Listopad 2020, spacery cmentarne

Ela Kargol

Friedhof Schöneberg III

Cmentarz przy Stubenrauchstrasse w Berlinie Friedenau założony został w roku 1881, wciśnięty między kamienice, szkołę, otoczony wysokim murem, po którym bluszcz pnie się aż na drugą stronę, prawie na ulicę, a szkolne podwórko pełne dziecięcego gwaru doskonale kontrastuje z cmentarną ciszą. We Friedenau nie było miejsca na cmentarz. Poświęcono jeden z placy, mianowicie Plac Hamburski. Już przy planowaniu cmentarza, myślano o jego likwidacji. Cmentarz przetrwał do dziś.

Mówi się o nim, że jest cmentarzem artystów z uwagi na bliskość osiedla zwanego Kolonią Artystów (Künstlerkolonie Berlin). Ale nie tylko artyści znaleźli tu ostatnie miejsce spoczynku.

Najczęściej poszukiwanym i odwiedzanym grobem jest grób Marleny Dietrich.

Przychodziłam tu na spacery z córką, gdy Marlena jeszcze żyła, a na cmentarzu był tylko grób jej matki. Ale ja o tym wtedy nie wiedziałam. Prawdopodobnie mało kto o tym wiedział. Dopiero gdy na grobie matki Marleny pojawiła się informacja o likwidacji grobu, a do odpowiednich urzędników dotarło, o jaki grób chodzi, kartkę o przemijającym terminie ważności usunięto, a grób uporządkowano.

Uwielbiałyśmy „katakumby”, które naprawdę są kolumbarium, zaprojektowane przez tego samego architekta, który zbudował wcześniej już wspomnianą szkołę i kaplicę cmentarną. Hans Altmann urodzony w Gdańsku główny architekt dzielnicy Friedenau zaprojektował nie tylko tę szkołę, ale jeszcze dwie inne. Jedną z nich, Paul Natorp Oberschule ukończyła moja młodsza córka. Gdy wydawało się, że nie starczy miejsca na cmentarzu we Friedenau, wzorem innych dzielnic zakupiono grunty za Berlinem, w Güterfelde (wtedy Gütergotz) i w roku 1914 otwarto dla dzielnicy Friedenau cmentarz Waldfriedhof Friedenau in Gütergotz, który graniczy bezpośrednio ze znanym cmentarzem w Stahnsdorfie. Kształtem cmentarz nawiązuje do zarysu dzielnicy Friedenau. Nie cieszył się on długo popularnością. Zmieniły się tradycje pochówków i za duża odległość od Berlina nie sprzyjały planom architektów i pomysłodawców. Cmentarz, ten w Güterfelde jest dość pusty. Jedynym znanym grobem jest grób Maxa Schrecka, aktora, mieszkańca Friedenau, odtwórcy roli hrabiego Orlok w słynnym filmie Murnaua Nosferatu – symfonia grozy.

W dolnej części  kolumbarium zawsze było sporo wolnych „mieszkań” i tak jest do teraz. Ta pustka bardziej wieje grozą niż jej część nadziemna, prawie całkowicie “zamieszkana”.

Dzisiaj przyszłam tutaj już z dorosłymi córkami i wnuczką, która nie może się nadziwić, jak szybko i sprawnie skaczą wiewiorki, jak szybko i sprawnie chowają orzechy między nagrobne kwiaty i jesienne liście. Z ponownym ich znalezieniem będzie już kłopot.

Trzy starsze panie siedzą na ławce przy honorowym grobie kompozytora Ferruccio Busoniego, dokładniej u stóp pomnika „Geniusz”, autorstwa Georga Kolbe i grzeją się w promieniach listopadowego słońca, delektują kawą, zagryzają tortem. Podchodzę bliżej, każda trzyma na kolanach papierową tackę z kawałkiem szwarcwaldzkiego tortu. Urodziły się chyba tuż po wojnie, więc nie mogą już być tymi słynnymi „Wilmersdorfer Witwen” z musikalu „Linie 1”, chociaż takie było moje pierwsze skojarzenie. I nagle zachciało mi się też, jak one wypić kawę i zjeść ciastko wśród tej grobowej nieciszy. Wysłałam córki do graniczącej z cmentarzem cukierni, zapragnęłam może nie dziadów, ale małej uczty cmentarnej. Torcik makowy, cappucino, a obok anioł śmierci, harce wiewiórek i dwie wrony.

