Takie mamy nazwisko, takie imię

Jacek Slaski

COSMO po polsku 


standPUNKTwidzenia: Nazywam się Slaski. Jacek Slaski

Pozwólcie, że się przedstawię. Jacek Slaski. Jacek po dziadku od strony ojca. No i Slaski, też po ojcu, jak wymaga tradycja. Niby prosto, ale jednak chyba zbyt polsko. Zarówno moje imię, jak i nazwisko wprowadzają Niemców w zakłopotanie. Mają trudności z wymową, z zapisem, z określeniem płci. Nie wiem już, jak często byłem Jaszkiem, Jaczkiem, czy Jatskiem.

To „c” w Jacku jest niebezpieczne. Niestety Jacka nie da się tak łatwo przetłumaczyć. I o ile każdy Michał jest Michaelem, a każdy Piotr Peterem, to moje imię nie ma germańskiego odpowiednika. No dobrze. Niby jest, ale Hyazinthem czy Hiacyntem od lat nikt już nikogo nie nazywa.

Continue reading “Takie mamy nazwisko, takie imię”

Umarł…

Umarł Ireneusz Kania. Wszyscy jesteśmy w żałobie, bo wszyscy kiedyś trafiliśmy na książki, które zaważyły na naszym życiu, a które On przetłumaczył. Dla mnie to była Tybetańska Księga Umarłych.
Na Facebooku Andrzej Saramonowicz napisał o nim najpiękniej chyba z nas wszystkich:

Andrzej Saramonowicz

Umarł Ireneusz Kania, jeden z najciekawszych polskich umysłów ostatniego półwiecza, przenikliwy intelektualista i wybitny tłumacz.

Dzięki Niemu polska kultura zyskała dziesiątki wspaniałych książek tłumaczonych z licznych języków, od portugalskiego do sanskrytu.

Czytam właśnie „Suttanipātę. Zbiór nauk buddyzmu pierwotnego” – jeden z najważniejszych tekstów buddyzmu, spisany na Cejlonie w I wieku przed Chrystusem. Ireneusz Kania przetłumaczył go z języka palijskiego, opatrzył również przedmową i przypisami. Rzecz w Polsce świeża, tegoroczna.

Czytam te sutty niespiesznie, wracam do nich, rozważam i za każdym razem myślę z wdzięcznością o Ireneuszu Kani. Żałuje, że nigdy nie miałem okazji, by mu podziękować za wszystko, co mi – dzięki swojemu talentowi i swojej pracy – ofiarował.

Poniżej dwie zwrotki „Sutty o nosorożcu” – pierwsza i ostatnia.

Przemocy się wyrzekłszy nad wszystkim, co żyje,
Krzywdy nie czyniąc żadnej z istot,
Niepragnący synów, a tym bardziej towarzysza,
Niech żyje samotnie, jak nosorożec.

(…)

Ludzie obcują z innymi ze względu na własne dobro;
Bezinteresownemu trudno uczciwą drogą zdobyć majętności.
Interesowność jednak mąci im umysły,
Żyj więc samotnie, jak nosorożec.

Fot. Bartosz Bańka

***

O Ireneuszu Kani w Wikipedii.

Transsyb (7)

Zbigniew Milewicz

Malarz Sława zbiera na bilet

Jak na kurort przystało, są w Listwjance hotele i pensjonaty dla turystów, droższe restauracje i tańsze bary, butiki z pamiątkami, drogowskazy do wyciągów narciarskich, bo okolica jest górzysta, oraz przystanie statków pasażerskich i łódek. Przy centralnej kei – plansze z mapami jeziora i jego opisem, po rosyjsku i angielsku, żeby każdy wiedział, gdzie się znajduje. Jesteśmy więc nad największym zbiornikiem słodkiej wody na świecie, o długości 636 kilometrów i szerokości od 27 do 80 kilometrów. Bajkał zajmuje powierzchnię 31500 km2, co odpowiada mniej więcej wielkości Belgii. Ma rekordową głębokość 1637 metrów i jeżeli wierzyć Maszy, wodę najczystszą na świecie. Masza chodzi w marynarskim podkoszulku (plus piercing w nosie i stylowe tatuaże) po nabrzeżu i namawia turystów na rejs łódką ze szklanym dnem, przez które widać całe podwodne bogactwo. To jest jej wakacyjna fucha, bo na co dzień studiuje prawo w Irkucku.

