Szopa w salonie 9

Die deutsche Version – siehe Link ganz unten

Łukasz Szopa

Nigdy więcej wojny?

Ledwo co minął 17 września, 78 rocznica napaści na Polskę i tym rozpoczęcia wojny z naszym krajem. Związku Radzieckiego. Nikogo z Polaków mieszkających w Niemczech (ani z post-Sowietów, bo to nie tylko Rosjanie w owej wojnie brali udział) nie dziwi fakt, iż nikt tego dnia tutaj nie wspomina. Nie ich wojna, nie ich rocznica.

Trochę bardziej dziwi fakt, iż ponad dwa tygodnie temu, 1 września, też mało kto w Niemczech wspiminał rozpoczęcie innej, własnej wojny. Też co prawda z Polską, ale to tak na marginesie. Jakoś albo mnie to ominęło, albo za mało oglądam telewizję i czytam gazety, za mało na miasto wychodzę – nic szczególnego nie zauważyłem. Pewnie coś było i wina moja – jednak na pewno, jeśli jakieś wspomnieniowe akademie czy wykłady były, złożenia wieńców i takie tam – to z pewnością mniej rozreklamowane i mniej prominentne niż obchody tamtej wojny zakończenia – czyli 8 maja (albo i dziewiątego, Niemcy w zależności od pochodzenia geopolitycznego, różnie na to patrzą). No tak, Niemcy najwyraźniej, jeśli już o wojnie mówić muszą, wolą jej koniec, niż początek. I bardzo dobrze, są tutaj najwyraźniej bardziej pouczeni historią niż choćby Rosjanie, Amerykanie czy Izraelczycy.

Jednak od dłuższego czasu mam wrażenie, że Niemcy nie lubią wojny do tego stopnia, że unikają nie tylko rocznic jej rozpoczęcia, ale i – samego słowa. Wiadomo, nie unikają kompletnie, tym mniej w kontekstach historycznych, jednak w odniesieniu do wojen aktualnych, jakoś tego słowa nie lubią.

Wystarczy zerknąć do gazet czy TV-Newsów. Taka Ukraina. Wojna trwa tam – z przerwami, ale jednak – od ponad trzech lat, a Niemcy wolą jednak mówić o tym „Konflikt“ czy „Krise“. No tak, nie ma co udawać, błędne to nie jest, bo sytuacja na Ukrainie to niewątpliwie „konflikt“, i jak najbardziej kraj ten znajduje się w sytuacji kryzysowej.

Ponad dwa lata temu (patrz link na dole do artykułu) zrobiłem małe badanie, może nie całkiem obiektywne, ale na pewno wymowne: na ile w kontekście tego, co dzieje się na Ukrainie, media w danych krajach piszą o tym „konflikt“, „kryzys“, czy właśnie „wojna“. Oto wyniki:

Süddeutsche Zeitung: 383 / 543 / 49

Spiegel Online: > 10 Seiten (stron) / > 10 Seiten / 2 Seiten

ARD: 1640 / 2750 / 72

Der Standard (Österreich): 340 / 670 / 15

NZZ (CH): 5930 / 5250 / 10500

Sputnik-News: 1399 / 2283 / 604

Nowaya Gazeta (Russland): 4 Seiten / 3 Seiten / 6 Seiten

The Moscow Times: 2 Seiten / 3 Seiten / 2 Seiten

Kiyiv Post (Ukraine): 353 / 706 / 508

Daily Telegraph (GB): 520 / 643 / 776

Gazeta Wyborcza (Polen): 1690 / 1546 / 421

CNN.com: 565 / 996 / 862

Global Times China: 690 / 723 / 709

Al Arabija: 23 Seiten / 33 Seiten / 34 Seiten

Der Freitag: 258 / 349 / 36

Wychodzi jasno, że nie tylko Niemcy, ale i Austriacy słowa „wojna“ boją się jak samej wojny. Całkiem inaczej Amerykanie, Brytyjczycy, Arabowie, Chińczycy, a nawet taka Szwajcaria. Co znamienne, nawet tak zaangażowany polski dziennik jak „Gazeta Wyborcza“ o wojnie – podobnie jak Niemcy – niechętnie wspomina.

Czyżby więc działał mechanizm, że im bliżej, tym lepiej siedzieć cicho? I – jak tego nie wypowiemy, to tego nie ma?

A może to – przynajmniej w Niemczech, może i w Austrii – efekt „alianckiej reedukacji“ po roku 1945?

Chyba tak, bo wspominałem już tutaj na blogu o pewnej „zielonej“ Niemce, którą spotkałem w świeżo-powojennym Sarajewie w 1996, która – odwrotnie niż ja – była przerażona obecnością niemieckich wojsk (w ramach pokojowej misji IFOR pod egidą UNO) w Bośni-Hercegowinie. Przerażony z kolei był – również w Bośni – niejeden Niemiec mojego lub podobnego rocznika, gdy opowiadałem nie tylko o kolekcjach zabawkowych żołnierzyków czy czołgów, i wspaniałych piaskownicowych bataliach (im rodzice za żadne skarby takich zabawek by nie kupili), ale i o zabawach na podwórku. Które – właśnie zabawy „w wojnę“ – stanowiły 70% naszego czasu przeznaczonego na zabawę, bijąc szukanie skarbów á la Pan Samochodzik, kopanie w piłę, wyścigi kolarskie, wspinanie się po drzewach, pogrzeby martwych żab, ptaków i kotów, czy wkradanie się do pobliskich Browarów Tyskich. A ja z niemal sadystycznym umiłowaniem relacjonowałem im nasze walki indiańskich plemion (Winnetou, Tecumseh), bitwy ze Szwedami, Rosjanami i Tatarami (tak, cała Trylogia), no i oczywiście serię walk – frontowych czy partyzanckich – rodem z II Wojny Światowej (Czterej Pancerni, Kapitan Kloss, itp). Dla nich takie zabawy były nie do pomyślenia.

Dziwili się więc, jak to możliwe, że ktoś tak „wojennie“ (nie)wychowany, znalazł się dobrowolnie na Bałkanach by jako „peacenik“ starać się o pokój i powojenne pojednanie.

A odpowiedź jest może prosta. Bo jednym wyżej wymienione zabawy, inspirowane książkami i filmami z dzieciństwa, a drugim relacja osoby, która to przeżyła.

Jakoś tak się złożyło, i była to jedna jedyna taka rozmowa, że w wieku chyba 11 czy 12 lat zapytałem dziadka (który miał „szczęście“ być i w Wehrmachcie, i u Andersa), jak to było na tej wojnie, jak się człowiek czuje, czy jest się bohaterem, czy i jak odczuwa się „honor za ojczyznę“, czy to tak jak na filmach?

Dziadek odpowiedział spokojnie i dobitnie, i zostało mi to na zawsze w pamięci: nic takiego nie ma, żadnego honoru, bohaterów, miłości do ojczyzny, nawet nienawiści do wroga. Siedzisz przemoknięty i zziębnięty w okopie, portki masz ze strachu pełne wiadomo czego, i tylko czekasz aż się to wszystko skończy.

I powiedział to człowiek, dla mnie największy autorytet w wielu kwestiach (polityka, literatura, filozofia), który jako cywil ani za okupacji niemieckiej, ani za komuny, nie bał się mówić swojego zdania – również organom państwa, który był odważny (ale i równocześnie rozważny), który był patriotą w sensie mądrym, obywatelskim, chrześcijańskim, humanistycznym.

Dlatego i dziś – gdy widzę chłopców czy to w Polsce, czy w Berlinie, latających ze spluwami po ulicy, nie razi mnie to. Uśmiecham się nawet, gdy zauważam, że czasem to właśnie dzieciaki „antywojennych“, „alternatywno-lewicowych“ rodziców, uwielbiają paradować uzbrojone po zęby w okolicach byłego muru. Dadzą sobie radę.

Nie uśmiecham się, gdy w grę (lecz nie „zabawę“) wchodzą chłopcy więksi, jak polski minister obrony Macierewicz i jego „chłopcy od Obrony Terytorialnej“. Im też się najwyraźniej nudzi, lecz w tym przypadku obawiam się, że życie już ich nic nie nauczy, nie zmieni, że oni rady sobie nie dali – i nie dadzą. Też dlatego, że nie mają już żadnego dziadka, a jeśli go mieli, to może niedokładnie słuchali.

Link do artykułu podobnej treści z „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-scheu-vor-dem-gewissen-k-wort


PS od Adminki: Tak się złożyło, że mam, od ponad 20 lat ten sam, numer telefonu komórkowego, złożony z prefiksu i końcówki, pomiędzy którymi ulokował się wyraźnie i rozłożyście (rok, no bo jakżeby inaczej) 1939. Jestem osobą publiczną i nader często dyktuję ten numer i Niemcom, i Polakom: 01 tam tam 1939 tam tam tam. Polacy wszyscy (naprawdę wszyscy) wzdragają się, jak słyszą te cztery cyfry, i prawie zawsze to komentują, Niemcy nie komentują tego nigdy, bo przecież, statystycznie rzecz biorąc, trzy lub cztery osoby w ciągu ponad  20 lat po prostu się nie liczą…

Zapomniane groby / Vergessene Gräber

Für die deutschen Leser: In diesem Post geht es um Identifizieren der Deutschen, die auf dem evangelischen Friedhof im Grömbach  (heute Łaznowska Wola) begraben liegen.  Der Friedhof ist von der lokalen Obrigkeiten und Bewohner gepflegt, man sucht Infos, Bilder, Dokumente – kurzum: Kontakt zu den Angehörigen. Die Liste der Gräber, die identifiziert wurden – hier: Groembach-LaznowskaWola

Nigdy nie wiedziałam, po co właściwie publikuję takie wpisy? Ale już wiem – bo ludzie się szukają! Również na cmentarzach.

