kino Kunst66, abgeschickt am 30. Juli bezeugt dafür meine soziale Empfindlichkeit.

Meine Lieben Damen und Herren vom Kino Filmkunst66

Ich war heute bei Ihnen mit insgesamt 8 Freunden und möchte mich beschweren.
Wir kamen in zwei Gruppen, um den Film Mit Jacqueline unterwegs zu sehen. Zuerst ich mit 4 Personen und dann weitere 4.
In meiner Gruppe waren 2 erwachsene Frauen (beide mit Berlin Pass) und 3 Kinder. Ausser mir waren alle aus der Gruppe Flüchtlinge. Und ich – Rentnerin.
Ihr Mitarbeiter verweigerte uns jedwede Ermäßigung mit der Erklärung, es ist Wochenend und am Wochenend gelten keine ermäßigten Preise.
Ich habe jedoch damit gerechnet, dass wir weniger zahlen und mir fehlte, bei so großem Ticketeinkauf sage und schreibe 2,5 €!
Ich versuchte zu erklären, dass es Kinder sind, Flüchtlinge, Berlinpass, ich dazu noch Rentnerin… Zig Gründe um Ermäßigung zu bekommen. Es wären dann 5 € weniger und mein Geld hätte gereicht, weil ich den Tag mit meinen Schützlingen sehr sorgfältig, auch finanziell, geplant habe…
Ihr Mitarbeiter zeigte sich nicht bereit, um ein Deut von dem Preis abzutreten. Es “rettete mich” die Flüchtlingsfrau, die diese fehlende 2,5 € bezahlt hat.
Und jetzt: abgesehen von alledem, was ich hier geschrieben habe, bemerken Sie auch, dass:
1/ man kann bei Euch nicht mit der Karte bezahlen!
und
2/ die Preistabelle auf Ihrer Internetseite ist keineswegs eindeutig – schauen Sie selber an. Wir haben alle verstanden, dass wir eine oder andere Ermäßigung auch heute bekommen.
Alles in allem: ich habe Ihnen heute 8 andere Kunden mitgebracht, und ich habe sowohl in meinem Blog als auch auf dem Facebook Werbung für Euch gemacht und ich bereue es sehr (obwohl ich den Film nach wie vor sehr gut finde!).

Mit freundlichen Grüßen

Ewa Maria Slaska
Bloggerin und FlüchtlingsPatin
https://www.facebook.com/ewamariaslaska
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2016/07/30/nieulegla-krowa-czyli-porady-kulturalne-na-lato/

Und Danke für Eure Aufmerksamkeit!

fuckyou

Es war ein Freitag

C. C.

Es war der 11. Geburtstag meines kleinen Bruders D.

Mein großer Bruder P. war mit mir mit dem Motorrad – es war wohl ein milder Dezembertag – zur Feier von Kreuzberg zu meinen Eltern nach Wilmersdorf gefahren.

Am frühen Abend klingelte das Telefon meiner Eltern für meinem großen Bruder P. Es war ein sehr kurzes Gespräch, P. kam aufgeregt an den Tisch, an dem ich mit Vater, Großvater und Onkel Skat spielte, und sagte: „Wir müssen los, in Kreuzberg wird ein Haus geräumt.“ Eine Telefonkette war ausgelöst worden, was damals aber nicht so einfach war, weil Handy und Internet gab’s ja noch nicht – aber zum Glück wusste die Freundin meines Bruders wo wir waren.

Ohne uns groß zu verabschieden und nur erklärend „In Kreuzberg wird ein Haus geräumt“, zogen wir unsere Klamotten an verließen die kleine 2 ½ -Neubau-Zimmerwohnung in der ich 12 Jahre mit Eltern und drei Brüdern gewohnt hatten. Zurück ließen wir neben unseren Eltern und Großeltern, Onkel, Tanten, Cousinen und Cousins – den Großteil unserer Verwandtschaft.

Wir sprangen auf Motorrad und fuhren nach SO36, parkten am Wassertorplatz und gingen zu Fuß zur Kohlfurterstraße/Ecke Admiralstraße, die Helme setzten wir nicht ab. Genaueres hatte P. mir bis dahin noch nicht gesagt, aber er wusste ja wo wir hin mussten.

Die Schule, die dort heute steht, befand sich gerade im Bau, konkret wurden gerade die Kellergeschosse gebaut, also war hauptsächlich Beton und Eisen zu sehen, jetzt aber kaum zu erkennen, da es schon dunkel war. Ein schmaler Holzweg führte als südliche Verlängerung der Admiralstraße mitten durch die Baustelle. Auf der anderen Seite der Baustelle, wo sich besetzte Häuser befanden, hörten wir Lärm:

  • Bullenwannensirenen
  • Geschrei und Gegröle
  • die typischen Geräusche von geworfenen Pflastersteinen, die auf die Straße oder gegen Bullenschildern krachten,
  • und von abgeschossenen Tränengasgranaten

– alles uns wohl bekannte Geräusche, bis dahin aber noch nicht im Zusammenhang mit Hausbesetzungen, sondern u.a. von Anti-Nazidemos, Knast-Demos, Räumung des besetzten Daches des Amerika-Hauses und 1. Mai-Demos – die damals übrigens noch nicht in Kreuzberg stattfanden.

Bevor wir den schmaler Holzweg Richtung „Kampfgetümmel“ nahmen „bewaffneten“ wir uns mehreren Pflastersteinen, mit deren Umgang wir geübt waren.

