Barataria 39 Gra o tron!

Ewa Maria Slaska

Ziemia obiecana

Game of Thrones (GOT) – amerykański serial fantasy autorstwa Davida Benioffa i D.B. Weissa, adaptacja sagi Pieśń lodu i ognia amerykańskiego pisarza George’a R.R. Martina. Wyświetlany od roku 2011. Najsłynniejszy serial na świecie. Ma kilkunastu reżyserów, scenarzystów i kamerzystów, ale tylko jednego autora muzyki – Ramina Djawadi, niemiecko-irańskiego muzyka z Duisburga.

Moi drodzy Czytelnicy, jeśli nie oglądacie Gry o tron, to oczywiście jesteście ubożsi o setki cytatów i memów współczesności, ale nie będę Was przekonywać, że tracicie, bo choć Grę oglądają wszyscy, od Albanii po Zimbabwe, jak dotąd nie ma światowego przymusu oglądania przygód Starków i Lannisterów.

Jak każda opowieść fantasy, również GOT jest zasadniczo opowieścią o wyspach. Niektóre są w ramach opowieści umownie prawdziwe, trzeba do nich płynąć na statkach lub lecieć na smokach, niektóre są umownie kontynentami, ale z uwagi na konstrukcję opowieści przygodowych każda historia fantasy i każda przygoda to baśniowa wyspa, niby nie mająca związku z naszą ziemską geografią. Ale oczywiście są one podobne do krajów rzeczywistych. Odyseusz krążył od wyspy do wyspy, na każdej walcząc z królami i romansując z księżniczkami, wróżkami i nimfami, a były to naprawdę brzegi Turcji, północne wybrzeże Afryki, Peloponez i Cyklady. U Leśmiana też każda przygoda Sinbada żeglarza to kolejna wyspa, Sindbad zawsze wypływa z Basry, którą obecnie nazywa się Balsorą, i płynie wśród tych samych wysp greckich, między którymi błąkał się Odyseusz. GOT to historia walki o tron królestwa Westeros, czyli na Zachodzie, na które składa się siedem królestw, a które wygląda jak Old Merry England, nawet mur na Północy jest ten sam – to przecież Mur Hadriana. Europa nazywa się Essos, leży oczywiście na Wschodzie i jest po prostu Azją. Essos to Wielki Step, skąd przybywają do Westeros smoki i Mongłowie Dżingis Chana. Dzieli je Wąskie Morze czyli Kanał La Manche. Autor serii, George R.R. Martin, uważa jednak, że Westeros jest większe niż Wielka Brytania i ma mieć mniej więcej wielkość Południowej Ameryki. Król Westeros zasiada na Żelaznym Tronie w Królewskiej Przystani. Do Westeros należą również wyspy: Niedźwiedzia, Skagos, Żelazne Wyspy, Tarth, Smocza Skała, Arbor.

Podobnie wygląda geografia Świata Dysku u Terry’ego Pratchetta czy świat, przez który wędruje Drużyna Pierścienia u Tolkiena. Gdy zwiedzałam wyspy greckie, zapisałam sobie taką notatkę:

Naxos ma niemal wszystkie elementy krajobrazu, które tworzą urozmaicony świat w miniaturze – ma góry, morze, zatoki, wyspy, są doliny, strumienie i wodospady, pola, gaje i pustkowia, słońce, wiatr i deszcz. Ma legendy i mity starożytności (Ariadna i Tezeusz, Dionizos) i ożywioną aktualną codzienność. A wszystkie te składniki rzeczywistości są skupione na niewielkiej przestrzeni, są niemal dotykalnie blisko siebie. Przeżyliśmy na Naxos upiorny wjazd (jechaliśmy na skuterze) po cieniutkiej serpentynie na szczyt góry Koronos, a podczas jazdy na krawędzi przepaści, nad nami i pod nami widzieliśmy ogrody na stokach pociętych tarasami – rosły figi i dynie, kobiety zbierały kwiaty, mężczyźni jechali na osiołkach. Zaglądaliśmy w oczy grozie, od zbocza odrywały się głazy, a myśl o tym, co się stanie, jeśli z góry zjedzie jakiekolwiek auto, a nawet rower, osioł czy motor, doprawdy nie była przyjemna. A mimo to jechaliśmy dalej i wyżej.
Tak wyobrażam sobie świat z książek Tolkiena, miniaturowy świat, w którym z Doliny Elfów do Mordoru droga jest straszna, groźna i daleka, gdy przemierza ją pieszo lub na kucu mały hobbit, a przecież cały ten świat musi mieć właśnie taki wymiar, skoro hobbit pokonuje jego drogi i bezdroża przez kilka miesięcy.


Bliskość grozy i normalności na małych przestrzeniach. Świat nieoswojony i świat uładzony. Chaos i Kosmos. Gdzieś w głębi obrazu Pietera Bruegla Ikar wpada do morza, a na pierwszym planie chłop odrywa ręce od pługa i ociera z potu czoło. Ten sam upał topi wosk na skrzydłach szaleńca i wyciska ostatnie krople potu na czole uznojonego oracza.
Mały świat. Ziemia obiecana, jej mlekiem i miodem płynące doliny, z których wyszły trzy ogromne religie i opanowały wielki świat, maleńki skrawek małego kraju, nie większy od tolkienowskiego Śródziemia, nie większy od Naxos.

Ziemia Obiecana. Bóg obiecał ją Izraelowi, Don Kichot swemu giermkowi. Wszędzie ktoś komuś obiecuje ziemię, władzę, wyspę… W czwartym sezonie Gry o tron Jaimie Lannister obiecuje swojemu giermkowi Zamek. W siódmym sezonie, po prawie 30 odcinkach, Bronn upomina się o realizację obietnicy. Uratował życie Jamiemu, wygrali bitwę i mijają zamek na szczycie góry.

– Mógłbyś mi dać wreszcie ten zamek – mówi Bronn.
– Właśnie dostałeś sakiewkę złota – broni się Lannister.
– Tak, ale złoto to nie zamek.
– Nie stać cię będzie na utrzymanie tego zamku – odpowiada  Jaimie. – Jak wygramy, dostaniesz i zamek, i pieniądze.

W siódmym sezonie obietnica się już na pewno nie spełni. Do przyszłego roku nie będziemy więc wiedzieli, czy Bronn jak Sancho Pansa, będzie musiał obejść się smakiem, czy jednak Lannisterowie, których mottem jest, że zawsze płacą swoje długi, dotrzymają obietnicy. Bronn jednak wie jedno: If Jaime dies, I don’t get my castle.

Barataria 38 Sualouiga 2

Ewa Maria Slaska

Gdy rzeczywistość miesza się z fikcją

Sualouiga pojawiła się w zasięgu baratarystyki, gdy przez przypadek przeczytałam, co zapowiedział na okładce swej książki Harley Davidson tajemniczy pisarz Witold Izdebski (który być może jest brutalem, złodziejem i oszustem), że otóż 31 grudnia 1999 roku po raz pierwszy i ostatni a zatem jedyny, międzynarodowa trupa teatralna Calvin Group wystawi tam sztukę Krzysztof Kolumb

Sualouiga na wyspie St. Martin to w języku Indian kraina soli.

Wyspa została wprawdzie odkryta przez Kolumba, ale ten nigdy nie postawił na niej stopy w języku żeglarskim trzeba by więc powiedzieć, że sławny odkrywca wyspę jeno zaoczył, co miało miejsce 11 listopada, w dzień świętego Marcina z Tours.

Wyspę podobili najpierw Arawakowie, przybysze z terytoriów dzisiejszej Wenezueli, którzy byli ludem pokojowym i pogodnym, po czym podbili ich wojowniczy Indianie Karaibscy. Podania głoszą, że byli to ludożercy, którzy pożarli wojowników z plemienia Arawaków i posiedli ich kobiety. Arawakowie zniknęli, ale pozostawili po sobie język.

Jednak z punktu widzenia Europejczyków była to wyspa bezpańska, gdzie mieszkał, kto chciał, na przykład piraci (z Karaibów), awanturnicy, zbiegli więźniowie. Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Holendrzy. Kto chciał wydobywał tu sól. Dużo soli. 400 tysięcy ton rocznie. Było to jednak produkt zbyt cenny, by mogło się obyć bez roszczeń aneksyjnych. I tak to w roku 1635 pewien Francuz i pewien Holender uznali, że prawa własności powinny zostać jakoś uregulowane.

Legenda głosi, że zamiast, jak to mieli w zwyczaju zdobywcy innych rajskich wysp, pozabijać się nawzajem, obaj panowie postanowili podzielić się posiadaną już od dawna ziemią (Indianie w tym podziale nie brali udziału). Rozwiązanie było doprawdy godne epoki. Panowie spotkali się w Zatoce Ostryg (Oyster Bay), stanęli oparci o siebie plecami (jak do pojedynku), po czym na dany znak ruszyli przed siebie (też jak przy pojedynku), ale zamiast się obrócić po dziesięciu krokach (czy ile ich tam miało być), szli przed siebie wzdłuż brzegu, i szli, i szli tak długo, aż stanęli przed sobą twarzą w twarz. Pomiędzy punktem wyjścia obu panów na przechadzkę i punktem ich ponownego spotkania przeprowadzono linię, dzielącą włości Francuza od tego, co przypadło w udziale Holendrowi. Francuz ponoć miał iść szybciej, bo się po drodze pokrzepiał tylko dobrym francuskim winem, Holender natomiast zabrał na drogę gin. Dobre wino można popijać dużymi haustami, gin, trunek mocniejszy i ostrzejszy w smaku, da się pić jedynie małymi łyczkami, Holender częściej się więc zatrzymywał i zagarnął mniejszy kawałek wyspy.