Ciekawe rzeczy dzieją się ze starymi cmentarzami ewangelickimi w Polsce. Przez dziesiątki lat zapomniane, zdane na łaskę losu, wykorzystywane jako swoiste “składy surowca” – kamieni i metalu – omijane z daleka i co najwyżej użytkowane przez lokalnych pijaków lub wagarującą młodzież, nagle doczekały się zainteresowania, bywa, że  jednocześnie z dwóch stron, jak to się zdarzyło np. w Mrągowie – czyli społeczności lokalnej zainteresowanej zachowaniem obiektu jako świadectwa historii oraz deweloperów, których skusiła “ziemia niczyja”.

Po wielkiej akcji usuwania niemieckich (poniemieckich, jak się je wtedy określało) cmentarzy w dużych miastach w okresie Komuny, co między innymi opisał Günter Grass w książce Wróżby kumaka, cmentarze ewangelickie popadły w całkowite zapomnienie, aby teraz nagle ożyć. Widziałam to w Szczecinie i w Łobzie, w Grzybowie i Mrągowie, w Sowim Rogu… Cmentarze, którym przywraca się życie, no bo jak inaczej ocenić stosowane w takich wypadkach słowo “rewitalizacja”? Pisałam o takich cmentarzach ja, pisali moi autorzy, Małgosia Płoszaj, Tomasz Fetzki, Michał Rembas, Edda Elsa Frerker… Zapomniane cmentarze, nieznane groby nieznanych ludzi, kiedyś budzące strach lub co najmniej niepokój, stały się nagle tematem dnia.

Ponieważ publikuję tu teksty o tych cmentarzach, to siłą rzeczy pojawiają się następne…

Tym razem Łaznowska Wola:

W wyniku interwencji obywatelskiej, pisze Hanna Szurczak, Urząd Gminy w Rokicinach podjął starania oznakowania istniejącego w Łaznowskiej Woli cmentarza ewangelickiego. Jesienią 2015 roku oczyszczono drogę dojazdową z nadmiernie wybujałej zieleni, ustawiono drogowskaz informujący o cmentarzu, a na murze umieszczono tablicę informującą o tym, że znajduje się on w Gminnej Ewidencji Zabytków i przeto objęty ochroną prawną. Ponieważ nieruchomość nie należy do gminy, niemożliwe są prace interwencyjne na samym cmentarzu. Gmina zainteresowana jest jednak tematem i rozważa kolejne działania, które mogą doprowadzić do poprawy sytuacji.

Tyle na stronie. W mailu pani Hanna pisze więcej:

Załączam wykaz osób tu spoczywających, który udało się sporządzić podczas prac porządkowych. Wykaz “z natury”, nie wszystkie dane udało się z pomników odczytać.

***

Niemieckie groby w okolicach Łodzi. To wymaga jednak pewnego wyjaśnienia. Na byłych ziemiach niemieckich niemieckie groby są czymś oczywistym. Nawet w pobliskiej Łodzi będą OK, bo że w Łodzi byli Niemcy to od czasów Wajdy wiemy, ale w okolicy? To taka informacja, którą trzeba uzupełnić.

***
Łaznowska Wola nazywała się przed I wojną światową Grömbach czy też Grünbach i była osadą z roku 1800, kiedy to wszystkie te tereny wskutek rozbiorów weszły w skład państwa pruskiego. Prusy ściągały kolonistów z Niemiec, w tym wypadku z okolic miasteczka Grömbach w Szwabii, co sprawiło, że nowa osada została nazwana tak jak miejscowość rodzinna.

To to osadnictwo, przez które gdzieniegdzie do dziś Niemców określa się słowem Szwaby, co jest oczywiście obraźliwe. Z nielubianych sąsiadów określenie przeniosło się na karaluchy. W innych miejscach Polski owady te nazywa się Prusakami. Na pocieszenie dodam, że potoczna nazwa karaluchów w Niemczech brzmiała w XIX wieku “Francuz”, a we Francji “Boche” czyli Szkop.

Koloniści otrzymywali nadanie ziemi i zwolnienie z podatków na sześć lat. Akurat, gdy minął termin ulg, wskutek wojen napoleońskich i powstania Księstwa Warszawskiego, Grömbach znalazł się w strefie wpływów francuskich. Koloniści popadli w ubóstwo, wyjechali dalej, na Wołyń lub wręcz wrócili do Szwabii. Po roku 1813 ci, którzy zostali, stali się obywatelami państwa rosyjskiego. Spowodowało to kolejne emigracje kolonistów niemieckich, tym razem w kierunku Besarabii. W roku 1814 wyjechało stąd na zawsze prawie 140 rodzin. Na opuszczone tereny przywędrowała fala kolonistów z Pomorza.

To pod zaborem rosyjskim miejscowość Grömbach przekształciła się Łaznowską Wolę. Rosyjskie słowo Wolja oznaczało osadę, której mieszkańcy byli wolni czyli nie podlegali przymusowi pańszczyźnianemu. W roku 1825 w wiosce były 82 chałup. Po powstaniu Listopadowym nastąpiła kolejna fala relokacji osiedleńców, nie tyle z powodów politycznych, ile z uwagi na głód i nieurodzaj… Podczas I wojny światowej w Woli toczyła się część wielkiej bitwy o Łódź, co sprawiło, że wioska została bardzo zniszczona. W roku 1937 ponad 20 domów strawił wielki pożar. Od końca XIX wieku do wsi napływali też Polacy, przed II wojną w wiosce mieszkało już 10 polskich rodzin. A w ogóole to sprawy ludnościowe miały się, jak następuje:

W roku 1825 w wiosce mieszkało 732 osób
w roku 1835 – 521 (78 kolonistów + 323 członkowie rodzin + służba ok. 30%)
Pod koniec XIX wieku: 986 mieszkańców
1935 – ok. 840 Niemców

Powyższe zestawienie zaczerpnęłam z niemieckiego artykułu w Wikipedii i zastanawiają mnie w nim przeróżne określenia mieszkańców tej miejscowości. W każdym razie w roku 1935 zaznacza się, że mieszkańcami byli Niemcy. Plus, jak rozumiem, tych 10 rodzin polskich, które jednak nie znajdują miejsca w statystyce mieszkańców.

Strona nie podaje, jakie były dzieje wioski po roku 1945, co ciekawe jednak w sieci znajduje się lista sporządzona na podstawie książki “Osadnictwo szwabskie w Polsce w latach 1795-1945”. Wymienia się tu ok. 50 rodzin szwabskich z roku 1800 i listę Niemców z roku 1945, obejmującą też ok. 50 rodzin – czyli dwie listy oznaczające początek i koniec osadnictwa szwabskiego w Polsce.

Jeszcze dziwniejsza jest jednak strona internetowa polska, która nie podaje nic na temat historii wioski. Jak to w Polsce często bywa – nie mamy historii, co w domyśle oznacza – zawsze byliśmy tu my, Polacy, nigdy nie było żadnych Niemców. Znam to znakomicie z czasów Komuny z Pomorza, ale jednak w roku 2017 w Województwie Łódzkim… No no!
***
Wracam do maila pani Hanny:

Próbowałam nawiązać kontakt przez mittelpolen.de, ale poza administratorami nie odezwał się nikt. Chcę odnaleźć nazwę miejscowości, którą podał ktoś właśnie na tym forum, gdzie rzekomo miała osiąść większość przesiedleńców z Łaznowskiej Woli. Istnieje również archiwum ojczyźniane w bibliotece w Herne, ale po początkowo dobrym kontakcie i zapewnieniu o możliwości skorzystania z zasobów wszystko umilkło:(
Czekam tak od zeszłego roku. Na co liczę? Na stare zdjęcia i dokumenty, bo już nie bardzo na realną pomoc. Cmentarz jest jedynym źródłem wiedzy o byłych mieszkańcach, ponieważ spłonęły księgi parafialne, a archiwum nie posiada duplikatów. Odtwarzam więc historię, którą zapisano na nagrobkach…

Tu lista grobów: Groembach-LaznowskaWola

18+50

Urodzinowe czytanie / Geburtstags Lesung

Zaczęło się od znalezionego na Facebooku wiersza Łukasza Szopy:

El Greco i głowy

Na wystawie Greka
zbliżyłem się tylko do ikony
i tryptyku.
Potem malałem i gubiłem się przed płótnami
jak u portali katedr i wieżowców.

Rozmowę
zacząłem dopiero z młodziutkim Janem Chrzcicielem
pytając bardziej o futro
niż o Marię i jej syna obok.

Z ciemnych płócien ostatniej sali
wybiegłem jak na spacer po mszy
do Włoskiego Renesansu.

I tu – mimo jasności,
w chaosie targowiska, – Jan Chrzciciel, Holofernes –
żadnej uwagi dla uwodzącego aktu Veronesa,
czy notującej naprzeciw blond Włoszki;
łapałem spojrzenia tylko uciętych głów
i tylko nadgarstki Salome i Judyty.


