Wzloty i zawały serca

Teresa Rudolf

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Jim Farrant

Szufladka

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciągnąć
jak szufladkę,
w której mieści się „kiedyś”,
jak klejnocik malutki
jak setna część ziarnka maku.

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciagnąć
jak szufladkę,
przecierając starannie
jedwabną szmatką,
zakurzony ten czas.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć,
jak szufladkę odpinając
ten złoty, magiczny
guziczek zapomnień
i wspomnień.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć
jak szufladkę,
by znów nakręcić
tę tajemniczą pozytywkę
mej młodości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Avtandil Makharoblidze

Zanim i kiedy i zanim…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Kiedy Cię zobaczylam pierwszy raz,
zanim dotknęłam Twej ręki,
już wiedziałam…

Zanim zrozumiałam pierwszy raz,
co do mnie mówisz
już wiedziałam…

Kiedy tańczyliśmy ze sobą,
jak motyle na parkiecie
już wiedziałam.

Zanim i kiedy i zanim…
już, wiedziałam i wiem,
że przecież Ty, to Ty!!!!!!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Johan Messely

Te miliony, te biliony z Tobą…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Ach, ach,
kochliwość z tamtych lat
te wzloty i zawały serca,
te udary mózgu.

Ach, ach,
te paraliże myśli,
trzęsienia ziemi,
burze i chmurki.

Ach, ach,
ta gimnastyka
zakochiwania się
i odkochiwania.

Ach, ach,
gdyby nie to,
nie wiedziałabym,
co naprawdę dziś wiem…

Kiedy spojrzę
na te miliony, biliony
wspólnych chwil z Tobą,
mój Kochany.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Tekst, który “chodzi za mną” od prawie 30 lat

Ewa Maria Slaska i reblog

Był rok 1991. Byłam młoda, szczupła, z szopą kręconych włosów na głowie. Nosiłam obcisłe dżinsy i jedwabne podkoszulki z niewielkim dekoltem, ale wystarczającym, by koleżanki szeptały mi czasem do ucha, że podczas wieczoru auorskiego faceci w ogóle nie słuchali, co czytam, tylko gapili mi się w dekolt. To było prawie 30 lat temu. Kobiety nie pokazywały jeszcze tyle ciała, co teraz, czyli mało było więcej.
Pojechaliśmy do Ameryki, wynajęliśmy samochód w Los Angeles i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do Nowego Jorku. Zapamiętałam z tej podróży piękną przyrodę, wspaniałe muzea w każdej byle wiosce z kilkoma milionami mieszkańców oraz nowoczesną architekturę. Właściwie nie mieliśmy żadnych kontaktów z ludźmi. Sypialiśmy na kampingach, gdzie nie było nikogo i nikt się z nami nie chciał z amerykańską wylewnością zaprzyjaźnić. Pamiętam tylko kilka osób. Czarnoskórego przystojnego urzędnika w banku z krawatem nonszalancko zarzuconym na prawe ramię. Jakąś panią na kampingu w Kosciuszko County, która mnie poinfomowała, że Kościuszko był Amerykaninem, a jego nazwisko wymawia się Coscijasko. Młodego Indianina spotkanego nocą na stacji benzynowej w drodze przez kolorowe góry Colorado. Trasy wybieraliśmy mało uczęszczane. Miał dżinsową bluzę z frędzlami i warkocze.
– Skąd jesteś? – zapytał, co jest oczywiście pierwszym pytaniem, z jakim styka się podróżnik na całym świecie.
– Z Europy.
– Skąd z Europy? Pytanie było dziwne, bo w Idaho Minnesotta jest zagranicą, ale nie zraziłam się.
– Z Polski.
– Skąd z Polski? Uznałam, że facet nieźle się upiera, ale odpowiedziałam.
– Z Gdańska.
– O, ożywił się chłopak. – Znasz Wałęsę?
– Tak.
Pokiwał głową, zadowolony, świat był dokładnie taki, jaki miał być, taki, o jakim on wiedział na swojej małej stacji benzynowej w Colorado. Wydał mi resztę, wyszłam, pojechaliśmy dalej.
Nocowaliśmy w rezerwacie, a rano pojechaliśmy do Junktion na sprawunki, bo w rezerwacie były tylko pamiątki, chipsy i cola. Junktion była rzeczywiście miejscem, w którym spotykali się Indianie z rezerwatu i biali z okolicznych wiosek i miasteczek. Turystów nie było. Na wielkim placu parkingowym stały trzy terenowe jeepy z odkrytymi platformami. Nasz biały samochód rzucał się w oczy z daleka. Był tylko jeden ogromny sklep, w którym było wszystko, od kosiarek po naklejki z supermanem. W lokalnej gazecie przy kasie na okładce było zdjęcie cielęcia z dwoma głowami. W gazecie stanowej Gorbaczow stał na czołgu i tryumfował, bo pokonał pucz komunistycznej jaczejki.

Mąż i syn gdzieś zniknęli w czeluściach sklepu, szłam z wielkim wózkiem między półkami i pakowałam chleb, mleko, brokuły i donaty. Zza regału wysunęła się strasznie blada dziewczyna w spranej sukienczynie z jakiejś bladej wzorzystej bawełny. Sukienczyna była wysmotruchana na brzuchu, a wyglądała tak, jak sukienki Ani z Zielonego Wzgórza, zanim jeszcze Mateusz zainterweniował i stroje dziewczynki zaczęły być kolorowe, bufiaste i ozdobne. Dziewczynina w sklepie miała na czole blade jak ona sama loczki, przyklejone plastrem. Uśmiechnęłam się do niej, ale ona tylko stała i patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Po chwili pojawiła się druga, tak samo ubrana i też młoda. Nie stały obok siebie, każda zatrzymała się tam, gdzie wyszły z przejścia między półkami. Stały i patrzyły, a ich patrzenie było nie tyle poważne co surowe i zimne. Poczułam się, jakbym miała plamę na policzku. Pojawiły się dwie następne kobiety, starsze, grubsze, siwoblond. Na sukienkach miały zawiązane fartuchy w paseczki. Były z innej epoki, z innego świata, może z jakiejś sekty jak amishe czy shakerzy. Było ich coraz więcej i przysuwały się do mnie coraz bliżej. Wciąż nic nie mówiły. Patrzyły na rudą lokowatą kobietę w obcisłych dżinsach zielonych jak wiosenna trawa i jasnoróżowej bluzce bez rękawów i z (małym!) dekoltem. Zanim dotarłam do kasy i zdołałam telepatycznie przywołać mężczyzn, przeżyłam momenty prawdziwej grozy, takiej z filmów. Myślałam o tym, że półki w sklepie poręcznie zawierają wszystko, czym cicho i szybko można zakłuć czarownicę. Jestem zdania, że uratował mnie tylko fakt, że te kobiety po prostu nie miały powodu, żeby to zrobić. Gdyby jednak tej nocy w ich miasteczku na prerii umarło dziecko, na przykład na ospę, a one przecież nie szczepiły dzieci, to było oczywiste, gdyby więc to dziecko umarło, to na pewno ja, ruda wyuzdana przybłęda, musiałabym za to zapłacić.

Nie zapomnę tej sceny póki żyję. Trwa, a my wciąż patrzymy na siebie – nowoczesna Europejka i przeniesione z innej epoki i z innych norm Amerykanki. Nic się nie zmienia. Ich loczki wciąż są przyczepione plastrem do czoła, wciąż mają na sobie sukienki z wzorzystej bawełny.

Te sukienki nazywają się “sukienki z prerii”. Dowiedziałam się tego wczoraj i dlatego przygotowałam ten wpis. Nowojorska gazeta The Cut w artykule o modzie na nadchodzącą wiosnę pisze o sukienkach z prerii.

spring 2019 fashion issue /

The Pleasure of Sitting Out a Trend

Designerka nazywa się Bashewa Hay, a jej sukienki mogą się okazać hitem nadchodzącego sezonu.

These dresses: They look like Laura Ashley exposed to just a touch of nuclear radiation, and, per the Washington Post, they’re “the most provocative thing in fashion right now.” Vogue: “Vintage Laura Ashley, Betsey Johnson’s Alley Cat, and Gunne Sax.” Women’s Wear Daily: “Anne of Green Gables, Laura Ashley, and Eighties neo-Victoriana.” Haaretz: “Amish Meets Laura Ashley With a Bit of Hasidic Chic.” Indeed, the Batsheva line (launched in 2016) began with a beloved and beat-up Laura Ashley dress that Hay had remade. But her specifications made the details more eccentric, extreme. (…) Hay has described finding inspiration in both her mother’s style in the ’70s and the dress codes of religious fundamentalism, from Mennonites and the Amish to Hasidim. A former corporate lawyer educated at Stanford and Georgetown, Hay grew up in a secular family; her husband, a successful fashion photographer, was beginning to embrace Orthodox Judaism around the time they met. Her designs found her grappling with the confines of his faith. During their courtship, the couple staged Hasidic-cosplay photo shoots in South Williamsburg, complete with wig.

Cały tekst TU.

Algorithmus des Facebooks

czyli Algorytm Facebooka

Jest chłodny, niczym nie wyróżniający się poranek, 5 lutego 2019 roku. Wtorek. Nie mamy się dziś obżerać jak np w Tłusty Czwartek, nie mamy się ściskać, nie mamy głodować. Nie strajkujemy. Dzień jak co dzień. Wstajemy, idziemy do pracy. Wracamy. No może niektórzy dotrą na Berlinale, ale może nie. Berlińczyków aż tak to nie bierze, to rozrywka dla przybyszów. Postanawiam sprawdzić, co zjedliśmy tego dnia na śniadanie i co na ten temat przekazaliśmy potomności (bo przecież przechowujemy zdjęcia naszego jedzenia dla potomności). Nie wybieram, nie szukam, patrzę, co przychodzi czyli co podsuwa algorytm.

