Stuart intermezzo

Gdy tak sobie idę sama dokądś, daleko, najlepiej na pielgrzymkę, gdy już uporządkuję wszystkie bieżące myśli i zadania, gdy już przypomni mi się wszystko, o czym zapomniałam, zdarza się, że zaczynam się bawić sama ze sobą w różne gry pamięciowe czy skojarzeniowe, perypatetyczne słówka i państwa-miasta, ruchome piaski spontanicznej twórczości i wędrujące wydmy wiedzy. Jedną z takich zabaw było sprawdzanie, co wiem o jakimś państwie… Państw jak wiadomo jest prawie 200, jest się więc czym zabawiać. Oczywiście nie mam najmniejszego pojęcia o Wyspach św. Tomasza, ale już wiem na przykład całkiem sporo o Wyspach Zielonego Przylądka… Spróbujcie kiedyś, to fajna zabawa… Dziś Australia. Joanna Trümner i Lech Milewski co i rusz przenoszą nas na ten odległy kontynent. Gdy Joanna wczoraj napisała, że kolejny odcinek o Stuarcie przesunie się o tydzień, natychmiast zaproponowałam jako intermezzo moją ulubioną zabawę i napisałam, z czym mi się kojarzy Australia. Kangury, opale, koala, eukaliptus, Kościuszko, Ayer Rock, dziobak, kukabura, aborygeni, wielbłądy, hiacynty wodne, króliki, lirogon, psy dingo… No i znaczki i paczki od cioci z Australii. Znaczki pełne były nieznanych zwierząt, a paczki to było niezwykłe ruchome święto, bo choć potem z reguły się okazywało, że niemal żaden ciuch nie nadaje się do noszenia, to były tam cudowne zabawki, a samo rozpakowywanie paczki było nadzwyczajnym wręcz przeżyciem. Mama zawsze czekała na nas z otwarciem paczki. Wracałyśmy ze szkoły i nagle w szaroburej rzeczywistości PRL-u otwierało się okno do kolorowego świata. Były matchboxy i lalki-niemowlaki, pokoik dla lalek z mebelkami wykładanymi różowym jedwabiem w kwiatuszki, kolorowanki z Królewną Śnieżką i myszką Miki, srebrne pocztówki i teatrzyk… I sterty kolorowych ciuchów. Różowe i seledynowe sweterki, wielkie atłasowe suknie balowe, fiołkowe i ciemnoniebieskie,  czerwone i żółte szale… Koronki, tafta, jedwab… Brokat, hafty… Jaki piękny, piękny świat…

Joanna przysłała nam na dziś kilka australijskich fotografii. Nie układam ich w żaden specjalny sposób, nadałam im tylko nazwy, a komputer je wg tych nazw ułożył. I oto zaczynamy od okna do innego świata… Z Australią widocznie tak jest…

sydneyskalki sydney sydneyfoko sydneykang sydneykoala sydneyopera

Złoto Lassetera (1)

Lech Milewski

22 października 1929 roku James Scullin – Partia Pracy – został mianowany premierem Australii. Dwa dni później rozpoczął się wielki krach finansowy na Wall Street, premier dowiedział się, że Australia zbankrutowała.

Albert Green, poseł do parlamentu federalnego reprezentujący okręg wyborczy Kalgoorlie (w Australii mamy jednoosobowe okręgi wyborcze) przypomniał sobie otrzymany kilka dni wcześniej list:
… pozwalam sobie przekazać sugestię dotyczącą rozwoju górnictwa a przy okazji rolnictwa w pańskim elektoracie. Wiadomo mi od lat o bogatych złożach złota w Centralnej Australii, które są absolutnie bezużyteczne bez zaopatrzenia w wodę. Nie mam wątpliwości, że bez trudu znajdzie się w Anglii 5 milionów funtów kapitału potrzebnego na rozwój górnictwa w tym terenie, jeśli tylko sprawa zaopatrzenia w wodę zostanie załatwiona.
Jako kompetentny geodeta i poszukiwacz złota podejmuję się za wynagrodzeniem 2,000 funtów wyznaczyć trasę rurociągu…
Z uszanowaniem
L.H.B. Lasseter“.

Mała ciekawostka – okręg wyborczy Kalgoorlie ma powierzchnię 868,576 km2, dla porównania – Polska – 312,679 km2. Ilość osób uprawnionych do głosowania w 2016 roku – około 88,000.

Wielka inwestycja, która zapewni pracę tysiącom ludzi – to było dokładnie to, czego potrzebowała australijska ekonomia i reprezentujący klasę pracującą rząd.
Złoto i setki kilometrów wodnego rurociągu. Brzmiało to może fantastycznie, ale precedens już był – trzydzieści sześć lat wcześniej odkryto złoto w Kalgoorie, zbudowano rurociąg, powstało całe nowe miasto – KLIK.

Sprawę przekazano specjalistom. Spotkali się z autorem listu, Haroldem Lasseterem, który powiedział, że 18 lat temu, około 250 mil na zachód od Alice Springs odkrył kwarcową odkrywkę, z ktorej pobrał próbki materiału. W drodze powrotnej jego koń padł w okolicach Lake Amadeus – KLIK – w związku z czym musiał porzucić większość pobranych próbek i doniósł do cywilizacji tylko około 2 kg materiału, którego analiza wykazała zawartość złota 3 uncje (85 gramów) na tonę.

Sprawę uznano za ważną. Nie na tyle, żeby odrazu brać się za wyznaczanie trasy rurociągu, ale uzasadniającą podjęcie poszukiwań złota we wskazanym rejonie. Informacja na ten temat dotarła do ministra gospodarki Artura Blakeley i premiera Scullina.

W marcu 1930 roku w siedziba Australijskiego Związku Robotników (AWU – Australian Workers Union) w Sydney przypominała sztab walczącej armii. Strajki, protesty, starcia z policją.
W gabinecie unijnego bossa – Johna Bailey – odbyło się tajne spotkanie. Harold Lasseter zaprezentował swoją historię Johnowi, jego synowi Ernestowi, związkowemu delegatowi do spraw górnictwa i wszędobylskiemu dziennikarzowi Errolowi Coote.

Opowieść brzmiała nastepująco – dawno temu, ponad 30 lat, jako młody chłopak opuścił statek przybrzeżny w Cairns (wschodni brzeg Australii) i postanowił szukać szczęścia na złotodajnych polach Kalgoorlie. Kupił dwa konie, zaopatrzenie i ruszył w poprzek Australii – dystans – bagatela około 3,500 km. Gdzieś w okolicy McDonnell Ranges zgubił się, padł mu jeden koń, kończyły mu się zapasy żywności. I właśnie wtedy zauważył w oddali wysypisko kamieni, których dziwny kolor zwrócił jego uwagę – to wyglądało jak płatki złota. Złota rafa na pustynnym oceanie. Szeroka na jakieś 12 stóp (4 metry), długa na kilkanaście mil.
Skrupulatnie zarejestrował w pamięci wszystkie istotne szczegóły terenu, wypełnił dużą torbę próbkami i ruszył na zachód w nadziei znalezienia jakiejś osady. Kilka dni błądził wsród piaszczystych wydm i wyschniętych słonych jezior. W końcu padł bez zmysłów ściskając w dłoni torbę z próbkami. W takim stanie znalazł go afgański poganiacz wielbłądów.
Szczęśliwie dowiózł go do znajdującego się niedaleko obozu rządowego geodety Hardinga. Ten przywrócił go do życia i razem ruszyli do Carnavon – portu na zachodnim wybrzeżu Australii, nad Oceanem Indyjskim.
Lasseter pokazał Hardingowi swoje próbki, a ten stwierdził, że tak bogatych próbek zlota jeszcze nie widział. Proponował Lasseterowi wspólny powrót do złotej rafy, ale ten odmówił, koszmar ostatnich przeżyć był zbyt wielki.

Minęły trzy lata, podczas których obaj panowie byli w kontakcie, i wreszcie Lasseter zgodził się. W Carnavon zakupili wielbłądy i ruszyli na wschód. Pamięć nie zawiodła. Lasseter odnalazł znaki rozpoznawcze i dotali do złotej rafy. Spędzili tam kilka dni, przewędrowali wszerz i wzdłuż, pobrali liczne próbki. Dokonali sekstantem pomiarów pozycji geograficznej.
Po powrocie Harding próbował znaleźć zamożnych wspólników do zorganizowania firmy wydobywczej, ale nie było chętnych. Po co szukać złota tak daleko, skoro tutaj, w Kalgoorlie, jest go pod dostatkiem?
Harding próbował nawet znaleźć inwestorów w Anglii, też bez powodzenia, drogi Lassetera i Hardinga rozeszły się, Harding zmarł.

A więc ma pan współrzędne geograficzne złotej rafy?
Oczywiście, ale jest pewien problem… otóż po powrocie z wyprawy okazało się, że zegarki Lassetera i Hardinga późniły się o ponad godzinę. Nie wiadomo, jak duże było opóźnienie w momencie robienia pomiarów.
Znający się na nawigacji Errol Coote szybko policzył w pamięci – godzina i kilkanaście minut, powiedzmy 1/20 obwodu kuli ziemskiej – na naszej szerokości geograficznej to oznacza dystans około 1,500 km czyli rafa może być gdzieś na Oceanie Indyjskim.
– Ale przecież nadal pamiętam istotne punkty w terenie, wystarczyły mnie i Hardingowi, wystarczą i teraz.

Wszystkie oczy zwróciły się na speca do spraw górnictwa… długa na 10 mil, szeroka na 12 stóp, głęboka na powiedzmy 100 stóp. 3 uncje z tony, to daje… skromnie licząc 66 milionów funtów.
John Bailey nie miał wątpliwości – rozwalimy depresję w jeden dzień. I nie będziemy się oglądać na rząd federalny. My, związkowcy, zrobimy to sami.

Errol Coote i Ern, syn Johna Baileya, nie mogli ochłonąć z wrażenia, poszli razem do kawiarni. Errol Coote był fanatykiem lotnictwa i początkujacym pilotem. Właściwie to nie miał jeszcze licencji pilota, ale to drobiazg techniczny.
– Ten projekt prosi się o samolot. Zrobimy lot, który przyćmi sławę lotów nad Atlantykiem i Pacyfikiem. Wyobrażasz sobie, jakie przyjęcie zgotuje nam tłum?
– A co myślisz o tym, żeby wziąć torbę drobnych złotych nugatów i rozrzucić je z okna samolotu? – wtórował mu Ern Bailey.

John Bailey miał już kandydata na kierownika ekspedycji poszukiwawczej – Fred Blakeley, brat Artura, ministra gospodarki.
W wieku lat 14 opuścił dom i zaczął szukać opali, a potem złota. W 1908 roku przejechał na rowerze w poprzek Australii, ponad 2200 mil po bezdrożach i pustyniach. Istotnym faktem było pokrewieństwo z ministrem. To może sugerować, że projekt ma poparcie rządu.