St. Martin / Sint Maartin nie jest jedyną na świecie wyspą rządzoną przez dwa kraje, że wspomnimy tu chociażby Irlandię i Cypr, jest natomiast najmniejszą i ponoć jedyną, gdzie rządy pozostają ze sobą w zgodzie, a nawet przyjaźni. Stolicą części holenderskiej jest Philipsburg, francuskiej – Marigot. Na wyspie mieszka około 30 tysięcy Francuzów i drugie tyle Holendrów, a rocznie przebywa tu ponad milion turystów. Francuskie miasto Marigot słynie ze wspaniałej kuchni, ale turystów przyciągają przede wszystkim olśniewające złocistożółte plaże i przejrzyste turkusowe wody płytkich zatok. Tam gdzie brzegi są strome i skaliste, fale rozbijają się o nie, wyrzucając w powietrze gejzery na wysokość kilkunastu metrów.

Na wyspie założono plantacje trzciny cukrowej i sprowadzono niewolników z Afryki. W roku 1848 wywalczyli wolność. Co roku 1 lipca obchodzą święto wyzwolenia, spotykając się pod symbolicznym płomiennym drzewem wolności. Drzewo, tak jak i oni, pochodzi z Afryki (a ściślej rzecz biorąc z Madagaskaru), należy do rodziny… bobowców, ma owoce w kształcie długiego masywnego strąka, zwanego chlebem świętojańskim. Po polsku nazywa się Wianowłostka królewska czyli płomień Afryki. Płomienne kwiaty mają zawsze jeden płatek biały.

For July 1
By Lasana M. Sekou

This is the day here
This time
For renewed confrontation
For reconstruction
We are the people
Descended from the Diamond 26
The Freedom Fighters
Who will effect
Better days
And lighted ways
To batter down the borders
The neo-colonial initiatives
To unite this land
St. Maarten/St. Martin
To transform these fields today
For the conquest of tomorrow

Lasana M. Sekou jest wydawcą, poetą i pisarzem z St. Martin. Jego wiersze zostały odczytane podczas otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie 27 lipca 2012 roku.

***

Mogłoby się zdarzyć, że wielu z nas nigdy nie usłyszałoby o tej małej wyspie, wchodzącej (geograficznie) w skład Antyli Holenderskich, gdyby nie huragan Irma, który we wrześniu 2017 roku spustoszył wyspę tak jak tego z reguły dokonują ludzie a nie siły natury. Mówiło się, że wyspa wyglądała jak zdewastowana przez działania wojenne.

Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Barataria 36 Uromys vika

Ewa Maria Slaska

Na wyspach Salomona odkryto nowy gatunek wielkich szczurów / Auf den Salomonen wurde neue riesige Ratte entdeckt

Nowy Szczur / Die Neue Ratte

In der Südsee ist eine neue riesige Ratte entdeckt worden. Bislang gab es über das Tier nur Gerüchte von Einheimischen. Sie berichteten, dass sich die  Vika gern über Kokosnüsse her macht. Beobachtet haben die Forscher das Verhalten bisher nicht, sie fanden allerdings Kokosnüsse, in die beeindruckende Löcher genagt worden waren. Jetzt aberwurde Vika gefunden. Annähernd einen halben Meter lang, bis zu einem halben Kilo schwer und mit einem langen, haarlosen und schuppigen Schwanz. Sie wurde auf der Insel Vangunu in der Südsee östlich von Papua-Neuguinea gefunden. Die gefundene Ratte ist von der rapiden Abholzung bedroht. Leider starb die Ratte kurz nach dem gefunden werden. Die Forscher vermuten, dass Vikas Vorfahren mit treibenden Pflanzenresten auf die Insel gelangten und sich dort zu der neuen Art weiterentwickelten.

Die Inselgruppe der Salomonen umfasst Hunderte Inseln und kleinere Atolle. Sie liegt recht isoliert. Viele der dort lebenden Säuger sind nirgendwo sonst auf der Erde zu finden.

Na wyspach Salomona, położonych na wschód od Papui-Nowej Gwinei, odkryty został nowy gatunek wielkiego szczura. Dotychczas o zwierzaku opowiadali tylko tubylcy, twierdzili, że żyje na drzewach i żywi się mlekiem kokosowym. I rzeczywiście, już od dawna naukowcy odkrywali orzechy kokosowe z ogromnymi dziurami w skorupach. Teraz znaleźli wreszcie zwierzę, które te dziury wygryza. Trzeba chyba jednak powiedzieć – wygryzało, bo możliwe, że szczura przedtem nie było, a teraz znowu nie będzie – jedyny znaleziony okaz po zbadaniu – zdechł.

Vika ma (miała) około pół metra długości, waży(ła) pół kilo, ma (miała) bardzo długi nieowłosiony ogon pokryty łuskami.

Archipelag wysp Salomona to kilkaset małych i większych wysp powstałych wokół małych atoli. Wyspy są odizolowane od reszty świata i przechowują się na nich gatunki zwierząt i roślin, gdzie indziej już dawno wymarłe. W ścisłej izolacji lokalne gatunki rozwijają się inaczej i nie są podobne do swych pobratymców. Tak właśnie było z Vikami. Viki przybyły prawdopodobnie na wyspy Salomona z jakimiś niesionymi falą i wiatrem resztkami roślin. Skąd – nauka nie podaje.

***
Myszeida! Na pewno! Przecież ta Uromys to stara mysz! (Po sprawdzeniu okaże się niestety, że mysz i owszem, mys, ale nie stara, tylko ogoniasta, uro… Ech, powtórka z Łaciny bez pomocy Orbiliusza by się przydała)

***

Każda Nowa Epoka produkuje Nowego Człowieka. Wierzą w niego i wodzowie totalitarni, i anarchistyczni buntownicy, i charyzmatyczni przywódcy. Od stu lat kreujemy nie tylko Nowego Człowieka, ale też Nową Kobietę i Nowego Mężczyznę. To są jednak byty abstrakcyjne. Tymczasem Nowy Szczur jest faktem naukowym.

***

Na wyspach zatem przechowują się takie stare nikomu już nieznane rasy. Nie mogąc ani powędrować dalej, ani się rozprzestrzenić, ani, co najgorsze, spotkać pobratymców, dysponujących innym niż one kodem genetycznym, trwają w kazirodczym zamknięciu, produkując Nowego Tygrysa, ale też Nowego Szczura czy Nowego Człowieka.

Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna (Homini Novi), którzy rozwinęli się w całkowitej izolacji na Wyspach Wolności i Tolerancji.

Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Barataria 34 Leśmian 14 Sindbad 6

Ewa Maria Slaska

Zaklęte krainy

Cel mej podróży jest, powiada Sindbad, jak zawsze, niewiadomy. Jadę tam, dokąd mię wicher poniesie i dokąd skieruje mię wola niepokonanych czarów.

Popłynął tam samiutki, zmuszony do opuszczenia okrętu, w łódce wiosłowej. I, rzecz jasna, wspomina, że płynął tak trzy dni i trzy noce, aż dnia czwartego ukazały mu się brzegi nieznanej wyspy porośniętej bujną roślinnością. Tysiące barwnych ptaków napełniało powietrze swym śpiewem. Pobiegłem wesoło w gęstwę leśną w tej myśli, iż znajdę tam pod dostatkiem owoców, którymi zaspokoję głód i pragnienie. I rzeczywiście, znalazłem mnóstwo kokosów, bananów, drzew chlebowych oraz winogron. Nasyciwszy głód owocami postanowiłem zwiedzić wyspę, aby się przekonać, gdzie jestem.

Aczkolwiek wyspa zrazu jawiła się Sindbadowi jako bezludna, rychło jednak spotkał on nieszczęsnego staruszka. Dziadunio umierał z pragnienia i Sindbad ochoczo przystał na propozycję, by zanieść go do źródła, gdzieby mógł swe pragnienie ugasić. Ruszył dziarsko przed siebie, by jednak po niewczasie dowiedzieć się od swego jeźdźca, że jest li tylko jego wierzchowcem i to raczej krnąbrnym i zbyt powolnym, wierzchowcem, którego staruch zamierza zajeździć na śmierć. Przez dwa dni i dwie noce biegł po wyspie bez wypoczynku i wytchnienia. Nasz przemyślny wędrowiec zdołał jednak upić wstrętnego dziadygę sokiem z winogron zrywanych w biegu. Tak to już jest na tych wyspach magicznych, że nawet w nieszczęściu zaoferują nam pomoc, nawet jeśli miałaby byc tak dziwaczna, jak wino rosnące na krzakach. Sindbad pozbył się natrętnego jeźdźca i uciekł odeń jak najszybciej.

Przebiegając koło gęstwiny nieznanych mi krzewów spostrzegłem ukosem kwiat tak dziwny i niezwykły, żem przystanął zwabiony jego widokiem. Był to kwiat drobny, lecz utkany ze złotego płomienia, który jarzył się tak mocno i rzęsiście, że dłonią przesłoniłem oczy, oślepione cudownym blaskiem.
Zerwałem kwiat ostrożnie, bojąc się, że mię sparzy swym płomiennym kielichem. Przekonałem się jednak, że płomień tego kwiecia wcale nie parzy, lecz nieci swym dotykiem siły żywotne i budzi ze wszelkiej ospałości. Natychmiast opuściło mię znużenie i uczułem się niby ockniony z ciężkiego snu.
Schowałem kwiat w zanadrze, aby go mieć bliżej serca, które pod wpływem jego ciepła zabiło mocniej i radośniej. Zdawało mi się, że wciąż i nieustannie ocykam się z rozmaitych przykrych snów. Pełen tych ocknień pobiegłem dalej.