Es ist ein kühler, unauffälliger Morgen am 5. Februar 2019. Kein Tag an dem das Grosse Fressen angesagt wäre, wie zB am Weiber Donnerstag, wir müssen uns nicht umarmen, auch nicht hungern. Es ist nichs Besonderes für heute vorgeschlagen. Ein Tag wie immer. Dienstag. Wir stehen auf, wir gehen zur Arbeit. Wir kommen zurück. Nun, vielleicht gehen einige zur Berlinale, aber vielleicht auch nicht. Berliner nehmen das nicht so, es ist eh etwas für Ankömmlinge, Kulturturis oder so. Ich beschließe, zu überprüfen, wie wir heute gefrühstück haben und was wir an die Nachwelt weitergegeben haben (weil das tun wir schließlich, oder? Wir halten Bilder unserer Nahrung für die Nachwelt). Ich wähle nicht, ich schaue, was kommt oder was der berühmte Algorithmus vorschlägt.

1. Rosyjskie śniadanie Russisches Frühstück (Aleksij Tichonsson)

DAS 1. RUSSISCHE FASTFOOD IN BERLIN🍗🍛🥟🥧:
https://bit.ly/2sSSwUo
PS: auch mit vegetarischen & veganen Optionen

2. Nowy Rok / Chinesisches Neujahr

No i proszę, od razu się okazuje, że dzień wcale nie taki zwykły. Bo dziś wietnamski i chiński Nowy Rok czyli święto Wiosny.  Zaczął się wczoraj i potrwa do 9 lutego. Skończył się rok psa, zaczyna się rok ziemskiej świni czyli dzika! Ich hasło brzmi: ciężką pracą można osiągnąć każdy cel. Świnia (Dzik) reprezentuje beztroską zabawę, szczęście i bogactwo. No to hop, Biedroń, zaczynamy! Chyba jedzą tę bedną świnię, ale na FB nikt się niczym nie chwali.

Sofort erfahre ich, dass der heutige Tag gar nicht so gewönlich ist – gestern begann der Chinesische Neujahr, Feierlichkeiten werden bis 9. Februar dauern. Auch in Berlin. Es beginnt das Jahr der Erde-Schwein oder des Ebers. Und es beginnt der Frühling, Gestern in Polen hat Robert Biedroń neue Partei gegründet, deren Name Frühling lautet. Alles Gute zum Neujahr Frühling!

3. Wyjedź do Ameryki Południowej i zjedz owocki / Fahr’ nach Südamerika und esse (diese) Früchte

4. Anna Sikora, zdjęcie z cyklu Polska (ale raczej niejadalna) / Foto aus dem Zyklus Polen (eh nicht essbar)

5. Keto dieta

Nie interesuje mnie, ważę 10 kilo mniej i podobno mam BMI super normalny, ale nawet jeśli nie, to właśnie przeczytałam na FB, że grubi żyją lepiej i dłużej… Nota bene ci, co czytają książki też żyją o dwa lata dłużej, a ci co się opiekują wnukami – mniej chorują…

Nix für mich. Zuerst bin ich 10 Kg “leichter” als die Person mit dem Ausgangsgewicht 73; zweitens (und daher) ist mein BMI super normal, aber auch wenn es nicht so wäre, habe ich grade im FB Folgendes gelesen: Die Übergewichtigen leben länger und besser! Die, die lesen, leben auch zwei Jahre länger. Und die Grosseltern, die sich um Enkelkindern kümmern, sind weniger krank… na also!

6. Kolejna firma z algorytmu – sprawdź florę bakteryjną i dowiedz się, co jeść i na pewno okaże się, że mam sobie kupić jakieś suplementy / die Nächste Firma, die für mich mein FB-Algorithmus ausgesuht hat: Hab nachtzuprüfen wie meine Darmflora ist und sicher danach irgendwelche Diäts-Suplements kaufen!

7. Ale Algorytm jest wielostronny, zaraz potem czekolada… / Na ja, der Algorithmus kann auch anders: 7 Sorten feinster belgischer Schokolade warten auf mich…

8. I pierwsze prawdziwe jedzenie prawdziwych ludzi – Kamila Sng w Lizbonie w Baixa-Chiado. Nie widzę dokładnie – bułki, wino, makaron, a w patelni? Może muszle. / Das erste richtige Essen – in Lisabon: Brötchen, Nuddeln, Wein und vielleicht Meeresfrüchte oder Muschel, irgendwas in der Pfanne…


9. Dwie piękne martwe – żywe natury z przeszłości (Wydawnictwo Wielka Izera) / Zwei schöne Stilllebens aus der Vergangenheit (Verlag Wielka Izera)

10. I znowu firma z algorytmu – Pyszności. / Und wieder eine Firma, diesmal polnische Leckereien.

Po kilku godzinach walki z algorytmem mam dość. Nasz świat tonie w obrazach jedzenia,
a NIKT tak naprawdę nic nie ugotował i nikt tak naprawdę nie zjadł śniadania ani nie przygotował prawdziwego lunchu.

Nach ein paar Stunden des Kampfens mit dem Algorithmus höre ich auf. Niemand hat tatsächlich etwas gekocht und nur eine Peson hat überhaupt vor, etwas zu essen. Ich habe fertig und gehe kochen. Smoothie, Champignons mit Blaukäse und Tostada.

Jest godzina 12. Koniec zabawy z Facebookiem. Pora na realne jedzenie. Pójdę sobie ugotować coś smacznego na brunch. Smoothie, pieczarki zapiekane z serem pleśniowym
i tostada.

Smacznego!

PS. Na śniadanie algorytm nic nie dał porządnego do zjedzenia, ale na podwieczorek
– z okazji imienin Agaty (najlepszego, Agato!) – i owszem:

Guantanamo


Tibor Jagielski

Przybywszy do Rzymu Cebulski stwierdził, że jego ludzie nie mają nawet butów. Zasadził wiec drzewko wolności na dziedzińcu kwatery; otworzył kasyno i ograł w karty pół Wiecznego Miasta, czym wzbudził niemały podziw ówczesnej finansjery. W przeciągu krótkiego okresu wyrósł – niedaleko od Watykanu, który stał się, nie po raz pierwszy w historii, więzieniem papieża – istny lupanar, bo na grze w tarocci oczywiście się nie skończyło.

Ledwo Bonaparte wyruszył na podbój Indii przez Egipt, a już włoscy chłopi, pod przywództwem kleru, chwycili za widły i strzelby, aby przepędzić francuskich diabłów
i ich sojuszników. Do ich ulubionych metod należały: pieczenie czarta na rożnie, wbijanie na pal (chętnie zrobiony z drzewka wolności), obłupianie ze skóry po uprzednim powieszeniu za nogi i gotowanie w kotle. Zdarza się.

Zabawy takie trwały nieraz parę dni, a ich ofiary szły w dziesiątki, jeśli nie setki.
Zazwyczaj kończyły się przybyciem republikańskiego oddziału pacyfikacyjnego, który zdobywał wieś lub miasteczko (po uprzednim ostrzale artyleryjskim) szturmem,
a tych którzy nie zginęli i nie uciekli, zaganiano do kościoła i wraz z nim palono.
Bywa i tak.

Tymczasem brak ochoty w “akcjach pokojowych”, ba, Tańce! Hulanki! Swawola
(seks – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli)!  No i zwłaszcza strumień złota, płynący
do kasy półbrygady, zdenerwowały na ostatek rzymską administrację, która zainterweniowała u Dąbrowskiego. Ten, nie zastanawiając się długo, awansował Cebulskiego na kapitana i wyprawił go, wraz z kompanią, do Toskanii.

Wymarsz, przy grzmocie bębnów, fanfarze trąbek i łopocie sztandarów, pozostawił w Rzymie nie jedną mokrą chusteczkę i to nie tylko dlatego iż (nowo wyekwipowani za szulercze pieniądze) żołnierze prezentowali się znakomicie, a choć nadal dokuczał brak broni palnej, to u żadnego boku nie brakowało pałasza i dobrze wypełnionej manierki.
Był marzec; kobiety rzucały fiolki; tańczyły konie oficerów.

Przez następne parę zim historia Legionów Polskich we Włoszech o Cebulskim milczy.
Odnajdujemy go znowu na pokładzie francuskiego okrętu liniowego “Le Fougeux”, wiozącego posiłki na, objętą powstaniem czarnych niewolników, wyspę Santo Domingo.

Konwój, w skład którego wchodziły jeszcze dwa liniowce, przebył Atlantyk w ciągu dwóch miesięcy, stawiając mężnie czoła licznym burzom i okresom ciszy morskiej; przemknął się szczęśliwie przez blokadę floty angielskiej i bez strat (nie licząc dwóch marynarzy, którzy spadli podczas sztormu z bocianiego gniazda i skręcili sobie karki – zdarza się) stanął na redzie portu Cap Francais. Nad zatoką stały kolumny dymu.

Na pytanie Cebulskiego, co te dymy oznaczać mogą, odpowiedział nieźle skonfundowany kapitan Boudrie, iż sądzi, że powstają one podczas palenia ratafii, które niezbędne jest przy produkcji rumu (najważnieszego towaru eksportowego kolonii).
–  Takiego trunku pić nie zamierzam – przeżegnał się Cebulski i miał całkowitą rację, bo już zbliżała się łódka z pilotem i marynarze wrzeszczeli z daleka:
– Dessalines zdradził! Murzyni spalili pół miasta! Atak odparty!