Errol Coote został mianowany szefem transportu. Oczywiście pierwsze kroki skierował na lotnisko. Jego uwagę zwrócił Gipsy Moth, dwupłatowiec zaprojektowany z myślą o krótkich wyścigach. Kosztował 600 funtów, Coote nadał mu nazwę Golden Quest.

Nie minęło kilka dni, a John Bailey zarejestrował firmę C.A.G.E. – Central Australian Gold Exploration Company – KLIK. Sam siebie mianował prezesem i powiadomił, że będzie pełnił swoją funkcję honorowo. Wtajemniczeni twierdzą, że swój wkład finansował z unijnych funduszów. Strukturę firmy opracował w ten sposób, że robiła wrażenie instytucji charytatywnej. Sekretarzem kompanii mianowal swojego syna. Obecny na zebraniu manager brytyjskiej fimy Thornycroft zadeklarował bezpłatne pożyczenie na sześć miesięcy sprawdzonego na pustyniach syryjskich pojazdu terenowego – dla chwały Imperium a Australii w szczególności.
W ciągu kilku godzin zebrano potrzebny kapitał ponad 5,000 funtów.

John Bailey dokooptował do składu ekspedycji bardzo istotną osobę, był to kapitan Charles Blakiston-Houston, asystent gubernatora Australii Lorda Stonehaven. Gubernator miał objąć stanowisko za kilka mięsiecy, było  więc trochę wolnego czasu. To była bardzo cenna osoba – Charles Blakiston-Smith był doświadczonym podróżnikiem, miał za sobą udział w wyprawie na Mt Everest. A do tego asystent gubernatora – a więc i król (Jerzy V) jest z nami.
Ekspedycję uzupełniali Phillip Taylor – mechanik i George Sutherland – doświadczony górnik i poszukiwacz złota.

Podstawowy plan – ekspedycja wyruszy z Alice Springs na południowy wschód, około 250 mil (400 km), w stronę jeziora Amadeus, a tam zda się na pamięć Lassetera.
50 mil za Alice Springs Lasseter zaznajomi wszystkich członków grupy z informacjami pozwalającymi znaleźć złotą rafę. Na wszelki wypadek Lasseter zdeponował w banku list z tymi informacjami. List może być otwarty tylko po powrocie Lassetera do Sydney lub w przypadku jego śmierci.

Członkowie ekspedycji i samochód Thornycraft dotarli do Alice Springs pociągiem na początku lipca. Errol Coote i Phillip Taylor dolecieli tam samolotem. Czasu było mało gdyż w sierpniu temperatura rośnie, a we wrześniu przychodzą upały i susza. Jednak powinni zdążyć.

Ekspedycja C.A.G.E. nie zrobiła w Alice Springs wielkiego wrażenia. Miasteczko, właściwie osada, żyło bieżącymi sprawami – ktoś znalazł dokumenty na temat złóż złota bardzo przypominających rafę Lassetera i ruszył tam z wielbłądami. Zainteresowanie wzbudził tylko samochód – potężny Thornycroft sprawdzony na Bliskim Wschodzie podczas I Wojny Światowej.
– Za ciężki na nasze tereny, za niskie zawieszenie – komentowali miejscowi.

Główną osobą w Alice Springs był Ernest Allchurch, który sprawował tam funkcję sędziego i naczelnika poczty. Był to dobry znajomy Blakeleya jeszcze z lat wędrówek rowerowych po Australii. Ernest Allchurch przez kilka lat pracował jako operator stacji telegrafu na linii Adelajda-Darwin, a potem brał udział w kilku próbach przejechania w poprzek Australii samochodem. Podczas tych podróży bardzo użyteczna była jego znajomość telegrafu – potrafił podłączyć się do linii telegraficznej w dowolnym miejscu i nadać depeszę.
W spotkaniu z Ernestem Allchurch brał również udział Lasseter, który okazał się bardzo rozmowny i opowiadał o pobycie w Alice Springs. Wspomnienia zadziwiły gospodarza, zadał kilka pytań kontrolnych i bez ceremonii stwierdził, że Lasseter nigdy dotąd nie był w Alice Springs i fantazjuje.

Uważny czytelnik tego wpisu może już zauważył nieścisłości w relacji Lassetera. Podczas spotkania z przedstawicielami rządu twierdził, że na złoto natrafił 18 lat temu, podczas rozmowy w siedzibie związków zawodowych było to już 30 lat.

Lasseter

Kim był Lasseter?
Lewis Hubert urodził się w 1880 roku w małej miejscowości około 120 km od Melbourne. Matka zmarła, gdy był małym dzieckiem, ojciec utrzymywał się ze strzyżenia owiec i polowania na króliki, kaczki, indyki. Prócz tego ostro pił i traktował syna bardzo źle.
14-letni Lasseter uciekł z domu i wkrótce został złapany podczas napadu z bronią. Sąd skierował go do domu poprawczego dla chłopców (Boys’ Reformatory Home), z którego po niecałym roku uciekł.
Według Lassetera następne cztery lata spędził jako artylerzysta na okręcie floty brytyjskiej, odwiedził Anglię, kontynentalną Europę i USA.
Dokumenty potwierdzają tylko to ostatnie.
W 1901 roku Lasseter ożenił się w stanie Nowy York, miał dwoje dzieci, stał się praktykującym mormonem i ukończył sporo korespondencyjnych kursów zawodowych, między innymi geodezji.
W 1908 roku przeprowadził się wraz z żoną do Australii (ich dzieci zmarły jeszcze w USA) i wydzierżawił farmę, na której hodował konie dla austraijskiej armii. Okazał się człowiekiem o licznych talentach – wybudował innowacyjny dom, publikował artykuły w lokalnej gazecie, pilotował prom przewożący bydło.

Gdy wybuchła I Wojna Światowa próbował zaciągnąć się do armii. Powoływał się na swoją służbę w brytyjskiej marynarce, ale nie posiadał na to żadnego dowodu. Nie przyjęto go z powodów medycznych, za drugą próbą przyjęto go, ale zwolniono tego samego dnia, gdy usłyszano, że chciałby dostać się do lotnictwa, gdyż jego przyjaciel obiecał zapewnić mu samolot.

W 1918 roku ożenił się, mimo że nie miał rozwodu. Po dwóch latach ożenił się ponownie, również bez rozwodu. W tym małżeństwie miał troje dzieci.

Rodzina mieszkała w Sydney. Lasseter przez pewien czas pracował przy budowie mostu Sydney Harbour Bridge…

Sydney Harbour Bridge
Jest w tym nieco ironii gdyż w 1913 roku przedłożył on projekt budowy jednoprzęsłowego mostu nad zatoką Sydney…

Lasseter - most

Projekt odrzucono jako nierealny. Autor zrealizowanej wersji mostu – John Bradfield – przedłożył swoje plany dwa lata później, zostały one wstępnie zatwierdzone w 1916 roku. Nic dziwnego, że gdy w roku 1923 rozpoczęto budowę mostu, Lasseter zgłosił pretensje i domagał się finansowej rekompensaty, uznania pierwszeństwa jego projektu. Bezskutecznie. Z pracy przy budowie mostu został również szybko zwolniony, gdyż wciąż sprzeczał się z przełożonymi.

Wcześniej, jeszcze w roku 1915, gdy wojska australijskie walczyły z Turkami na półwyspie Gallipoli nad cieśniną Dardanelską, Lasseter złożył projekt przekopania kanału, który pozwoli brytyjskim okrętom ominąć cieśninę i zaatakować z morza Konstantynopol.
Inny pomysł z tego okresu to stworzyć grupy bojowe do walki w okopach wyposażone w strzelby śrutowe.
Jeszcze inny – w oczekiwaniu na japońskie działania wojenne na Pacyfiku zbudować w Townsville bazę lotniczą. Ta koncepcja została zrealizowana podczas II Wojny Światowej.
I jeszcze – propozycja skontruowania działa o zasięgu ostrzału ponad 150 km.

Przeszłość Errola Coote również była dość zagmatwana. W 1917 roku zgłosił się do wojska, został wysłany do Wielkiej Brytanii a tam spędził większość czasu w aresztach i obozie pracy za ucieczki ze służby i drobne kradzieże.

Fred Blakeley miał inne sprawy na głowie. Okazało się, że Thornycroft jest wyjątkowo paliwożerny – galon na 3 mile – około 80 l/100 km.
Ekwipunek ekspedycji – zakładano, że potrwa do sześć tygodni – ważył ponad dwie tony. Do tego paliwo i zapasy wody. Na dwie ostatnie pozycje trzeba było wynająć ciężąrówkę. Fred nie wiedział jak się zabrać za ładowanie bagażu. Szef transportu – Errol Coote – głównie zajmował się samolotem. Bardzo przydatny okazał się Charles Blakiston-Houston, doświadczenie z wypraw himalajskich procentowało – opracował szczegółowy plan pakowania i ładowania. Za dwa dni byli spakowani.

Dodatkowym kłopotem były ciągłe depesze od kierownictwa kompanii w Sydney. Blakeley zorientował się, że ktoś donosi na niego i krytykuje każde jego posunięcie. Łatwo było się domyślić kto – Errol Coote.
Być może z tego powodu i aby mieć w zespole kogoś lojalnego, Blakeley zdecydował się na wynajęcie jeszcze jednego samochodu – osobowego chevroleta – wraz z kierowcą – doświadczonym wędrownikiem Fredem Colsonem. To nie był zły pomysł – lekki samochód osobowy stanowił jedyny sposób odwrotu, gdyby ciężki Thornycroft zawiódł.
Oczywiście nie konsultował tej decyzji z szefem transportu. Od tego czasu jego konflikt z Errolem Coote był oczywisty. Coote powiadomił centralę o niezrozumiałych posunięciach szefa wyprawy, a jednocześnie starał się pozyskać zaufanie Lassetera, między inymi sugerując mu, że Blakeley i Colson mają plan wyprowadzenia ekspedycji w pole i zagarnięcia dla siebie całego skarbu.

W takiej miłej atmosferze, 24 lipca 1930 roku, ekspedycja ruszyła w drogę – prowadził chevrolet Colsona, w nim Blakeley i Coote, następnie Thornycroft – Taylor, Blakiston-Houston i Lasseter, ciężarówka z zapasami paliwa – Colson i Sutherland.
Sporym zaskoczeniem był bagaż osobisty Lassetera – pokaźna walizka. Tego jeszcze na australijskiej pustyni nie widziano.
Po przejechaniu kilkuset metrów utwardzonej drogi trzeba było przejechać przez wyschnięte koryto rzeki Todd River. Tego mostu jeszcze wtedy nie było…

Todd River

Thornycroft ugrzązł w miękkim piasku. Cała osada zbiegła się żeby podać pomocną dłoń a przy okazji pożartować sobie z poszukiwaczy złota.
Tego dnia przejechali 30 mil.