Czarodziejski kwiat pozwolił Sindbadowi zaprzyjaźnić się z czarodziejskim młodzieńcem.

Sen… we mnie, sen… poza mną, sen… po nade mną! – odpowiedział młodzieniec. – Jestem tym, który nie zaznał na ziemi nic prócz snu. Nadaremnie co rok odwiedzam tę wyspę! Nadaremnie szukam płomiennego kwiecia, którego dotyk obdarza ocknieniem! Sen… w pobliżu, sen… z dala, sen… wokół, sen… wszędy! Oczy moje nigdy dotąd nie widziały jawy – jeno dźwięki i szumy, i szelesty, i głosy dolatują mię z tego świata, który jest rzeczywistością. Na północnym brzegu tej wyspy znajduje się gród zaklęty. Król tego grodu nazywa się Mirakles. Tysiące milionów lat temu Mirakles przybył na tę wyspę bezludną i znużony podróżą położył się na jej brzegu zielonym, aby się snem pokrzepić. Położył się i zasnął. I przyśnił mu się ogród olbrzymi i tysiące poddanych, i piękna królewna Chryzeida, i pałace, i ogrody, i góry, i rzeki, i strumienie, i ptaki, i kwiaty, i drzewa. A cokolwiek śnił w sobie, to poza nim działo się na wyspie i dzieje się dotąd. Nie istnieje naprawdę, jeno dzieje się i dzieje bez końca! Od tysiąca milionów lat król się nie zbudził i wciąż leży na północnym brzegu wyspy i śni swój sen odwieczny. Możesz własnymi oczyma oglądać jego gród olbrzymi i jego poddanych, i piękną królewnę Chryzeidę, i pałace, i ogrody… Wszystko to – wyśnione i znużone snem, i spragnione od wieków gromadnego ocknienia! Wszystko to zniknie bez śladu w chwili, gdy król się obudzi. Wszakże król się obudzić nie może i poddani jego nadaremnie zakłócają jego sen wielmożny głośną skargą i lamentem! Oczy ich są błękitne i ślepe jak moje. Nie widzą nic prócz wyśnionych przez króla przedmiotów. Nie widzą nic, tylko słyszą… I znużeni są wieczną ślepotą, i zmęczeni są wiecznym nasłuchiwaniem szumów, szelestów i odgłosów. Trzy tysiące lat temu królewna Chryzeida posłyszała szelest płomiennego kwiecia, które rośnie na tej wyspie, a którego dotyk budzi z najcięższych snów. Od owego czasu ja, poddany króla Miraklesa i ulubiony paź królewny Chryzeidy, co rok udaję się w głąb wyspy, aby błądzić po omacku i szukać zbawiennego kwiecia. Lecz poszukiwania moje pełzną na niczym. O, kiedyż nareszcie obudzi się Mirakles! O, kiedyż nareszcie my – jego poddani – odpoczniemy od jego odwiecznych snów i rozwiejemy się w nic, jak czynią sny innych ludzi!

Sindbad i młodzieniec podążyli czym prędzej do błękitnych ogrodów króla Miraklesa, błękitnych, bo sen króla był wyłącznie błękitny.

Oczywiście nie mogę tu nie przerwać tej bajecznej opowieści i nie powiedzieć, że błękitny ogród to niewątpliwie “mój” zaczarowany ogród, bo błękit to moim zdaniem najbardziej czarodziejski kolor na świecie. Zaczarowany kwiat romantyków, Novalisa, Eichendorfera – chaber, jest też błękitny.

Królewna Chryzeida okazała się (oczywiscie) zjawiskową pięknością. Sindbad, jak zwykle, gotowy zakochać się w pięknej buzi, zaczął się nawet wahać, czy w ogóle chce budzić króla z jego odwiecznego snu, ale królewna, aczkolwiek tylko mara senna, okazała niezłomną wolę.

Królewna zwiewnym krokiem pobiegła naprzód, wlokąc mię za rękę, której nie wypuszczała ze swej dłoni. Tłum falując błękitnymi szatami sunął w ślad za nią i za mną.
Dotarliśmy do północnego brzegu wyspy. Na brzegu owym leżał pogrążony we śnie król Mirakles. Był tak olbrzymi, że robił wrażenie żywego wzgórza, które przez sen poruszało się z lekka od westchnień. Tłumy przezeń wyśnione wzdychały, gdy wzdychał – przecierały oczy, gdy on je dłonią przecierał – płakały, gdy on przez sen płakał.
– Wyjmij kwiat z zanadrza! – rzekła królewna. Wyjąłem kwiat, który płomieni! się na swej łodydze.
– Zbliż się do króla! – rzekła znowu królewna.
– Zbudź go!… Zbudź go!… Zbudź go!… – zawołały tłumy. (…)

Pośpiesznie oddaliłem się od ocknionego olbrzyma, gdyż właśnie spostrzegłem okręt, który płynął tuż koło brzegu. Dałem znak dłonią i okręt zatrzymał się natychmiast.

Wbiegłem szybko na pokład i poradziłem kapitanowi, aby niezwłocznie odbił od brzegu, bałem się bowiem olbrzymiego króla. Odpłynęliśmy już dość daleko, gdym posłyszał nagle głos króla Miraklesa, który znowu mówił sam do siebie:

– Położę się na brzegu swej wyspy i zasnę innym snem. Po śnie błękitnym chcę mieć sen purpurowy!

Król Mirakles ziewnął i znowu położył się na brzegu wyspy. Zapewne zasnął natychmiast, gdyż z pokładu okrętu i ja, i kapitan, i marynarze ujrzeliśmy nagle, że na wyspie powstaje kolejno i stopniowo cudowny gród, pełen purpurowych pałaców, purpurowych drzew i kwiatów, i ptaków. Po chwili gród ten zapełnił się ludnością w purpurowych szatach i zdawało mi się, żem wyróżnił wśród tłumów nowopowstałą królewnę równie piękną jak znikniona Chryzeida.

Nie sądzę, by Wes Anderson kręcąc kultowy The Darjeeling Limited przeczytał uprzednio szósty rozdział Sindbada, a przecież gdy zaczyna się przygoda trzech szalonych braci, wsiadają oni do pociągu, w którym wszystko jest błękitne, również strój księżniczki/stewardessy, gdy przygoda się kończy – pojawia się pociąg, w którym wszystko jest purpurowe.

Barataria (33) Leśmian (13) Sindbad (5)

Ewa Maria Slaska

Głodnemu ślub na myśli

To już nie zapowiedź śmierci, jak to było jeszcze w poprzednim odcinku, to już śmierć sama szczerzy zęby w kolejnym rozdziale przygód Sindbada żeglarza, śmierć głodowa. Sindbad znowu, zwabiony przez Diabła Morskiego, wsiada na statek, dzierżąc w dłoni przynoszący nieszczęście list potwora.

— Rozkazuję — rzekł kapitan — rozkazuję staremu marynarzowi, aby list niezwłocznie rzucił do morza. Ciebie zaś, krewniaku diabelski, wysadzimy na pierwszym lądzie, który po drodze spotkamy. Przypuszczam iż będzie to ląd, a raczej wyspa bezludna, na której albo zginiesz z głodu, albo umrzesz z nadmiaru samotności, albo skonasz z powodu zbyt wyłącznego przebywania sam na sam ze sobą, ile że jesteś nasieniem diabelskim i obecnością swoją nie tylko innym, lecz i sobie samemu możesz, jak myślę, śmiertelnie dokuczyć.

Już po trzech dniach

…ujrzeliśmy przed sobą wyspę samotną, bezludną i skalistą. Na tej właśnie wyspie wysadzono mnie, a raczej kazano wysiąść. (…) Wyspa pokryta była skałami. Zresztą — ani drzew, ani ptaków, ani strumieni, ani nawet źdźbła trawy. Skały, skały i skały. Pomiędzy skałami wiły się ścieżki zawiłe. Zacząłem się błąkać po tych ścieżkach, rozmyślając o bliskiej śmierci głodowej, która mnie czekała…

Jednak nie było aż tak tragicznie, bo

na zakręcie jednej ścieżki ujrzałem pałac kuty w skale. Miał olbrzymie drzwi z szarego kamienia, które stały otworem. Natychmiast wszedłem do wnętrza pałacu. Wbiegłem po pustych schodach na piętro, a stamtąd do obszernych, złocistych komnat, w których unosił się smaczny zapach rozmaitych potraw. Komnaty jednak były puste, bezludne, samotne. Węsząc zapachy smażonego, pieczonego i duszonego mięsiwa, szedłem dalej — z komnaty w komnatę, aż wreszcie w ostatniej komnacie ujrzałem postać ludzką.

W komnacie siedział samotnie ubrany w jaskrawożółte szaty tłuścioch. Zachowywał się tak, jakby jadł najwspanialsze smakołyki, a przecież, jak to Baratarii, nie jadł nic. Zaprosił Sindbada do stołu i ten stół i krzesło, na którym usiadł wyczerpany i głodny wędrowiec, był w tej opowieści jedynym faktem realnym. Stół i krzesło. Reszta była na niby. Niby lokaj, niby nakrycia, niby talerze, misy i półmiski, niby mięsiwa i niby sosy, ryby, owoce, ciasta, chleby. Gospodarz jadł wraz gościem.