Jan Jakub Dessalines, pierwszy czarnoskóry, który zrobił zawrotną karierę w armii republikańskiej i dowodził na Santo Domingo oddziałami posiłkowym, składającymi się z byłych niewolników, przeszedł na stronę powstańców i rozpoczął regularną kampanię, zmierzającą do całkowitego wyniszczenia białych kolonistów (zdarza się) na wyspie zwanej, nie bez kozery, Perłą Karaibów. Perła, która wkrótce stać się miała grobem Polaków. Zdarza się.

Krótko po zacumowaniu w porcie pojawił się na pokładzie “Le Fougeux” kwatermistrz oddziałów polskich na wyspie, Przebendowski i po krótkiej lustracji, przyrzekł wszelką możliwą pomoc w zaopatrzeniu nowo przybyłych oddzialów nawet przed zmustrowaniem, które w wyniku kompletnego zniszczenia  portu jak i  kwater, mogło się przeciągnąć.

Jeszcze przed wieczorem nadszedł transport składający się z  tuzina świń, tej samej liczby koźląt, tudzież stu dwudziestu kop jaj, koszy pełnych bananów, ananasów, pomarańcz, cytryn, mango, papaji, jak i dwóch beczek rumu, dziesięciu skrzyń cygar, pięćdziesięciu kociołków do warzenia strawy, stu sześćdziesięciu ładownic, czterdziestu karabinów, tudzież dwudziestu pięciu dogów, specjalnie wyćwiczonych na Kubie, do rozszarpywania
(zdarza się) zbiegłych niewolników.

668 polskich żołnierzy bardzo się ucieszyło i rzucało pomarańczami we francuskich marynarzy, którzy – strasznie wściekli – nadaremnie czekali na zaopatrzenie.
(Nawiasem mówiąc 591 członków półbrygady za pół roku miało już nie żyć; bywa i tak)

Kwik i beczenie zarzynanych świń i koźląt, ognie rozpalane przez kobiety, a i rum rozlewany szczodrze, doprowadził prawie do szału załogę liniowców, która od tygodni już piła tylko stęchłą wodę.
Jednakże psy i nowe, angielskie karabiny robiły wrażenie i skończyło się na bezsilnych złorzeczeniach i przekleństwach, które na koniec tak wzruszyły legionistów, że zaprosili Francuzów do kotłów i beczek.

Na tle scenerii płonącego miasta wyglądało to nieźle.

Powiem w skrócie, bo świeca mi gaśnie: nieźle skonstruowana na papierze w Paryżu kampania na Santo Domingo skazana była, przynajmniej z trzech powodów, na porażkę:

A –  jak Anglicy; ścisłą blokadę morską, lecz zamienili Santo Domingo w pułapkę. Wszystkie, powtarzam, wszystkie statki francuskie zostały zniszczone lub padły łupem floty brytyjskiej albo wspomaganych przez nią powstańców.

B – jak barbarzyństwo, które osiągnęło apogeum; mordowano i niszczono wszystkich i wszystko. A ludożerstwo było na porządku dziennym.

C – jak choroby, które wykończyly (zdarza się) większość legionistów; malaria, czerwonka, tyfus, dezynteria.

Powiem też, że Cebulski tę degrengoladę przeżył i kiedy, osiem miesięcy później, pisał list do brata z obozu dla internowanych w Guantanamo na Kubie, brakowalo mu tylko lewego oka. „ (…) Uczę się na nowo strzelać, ale idzie jak po grudzie z tym jednym ślepiem. Ale jak tu narzekać, kiedy dziesięciu naszych z tuzina sczezło, a ja żyję. Jesteśmy skonfundowani, bo wszystkie nasze kobity i dziatki ze statkiem, który do nas płynął, zatonęły; Więckowski, sąsiad nasz z Szamotul, umarł ze żalu za żoną, niczem pocieszyć się nie dał. Tak to i ze zmartwienia sczeznąć można. Chodzą słuchy, że nas wykupili i już niedługo przyjdzie nam płynąć do Francji (…).

(spisane na postawie oryginalnej korespondencji legionistow polskich).
t.j.

Dodatek kulinarny:

Sałatka morska

Algi morskie  – 4 dobre garście
Ogórek (lądowy) – obrać, pokroić w grube plastry
Ostrygi – pół tuzina, otworzyć (są też w puszkach)
– włożyć do miski, dorzucić parę kaparów, lekko posolić i popieprzyć,
skropić paroma kroplami worchester sauce i sokiem cytryny, podlać oliwą
parę razy wstrząsnąć ostrożnie zawartość
i
– smacznego!
t.j.
——————————————————–
uwaga: wszystkie składniki (oczywiście poza oliwą i cytryną – u mnie zawsze w temperaturze pokojowej) muszą być zimne jak z lodówki, a zamiast ostryg można wziąć świeże grzyby typu shitake albo portobello

Wczoraj 56 lat temu

Znalezione u Danusi na Facebooku, a zaczerpnięte ze strony Metropolitan Museum of Art New York

Pięćdziesiąt sześć lat temu wczoraj – w poniedziałek, 4 lutego 1963 roku – w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku zaprezentowano publiczności wypożyczoną z Luwru Monę Lisę. Obraz Leonarda da Vinci można było oglądać w the Met przez następne trzy i pół tygodnia.

W 1963 r. Mona Lisa , na “osobiste zaproszenie” pierwszej damy Jackie Kennedy odbyła podróż do Stanów Zjednoczonych. W porcie, w którym zacumował transportujący ją statek, zgromadziły się tłumy, a obstawa Secret Service eskortowała Giocondę do National Museum w Waszyngtonie. Tam przywitała ją Para Prezydencka, członkowie gabinetu, wszyscy senatorowie i kongresmeni, dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego oraz liczni przedstawiciele administracji. Po kilku tygodniach pokazu w stolicy, została przewieziona do Nowego Jorku do Metropolitan Museum of Art, tam zobaczył ją ponad milion osób, w tym – zgodnie z decyzją miejscowych władz oświatowych – wszyscy uczniowie nowojorskich szkół.

Yvette Lewis, jedna z komentatorek pod wpisem na stronie muzeum napisała:  I was on that line. My grandmother took us. Hours. Up the step, up the step. Inside, up the step, up the step. And then slowly walking past the painting with a guard on either side. The painting, the experience, my grandmother with her Mary Poppins bag full of snacks are a strong memory.

Większość komentatorów dziwi się, czy też pamięta swoje zdziwienie, że obraz jest taki mały.

Rzeczywiście, Mona Lisa Leonarda da Vinci, najsłynniejszy obraz na świecie, namalowany farbami olejnymi na desce topolowej, ma wymiary 77 cm x 53 cm czyli jest mniejszy od standardowego arkusza A1.

W roku 2011 do Berlina przywieziono z Krakowa inny słynny portret Leonarda da Vinci – Damę z łasiczką. To, że do obejrzenia obrazu nie trzeba było stać w kolejce, zawdzięczamy internetowi – można było zarezerwować bilet w sieci. Ale gdy kilka lat wcześniej do Berlina przyjechała z Nowego Jorku wystawa MOMA – kolejki były na kilkanaście godzin.

Mona Lisa (La Gioconda), obraz Leonardo da Vinci, 1503–1506, farba olejna na desce topolowej, Musée du Louvre, Paryż

PS od Adminki po latach na temat tego, co od kilku lat się twierdzi – słynna Mona Lisa z Luwru to drugi portret Giocondy namalowany przez Leonarda da Vinci – istnieje jej portret jako młodej dziewczyny, tzw. Isleworth Mona Lisa. Obraz należy do Fundacji Mony Lisy i jest teraz, w roku 2024 pokazywany w różnych miejscach na świecie, ale nigdzie nie jest wystawiany na stałe.

Przedruk: Pierre Menard autor Don Kichota (Barataria 103)

Uwaga Adminki: z przykrością konstatuję, że Borges a z nim również Menard NIE zainteresowali się rozdziałem 46 części II czyli historią gubernatorstwa Sancho Pansy w  Baratarii! Ale oczywiście obaj są nieodrodnymi jej mieszkańcami.

Na ilustracji obok – okładka wydania online po niemiecku.

Jorge Luis Borges

(…) Do tego miejsca (…) przedstawiłem dzie­ło widzialne Menarda w porządku chronologicznym. Przechodzę teraz do tego drugiego, ukrytego, nieskończenie bohaterskiego, nie mającego równych sobie. Również — ograniczone są możliwości ludzkie! — nieukończonego. Dzieło to, być może najbardziej znamienne dla naszych czasów, składa się z dziewiątego i trzydziestego ósmego rozdziału Don Kichota* oraz z fragmentu rozdziału dwudziestego drugiego. Wiem, że twierdzenie takie wydaje się absurdalne; uzasadnienie tego absurdu jest głównym zadaniem tej notatki.