Meinem Bruder P. hinterherlaufend, der immer viel „forscher“ war als ich, betrat ich den Holzweg. Aber nach wenigen Metern verließ mich der Mut bzw. wurde ängstlich, fing an zu denken:

Was passierte auf der anderen Seite des schmalen Weges?

Liefen wir den Bullen direkt in die Arme bzw. in deren Knüppel?

Wir sind in der Falle, wenn die Bullen jetzt selbst auch noch von der Kohlfurterstraße Richtung Kanal vordrangen!

Während P. mit einigen anderen, die sich mittlerweile auch an der Ecke eingefunden hatten, weiter Richtung „Kampfgetümmel“ stürmte, kehrte ich um. Und dann sah ich sie von links kommen: Ein ganzer Zug Bullenwannen rasten mit hoher Geschwindigkeit in unsere Richtung. Ich hatte in diesem Augenblick eine wahnsinnige Angst.

Als ich wieder den Anfang des Holzweges erreichte, bremsten die Wannen genau von mir. Ich sah nur eine Chance zu entkommen: Zwischen den Wannen durch, Richtung Kotti. Kurz bevor ich durch kam, öffnete sich die hintere Tür der Wanne, die ich passieren wollte, und ein Bulle in Kampfmontur mit Helm und Schild erschien in der Tür.

Ich schleuderte kurz hintereinander zwei Pflastersteine, die ich in den Händen hielt, in die Wanne. Ich sah den ersten Stein auf das Visier des Helmes krachen, den zweiten Stein hörte ich nur „einschlagen“, da ich diese während des Laufen oder genauer gesagt während des Sprints „abfeuerte“, und mich ganz schnell auf der anderen Seite der Wannenreihe befand. Ich rannte immer weiter, erst kurz vor dem Kotti drehte ich mich um und sah: keinen Bullen oder anderen Menschen hinter mir.

Ich war alleine. Mein Bruder wurde jetzt sicher von den Bullen, denen ich gerade noch entkommen war, gejagt. Ich hatte Angst um ihn.

An der Ecke Kotti/Admiralstraße befindet sich heute eine Bank, damals war dort ein Supermarkt. Voll Wut und Hilflosigkeit schleuderte ich die zwei Pflastersteine, die sich noch rechts und links in den Taschen meiner Lederjacke befanden, in die Schaufensterscheibe des Supermarktes – die Geschäfte schlossen damals schon um 18:00 Uhr.

In diesem Augenblick hörte ich von der anderen Seite des Kottis das Klirren von Fensterscheiben – da waren also auch andere am werken.

Ich sprintete rüber, da ich nicht alleine sein wollte und irgendwie war ich auch noch tatendurstig.

Zwischen Adalbertstraße und Reichenberger Straße direkt an den Geschäftseingang eines Ladens – heute Rossmann – sah ich einen Mann zwischen 40 und 50 Jahren auf einem Vermummten sitzen und auf diesen mit Fäusten einschlagen. Ich stürmte auf die beiden zu und rammte den einschlagenden Mann, damals ein sogenannter „Aktivbürger“, so dass er zur Seite weg kippte und der Vermummte fliehen konnte. Zu zweit rannten wir in Richtung Reichenberger Straße.

Um dann aber wieder umzukehren und jetzt direkt an der Straße entlang wieder Richtung Adalbertstraße zu laufen, da wir von dort Geschrei und weiterhin Scheiben der Berliner Bank und von Kaisers klirren hörten und zu Recht Mitstreiter vermuteten.

Ich sah wieder den „Aktivbürger“, diesmal aber zusammen mit einem Bullen, der seine Knarre in der Hand hielt. Der „Aktivbürger“ zeigte in unsere Richtung, wobei ich nicht wusste, ob er mich oder den von mir Befreiten meinte.

  • Von dieser Szene gibt es ein Foto, welches ich schon oft in Veröffentlichungen gesehen habe und mich immer wieder erinnern läßt.-f-12-12-1980-3

Angesichts der gezogenen Waffe hatte ich zum zweiten Mal innerhalb weniger Minuten sehr große Angst – alles spielte sich sehr schnell und mit hoher Geschwindigkeit ab.

Im Sprint ging es weiter in die Adalbertstraße rein. Hinter der Treppe, die zum Kreuzberg-Café hoch führt, sah ich aus den Augenwinkeln wie ein Zivilpolizist einem Mann mit Lederjacke und schwarzem Tuch eine Pistole an den Kopf hielt. Da war bei mir alles vorbei. Ich rannte den Durchgang von der Adalbertstraße zur Dresdener Straße und so schnell ich konnte in eine Wohnung in der Dresdener, in der ich gerade bei Freunden unterkommen war.


Foto:Michael Kipp/Umbruch Bildarchiv https://www.umbruch-bildarchiv.de/bildarchiv/ereignis/30jahre_hausbesetzungen_in_berlin.html

Ich zitterte am ganzen Leibe und nach dem ich mich Helm und Lederjacke entledigt hatte hielt ich meinen Kopf unter die Dusche. Ich wollte einen klaren Kopf bekommen, aber hatte immer noch Angst und vor allem Angst um meinen Bruder.

In der Wohnung, in der ich alleine war, rauchte ich dann zur Beruhigung erst mal eine Tüte und blieb mindestens eine Stunde dort.