Continue reading “Transsyb (7)”

I znów, i znów

Teresa Rudolf

Liść jesienny

I znów w ręku 
liść jesienny
jak co roku,
…zwinięty
w rulon…

To list do mnie?
Skąd przyleciał?
A co w nim dziś?
Strach, czy radość?
Otwierać, nie otwierać?

Zamykam dziś oczy…
pod palcami czytam;
potwory ludzkie szaleją,
bez wytchnienia piszą
historię zagłady świata…

Otwieram oczy…
patrzę, jeżyk mały
przechodzi koło nogi,
patrzy, patrzy ciekawy,
bezwarunkowo mi ufając.

Zamykam oczy
i dalej czytam:
co możesz, 
zmień, 

a jeśli się nie daje,
to zostań jeżem,
zaufaj temu 
co musisz…
a jest tutaj
pod ręką…

Już po słonecznikach

I znów przychodzi
ten smutek jesienny,
zostawia ciepły uśmiech
za tym, co już przeminęło.

Za dzień, za dwa, trzy,
zacznę znowu popychać
zielonozłote liście w parku,
nie depcząc, by gdzieś uleciały…

Niech lęcą, lecą,
w daleki świat,
wysoko, kolorowo, 
jak ptaki piękne,
ciche i bezśpiewne.

Wieża

Ela Kargol

Jest najwyższym budynkiem w Niemczech. Obok Bramy Brandenburskiej, Reichstagu symbolem nie tylko Berlina, ale z pewnością całych Niemiec.

Córka, która wśród swoich znajomych ma studentów z całego świata i którzy często gubią się w mieście, mówi, że oni wiedzą, iż wzrokiem należy szukać wieży, najwyższego punktu orientacyjnego, a potem już łatwo trafić do domu, na uczelnię, do klubu, gdziekolwiek…

Kosztowała 132 miliony marek wschodnich. W roku 1969 była drugą co do wielkości wieżą telewizyjną na świecie.

Nie mogła być pierwszą.

Wyższą była wieża Ostankino w Moskwie zbudowana dla uczczenia pięćdziesiątej rocznicy rewolucji październikowej.

3 października 1969 Walter Ulbricht i jemu podobni towarzysze dokonali oficjalnego otwarcia wieży, cztery dni później w dwudziestą rocznicę powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej otwarto wieżę dla zwiedzających.

Nikt wtedy z nich nie przypuszczał, że 21 lat później 3 październik nie będzie się nikomu kojarzył z rocznicą otwarcia wieży, ale z zupełnie innym świętem, a mianowicie Dniem Jedności Niemiec (Tag der Deutschen Einheit), świętem narodowym, dniem wolnym od pracy.

3 października 1990 r. wszedł w życie traktat zjednoczeniowy, na mocy którego była NRD połączyła się Republiką Federalną.

NRD przestała istnieć.


Niecały rok wcześniej (w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989) upadł po 28 latach istnienia Mur Berliński.

Gdyby nie mur i koszty związane z jego budową wieżę zbudowanoby dużo wcześniej i w innym miejscu. Byłyby to wzgórza Müggelberge lub Friedrichshain.

Ale plany uległy zmianie.

Po podziale miasta i po budowie muru zdecydowano się na miejsce bardziej reprezentacyjne, historycznie związane z początkami Berlina, leżące w strefie sowieckiej, w samym środku miasta. Miejsce bardzo zniszczone w czasie drugiej wojny światowej, a z powodów finansowych, a przede wszystkim politycznych nadal niszczone i wyburzane po wojnie.

Na terenie niepotrzebnie usuniętego pałacu (Berliner Schloss), w którym po wojnie odbywały się jeszcze wystawy, miał powstać „pałac stalinowski” (Das Zentrale Regierungshochhaus der DDR) podobny do warszawskiego pałacu kultury. Z pomysłu zrezygnowano. Potrzebowano innej architektonicznej dominanty.

Zdecydowano się na wieżę, przewyższającą o niebo swoją dużo starszą siostrę z Berlina Zachodniego.


A pałac inny niż w pierwotnym zamiarze wybudowano kilka lat później.

Ten pałac też wyburzono, po to, żeby znowu odbudować ten pierwszy, a w zasadzie zbudować jego replikę.

Po zjednoczeniu Niemiec podobny los miał spotkać wieżę.

Wieża jednak została. Od roku 1979 miała już status zabytku i zabytkiem została po zmianie właściciela i ustroju. W jej remonty zainwestowano miliony marek zachodnich, a potem euro. Jeśli kiedyś realizowane będą plany odbudowy Marienviertel, na którego obszarze wieża stoi, to wieża będzie pasować jak pięść do oka, a może właśnie wpasuje się jak ulał w nowe-stare kamienice nowego starego Berlina.