Zjedli urojone sardynki, uważając, żeby się nie poparzyć wypili urojony rosół, zagryzając gorącym pasztecikiem. Są to paszteciki mojego własnego pomysłu, wyznał tłuścioch.

W ich wonnym i parnym wnętrzu tkwi odrobina jarząbka, źdźbło kapłona, naparstek móżdżku i złotawa krztyna szpiku wołowego. Piękna to zaiste chwila, gdy owe z rozmaitej dziedziny mięsiwa i tłuszczyki wejdą pomiędzy sobą w milczące porozumienie, ażeby wspólnie utworzyć jednolity i niepodzielny smakołyk! Jarząbek zapożyczy smaku od kapłona, kapłon — od móżdżku, aż wreszcie wszystko troje przesiąknie na wskroś wnikliwym szpikiem, aby napęcznieć, wyprzejrzyścieć i przysposobić się do ostatecznego roztajania na szlachetnym podniebieniu pożądanego gościa!

Zastanawia mnie, czy Leśmian zjadł kiedykolwiek tak wymyślnie nadziewany pasztecik, czy też już w momencie kreowania owego dania na papierze, tworzył dzieło urojone. Wyimaginowanym a niezliczonym daniom towarzyszyły wyimaginowane wina najprzedniejszych gatunków. Sindbad dobrze się nadawał na gościa przy stole nakrytym w Baratarii. Wspaniale udawał, że się przejadł i spił. A przecież…

…głód i wściekłość wstrząsały moim ciałem. Postanowiłem ukarać dziwacznego a nielitościwego gospodarza.
— Nazwałbym cię osłem, gdybyś nie był podobny do wieprza — rzekłem, udając bełkot pijanego i trzepiąc go płazem dłoni po pulchnych podbródkach.
Tłuścioch pośpiesznie usunął się ode mnie.
— Widzę, że się spiłeś nie na żarty, człowieku nieobliczalny! — zawołał z udanym uśmiechem, (…) miarkuję, że ledwo na nogach się trzymasz! Uprzedź mnie przynajmniej, jakich zazwyczaj wybryków imasz się po pijanemu?
— Biję! — odrzekłem.
— Bijesz? — spytał tłuścioch, najwidoczniej truchlejąc:
— Biję! — powtórzyłem z mocą.
— Kogo? — spytał tłuścioch.
Zamiast odpowiedzi porwałem go za kark, obaliłem na ziemię i jąłem raz po raz okładać go pięścią. Przerażenie jego było tak wielkie, że nawet nie krzyknął. Obdarzywszy go odpowiednią ilością razów, podniosłem z ziemi, chwyciłem za gardło i przyparłem do muru.
— Puść mnie, puść! — zawołał, blednąc ze strachu. — Każę ci podać najprawdziwsze, najrzeczywistsze potrawy! Oddam ci za żonę moją córkę jedynaczkę wraz z połową mego majątku!

A więc pojawiła się wreszcie ta obowiązkowa na każdej wyspie czarodziejskiej królewska córka-jedynaczka, która wnosi narzeczonemu w posagu pół królestwa. Pojawia się też obficie a rzeczywiście zastawiony stół biesiadny.

Podczas, gdy pożerałem potrawę, zda się, dwudziestą czwartą, weszła do pokoju cudowna Stella, córka tłuściocha. Była piękna bez zarzutu, lecz miała jedną wadę, mianowicie zbytnią otyłość, którą po ojcu odziedziczyła. Otyłość ta wszakże nie koślawiła jej urody, ponieważ ruchy miała niezwykle zręczne i zwinne, ruchy wiotkiej i smukłej dziewczyny. W jedzeniu lubowała się tak samo jak ojciec i posiadała podniebienie tak samo wytrawne. (…) Po zjedzonym obiedzie, nie zwlekając ani chwili, poślubiłem piękną, aczkolwiek zbyt otyłą Stellę i zamieszkałem w pałacu dobrodusznego tłuściocha.

Niestety, niestety… Poślubiając Stellę Sindbad zapomniał, że ma już jedną żonę, ową poślubioną we śnie i grającą mu na lutni nieistniejącą senną zjawę, Urgelę… A tymczasem niestety Stella cierpiała na bezsenność… To się nie mogło dobrze skończyć. Stella, ogarnięta potworną zazdrością, nie pozwalała mężowi nawet na najkrótszą drzemkę, szczypała go i szarpała, byle by tylko nie spotkał we śnie Urgeli.

Wreszcie stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Stella z pewnej księgi czarodziejskiej dowiedziała się, jakich sposobów trzeba użyć w celu wywleczenia Urgeli z głębiny snów na jawę. Pewnej nocy, gdy zasnąłem, pokropiła mnie wywarem odpowiednich ziół i wymówiła odpowiednie zaklęcie. Pod wpływem owych ziół i zaklęcia Urgela, która właśnie grała w mym śnie na lutni, straciła nagle swoją równowagę senną i wychyliwszy się poza obręb snu w rzeczywistość, znalazła się nagle — drżąca i wylękła — na środku komnaty, przed obliczem gniewnej Stelli. Zbudziłem się natychmiast i ujrzałem scenę, której nigdy nie zapomnę. Żona moja otyłymi dłońmi wpiła się w widmowe, złociste warkocze przerażonej Urgeli. Widziałem, jak dłonie Stelli, nie mogąc rozszarpać zbyt nikłych i niepochwytnych warkoczy, ześlizgnęły się na piersi wróżki i wpiły się paznokciami w jej widmowe, niepochwytne ciało, które było jeno snem zlęknionym. Smukła, powiewna postać Urgeli przepełniła się dreszczem, pod którego przemocą ciało jej tak wyprzejrzyściało, że obicia przeświecały przez nie. Wreszcie dłonie Stelli, nie mogąc wyczuć kształtów Urgeli, podążyły ku lutni złotej, którą w ręku trzymała, wyrwały tę lutnię i poszarpały ją w złote strzępy, które spłonęły jak jęzory ognia i zgasły raz na zawsze. Wówczas jęk i płacz melodyjny wyrwał się z piersi Urgeli.
— Zabiła mnie, pozbawiając lutni! — jęczała Urgela. — Nie dano mi umrzeć, bo nie żyłam, tylko śniłam się ludziom, ale już odtąd nigdy nikomu przyśnić mi się nie wolno!
I z tymi słowy na ustach Urgela znikła, aby już nigdy nie odwiedzić mnie we śnie.
Zbrodnia mojej nieco zbyt otyłej małżonki napełniła mnie takim wstrętem i oburzeniem, że natychmiast opuściłem pałac i, pędząc co tchu przed siebie, skierowałem swój bieg ku morzu.

No i jak zwykle, przy brzegu akurat (akurat! pamiętamy to bajkowe słowo?) przepływał okręt…

Taka to bajka. A cztery prawdy z niej wynikające? Jedną rozpoznaję natychmiast:
Zazdrość to uczucie, które nakarmi się byle czym, nawet zjawą senną.
Jedna jest oczywista i kończy każdą bajkę: Nie ma bajkowych skarbów i bajkowych ożenków, a za każdym bajkowym ślubem czai się zbrodnia lub przynajmniej jej możliwość.
Trzecia prawda głosi, że każdego znienawidzimy kiedyś za to, za co go pokochaliśmy.
I czwarta wreszcie, że każda czarodziejska wyspa jest czarodziejska tylko dopóki nie stanie się naszym życiem, a wtedy nagle będzie formą codziennej niewoli. Doświadczyli tego wszyscy, którzy pogonili kiedyś za jakąkolwiek ułudą. Bo gdy ułuda stanie się życiem, to trzeba będzie robić to co zawsze, żyć swoje życie.

Była taka książka Maria Vargasa Llosy o Gauginie. Nazywała się Raj tuż za rogiem (2003, El paraíso en la otra esquina). Marna książka, ale właśnie o tym. O rajskich wyspach, na których cierpimy nędzę, chorujemy na syfa i nawet samobójstwo się nam nie uda, po prostu żyjemy nasze marne, niekiedy podłe życie. I nic nas nie uratuje. Aż umrzemy.

Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891

Krzysztof Masłoń napisał o tej książce:
“Najsilniejsze jednak i najpiękniejsze jest autorskie przekonanie o znaczeniu sztuki. Bo to ona, to arcydzieła Gauguina, przetrwały w ludzkiej zbiorowej pamięci, a nie jego marne, niekiedy podłe, życie”.


Maleńka uwaga poza tematem: Ilustratorzy, autorzy okładek, recenzenci książki Llosy (ja też) wyrządzają autorowi paskudną krzywdę. Otóż w powieści cały czas jest mowa o “Paulu”, dopiero na ostatniej stronie czytelnik dowiaduje się, o kogo chodziło.  A my wszyscy tymczasem swobodnie i bez oporów zdradzamy to, co w każdej książce najważniejsze – jej tajemnicę.

Barataria (32) Leśmian (12) Sindbad (4)

Ewa Maria Slaska

Zapowiedź śmierci

Tym razem Sindbad dostał się na wyspę, bo akurat w pobliżu kolejnej wyspy zgraja Pił napadła okręt, którym płynął w nieznane, i

… sprawnie przepiłowała dno. Załoga przesłaniała dziury, jak i czym można było, ale walka była zbyt trudna. O ile bowiem łatwo sobie z jedną Piłą poradzić, o tyle trudno z gromadą. Zresztą doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością. Zwątpiliśmy o ocaleniu! Woda strumieniami wrywała się do okrętu, szumiąc, pieniąc się i sycząc. Okręt szedł na dno. Czekała nas okrutna śmierć wśród Pił.