Erst dann wagte ich mich wieder raus und traf erst am Kotti eine Freundin, die sich gerade bei einer Spontandemo ein paar Prellungen am Arm durch Polizeiknüppeln eingefangen hatte und kurz darauf auch meinen Bruder. Er erzählte mir dann, dass sie über die Baustelle vor den Bullen flüchten konnten und er dabei seinen Helm verloren hat. Das er danach dabei war als der Bullen-VW-Bulli am Kotti umgeworfen wurde, hat er mir nie erzählt, aber angesichts von Fotos, die ich später sah und auf denen ich ihn erkannte, wusste ich es.

Vermutlich war es der VW-Bulli des Polizisten in dessen Knarre ich geschaut hatte.

Wo ich danach war und ob und wie ich gekämpft habe weiß ich nicht mehr – irgendwie fehlen mir da ein paar Stunden.

Erinnern kann ich mich nur noch, das wir, P. und ich, gegen 23:30 Uhr zur Ecke Dresdener Straße/Oranienplatz gegangen sind und den dort versammelten Leuten gesagt haben, sie sollten jetzt verschwinden, da der Kampf jetzt schon seit Stunden toben würde und die Bullen jetzt bald alles platt machen würden. Wir haben uns dann in die Wohnung zurückgezogen.

Die Leute sind unserer Aufforderung aber nicht gefolgt. Kurze Zeit später ist eine Bullenwanne in diese kleine Menge gefahren und hat einem Mann zwischen Wanne und einem großen Beton-Blumenkübel beide Beine abgequetscht. Der Mann musste seit dem – salopp ausgedrückt –  im Rollstuhl Platz nehmen.

Ach ja, es war der 12. Dezember 1980.

Nachwort:

Seit September 1979 waren bis dahin 19 Häuser besetzt worden, 1 Haus davon wurde im Sommer 1980 sofort nach der Besetzung geräumt -auch da wurde eine Telefonkette ausgelöst, wir waren aber gerade mal 10 Leute, die sich den Bullen dann lieber doch nicht in den Weg stellten.

Nach dem 12.12. haben wir in den nächsten drei Tagen noch zweimal große Demos organisiert, die durch brutales Vorgehen der Bullen jedes mal zu heftiger Randale auch auf dem Kudamm führten.

Wir sagten damals: „Unsere Argumente sind endlich im Rathaus Schöneberg – dem damaligen Regierungssitz West-Berlins – angekommen.“ Denn dann wurde erst mal kein Haus mehr geräumt, der Senat trat zurück, die Wohnungsbaupolitik änderte sich, Kreuzberg wurde nicht weiter zerstört und aus ein paar Hausbesetzungen wurde eine Bewegung, in der u.a. 3 Monate später als ca. 114. Haus am 14. März 1981 die Regenbogenfabrik besetzt wurde.

Nachtrag:

Ein Teil meiner Verwandtschaft, die unseren Abgang vom Geburtstag mitbekommen und dann im Fernsehen die Nachrichten aus Kreuzberg gesehen hatte, hat danach kaum noch mit mir geredet. Politische Diskussionen gab’s in der Familie eigentlich sowieso nie.

Mal von Oborishte gehört?

Info po polsku

Dorota Kot

Ein Hungriger Bär wird nie tanzen – oder?

Kein Schwein in Berlin interessiert sich für Bulgarien bzw. die bulgarische Kultur – solche Aussagen habe ich mehrmals gehört, als ich über die Idee der Bulgarischen Kulturwoche stolz und aufgeregt erzählte.

Ob Interesse besteht – ist das eine Frage der Form / Gestaltung – oder? Oder liegt es an den Menschen, die mitmachen und ein Herz für die Thematik haben? Vor fünf Monaten habe ich mich auf den Weg gemacht Netzwerk-Kontakte der bulgarischen Aktivisten zu holen. Polin und die über Bulgarisches Kulturinstitut gewonnenen zwei aktive Bulgarinnen. Die Ärmel hochkrempelt und los! Ich habe über vierzig Treffen mit Vertretern der bulgarischen Community gehabt – offiziell und privat.

Auf beiden (privat und offiziell) Ebenen habe ich viel erfahren: Witze, Beschwerden, Begeisterung und freundliche Aussagen über bulgarische Kulturschaffende, bulgarischsprachige Vertreter diverser Institutionen in Berlin … stur habe ich immer mehr Menschen angesprochen. Viele kennen einander nicht. Aber die bulgarische Woche hat alle miteinander verbunden. Vielleicht ist das eben das Rezept für einen Erfolg unter Migrantengruppen?

Noch nie habe ich mit einer anderen Migrantencommunity gearbeitet.

Gibt es Kulturunterschiede?

Jein. Wir sind Slaven, Europäer, Migranten, Mitbürger – im Prinzip einfach Menschen!

Wir haben viel Gemeinsames, aber auch über die Unterschiede und schöne Traditionen möchte ich kurz berichten. Ich werde meine Beobachtungen einfach aus dem Ärmel schütteln! Lernt meine Sichtperspektive kennen!

Slawische Seelen
Warmherzig, ehrgeizig, familiär – das sind die Grundlagen der Völkerverständigung. Polen und Bulgaren sind eben diese Eigenschaften angeboren.

Verständnisprobleme?
Ein kleines Missverständnis kann entstehen, wenn man ein bisschen (ein kleines bisschen!) Bulgarisch versteht, aber die bulgarische Körpersprache nicht kennt. Bulgaren bestätigen und verneinen, indem sie andersrum den Kopf schütteln. Total verwirrend! Aber das ist auf die Geschichte zurückzuführen. Sprecht mich mal an – gerne erkläre ich den Hintergrund!