P.S. Jeśli czytelnik tego wpisu odniósł wrażenie, że u organizatorów wyprawy entuzjazm górował nad rozsądkiem, to polecam tę wiadomość sprzed kilku dni – KLIK – bryła złota o wadze ponad 4 kg znaleziona niecałe 150 km od naszego domu. Kto szuka nie błądzi.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.

Stuart (7)

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

Jesus Christ Superstar, Andrew Lloyd Webber, 1971

Joanna Trümner

Jezus

Święta Bożego Narodzenia i koniec starego roku zbliżały się wielkimi krokami. Na rozgrzanych słońcem ulicach Sydney pojawiły się wielkie, sztuczne choinki z bombkami i brodaci mężczyźni z białymi brodami, poprzebierani za Świętego Mikołaja. Wyglądało to tak egzotycznie, że po raz pierwszy od przylotu do Australii Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak daleko jest Anglia i zimowe sztormy w Walton.

Pieniądze, które zaoszczędził dzięki pracy w szkole, topniały w przerażającym tempie i Stuart brał każde zlecenie, żeby poprawić swą sytuację finansową – występował w klubach, kościołach, domach starców i restauracjach. Wpadł w kierat codziennych występów i szukania nowych zleceń – kierat, przez który brakowało mu czasu na pisanie nowych kompozycji. Jego koncerty składały się wyłącznie z piosenek, które przywiózł ze sobą z Anglii, swoich i cudzych utworów, które znał w międzyczasie na pamięć.

Cyniczne słowa ojca, „wszystko w życiu jest ciężką pracą, tymi samymi, wykonywanymi codziennie czynnościami”, zagnieździły mu się w głowie i coraz częściej łapał się na tym, że nie pamięta, kiedy i dla kogo napisał swoje utwory. Codzienne występy nabrały automatyzmu i z przerażeniem zaczął stawiać sobie pytanie, czym ta praca różni się od pracy robotnika na taśmie fabrycznej? Z biegiem tygodni coraz bardziej uświadamiał sobie, że znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, która coraz bardziej oddala go od drogi, o której kiedyś marzył.

Podczas występów zmieniała się tylko publiczność i jej reakcje. Najbardziej zaskakiwali go mieszkańcy domów starców, którym śpiewał starsze, spokojne utwory i proste melodie, poznane podczas pierwszych lekcji nauki gry na gitarze. Na jego oczach i dzięki jego muzyce ci zagubieni, nieobecni duchem starsi ludzie wracali do życia i przypominali sobie o świecie, który pulsował przed drzwiami. Stuart widział w ich oczach tyle wdzięczności za poświęcony im czas, że odbieranie gaży wprawiało go za każdym razem w zakłopotanie. W Wigilię sprezentował mieszkańcom dwóch domów wspólne śpiewanie kolęd. Z niedowierzaniem obserwował, jak twarze wiekowych słuchaczy stają się młodsze i pełne radości. Widok ludzi, którym dzięki muzyce udało się na kilka chwil wrócić myślami do najszczęśliwszych dni w życiu utwierdził go w przekonaniu, że nigdy jeszcze nie dał nikomu cenniejszego prezentu.

W sylwestrowy wieczór czekał go pierwszy występ w prestiżowym Królewskim Klubie Jachtowym w północnej części miasta. Kiedy w kilka minut po ósmej wszedł do klubu sala pękała w szwach. Wśród gości byli głównie ludzie w wieku jego rodziców, członkowie najstarszego i najbardziej elitarnego klubu jachtowego w mieście, elita Sydney – nieliczni, którym przez własną pracę albo dzięki przekazywanym z pokolenia na pokolenie pieniądzom udało się znaleźć wśród najbogatszych mieszkańców miasta.

Na myśl o tym, że słuchać go będą ludzie, którzy mieli okazję słyszeć koncerty najlepszych muzyków w najlepszych salach koncertowych świata, ogarnął go niepokój, strach przed tym, że nie uda mu się do nich dotrzeć. Jednak jego pełne melancholii i poszukiwania piosenki przypominały słuchaczom o młodości i pomogły im na kilka godzin uciec od uczucia, że teraz, kiedy mogliby spełnić prawie każde swoje życzenie, tak niewiele rzeczy sprawia im radość.

Gdy dziesięć przed dwunastą kończył koncert, rozległy się głośnie brawa, przez chwilę Stuart odniósł wrażenie, że nawet ściany tego renomowanego klubu, które widziały w swojej historii tak wiele sławnych osób, że nic nie powinno już być dla nich zaskoczeniem, zaczęły lekko drżeć. Zegar wybił dwunastą i zaczął się rok 1972. W kilka minut po północy przy Stuarcie zebrał się tłum słuchaczy, którzy chcieli mu podziękować za wspaniały koncert. Z trudem udało mu się dotrzeć do Iana, żeby złożyć mu życzenia noworoczne.

Ian zajęty był rozmową ze starszym mężczyzną, który właśnie wrócił z samotnej podróży jachtem dookoła świata. Nieznajomy, rzeczywiście przypominający klasycznego żeglarza, zaskoczył Stuarta, witając go słowami: „Powinniśmy porozmawiać o Jezusie”. W momencie, kiedy Stuart zaczął się zastanawiać, czy ma przed sobą nawiedzonego faceta, który zacznie go zaraz namawiać do przyłączenia się do jakiejś nowej sekty, Ian powiedział: „Przepraszam, nie zdążyłem was przedstawić, to Jack Flannagan z Wellington, chciał z tobą porozmawiać o musicalu Jesus Christ Superstar”. Jack był dyrektorem Domu Operowego w Wellington. Bombardował Stuarta pytaniami. Ich rozmowa przypominała raczej egzamin albo wstępną rozmowę o pracę niż przypadkowe spotkanie na imprezie sylwestrowej. Umówili się na spotkanie wieczorem w klubie.

W kilkanaście godzin później popijali dżin z tonikiem i rozmawiali o musicalu. Jack od kilku miesięcy jeździł po całym świecie, szukając odpowiedniej obsady, Sydney było ostatnim przystankiem jego poszukiwań. Podczas podróży po Anglii, Stanach i Kanadzie poznał wielu kandydatów do roli Jezusa, ale kiedy usłyszał Stuarta nie miał wątpilwości, że właśnie on będzie najbardziej autentycznym, nie zepsutym przez godziny treningu wokalnego i dziesiątki występów, trochę zagubionym i szukającym swojej drogi Jezusem. „W Wellington też żyją ludzie” – powiedział, widząc na twarzy Stuarta pewne wahanie, „i żyją lepiej, niż w innych częściach świata. Przekonasz się, jak zobaczysz umowę.” Premiera tego granego na całym świecie musicalu miała odbyć się pod koniec maja, na kilka dni przed Zielonymi Swiątkami, próby miały zacząć się w połowie lutego. Pod koniec rozmowy Jack zaprosił Stuarta na tygodniową wizytę w Wellington. Na koszt teatru.

W drodze powrotnej do schroniska Stuart bił się z myślami, zastanawiając się, czy to przypadkowe spotkanie jest dla niego szansą, łutem szczęścia, o którym marzy każdy człowiek, czy też kolejnym ślepym zaułkiem w życiu. Pierwszą noc Nowego Roku spędził na zwierzaniu się ze swoich wątpliwości Ianowi. Przyjaciele wspólnie rozważali wszystkie „za” i „przeciw” wyjazdu do Wellington i przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca doszli do wniosku, że warto z tej szansy skorzystać.

W dziesięć dni później Stuart znalazł w wynajętej na poczcie skrzynce grubą kopertę z biletem do Wellington i czekiem na 500 dolarów od Jacka. Kilka dni później siedział w samolocie. Podczas lądowania w stolicy Nowej Zelandii przeszła mu przez chwilę przez głowę myśl, że właśnie znalazł się w najgłębszej prowincji świata – miejscu, o którym większa część ludzkości nigdy nie słyszała i nie usłyszy.

Jack odebrał go z lotniska i całe popołudnie minęło im na oglądaniu miasta, które miało duży urok i w miarę poznawania coraz bardziej traciło charakter prowincji. Zarówno Opera House jak i wiele budynków na ulicach Wellington mogłoby równie dobrze stać w Londynie albo Sydney.

Stuart nocował w jednym z najlepszych hoteli w mieście i patrząc na otaczający go komfort, myślał o tym, że los chyba naprawdę się do niego uśmiechnął. Dzień przed powrotem do Sydney podpisał umowę na bardzo korzystnych warunkach, oprócz wysokiego, wypłacanego co tydzień wynagrodzenia, teatr zapewniał mu bungalow na przedmieściach i dawał do dyspozycji samochód. W zamian za to Stuart zobowiązywał się do grania roli Jezusa przez pół roku z opcją na przedłużenie umowy i gościnne występy w innych miastach Nowej Zelandii.

W miesiąc później zaczęła się jego przygoda z Jezusem na drugim końcu świata. Przygoda z najstarszą i najczęściej opowiadaną bajką świata, która dzięki staraniom Jacka miała być opowiedziana w nowoczesny, zrozumiały dla wszystkich sposób.

 

Cdn.

 

Reblog: Język australijski?

Tekst ukazał się na zaprzyjaźnionym blogu “Rozmowy w altanie” ze dwa lata temu

Lech Milewski

Znak zapytania w tytule to rezultat obejrzenia tego filmiku – KLIK. Aktor zwraca uwagę na specyficzną cechę australijskiego akcentu – tendencję do podwyższania melodii zdania pod jego koniec. To może stwarzać wrażenie, że zdanie jest pytaniem(?) – może to być dowodem, że Australijczycy nie czują się zbyt pewni siebie? że unikają kategorycznych stwierdzeń? że oczekują od rozmówcy potwierdzenia? akceptacji?
Czasami może to wyglądac na makabreskę – na przykład taka relacja z wakacji – Suzie została zjedzona przez rekina? Czasem mogłoby to zmienić oblicze świata – na przykład gdyby Jezus był Australijczykiem, to pierwsze błogosławieństwo z Kazania na Górze mogłyby brzmieć: Błogosławieni ubodzy duchem????

Tak więc język australijski nie istnieje (*), ale na pewno istnieje australijska wymowa. Anglicy nazywają ją – Australian whine – czyli jęczenie, stękanie. Mają niestety rację. Australijczycy mają tendencję do mówienia szybko, pod nosem, bez otwierania ust. Popularnym wytłumaczeniem jest ciągłe niebezpieczeństwo połknięcia muchy. Stąd bierze się popularne określenie Australian saluteKLIK – ilustracja tutaj – KLIK. Zlinkowany filmik przedstawia sielankową scenę, piknik, odganianie much gałązkami. Rzeczywistość jest bardziej bezwzględna – odgania się dłonią. W dzienniku telewizyjnym oglądam liczne sceny nagrane w terenie gdzie rozmówcy odganiają muchy, czasem bezskutecznie, a czasem po prostu je połykają.

Najbardziej autorytatywnym demonstratorem australijskiej wymowy może być chyba nasz były premier Bob Hawke. Tutaj jego występ już na emeryturze – KLIK.