Na szczęście skacząc udało się załodze, a było na okręcie trzystu chłopa, dostać na ową wyspę, a tam, okazało się, mieszkał karłowaty lud wyglądem przypominający ni to czarne psy ni diabły.

W okamgnieniu roje karłów zakrzątnęły się wokół i natychmiast jedne z nich ustawiły przed nami stół, drugie — zydle, a reszta pobiegła do pobliskiej lepianki, z której wypadła gwarnie, niosąc dziwaczne kielichy i pokrętne butle. Zasiedliśmy do stołu w oczekiwaniu jadła i napoju. Karły podały nam kielichy i ze wstrętnym uśmiechem na twarzy napełniły zielonkawym trunkiem z pokrętnych butli. Trunek ten wydzielał woń tak gęstą, ponętną, upajającą i oszałamiającą, że kapitan i wszyscy marynarze z zachwytem wychylili do dna swe kielichy, zanim zdążyłem ich ostrzec. Byłem pewien, że trunek ten zawierał jakieś zioła senne, które odbierały przytomność i obezwładniały najzupełniej tych, co się nie oparli jego wonnym urokom. Toteż nie opróżniłem swego kielicha. I dobrze uczyniłem. Domysły moje sprawdziły się niebawem. Kapitan pierwszy, a po nim kolejno wszyscy marynarze nabrali dziwnych, obłędnych, nieprzytomnych wyrazów twarzy. A był to obłęd dziwny i nieprzytomność osobliwa, zaczęli bowiem mówić rzeczy tak niespodziane, że włosy dęba stanęły mi na głowie! Oto ni mniej, ni więcej, ale z wielkim znawstwem i amatorstwem jęli doradzać rozmaite przyprawy i sposoby smażenia, najbardziej odpowiadające gatunkowi ich ciał. Zauważyłem z przerażeniem, iż karły nasłuchują uważnie tego, co mówią owi nieprzytomni. Widocznie świadome były naszego języka, chociaż udawały, że nic nie rozumieją.
Kapitan, macając swe pulchne policzki i pomlaskując przy tym językiem, mówił na wpół do nas, na wpół do siebie:— Z takich policzków warto dwa befsztyki na świeżym masełku usmażyć. Z lekka po wierzchu obrzuciłbym je struganym chrzanem i otoczyłbym wieńcem z rumianych, tymże masłem przepojonych kartofelków. Na to jeden ze starych marynarzy, uderzając się po żylastych udach, zawołał:— Z takich udźców szynkę bym uwędził nie na zwykłym dymie, lecz na jałowcowym, gdyż ten ostatni dodaje osobliwego smaku, odsmaku i posmaku. Wówczas jeden z młodszych marynarzy, przyglądając się swym dłoniom kościstym, rzekł z uśmiechem zadowolenia: — Dobry byłby ze mnie rosołek — rosołek na kościach z dodatkiem pietruchy, marchwi, selerów tudzież kilku wonnych liści kapuścianych.

Sindbad uniknął pożarcia przez karły-łakomczuchy i oczywiście spotkał na owej karlej wyspie kolejną przepiękną księżniczkę. Piękna była lecz czarna, co jest oczywistym odwróceniem przez pana Leśmiana słynnego wersu Oblubienicy z Pieśni nad pieśniami. Nigra sum sed formosa. Królewna, podobnie jak nasz bohater, nie wypiła trunku, uniknęła więc śmierci, ale jej ojciec zginął marnie. Przeżył życie jako król, opowiedziała dziewczyna, a umarł jako potrawka z kaparami w sosie śmietanowym. Wcale zresztą nie była naprawdę czarna, przeciwnie biała była jak alabaster, ale jeden z karłów przymusił ją do małżeństwa i pomalował na czarno, żeby go nie oślepiała.

— Jestem dość kochliwy — mówiłem dalej — i bardzo być może, iż pokocham ciebie, gdy poznam bliżej. Trudno mi teraz zapewnić tobie moją miłość, ponieważ czarność twej twarzy przesłania mym oczom całkowity czar twej postaci, myślę jednak, że da się tę czarność odmyć lub odbarwić.
— Nie da się — szepnęła smutnie Armina,
— Czemu? — spytałem.
— Potworny karzeł poczernił mnie taką maścią, że wszelkie odmycie lub odbarwienie może mnie o śmierć przyprawić. Rozwieję się w nic i zniknę ci sprzed oczu jako sen.

Czyli, podobnie jak wszystkie inne królewny z bajek, tak i ta nosiła w sobie swe własne zniknięcie. Wszystkie one, nie tylko te, które spotykał Sindbad, nie istniały naprawdę, były ułudą, tak typową dla mieszkanek Baratarii.

Motyw pastuszka, który żeni się z królewną pojawia się w baśniach, mitach i legendach  założycielskich na całym świecie i jest oczywistą pozostałością matriarchatu. Nie pamiętam już, gdzie przeczytałam tezę, że gdy księżniczka ożeni się z pastuszkiem, podciągnie go na swój poziom i uczyni z niego króla, gdy jednak to król poszuka sobie prostej dziewczyny, zabawi się tylko i zostawi tam, gdzie była, najczęściej z dzieckiem… Zresztą co tam król, w końcu Faust też zabawia się, można by rzec, po królewsku, z Małgorzatą, po czym zostawia ją na pastwę Losu i nieubłaganego Prawa. Ciekawe, że paskudna historia uwiedzenia pobożnej dziewczyny i porzucenia jej z dzieckiem zyskała sobie miano Dzieła!

Wróćmy jednak do naszych baranów. Sindbad i Armina uciekają z wioski ludożerców i  docierają na brzeg wyspy, gdzie akurat przepływa okręt, który zabierze ich na pokład. Tam staje się, co się stać musiało, kapitan okrętu ma akurat przy sobie maść odbielającą (akurat to takie poręczne baśniowe słowo) no i…

Nie byłaż to jednak jedyna wyspa w tej opowieści. Okręt zawiózł bowiem Sindbada do wyspy króla Pawica, gdzie w życiu Sindbada pojawiła się kolejna kobieta nosząca w sobie zapowiedź śmierci. Miała na imię Kaskada i tym razem nie była to księżniczka, lecz zwykła mieszczka, tyle że bardzo ponętna, co jednak nie było zbyt dziwne, bo wszystkie kobiety na wyspie króla Pawica były nadzwyczaj ponętne. Kaskada miała przedziwny obyczaj, że lubiła wbiegać na skały i rzucać się z nich w dół, siłą rzeczy musiała więc nie tylko żyć w zgodzie z imieniem, ale też tak właśnie umrzeć. Niestety w królestwie króla Pawica mąż kobiety, która umarła, musiał zostać wraz z nią pogrzebany w skalnej jaskini. Biedny Sindbad nie wiedział o tym, gdy decydował się na ślub z Kaskadą.

Sindbad nie podaje się tak łatwo, korzystając z faktu, że jest przecież cudzoziemcem, pertraktuje z królem: Czy nie mógłby uzyskać — na przykład — przywilejów zwłoki, przewłoki lub odwłoki? Nie uzyskuje jednak żadnych specjalnych względów. Gdy Kaskada zabije się lecąc ze skały, Sindbad na własnym grzbiecie poniesie w góry szklaną trumnę ze zwłokami żony, a za nim wozy powiozą cały jego ruchomy dobytek. Spuszczą go na dno sztolni grobowej wraz z trumną, po czym zwalą mu na głowę wszystko, co posiadał, na zakończenie zaś obrzędu dadzą mu na drogę w zaświaty siedem bochnów chleba i siedem dzbanów wody.

Tak się grzebało kiedyś władców, a przedtem jeszcze  – władczynie, ze sługami i dobytkiem, a w królestwie króla Pawica królewski pogrzeb przysługuje każdej zmarłej kobiecie. Mąż jest ofiarowanym zmarłej sługą. W bajce nie ma mowy o tym, by w sytuacji odwrotnej postępowano podobnie i jak w Indiach wraz ze zmarłym mężem grzebano jego małżonkę. Nasuwa się tu jednak nieuchronnie myśl, że im mniej posiadasz, tym większą masz szansę, że uniesiesz cało głowę z samego obrządku pogrzebowego.

A jeśli czytelnik pomyśli sobie, że szkoda wrzucać do grobu wszystko, co zmarła posiadała, i że lepiej by było zostawić coś dla dzieci, powiem, że i to znane jest w kulturach świata, na przykład jako indiański potlach (potlacz) czyli przymusowa wymiana lub przymusowe rozdawanie dóbr. Potlacz był przymusową redystrybucją, wzmagał wydajność pracy, ale skłaniał też do zachowania umiaru w posiadaniu. Badacze podkreślają społeczne funkcje potlaczu jako środka wymuszającego wyrównanie szans. Na wyspach melanezyjskich podobny obrzęd nazywał się kula.

Dom do sprawiania obrzędów potlaczu, tzw. Wielki Dom Wawadit’la w Thunderbird Park, w British Columbia, wybudowany przez szefa potlaczów, rzeźbiarza i śpiewaka, Mungo Martina, zwanego Nakapenkem, w roku 1953.

Po kilku dniach błąkania się w podziemnym mieście pełnym szklanych trumien i wszelkiego ludzkiego dobytku, Sindbad trafia na szklaną trumnę stojącą w pustej niszy. Ciało pięknej zmarłej jest nienaruszone. Młoda kobieta trzyma w ręku lutnię. Na wieku trumny wyryty został napis: Rozbij szklaną trumnę uderzeniem pięści, a co ma się szczęścić, to ci się poszczęści.