Pomyślałam, że piszą dla mnie, a też fotografują, rysują, filmują i śpiewają i mężczyźni, i kobiety, a ja, gdy wspólnie z Christine Ziegler organizuję blogowe czytania, to zapraszam niemal zawsze tylko kobiety. A tymczasem… Wtedy powstał taki właśnie pomysł:

Plakat Christine Ziegler/ Foto Maciej Soja


Lesung zum Geburtstag / Spotkanie autorskie z okazji urodzin. Były to dla mnie bardzo specjalne urodziny – 18+50, pół wieku od momentu uzyskania dorosłości:

50 + 18
18 + 50
50+
Die Mathematik des Lebens
Es wird sich nie und nie wiederholen,
so ein Tag im Leben
In meinem Leben
50 + 18
18 + 50
50+
Ich schaue in den Spiegel
und sehe meine Mutter
Sie war alt
Ich bin alt
Alt
50 + 18
18 + 50
50+
Vor 50 Jahren wurde ich erwachsen
Es war Sommer
Damals war es Sommer
Der Tag der heute Herbst ist
Sommer Sonne Meer Strand
50 + 18
18 + 50
50+
Abitur, Zulassungsprüfung
Kleiner Aufstand
Ziellos, Sinnlos Zeitlos
Nur so
Sand auf den nackten Füssen
50 + 18
18 + 50
50+
Erwachsen
Erwachsen aber nicht so schlimm
Immer noch nicht so schlimm
Immer noch Teenager
Immer noch tanzend
auf dem Strand
rauchend
Die Sternen fallen
Ist doch Sommer
50 + 18
18 + 50
50+
Jetzt ist es
Jetzt ist es genau
Jetzt ist es genau ein halbes Jahrhundert später
Jetzt bin ich sicher erwachsen
Jetzt ist es
Ein halbes Jahrhundert im Spiegel
50 + 18
18 + 50
50+
Nie im Leben hatte ich so einen Tag gehabt
Nie im Leben werde ich so einen Tag haben
Halbesjahrhundert erwachsen zu sein
Halbesjahrhundert
Halbesjahrhundert
50 + 18
18 + 50
50+


Kwiaty urodzinowe / Geburtstagsblumen

Kräuter und Pflanzen mit Mais (darunter duftende Salbei!)  / Zioła i kwiaty z kukurydzą (i pachnąca szałwia!)  – Ela Kargol (sie kochte auch polnische Kaltsuppe – chłodnik!!!)
Langstielige Feldrose in derselben Gebinde heisst Ave Maria (fast so wie Ava Maria also wie ich) / wetknięta w ten bukiet wysmukła róża polna nazywa się Ave Maria, a to już jak Ewa Maria – Zbigniew Milewicz
Astry jesienne / Herbstaster – Lidia Głuchowska
Blumenstrauss mit Orchidee / Bukiet z orchideą – Rada Osiedla Turzyn / Siedlungsrat Turzyn.

Und es war so / Było tak:

Sie kamen zum Mittag mit dem Bus aus Stettin auf dem Weg zu einer Schifffahrt. Ich wurde nach unten geholt. 44 Personen stiegen aus dem Bus, stellten sich auf der Strasse um mich herum und sangen Sto lat! Fantastische street-art/ Przyjechali koło południa autobusem  ze Szczecina, poprosili, żebym zeszła na dół, a wtedy 44 osoby wysiadły z autobusu, odśpiewały Sto lat! i wręczyły mi kwiaty. A potem wszyscy się dobry kwadrans całowaliśmy! Piękne widowisko uliczne!


Geburtstags Geschenke / Prezenty urodzinowe

 

Ania bereitete für den Blog besondere Geburtstag- und Herbstheaders (so heissen die Dinge, die man oben bei jedem Beitrag sieht) – specjalne urodzinowo-jesienne headery (tak się nazywają banerki we wpisach) przygotowała Ania

Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny przynieśli coś pysznego do jedzenia – było między innymi ptasie mleczko z Litwy i pianka jabłkowa w czekoladzie z Białorusi, kabanosy, torcik wedlowski, chłodnik, tarta cytrynowa, ciastka bezglutenowe, karczochy, oliwki, humus, truskawki…

Ach, ale ja wcale nie to chciałam tu napisać. Spróbuję jeszcze raz: Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny robią coś dla blogu, doliczyłam się trzech osób, które jak dotąd nic z blogiem nie miały wspólnego, no ale myślę, że jak nad tym popracować…


Dariusz Kacprzak przysłał tekst

Sándor Márai Księga ziół 1

„Gdy podróżujesz, nie staraj się wyczarować domu z hotelowego pokoju. Są tacy ludzie, którzy beznadziejnie zabierają w podróż tęsknoty i rekwizyty z własnego domu i najchętniej zabraliby z sobą kanarka, fotel na biegunach i album rodzinny, aby w hotelowym pokoju nie brakowało im liturgicznych symboli domowego ogniska. Ci ludzie są rozpieszczeni i dziecinni, wiecznie tęsknią za nianią i kołyską. Człowiek doświadczony oczekuje od podróży krótkotrwałych, świeżych, urlopowych wrażeń, czegoś dziko nieobliczalnego, zaskakującego rzeczywistość i nie zamierza szukać w hotelowym pokoju domowego ciepełka. Człowiek, który zna swoje serce, świat i naturę ludzkich spraw, we własnym domu żyje tak samo jak w hotelowym pokoju i nie napycha zbytecznymi, sentymentalnymi bądź marnymi rupieciami pomieszczenia, gdzie upływa jego doczesny żywot. Taki człowiek we własnym domu żyje tak samo jak w hotelu: bo czegóż trzeba do życia? Łóżka, stołu i krzesła. A ty jesteś podróżnikiem, przelotnym wędrowcem, nawet w swoim podnajmowanym mieszkaniu. Myśl o tym zawsze, ilekroć wyciągasz się w łóżku, w domu czy na obczyźnie: nadal musisz wstawać rano. Właściciel może Ci wymówić. A do tego nie trzeba – nigdy, nigdzie – ni kanarka, ni fotela na biegunach”

Księga ziół (Kräuterbuch) von Sándor Márai:

[nie znalazłem niemieckiego wydania Księgi ziół, zatem tłumaczenie nie jest cytatem z niemieckiej, to jest tylko więc tłumaczenie służące zrozumieniu niemieckich gości 18 urodzin Ewy M. S. – DK

Der Schenkende fand keine deutsche Übersetzung des Texts, machte sie also selbst als Geschenk zum 18. Geburtstag der Administratorin und ihrer Gäste; Brigitte von Ungern-Sternberg hat es höflicherweise sehr leicht hie und da korrigiert und auch während des Geburtstagsfests vorgetragen. Eine Apostrophierung an das Geburstagskind kommt von ihr]

von Sándor Márai aus einem Buch über Kräuter.

„Wenn du auf Reisen bist, versuche nicht aus einem Hotelzimmer ein Zuhause zu zaubern. Es gibt Menschen, die sinnlos hoffen, die Sehnsüchte und Requisiten aus ihrem Haus auf die Reise mitnehmen zu können, sie würden am liebsten ihren Kanarienvogel, den Schaukelstuhl oder das Familienalbum einpacken, damit es ihnen im Hotelzimmer nicht an weihevollen Requisiten ihres Zuhauses fehlt. Solche Menschen sind verwöhnt und kindisch, ständig vermissen sie ein Kindermädchen und ihre Wiege.

Ein Mensch von Welt erwartet von einer Ferienreise kurzweilige, frische Eindrücke, etwas wild Unberechenbares, die Realität Übersteigendes und er denkt nicht daran, im Hotelzimmer nach häuslicher Wärme zu suchen.  Ein solcher Mensch, der sein Herz, die Welt und die Natur menschlicher Verhältnisse kennt, lebt sogar in seinem eigenen Zuhause wie in einem Hotelzimmer und füllt nicht mit unnützem, sentimentalem oder billigem Gerümpel jene Räume, in denen er gerade sein vergängliches Dasein zubringt. Er lebt in seinen eigenen vier Wänden nicht anders wie in einem Hotel: Was braucht man schon zum Leben? Ein Bett, einen Tisch und einen Sessel.

Und auch du, Ewa, bist ein Reisender, ein vorüberziehender Wanderer, sogar in deiner gemieteten Wohnung. Denk immer daran, jedes Mal wenn du dich im Bett streckst zu Hause oder in der Fremde: du musst dich stets am Morgen vom Bett erheben. Der Vermieter kann dir kündigen. Dazu braucht es – niemals, nirgends – weder einen Kanarienvogel, noch einen Schaukelstuhl.”

1 S. Marai, Księga ziół (FÜVES KÖNYV), tłum. F. Netz, Warszawa 2008, s. 118–119


Ich bekam zwei Gedichte besonders zu diesem Tag geschrieben / dostałam dwa wiersze napisane specjalnie dla mnie na te urodziny:

Tomasz Fetzki

Grał wspaniale na czarnej gitarze i równie wspaniale śpiewał ubrany na czarno

Wiersz urodzinowy, z samych aluzyj
(miejmy nadzieję, że czytelnych)
utkany

Lakońska Królowo
Niech zwięzłe me słowo
Geburtstag dzisiejszy uświetni
Ci, co dziś wystąpią
Niech godnie zastąpią
Dźwięk cytry i lutni i fletni

Niech duch Twój hultajski
Tatarsko – hebrajski
Rozkwita, pulsuje i gore
Niech w Gdańsku przeraża
Niech w Visby rozważa
Niech Kreuzberg naznacza oporem

Dzień każdy świetlisty
Niech śmiech Ci perlisty
Przynosi; przenigdy zaś lament
Dzień każdy jak klejnot
Ametyst lub agat
A nawet – gwiaździsty dyjament!