Kto wie, co i kiedy znowu będzie burzone, a kiedy odbudowywane.

Kula, która jest jakby zwieńczeniem wieży, końcówką teleszparaga, miała być czerwona jak komunizm, ale jest srebrna jak garnek. Czasem, jak słońce pozwoli, można dostrzec na niej znak krzyża. To podobno zemsta papieża lub Dibeliusa [Otto Dibelius (1880 – 1967), niemiecki teolog ewangelicki]. Choć architekt wieży (Hermann Henselmann) zapewniał, że to PLUS, plus dla socjalizmu.

A jednak się kręci, powiedział Galileusz, i prawie to samo powiedziały wnuki, gdy wjechaliśmy windą do nieba, a tak naprawdę do wnętrza kuli, która się naprawdę kręci, no może nie cała kula, tylko koło podestu ze Sferą (bo tak nazwano restaurację w wieży).

Cappuccino kosztuje majątek, Currywurst drugie tyle. 20 minut wokół własnej osi, potem można zamówić drugie Cappucino albo „Turm Burger”, albo choćco.

Potrawy przygotowywane są na dole. Podróż w górę musi się opłacać.

Wieża nie ma swojego adresu, często występuje pod cudzym.
Kojarzy sie z położonym w pobliżu placem Aleksandra, z placem, który swą nazwę zawdzięcza carowi Aleksandrowi I. Jedno z wejść do wieży przypisane jest do Panoramastraße, która w sumie nie jest ulicą, ale pozostałością po ulicy z panoramą bitwy pod Sedanem (oglądanej kiedyś w specjalnej rotundzie).
Mało kto używa nazwy Park am Fernsehturm, na którego obszarze stoi wieża. To jeden z parków, którego nigdy bym nie podejrzewała, że jest parkiem.


Młodsza córka urodzona w Berlinie z dumą donosi, że ona, prawdziwa berlinianka, na wieży nigdy nie była. Moja wiekowa sąsiadka, urodzona w Berlinie na Wilmersdorfie w 1943 roku, była tylko dwa razy w Berlinie Wschodnim, w odwiedzinach u krewnych z Zony, wtedy gdy jeszcze stał mur.

Na wieży nigdy.

“Znachor” a sprawa kobieca (reblog)

Film jest na Netflixie od niespełna tygodnia i już przez niektórych został okrzyczany jako najlepszy film polski wszechczasów. No więc nie przesadzajmy, film jest dobry, dobrze się go ogląda, ale najlepszy?!
Tak czy owak, obejrzyjcie 🙂

Radość z ciała. Barbarella.pl

 O wyższości Znachora nad Barbie. Mamy polski film, który jest feministyczny, nie jest niszowy i dociera do szerokiej publiczności. Barbie ze swoim motywem nieszczęśliwej kobiety, która nie potrafi, czy nie chce, niczego w swoim życiu zmienić, oprócz opłakiwania czasów, kiedy mogła bawić się wychudzonymi lalkami, może się schować przy biorących sprawy w swoje ręce, kobiecych bohaterkach polskiej produkcji. Jeżeli ktoś twierdzi, że Barbie jest feministyczna, to Znachor deklasuje amerykańską produkcję i pokazuje, że można nakręcić świetny film o kobietach, które chcą i potrafią sobie w życiu radzić i o mężczyznach, którzy niczego z tego powodu nie tracą, a tylko zyskują.

Może wydawać wam się, że jak każdy w tym kraju, znacie fabułę Znachora na pamięć. Otóż zdziwicie się. Tytułowi wbrew, najważniejsze postacie w filmie to te kobiece: młynarzowa i córka Wilczura. Obie mają w życiu pod górkę, ale zamiast czekać, aż ktoś je wyratuje, polegają na swoim rozumie i swoich siłach. I te sceny seksu! bo w tym filmie, jest seks. I to taki, że będziecie palce lizać. W Znachorze kobiety są aktywne i w życiu, i w seksie. Biorą odpowiedzialność za swoje sprawy i wychodzą z inicjatywą także w przestrzeni seksualnej. Nareszcie ktoś pokazał kobiety, które są bystre, odpowiedzialne i lubią też seks.

To jest też film o fajnych facetach. Jest tu motyw szczerej przyjaźni damsko-męskiej, bez żadnych podtekstów seksualnych. Jest tytułowy Znachor, który ma i głowę i serce, brakuje mu w filmie tylko pamięci. Hrabia też potrafi stanąć na wysokości zadania.