Wrony łączą się z symboliką śmierci, w każdym kraju te wierzenia są trochę inne. Dla mnie wrony zawsze są duszami zmarłych. Wspominam tych, którzy niedawno odeszli i tych, o których zawsze będę pamiętać. O wiewiórce nic nie wiem, więc doczytuję.

Wiewiórka tak jak wrona jest podobno zwierzęciem mocy, ale zamiast śmierci przynosi nam witalność i radość z życia. Może to dobry znak, że wiewiórki, choć mniejsze od wron, cały czas je przeganiają. Życie zwycięża, zawsze.

Obok mogiły Marleny Dietrich jest grób Helmuta Newtona, słynnego fotografa, dwadzieścia lat młodszego od Marleny. Pochodził z zamożnej żydowskiej rodziny, w roku 1938 udało mu się opuścić Berlin i przez Singapur dotrzeć do Australii. Helmut Newton sfotografował Marlenę w roku 1983, choć niektórzy mówią, że po kłótni artystów w latach 70, Dietrich odmówiła dalszej współpracy z Newtonem i fotografowi do zdjęcia pozowała lalka w ubraniu artystki. Helmut Newton obchodziłby 30 października swoje setne urodziny, stąd bardzo oficjalny wieniec na jego grobie, przysłaniający zdjęcie fotografa.

Przechadzam się alejkami, pełnymi starych drzew, czytam nazwiska, daty. Prawie każdy cmentarz ma kwatery z mogiłami z obydwu wojen. Choć nie wszyscy to żołnierze, ale ich mogiły zawsze poukładane są w wojskowym szyku.

Pod wielkimi płaczącymi bukami jest grób inny od wszystkich, kolorowy, z popielniczką i butelką piwa, z puszkami ze sprayem i pisakami, na zniczach różne napisy. Yanneck miał 18 lat, gdy zginął wraz z kolegą podczas sprajowania kolejki miejskiej. Yanneck był artystą graficiarzem. Koledzy graficiarze bardzo dbają o mur cmentarny.

Mazia, moja wnuczka wyprosiła u mnie aparat, by fotografować wybryki wiewiórek. A gdy jej uciekały wynajdywała takie cudeńka na grobach, których ja, choć w okularach, bym nigdy nie dostrzegła. Złotka, serduszka, morskie koniki i małe kamienie, a na nich jeszcze mniejsze namalowane aniołki. Doskonale przeciwstawiają się aniołom śmierci, które pod postacią posągu otwierają drzwi do świata zmarłych i krainy wieczności, choć niektóre stoją tylko na straży grobu.

Nad bramą cmentarną dostrzegam symbol alfy i omegi, dwóch liter alfabetu greckiego który powtarza się często na nagrobkach. Α i Ω, początek i koniec, a pomiędzy nimi jest życie i wiele liter. Moją ulubioną literą jest pi, dla matematyków liczba π, w środku alfabetu greckiego, w środku życia, liczba niewymierna i nieskończona.

Nie każde życie zaczyna się alfą, a kończy omegą, niektóre kończą się wcześniej, na becie, gammie, lambdzie albo właśnie na pi.

Wspomnienia (2): wojna

Umarła moja Teściowa, Zofia Slaska. W zeszłym tygodniu przypomniałam pierwszą część wywiadu z nią spisanego w roku 2010 przez mojego wnuka. Dziś druga część.

Zofia Slaska, babcia i Jacek Slaski, wnuk rozmawiają o życiu babci w czasie wojny

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze. Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Bielskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka, Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września, się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała.

Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w 1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Asią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Asi, która mieszkała z matką w Kielcach. Gestapo przyszło do Asi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski zamieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej synowie chodzili do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Asia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Hanusi i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać. Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy (tu gdzieś jest cała paczka listów). Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie. Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie „mleczarek” przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.

I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia ze swoją opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto dziesiąte i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

Tak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy nie dopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka, ta, która przeżyła, mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali do nas, odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Asia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były jakieś komplikacje,i Henryk pojechał na tę operację do Szwecji.

Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci.

Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć. Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania. I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Też i nie wiem, co to dla ojca znaczyło, ta wizyta, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku.