Dwa teksty o niejednakowej wartości zainspirowały to przedsięwzięcie. Jednym z nich jest ów fragment filologiczny Novalisa — noszący w wydaniu drezdeńskim numer 2005 — który szkicuje temat całkowitej identyfikacji z określonym autorem. Drugim jest jedna z tych pasożytniczych książek, które umieszczają Chrystusa na bulwarze, Hamleta na Cannebiere czy też don Kichota na Wall Street. Jak każdy człowiek obdarzony dobrym gustem, Menard czuł odrazę do tych zbędnych maskarad — zdolnych jedynie do wywoływania w nas prymitywnej przyjemności anachronizmu czy też (co gorsze) czarowania trywialnym pomysłem, że wszystkie epoki są jednakowe lub że są różne. Bardziej interesujący, choć w realizacji pełen sprzeczności i powierzchowny, wydał mu się słynny zamiar Daudeta: połączenie w jednej postaci, którą jest Tartarin, Przemyślnego Hidalga i jego giermka… Ci, którzy sugerowali, że Menard poświęcił życie, aby napisać współ­czesnego Don Kichota, spotwarzają jego jasną Pamięć.

Nie pragnął ułożyć innego Don Kichota — co byłoby łatwe — lecz właśnie Don Kichota. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się — słowo w słowo i zdanie po zdaniu — ze stronicami Miguela de Cervantes.

„Mój zamiar jest wręcz zdumiewający — pisał do mnie 30 września 1934 z Bayonne. — Ostateczny rezultat jakiegoś teologicznego czy metafizycznego dowodzenia — świat zewnętrzny, Bóg, przypadkowość, powszechniki — nie jest bardziej uprzedni ani wiadomy niż moja rozpowszechniona powieść. Jedyna różnica polega na tym, że filozofowie publikują w przyjemnych tomach pośrednie etapy swej pracy, a ja postanowiłem je zniszczyć.” I rzeczywiście nie ocalał żaden brulion, który świadczyłby o tej wieloletniej pracy.

Metoda, którą początkowo przyjął, była względnie prosta: poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918. B y ć Miguelem de Cervantes. Pierre Menard przemyślał tę metodę (wiem, że doszedł do dość wiernego posługiwania się siedemnastowieczną hiszpańszczyzną), ale odrzucił ją jako zbyt łatwą. Raczej jako niemożliwą — powie czytelnik. Zgoda, ale zamiar był już z góry niewykonalny i ze wszystkich możliwych środków na zrealizowanie go ten był najmniej interesujący. Być w dwudziestym wieku popularnym powieściopisarzem z wieku siedemnastego wydało mu się obniżeniem własnej wartości. Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do Don Kichota wydało mu się mniej trudne — a więc mniej interesujące — niż pozostać Pierre Menardem i dojść do Don Kichota poprzez doświadczenia Pierre Menarda.(Przekonanie to, powiedzmy mimochodem, sprawiło, że zrezygnował z autobiograficznego prologu do drugiej części Don Kichota. Włączenie tego prologu oznaczałoby stworzenie drugiej postaci — Cervantesa, ale oznaczałoby również przedstawienie Don Kichota jako funkcji tej postaci, a nie Menarda. Ten, oczywiście, zrezygnował z łatwizny.) „Zasadniczo przedsięwzię­cie moje nie jest trudne — czytam w innym miejscu listu. — Wystarczyłoby mi być nieśmiertelnym, aby doprowadzić je do kresu.” Wyznam, że wyobrażam sobie często, iż je ukończył i że czytam Don Kichota — całego Don Kichota — jakby stworzył go Menard. Kilka wieczorów temu, przeglądając rozdział dwudziesty szósty — nie próbowany nigdy przez naszego przyjaciela — rozpozna­łem jego styl i prawie jego głos w tym wyjątkowym zdaniu: „nimfy rzeczne, żałosne a wilgotne Echo”.  To skuteczne połączenie przymiotnika moralnego i fizycznego przywiodło mi na myśl pewien wiersz Szekspira, o któ­rym dyskutowaliśmy jednego wieczoru:

Where a malignant and turbaned Turk… *

Dlaczego właśnie Don Kichota? — powie nasz czytelnik. U Hiszpana preferencja ta nie byłaby niewytłumaczalna; ale jest bez wątpienia niewytłumaczalna u symbolisty z Nîmes, wielkiego wielbiciela Edgara Poe, który zrodził Baudelaire’a, który zrodził Mallarmégo, który zrodził Valéry’ego, który zrodził Edmonda Teste’a. Poprzednio wspomniany list tłumaczy ten punkt. Don Kichotewyjaśnia Menard — interesuje mnie bardzo, ale nie wydaje mi się… jakby to powiedzieć?… nieunikniony. Nie potrafiłbym wyobrazić sobie wszechświata bez okrzyku Edgara Allana Poe:

Ah, bear in mind this garden was enchanted
! ***

lub bez Bateau ivre czy Ancient mariner, ale wiem, że jestem zdolny wyobrazić go sobie bez Don Kichota (mówię oczywiście o mojej zdolności osobistej, nie zaś o historycznym oddźwięku dzieł). Don Kichote jest książką przypadkową, Don Kichote jest niekonieczny. Mogę z góry przemyśleć napisanie go, mogę go napisać nie popadając w tautologię. Przeczytałem go w wieku dwunastu czy trzynastu lat, chyba w całości. Później przeczytałem ponownie z uwagą niektóre rozdziały, te, o które się chwilowo nie
pokuszę. Przeszedłem również przez Intermedia, Galatee, Nowele przykładne, Trudy niewątpliwie męczące Persilesa i Segismundy i Podróż na ParnasOgólne wspomnienie,
jakie pozostało mi z Don Kichota, zubożone przez zapomnienie i obojętność, może doskonale odpowiadać niedokładnemu obrazowi pierwotnemu nienapisanej książki. Skoro przyjmę ten obraz (którego nikt w dobrej wierze nie może mi odmówić), stanie się niewątpliwe, że problem mój jest znacznie trudniejszy niż ten, przed którym stanął Cervantes. Mój łaskawy poprzednik nie odrzucał współpracy przypadku: układał swe nieśmiertelne dzieło trochę à la diable, niesiony bezwładnością języka i inwencji. Ja podjąłem się tajemniczego zadania dosłownej rekonstrukcji jego spontanicznego dzieła. Moją samotną grą rządzą dwa przeciwstawne prawa. Pierwsze pozwala mi wypróbowywać warianty typu formalnego czy psychologicznego; drugie zmusza mnie do poświęcenia ich tekstowi «oryginalnemu» i do wytłumaczenia samemu sobie, w sposób niezbity, tego unicestwienia… Do tych sztucznych utrudnień trzeba dodać jeszcze jedno, wrodzone. Napisanie Don Kichota w początkach wieku siedemnastego było przedsięwzięciem rozsądnym, koniecznym, być może spowodowanym jakimś fatum; w początkach wieku dwudziestego jest ono prawie niemożliwe. Nie na próżno upłynęło trzysta lat, brzemiennych w nader złożone fakty. Wśród nich, aby wymienić jeden tylko: sam Don Kichote.”

Pomimo tych trzech przeszkód fragmentaryczny Don Kichote Menarda jest subtelniejszy niż Don Kichote Cervantesa. Ten ostatni, w jakiś prymitywny sposób, przeciwstawia rycerskim fikcjom ubogą prowincjonalną rzeczywistość swego kraju; Menard obiera jako „rzeczywistość” ziemię Carmen w stuleciu Lepantu i Lope de Vegi. Jakich-że hispanizmów nie podsunąłby podobny wybór Maurice Barrèsowi czy doktorowi Rodriguezowi Larreta! Menard, z całą naturalnością, unika ich. W dziele jego nie ma Cyganów ani konkwistadorów, ani mistyków, ani Filipa II, ani autodafé. Lekceważy lub celowo wyklucza koloryt lokalny. Pogarda ta wskazuje na nowe zrozumienie powieści historycznej. Pogarda ta potępia nieodwołalnie Salambo.
Niemniej interesujące jest branie pod uwagę poszczególnych rozdziałów z osobna. Przyjrzyjmy się na przykład rozdziałowi XXXVIII części pierwszej, który „mówi o ciekawym dyskursie Don Kichota o orężu i pismach”. Wiadomo, że Don Kichote (podobnie jak Quevedo w ustępie analogicznym, i późniejszym, utworu Godzina dla wszystkich) wypowiada się przeciwko literaturze, na korzyść broni. Cervantes był starym żołnierzem; jego sąd jest tu zrozumiały. Ale żeby Don Kichote Pierre Menarda — człowieka współczesnego z La trahison des clercs i z Bertrandem Russellem — popadał ponownie w owe mgliste sofizmaty! Madame Bachelier dostrzegła w nich zachwycające i typowe podporządkowanie się autora psychice bohatera; inni (bez najmniejszej wnikliwości) — transkrypcję Don Kichota; baronowa de Bacourt — wpływ Nietzschego. Nie wiem, czy do tej trzeciej interpretacji (którą uważam za nie do odparcia) ośmielę się dodać czwartą, która pasowałaby doskonale do boskiej niemal skromności Pierre Menarda: jest nią jego uległy czy ironiczny zwyczaj głoszenia idei ściśle sprzecznych z jego własnymi. (Przypomnijmy jeszcze raz jego diatrybę przeciwko Paulowi Valéry na efemerycznej, surrealistycznej stronicy u Jacques’a Reboula.) Teksty Cervantesa i Menarda są pod względem słownym identyczne, ale ten drugi jest niemal nieskończenie bogatszy. (Bardziej dwuznaczny, powiedzą jego potwarcy; ale dwuznaczność jest pewnym bogactwem.)