Roman Brodowski


Z Australii od Lecha Milewskiego przyszedł film o Paderewskim. Oglądaliśmy go podczas imprezy urodzinowej, ale dobrego nigdy za dużo – obejrzyjmy go jeszcze raz:


Było dużo śpiewania – śpiewali / Es sangen: Tomasz Fetzki, Zbigniew Milewicz, Krzysztof Pukański, a fragment Wesela przy akompaniamencie czarnej gitary Tomka zaśpiewała tak zwana “cała sala”! (Po niemiecku czytała Dorota Cygan). Połączyliśmy się tym samym z “całą Polską”, która tego dnia czytała Wesele. Słuchaliśmy też muzyki, którą skomponował Michał Talma-Sutt.


Okazało się, że nie da się utrzymać pomysłu, by wystąpili sami panowie. Męskie teksty czytały Brigitte von Ungern-Sternberg i Dorota Cygan, a na zakończenie Jadwiga Bleichert przeczytała dwa piękne wiersze…

Pokochaliśmy tę ziemię…

Pokochaliśmy tę ziemię
i tak bardzo chcieliśmy uczynić naszą
tę słoneczną krainę,
pagóry czarnoziemne
jak fale niknące daleko
w kierunku Morza Czarnego.
Te rzeki w zielonych wąwozach,
Dniestru wysokie brzegi
i na południu Gorganów grzbiet.

Pokochaliśmy i chcieliśmy uczynić naszym
tęskne śpiewanie, koszule wyszywane,

krzyże rzeźbione i kafle żółto-brązowo-zielone,
wioski w sadkach wiśniowych
i cebule cerkiewek i barszcz.

Na próżno wszystko!
Ona, ta ziemia, wolała być swoja.
Niech więc będzie szczęśliwa
pod sztandarem, jak niebo nad łanem!
Niech szczęśliwe będą wioski
zanurzone w ogrodach,
niech rozkwitają słonecznikowe pola
i niech brzmi cerkiewny i kościelny dzwon
w tej krainie naszej tragicznej miłości
– niech będzie nam wybaczone,
że ciągle żywej.

Wspomnienie o uratowanych przez generała Andersa

Niepojęte, nieogarnione
Przestrzenie nieprzyjazne i puste.
Jak dotarła do nich ta wiadomość?
Rozsypanych w wielkiej pustaci,
Do chat, ziemianek, baraków…
Doili krowy, karmili cielęta, piłowali drzewa,
A tu jakby trąba anielska!
O Boże, Matko przenajświętsza,
Wysłuchane modły nasze!
Ktoś o nas pamięta i szykuje ratunek.
Wrócimy do domu, do swoich, do Polski!
(nic to, że Polska to aktualnie Generalna Gubernia,
Przecież teraz to już dobro na pewno zwycięży)
Ile łez musiało popłynąć,
Ile kolan zgiąć się od słabości nagłego wzruszenia,
Ile pocałowanych medalików, krzyżyków, obrazków
Częstochowskiej, Ostrobramskiej i Łahiszyńskiej, Królowej Polesia.

Dla wielu było za późno,
Zbyt chorzy, słabi lub wcale ich już nie było.
Może niektórzy w ogóle się nie dowiedzieli?
Za daleko w lesie – statki zbawienia odpłynęły bez nich.
Lecz kto na nogach ustać może – do armii!
Niech zasypie wiatr cztery kąty nędzy – nie żal!
I tylko z grobów garstkę ziemi wziąć…

Jak oni dali radę, nie mieli nic
Dokąd mamy jechać? – to gdzieś na południu,
Kiedy odjedzie pociąg? – nie wiemy,
Kto da nam chleb na drogę i pić?
W łachmanach, chorzy, zagłodzeni- do armii!
Kobiety, dzieci – do armii!
Boże, gdzie żeś Ty widział taką armię?
Rąk do załamywania, włosów do rwania z głowy
– tego nie brakuje.
A tu trzeba wojsko sformować.

Ze wspomnień wieje stepowy bura̓n,
Ścina krew w żyłach i przejmuje mrozem.
Jaki ogrom cierpienia może wytrzymać człowiek,
Wie tylko ten, kto ogrom cierpienia wytrzymał.
Niech zaoszczędzone będzie to potomnym
Wyprowadzonych z domu niewoli
Przez Morze Kaspijskie nierozstąpione.

Uratowanych sto dwadzieścia tysięcy
I żal Generała, że nie zdołał więcej.

***
A gdy autorka czytała te dwa słowa “do armii”, to czytała tak, że dreszcze przechodziły!

Szopa w salonie 8

Beitrag auf Deutsch – siehe unten

Łukasz Szopa

Nasza piaskownica

Kim Jong-un i Donald Trump kłócąc się, krzyżują bohaterskie hasła i wymachują tak mocno swoim jądrowym arsenałem, że aż ziemia drży. A i Ziemia, jako cała planeta. Czyli znów taki momencik, gdzie ludzkość – dzięki obu ww. panom – przypomniała sobie, że istnieje coś takiego jak broń atomowa, i to w posiadaniu przynajmniej sześciu (a może siedmiu, ośmiu, dziewięciu?…) państw, całkiem nieźle nadających się na tak fajerwerkową imprezę, że nawet słynny w latach osiemdziesiątych apokaliptyczny film „The Day After“ może się schować – gdyż jest w sumie aż za optymistyczny.

Już dwa i pół roku temu, pisząc na ten temat po niemiecku do pisma „Der Freitag“, zainspirowany straszeniem państw NATO przez rosyjskiego generała Buszyńskiego ichniejszym arsenałem atomowym, dziwiłem się, że ludzkość taka niepamiętliwa. Że zachowują się ludzie jakby nie tylko był rok 1987, Reykjawik i Genewa, Gorbaczow i Reagan, uściski dłoni i podpisy o zakończeniu „wyścigu zbrojeń“ – ale jakby to było i wtedy, i teraz… prawdą.

Bo żadnego zakończenia nigdy nie było, ani ze strony USA, ani – nawet za Jelcyna! – ze strony Rosji, nie wspominając o „cichych“ i sprytnych Chinach, no i o „niewidocznej“ reszcie państw majsterkujących przy swoich bombkach. Co najwyżej mieliśmy recycling i zwiększenie efektywności (w pewnym sensie… energetycznej…): niszczono masę bomb starych, produkując ciut mniej nowych – ale technologicznie dużo lepszych.

Tymczasem mnie temat wojny atomowej i jej apokaliptycznej wizji przypomina… sielskie, socjalistyczne dzieciństwo. Gdy w szkolnych rozmowach słowa takie jak „Pershing“ czy „Cruise“ oznaczały nie amerykańskiego generała i nie aktora, a typy atomowych pocisków. I gdy pokazywaliśmy sobie ich foty z niemalże większą fascynacją niż zdjęcia najnowszych modeli BMW czy Ferrari. Ale już wcześniej na wojnę atomową byliśmy przygotowani – bawiąc się w nią na podwórku. Wcześniej, bo nie tylko „przed szkołą“, ale i – przed wyświetleniem w Polsce wspomnianego „The Day After“. (Dlatego sam film wydał nam się raczej nudnawy). Były to zarówno zabawy w skali mikro – czyli niszczenie piaskownicowych cywilizacji przez piaskowe eksplozje piachu (który do wieczora zostawał nam we włosach), ale i makro. Czyli „niby ale na serio“ – z nami w rolach głównych, jako wskazujących atomowego grzybka na horyzoncie (gdzie co najwyżej widać było traktor czy dymy z tyskich browarów), jako uciekających do schronu (czyli zatęchłej, wilgotnej piwnicy), jako tych co przeczekali i wychodzą po miesiącach (niemal godzinie) na powierzchnię, i tak dalej. No i oczywiście regularnie lataliśmy po podwórku, śpiewając wesoło „Zaaa dwaaa laaata – będzie koniec świataaa!“

Ale najlepsze było to, jak naprawdę przygotowaliśmy się do wojny atomowej. To znaczy, w sumie – będąc zawsze optymistami – do czasu po. A mianowicie postanowiliśmy wykopać w naszej piaskownicy olbrzymi dół (jak na nas, czyli jakieś pół na pół metra, głęboki może na 70 cm), i zrobić z niego magazyn żywności na „czas po“. Dziurę wyłożyliśmy pięknie ukradzionymi z budowy folią i cegłówkami, ukradliśmy mamom z lodówek, na co kryzys pozwolił (a nie było to mało!), całość przykryliśmy konstrukcją patyków, znów folia, piasek, gotowe! Wojna atomowa może przyjść, jak przeżyjemy – to z głodu nie umrzemy, gdyż mamy nasz tajny sejf z prowiantem!

(O tym, po ilu latach „sejf“ został odkryty, i w jakim stanie była żywność w środku, nie wspomnę…)

Wtedy kłócili się nie Donald i Kim, a Breżniew i Reagan. Byliśmy oczywiście za Reaganem, wiedząc, że jego bombki trafią jako pierwsze w nas i strategicznie ważny Śląsk. No i na pewno byliśmy realistami większymi niż niejeden obecny Ziemianin.

Ale, że zakończę jednak optymistycznie – był na osiedlu jeden pan, jeszcze bardziej optymistyczny i beztroski niż my. Regularnie, gdy słyszał z naszych ust nasze „Za dwa lata będzie koniec świata“, dopowiadał, poprawiając: „Nie nie za dwa, za cztery!…“

Do tekstu załączam zdjęcie słynnej atomowej piaskownicy, na nim moja siostra z chłopakiem, rok chyba 1982…

Nasza atomowa piaskownica – moja siostra z chłopakiem

Link do ww. artykułu w „Der Freitag“: https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/buschinskijs-bombe-und-unsere-sandkiste

Frauenblick 15

Monika Wrzosek-Müller

Cherchez la femme Perücke, Burka, Ordenstracht im jüdisches Museum

Die Ausstellung wurde bis zum 27. August verlängert… es lohnt zu gehen, speziell mit einer Führung.