Gentelmens und gute Feen.
Viele Bulgaren sind Gentlemen oder einfach altmodisch erzogen. Sie helfen sehr gerne und bieten Hilfe an – das schätze ich privat und beruflich.

Missverständnis? аз не разбирам..
Polen haben in den 90ger Jahren sehr oft den Urlaub in Bulgarien verbracht. Daran erinnert sich die Elterngeneration sehr gut und ganz sentimental, da die zwischenmenschliche Chemie einfach gestimmt hat. Trotzdem kann es zu Missverständnissen kommen, wenn man die Sprache zu verstehen versucht. Auf Polnisch: Rozbierać bedeutet ausziehen (Kleidung). Auf Bulgarisch aber bedeutet razbera „verstehen”
Das war am Anfang ganz lustig und überraschend, als ein junger Mann im Gemüseladen mich fragte, ob ich rozberam… Jetzt aber аз разбирам! Dh. Ich verstehe (vielleicht mehr als vor ein Paar Jahren?) J

Omatag
Der Omatag wird in Bulgarien ganz anders gefeiert. Nämlich so: die verheirateten Frauen bedanken sich bei den Omas (auch Nachbarinnen), die bei der Kindererziehung geholfen haben.

Rakija
Wie ich bereits erwähnt habe, Bulgaren sind sehr familiär und sitzen gerne an einem Tisch mit Freunden und der Familie. Dabei habe ich einen praktischen Spruch gelernt, der bei der Partyvorbereitung herauskam:

Ein Aperitif ist wie eine Ermunterung zum Schnapps (Mezeto e swodnik na rakija.)

Bulgaren trinken gerne Rakija – es ist sehr unhöflich abzusagen, wenn man zu Gast ist. Kamenitza, Shumensko, Zagorka – die Biere mit „tzatza“ (Kleine Fischchen) schmecken hervorragend am Strand in Burgas oder Primorie – das ist ein traditionelles Duet aller Einheimischen und Touristen am Schwarzen Meer. Die Biere werden übrigens auch in 2,5L Flaschen produziert. Es wäre nichts Außergewöhnliches, aber so eine große Flasche beim Treffen mit Freunden auf dem Tisch sah (zum ersten Mal) exotisch aus. Jetzt denke ich: wie praktisch und welch gastfreundliche Ökonomie!

Hunger
In bulgarischen Haushalten wird man nie verhungern. Banitza (Banitsa), Tarator und Shopska Salata – meine Lieblingsversorgung in Bulgarien! Was das Essen angeht, habe ich in Bulgarien eine für mein ganzes Leben währende Belehrung bekommen.

Vor vielen Jahren war ich in Burgas. An einem Tag wusste ich nicht, was ich zuerst machen soll – schnell was dienstlich abarbeiten oder lieber davor was essen (ich hatte Hunger)? Die Antwort kam sofort: das Bärchen wird nie tanzen wenn es hungrig ist – das habe ich mal bei einer befreundeten Familie in Burgas gehört.

Die Geschichte, die dahinter steckt, ist folgende: früher holte man kleine Bären aus dem Wald für eine Straßen- Performance, aber sie tanzten nie, bevor sie nicht satt waren.

Die goldene Regel ist also: erst essen, dann ran an die Arbeit und den Spaß – sonst wird es nicht gut laufen. Mit leerem Magen kann man doch nicht arbeiten!

Die gleiche Vorgehensweise haben wir uns für die Tage der Bulgarischen Woche vorgenommen. Für Seele und Leib, generationenübergreifend, Themenvielfalt, offen für andere Kulturen – so haben wir die Bulgarisch-Deutsche Woche gestaltet. Lernt Bulgarien und die Kultur kennen! Bulgarien zum Anschauen, Tanzen, Beisammensein, Hören, Kosten in der Küche und und und…

Morgen also geht es los! 🙂

Filmabend
Mir sind die Regisseure/innen der Balkanregion unbekannt gewesen. Jetzt haben wir die Möglichkeit, einen Film zu sehen, der bei der Berlinale dabei war. Interessanterweise hat sich auch die Initiative BulDoc gemeldet und uns unterstützt. Die Organisatoren werden über Buldoc vor dem Film berichten.

Kunst
Du stehst in Versailles oder in der Kunstakademie, wo die wichtigsten Werke der Künstler ausgestellt werden. Kunstkuratoren und manchmal die Schaffenden selbst erzählen von der Hintergrundidee und Bedeutung einzelner Farben und Formen. Der emotionale Bezug des Künstlers ist immer der wichtigste Einflussfaktor.

Roza ot Ljubov_Liebesrose

 Silviya Zdravkova, Liebesrose (Foto: Autorin)

Bulgarien in meinem Herzen – ich bin gespannt auf Mittwochabend, wie unsere drei Künstlerinnen die Liebe, Erinnerungen und vielleicht das Heimweh darstellen werden. Die Künstlerinnen haben auch zweisprachige Gedichte geschrieben. Über Pinsel und Schreibwerk wird Bulgarien vorgestellt.

Literatur & Musik
Der Schriftsteller erzählt erfrischende Kurzgeschichten und dabei wird Vladimir Karparov uns mit Musik verwöhnen. Der Musiker trat auch letztens beim zig zag auf. Ich bin gespannt!

Einladung_KochabendKochen & Tanzen
Zuerst treffen wir uns fürs Kochen im Kakadu, wo Maria von PriMaria Restaurant uns die bulgarische Küche zeigt, danach bewegen wir – gesättigt – unsere Hüfte beim Balkan-Beat im Hangar 49. Der Hangar hat einen schönen Ausblick auf die Spree, was ich genießen konnte, als ich spontan zur Jazz Session vorbeikam.