Porównanie stronic Menarda i Cervantesa jest rewelacyjne. Ten ostatni, na przykład, napisał (Don Kichote, część pierwsza, rozdział dziewiąty):
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”.
Zredagowane w wieku siedemnastym, napisane przez „genialnego laika” Cervantesa, wyliczenie to jest po prostu retoryczną pochwałą historii. Menard pisze natomiast:
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejseości i nauka dla wieków przyszłych”.
Historia — matką prawdy; pomysł jest zadziwiający.
Menard, współczesny Williamowi Jamesowi, nie określa historii jako badania rzeczywistości, ale jako jej źródło. Prawdą historyczną, dla niego, nie jest to, co się wydarzyło: jest nią to, co uważamy, że się wydarzyło. Końcowe zwroty: „przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”, są bezwstydnie pragmatyczne.
Równie żywy jest kontrast stylów. Archaizujący styl Menarda — bądź co bądź cudzoziemca — odznacza się pewną afektacją. Nie odnosi się to do jego prekursora, który posługiwał się swobodnie codziennym językiem hiszpańskim swojej epoki.

Nie ma zajęcia umysłowego, które nie byłoby w rezultacie bezużyteczne. Jakaś doktryna filozoficzna jest początkowo prawdopodobnym opisem wszechświata; mijają lata i staje się po prostu rozdziałem — o ile nie ustępem czy nawet tylko nazwą — w historii filozofii. W literaturze ta późniejsza nieważność jest jeszcze bardziej widoczna. Don Kichote — mówił mi Menard — był przede wszystkim przyjemną książką; teraz stał się okazją do patriotycznych toastów, do gramatycznej dumy, do bezwstydnie luksusowych wydań. Chwała jest formą niezrozumienia, być może najgorszą. Te nihilistyczne stwierdzenia nie mają w sobie nic nowego; rzeczą godną uwagi jest decyzja, jaką dzięki nim powziął Pierre Menard. Postanowił wyprzedzić tę bezużyteczność, jaka oczekuje wszelkie trudy ludzkie; podjął się przedsięwzięcia niezwykle skomplikowanego i od początku bezsensownego. Poświęcił swe skrupuły i swe bezsenne noce na powtórzenie w obcym języku istniejącej już książ­ki. Mnożył bruliony, poprawiał zawzięcie i darł tysiące stronic rękopisu. **** Nie pozwolił, aby zostały one przez kogokolwiek przeczytane, i zatroszczył się o to, aby go nie przeżyły. Na próżno usiłowałem je odtworzyć.
Pomyślałem, że można dostrzec w „ostatecznym” Don Kichocie rodzaj palimpsestu, w którym powinny przeświecać ślady — znikome, ale czytelne — uprzedniego pisma
naszego przyjaciela. Niestety jedynie jakiś następny Pierre Menard, odwracając pracę poprzedniego, mógłby odgrzebać i wskrzesić owe Troje…
„Myślenie, analizowanie, tworzenie — pisał mi również — nie są czynami anormalnymi, są normalnym oddechem umysłu. Gloryfikacja sporadycznego wypełniania tej czynności, zbieranie dawnych i cudzych myśli, wspominanie z niedowierzającym zdumieniem tego, co pomyślał doctor universalis, to wyznawanie naszej bezsilności czy naszego barbarzyństwa. Każdy człowiek powinien być zdolny do wszystkich myśli i sądzę, że tak będzie w przyszłości.”
Menard (być może nieświadomie) wzbogacił przy pomocy nowej techniki niezdecydowaną i prymitywną sztukę lektury: techniki zamierzonego anachronizmu i błędnych atrybucji. Ta technika, o nieskończonym zastosowaniu, skłania nas do czytania Odysei, jakby była ona póź­niejsza od Eneidy, i książki Le jardin du Centaure Madame Bachelier, jakby była to książka Madame Bachelier. Technika ta zaludnia przygodami najspokojniejsze utwory. Czy przypisanie Louisowi Ferdinandowi Celine lub Jamesowi Joyce Naśladowania Chrystusa nie jest dostatecznym odnowieniem tych subtelnych rad duchowych?

Nimes 1939


Fikcyjna strona z Wikipedii (Przepraszam, głupi podpis, bo strona oczywiście nie jest fikcyjna, fikcyjna jest tylko zaprezentowana tu osoba)

* Cytaty z Don Kichota w tłumaczeniu Edwarda Boye, Książka i Wiedza, Warszawa 1952 (przyp. tłum.)

** „Gdzie rozwścieczony i noszący turban Turek… , Szekspir, Otello, akt V, scena 2

*** „Jak powiedziałem, ogród był zaklęty.” E. A. Poe, Do Heleny, tłum. Zenon Przesmycki

**** Pamiętam jego kratkowane zeszyty, jego czarne skreślenia, jego osobliwe znaki korektorskie i jego mrówcze pismo. Wieczorami lubił spacerować po przedmieściach Nimes; zazwyczaj miał ze sobą jeden z tych zeszytów i robił z niego wesołe
ognisko.

Nudne spotkanie

Rozmawiamy sobie ostatnio z moim nowym przyjacielem Arkiem o naszych ulubionych pisarzach. On jest bezwzględnym zwolennikiem Joyce’a, ja – Prousta i wiadomo, że jest to nieprzyjaźń jak między wężem i Panną – przez Boga położona, jak opisana u Prousta nieprzyjaźń pomiędzy zacofanym wielbicielami Chopina a nowoczesnymi wyznawcami Wagnera.

Podczas jednej z tych rozmów przypomniało mi się, że obaj pisarze spotkać się raz w życiu mieli – zaproszono ich na obiad i… nie mieli sobie nic do powiedzenia. Czyli jak w tytule – nudne spotkanie.

Postanowiłam więc poszukać w sieci czegoś na temat tego spotkania. I oczywiście znalazłam.

Jednym z najsłynniejszych spotkań dwóch znanych pisarzy było spotkanie Orsona Wellesa i H.G. Wellsa. Jeden z nich kojarzy się nam natychmiast z filmem Citizen Kane i, oczywiście, War of the Worlds, drugi z The Time Machine i, no tak,… War of the Words. Artyści spotkali się po raz pierwszy w roku 1940, mimo że znali się już od lat z audycji radiowej, która ich na wieki połączyła, i okazało się, że mają sobie masę do powiedzenia, mogą rozmawiać bez końca, a ich konwersacja iskrzy się od historii, anegdot i wzajemnego podziwu. Zachowały się też informacje o interesującym spotkaniu Dickensa i Dostojewskiego. Choć z kolei spotkanie Sartre’a i Simone de Beauvoire z Foucaultem nie zapisało się dla potomności jako szczególnie udane.

Tak też było ze spotkaniem Jamesa Joyce’a (autora Ulissesa) i Marcela Prousta (autora W poszukiwaniu straconego czasu), na przyjęciu wydanym przez Sydneya i Violet Schiffów 18 maja 1922 roku. Było to przyjęcie na cześć Igora Strawińskiego i Siergieja Diagileva w Majestic Hotel. Nie przyniosło nic wspaniałego i było, dokładnie tak, jak to zapamiętałam – po prostu nudne. Irlandzki krytyk, Arthur Power, zauważył: “i oto proszę, dwie wielkie postaci literatury współczesnej, a najważniejszym tematem ich potkania było pytanie, czy lubią trufle.”

Był maj 1922 roku, życie Prousta dobiegało końca, ale oczywiście nie można było tego wiedzieć. Jak pisze autor znalezionego przeze mnie wpisu: obaj pisarze w swych największych dziełach opuścili zainteresowanie sobą samym na rzecz ekstrapolacji ja pisarskiego w ogromne przestrzenie obejmująca całe miasta, narody i strefy społeczne. obaj byli niestrudzonymi czytelnikami i, tyle przynajmniej wiemy na temat Prousta, mieli znakomitą pamięć i zdolność zobaczenia w pojedynczym zdarzeniu kulturalnych mechanizmów współczesności. Można więc było oczekiwać…

Niestety było raczej śmiesznie.

Joyce przybył pijany i źle ubrany, Proust, jak zawsze zmarznięty, objawił się wspaniale owinięty w futra. Siedzieli naprzeciwko siebie i czekali, czy między nimi nie zaiskrzy. Nie zaiskrzyło, oddali się więc small talkom na temat pogody i sportu.  Joyce’a bolała głowa, Proustowi jak zwykle dokuczała niedyspozycja żołądka, o czym ponoć panowie nie omieszkali się nawzajem poinformować. Ale może to tylko złe języki sprowadzaję tę konwersację aż na tak beznadziejny poziom. Są bowiem inni świadkowie, którzy pamiętają, że Joyce zapytał Prousta, czy podobał mu się Ulisses. (Odpowiedź brzmiała: Nie!)

I podobno, ale czyż może to być?, Joyceowi było gorąco i otworzył okno (otworzenie okna w obecności Prousta to co najmniej bluźnierstwo), na co Proust kazał zawołać taksówkę i wyprawił Joyce’a po prostu do domu? Naprawdę?

A może to wszystko, i trufle, i sport, i pogoda, i niedyspozycje, i okno, i taksówka są konfabulacją, bo tak naprawdę obaj Wielcy nie mieli sobie nic do powiedzenia, a zatem nic też sobie nie powiedzieli, co można by było zapamiętać.

Spotkanie Joyce-Proust widziane oczyma Davida Lasky’ego.


Taka to historia, ale co my wiemy o spotkaniach Wielkich? Ba, co zostanie w pamięci innych o naszych spotkaniach? Co powiedzieli sobie Tokarczuk i Witkowski? Albo Twardoch i Tulli?  Może Dehnel by się obronił, bo on akurat jest i pisarzem, i eseistą i krytykiem literackim, zakładam więc, że jego rozmowa z Nikiem Hornby lub Danielem Kehlmannem (obaj też piszą o książkach) miałaby sens. Ale, czy nie jest tak, że zgodziliby się na temat książek innych pisarzy, swoje taktownie pozostawiając na uboczu?