To już trzecia kobieta w tej opowieści, i najbardziej ułudna z nich wszystkich. Nie zapowiada śmierci, bo wprawdzie jest, ale jej nie ma, nie umrze więc…

Uniosłem pięść do góry i z całych sił uderzyłem w szklaną trumnę. Rozpadła się z jękiem i dzwonieniem na drobne kawałki. W tej samej chwili postać kobiety jakby ocknęła się ze snu. Jedną dłonią przetarła oczy, a drugą zmacała lutnię, jakby chcąc się przekonać, czy jej nie zgubiła. Wreszcie, przyciskając lutnię do piersi, powstała i z wolna zeszła z głazu na ziemię. Wówczas wzrok jej padł na mnie.
— Tyś rozbił trumnę? — spytała głosem tak śpiewnym, że nie śmiałem na razie odpowiedzieć, wydało mi się bowiem, iż winienem w odpowiedzi zanucić jakąś pieśń cudowną. Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, odrzekłem:
— Tak — rozbiłem twą trumnę, odczytawszy napis na głazie.
— Należę przecież do ciebie, bo przyrzekłam, iż poślubię człowieka, który rozbiję moją trumnę i przywróci życie memu ciału.
— Dawno temu umarłaś? — spytałem.
— Nie umierałam nigdy — odrzekła.
— Czy nigdy nie żyłaś na ziemi?
— Nie żyłam nigdy.
— Powiedz, kim jesteś?
— Nie jestem. Nie ma mnie wcale. Nie istnieję. Nie umiem istnieć. Umiem się tylko śnić tym, którzy są snu spragnieni. I oto teraz śnię się tobie. Śniłam się dawniej królowi Pawicowi, gdy był jeszcze młodzieńcem, lecz go tak męczył ów sen, że kazał mnie jakiemuś czarownikowi przyłapać na gorącym uczynku zjawiania się we śnie i — przyłapaną — zamknął w szklanej trumnie, którą spuszczono w podziemia i utwierdzono w niszy na tym oto głazie. Wówczas wyśniłam napis, któryś na głazie odczytał, a dość mi wyśnić cokolwiek, aby się to spełniło. Napis się spełnił. Obiecałam sobie w duchu poślubić tego, kto ów napis odczyta i trumnę rozbije, aby mnie znowu powołać do czynności sennych. Poślubić znaczy dla mnie tyle, co śnić się. Będę się tobie odtąd śniła wiernie, posłusznie i dozgonnie. Będę ci we śnie grała na mojej lutni pieśni rozmaite. A lutnia moja jest dziwna — dość pieśnią wzruszyć jej struny, aby żarzyły się blaskiem rozmaitym, który wszelkie mroki rozwidnia. (…)
— Nazywam się Urgela.
Powtórzyłem kilkakroć jej imię, aby je zapamiętać, ona zaś, grając, prowadziła mnie dalej po korytarzach podziemnych. Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć. Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.

Pozdrowienia z Baratarii…

Barataria (31) Leśmian (10) Sindbad (3)

Ewa Maria Slaska

I tę przygodę Sindbada świetnie pamiętam z dzieciństwa. Czytałam tę książkę w najstarszym chyba wydaniu powojennym, z czarno-białymi ilustracjami Szancera. Niestety nie mam jej i w sieci też jej nie ma, w każdym razie na pewno nie ma ilustracji z Górą Magnetyczną.


Przygoda piąta. Diabeł Morski udaje człowieka i zachęca Sindbada do kolejnej podróży. My jednak jesteśmy dopiero przy przygodzie trzeciej:

Góra Magnetyczna

— Baczność! — zawołał kapitan głosem, pełnym rozpaczy. — Widzę z dala czarną plamę, która jest na pewno — Górą Magnetyczną!
Ta sama śmiertelna bladość powlekła natychmiast oblicza wszystkich marynarzy. Nie rozumiałem na razie, ale przekonałem się wkrótce, czym grozi okrętowi najmniejsze zbliżenie się do Góry Magnetycznej. Góra owa ma szatańską własność przyciągania wszelkich przedmiotów metalowych. Nie tylko kotwica, kufry żelazne, noże, łyżki i inne sprzęty, ale nawet gwoździe, którymi zbite są deski okrętowe, wyskakują same ze swych miejsc i odlatują ku owej Górze, aby zwiększyć jeszcze jej objętość. Nadaremnie marynarze starali się skierować okręt w stronę przeciwną. Wicher gnał go wprost ku Górze Magnetycznej. Po chwili dziwaczne i straszliwe działanie na odległość owej Góry dało się odczuć na okręcie. Luneta wyrwała się z rąk kapitana i w ciągu jednej chwili, znikła mu sprzed oczu. Natychmiast i ja, i wszyscy marynarze, i sam kapitan — uczuliśmy szybkie i nerwowe odrywanie się guzików od naszej odzieży. Całe powietrze napełniło się tysiącem metalowych guzików, które, jak chmara drobnych owadów, pofrunęły ku Górze Magnetycznej. Pozostaliśmy bez guzików. Ubranie dolne opadło z nas nagle, obnażając nogi, dygocące od strachu. Wszakże nogi kapitana tkwiły mocno i mężnie na przodzie okrętu. Lecz oto — niestety — gwoździe z desek okrętowych zaczęły wyskakiwać ze rdzawym hałasem i odlatywały niezwłocznie ku straszliwej Górze, której wierzchołek już wyraźnie ukazał się naszym oczom. Okręt, pozbawiony gwoździ, zaczął się z wolna rozpadać. Woda przeniknęła do jego wnętrza. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do Góry Magnetycznej. Rondle, noże, widelce i łyżki z kuchni okrętowej, dzwoniąc i pobrzękując, uniosły się w powietrze i z kotwicą na czele pofrunęły ku Górze Magnetycznej. Dziwno mi było i nieswojo, gdy patrzyłem na owe zgoła niezgodne z codziennym ładem — odloty rozmaitego żelastwa, które ptasim obyczajem unosiło się w powietrze. Jeszcze dziwniej i jeszcze bardziej nieswojo czułem się wówczas, gdy w chwili uciszenia wichrów i nagłej pogody, stwierdziłem, iż ostatnia obręcz żelazna, która jako tako trzymała w zespole nasz okręt, zerwała się zeń ku górze, pozwalając mu rozsypać się na drobne części. Zanim to się jednak stało i zanim okręt z całą załogą poszedł na dno, zdążyłem jeszcze spostrzec, iż kocioł, w którym zazwyczaj zupy warzono, wtoczył się sam na schody i podskakując biegł po schodach na pokład. Miałem tyle przytomności umysłu, że do tego kotła wskoczyłem. Kocioł natychmiast wraz ze mną wzbił się w powietrze i pofrunął ku Górze Magnetycznej. Po drodze spotkałem w powietrzu tu i owdzie całe roje spóźnionych rondli, widelców i dukatów. Wszystko to leciało na oślep i na wyścigi ku Górze Magnetycznej. Siedząc wygodnie we wnętrzu kotła, wychyliłem nieco głowę i spojrzałem w stronę naszego okrętu. Atoli nie było po nim ani znaku. Zatonął wraz z całą załogą. Jeno od czasu do czasu wyfruwał jeszcze z wody zgoła spóźniony scyzoryk, guzik lub dukat z kieszeni zapewne samego kapitana, który w tej chwili leżał martwy na dnie morskim. Wreszcie — na ostatku — wyfrunęły z morza ogromne okulary, które widziałem na nosie kucharza okrętowego. Po czym wszystko ucichło.

Jak się domyślamy, góra znajdowała się na wyspie, porośniętej jeno pokrzywą, co mi jako żywo przypomina kolejną moją wyspiarską przygodę – wykopaliska na wyspie  Komorowskiej na jeziorze Bytyńskim w Wielkopolsce. Był upał niemiłosierny, wyspę porastały tylko ogromne pokrzywy, a szef był dobrym archeologiem ale marnym szefem, czyli nie umiał nas zachęcić do zainteresowania się tym, co robimy. Kopaliśmy faktorię rzymską ulokowaną na wyspie, bo wyspa zapewniała większe bezpieczeństwo nagromadzonym tam skarbom – ozdobom i sztyletom z żelaza oraz bursztynom. Kopaliśmy w upale, bzyku gzów i zapachu pokrzyw i nudziliśmy się jak psy… Nikt z nas nie zdołał się zapalić do myśli, że kopiemy świetną rzecz w świetnym miejscu, które dziś zostało zakwalifikowane do kategorii “Polska niezwykła”:

Komorowo. Jezioro na Szlaku Bursztynowym.
Na wysuniętej najbardziej na północ Wyspie Komorowskiej archeolodzy znaleźli ślady osadnictwa mezolitycznego. We wczesnej epoce żelaza istniał tam ważny gród ludności kultury łużyckiej, podobny do słynnej osady w Biskupinie. Otaczał go szeroki owalny wał o drewnianej konstrukcji skrzyniowej. W obrębie grodu znaleziono ponad 900 grudek bursztynu, dlatego nadano mu nazwę “faktoria na szlaku bursztynowym”. Liczne znaleziska archeologiczne świadczą, że wyspa była zamieszkiwana jeszcze w X-XII w.

Około 30 km na zachód od Poznania znajduje się rezerwat ornitologiczny „Wyspy na Jeziorze Bytyńskim”. Utworzony został w 1980 roku i zajmuje powierzchnię około 30 ha. Obejmuje on sześć wysp, wraz z roślinnością szuwarową porastającą ich brzegi. Powierzchnia całego jeziora wynosi około 308 ha.