Aufmerksam wurde ich auf die Ausstellung durch ein Plakat geworden, das an mehreren Orten in Berlin hing. Es war die Fotografie eines androgynen Wesens, den Kopf nach vorn gebeugt, halb von hinten, das Gesicht völlig durch die Haare verdeckt, nackt; es sollte quasi wie ein Porträt aussehen. Ich konnte mich nicht entscheiden, ob das ein Jüngling, ein Mädchen oder eine Frau war. Die Haare waren hinten ganz kurz, vorne aber hingen sie wie ein ganz langer Pony. Es löste bei mir ein Gefühl der Unsicherheit aus, zum einem wusste ich nichts über das Geschlecht, und das Gesicht war durch die Haare auch verdeckt, es irritierte mich.

Also ging ich ins Jüdische Museum und sah mir die Ausstellung an, zum Glück mit einer kompetenten Führung. Da die Kuratoren nicht mit Texten und direkter Vermittlung von Wissen arbeiten, hätte ich vielleicht eher hilflos dagestanden.

Zuerst sind es die Augen der Männer, die Blicke, die dich verfolgen. Unter diesen Blicken beginnt das Nachdenken über das eigene Aussehen – und die Haare haben einen wichtigen Platz in diesen Gedanken. An die Wände der Ausstellung werden Zitate aus der Bibel, dem Koran und dem Alten Testament projiziert, die von der Verhüllung des Kopfes sprechen. Eigentlich sollen in allen Religionen die Frauen ihre Haare bedecken, wenn sie aus angesehenen Schichten kommen. Das Haar wird als sehr intim und wichtig für das eigene Aussehen empfunden. In den Vitrinen sind alle möglichen Formen und Arten weiblicher Kopfbedeckungen ausgestellt; für mich fehlen vielleicht Darstellungen der Art und Weise, wie die jüdischen Frauen ihren Kopf bedecken. Es gibt auch Exponate von Ganzkörperbedeckung, den arabischen Hidschab, der im Persischen Parde genannt wird und immer Vorhang, Schleier, Bedeckung bedeutet, es gibt auch Niqab und Burka bis zum weißen Hochzeits- und dem Trauerschleier aus unserer christlichen Kultur, es gibt auch Platz für die Ordenstracht, die Kopfbedeckung der christlichen Nonnen.

Die Ausstellung will vermitteln, wie Frauen zu der Entscheidung kommen sich zu verhüllen oder auch nicht, zugegeben: nicht alle haben die Wahl. Doch der letzte Schliff oder die Eleganz liegt in den Händen der Frau, und es ist nicht zu leugnen, dass die Frauen mit Kopftuch in der Ausstellung sehr anziehend aussehen. Es werden Videos gezeigt, wie man die Tücher auf dem Kopf bindet und richtig arrangiert, damit es perfekt aussieht; ich finde, und vielleicht will die Ausstellung das auch vermitteln, dass wenn die Frauen ihren Kopf so schön und präzis umhüllen, dann wird das Kopftuch nicht mehr zum Element der Unterdrückung der Frau.

Irgendwo im Raum steht dann auch eine Skulptur, eine Installation. Sie wurde von einer persischen Künstlerin, die in Schweden lebt, Mandana Moghaddam geschaffen. Von Weiten ist sie als eine Frauenfigur erkennbar, die gänzlich aus Haaren geknüpft wurde und in einer Glasvitrine steht. Von Nahem sucht man vergeblich nach dem Gesicht, der Blick verliert sich in der Unmenge von Haaren. Sie ist zwar in einem gläsernen Kasten eingegrenzt, doch die Haare kommen unten aus dem Glas heraus. Natürlich ist das eine Anspielung, dieses schöne, kräftige schwarze Haar, das die Frauen in dem Teil der Welt haben und das sie verstecken müssen. Doch die Skulptur drückt viel mehr aus; sie ist kräftig, und zugleicht zerfließt sie, die Gesichtslosigkeit macht sie auch gruselig. Die Künstlerin hat eine Reihe von „Chelgis“, wie sie das Werk genannt hat, geschaffen. Die Chelgis ist eine Figur aus einem persischen Märchen und bedeutet so viel wie „vierzig Zöpfe“. Im Märchen geht das Mädchen mit den vierzig Zöpfen in einen wunderschönen Garten und wird dort von bösen Dämonen eingeschlossen. In der Umgebung des Gartens leiden die Menschen an Wassermangel, weil das Wasser aus den Quellen, die im Garten sind, aufgehört hat zu fließen. Doch die Menschen können die Dämonen nicht töten und nicht in den Garten eindringen. Die einzige Hoffnung für sie ist Chelgis; sie soll das Lebenselixier der Dämonen finden und es zerstören, dann beginnt das Wasser wieder zu fließen. So hängt alles von der Frau ab, sie muss die Dinge des Lebens regeln und die Menschen beschützen. Für die Künstlerin soll die Figur das repräsentieren.

An einer anderen Wand hängt eine Videoperformance einer jungen Künstlerin, Nilbar Güres; sie heißt Undressing, in der sich die Künstlerin von mehreren Schichten von Schleiern befreit, man steht lange vor dem Bildschirm und schaut gebannt zu, wie sie Schicht für Schicht entfernt, und als man fast schon glaubt, sie würde das Gesicht nie entblößen, kommt es zum Vorschein. Andere Videoinstallationen zeigen, wie die Frauen die Kopfbedeckung arrangieren, und Interviews mit einigen zeigen, wie sie sich damit fühlen und warum sie eine Kopfbedeckung bevorzugen. Es sind Frauen, die freiwillig das Kopftuch tragen. Das Foto aus dem Plakat hängt auch in der Ecke, es ist von einer US-Künstlerin, Anna Shteynshleyger, und es heißt Covered , und obwohl der Kopf bedeckt scheint, sind die nackten, entblößten Schultern und der Rücken das Gegenteil von covered.

An anderer Stelle gibt es Informationen über die Verbote von Verhüllung des Gesichts in Frankreich und vom Baden in Burkinis. Es gibt auch eine Weltkarte, auf der die Regionen farblich gekennzeichnet sind, wo die Frauen welche Kopf- und Körperbedeckung tragen.

Eine andere Welt wird in einer Reihe von Fotografien westlicher Frauen mit Kopfbedeckungen gezeigt: mit Hut, Perücke oder Mütze und ohne. Manchmal kann man die Frau mit einem Hut oder in einer Perücke gar nicht wiedererkennen.

Dann gibt es auch eine Installation von Modenschauen aus Istanbul; da wird ganz genau sichtbar, dass die Welt des Kopftuchs ihren Weg in die ‚High Fassion‘ gefunden hat, alle Elemente der traditionellen orientalischen Kleidung fließen in diese Designerstücke, in die moderne Kleidung ein.

Was sehr positiv an dieser Ausstellung ist: sie drängt niemandem etwas auf, ist neutral bis zum geht nicht mehr, und durch ihre Konzeption zwingt sie den Besucher nachzudenken und sich auseinander zu setzen mit den Fragen von Verbote und Abneigungen. Wie die Kuratorin Miriam Goldmann sagt, sei die Ausstellung „als Kommentar zur Diskussion gedacht und ganz sicher nicht als abschließende Bewertung“.

Frauenblick 14

Monika Wrzosek-Müller

Arbeit mit Flüchtlingen (nein, jetzt sagt man eher Geflüchteten oder Migranten)

Ich habe immer wieder über die Arbeit mit Flüchtlingen geschrieben und es ist nicht so, dass sie (die Arbeit) und ich aufgehört hätten. Ehrlich gesagt, wird es immer mehr und immer schwieriger. Denn am Anfang waren alle noch voll Begeisterung und Hoffnung gewesen und dann verwandelten sich diese positiven Gefühle schrittweise in Ungeduld und manchmal auch Traurigkeit, doch es gab immer wieder einen Hoffnungsschimmer und herzerwärmende Beispiele des guten Vorankommens in der Integration, und was dahinter steht auch: Beispiele für einen gelungenen und glücklicheren Lebensweg für die geflüchteten Menschen.

Auf jeden Fall bin ich dabei geblieben und unterrichte Kinder und Jugendliche in den Schulen, die Nachhilfe in Deutsch brauchen. Dabei habe ich verschiedene Modelle beobachtet, von Willkommens- über Brückenklassen bis zu Kindern, die in „normale“ Klassen gehen und eben dann nach der Schule betreut werden. Urteilen will ich darüber nicht; es wäre außerordentlich schwer zu begründen, dass das ein Modell besser sei als das andere, denn alles hänge von dem Kind ab, sehr viel vom Lehrer und von der einzelnen Schule. Auf jeden Fall haben alle ihre Schwierigkeiten und die kommen meistens erst nach einiger Zeit klarer zum Vorschein, auch wenn sich beide Seiten sehr anstrengen. Eine ungeheuer positive Tatsache ist, dass alle Kinder in die Schule gehen; auch diejenigen, in deren Ländern das gar nicht so offensichtlich und der Normalfall war.

Ich habe Kinder betreut, die sich wahnsinnig anstrengen, pauken und üben und erklären, sofort „gute Deutsche“ sein zu wollen; aber es gibt auch andere, denen alles ziemlich egal ist, solange sie etwas Geld für Kleidung (sehr wichtig!) haben. Ich habe erlebt, was es für die großen Familien mit acht, neun Mitgliedern bedeutet, in zwei Zimmern zu hocken, mit einem ständig weinenden Baby und einem pubertierenden Jugendlichen, der unbedingt laut Musik hören will. Andererseits ist das vielleicht ein gutes Training für die Zukunft, sie müssen sich durchkämpfen und Geduld aufbringen, auch Techniken der Entspannung und des zur Ruhe-Kommens entwickeln.