Matka Boska z wilkami (reblog)

Gromnica na zdjęciu należy do Marii Gast-Ciechomskiej, która to zdjęcie zrobiła już wiele miesięcy temu, pewnego upalnego dnia lata 2018.

Przez dłuższą chwilę oglądałyśmy naklejony na gromnicy obrazek i wreszcie Maryla powiedziała, że to ani chybi chrześcijańska wersja Pani Zwierząt.

Jestem archeolożką, Pani Zwierząt towarzyszy mi w życiu “od zawsze”, bardzo ją lubię.

Przypomniał mi się taki zobaczony ze 30 lat temu napis na berlińskim murze (zwykłym murze, nie tym politycznym)

God is black
Yes, she is

No tak. Nie wdając się w sprawy kościołów ani też koloru, płci czy wyznania Tego czy też Tej Tam na Górze, choć z reguły myślę o nim “On”, to jednak, gdybym świadomie miała wybrać sobie Jego/ Jej wygląd, to byłaby to ona i wyglądałaby tak jak na fotografii poniżej – to ugarycka bogini karmiąca kozy z pyksydy czyli puszki z kości słoniowej, datowana na ok. 1250 przed naszą erą.

Ale oczywiście Matka Boska z wilkami ma swoje, też już zresztą bardzo stare, wyjaśnienie…

Reblog

Legenda o Matce Boskiej Gromnicznej


Piotr Stachiewicz, Na Gromniczną

2 lutego przypada jedno z najdawniejszych świąt chrześcijańskich – święto Ofiarowania Pańskiego, czyli Przedstawienia Jezusa w Świątyni. W Jerozolimie było obchodzone już w IV w., w Rzymie od V w.
Zgodnie z prawem mojżeszowym każde pierworodne dziecko płci męskiej należało w czterdziestym dniu po narodzeniu zanieść do świątyni i wykupić, jako należące do Boga, za symboliczną opłatą 5 syklów. Z obrzędem przedstawienia i wykupu pierworodnego syna łączył się też obrzęd oczyszczenia, któremu musiała poddać się każda matka w sześć tygodni po urodzeniu dziecka. Dlatego to ściśle umiejscowione w kalendarzu święto dawniej nazywało się też świętem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny i kończyło okres Bożego Narodzenia. Powszechnie jednak znane jest pod ludową nazwą święta Matki Boskiej Gromnicznej (rzadziej Gromnic), bowiem w tym dniu podczas nabożeństw święci się duże woskowe świece, zwane gromnicami. Zwyczaj ten wywodzi się z dawnych obchodów, w czasie których urządzano uroczyste procesje z zapalonymi świecami na pamiątkę nazwania Jezusa Światłem na oświecenie pogan i na chwałę Izraela przez proroka Symeona, obecnego w świątyni podczas obrzędu przedstawienia (Łk 2,32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w V wieku. Od X wieku upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Światło na oświecenie pogan.

Do wyobraźni wiernych bardziej przemawiała jednak dawna polska legenda, według której Matka Boska w lutowe noce chodzi po polach i miedzach z zapaloną świecą, chroni oziminy przed wymarznięciem i oświetla drogę zbłąkanym podróżnym. W wędrówce towarzyszy jej obłaskawiony wilk zwany gromnicznym, którego Najświętsza Panienka ocaliła litościwie przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim sługą.

A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta pośród zamieci,
już i Gromniczny Wilk za swą Panią
jarzy ślepiami.

Kazimiera Iłłakowiczówna,
Wilk Gromniczny

Współczesny poetce malarz Piotr Stachiewicz (1858-1938) w cyklu Legendy o Matce Bożej namalował obraz przedstawiający śnieżny krajobraz, idącą Maryję i lękliwie nastroszoną watahę wilków. Między opłotkami uśpionej wsi, w zimowej scenerii idzie, w zwiewnej szacie, Matka Boża ubrana swojsko, z narzuconą chustą na głowie i plecach, z gromnicą w ręce, którą odgania, sunące po śniegu w stronę ludzkich zagród, wilki. Powielony w tysiącznych oleodrukach i sprzedawany na odpustach stał się najbardziej znanym wizerunkiem Gromnicznej. W ikonografii ludowej Matka Boska Gromniczna przedstawiana jest także z wilkiem i koszyczkiem lub leżącym u jej stóp gniazdkiem ze skowronkami. Wierzono bowiem, że w tym dniu po raz pierwszy mimo mrozu powinien odezwać się skowronek; wierzono również, że w Gromnice, wyznaczające połowę zimy ukryty w ziemi robak odwraca się w drugą stronę, sposobiąc się w ten sposób do wyjścia z kryjówki.
Z płomienia gromnicy wróżono: Gdy z gromnicy w kościele ciecze, zima jeszcze się powlecze. Skwiercząca gromnica zwiastować miała burzowy rok. Długie sople lodu, zwisające z dachu, zapowiadały niezwykły urodzaj marchwi. Szron pokrywający drzewa obiecywał obfity plon w sadach.
Największe znaczenie przywiązywano jednak do przystrojonych wiankiem i wstążkami płonących świec, które po poświęceniu uroczyście niesiono do domu. Jeśli w tym czasie trzy krople wosku spadły na rękę, wiedziano, że jest to wróżba pomyślna. Wierzono, że płomień gromnicy broni ludzi i ich stada przed wilkami i złymi duchami, odwraca czary i złe uroki, niweczy choroby, skraca męki konających i prowadzi ich w światłość wiekuistą. Dlatego po powrocie z kościoła poświeconą gromnicą kopcono znak krzyża na powale, a od jej płomienia zapalano wszystkie domowe ognie – w kuchni, w piecach i w lampce oliwnej przed świętym obrazem. W niektórych rejonach Polski gospodarze błogosławili gromnicą swój dobytek w stajni, a kawałek gromnicy obciętej od spodu dawano psu, by dobrze pilnował obejścia.
Podczas burzy z piorunami stawiano zapaloną gromnicę w oknie lub na stole, przy którym gromadzili się domownicy lub obchodzono z nią całe obejście. Warto wspomnieć przy tym, że nazwa tej świecy wywodzi się od rzadkiego w staropolszczyźnie przymiotnika gromny, huczny, grzmiący.
Gromnicę wkładano w ręce umierających, zapalano ją podczas obrzędu ostatniego namaszczenia. Na Podlasiu płomieniem świecy opalano dzieciom końce włosów, aby ustrzec je przed chorobami uszu. Do dziś w wielu domach przechowuje się gromnicę razem z palmą wielkanocną, by strzegły domostwo i jego mieszkańców przed wszelkim złem.
Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania w domach choinek i żłobków. Kończy się również okres wizyt duszpasterskich. Dawniej ostatni kolędnicy wyruszali tego dnia zwyczajowo z turoniem lub kozą odwiedzając domostwa i odgrywając wesołe scenki z życia wsi lub o tematyce religijnej, co dawało okazję do otrzymania datków pieniężnych lub poczęstunku.
2 lutego było też datą graniczną dla oświadczyn. W dawnych czasach pannom na wydaniu szyto bardzo dostatnią wyprawę, która wystarczała na długie lata, a przygotowania do wesela wymagały wiele czasu. Stąd zrodziło się przysłowie: W dzień Panny Gromnicznej, bywaj zdrów, mój śliczny! Oznaczało to, że jeśli kawaler nie oświadczył się pannie do dnia Matki Boskiej Gromnicznej i nie przygotował wesela, musiał długo czekać, gdyż niebawem zaczynał się czas przedpościa i Wielkiego Postu.
Od 1997 roku Kościół powszechny 2 lutego obchodzi, ustanowiony przez Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach i instytutach świeckich.

Opr.: erg


A tu jeszcze cały wiersz Iłłakowiczówny:X

Szła Najświętsza przez bór Panienka,
miała płaszcz błękitny,
białą sukienkę.
I szło wilczysko chytre,
przyczajone, przemarznięte,
za Panną Świętą.
X
Wilka szukali z kłonicami,
jak go znajdą, kości mu połamią:
zeżarł zeszłej zimy cielę białe,
prześliczne,
w samą Gromniczną!
X
Spotykają chłopi świętą Podróżną,
Pozdejmowali czapki, patrzą
– na próżno.
„Wybacz nam, Pani wspaniała,
czyś wilka gdzie nie widziała?”
X
Anim go szukała, ani go wydam,
patrzcie lepiej po sercach,
to się wam przyda,
bo tam to właśnie,
a nie śród leśnych ścieżyn,
wilk leży!”
X
Poszły rosłe chłopiska milcząc
do chałup.
ogląda się Panienka po śniegu białym,
ogląda się wszędzie,
aż spod płaszcza Jej milczkiem
wylazł łeb wilczy.
A tuś mi, łowco jagniąt bezbronnych!
Katom cię wydać byłabym skłonna,
tylko że nad twą wilczą niedolą
serce mnie boli.
X
Skoroś sam znalazł moją opiekę,
zostań już przy mnie,
bo gdzie uciekniesz?
Będziesz mi za to roztropnie służył
zimą w podróży”.
X
Odtąd chodzi wilk
Z Matką Najświętszą wiernie
przez śniegi puste,
zawiane ściernie,
pełniąc wśród nocy mrocznych
i długich
różne posługi
X
A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta
pośród zamieci,
tuż i Gromniczny Wilk
za swą Panią
jarzy ślepiami.