Event-Facebook-Party

Out-Door-Bibliothek
Während der bulgarischen Woche arbeiten wir handwerklich an einem Schrank… das ist ein gemeinsames Projekt mit unseren Partnern aus Bulgarien. Nachdem wir den Schrank renoviert und schön gemacht haben, eröffnen wir am Samstag die Out- door- Bibliothek in der Regenbogenfabrik!

Kiez-Erkunden
Ein kleiner Rundgang in Kreuzberg. Ein Muß!

Osteuropa-Picknick
hält Osteuropa zusammen? Mögen die osteuropäischen Communities zusammenarbeiten?

Wir schauen mal am Sonntag. Gemütliches Beisammensitzen, Chillen, osteuropäische Kultur genießen- das haben wir vor! ForumFactory hat für uns die Räumlichkeiten zur Verfügung gestellt! Bei jedem Wetter können wir uns treffen – es gibt einen Außerbereich mit Bänken, im Saal gibt es Bühne und Gastronomie.

Wir haben open stage eröffnet – jeder darf sein Talent zeigen.

Tanz, Gesang, Schreibtalente, Brettspiele, Fotoausstellung, Ausstellung des Filmworkshops und und und…

Für mich als Polin ist es ein Vergnügen, eine mir bereits bekannte Community neu zu entdecken. Für Leib und Seele, generationenübergreifend und locker – so eine schöne Kulturwoche mit der Bulgarischen Community freut sich auf Besucher und Mitmacher!

Graphik: Anina Takeff / Projektleitung: Dorota Kot

 

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…

Reblog: O muzyce i polityce

michalkurierBogdan Twardochleb i Michał Talma-Sutt

przedruk z Kuriera Szczecińskiego 13 lipca 2016

Debata o Polsce debatą o Europie

– NA RAZIE jest nas niewielu, ale zrobiliśmy już w Berlinie kilka dużych manifestacji, pierwszą – 19 grudnie ubiegłego roku. Otwarcie mówimy, co nam się w Polsce nie podoba i będziemy to robić nadal – zapewnia Michał Talma-Sutt, współtwórca Komitetu Obrony Demokracji w Berlinie.

Ma 47 lat, urodził się w Łodzi, jest kompozytorem. Studiował w rodzinnym mieście, potem w Paryżu, Stuttgarcie i Karlsruhe. Dwukrotnie zdobywał najwyższe nagrody w konkursach Międzynarodowej Trybuny Muzyki Elektronicznej, był stypendystą Fundacji Witolda Lutosławskiego, dyrektorem artystycznym II Międzynarodowego Festiwalu Musica Elektronica Nova we Wrocławiu. W Berlinie mieszka od 2001 roku. Jego utwory były wykonywane podczas Warszawskiej Jesieni, są prezentowane w Polsce, Niemczech, Austrii, w wielu innych krajach aż po Republikę Południowej Afryki.

***

Berliński KOD utrzymuje stałe kontakty z KOD-em w Warszawie. Jest częścią ruchu KOD-Polonia Niemcy. Polonijne KOD-y są też w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, tworzą się innych miastach.

– Bardzo aktywna jest grupa w Kolonii, ostatnio dołączył Heidelberg, grupa z uniwersytetu. Mamy swój newsletter, który prowadzą świetne dziewczyny z Kolonii – mówi Michał Talma-Sutt w kawiarence na Gendarmenmarkt w Berlinie.

Berliński KOD współpracuje ze stowarzyszeniem Mitte 21, którego prezesem jest Łukasz Szopa, 43-letni poeta urodzony w Tychach.Od 1987 roku mieszkał w Wiedniu, potem w USA, a od kilkunastu lat mieszka w Berlinie. Jest autorem tomów wierszy, antologii, esejów o m.in. o poezji i sztuce krajów dawnej Jugosławii. Publikował i publikuje w Polsce, Niemczech, Chorwacji, Bośni-Hercegowinie.

Michał Talma-Sutt jest w zarządzie stowarzyszenia Mitte 21, grupującego ludzi, którzy nie chcą być bierni wobec narastania w Europie nacjonalizmów i populizmów.

– Orientujemy się na środek XXI wieku, stąd nasza nazwa: Mitte 21. Gdy w Berlinie był prezydent Andrzej Duda, manifest stowarzyszenia wręczyliśmy jego małżonce – mówi Michał Talma-Sutt.

Podkreśla, że berlińscy KOD-erzy nie negują wyniku wyborów w Polsce. Czym innym jest jednak stosunek do sposobu sprawowania władzy przez parlamentarną większość.

– To możemy negować i negujemy. Jasno stoimy na stanowisku, że w państwie demokratycznym nie wolno łamać trójpodziału władz, poddawać Trybunału Konstytucyjnego kontroli polityków i skupiać nadmiaru władzy w rękach poszczególnych osób, na przykład ministra Ziobry, którego działania z poprzednich czasów dobrze pamiętamy. Jeśli dodać do tego zmiany w polskich mediach publicznych, zmiany w oświacie, czy uprawnienia, jakie ustawa antyterrorystyczna daje tajnym służbom, stawiając je poza kontrolą, to można mieć obawy, do czego to wszystko może prowadzić.

* * *

Berliński KOD zorganizował już kilka demonstracji przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, lecz – jak mówi Michał Talma-Sutt – nie chce jedynie krytykować, lecz chce rozszerzać zasięg debaty publicznej o sytuacji w Polsce.