Inzwischen bekomme ich ganz viele Anfragen von Bündnissen und Willkommensorganisationen, ob ich nicht da und dort ehrenamtlich arbeiten könnte. Ich lese zwischen den Zeilen, dass es zunehmend schwierig wird, Leute zu finden, die diese sehr strapaziöse und doch erfüllende Arbeit machen könnten. Ist auch verständlich, es müssten eigentlich inzwischen Strukturen greifen, die die einen mit den anderen zusammenbringen, auch auf bezahlter Basis. Es müsste auch eigentlich jetzt weiter gehen und die Familien müssten in großen oder kleinen in Wohnungen (notfalls auch in kleineren Wohnungen) untergebracht werden. Mein Sohn behauptet zwar immer wieder, es sei doch gut, dass sie überhaupt Unterschlupf gefunden haben. Dagegen bin ich anspruchsvoller, ich sehe ja auch direkt vor meiner eigenen Nase sozusagen, dass es nicht ausreicht so herumzuhängen. Sie müssten arbeiten gehen können, in einer normalen Wohnung wohnen und sich halbwegs mit den anderen, den Einheimischen unterhalten können. In einigen Fällen klappt das auch, aber das sind wirklich die Ausnahmen, der normale Flüchtling sitzt immer noch in seinem Heim, geht in einen Deutschkurs, spricht aber immer nur in der Muttersprache, befindet sich in einem Vakuum, wie auf dem Mond. Versucht sich mit dem Essen und dem Zusammensein mit seinen Landsleuten zu trösten; geht öfters zum Arzt, macht wenn es gut geht etwas Sport.

Natürlich haben es die Kinder leichter und doch möchte ich betonen, dass auch die Kinder unter enormem Druck seitens der Familie stehen, die alle ihre Hoffnungen in sie setzen. Aber auch der Staat übt Druck aus, dass sie sich bitte gleich, sofort integrieren und wie deutsche Muttersprachler funktionieren. Und sie setzen sich selbst unter Druck mit ihren Ambitionen, dem Ehrgeiz voranzukommen und in der neuen Gesellschaft zu bestehen. Ich hoffe, viele werden durchhalten und ihre Träume verwirklichen, doch es ist ein steiler Weg und man müsste ihnen eigentlich noch mehr helfen.

Gerade hielt ich den Spiegel in der Hand mit dem Titel „die Lage der Nation. Wie wir leben, wie wir denken“, ein Heft über Deutschland. Das Flüchtlingsthema gehört mit dazu; es gibt ein rührendes „Porträt einer syrischen Flüchtlingsfamilie, die deutscher sein möchte (und manchmal auch ist) als viele Deutsche“. Wie schaffen es diese Menschen mit unglaublicher Geduld, alle Schikanen durchzustehen und weiter an gelungene Integration zu glauben, obwohl sie sich gar nicht integriert haben, niemand sie zu sich einlädt, niemand sich für sie interessiert. Trotzdem versuchen sie in allem gute Seiten zu sehen, den Rasen vor ihrer Wohnung besser als die meisten Nachbarn zu pflegen, ihre Kinder sehr diszipliniert zu erziehen: eine bewundernswerte Kombination von Geduld, Liebe, Ergebenheit und Demut. Ich hoffe, sie kommen damit durch und ihre Kinder werden ihre Träume verwirklichen können.

Es gibt in dem Heft auch ein Interview mit Gastwirten der älteren Generation aus der Türkei, aus Italien und aus Griechenland, die in 60 Jahren nach Deutschland gekommen waren. Sie haben gut gehende Restaurants, die sie schon länger betreiben, sie sind zu Wohlstand gekommen. Ihre Kinder, die jetzt die Restaurants übernehmen, können vieles anders machen, sich überlegen, wie sie leben wollen. Sie selbst sind mit dem Leben zufrieden, haben aber sehr hart dafür gearbeitet. Ihre Integration ist durch die Küche, durch das Essen gelungen. Erstaunlicherweise aber denken sie, dass die Neuankömmlinge, also Syrier oder Afghanen, sich eher schwer tun werden mit der Arbeit in der Gastronomie, weil die eben schon durch Griechen, Italiener, Türken usw. okkupiert ist. Sie selbst sind nicht besonders neugierig auf die neuen Migranten und ihre Essgewohnheiten und ihren Geschmack. Vielleicht fürchten sie doch heimlich Konkurrenz oder finden ihre Küchen zu exotisch. Sie betonen aber immer wieder, dass sie nicht vor dem Krieg geflüchtet waren, sie kamen wegen der Arbeit. Was das für ihre Beziehung zu den Flüchtlingen bedeutet, erfahren wir nicht. Eigentlich müssten sie die Neuankömmlinge besser verstehen und ihnen helfen wollen.

Eines hat sich sicherlich sehr stark verändert, seitdem ich 1984 nach Deutschland (BRD) gekommen bin. Es wird jetzt viel mehr darüber gesprochen, diskutiert und überlegt, wie was und wo man mit den neuen Mitmenschen tun und mit ihnen umgehen soll. Ob das den Geflüchteten besonders hilft, weiß ich nicht, doch sie sind meistens in der Öffentlichkeit präsent; und das ist gut so.

Barataria 27 Lindisfarne (Blog / Reblog)

Wyspa mnichów / Insel der Mönche

Today in one post you get two texts about North England, Celts and Monk Island Lindisfarne, one in Polish and underneath another one – in German. There are not translations, it simply happened that two “my authors” wrote about the same topic in the same time. But even if you shall not read both parts of this post, look at the pictures… 

Wpis po polsku. Piotr Beszczyński.

Z blogu Czas i przestrzeń

      • Szekspir, Beatlesi, imperium nad którym słońce nigdy nie zachodzi (nr 2, po hiszpańskim), fundamenty największych demokracji, język stający się światowym – to pierwsze z licznych skojarzeń łączących się z Wielką Brytanią. Status mocarstwa osiągnęła ona na przestrzeni ostatnich kilku stuleci i owa mocarstwowość w wymiarze oddziaływania cywilizacyjnego ciągle trwa.
      • Jak „ulepiło się” społeczeństwo, którego wpływ na losy świata był i jest tak znaczny? Uznaje się, że solidnym do tego podłożem stało się opanowanie Wysp Brytyjskich przez Celtów w VI-V wieku p.n.e. (…) ich wędrówka na zachód to jeden ze śladów łączących prehistorię naszych ziem z Wyspami. Potwierdza to zawartą w najnowszej podstawie programowej dla szkół prawdę, że praźródłem wszelkiej europejskiej cywilizacji jest Polska, od której inni czerpali sztukę jedzenia widelcem!
      • Celtowie okrzepli na Wyspach solidnie, ale w międzyczasie urosło w siłę Imperium Rzymskie, którego władcom zachciało się zapanować nad nieco mglistą, lecz przyjazną z uwagi na łagodny klimat i żyzne ziemie, oraz bogatą w cenne minerały krainą, obecnie określaną jako Anglia. Rzymianie rozpoczęli podbój wyspy w połowie I w. po Chrystusie od południa, powoli kolonizując ziemie w kierunku północnym, przy ciągłym oporze siedzących tam Piktów i Szkotów. Ażeby uchronić z trudem opanowane tereny od ciągłych ataków tych zasiedziałych już tubylców z północy, odgrodzili się na początku II w. n.e. imponującym łańcuchem fortyfikacji, Wałem (lub Murem) Hadriana (…). Miasteczko Corbridge leży na linii Wału Hadriana