A my? my czekaliśmy aż będzie wreszcie godzina 16, powiosłujemy do brzegu, schowamy się w cieniu i będziemy spać lub pić piwo, a potem, jak się obudzimy, będziemy myć, suszyć i opisywać to, co tego dnia znaleźliśmy. Nuda, nuda, nuda. Romantyzmem archeologii można mącić w głowie młodym pannom i starszym paniom, ale na co dzień życie archeologa to gzy i pokrzywy. Na wyspie Komorowskiej trwało to miesiąc.

Sindbad natomiast nie zabawił długo na swej pełnej pokrzyw wyspie, bo już wieczorem zgodnie z zaleceniami, jakie przekazała mu w liściku “płomienna Sermina”, stanął na brzegu i zawołał: Bywajcie, bywajcie!, na co otoczył go rój srebrnych ludzików, szewczyków i krwaczyków, którzy go odpowiednio wystroili na spotkanie z księżniczką Serminą. Zaczym, opowiadał potem Sindbad,

…zjawił się przede mną rydwan ognisty, zaprzężony w cztery ogniste rumaki. Wsiadłem do rydwanu i po chwili rumaki ogniste uniosły mnie w powietrze. Słyszałem jedynie szum ognistych kół i parskanie ognistych rumaków, którym ze ślepi i z nozdrzy sypały się nieustanne skry. Zdawało mi się, że ogarnął mnie jakiś pożar zaklęty, w którym za chwilę spłonę na popiół. Nie spłonąłem wszakże. Przeciwnie — ogień, z którego utkany był rydwan oraz czwórka rumaków, — wywiewał z siebie łagodną a pełną różanej woni ochłodę.

Sermina mieszkała zapewne na jakiejś zupełnie innej wyspie, w podziemnym pałacu, do którego naszego kochasia doprowadził jej śpiew:

W podziemiach śnię i marzę,
W ustach mam roje słów.
Podziemne korytarze
Pełne są moich snów.
Dość mi rozkazać snowi:
Śnij mi się tak a tak!
A sen się już różowi,
Podając złoty znak.
Jam tu — z mym snem i losem,
Najpłomienniejsza z dziew!
Idź w ślad za moim głosem,
Dla ciebie nucę śpiew!

Tak Sindbad dotarł do drzwi ukrytych pod krzewem różanym. Zgodnie z instrukcją Serminy zerwał jedną różę i ową różą prowadził po drzwiach tak, jakby pisał — litera po literze — jej imię, a drzwi niezwłocznie się rozwarły. Ujrzał pod nimi schody marmurowe i po tych schodach zszedł do podziemi, gdzie czekała już na niego, bo już od dawna przeznaczyła mu tysiąc pierwszych uderzeń swego serca.

Była oczywiście piękna i była królewną. W bajkach tak już jest. Nawet na wyspach pełnych pokrzyw mieszkają piękne królewny.

Musisz najpierw wysłuchać mojej krótkiej opowieści, która ci wytłumaczy wiele tajemniczych rzeczy. Jestem córką króla tej wyspy, na której znajduje się Góra Magnetyczna. Mała to wysepka, ale dziesięć lat temu istniało na niej cudowne i bogate miasto. Ludność tego miasta składała się z samych poetów, prócz jednego tylko człowieka, który się nazywał Ktokolwiek i który poetą nie był. Ów Ktokolwiek dzięki swemu sprytowi i pomimo wrodzonej głupoty zawładnął wkrótce całym miastem. Wszyscy bowiem uwierzyli w jego wyższość i uważali go za geniusza. Sam król powierzył mu rządy miasta. Ktokolwiek zaczął rządzić. Pod wpływem jego rządów kwiaty, drzewa, pałace i cała ludność — słowem wszystko tak doszczętnie zszarzało, iż szarość owa przyprawiła o melancholię i króla, i jego poddanych. Poeci zaczęli z wolna wymierać i po pewnym czasie wymarli wszyscy co do jednego, zbudowawszy uprzednio pomnik owemu Komukolwiek. Umarł wreszcie król. Zostałam tylko ja i Ktokolwiek oraz jego pomnik. Ktokolwiek chciał mnie pojąć za żonę. Wolałam jednak umrzeć, niż zostać jego żoną. Ponieważ znałam sztukę czarnoksięską, przeto rzuciłam na niego czary śmierci. Ktokolwiek umarł. Byłam sama jedna na wyspie. Pewnego dnia ujrzał mnie przelatujący przypadkowo nad naszym miastem czarodziej Murumadarkos. Upodobał mnie sobie, porwał mnie w objęcia i uniósł do tego właśnie podziemia. Pod wpływem jego czarów, muszę przebywać w tym podziemiu wraz z moim ulubionym białym kotem, któremu przeznaczyłam pięćset uderzeń mego serca.

Murumadarkos odwiedza mnie tylko co trzy lata i wówczas bierze mnie zazwyczaj ze sobą na spacer — po powietrzu, gdyż przepadam za takimi napowietrznymi spacerami. Wczoraj właśnie był dzień jego odwiedzin. Odbyłam już z nim ów spacer napowietrzny, podczas którego ujrzałam ciebie na brzegu wyspy. Znów mam trzy lata zupełnego spokoju. Nie mogę powiedzieć, abym nie lubiła Murumadarkosa. Przeznaczyłam dlań trzy uderzenia mego serca. Jest on wszakże zawzięty, potężny i straszny. Zabiłby każdego, kogokolwiek zastałby w podziemiach. Nikomu bowiem nie wolno zwiedzać tych podziemi. Możesz tu jednak z całym spokojem na trzy lata zamieszkać. Strzeż się jeno tego lustra, które stoi w kącie pokoju, naprzeciwko mego łoża, oraz tego łuku, który wisi w przeciwległym kącie pokoju. Gdybyś strzałą z owego łuku wypuszczoną ugodził w owo lustro — Murumadarkos natychmiast zjawiłby się w podziemiach. Ów łuk i lustro zostawił umyślnie w mym pokoju, abym go mogła przywołać w razie jakiejś nagłej potrzeby lub katastrofy.

Tak jest, wiemy już, co się stanie i wiemy, że, przebóg, ale nie może się stać inaczej. W pałacu było mnóstwo cudownych komnat i ogrodów, gdzie rosły podziemne drzewa, kwitły podziemne kwiaty i śpiewały podziemne ptaki. Jak u Konwickiego – Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Właśnie czytam tę książkę, a wsiąka ona wieloma kanałami w inne moje lektury (jeszcze o tym napiszę), nic więc dziwnego, że połączyła się z opowieściami o Sindbadzie.

Sindbad i Sermina zamieszkali w pałacu, ale przepędzili tam wspólnie zaledwie pięć dni (na Baratarii nie przebywa się wszak dłużej). Piątego wieczora do sypialni królewny zakradł się ohydny szczur i waleczny Sindbad porwał łuk i… ach nie, nie uwierzycie jak po stokroć typowe dla Baratarii jest zakończenie tej bajki. Czy pamiętacie opowieść o pięknej Helenie i walce Menelaosa z Proteuszem Wiecznym Zmiennikiem? Oto kolejna wersja tych zmagań z krainy ułudy:

Strzała z łuku trafiła w lustro, przywołując czarownika. Rozzłoszczony mąż zmienił się w olbrzymiego psa…

Pies rozwarł paszczę i chciał się już rzucić na mnie, gdy Sermina przedzierzgnęła się w wilka. Wilk rzucił się na psa i rozpoczęła się wściekła walka. Podczas tej walki pies nagle przeobraził się w tygrysa. Wówczas wilk przemienił się we lwa. Tygrys stał się nagle — żółtym z zazdrości i złości płomieniem. Z niepokojem spojrzałem na lwa, czekając, w co się teraz odmieni. Lew po krótkim namyśle rozwichrzył się w cudowny, purpurowy płomień. Przypomniałem sobie wówczas, iż Sermina słynęła jako płomienna. Dwa te płomienie — żółty i purpurowy — wichrząc się i powiewając jęzorami, splotły się i zgmatwały wzajem ze sobą. Długo trwała walka płomieni. To żółty, to purpurowy unosił się wzwyż, panując nad przeciwnikiem. Mocowały się ze sobą — wijąc się kłębami po ziemi, polatując ku sklepieniu, prześlizgując się po ścianach, paląc po drodze kotary i makaty. Wreszcie znieruchomiały obydwa i zwarły się w jeden ognisty, żółto-purpurowy zamęt. Znać było iż tężą się i zmagają w walce ostatecznej. Zaparłem dech i z zamarłem w piersi sercem śledziłem skutki walki, od której zależało życie moje i Serminy. Nagle płomień żółty zachwiał się, syknął, zadymił i zaczął z wolna wątleć, przygasać, szarzeć, aż w końcu, zamieniony w popiół, opadł na ziemię. Sermina zwyciężyła! W kształcie purpurowego płomienia zbliżyła się do mnie i owiała moją twarz wonnym, czarownym, upojnym żarem. Wyciągnąłem dłonie i pogrążyłem je w purpurowym płomieniu. Nie spaliły się, jeno zadrgały, przejęte wnikliwą spiekotą podobną do spiekoty wiosennego południa. Rozchyliłem wargi i zacząłem wdychać wonny żar, który wywiewał się z płomienia. Spijałem też żar purpurowy chciwie i radośnie, gdyż przelewał mi się do piersi i uderzał do głowy jako wino.
— Sermino! — szepnąłem — tyżeś to jest — taka płomienna?
— Jam jest — odrzekła
— Co się dzieje z tobą? Odpowiedz, bo nie widzę twej postaci?
— Płonę — szepnęła Sermina. (…)
— O, jeżeli możesz, przywróć sobie dawną postać, bo oczy moje stęskniły się do twego widoku!
W tej chwili purpurowy płomień zawichrzył się, rozwiał i na jego miejscu zjawiła się dawna Sermina, ale jakże zmieniona, jakże blada, jakże dziwnie smutna i zadumana!
— Zwyciężyłam Murumadarkosa, spalając go w popiół marny i nikczemny, ale nie wolno zwyciężać — bezkarnie! Przybrałam na się postać płomienia, ale nie wolno płonąć — bezkarnie! Kto raz zapłonął — ten musi spłonąć do końca! Wiedziałam o tym, co mnie czeka, ale nie mogłam uniknąć przeznaczenia! Gdy Murumadarkos zamienił się w płomień musiałam gwoli zwycięstwu przeciwstawić się mu w równie płomiennej postaci. Patrz na mnie, póki jeszcze trwam na ziemi, gdyż oto zbliża się chwila mojej śmierci. Zwyciężając Murumadarkosa — wyratowałam ciebie. Ratując ciebie — musiałam sama siebie unicestwić. Płonę, płonę nadal, płonę beznadziejnie!