Jest w filmie wątek męskiej przyjaźni przedstawionej jako konkurencja na śmierć i życie (dosłownie). To grubo wbrew stereotypom, bo zazwyczaj męska przyjaźń jest wzorem szlachetnych i bezinteresownych relacji. W przeciwieństwie do tej między kobietami, która rzekomo jest naszpikowana zazdrością i walką o najwyższe trofeum: mężczyznę. A w Znachorze kobiety nie boją się innych kobiet, mają inne sprawy na głowie niż poszukiwania faceta, co nie przeszkadza im korzystać z dobrych okazji. Warto odpalić Netflixa w ten weekend #znachor#dobryfilm#kino

Gedanken zum Tag der Einheit

Brigitte von Ungern-Sternberg

Geschrieben am Tag der Einheit, 3. Oktober 2023:

Ich habe vor kurzem auf youtube die vierteilige Serie ‚Deutsche und Polen‘ (Ostdeutscher Rundfunk Brandenburg, 2002) wiedergesehen – in allen Teilen eine sehr sehenswerte, wertvolle Fernsehproduktion!

Der letzte Teil betitelt ‘Vertreibung, Erstarrung, Versöhnung‘  hat mich am meisten bewegt.  Es geht um die Geschichte einer Nachbarschaft in der langen Phase der Nachkriegszeit, in der ich aufgewachsen bin in den Jahrzehnten des ‚eisernen Vorhangs‘,  des Fallen dieses ‚Vorhangs‘  1989 und den Folgejahren darnach. 

Continue reading “Gedanken zum Tag der Einheit”

Frauenblick. Graue Bienen…

…von Andrej Kurkov, Erinnerung an den zukünftigen Krieg

Monika Wrzosek-Müller

Die Handlung des Romans entwickelt sich langsam, bedächtig, um nicht zu sagen schwerfällig. Der Leser wird Schritt für Schritt in die „graue Zone“ eingeführt, in das Niemandsland an der Front zwischen ukrainischen Regierungstruppen und den Verbänden der russisch kontrollierten „Volksrepublik Donezk“ – eingeführt in den Alltag dort um 2016/2017. Es passiert wenig, nur die Natur ändert sich mit dem Licht etwas. Die Handlung setzt noch im Winter ein, der Himmel ist grau und grau ist auch das Leben rundherum. Beschrieben wird die laute Stille, die herausfordernde Stille: ihre Arten und Abarten; ohne Strom, ohne jegliche Infrastruktur, ohne Nachbarn, in einem Nichts, in dem Dorf Malaja Starogradowka, das zum Untergang verurteilt ist, auf ein Minimum reduziert. Die Bewohner sind geflüchtet, haben ihre Fenster und Türen mit Brettern vernagelt, die beiden einzigen Verbliebenen, Sergej und Paschka, leben nicht weit voneinander entfernt, aber eher wie Katz und Maus, „Freundfeind“; der eine traut dem anderen nicht. Sie gehören auch zu verschiedenen Lagern; während Paschka mit den pro-russischen Separatisten kooperiert, ist Sergej Sergejiwitsch eher ein unauffälliger Ukrainer. Beide haben etwas im Leben verpasst, sind Rentner ohne Familienangehörige. Ab und zu hören sie Detonationen, es zischen Raketen über ihre Dächer, sie sehen einen Toten auf dem Feld liegen, zu dem sie nicht ohne Gefahr vordringen können. Uns, den Lesern, bleibt aber immer wieder völlig unverständlich, wie sie dort eigentlich überleben. Und wir verfallen diesen stimmungsvollen Bildern, die Kurkov für uns zeichnet.

Continue reading “Frauenblick. Graue Bienen…”

Transsyb (6)

Zbigniew Milewicz

Polskie ślady

Do Irkucka jedziemy niecałą dobę, jak panowie, pełną gębą, bo sypialną klasą lux. Innych biletów nie było. Mamy do własnej dyspozycji przedział dwuosobowy, zamykany na klucz, z umywalką, szafką na ubrania, kryształowym lustrem, dywanem i tapicerką w kolorze bordo, wszystko w dobrym stanie. Tylko ja mam powłoczkę na kołdrę trochę dziurawą, ale kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi. Prowodnica jest miła, wagon restauracyjny za ścianą, w nim pyszna soljanka i zimna wódeczka, aż nie chce się w Irkucku wysiadać. Pora zresztą jest zabójcza, trzecia z minutami nad ranem i niewielu pasażerów opuszcza pociąg.


Continue reading “Transsyb (6)”