Wybrałem jeszcze dwie prezentacje języka australijskiego – pierwsza, to wprowadzenie do australijskiego slangu – KLIK – druga, to tłumaczenie z australijskiego na angielski – KLIK.

Łatwo zauważyć charakterystyczną cechę australijskiego slangu – skracanie słów. I tak: Australijczyk to Ozzie, mieszkaniec Tasmanii – Tassie, komar – mozzie, barbecue – barbie, uniwersytet – uni, zwolnienie chorobowe (sick day) – sickie, kruche ciastko (biscuit) – bikkie, motocyklista (bike rider) – bikie, ambulans – ambo, murarz (bricklayer) – brickie, taaa – dziękuję. Kompletny słownik podany jest tutaj – KLIK.

Na zakończenie zapraszam do wysłuchania nieoficjalnego hymnu Australii – piosenki Waltzing Matilda…

W tej piosence nie brak typowo australijskich określeń, poniżej ich tłumaczenie:- swagman – osobnik włóczący się od farmy do farmy w poszukiwaniu dorywczego zajęcia i jakiejś strawy. Dachu nad głowa mu nie potrzeba, bo swagman nosił na plecach swag czyli prosty brezentowy śpiwór. Na głowie nosił kapelusz z korkami odganiającymi muchy – patrz tutaj – KLIK. Oprócz śpiwora jego podstawowym wyposażeniem był wspomniany w piosence billy – metalowy garnek do zagotowania wody na ognisku.- billabong – jeziorko powstałe w martwej odnodze rzeki – słowo pochodzenia aborygeńskiego.- tucker bag – torba na jedzenie. Słownik tłumaczy tucker na żarcie. Aborygeni używali go jako generalne określenie żywności.- jumbuck – owca. Ponownie słowo o aborygeńskim rodowodzie – patrz tutaj – KLIK.- squatter – osadnik na królewszczyźnie (crown land). Początkowo słowo to miało pogardliwy charakter – osadnik bez prawa do ziemi. W Australii wszystko przekręciło się do góry nogami. Squatters gospodarowali na ogromnych połaciach lądu, dorobili się dużych majątków i stali się tutejszą arystokracją. Nic dziwnego, że w piosence squatterowi towarzyszą policjanci i biednemu swagmanowi nie pozostaje nic innego jak utopić się w jeziorku.(*) Pominąłem w tym wpisie sprawę języków aborygeńskich. Niestety wiem bardzo mało na ten temat. Zainteresowanych odsyłam do wikipedii – KLIK. Powyżej podałem dwa przypadki przeniknięcia aborygeńskich słów do australijskiej gwary. Kolejnym jest boomerang chociaż tu sprawa nie jest taka prosta – patrz tutaj – KLIK.

Listy z Australii

Lech Milewski

Jerilderie letter

Jerilderie to niewielka miejscowość na pograniczu stanów Wiktoria i Nowa Południowa Walia, 315 km na północ od Melbourne.

8 lutego 1879 roku do miasteczka zawitał Ned Kelly ze swoją bandą. Mieszkańcy Jerilderie dobrze znali tę groźną twarz…

Takie plakaty pojawiły się we wszystkich miejscowościach w tych okolicach i nie bez powodu. W październiku poprzedniego roku banda Neda Kelly zastrzeliła trzech policjantów. Miesiąc później obrabowała bank w miejscowości Euroa.

Do Jerilderie trafili przypadkiem. Ned Kelly dowiedział sie, że niejaki Sullivan doniósł na policję, że spotkał Neda w pociągu. To trzeba było koniecznie wyjaśnić i Ned ze swoją bandą przewędrowali w tym celu setki kilometrów. Zupełnie przypadkiem znaleźli się w pobliżu Jerilderie i uznali, że pora uzupełnić kasę.

Najpierw odwiedzili posterunek policji, uwięzili załogę (2 policjantów) w policyjnym areszcie i skonfiskowali wszelką broń. To była sobota. W niedzielę rano żona jednego z policjantów zajmowała się dekorowaniem ołtarza przed mszą. Ned Kelly dopilnował żeby wykonała to zadanie, po czym zamknął ją na policyjnym posterunku.

W poniedziałek bandyci dali konie do podkucia, następnie udali się do stacji telegraficznej, przecięli kable i uwięzili operatorów. Kolejny punkt to bank, gdzie znaleźli ponad  £2,100. Przy okazji spalili kilka ksiąg hipotecznych w nadziei, że uwolnią dłużników od spłat długów. Niestety kopie wszystkich dokumentów znajdowały się w centrali banku w Melbourne.

Po wizycie w banku bandyci zajrzeli do pubu i zafundowali napoje wszystkim, którzy się tam znajdowali. Jednocześnie Ned zrelacjonował krzywdy, jakich doświadczył ze strony policji. Pełna relacja, zawarta w liście, została przekazana do lokalnej gazety celem publikacji. Niestety, redaktor gazety zdołał uciec. Niejaki Living, księgowy obrabowanego banku, który towarzyszył bandytom podczas tej wizyty, podjął się dostarczyć list do redakcji w dogodniejszym czasie. Nie dotrzymał tej obietnicy, dostarczył list do centrali banku w Melbourne, a ta przekazała list policji.

List zawierał 56 stron rękopisu…

Jest to opis licznych niesprawiedliwości, których Ned i jego rodzina doznali ze strony sąsiadów i policji. Poniżej fragment pierwszego z opisywanych przypadków. Zwracam uwagę na wyszukane słownictwo – to napisał człowiek, który ukończył tylko 3 klasy szkoły podstawowej.

…that same day me and my uncle was cutting calves Gould wrapped up a note and a pair of the calves testicles and gave them to me to give them to Mrs McCormack. I did not see her and I gave the parcel to a boy to give to her when she would come instead of giving it to her he gave it to her husband consequently McCormack said he would summons me I told him neither me or Gould used their horse. he said I was a liar & he could welt me or any of my breed I was about 14 years of age but accepted the challenge and dismounting when Mrs McCormack struck my horse in the flank with a bullock’s shin it jumped forward and my fist came in collision with McCormack’s nose and caused him to loose his equillibrium and fall prostrate I tied up my horse to finish the battle but McCormack got up and ran to the Police camp…”

Poniżej moje tłumaczenie…

“… tego samego dnia ja i mój wujek porcjowaliśmy cielaki Gould zapakował notatkę i parę cielęcych jąder i dał mi żeby dać je pani McCormack. Nie spotkałem jej i dałem paczkę chłopcu żeby jej dał kiedy przyjdzie zamiast dać jej dał jej mężowi w rezultacie McCormach powiedział że pozwie mnie powiedziałem mu że ani ja ani Gould nie używaliśmy jego konia. on powiedział że jestem kłamcą i może obić mnie albo każdego z mojego gatunku miałem około 14 lat ale podjąłem wyzwanie i zsiadałem z konia gdy pani McCormack uderzyła mojego konia w bok byczym goleniem koń skoczył i moja pięść weszła w kolizję z nosem McCormacka i spowodowała że stracił równowagę i padł na twarz uwiązałem konia żeby dokończyć walkę ale McCormack podniósł się i pobiegł na policję…”

Rezultat – 3 miesiące więzienia. Trzy tygodnie później Ned Kelly powędrował do więzienia na trzy lata za posiadanie konia pochodzącego z kradzieży.

Kilka słów wprowadzenia…
Ojciec Neda, John Kelly, pochodził z Irlandii. Do Australii trafił w wieku 22 lat jako zesłaniec za kradzież dwóch świń. Po 7 latach odzyskał wolność, trochę pracował, w wolnym czasie poszukiwał złota, z powodzeniem, co pozwoliło mu zakupić niewielką farmę. Jednak jego głównym źródłem utrzymania była kradzież bydła.
W wieku lat 30 ożenił się z Ellen Quinn, Ned Kelly był ich trzecim dzieckiem. W sumie urodziło się im ośmioro dzieci. John Kelly nadal zajmował się kradzieżą. Po kolejnym pobycie na ciężkich robotach zmarł z wycieńczenia.

Rodzina Kelly przeprowadziła się do miejscowości Greta gdzie osiedli na 36 hektarach nieużytków. Od początku spory z sąsiadami, oskarżenia o kradzieże koni i bydła. Jeden z nich opisany w cytowanym wyżej fragmencie listu.

Przełomowym wydarzeniem był pewien incydent – tym razem chodziło o brata Neda, Dana Kelly, oskarżonego o kradzież koni. Policjant Aleksander Fitzpatrick, niezgodnie z instrukcją, która nakazywała, aby w tego rodzaju akcjach brało udział co najmniej dwóch policjantów, odwiedził dom rodziny Kelly, mając nadzieję, że zastanie tam Dana. Oczekiwania sprawdziły się. Od tego momentu relacje zainteresowanych stron diametralnie się różnią.

Według Fitzpatricka pozwolił on Danowi dokończyć obiad i wtedy zaskoczył go Ned Kelly, który postrzelił go w dłoń, po czym cała rodzina rzuciła się na niego i pobiła do nieprzytomności. Gdy odzyskał przytomność, Ned wyjął mu kulę rewolwerową z dłoni i po uzyskaniu obietnicy, że sprawa pozostanie między nimi, wypuścił.

Według Neda, po pierwsze był on w tym czasie 200 mil od domu. Po drugie Fitzpatrick nie miał ze sobą nakazu aresztowania Dana i Ellen Kelly (matka) nie zgodziła się na areszt. Fitzpatrick wyjął rewolwer, lecz Dan Kelly odwrócił jego uwagę mówiąc, że widzi przez okno jak nadjeżdża Ned. Gdy Fitzpatrick spojrzał w okno, cała rodzina rzuciła się na niego i rozbroiła go, być może wtedy skaleczył sobie dłoń.

Fitzpatrick złożył na policji oświadczenie, że został postrzelony przez Neda i pobity przez Dana, Ellen i jeszcze dwie osoby. Sąd dał wiarę relacji policjanta, mimo że lekarz, który go zbadał po tym incydencie stwierdził, że policjant był pijany a rana nie wygląda na postrzał z rewolweru. Wyrok: Ellen Kelly trzy lata ciężkich robót, dwaj pozostali oskarżeni zostali skazani na sześć lat ciężkich robót. Sędzia oświadczył, że gdyby podsądnym był Ned Kelly, zostałby skazany na 15 lat.

Od tej chwili bracia Ned i Dan musieli przebywać w ukryciu. Komentarz Neda:
…Fitzpatrick will be the cause of greater slaughter to the Union Jack than Saint Patrick was to the snakes and toads in Ireland“.

…Fitzpatrick będzie przyczyną większej rzezi w Imperium Brytyjskim niż Święty Patryk był dla węży i żab w Irlandii“.