– W samym KOD-zie w Warszawie ludzie nie zdają sobie sprawy, co zrobili. Jeśli opowiadam Niemcom, że na ulice Warszawy KOD wyprowadził 50 tysięcy ludzi, mówią, że to niemożliwe. Tu nikomu by się to nie udało. Dlatego uważam, że KOD mógłby być liderem ruchów demokratycznych w Europie, które muszą się obudzić. W przeciwnym razie ruchy narodowe i nacjonalistyczne nas zdominują.

W Berlinie jest sporo różnych organizacji i grup polskich, powstają nowe. Z reguły nie są wielkie. Od dawna działa Klub Gazety Polskiej, niedawno powstał Klub Tygodnika Powszechnego. Polacy uczestniczą m.in. w debatach, organizowanych w ramach tzw. Poli-Tisch, czyli „stolika politycznego”. Kilka tygodni temu była w Berlinie debata o Polsce, w której wzięli udział: publicysta „Polityki” Adam Krzemiński, Monika Sierdzka, była szefowa publicystyki w TVP 2 oraz prawicowy publicysta Cezary Gmyz.

– Powinniśmy zapraszać inne opcje, żeby nie było tak, że dyskutujemy tylko we własnym sosie, bo wtedy nic nie zmienimy. Trzeba zacząć walczyć o innych ludzi, chociaż z niektórymi nie ma rozmowy: powtarzają mantry, dyskusji nie da się prowadzić, ręce opadają. W Berlinie jest duża grupa zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, przychodzą na otwarte spotkania, lecz są też tacy, którzy głosowali na PiS na znak protestu przeciwko polityce poprzedniej ekipy. Z nimi trzeba rozmawiać, można ich przekonywać – podkreśla Michał Talma-Sutt.

Dodaje, że zarówno berliński KOD, jak i stowarzyszenie Mitte 21 to ruch obywateli, którym nie podoba się to, co dzieje się w Polsce.

– Nie jestem malkontentem – mówi – bo cóż z tego, że będziemy tylko narzekać, to niczego nie zmieni. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy prowadzić konkretne działania, szerzyć informacje o tym, co dzieje się w Polsce, próbować docierać do tutejszych Polaków. Jednocześnie trzeba myśleć o stworzeniu nowego systemu ekonomicznego dla Europy, bo dysproporcje między beneficjentami obecnego sytemu, których jest coraz mniej, a pozostałymi ludźmi, są coraz większe. Uważam, że trzeba pójść w stronę demokracji głębokiej, oddawać coraz więcej kompetencji jak najniżej, rozbudowywać społeczeństwo obywatelskie, które zmuszałoby ludzi do większej aktywności, bo wiedzieliby, że mogą więcej decydować o sobie. Brexit pokazał, że jeśli Europa chce przetrwać, musi zrobić reformy. Pokazał, że jeśli partie demokratyczne i ruchy obywatelskie nie zagospodarowują przestrzeni ludzi niezadowolonych, wtedy zagospodarowują je populiści. To stało się także w Polsce. Tylko że populiści, jak Prawo i Sprawiedliwość, nie mają żadnego pomysłu, co zrobić z władzą poza tym, żeby dojść do władzy. Dlatego robią z władzą, co chcą, co im się podoba. To są problemy, których łatwo się nie rozwiąże, ale trzeba próbować.

– Czy identyfikuje się pan z jakąś partią, która działa w Polsce?

– Mam z tym duży problem. Rozmawialiśmy o tym w Berlinie z Mateuszem Kijowskim. Główne partie w Niemczech są bardzo liczne, mocno zorganizowane, mają wielu członków, silne zaplecze, są stale obecne nie tylko w życiu politycznym, lecz w szeroko rozumianym codziennym życiu społecznym. W Polsce jest zupełnie inaczej, partie są kadrowe. Przez ćwierć wieku po przemianach demokratycznych peerelowska bierność nie została niestety zmieniona w aktywność. To było dobre dla kadrowych partii, ale teraz mamy tego skutki.

* * *

KOD w Berlinie dopiero się organizuje i we współpracy z Mitte 21 konstruuje projekty przyszłych działań.

– Na razie nie powiem więcej, żeby nie zapeszyć. Wszystko mocniej ruszy po wakacjach – zapewnia Michał Talma-Sutt.

***
O Michale i jego muzyce TU

Rettet das Luch, auch wenn Ihr nicht wisst, was Luch ist…

Ewa Maria Slaska und Christine Ziegler

Luch…

Um über Luch zu schreiben, muss man weit ausholen… Wie aber die Engländer richtig sagen first things first, das heißt: Rettet das Luch… Na dann nix wie hin, zur Petition! Der Aufruf zu unterschreiben kommt von meiner Freundinnen aus der Regenbogenfabrik, was für mich nur eins bedeutet: Da brauchst du nichts nachzuprüfen, es ist sicher richtig. Wie war es gestern in dem Film The Intern (Man lernt nie aus)? Es ist nie falsch, etwas richtiges zu tun. Na bitte… Ich unterschreibe die Petition und erst dann beginne ich meine Nachforschungen zum Thema Luch. Für mich und für Euch. Ich gehe auf die Internetseite, finde übliche Schleife mit den Fotos und dann…

luch

Na sowas…! I Even Met Happy Gypsies or something like that, isn’t it? Muss man aber früh aufstehen, um so ein Foto zu schiessen…