Poeta, rzeźbiarz i święta Rewolucja

A la santé de la Révolution, rzeźba Jean-Roberta Ipousteguy
upamiętniająca Wielką Rewolucję Francuską
Parc départemental Jean-Moulin les Guilands & Bagnolet, Paris

Tibor Jagielski

ostatnie
ubóstwienie
wielkiej rewolucji

nie armie
nie kondukty
marsze w te i we w te

tylko
staruszka
czuwająca u stóp
walczącej o niebo i gwiazdy
epoki

28.01.19


Jean-Robert Ipousteguy urodził się 6 stycznia 1920 roku, zmarł 8 lutego 2006; był poetą, rzeźbiarzem, akwarelistą, pisarzem – w każdej dziedzinie samoukiem. Mówił o sobie, że jest dzieckiem przedmieścia i że taka też były pobierane przez niego nauki. Park znajduje się na pograniczu Paryża i powiatu Montpellier; można dojechać metrem. Park składa się z dwóch części, połączonych 600-metrowym mostem. Poeta twierdzi, że rzeźba Ipousteguya stała przed dawnym Centrum Kongresowym w Berlinie, ale teraz, gdy centrum przestało funkcjonować, już nie stoi – być może tuła się gdzieś w kawałkach po magazynach, a może już jacyś przedsiębiorczy ludzie wywieźli ją na złom.

Przed rokiem w “Przekroju”

Przed rokiem ukazał się w Przekroju mój tekst o Polakach w Berlinie. Znalazłam go wczoraj przypadkiem, szukając czegoś innego, w wersji oryginalnej i pomyślałam, a co… ciekawy. Może nie czytaliście Przekroju, może zapomnieliście. Czytajcie:

Ewa Maria Slaska

Slogany polskiego Berlina

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. Już po wielkiej fali emigracji z Polski w okresie Solidarności. To oni, tak zwani potem „uciekinierzy solidarnościowi“, stworzyli pierwszą powojenną polską narrację o Polakach w Berlinie. Pojawiła się ona w sto lat po poprzedniej wielkiej fali emigracji, która trwała od roku 1870 do końca I wojny światowej. Nowi przybysze nieświadomie powtórzyli wzory zachowań swoich poprzedników, o których zapewne nigdy nie myśleli.

„Hitlerowcy“

Po II wojnie światowej w Berlinie byli wprawdzie Polacy, ale nie tworzyli żadnej zintegrowanej grupy mniejszościowej. Uważali się za Niemców i co najwyżej układali się z Komuną, żeby od czasu do czasu obejrzeć występy grup folklorystycznych.

Dla nas to byli „oni“.

Natomiast Polacy wyjeżdżający z Polski, by osiedlić się gdzieś na stałe, wielkim łukiem omijali Niemcy. Celem emigrantów była Anglia, może Francja, na pewno Stany Zjednoczone. Nikt nie chciał zamieszkać u „hitlerowców“. Do Niemiec przyjeżdzali tylko niemieccy przesiedleńcy, ze Śląska czy z Mazur, i natychmiast starannie zacierali ślady łączące je z krajem, który przed tygodniem opuścili. Ale w latach 80 do Niemiec, a przede wszystkim do Berlina Zachodniego, zaczęli przyjeżdżać Polacy. „My, Polacy“. W Polsce nastało radosne święto wolności i to ono było, używając terminu socjologicznego, elementem „push“ czy też nawet „push out“. Bo wprawdzie w sierpniu zatańczyliśmy na ulicy karamaniolę, mityczny taniec zwycięskiej rewolucji, ale zaraz potem zaczęliśmy bez przeszkód korzystać z najważniejszej oznaki wolności czyli paszportu. Im więcej upojonych wolnością Polaków wyjeżdżało na Zachód, tym bardziej nasze wymarzone kraje – raje emigracji już nas, Polaków, tak łatwo nie wpuszczały, a może nawet już nas w ogóle nie chciały. I wtedy odkryliśmy, że możemy wjechać bez wizy do Berlina Zachodniego. I to był socjologiczny czynnik „pull“ a może nawet „pull in“. A im było nas więcej, tym było nas więcej.

„Drodzy polscy goście!“

Przywitano nas z otwartymi ramionami. Na granicy czekały na nas ulotki po polsku. „Drodzy polscy goście!“, bo tak nas wtedy tytułowały władze Berlina, wjeżdżali do świata, gdzie magiczne słowo „azyl“ otwierało drzwi, na pewno nie wszystkie, ale te do schronisk dla uchodźców i urzędów pomocy społecznej. Polacy stawali się azylantami, osobami czekającymi na azyl polityczny. Nie było zresztą ważne, czy się go dostanie, bo wjazd do Berlina otwierał kilka innych możliwości. Można było natychmiast rozpocząć starania o wyjazd dalej, przy czym to „dalej“ oznaczało raczej Australię i Południową Afrykę lub Kanadę, a nie USA. Można było skorzystać z prawa do „Duldungu“ czyli pobytu tolerowanego. Można było wreszcie postarać się o dowody przynależności do narodu niemieckiego. Azylant, któremu uznano papiery niemieckie stawał się „Aussiedlerem“, przesiedleńcem. Każda z tych grup miała inne prawa i korzystała z innych świadczeń pomocy społecznej. Grupy rywalizowały ze sobą i ustanowiały zmieniający się wraz ze zmianą statusu porządek dziobania.

„Przeszłem na Aussiedlera“

Najlepiej było zostać „Aussiedlerem“. Gdy przyjechałam, złożyłam podanie o azyl, azyl uzyskałam i zaczęłam pracę w schronisku dla azylantów. Pewnego dnia tak właśnie zostałam przywitana przez jednego z podopiecznych. „Pani Ewo, przeszłem na Aussiedlera“. Przeszłem. „Aussiedlerzy“ byli Niemcami, którzy wprawdzie z reguły nie znali języka, ale ojczyzna natychmiast wysyłała ich do dobrej szkoły, tak by mogli się jak najszybciej zintegrować. Mieli wyższy zasiłek, lepsze warunki mieszkaniowe w schronisku, prawo do nauki języka i nieograniczone prawo do pracy, której zresztą było jeszcze dużo i zpełnie dobrze płatnej. „Aussiedler“ był w stadzie przybyszów zwierzęciem alfa. Gdy przeprowadzał się do własnego mieszkania, kupował garnki Amway, encyklopedię Britannica i regał z oszkloną witryną, nazywaną potocznie „ołtarzykiem Aussiedlera“.

Niemieckie papiery często były lipne i Niemcy też to powoli zaczęli odkrywać. Jeden z (paskudnych zresztą) polityków berlińskich powiedział, że wystarczy pokazać „zaświadczenie o posiadaniu owczarka niemieckiego, by dostać w Berlinie status Aussiedlera“.

„Wygrałam azyl“

Następni w kolejce byli tacy jak ja – tak zwani „uznani azylanci“. Tytuły przyznawały specjalne urzędy, które początkowo podzielały zachwyty władzy. Po wprowadzeniu stanu wojennego z „drogich polskich gości“ Polacy stali się wręcz „naszymi bohaterskimi Polakami“. Modelem Polaka-bohatera był człowiek, który „właśnie wczoraj“ przyjechał do Berlina na zakupy, a generał Jaruzelski odciął go na zawsze od ojczyzny. Stopniowo jednak i goście, i bohaterowie tracili swój nimb, po części z winy „gospodarzy“, ale po części z własnej winy. Coraz częściej zdarzało się, że sami azylanci dobrze wiedzieli, iż opowieść o prawie do „uznania“ nie musi mieć nic wspólnego z prawdą i opowiadali bajki. Gdy szłam na pierwsze przesłuchanie azylowe, ktoś mi poradził, bym zeznała, iż w więzieniu przypiekano mi pięty żelazkiem. Tak mniej więcej. Jednak w większości azylanci opowiadali, że roznosili lub rozrzucali ulotki. Czasem próbowaliśmy obliczyć, ile tych ulotek musiało być w Polce, by starczyło dla wszystkich i uznaliśmy, że były to niewątpliwie Himalaje. Azylanci wiedzieli, że opowiadają bujdy, stąd wzięło się sformułowanie „wygrałem azyl“. Podświadomie azylant przyznawał, że azyl mu się nie należy, ale zawsze można było wygrać los na loterii.

„Uznani“ mieli prawo do kursu języka niemieckiego w dobrej szkole, nie musieli mieszkać w schroniskach i mogli pracować. Po co najmniej siedmiu latach legalnej pracy uzyskiwali prawo do wystąpienia o obywatelstwo niemieckie.

„Praca na czarno“

Azylanci, którzy wciąż jeszcze czekali na uznanie azylu, lub uzyskiwali odpowiedź negatywną i odwoływali się od decyzji urzędów, musieli nadal mieszkać w schronisku. Trwało to niekiedy latami. Mogło się oczywiście zdarzyć, że w międzyczasie „przeszli na Aussiedlera“ lub wyjechali do Południowej Afryki, ale często rodziny wciąż jeszcze wegetowały w jednym lub co najwyżej dwóch pokojach w tzw. „heimie“. Samotni mieszkali w pokojach wieloosobowych. Dużo pili. Gdy w schroniskach nie było kuchni, musieli korzystać ze zbiorowego żywienia. Często zmuszano ich do kupowania tylko w określonych sklepach, a zamiast pieniędzy otrzymywali bony na żywność. Dzieci nie podlegały przymusowi szkolnemu. Nikt nie miał prawa pracy. Niektórzy szli do szkoły tzw. ludowej, która była dostępna i tania, i uczyli się języka. Za naukę musieli płacić sami, ale nie były to wygórowane sumy.