W następnych tygodniach do Neda i Dana dołączyło dwóch przyjaciół. Mieszkali w lesie w górzystej okolicy. Pod koniec października 1877 czyli pół roku incydencie z Fitzpatrickiem, policja otrzymała informację o miejscu ich pobytu. Do lasu udało się czterech policjantów w cywilnych ubraniach. Zachowywali się zbyt głośno i Ned Kelly z towarzyszami podkradli się do ich obozu. Zastali dwóch policjantów, którzy gotowali sobie herbatę.
Ned Kelly zawołał: nie ruszać się, ręce do góry!
McIntyre nie miał przy sobie broni więc posłusznie podniósł ręce do góry. Lonigan sięgnął po rewolwer i próbował ukryć się za drzewem, został zastrzelony.
Po krótkim oczekiwaniu usłyszeli głosy zbliżających się dwóch pozostałych policjantów. McIntyre na polecenie Neda wyszedł do nich i ostrzegł Kennedy’ego: sierżancie, radzę zsiąść z konia i poddać się, jesteście okrążeni.
Wtórował mu Ned Kelly: ręce do góry!
Sierżant Kennedy uznał to za żart, uśmiechnął się i położył dłoń na rewolwerze. Strzał w jego kierunku był niecelny. Teraz już wiedział, że to nie żarty, zsiadł z konia i prosił o darowanie życia. Policjant Scanlan usiłował uciekać, został zastrzelony. McIntyre wykorzystał zamieszanie, wskoczył na konia Kennedy’ego i uciekł. Teraz z kolei Kennedy próbował uciec, ale został zastrzelony.

W centrum Melbourne, niedaleko Shrine of Remembrance, tutejszego pomnika nieznanego żołnierza, znajduje się pomnik ku czci policjantów, którzy stracili życie na służbie…

Sprawdzam…

25 października 1878 – Michael Kennedy, Thomas Lonigan, Michael Scanlan.

Dwa tygodnie później banda Neda napadła na bank w miejscowości Euroa. To była bardzo precyzyjnie zaplanowana i wykonana akcja. Łup – £2,000.

Kolejna akcja to opisany na wstępie napad na bank w Jerilderie. Rząd zwiększył nagrodę…

Nie ma wiele informacji na temat działalności bandy przez następny rok. Legenda głosi, że pomagali wielu osobom znajdującym się w biedzie – Australijski Janosik.
Ned Kelly zyskał sobie popularność, gdy policja aresztowała grupę jego sympatyków. To wzbudziło zainteresowanie prasy i przychylność ludzi.

27 czerwca 1880 roku banda zastrzeliła informatora policji i napadła na miasteczko Glenrowan. Następnego dnia, w niedzielę, zgromadzili około 60 osób w pubie i zafundowali im przyjęcie. Bandyci spodziewali się interwencji policji i aby ją udaremnić rozkręcili szyny kolejowe. Zgubiła ich jednak pewność siebie. Jeden z przymusowych gości, przebywający w pubie z żoną i dzieckiem, poprosił o wypuszczenie. Zamiast, jak obiecał, udać się na wypoczynek do domu, pobiegł wzdłuż torów i zdołał zatrzymać policyjny pociąg tuż przed wykolejeniem.

To był już poniedziałek rano. Bandyci, nieźle zamroczeni alkoholem, przecenili swoje możliwości. Ich pewność siebie zwiększał fakt, że zrobili sobie żelazne zbroje…

Policja otoczyła pub i zaczęła się regularna bitwa. Ned został trafiony w stopę, rękę i dłoń i wycofał się do lasu. Jednak po pewnym czasie wrócił i otwarcie stawił czoła policji w zbroi ważącej ponad 40 kg. Został postrzelony kilkakrotnie w nogi i obezwładniony.

Bitwa trwała nadal. Większości osób zgromadzonych w pubie udało się wydostać na wolność. Ostatecznie policja podpaliła pub, wszyscy bandyci zginęli.

Proces Neda odbył się 28-29 października 1880 roku, wyrok – kara śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano 11 listopada. Matka Neda przebywała jeszcze w więzieniu.

Kilka miesięcy po wykonaniu wyroku powołano Królewską Komisję (Royal Commission) w celu zbadania działania policji w stanie Wiktoria. Komisja wykryła wiele przypadków nadużycia władzy.

Ned Kelly stał się legendarną postacią i zainpirował wielu twórców – rzeźbiarzy, pisarzy, malarzy…

Osobiście gorąco polecam książkę – True History of the Kelly Gang – autor Peter Carey – KLIK. Książka zdobyła w 2001 roku Booker Prize – literackiego Nobla dla książek napisanych w języku angielskim. Książka została przetłumaczona na polski – KLIK.

Rzeźba Neda Kelly pojawiła się nawet przed polskim domem w Melbourne…

To dom córki naszych dobrych znajomych, Polaków, i jej męża, z pochodzenia Duńczyka. W tym miejscu rósł ogromny cedr. Rada miejska poleciła go wyciąć, ale oni wpadli na pomysł żeby wykorzystać pień jako materiał na rzeźbę.
Rzeźba wywołała sporo kontrowersji – KLIK. Niektórym się podobała, niektórzy byli oburzeni, że to gloryfikowanie mordercy. My odwiedziliśmy ten dom w okresie szczytu zainteresowania. Wąska ulica w spokojnej dzielnicy była zablokowana przez samochody. Sąsiedzi załamywali ręce – nie możemy dojechać ani wyjechać z domu.
Najwięcej zimnej krwi wykazał sześcioletni syn gospodarzy – wywiesił tabliczkę: Opłata za fotografię $2 – i natychmiast po powrocie ze szkoły inkasował należność.
Polak i taki chytry? Jednak imię Christian sugeruje, że to duński charakter.

A co się stało z tytułowym listem?
Jak wspominałem został przekazany policji, która opublikowała niektóre, starannie wyselekcjonowane, fragmenty.
Pełen, nieozenzurowany, tekst listu został opublikowany dopiero w 1930 roku, 50 lat po egzekucji autora.

Oto ostatnie zdania listu…

…all those that have reason to fear me had better sell out and give £10 out of every hundred to the widow and orphan fund and do not attempt to reside in Victoria but as short a time as possible after reading this notice neglect this and abide by the consequence which shall be worse than rust in wheat in Victoria or the drought of a dry season to the grasshoppers in N.S.Wales I do not wish to give the order full force without giving timely warning but I am a Widow’s Son, outlawed and my orders must be obeyed.

…wszyscy którzy mają powód, aby się mnie bać niech lepiej sprzedadzą co mają i dadzą £10 z każdej setki na fundusz wdów i sierot i nie usiłują mieszkać w Wiktorii, ale (jeśli) tak szybko jak to możliwe po przeczytaniu tego listu zignorują go to poniosą konsekwencje które będa gorsze niż rdza pszenicy w Wiktorii albo susza dla koników polnych w N.P. Walii ja nie chcę egzekwować poleceń na siłę bez dania uprzedniego ostrzeżenia ale jestem Synem Wdowy, wyjętym spod prawa i moje polecenia muszą być wykonane.

Źródła:

1. Jerilderie Letter – wikipedia – KLIK.
2. Pełen tekst listu – KLIK.
3. Ned Kelly – wikipedia – KLIK.

O wyższości świąt Bożego Narodzenia…

Myślałby kto, że to był taki sobie żarcik profesora mniemanologii stosowanej, a tu proszę, przed Wielkanocą – w sklepach są już pisanki, kurczaczki i zające – nasza niestrudzona wędrowniczka, Joanna, przysyła wpis o Sylwestrze i Nowym Roku. Ale to w końcu antypody, ludzie chodzą na głowach, a lato jest zimą…

Joanna Trümner

Podróż

Czas nigdy nie mija wolniej, niż wtedy, kiedy na coś czekamy – cztery godziny czekania w Zurychu, trzy w Hongkongu i godziny spędzone w locie dłużą się niemiłosiernie. Czekając na samolot do Sydney słyszę na lotnisku w Hong Kongu tak absurdalne zapowiedzi, że gdybym nie śmiała się z nich razem z innymi pasażerami, to wzięłabym je za omamy słuchowe: „Podróżni wracający z krajów dotkniętych ebolą lub pasażerowie, którzy mieli kontakt z wielbłądem i nie czują się dobrze, proszeni są o natychmiastowy kontakt z lekarzem”. Na lotnisku są punkty mierzenia temperatury, myślę nawet przez chwilę o skorzystaniu z ich usług dla zabicia czasu, ale przeraża mnie powaga, z jaką urzędnicy w gumowych rękawiczkach i z maskami na twarzy wykonują swoją pracę – „A co będzie, jeżeli ze względu na podniesioną temperaturę zostanę w Hongkongu?” – odpuszczam.

Rekompensatą za tę podróż-odyseję jest ciepła, letnia noc, którą wita nas Sydney.

Sylwester i Nowy Rok

Dzień spędzamy na zwiedzaniu Sydney, nie bardzo do mnie dociera, że jest to ostatni dzień starego roku, przy 30-stopniowym upale śmiesznie wyglądają sztuczne choinki, przypominające o niedawnych świętach Bożego Narodzenia. Od godzin popołudniowych tłumy mieszkańców i turystów zbierają się w otaczających zatokę parkach. Oglądamy to eleganckie, bardzo brytyjskie i zielone miasto z pokładu statku. W słynnej na cały świat Operze zaczynają się schodzić na Bal Sylwestrowy elegancko poubierani ludzie – zapewne elita Sydney, a po drugiej stronie zatoki zbiera się młodzież – w szortach i T-shirtach, przy dobrej muzyce i kąpieli w morzu spędzają ostatnie godziny Starego Roku.

sydney-nowyrok

Najchętniej dołączyłabym do nich, ale nie wiem, jak tam się dostać środkami transportu publicznego, decydujemy się na czekanie na północ niedaleko Opery. Około 21.00 docieramy do miejsca, z którego o północy mamy świetny widok na ten niesamowity spektakl, fajerwerki są wspaniałe – pirotechnicy umieścili je w siedmiu punktach zatoki . Dookoła słyszę języki z różnych zakątków świata. Wzrusza mnie widok starszych ludzi, przywiezionych na wózkach inwalidzkich przez opiekunów i spędzających być może ostatniego Sylwestra swojego życia wśród tysięcy młodych ludzi.

Brakuje mi jedynie muzyki. O tę zadbała, niestety, grupa stojących obok nas kompletnie pijanych Francuzów, wyjących „No, je ne regrette rien” (Nie, niczego nie żałuję) Edith Piaf.

Nowy Rok zaczyna się spotkaniem z przyjacielem z Polski, który od ponad trzydziestu lat mieszka w Sydney, i jego żoną. Spędzamy razem cały dzień na chodzeniu po mieście i gadaniu i, mimo dzielących nas lat i języka (ze względu na naszych partnerów posługujemy się angielskim), mam wrażenie, że widzieliśmy się po raz ostatni wczoraj.