      • Wał Hadriana zaczyna się od twierdzy Segedunum pod Newcastle i „ściska kibić” wyspy, dążąc do jej zachodniego wybrzeża w pobliżu Carlisle.
      • Przez pewien czas Rzymianie utrzymywali też położony bardziej na północ Wał Antonina, jednak zrezygnowali z tego pomysłu, bo tubylcy byli zbyt agresywni. Pozostali na linii Wału Hadriana przez blisko 300 lat, kiedy to kryzys w kontynentalnej części Cesarstwa zmusił ich w 410 r. n.e. do całkowitego wycofania się z Brytanii. Pozostawili po sobie znaczną ilość miast (w większości do dziś prosperujących, jak choćby Londinum), latyfundiów organizujących rolnictwo, ośrodków górnictwa i niezłej wytwórczości, a także – dobrą sieć dróg. I jeszcze jedno – ukorzeniające się chrześcijaństwo, które w międzyczasie stało się państwową religią Cesarstwa Rzymskiego. (…)
      • Historia ludzkości podlega prawom natury, a natura nie znosi próżni. Wobec tego w chwilę po opuszczeniu wyspy przez legiony rzymskie zjawili się tam kolejni chętni do zawojowania atrakcyjnych ziem: spowinowacone między sobą, pochodzące z rejonu pogranicza obecnych północnych Niemiec i Danii, germańskie plemiona Anglów, Sasów i Jutów (nazwanych później łącznie Anglosasami). Niektórzy historycy są zdania, że początkowo zostali oni zaproszeni przez nieźle prosperujących w czasach rzymskich Celtów, aby pomóc w obronie przed najazdami Piktów i Szkotów z północy (też zresztą mających celtyckie korzenie), ale szybko sami stali się najeźdźcami. Mówiąc w skrócie (i dużym uproszczeniu, oczywiście), Anglosasi zdominowali wyspę od połowy V wieku, dokładając swoją dawkę genów do tych przedceltyckich, celtyckich i rzymskich.
      • Wracamy do chrześcijaństwa, które w decydujący sposób zaczęło podówczas wpływać na losy Europy. W schyłkowym okresie rzymskiej Brytanii (przełom IV/V wieku) stało się tam religią przeważającą, aczkolwiek tradycyjne celtyckie wierzenia, podtrzymywane przez druidów, ciągle miały się nieźle. Napór pogańskich Anglosasów skutecznie powstrzymał, a nawet cofnął proces umacniania się Kościoła. Odwrót od chrześcijaństwa trwał blisko dwa wieki, w trakcie których po długiej, często bratobójczej kotłowaninie, wykształciło się siedem anglosaskich królestw, wśród nich Nortumbria, fragmentu której dotyczy ta relacja. (źródło:Wikipedia)
      • Anglosaskie królestewka trwały w większości w pogaństwie do czasu, kiedy za sprawę wzięli się misjonarze irlandzcy. Irlandia, mniejsza z dwóch głównych Wysp Brytyjskich, nie została opanowana przez Cesarstwo Rzymskie, tak jak przeważający obszar Wielkiej Brytanii (nazwa ta używana jest równolegle dla głównej wyspy, jak też dla Zjednoczonego Królestwa, obejmującego także Północną Irlandię). Ewangelizację rozpoczął tam św. Patryk na początku V wieku, przy czym oparła się ona głównie o licznie powstające klasztory, będące „wylęgarnią” niezwykle aktywnych w przyszłych stuleciach na terenie całej Europy (i dalej też) mnichów – misjonarzy.
      • Wracamy do VII wieku, kiedy to zaproszeni przez  rezydującego w zamku Bamburgh króla Oswalda (z czasem ogłoszonego świętym) Irlandczycy założyli na pływowej (czyli takiej, do której można dotrzeć suchą stopa tylko podczas odpływu morza) wysepce Lindisfarne pierwszy klasztor. Dokonał tego św. Aidan wraz z kolegami w 635 roku.
      • Kolejne ważne postaci misjonarskiego dzieła w Nortumbrii to (święci z reguły) m.in.: Beda Czcigodny (znamienity uczony i kronikarz, klasztor Jarrow),Kutbert ( Cuthbert) z Hexham i z Lindisfarne; jego ciało z czasem przeniesiono do Durham w trwającej 7 lat procesji.
      • (…) Podsumowując ten ważny historycznie wątek zaznaczę tylko, że wkład genetyczny mnichów w kształtowanie populacji brytyjskiej prawdopodobnie
        można pominąć w dotyczących tego tematu rozważaniach.
      • Kolejne natomiast fale nowych genów napłynęły w miarę mających miejsce najazdów: Wikingowie zaczęli od zniszczenia klasztoru Lindisfarne w 793 roku, po czym nękali Wyspy Brytyjskie przez z górą dwa wieki, opanowując znaczną ich część. Naukowe potwierdzenie ich wkładu w fundamenty społeczeństwa brytyjskiego (jak też innych europejskich nacji) znajdziemy w reprodukowanym obok “sztychu” Andrzeja Mleczki.thCL672SQ7
      • Kulminacją kariery Wikingów, którzy w międzyczasie ustanowili królestwa Norwegii i Danii, było sięgnięcie po koronę angielską. Udało się to duńskiemu królowi Swenowi Widłobrodemu, synowi Haralda Sinozębego (malownicze ksywy skądinąd!) w roku 1013. Królewska kariera Swena w Anglii potrwała ledwie kilka tygodni, ale z punktu widzenia polskiego wkładu w tę historię ważne jest to, że jego następcą został syn z małżeństwa z córką Mieszka I, siostrą Bolesława Chrobrego, Świetosławą, Kanut Wielki. Ponoć wojowie Bolesława (wkrótce króla polskiego) zjawili się także w Brytanii, aby wspomóc jego siostrzeńca, więc nie może być wątpliwości co do ich tamtejszej spuścizny, czy jak to tam nazwać.
      • Ostatnią ważną falą najeźdźców na Wielką Brytanię byli Normanowie (potomkowie Wikingów – zdobywców francuskiej Normandii), którzy ustanowili swoje rządy począwszy od roku 1066. To oni przywieźli sztukę budowy wielkich katedr, które od XI wieku stawiano w miejscach wcześniejszych świątyń.
      • Łatwo zauważyć, że począwszy od zapanowania nad Wielką Brytanią Anglosasów w V wieku, wszystkie kolejne na nią najazdy (w cyklach 300 – 400 letnich, odpowiadających z grubsza przepisowemu czasowi pielęgnacji porządnego angielskiego trawnika) miały miejsce w wykonaniu ludów spowinowaconych, kuzynów prawie, z Danii, Norwegii, północnych Niemiec i Normandii. Sumarycznie i skrótowo można nazwać ich wszystkich Normanami, zaś brytyjski pień genetyczny, oraz etnos, stanowią efekt wypracowanej w niezliczonych bojach mieszaniny celtycko – rzymsko – normańskiej, osadzonej w wyjątkowo sprzyjających warunkach geograficzno – klimatycznych.

    Beitrag auf Deutsch. Brigitte von Ungern-Sternberg.

    Großbritannien, in der Antike als Britannien bekannt, welches die Gebiete des heutigen Englands bis zum Hadrianswall, Cornwall und Wales umfasste, stand von 43 bis ca. 440 n. Chr. unter römischer Herrschaft. (Wikipedia)

    Das als Vorspann zur frühen Christianisierung Schottland und Irlands.

    England wurde in den vier Jahrhunderten römischer Herrschaft durchorganisiert, mit Straßen, Militärlagern, Städtegründungen, Bädern und Villen – aus römischer Sicht ‘zivilisiert’. Es gelang den Römern jedoch nicht, sich die ganze Insel einzuverleiben, bei Irland haben sie es gar nicht erst versucht. Daher bauten die römischen Besatzer gegen die von ihnen wegen ihrer Tätowierungen so bezeichneten ‘Pikten’ (die ‘Bemalten’) von Küste zu Küste eine Mauer (Hadrian’s Wall) – Trump hätte seine Freude dran. Die ‘Bemalten’ aus der schottischen Wildnis sollten ferngehalten, ihre Einfälle auf römisches Territorium unterbunden werden.

  • Die Insel Lindisfarne liegt nördlich dieser Mauer, außerhalb des ehemaligen römischen Territoriums.

  • Milecastle on Hadrians Wall

  • Was mit militärischer Gewalt nicht gelang, das vollbrachte das Christentum. Es war – außer Mauern, Städten, Straßen… – eine Hinterlassenschaft der römischen Ära. Das Christentum war grenzüberschreitend! Die entstehende irisch-schottische Kirche – sehr fern von Rom und dem Papst – war ausgesprochen eigenwillig, allerdings sehr bedeutend für die Entwicklung der kontinentalen Kulturgeschichte.

    Dazu ein Wikipedia Artikel:

    https://de.wikipedia.org/wiki/Iroschottische_Kirche

    Sonderentwicklungen lokaler Kirchen wurden in Rom nicht geschätzt!

    Zitat aus den Wiki-Artikel:

    Auf der Synode von Whitby (im Jahr 664) übernahm die englische Kirche das Osterdatum von Nizäa und den römischen Ritus. In der Bretagne wurde die Regel des hl. Columban erst im 9. Jahrhundert durch die Benediktusregel ersetzt. Die iroschottische Prägung wurde zu Beginn des 12. Jahrhunderts (Synode von Rathbreasail) sukzessiv angepasst und nach der Eroberung Irlands durch Heinrich II. 1172 vollendet…

    Und an dieser Schnittstelle befindet sich St. Cuthbert.

  • Vidoland auf dem Hadrians Wall

  • Hier seine Entwicklungslinie aus einem WIKIPEDIA Artikel:Prior in Ripon 658–661Als König Ealhfrith von Deira ein Kloster in Ripon gründete, folgte Cuthbert seinem Abt Eata und wurde dort praepositus hospitum (Prior). Nachdem Ealhfrith Anhänger des römischen Ritus wurde, mussten Eata und Cuthbert im Jahr 661 mit den anderen Anhängern des iro-schottischen Ritus nach Melrose zurückkehren.
  • Beda venerabilis

  • Mönch in Melrose 661–664Im Jahr 664 suchte eine Seuche Britannien heim. Cuthbert erkrankte schwer, doch genas er bald wieder, während sein Lehrer Boisil starb. Cuthbert übernahm darauf das Amt des Priors und missionierte auf teilweise mehrwöchigen Reisen im weiteren Umfeld des Klosters, da etliche Einwohner vom Glauben abgefallen waren.Prior in Lindisfarne 664–676Eata wurde 664 von den Mönchen zum Abt von Lindisfarne ernannt, nachdem Colman das Kloster verlassen hatte. Bald darauf wurde er auch Bischof von Lindisfarne und holte Cuthbert aus dem Kloster Melrose als Propst und Lehrer ins Kloster Lindisfarne. Cuthbert beugte sich den Beschlüssen der Synode von Whitby und führte mit Geduld und Nachsicht den römischen Ritus im bis dahin iro-schottischen Kloster ein. In späteren Jahren zog er sich in einen abgelegenen Teil des Klosters in die Einsamkeit zurück.
    17 Aug 1997, Northumberland, England, UK — Priory in foreground; castle in background. — Image by © Skyscan/Corbis

    Eremit auf Inner Farne 676–684

    676 zog er sich aus dem Kloster auf eine der unbewohnten Farne-Inseln, südöstlich von Lindisfarne, zurück. Dort errichtete er ein Grubenhaus als Einsiedelei und ein weiteres Gebäude als Gästehaus. In den folgenden Jahren lebte er dort allein, von seinen Klosterbrüdern mit Nahrung versorgt. Später baute er Gerste an, um sich selbst zu versorgen.