Die Leute aus der Wandergruppe um Christine herum stehen gern früh auf. Seit ein paar Jahren wandern sie unermüdlich um Berlin herum. Es began mit einem (gar nicht) unmöglichen Geburtstagswunsch von Christine. Sie schrieb damals an ihre Freunde:

Für mein neues Jahr, dass nun schon übermorgen beginnt, habe ich mir einen guten Vorsatz entwickelt: ich möchte einmal im Monat eine Wanderung machen. Das hält fit, erfreut das Herz und weitet den Horizont, hab ich mir gedacht. Doch jedeR weiß ja, was aus guten Vorsätzen so wird, wenn das Jahr sich hinzieht und deshalb habe ich mir weiter überlegt: Mit deiner und eurer Hilfe wird aus dem guten Vorsatz eine richtig tolle Wanderung – monatlich.

was aus fitnessgründen begann, wurde ganz allmählich ein vertieftes kennenlernen der brandenburgischen landschaft und ein neues verstehen von ökologischen zusammenhängen, ganz besonders, wenn es darum ging, die großen vögel, sei es großtrappen oder kraniche, zu beobachten. sei es, die neuen einwanderer, die wölfe, in den offengelassenen truppenübungsplätzen kennenzulernen. jeder waldlehrpfad half uns neu auf die sprünge, wie wichtig biotope sind und wie großartig das gleichgewicht der habitate ist. und wie sehr der mensch, selber der natur zugehörig, sich mit der immer schnelleren entwicklung von technik und industrie, davon entfremdet. und wir dabei in die gefahr kommen, unsere ureigenen lebensgrundlagen zu verlieren.

Die Mail von Christine kam ganz im Blau, daher ist es auch hier Blau. Auch die Schreibweise ist von ihr. Die Worte wecken mich… Großtrappen, Kraniche, Wölfe… Ich war mit der Gruppe auch ein paar Mal wandern. Einmal zu Großtrappen, einmal zu Mahlsdorf. Irgendwann dann bei der Wanderung habe ich auch das Wort Luch gehört. Etwas kaltes, nebliges, nasses… Schönes…

liebe ewa,

das malchower luch erstreckt sich zwischen der stadtrandsiedlung malchow im westen und dem fließgraben (in dem einige seltene Pflanzenarten, z.B. der Röhricht, leben) im osten auf einer Länge von ca. 2 bis 3 km.

also von uns aus gesehen ist das total osten, zwischen pankow und wartenberg.

Also Leute, bitte, rettet das Luch!

Für diejenige, die es unbedingt genau wissen müssen: Luch in Wikipedia:

Der Begriff Luch bezeichnet ursprünglich eine ausgedehnte, vermoorte Niederung in Nordostdeutschland, speziell in Brandenburg. Man findet Luche vor allem in den Jungmoränengebieten; sie kommen aber auch in der Altmoränenlandschaft vor.
Lôch, f., lateinisch ‚labina, palus‘ ein Wort für ‚Sumpfwiese, Feuchtgebiet‘.

Und für die Polen, die es wissen wollen – słowo jest typowo brandenburskie, ale coś w rodzaju mokradeł będzie tu chyba dobrze pasowało. Tłumacz z googla nie znalazł odpowiednika ani dla niemieckiego Luch, ani dla łacińskiego labina, ale palus to bagno. A jak wpisuję mokradło i każę przetłumaczyć na łacinę, to też wychodzi palus!

No! Bardzo lubię. Całe dzieciństwo prowadzano mnie na spacery albo po plażach, albo po morenach, albo po mokradłach.

Reblog: Anhalter Bahnhof

Erinnerung in einem Klavierabend
Die vergessenen Künstler

1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen wegen “Wehrkraftzersetzung” hingerichtet. Im Rahmen des “Ungespielten Konzert” des Pianisten Florian Heinisch soll nun an ihn erinnert werden.

in der Rubrik Anhalter Bahnhof (Tagesspiegel 24.06.2016)

Am 3. Mai 1943 ist in Heidelberg ein Klavierabend angekündigt. Karlrobert Kreiten, ein Jungstar der deutschen Pianistenszene, soll Werke von Bach und Chopin, Mozart, Beethoven und Liszt spielen. Doch am Abend bleibt das Podium leer. Kreiten ist am Nachmittag verhaftet worden. Vier Monate später wird er zum Tode verurteilt. Sein Verbrechen: „Wehrkraftzersetzung“. „Ein solcher Mann hat sich für immer ehrlos gemacht“, heißt es in dem vom Präsidenten des Volksgerichtshofes, Roland Freisler, unterzeichneten Urteil. „Er ist in unserem jetzigen Ringen – trotz aller beruflicher Leistungen als Künstler – eine Gefahr für unseren Sieg.“

Am 7. September 1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen hingerichtet – weil er einer Jugendfreundin seiner Mutter gegenüber keinen Hehl daraus gemacht hat, wie sehr er die Nazis und ihren Vernichtungskrieg verachtet. Was der 27-Jährige nicht ahnte: Er saß einer „gläubigen Nationalsozialistin“ gegenüber, wie es im Urteil heißt – die es für ihre politisch-patriotische Pflicht hielt, ihren Gast bei der Geheimen Staatspolizei zu denunzieren. Von Heidelberg wird Karlrobert Kreiten direkt nach Berlin gebracht, ins Gestapo-Gefängnis unweit des Anhalter Bahnhofs, also an jenen Ort, an dem heute die „Topographie des Terrors“ über die Verbrechen informiert, die hier begangen wurden.