Kangoroo Island

Czyli „Wyspa Kangurów”, na której jedyne napotkane przeze mnie kangury mieszkały w małym prywatnym zoo i były tak przekarmione przez turystów, że nawet nie chciały spojrzeć w kierunku zakupionego przez nas pokarmu. Nie, nie jestem rozczarowana tą największą turystyczną atrakcją Południowej Australii. Warto było kupić najdroższy chyba na świecie bilet na prom, chociażby po to, aby płynąć nim przez ponad godzinę na Wyspę Kangurów w towarzystwie delfinów i oglądać piękne, dzikie plaże, na których wylegiwały się foki.

Great Ocean Road

Wyobrażałam sobie ten ocean zupełnie inaczej. Spokojną, błękitną wodę i piaszczyste zakola, gdzie woda jest prawie tak samo ciepła jak powietrze. A tu – piękne kamienne formacje, dzikie i niedostępne zatoki i pieniące się fale. Mamy szczęście, bo jeszcze tydzień przed naszym przyjazdem droga była częściowo zamknięta ze względu na pożary lasów. Zapach spalenizny wisi jeszcze w powietrzu, a już gdzieniegdzie na czarnych kikutach drzew zaczynają pojawiać się zielone liście.

Grampions

Po wielogodzinnej podróży przez kompletnie płaski teren, przypominający raczej sawannę niż pustynię, dosyć monotonny i prawie niezamieszkały, zaczynają się nagle pojawiać pagórki, a potem góry. Po przebyciu jeszcze kilku kilometrów znajdujemy się w pięknej, zielonej dolinie. Jesteśmy w parku narodowym Grampions w Victorii. Mieszkamy w bardzo ładnym hotelu, składającym się z postawionych na podestach bungalowów. A pod tymi podestami drzemią chroniące się przed upałem kangury. Następnego ranka wychodzę z filiżanką kawy na zewnątrz, patrzę na otaczające mnie góry oraz unoszącą się mgłę i z zaskoczeniem widzę, że nasz „domowy kangur” podniósł głowę, patrzymy na siebie z ciekawością, myślę o tym, że tak może wyglądać raj.

sydney-kangur

Rzeczywistość sprowadza mnie na na ziemię podczas wizyty w centrum informacyjnym Aborygenów. Piękne, multimedialne centrum opowiada historię mieszkających na tym terenie Aborygenów, szczególnie wiele miejsca poświęcone jest historii tzw. lost generation, czyli tysiącom dzieci Aboriginów, które w latach 60 i 70 odebrane zostały rodzicom i przekazane na wychowanie do białych rodzin, aby nauczyć się życia „w cywilizowanym świecie”. Na jednej z tablic informacyjnych zapisana jest historia 8-letniego chłopca, po którego w dniu jego urodzin przyjechał samochód policyjny i pani z opieki społecznej. Chłopiec cieszył się przywiezionymi przez nich balonami i słodyczami, myśląc że przyjechali, aby obchodzić z nim ten szczególny dzień. Następnych 10 lat swojego życia spędził w angielskiej rodzinie w Adelajdzie.

Spotkania

Głównym powodem mojej podróży do Australii była chęć poznania rodziny Lachlana, chłopaka mojej córki. Jego dziadkowie przyjechali do Australii w latach 70 z Anglii w ramach akcji dla rodzin, za 10 funtów można było się wtedy przenieść się z cała rodziną do Australii, której brakowało mieszkańców. Pierwszy rok w Adelajdzie spędzili w domu dla przybyszów z Anglii – ta sześcioosobowa rodzina dosyć szybko znalazła swoje miejsce w nowym państwie, dorośli poszli do pracy, dzieci – do szkoły a potem na studia. Z ciekawością słucham ich opowiadań o początkach pobytu w Australii, wymieniamy doświadczenia o życiu za granicami swojej ojczyzny. Uczę ich właściwej wymowy Mount Kościuszko (najwyższa góra w Australii) i opowiadam o Polsce, odnosząc nie po raz pierwszy podczas tej podróży wrażenie, że jest dla nich tak samo obca i odległa jak Mars. Z drugiej strony czy dla wielu moich rodaków liczy się na świecie cokolwiek innego, niż odwieczne polskie wewnętrzne podziały na „ich” i „nas”?

Na pożegnanie Lachlan organizuje na dzień przed naszym odlotem do Hong Kongu party dla 24 osób. Jest tak sympatycznie, że robi mi smutno na myśl o tym, że nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, oddzieleni od siebie tyloma oceanami i kilometrami. Smutek zmienia się w zażenowanie, kiedy na lotnisku w Adelajdzie stwierdzamy, że pomieszały nam się daty i dalsza podróż czeka nas dopiero jutro.

Nie widzę prawie w ogóle palaczy na ulicach i szybko przestaję się temu dziwić – moje ulubione „Marlboro” kosztują 30 dolarów australijskich (mniej więcej 25€). Wino, które Australia produkuje w wielkich ilościach i które kupić można w Niemczech za 4€ kosztuje tu minimum 10€. Owoce i warzywa są również zdecydowanie droższe niż w Niemczech. Australia ma minimalną pensję w wysokości 20 dolarów (około 17€) za godzinę, a rząd wprowadza na pewne produkty ceny minimalne, bo „każdemu musi się jego praca opłacać”.

Podczas lotu do Hong Kongu siedzę obok energicznej, starszej Angielki i szybko nawiązujemy rozmowę. Opowiada, że wraca z corocznej wizyty u rodziny w Nowej Zelandii. W tym roku musiała skrócić podróż o tydzień, bo czekają na nią pacjenci w Calais. Moja rozmówczyni jest lekarką i od miesięcy pracuje społecznie w obozie dla uciekinierów w Calais, bo Francuzi nie przejmują się warunkami, w jakich mieszkają uchodźcy, a Anglicy są szczęśliwi, że mają ten problem poza granicami swego państwa. „Nie chcę się dłużej wstydzić za moje państwo”– mówi na zakończenie rozmowy.

Hong Kong

Miasto byłoby piękne – położone wśród wbijających się w zatokę gór, gdyby nie było tak przeludnione i zabudowane tysiącami wieżowców. Metropolia wielkości dwóch Berlinów ma 7,5 miliona mieszkańców i pęka w szwach. Od oprowadzającej nas po mieście przewodniczki dowiadujemy się, że własnościowe mieszkanie o powierzchni 30 metrów kwadratowych kosztuje… milion dolarów. Ona mieszka z mamą i tatą na 40 metrach kwadratowych w mieszkaniu wynajętym od miasta za 600 dolarów miesięcznie. Przestaję się dziwić ilości ludzi chodzących po ulicach, uciekających zapewne od ciasnoty swoich mieszkań, podobnie jak nie dziwi paniczny strach przed epidemią, która przy tej ilości mieszkańców mogłaby mieć niewyobrażalne konsekwencje. Niewiele zostało z brytyjskiego Hong Kongu, jest to bardzo chińskie miasto z bardzo egzotycznymi dzielnicami. Mimo tej egzotyki po czterech dniach pobytu z radością wsiadam do samolotu do naszej Europy, ciesząc się, że niedługo nie będę musiała chodzić po ulicy osaczona tłumem mniejszych ode mnie o głowę Chińczyków.

sydney-hongkong

Na pustyniach Australii (2)

Lech Milewski

Daisy Bates – Lato

Uboga lecz elegancka panna z ambicjami i po przejściach poszukuje…

Niestety droga była tylko jedna – zatrudnić się znowu jako guwernantka, korzystając z referencji biskupa Stantona.
Tym razem Daisy spróbowała szczęścia w Nowej Południowej Walii, nieopodal miejscowości Nowra, 150 km na południe od Sydney. Właścicielką posiadłości była pani Catherine Bates, wdowa z szóstką dzieci. Finansowo wspierał ją syn Jack zatrudniony jako drover czyli hmmm… poganiacz bydła. W Australii wiele terminów nabiera innych rozmiarów. Drover był osobą odpowiedzialną za przeprowadzenie wielotysięcznych stad bydła przez tysiące kilometrów pustynnych bezdroży.

Pani Bates nie potrzebowała guwernantki będącej ozdobą towarzystwa, potrzebna jej była intensywna pomoc we wszystkich dziedzinach gospodarstwa.
Na co liczyla Daisy? Nie musiała długo czekać żeby na jej drodze pojawiła się nowa szansa.

Na Boże Narodzenia 1884 roku do domu zjechał Jack Bates, przy okazji przyprowadził duże stado dzikich koni brumby na lokalny pokaz hippiczny.
Jack był przystojny, o kruczoczarnych włosach, pod wąsem, z niebieskimi oczami i zdrową opalona cerą. Spodobał się Daisy, ale rozczarowały ją bardzo jego maniery przy stole i milkliwy charakter.

Jack nie lubił książek, ze szkoły uciekł w wieku lat 14 i przez kilka lat zajmował się łapaniem dzikich koni. Zyskał sobie uznanie jako doskonały jeździec i stockman – nadzorca dużego stada zwierząt. Wkrótce został head stockman w wielkiej stacji hodowlanej – prestiżowa i dobrze płatna praca. Niestety poniósł go nieopanowany temperatent i w napadzie złości ciężko pobił podległego mu Aborygena. Właściciel stacji wyrzucił go z pracy i dołożył starań żeby nikt Jacka nie zatrudnił.

Pozostała mu tylko ścieżka samodzielnej kariery – drover – bardzo odpowiedzialna, ryzykowna i w przypadku sukcesu dobrze płatna praca.
Jack Bates, podobnie jak jego koledzy po fachu przepijał i przegrywał w karty lwią część zarobionych pieniędzy.

Wydaje się, że Daisy liczyła, że pod jej wpływem Jack się unormuje, szybko zgromadzi pieniądze potrzebne na zakup własnej ziemi, wybudowanie domu. A gdy już będzie dom, to ona potrafi stworzyć w nim właściwą atmosferę.

Daisy nie miała problemu z podbiciem serca Jacka. W drugi dzień świąt oznajmił publicznie, że zamierza wziąć z nią ślub przed wyjazdem na kolejne zlecenie. Ze swej strony Jack zaimponowal Daisy umiejętnością ujeżdżania koni i charakterem. Na pokazie, na którym byli jako widzowie, żaden z zawodników nie mógł ujarzmić narowistego konia. Wtedy Jack zgłosił się do konkursu, ujarzmił konia, a zdobytą nagrodę polecił podzielić po równo między wszystkich uczestników konkursu.

Ślub odbył się w lutym 1885 roku. Państwo Bates byli katolikami, więc Daisy nie musiała udawać protestantki. Oczywiście nie wspomniała o małżeństwie z Eddie Morantem i ponownie zadeklarowała swój wiek jako 21 lat.
Trzy dni po ślubie Jack wyjechał, a Daisy została wraz z teściową na gospodarstwie, tym razem musiała pracować tu bez żadnego wynagrodzenia. Dziwnym trafem kilka dni później otrzymała list z Sydney. Pod pretekstem konieczności zakupu niezbędnych sprzętów domowych wyjechała do Sydney, gdzie czekał na nią nie kto inny lecz Ernest Baglehole!