Tu przynajmniej bez trudu odczytujemy cztery prawdy, o których pouczać nas ma każda leśmianowska opowieść o Sindbadzie.

Nie wolno zwyciężać — bezkarnie! nie wolno płonąć — bezkarnie! Kto raz zapłonął — ten musi spłonąć do końca! I nie możemy uniknąć przeznaczenia!

Barataria (30) Leśmian (9) Sindbad (2)

Ewa Maria Slaska

Przygody Sindbada żeglarza na wyspie ptaka Roka

Bo to jednak wyspa jest, co jednakże autor raz jeden tylko zechciał zauważyć. No ale to starczy, wyspa to wyspa, i należy mi się jak każdemu wiernemu giermkowi podążającemu za Sprawą. Podążam i w zamian oczekuję gubernatorstwa wyspy jakiej, choć wciąż ani takowej nie spotkałam, która by mnie przykuła na dłużej, ale też, przyznaję, nikt mi jak dotąd żadnej insuli nie zaoferował, ani na wodzie ani nawet na lądzie.

Ptaka Roka i całą historię o nim dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Był wielki, mieszkał w dziupli ogromnego dębu, gdzie miał gniazdo, a w nim małe, a w głębi dziupli znajdowało się zejście do czarodziejskiej różowej komnaty, gdzie mieszkała czarodziejska księżniczka. Na swoją chwałę muszę dodać, że bycie księżniczką nie nazbyt mnie w dzieciństwie interesowało i, jeżeli w ogóle, to chciałam być księżniczką indiańską, która konno przeskakuje przez wysokie palisady. No jeszcze ewentualnie wchodziło w rachubę bycie samotną księżniczką w ogromnym pałacu otoczonym ogromnym ogrodem, którą odwiedza książę, przynosząc w podarunku poczwarkę motyla. Obie historie zaczerpnęłam oczywiście z książek, tę indiańską z powieści Błękitny ptak, którą przemieszałam chyba z Ziemią Słonych Skał, tę o księżniczce w pałacu – z Tajemnic motyli, uzupełnionych Tajemniczym ogrodem.

Jajo Roka, z którego wykluwa się pisklę (Sindbad znalazł takie jajo na piaszczystym brzegu wyspy, na którą po trzech dniach zmagań z falami wyrzucił go sztorm; jajo musiało zostać dopiero co złożone; przez otwór w skorupie nasz bohater miesiącami najpierw wypijał białko, a potem żółtko, aby wreszcie w pustej skorupie sporządzić sobie mieszkanie)

Rok w Baśniach z 1001 nocy niszczy statek Sindbada. W wersji leśmianowskiej statek zostaje zniszczony przez burzę, a Rok zabiera z pustej plaży jajo z mieszkającym w nim Sindbadem i zanosi je do gniazda w wielkim dębie. Pod drodze odsłania swemu pasażerowi na gapę tajemnicę Diamentowej Kotliny. Naukowcy podejrzewają, że ptaszysko, rodem z orientalnych baśni, podobnie jak smoki, jest jakimś nie dającym się wyjaśnić ludzkim wspomnieniem o dinozaurach (nie dającym się wyjaśnić, bo między wyginięciem dinozaurów a pojawieniem się naszego najstarszego praprzodka australopiteka upłynęło 55 milionów lat)

Za: http://audio-bajki.pl/bajki-z-calego-swiata/item/121-przygody-sindbada-zeglarza-przyg-druga-cz-2

***
Lektura Sindbada po latach tylko uzupełniła zapamiętaną opowieść, a te zapomniane szczegóły, jak na przykład ogromne jajo na plaży czy kotlina pełna diamentów, skrywały się gdzieś bardzo płytko pod warstwą niepamięci i gdy raz się pojawiły, już pierwszym słowem wyciągały na powierzchnię całe zdania zapamiętane w dokładnym brzmieniu. Przypomniały też wszystkie moje własne wyobrażenia, które wtedy przydałam historii pana Leśmianowej. Księżniczka miała więc na sobie złoto-różowe przejrzyste szarawary i spowijały ją różowe szale. Gdy trzydzieści lat potem byłam w Indiach, spotkałam takie księżniczki…

Sięgam do sterty zapisanych zeszytów, większość ma czerwone okładki, ciekawe dlaczego, przecież wcale nie lubię tego koloru. Niemal natychmiast znajduję trzeci zeszyt z podróży do Nepalu i Indii, a pierwszy indyjski. To właśnie ten zeszyt! Księżniczki są prawie na początku; przyjechaliśmy do miasta Bikaner.

Poniedziałek, 18 lipca 1994

Wyjeżdżamy z Delhi. Noc w pociągu sypialnym. Budzi mnie o 7 rano pustynia Thar. Jest dziwnie bogata w ludzi, zwierzęta i rośliny. Jakieś zielone trawy podobne do rdestu i róży jerychońskiej, krzewy, jedyny znany mi to tamaryszek, drzewa.
Stada kóz, krów i garbatych zebu. Wielbłądy ciągną sochy lub małe wózki. Mają szlachetnie uniesione głowy i nie chodzą lecz stąpają, wyglądają bardzo godnie.
Mężczyźni przypominają Arabów z filmów przygodowych. Ciemne płonące oczy, gęste czarne brwi i wąsy, olśniewająco białe zęby. Noszą luźne jasne szaty i zawoje z szali. Kobiety – nawet te, które zbierają wyschnięty nawóz na pustyni – są zawsze w kolorowych sari, tu nawet bardziej kolorowych niż w Delhi.
Na szczycie góry piasku siedzą sępy.

Dojeżdżamy do Bikaner – pięknego miasta barwy pustyni na pustynnym szlaku karawan. Ulice szersze i czystsze niż w Starym Delhi, ale może to tylko suchość powietrza sprawia wrażenie czytości, bo nic nie gnije. Miasto jest piaskowo-biało-różowe, a forty i pałace są jak z bajki, pełne ażurowych wieżyczek, kopulastych dachów na cienkich słupkach i misternie rzeźbionych w arabeski wypełnień okiennych.

Po forcie chodzi z nami grupa Hindusów, w tym trzy kobiety, które natychmiast nazywam w duchu księżniczkami pustyni. Mają ciemnoróżowe szaty z wielkimi przejrzystymi szalami, którymi zakrywają twarz przed obcymi. Szale, spódnice i bluzki są bogato wyszywane srebrem, biust i sutki specjalnie nawet podkreślone haftem. Ale wszystko, rękawy, paski, obrzeża szali, kapie od srebra. Do tego złota biżuteria – bransolety na rękach i nogach, kolczyki, kwiatki w nozdrzach. Najstarsza nosi pod szalem małe dziecko o ogromnych czarnych, podkreślonych henną oczach.
Gdy tak zwiedzają piękne pałace, przechodzą wzdłuż białych basenów, przystają pod mozaikowymi sklepieniami i w niszach okiennych ozdobionych błękitnymi kwiatami – nie mogę się nadziwić, że one, tak jak i my, po prostu zwiedzają te pałace, a nie są ich mieszkankami.

W ogóle całe miasto ma upalną różową atmosferę baśni. Gdyby nie ryksze motorowe, samochody i rowery, można by pomyśleć, że jesteśmy w bajce z tysiąca i jednej nocy. To wrażenie potęguje się jeszcze, gdy na skraju ulicy widzę trzy kobiety w sari o głębokich, czystych barwach – zieloną, pomarańczową i czerwoną. Jak w jednej z opowieści o Sindbadzie żeglarzu w pięknej wersji Leśmiana – cztery księżniczki-rybki; czerwona, żółta, zielona i niebieska.

I trzeba zdmuchnąć ogień, by je odczarować, a nie jest to łatwe, bo czar każe cały czas tańczyć w szaleńczym tempie… Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał kot, który chadzał własnymi drogami. I uwierzcie mi, nie pamiętałam, że wspominałam w zapiskach z Bikaneru prozę pana Leśmiana.

Nie przychodzą mi do głowy cztery pouczenia, jakich nam w tej opowieści udzielił Leśmian, ale jedno, moje własne, wynika z tego wpisu na pewno. Spotkałam w Indiach prawdziwe księżniczki, niewidzialne, spętane pięknymi strojami, otoczone szpalerem krewnych czy służących, pilnujących każdego ich kroku. Ja nie miałam jedwabnych szat haftowanych srebrem, ale byłam wolna i nikt mnie nie pilnował.