63 Jahre nach der Verhaftung des für seine leidenschaftliche Ausdruckskraft gefeierten Pianisten, der es wagte, verbal gegen den „totalen Krieg“ aufzubegehren, ist nun der 25-jährige Pianist Florian Heinisch aufgebrochen, um das Programm, das Karlrobert Kreiten damals nicht mehr spielen konnte, endlich zum Klingen zu bringen. Die Idee zu diesem „Ungespielten Konzert“ stammt vom Hamburger Kinderarzt Moritz von Bredow, der sich sowohl für die Nachwuchsförderung einsetzt wie auch für vergessene Künstler. An diesem Sonntag, dem 100. Geburtstag Kreitens, wird Heinisch in Heidelberg auftreten, am 30. Juni endet die Tournee dann im Berliner Konzerthaus am Gendarmenmarkt. Der legendäre „Frühschoppen“-Moderator Werner Höfer, NSDAP-Mitglied seit 1933, hatte damals im „Berliner 12-Uhr-Blatt“ über Kreitens Verurteilung geschrieben: „Es dürfte niemand Verständnis dafür haben, wenn einem Künstler, der fehlte, eher verziehen würde als dem letzten gestrauchelten Volksgenossen.“ Als ihm die Urheberschaft des Textes – die Höfer bis zuletzt bestritt – 1987 nachgewiesen werden konnte, war er seinen Job bei der ARD los.

***

Infos

Das ungespielte Konzert – Zum 100. Geburtstag des 1943 vom NS-Regime hingerichteten Pianisten Karlrobert Kreiten: Florian Heinis

Programm   Bach: Präludium und Fuge für Orgel D-Dur; Chopin: Drei Etüden aus op. 25, Nr. 6 gis-Moll, Nr. 7 cis-Moll und Nr. 10 h-Moll, Drei Etüden aus op. 10, Nr. 2 a-Moll, Nr. 8 F-Dur und Nr. 12 c-Moll; Beethoven: Sonate f-Moll op. 57 “Appassionata”; Mozart: Sonate C-Dur; Liszt: Rhapsodie espagnole
Do
30.06
20:00

Konzerthaus Berlin

Gendarmenmarkt
10117 Berlin (Mitte)

Florian Heinisch

 Florian Heinisch Foto: promo

Ich liebe mein Leben

Ewa Maria Slaska

Kocham (moje) życie

Piszę ostatnio samo ciężkie i poważne teksty, pomyślałam więc, że opowiem tu pewną optymistyczną historię, taką w sam raz na lato…

Niestety okazało się, że historia jest nieprawdziwa. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, słyszałam ją przecież, dokładnie pamiętam, w marcu tego roku. Siedzieliśmy z Moritzem przy barze w kinie Regenbogenfabrik. Mieliśmy za sobą pełen emocji wieczór. Był 8 marca, pokazaliśmy właśnie film Marty Dzido: Solidarność według kobiet, potem była dyskusja i pyszny bufet, goście rozeszli się już do domów, zbliżała się północ. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku raczyliśmy się winem i wodą (tę wodę to ja oczywiście piłam, od dawna piję głównie wodę, z czego zresztą wciąż się muszę tłumaczyć, bo jak można nie pić wina).

ichliebe meinenleben2

Na bufecie ktoś przykleił naklejkę Ich liebe mein Leben. Nic nowego, cały Berlin jest pełen tych naklejek, wylądowały nawet na letnich sukienkach Klary i Bery, moich dwóch ukochanych przyszywanych wnuczek.

 

ichliebe meinenleben

Wiesz, zapytał Moritz, jak to jest z tą naklejką? Mój kolega ze szkoły był w Syrii z ramienia organizacji Grünhelme (Green Helmets). To taka niemiecka organizacja, założona w roku 2003 przez Ruperta Neudecka. Budowali szpital w Harem. On, jego kolega i taki starszy pan, arabski tłumacz, zostali złapani przez dżihadystów. Trzymano ich jako zakładników i wyobraź sobie, że udało im się uciec. Nie razem, najpierw mój kumpel z kolegą, a potem ten Arab. Dotarli na piechotę do Turcji, a stamtąd samolotem do Niemiec. Pojechałem po kumpla, przylecieliśmy razem do Berlina, mieszkał tu z nami w Regenbogenfabrik. Nie wyobrażasz sobie, jaki był chudy. A przedtem był wielki jak szafa. Ale szczęśliwy. Powtarzał ich liebe mein Leben, ich liebe mein Leben, kocham życie, kocham moje życie… Zamówiliśmy więc dla niego takie naklejki… A teraz wszyscy je przyklejają…

Oczywiście opowieść o tej trójce, nazywają się Bernd Blechschmidt, Simon Sauer i Ziad Nouri, była straszna, ale kończy się optymistycznie i jest taką radosną pochwałą życia. Chciałam się więc z Wami nią podzielić.

A tu tymczasem, proszę ja Was, objawił się problem… Dzwonię do Moritza, żeby zapytać o jakieś szczegóły tej historii, a on mi mówi, że tak, że kumpel, że zakładnik islamistów, że uciekł, że mieszkał, że był…

… i że nic mu nie wiadomo o żadnych naklejkach…

?????
!

Umówmy się więc, że opowiedziałam Wam dwie historie z niezwykłego miasta, jakim jest Berlin, gdzie wszystko może się zdarzyć – o dzielnym chłopaku z Zielonych Hełmów i o naklejkach, które są wszędzie, nawet na sukienkach Klary i Bery.