Pamiętacie Państwo? To był syn jej pierwszych pracodawców, jeszcze w Anglii, tam rodzice mieli już dla niego kandydatkę na żonę.
Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale po kilku miesiącach miał dosyć żony i ustabilizowanego życia. Porzucił wszystko i zaciągnął się jako prosty marynarz na statek Zealandia udający się do Australii. Adres Daisy otrzymał zapewne od jej siostry Kathleen.
Nie ma żadnych informacji o szczegółach spotkania Daisy i Ernesta poza jednym – wpisem w rejestrze małżeństw!
Tak jest – Daisy O’Dwyer, panna, lat 21, protestantka, poślubiła Ernesta Baglehole, kawalera, w dniu 10 czerwca 1885 roku, w kościele św. Stefana w Sydney.
Niedługo później Ernest popłynął w kolejny rejs i wszelki ślad po nim zaginął. Jego żona w Anglii – Jesse – została w 1891 roku uznana oficjalnie za wdowę.

Daisy wróciła na farmę swojej teściowej. W sierpniu 1885 roku wpadł tam na krótko jej mąż, który wkrótce musiał znowu wyjechać do pracy.
Następna pewna informacja, to że w maju 1886 roku Daisy poczuła się słabo, lekarz stwierdził, że jest w ciąży. Jack miał właśnie przerwę między kolejnymi zleceniami więc odwiedziła go w Bathurst w Blue Mountains. Tam 26 sierpnia 1886 urodziła syna – Arnolda Hamiltona.

Arnold Hamilton – skąd takie imiona? Susanne de Vries – źródła 1 – nie ma watpliwości, że Arnold to wspomnienie uczucia do Alfreda Colquhoun z Charters Towers, zaś Hamilton to wspomnienie właścicieli farmy, na której Daisy poznała swego pierwszego męża.
Bob Reece – źródła 2 – powtarza za Daisy, że nadała synowi imiona wybitnego brytyjskiego admirała. Niewątpliwie wersja ta była przeznaczona dla jej męża i ojca dziecka.
Ojca?
Z wyliczeń wynika, że Arnold Hamilton został poczęty w listopadzie 1885 roku. Czy Jack Bates miał wtedy przerwę w pracy? Czy Ernest Baglehole przebywał jeszcze w Sydney? Nie wiemy.
Fakt, że Jack Bates nie nadał chłopcu imienia żadnego z członków swojej rodziny jest dość dziwny.

Poród był bardzo długi i ciężki. Daisy nie odkryła w sobie żadnych uczuć macierzyńskich. Wspominała ciążę jako nieporozumienie, poród jako koszmar i przysięgła sobie nie mieć nigdy więcej żadnych stosunków fizycznych z mężczyznami.
Co na to jej mąż? Nie wiemy, ale skoro pozostali małżeństwem, to widocznie było mu to obojętne. I tak spędzał większość czasu poza domem, a zarobione pieniądze przepijał z kolegami.

Po urodzeniu Arnolda Daisy nie wróciła do teściowej. Straciła zapewne złudzenia co do tego, że jej mąż odłoży kiedykolwiek pieniądza na zakup własnego gospodarstwa. Pozostała wraz z synem w okolicach Sydney, pracując jako guwernantka w dobrych domach.

W 1893 roku, gdy Arnold miał 6 lat, odwiedziła Tasmanię, ten pobyt znajduje wiarogodne potwierdzenie. Korzystając z referencji wspomnianych w poprzednim odcinku biskupów była gościem w domach miejscowej arystokracji i wszędzie oczarowała towarzystwo swym wdziękiem, dowcipem i elokwencją.
Na początku 1894 roku Daisy umieściła syna w katolickiej szkole z internatem, uzgodniła z teściową, że Arnold bedzie spędzał wakacje z babcią, a sama wsiadła na statek i popłynęła do Anglii.
Jej sytuacja finansowa była bardzo kiepska. W Australii była właśnie poważna recesja, Daisy i jej mąż stracili wszystkie niewielkie oszczędności zdeponowane w banku.
Koszty przejazdu odpracowała jako stewardessa.

Po krótkim pobycie w Londynie Daisy popłynęła do Irlandii, do swego rodzinnego miasta. Niewątpliwie chciała zbadać sytuację majątkową rodziny i zorientować się, czy nie nabyła jakichś praw spadkowych. Niestety nie, po kilku tygodniach wróciła do Londynu dysponując kwotą 14 szylingów.
Tu poszukała kontaktów w środowisku, w którym czuła się najlepiej – wśród ludzi pióra. Udało jej się nawiązać kontakt z bardzo poważanym wydawcą Wiliamem Stead i bezceremonialnie poprosiła go o pracę…
– Jaką pracę?
– Jakąkolwiek. Ma pan przecież dużą bibliotekę i biuro. Odkurzę półki, zrobię porządek w biurze, szybko nauczę się czegoś, żeby być przydatna. Proszę, niech pan da mi szansę. Posiadane pieniądze starczą mi tylko do czwartku.

Została zatrudniona za 1 funta tygodniowo. Zostawała po pracy, ucząc się pisania na maszynie. Zyskała sobie szybko sympatię pracodacy, poznała jego rodzinę. William Stead uczył ją dziennikarskiego fachu, techniki prowadzenia wywiadów, edycji.
Mieszkała w St Gabriel Hostel for Young Ladies, za który płaciła 7 szylingów i 6 pensów tygodniowo. Hostel św Gabriela, mimo, że tani, był popularnym miejscem zamieszkania kobiet o niezależnych poglądach i intelektualnych ambicjach. Daisy spotkała tam wiele ciekawych osób i ugruntowała swoje poglądy – była zdecydowaną przeciwniczką feminizmu. Sufrażystki jeżdżące w pantalonach na rowerach uważała za karykaturę kobiet.
Podobnie sprawa się miała z jej stosunkiem do Wiliama Steada. Należał on do Towarzystwa Fabiańskiego i popierał idee socjalistyczne. Prócz tego, zgodnie z ówczesną modą, był mocno zainteresowany spirytualizmem i był pod dużym wpływem madame Blavatsky – twórczyni teozofii.
Daisy była zdecydowaną przeciwniczką obu idei, a madame Blavatsky uważała za skomercjalizowaną czarownicę.
Z drugiej strony bardzo ceniła Steada jako wydawcę, dziennikarza i człowieka. Podczas pracy w jego redakcji miała możliwośc spotkania takich osób jak Cecil Rhodes – ojciec brytyjskiego kolonializmu, H.G. Wells i G.B. Shaw. Miała bliski kontakt z rodziną Stead i wydaje się, że darzyła uczuciem Willie Steada, syna Wiliama. Faktem jest, że porzuciła redakcję w momencie, gdy Willie ożenił się w sierpniu 1897 roku.
Daisy jako przyczynę odejścia podawała utratę zdrowia spowodowaną kontaktami z fanatykami spirytualizmu.

Pozostała w Anglii jeszcze dwa lata, ale brak jest jakichkolwiek śladów jej działalności w tym okresie. Ona sama twierdziła, że pracowała w firmie Jarrold Publishing, należała do klubu myśliwskiego, była gościem wielu domów arystokratycznych i otrzymała dwie propozycje małżeństwa od wysoko postawionych osób.
Żadna z tych informacji nie znajduje potwierdzenia.

Po 5 latach pobytu w Anglii Daisy otrzymała ważny list od męża. Jack nawiązał współpracę z najbogatszym hodowcą bydła na zachodzie Australii, a ten zaproponowal mu kupno bardzo dobrej parceli hodowlanej – Ethel Creek.
Czyżby Jack się unormował? Czyżby marzenia o własnej posiadłości stawały się faktem? Daisy kupiła bilet na podróż powrotną do Australii.
Pod koniec 1899 roku parowiec Stuttgart przybil do portu Fremantle w Zachodniej Australii. Miejscowa gazeta poświęciła Daisy sporo miejsca tytułując ją the lady journalist i podając informację, że jest korespondentką londyńskiego The Times i otrzymała od tej gazety zadanie zbadania losu Aborygenów w Zachodniej Australii.

Po takiej i wielu innych rekomendacjach została honorowym członkiem ekskluzywnego Karrakatta Club i poproszono ją tam o wygłoszenie wykładu.

A pieniądze? Czy Jack zdołał odłożyć pieniądze na kupno ziemi, bydła i budowę domu? Może trochę odłożył, ale to nie był w tej chwili palący problem. Daisy wróciła z Anglii z całkiem pokaźnym majątkiem.

Co, skąd, jak, dlaczego?

Ciąg dalszy za tydzień.

PS. Kilka słów o losie pierwszego męża Daisy, Eddie Moranta. Przez 5 lat pracował jako kowboj w wielu mejscach, bawił się, pił, zadziwiał swoimi umiejętościami jeździeckimi. W 1899 roku rozpoczęła się Wojna Burska i Eddie zaciągnął się do armii. W Afryce szybko awansował. Podczas urlopu spędzonego w Angli zaręczył się. Najwyraźniej podobnie jak Daisy zapomniał o niefortunnym ślubie. Niestety, po powrocie na front poniosły go emocje. Chcąc pomścić śmierć przyjaciela, który zginął na polu bitwy, zarządził masową egzekucję jeńców wojennych.
Sąd polowy skazał go na śmierć. Został rozstrzelany 27 lutego 1902 roku. Szczegóły tutaj – KLIK.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Na pustyniach Australii (1)

Lech Milewski

Daisy Bates. Wiosna

Australian history does not read like history, but like the most beautiful lies.
Mark Twain – Following the Equator

13 marca 1884 roku w Charters Towers, centrum kolejnej gorączki złota, odbył się ślub świetnie dobranej pary. On, Edward Morant, 21 lat, błyskotliwy angielski dżentelmen spowinowacony z admirałem Digby Morantem. Ona, panna Daisy O’Dwyer, 21 lat, osierocona córka anglo-irlandzkiego protestanta Jamesa O’Dwyer Esquire of Ashberry House. Po śmierci ojca Daisy została otoczona opieką zamożnego arystokraty sir Francisa Outram i wychowywała się razem z jego sześciorgiem dzieci. W rezydencji sir Francisa otrzymała staranne wykształcenie i razem z jego rodziną odbyła podróż na kontynent europejski. Po powrocie do Anglii sir Francis Outram miał zaszczyt gościć w swoim pałacu królową Wiktorię i młoda panna Daisy O’Dwyer złożyła przed królową przepisowy potrójny ukłon.
Po śmierci matki panna O’Dwyer zdecydowała się pojechać do Australii żeby sprawdzić jakie nowe możliwości oferuje ten egzotyczny kraj. Nie bez znaczenia był łagodny klimat Australii, istotny dla osoby, której matka zmarła na chorobę płuc. Panna O’Dwyer opłaciła podróż z własnych środków, w które zaopatrzył ją jej przedwcześnie zmarły ojciec.
Po przybyciu do Townsville panna O’Dwyer złożyła kurtuazyjną wizytę biskupowi George Stanton, który udzielił jej odpowiednich referencji.
Nie powinno więc dziwić, że mając taki start, Daisy O’Dwyer osiągnęła wiele. Na tyle wiele, że w latach 20 ubiegłego wieku jej nazwisko pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych.