  • Im 7./8. Jahrhundert entstand das Evangeliar von Lindisfarne, reich geschmückt mit kunstvoller Buchmalerei – keltisches Design deutlich darin zu sehen

W sobotę Berlinie / Samstag in Berlin

R.D.

Hallo.

Am Samstag war ich mit dem Fahrrad unterwegs und bin auf einen Karnevalumzug gestoßen (auch Christopher Street Day genannt).

Einige Berliner sind so arm, dass sie sich keine Kleidung leisten können, geschweige den Verkleidung. Arme Leute.

Ich habe nicht viele Fotos gemacht, weil es gewaltig regnete.

Schade, nach dem Umzug findet dann immer „Sodom und Gomorra“ im benachbartem Wald.

r.

<!––>

Hallo.

W sobotę jadąc rowerem trafiłem na karnawałowy pochód (nazywany także  Christopher Street Day).

Niektórzy z berlińczyków są tak biedni, że nie stać ich na ubranie, nie mówiąc o przebraniu. Biedni ludzie.

Nie wykonałem zbyt wiele zdjęć, gdyż zaczęło mocno padać.

Szkoda, po pochodzie, w pobliskim lasku ma miejsce zawsze „Sodoma i Gomora”.

r.

Chalo.

Am samstag war iś mit dem farad unterwegs und bin auf ajnen karnewalumzug gesztosen (auch Kristofer Strit Dej genant).

Ajnige berliner sind so arm, das sie siś kajne klajdung lajsten kenen, geszfajge den ferklajdung. Arme lojte.

Iś chabe niśt file fotos gemacht, weil es gewaltiś regnete.

Szade, nach dem umzug findet dan imer „sodom und gomora“ im benachbartem wald.

r.

Liu Xiaobo and Liu Xia

Wczoraj przygotowałam ten wpis, i wczoraj Liu Xiaobo umarł
I prepared that post yesterday. Yesterday Liu Xiaobo died.
Ich habe diesen Beitrag gestern vorbereitet. Gestern ist Liu Xiaobo gestorben.

R.I.P.

Aufruf an die Chinesische Regierung bezüglich Liu Xiaobo und seiner Frau Liu Xia

Appeal to the Chinese government concerning Liu Xiaobo and his wife Liu Xia

Nobel Peace Prize Laureat Liu Xiaobo has been diagnosed with liver cancer. His wife, Liu Xia, who has been under house arrest for several years, is also gravely ill. They have the wish to travel to Germany so they can receive medical care. Their wish to leave China is so strong that Liu Xiaobo has stated that – if he is to die – he does not want to do so on Chinese soil. Liu Xia also no longer wishes to live there. Time is running. We urge the Chinese government to grant Liu Xiaobo and Liu Xia the freedom to leave the country!

Der Friedensnobelpreisträger Liu Xiaobo ist an Leberkrebs erkrankt. Er und seine Frau Liu Xia haben hat den Wunsch geäussert, nach Deutschland auszureisen, um medizinische Hilfe für beide zu bekommen – denn auch Liu Xia, die seit Jahren unter Hausarrest steht, ist schwer erkrankt. Der Wunsch der beiden geht soweit, dass Liu Xiaobo sagt, er möchte – selbst wenn er sterben muss – nicht in China sterben. Und Liu Xia sagt, dass sie nicht länger in China leben möchte. Die Zeit ist knapp. Wir appellieren dringend an die chinesische Regierung: geben sie diesen beiden Menschen die Freiheit, das Land zu verlassen!

The poem “You Wait for Me with Dust” by Liu Xiaobo in Chines, English, German and Polish. Other languages (Afrikaans, Arabic, Bosnian, Dutch, Finnish, French, Hebrew, Kurdish, Komi,  Portuguese, Romanian, Russian, Slovenian, Spanish, Swedish, Welsh) you find here.

和灰尘一起等我–给终日等待的妻

你一无所有,只能
和家里的灰尘一起等我
它们一层层
积满了所有角落
你不愿拉开窗帘
让阳光惊扰它们的安宁

 

 

书架上的字迹被灰尘掩埋
地毯的图案吸满了灰尘
你喜欢在给我写信时
笔尖吸住几粒灰尘
让我的眼睛有些刺痛

 

你终日端坐
不想随意走动
生怕自己的脚踩痛了灰尘
你尽量平稳地呼吸
用沉默编写一个故事
在这令人窒息的岁月
灰尘们献出仅有的忠诚

 

灰尘浸满了
你的目光、呼吸、时间
在你的灵魂深处
日复一日的修筑坟墓
从脚底一寸寸堆积
直到胸口直到喉咙

 

你知道,坟墓
是你最好的归宿
在那里等我
不会有任何惊扰
你就是对灰尘情有独衷
在黑暗中在安静中在窒息中
等我等我

 

和灰尘一起等我
拒绝阳光和空气的流动
让灰尘彻底埋葬自己
让自己在灰尘中睡去
直到我回来
你才苏醒
揩净皮肤和灵魂的灰尘
如同死而复活的奇迹

晓波1999.4.9

You Wait for Me with Dust

nothing remains in your name, nothing
but to wait for me, together with the dust of our home
those layers
amassed, overflowing, in every corner
you’re unwilling to pull apart the curtains
and let the light disturb their stillness

over the bookshelf, the handwritten label is covered in dust
on the carpet the pattern inhales the dust
when you are writing a letter to me
and love that the nib’s tipped with dust
my eyes are stabbed with pain

you sit there all day long
not daring to move
for fear that your footsteps will trample the dust
you try to control your breathing
using silence to write a story.
At times like this
the suffocating dust
offers the only loyalty

your vision, breath and time
permeate the dust
in the depth of your soul
the tomb inch by inch is
piled up from the feet
reaching the chest
reaching the throat

you know that the tomb
is your best resting place
waiting for me there
with no source of fear or alarm
this is why you prefer dust
in the dark, in calm suffocation
waiting, waiting for me
you wait for me with dust

refusing the sunlight and movement of air
just let the dust bury you altogether
just let yourself fall asleep in the dust
until I return
and you come awake
wiping the dust from your skin and your soul.
What a miracle – back from the dead.


April 9th 1999

translated by Zheng Danyi, Shirley Lee and Martin Alexander

Warte auf mich mit dem Staub

Es bleibt dir nichts übrig,
als mit dem Staub auf mich zu warten.
Schicht um Schicht füllt er die Ecken.
Du lässt die Vorhänge zu,
Die Sonne soll den Staub nicht stören.

Auf den Bücherregalen verschwinden die Zeichen im Staub,
die Muster im Teppich, vom Staub vollgesogen.
Wenn du mir schreibst, tauchst du den Stift gern in den Staub,
die Staubkörner stechen dann in meinen Augen.

Du sitzt den ganzen Tag da und willst nicht umhergehen,
damit deine Füße den Staub nicht verletzen.
Du atmest ganz ruhig, schreibst mit deinem Schweigen
eine Geschichte in dieser erstickenden Zeit.
Nur der Staub bleibt dir noch treu.

Der Staub erfüllt dir den Blick,
den Atem, die Zeit.
In deiner Seele baut er Tag um Tag ein Grab,
Zoll um Zoll, angefangen bei den Füßen
bis zur Brust und bis zur Kehle

Du weißt, das Grab ist deine beste Zuflucht.
Niemand stört dich, wenn du dort auf ich wartest.
Du hast eben eine besondere Beziehung zum Staub
der Dunkelheit in der erstickenden Stille, warte,
bitte wart auf mich.

Warte auf mich mit dem Staub
verweigre die Sonne, die Strömung der Luft,
bis der Staub dich ganz begräbt.
Lass dich einschlafen im Staub bis du erwachst,
wenn ich zurück bin,
wischt du den Staub von der Haut,
von der Seele und stehst auf
wie durch ein Wunder.

ÜbersetzungxMartinxWinter

Czekaj mnie w kurzu

cała jesteś tylko czekaniem na mnie
czekaniem w kurzu naszego domu
gdy jego warstwy gromadzą się
narastam w każdym kącie
czekasz niezdolna odsunąć zasłony
i pozwolić światłu by wygnało kurz

na półkach z książkami
porastają kurzem notatki wzory dywanu
wchłaniają kurz gdy piszesz do mnie list
dobrze, że stalówka jest nieoczyszczona
bo moje oczy dźga ból

cały dzień siedzisz
nie mogąc się ruszyć ze strachu
by twoje kroki nie wznieciły kurzu
starasz się płytko oddychać
gdy korzystając z ciszy piszesz
w takich chwilach duszący pył
jest zadziwiająco wierny

X

twoje spojrzenie, oddech i czas pozwalają
bym prochem wrastał po trochu coraz głębiej
w głąb duszy dusząc rósł od stóp do gardła

X
ty wiesz, że w tym grobie
można najlepiej wypocząć
czekając na mnie bez lęku
i nie niepokojona
dlatego pył jest dobry
w ciemności cicho dusi czekając,
czekając na mnie

X

czekasz przykryta kurzem
bez słońca i bez powietrza
pozwalasz by pochował cię pył
zasypiasz przyprószona zanim powrócę
i przebudzisz się
otrząśniesz proch ze skóry i duszy
cóż za cud – powstać ze zmarłych

9.04.1999

przełożyła Anna Nasiłowska