Większość azylantów po kilku miesiącach znajdowała pracę nielegalną. Zgodnie z zasadą ekonomii etnicznej, że nowoprzybyli szukają pracy tam, gdzie już pracują ich rodacy, również Polacy w Berlinie opanowali dwie wielkie dziedziny gospodarcze. Mężczyźni pracowali na budowie, kobiety jako sprzątaczki. Pracowali dużo i dobrze. Gdy im się noga powinęła, spadali z poziomu pracy nielegalnej, zwanej „pracą na czarno“, na poziom kryminalny: mężczyźni kradli, kobiety się prostytuowały.

W domu, w którym wówczas mieszkałam, mieszkała piętro wyżej niemiecka prostytutka i skarżyła się, że „Polki zaniżają cenę i psują pracę“.
Niemcy chętnie jednak korzystali nie tylko z tańszej oferty pracownic seksualnych, ale i z usług złodziei aut, którym zlecało się kradzież własnego samochodu, po to, by wyłudzić premię z ubezpieczalni.

„Milcząca mniejszość“

Przed rokiem czy dwoma Peter Oliver Loew wydał książkę o Polakach w Niemczech i nazwał ją „Wir, Unsichtbaren – My, niewidzialni“. Miał na myśli to, że od 150 lat Polacy starają się ukrywać swoją polskość, wtapiać się w ogół, nie rzucać się w oczy. Tak miało być w XIX wieku i tak na pewno było w latach 1980-2011. Ale generalnie wszyscy wiemy, że my, Polacy, byliśmy nie tylko mniejszością niewidzialną, lecz – może nawet przede wszystkim – milczącą.

Kobiety pracowały w sferze prywatnej i nie musiały się specjalnie ukrywać z tym, co robią. Mężczyźni jednak musieli milczeć. Przechodziliśmy dzień w dzień koło wznoszących się berlińskich „szklanych domów“ i wiedzieliśmy, że budują je Polacy, bo nikt się nie odzywał.

Państwo się zjednoczyło, stolica przeniosła się do Berlina, zaczął się niewiarygodny boom budowlany. To Polacy traktowani jak niewolnicy zbudowali Potsdamer Platz i inne szklane krajobrazy Berlina.

Politycy bez zmrużenia powieki przyznawali, że miasto dzięki pracy nielegalnej udało się zbudować tanio, a zatem więcej pieniędzy będzie można wydać na luksusowe wnętrza.

„Szczurze nory“

Można jednak było zrezygnować z restrykcji życia azylanta w schronisku, przejść na tzw. „Duldung“ czyli pobyt tolerowany i nieco w stylu amerykańskim „stać się kowalem własnego losu“. „Duldung“ nie dawał żadnych praw i żadnego zabezpieczenia finansowego. „Tolerowani“ nie mieszkali w schroniskach tylko albo u przyjaciół lub, nazwijmy to umownie, narzeczonych, albo też w mieszkaniach wynajmowanych przez rodaków stojących wyżej na drabinie dziobania, nielegalnie użyczanych rodakom z samego dołu drabiny. Oczywiście wiedzieliśmy o tym, że takie mieszkania istnieją i mniej więcej orientowaliśmy się, jak wyglądają. Strasznie. Jak „szczurze nory“, żeby użyć określenia z filmu Lubitscha „Być albo nie być“. Zetknęłam się ze zjawiskiem „szczurzej nory“ przez… dobre serce. Koleżanka uciekła od męża w dramatycznych okolicznościach. Przygarnęłam ją z dwójką małych dzieci, a sama przeniosłam się na kanapkę do innej koleżanki. Po jakimś czasie adwokat wywalczył dla niej prawo powrotu do wspólnego mieszkania, co oznaczało, że mąż musi je opuścić. Gdy zapytała mnie, czy mąż na najbliższy miesiąc mógłby u mnie zamieszkać, zanim znajdzie mieszkanie, zgodziłam się. Tymczasem ów mąż, oczywiście nie powiadamiając mnie o tym, wynajął moje mieszkanie ośmiu samotnym mężczyznom, którzy płacili mu w sumie czterokrotną wysokość czynszu, a „za to“ zdewastowali mi mieszkanie. Dowiedziałam się o tym, gdy zatelefonował do mnie sąsiad, skarżąc się na pijanych Polaków rzygających mu w nocy na okna… W ciągu 24 godziny wszystkich ich wyrzuciłam, koszty remontu mieszkania i długi za nieograniczone korzystanie z mojego telefonu spłacałam ponad pół roku.

„Niedźwiedź w paszporcie“

Ostatnią kategorią byli ludzie mieszkający w Berlinie całkowicie nielegalnie. Ich warunki życia były jeszcze gorsze niż tolerowanych. Tolerowani i nielegalni rozmnożyli się niezwykle po roku 1989. W Polsce zapanowała demokracja, Niemcy przestały przyjmować od Polaków podania o azyl polityczny, a „Aussiedlerzy“ musieli ubiegać się w Polsce o uznanie papierów niemieckich. Nowoprzybyli natychmiast wsiąkali w szarą strefę pracy na czarno i życia na pograniczu przestępstwa. Każdy zatrudniony nielegalnie popełnia oczywiście wykroczenie przeciw prawu, ale i wśród skryminalizowanych ustanowił się porządek dziobania – najgorzej mieli ci, których złapano, zresztą nieważne na czym, i ukarano odesłaniem do Polski z pieczątką w paszporcie. Oznaczało to zakaz wjazdu do Berlina przez sześć miesięcy. Tak zwany niedźwiedź albo miś, czyli herb Berlina, w paszporcie złamał niejedną dobrze się zapowiadającą karierę.

„W tramwaju milczę, w muzeum głośno rozmawiam“

Oczywiście to, co tu opisuję, sprawiło, że berlińczycy przestali nas lubić. Owszem korzystali z nielegalnych, a więc tańszych, usług polskich budowlańców, sprzątaczek, złodziei aut i prostytutek, ale traktowali nas z pogardą lub, w najlepszym wypadku, litością („bo Polska jest taka biedna“). A my…

A my w ciągu tych trzydziestu lat, pomiędzy rokiem 1980 a 2010, zacisnęliśmy zęby i o własnych siłach, z nieprawdopodobnym uporem, bez niczyjej pomocy i przez nikogo nie motywowani, wydźwignęliśmy się z tego skryminalizowanego bagna do roli cenionych i kreatywnych pracowników, inteligentnych przyjaciół i odpowiedzialnych obywateli. Wydostaliśmy się najpierw z czarnej strefy, potem z szarej, a potem krok po kroku wspięliśmy się po drabinie społecznej do poziomu klasy średniej. Założyliśmy szkółki i szkoły, stowarzyszenia i kluby, gazety i galerie, sklepy, warsztaty, firmy budowlane i restauracje. Jeden z „tolerowanych“ udzielił kiedyś wywiadu dziennikarce berlińskiej gazety „taz“ i powiedział zdanie, które do dziś uważam za symbol naszych ówczesnych wysiłków: „W metrze milczę, w muzeum głośno rozmawiam po polsku“.

Byliśmy dobrze wykształceni, wynieśliśmy też z Polski głęboki kult dla kultury. Emigracja wepchnęła nas w głęboki dół, ale wiedzieliśmy, że to dół i że trzeba się z niego wydostać. Wiedzieliśmy też, co nas czeka, gdy już przestaniemy być „kobietą i mężczyzną z wydm“.

Wysiłki przyniosły efekty. Dziś już nikt nie wypomina nam złodziejstwa i życia w „nielegalu“. Nie mieszkamy w „szczurzych norach“. Pracujemy, mieszkamy, żyjemy, jeździmy na wakacje na Karaiby. Stworzyliśmy mocną i ciekawą ofertę kulturalną nie tylko dla nas samych ale i dla naszych gospodarzy i innych współmieszkańców naszego miasta.

Dotarliśmy na miejsce i możemy być z tego dumni.

Dodajmy jednak, że my z tych „szczurzych nor” wyszliśmy, same nory jednak nie zniknęły, wciąż bowiem pojawiają się ich nowi mieszkańcy – niechciani polscy goście.

„Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego“

Od wstąpienia Polski do Unii do Berlina przybywają nowi Polacy. Studenci, stażyści, praktykanci, artyści, informatycy i młodzi przedsiębiorczy założyciele start-upów, obieżyświaty, ludzie alternatywni, geje i lesbijki, ci, których dusi Polska i zaściankowo-martyrologiczna polskość. Przybyli tu dumni z tego, że są Polakami. Nazwali się Kosmopolen. Połączyli się z dziećmi mojego pokolenia, które wprawdzie w pełni korzystają z przywileju mieszkania w stolicy najważniejszego państwa europejskiego, ale nigdy nam nie wybaczyły, że zabraliśmy je potajemnie z domów od babci, dziadka i przyjaciół i przywieźliśmy tutaj.

Są młodzi, świat należy do nich, nie ukrywają swej polskości, nie wstydzą się jej, cenią dwujęzyczność, pielęgnują obcy akcent i swoją odmienność. Czują się dobrze tu i teraz, chwalą się, że nie są, tak jak my, zakompleksieni i zawstydzeni polskością. Nie interesuje ich nasze doświadczenie i nasza droga do postawy obywatelskiej.

Czasem z nami współpracują, czasem pracują dla nas i to my im płacimy pensje lub honoraria, ale nawet wtedy potrafią publicznie powiedzieć, że „nie mają i nie chcą mieć z nami nic wspólnego“.

To właśnie usłyszałam wczoraj, 11 października 2017 roku.

Berlin, 12 października 2017