Piękny początek zaowocował sukcesami w dalszym życiu. Prawda?
Rzecz w tym, że nieprawda.

Szydło wyszło z worka już kilka dni po wspomnianym na początku ślubie. Do drzwi mieszkania młodej pary zapukał czcigodny pastor Barlow i upomniał się o niezapłacone wynagrodzenie za ślub. Dużo poważniejsze pretensje zgłosił jubiler, u którego pan młody kupił pierścionek zaręczynowy – czek okazał się być bez pokrycia.
To nie powinno dziwić, angielscy dżentelmeni często nie mają luźnej gotówki, ale przecież w końcu zawsze płacą swoje długi.
Rzecz w tym, że Edward Morant, który za sugestią żony zmienił imię na Harry, nie był w pełnym znaczeniu tego słowa dżentlemenem gdyż dżentelmen nie powinien pracować zaś Eddie ‘Breaker’ Morant pracował jako kowboj na stacji hodowlanej i otrzymywał za to bardzo skromną zapłatę 15 szylingów tygodniowo. Również jego pokrewieństwo z angielskim admirałem nie zostało nigdy potwierdzone. Zapewne liczył, że zwróci dług z zasobów wniesionych przez jego żonę. Kłopot w tym, że Daisy O’Dwyer była córką biednego irlandzkiego szewca na dodatek alkoholika, nie miała żadnego posagu a do Australii przyjechała za symbolicznego funta sponsorowana przez rząd stanu Queensland za co musiała odpracować 5 lat w tym stanie.

Widząc co się święci Harry Morant czym prędzej czmychnął z małżeńskiego gniazdka przy okazji kradnąc siodło i świnię swoim gospodarzom. Policja złapała go już następnego dnia. Na szczęście sędzia był wielbicielem jazdy konnej i miał wielkie uznanie dla umiejętności i manier Harrego, w związku z czym uwolnił go od winy. Harry znalazł natychmiast pracę w jakiejś odległej stacji hodowlanej. Daisy nie próbowała go odnaleźć. Pierścionek zaręczynowy zwróciła jubilerowi.

Powyższy obraz uzupełnię informacją, że ubiegając się o sponsorowany wyjazd do Australii, Daisy zaniżyła swój wiek o 3 lata, zaś Harry ‘Breaker’ Morant biorąc ślub zawyżył swój wiek o 2 lata gdyż 21 lat było wymaganym minimum.
Prawdą pozostaje jednak fakt, że nazwisko Daisy pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych (i po kilkudziesięciu latach z nich zniknęło).

Zacznijmy więc tę historię od początku korzystając ze sprawdzonych informacji i logicznych konkluzji. Te drugie są bardziej pewne.

Margaret Dwyer urodziła się 16 października 1859 roku w miasteczku Roscrea w Irlandii. Jej rodzicami byli katolicy – James Dwyer i Bridget Dwyer z domu Hunt. Rodzina Dwyer mieszkała w krytej strzechą chacie, gdzie James miał warsztat szewski.
Cztery lata po urodzeniu Margaret jej matka zmarła, a ojciec ożenił się ponownie i wraz z żoną wyjechał szukać szczęścia w Ameryce. Zmarł na pokładzie statku i został pochowany w grobie dla biedaków.
Margaret, która na codzień używała imienia Daisy, i jej starsza siostra Kathleen, spędziły kilka lat pod opieką babci, a gdy osiągnęły wiek szkolny zostały zapisane do Free National School for Catholic Girls prowadzonej przez francuskie i belgijskie zakonnice. W szkole otrzymały bardzo staranne wykształcenie, były elokwentene, potrafiły dobrze przekazać swoje myśli na piśmie, znały dzieła klasyków angielskiej literatury, miały podstawy łaciny i francuskiego, były biegłe w robótkach ręcznych i posiadały nieskazitelne maniery.
Daisy uwielbiała literaturę, szczególnie Dickensa. Prawdopodobnie książki były inspiracją do marzeń o życiu w szczęśłiwej i zasobnej rodzinie.
Razem z siostrą wcześnie zauważyły wielką dyskryminację irlandzkich katolików. Następcy Cromwella dopilnowali, żeby katolicy nie mogli posiadać ziemi na własność, a umowy dzierżawne były krótkoterminowe, aby nigdy nie zdołali się ustabilizować. Być może te doświadczenia uczuliły Daisy wiele lat później na los australijskich Aborygenów, pozbawionych jakichkolwiek praw do ziemi.

Obie siostry doszły do tego samego wniosku – jeśli kiedykolwiek mają się wyrwać z kręgu nędzy i upokorzeń to muszą się wykazać pochodzeniem z anglo-irlandzkiej, dobrze sytuowanej rodziny. Wzorce znalazły w sąsiedniej The Ladies Hibernian School for Protestants. W bibliotece szkolnej znalazły wykazy irlandzkiej arystokracji i ziemiaństwa. Zapamiętały nazwiska, nazwy posiadłości i koligacje.

Brak jest dokładnej informacji o ich młodzieńczych latach, prawdopodobnie po zakończeniu nauki pozostały w szkole jako pomocnice nauczycielek, przygotowując się do zawodu guwernantki.
Guwernantka – to była jedyna droga dla ubogiej panny z ambicjami. Tą drogą podążyły wcześniej siostry Brontë. Wiadomo było, że uwieńczeniem kariery było małżeństwo z kimś z rodziny pracodawców. Była to jednak bardzo ryzykowna ścieżka – przeciwstawić się zalotom mężczyzn, tak żeby nikogo nie zrazić i nie pogrzebać swoich szans.

Kathleen powiodło się – została zatrudniona przez respektowaną protestancką rodzinę, a jej opowieści o arystokratycznych powiązaniach wystarczyły do zgody na małżeństwo z synem pracodawców, oficerem brytyjskiej armii.
Daisy poszła podobną drogą. Udało jej się znaleźć pracę u zamożnej rodziny Baglehole. Udało jej się wywrzeć duże wrażenie na jedynym potomku – Erneście. Niestety rodzice upatrzyli już dla Ernesta właściwą małżonkę i pozbyli się panny Dwyer, gdy tylko zorientowali się, że stanowi ona zagrożenie dla ich planów. Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale Daisy pozostała w jego pamięci.

Co robić? Próbować jeszcze raz? Daisy nie miała do tego cierpliwości. Zauważyła ogłoszenie rządu stanu Queensland, który werbował sieroty, panny w wieku 17-20 lat, do pracy jako pomoce domowe. 23-letnia Daisy O’Dwyer podała więc wiek jako 20 lat i uiściła 1 funta za bilet. Pozostałe 39 funtów dopłacał rząd Queensland.  W listopadzie 1882 roku statek Almora ruszył w trzymiesięczną podróż do Australii.

Do Townsvile przybili 14 stycznia 1883 roku. Daisy trzymała się z daleka od swoich towarzyszek podróży. Pierwsze kroki skierowała do biskupa Stantona, gdzie powołała się na pokrewieństwo rodziny męża jej siostry z biskupem Browningiem w Hobart. To była święta prawda. Elegancka, przystojna, elokwetna panna zrobiła doskonałe wrażenie na biskupie, ze spokojnym sumieniem polecił ją rodzinie zamożnych hodowców bydła.

Ze swej strony, Daisy nie mogła za bardzo przebierać. Przebywając w Townsville mogła łatwo zostać zdemaskowana przez którąś z towarzyszek podróży. Wylądowała więc na farmie gdzie musiała się włączyć do codziennych prac gospodarskich.
Jej pozycja w Australii nie różniła się zbytnio od tej w Anglii – musiała znaleźć odpowiedniego męża.
Z jednej strony było to łatwe, gdyż Australia cierpiała na wielki niedobór kobiet. Z drugiej strony bardzo trudne, bo niewielu było tu kandydatów na męża, którzy mogliby spełnić jej oczekiwania.
Nie wiadomo jak długo Daisy przebywała na farmie. Według jej relacji wkrótce wyjechała na kilka miesięcy na Tasmanię, gdzie była gościem biskupa Browninga i wielu miejscowych notabli, brała udział w polowaniach i balach. Jej relacje są barwne i pełne istotnych detali, z drugiej strony nie ma można znaleźć żadnego potwierdzenia jej pobytu na Tasmanii.

Faktem natomiast jest, że pod koniec 1883 roku znalazła się w Charters Towers, mieście pulsujacym gorączką złota. Oczywiście swe kroki skierowała do najlepszych domów, poznała ciekawych ludzi, między innymi Thaddeusa O’Kane wydawcę lokalnej gazety The Northern Miner. Ludzie pióra – takie towarzystwo jej odpowiadało. Być może wtedy zaświtał w jej głowie pomysł zajęcia się na poważnie pisaniem. W redakcji pisma spotkała błyskotliwego dziennikarza Arnolda Colquhoun, nawiązała się nić sympatii. Niestety wkrótce Daisy dowiedziała się, że jej sympatyczny znajomy jest chory na syfilis, który wtedy był nieuleczalną chorobą. Teraz musiała dołożyć starań, żeby jakoś wywikłać się z pechowego związku. Jednym z argumentów jakiego używała, było twierdzenie, że jest związana z kimś innym. Czy była? Faktem jest, że jej osobowość zjednywała jej sympatię wielu ludzi, a mężczyźni tracili przy niej głowę. Ona sama twierdziła – lubię się zakochiwać i.. rozstawać.

Arnold, który jednocześnie popadł w długi i inne tarapaty, popełnił samobójstwo. Jakimś cudem osoba Daisy nie została zauważona podczas dochodzeń policji, ale nie mogła dłużej pozostać w Charters Towers. Na szczęście miała przy sobie doskonałe referencje od biskupa Stantona. Bez trudu znalazła pozycję guwernantki u hodowców bydła, państwa Hamilton. Tam nie mogła nie zwrócić uwagi na przystojnego kowboja – Eddiego Morant.

Eddie Morant był podobnie jak ona biednym irlandzkim sierotą. Też zyskał staranne wykształcenie. W szkole poznał i oczarował zamożnego dżentelmena, który zaprosił go do swojej rezydencji jako towarzysza polowań. Tam nabrał idealnych manier i umiejętności jeździeckich. Do Australii przyjechał podobnie jak Daisy na bilet sponsorowany przez rząd. Przez pewien czas pracowal w cyrku, aż znalazł stałą pracę na stacji hodowlanej.
Eddie oczarował Daisy elokwencją, znajomościa literatury i opowieściami o koneksjach jego dobrze sytuowanej rodziny. Co było dalej czytaliście Państwo na wstępie.

Trzy próby, trzy niepowodzenia – co teraz począć?

Ciąg dalszy nastąpi.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Ciąg dalszy za tydzień