To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

We dworze już od 1940 roku mieszkali różni ludzie, Wojtek Morawski, który był mniej więcej w moim wieku, ale przede wszystkim zamieszkałau nas ciocia Azia Umiastowska, siostra mojej mamy, z mężem morfinistą. Nie była to moja ulubiona ciotka, a mój ojciec nie lubił jej męża, bo był leniem, ale co było robić. Od czasu uwięzienia mamy ciocia Azia prowadziła dom. Nie znała się na tym zupełnie, ale musiała i jakoś dawała sobie radę. Była chora psychicznie, miała ataki, chciała się targnąć na życie, pilnowano jej, ale uciekała. Mój ojciec sprowadzał do niej neurologa, a jak dostawała leki, jakieś krople na uspokojenie, to jej mąż je jej podpijał. Brakowało mu morfiny i sięgał po wszystko. Pamiętam, że była taka umowa z aptekarzem, bo była apteka w Janowie, że służba folwarczna z Bystrzanowic mogła realizować receptę u aptekarza, a rachunek pokrywał ojciec. Tylko recepta musiała być podpisana przez lekarza i mojego ojca, a jak ojca nie było, to przeze mnie, choć miałam dopiero kilkanaście lat, ale nie przez ciocię Azię. Ojciec bał się, że mąż cioci Azi mógłby zmusić ją do podpisania sfingowanych recept na morfinę.

Ty wciąż jeszcze byłaś uczennicą?

Byłam uczennicą, ale mieszkałamw domu i uczyłam się, miałam nauczycielki. Te panie się zmieniały. Bo moja nauczycielka, która mnie uczyła całą podstawową szkołę i jeszcze przez 1 i 2 klasę gimnazjalną już sama stwierdziła, że dalsze uczenie mnie przekracza jej możliwości. Języków uczyła mnie w tym czasie ciocia Azia. Angielki nie było, bo w 1939 roku wywieźli ją Niemcy. Niemcy zebrali wszystkich cudzoziemców, już nie wiem, czy w Częstochowie, czy wszystkich odstawiono do Warszawy i stamtąd wysiedlili ich na Zachód, do Holandii. Potem miałam drugą nauczycielkę, bardzo wspaniałą panią, która byłaz wykształcenia chemikiem bodaj czy fizykiem, chemikiem chyba, i ona mnie uczyła półtora roku. Ale ciocia Azia dla niej była przykra i ona odeszła. Mnie powiedziano, że dlatego, że mama jej choruje, ale naprawdę, to przez ciocię. Później się z tą panią jeszcze widziałam, były kontakty nawet po wojnie, śliczne sukienki mi przysłała dla Ewuni. A z jej siostrzenicą, nie – z bratanicą, byłam na studiach w Poznaniu, ale ja byłam na czwartym roku a ona na pierwszym. I to ona mnie odnalazła. I później była jeszcze jedna nauczycielkaz Częstochowy, która uczyła mnie pół roku. I tak skończyłam cztery klasy gimnazjalne. Już byłam sama, bo nie było Wojtka, który wyjechał do Krakowa po aresztowaniu mamy, więc i tak było trudniej. No a później pojechałam do sióstr Nazaretanek do liceum do Częstochowy.

We wrześniu 1943 roku?

Nie, to był rok 1944, w Warszawie było powstanie, do końca powstania było niespokojnie i ja chyba dopiero pod koniec października pojechałam do szkoły. To była szkoła dziewczęca, w klasztorze. Weszłam do klasy z bieżącym programem, ale musiałam sama nadrobić te pierwsze dwa miesiące. Nadrabiałam i na Boże Narodzenie pojechałam do domu. W szkole było fajnie, bo wreszcie miałam koleżanki. A poza tym miałam wspaniałe oparcie, bo mój ojciec, jak sprowadził tę Hanusię Dąbrowską z sierocińca i przywiózł ją z Kielc do Bystrzanowic – Hanusia była malutka, miała 6 lat, była 10 lat młodsza ode mnie, urodzona w kwietniu w 1938 roku – to przyjechała z nią pani Anka Lisińska, która była jej opiekunką w Kielcach jeszcze, do czasu aresztowania moich kuzynek. Anka była trochę starsza ode mnie i uczyła się sama. Panna Zofia, ta moja nauczycielka, jej pomagała, jakieś podręczniki dla niej sprowadzono i Anka uczyła się sama. Myśmy przerabiali – myśmy, bo wtedy był jeszcze Wojtek, całą tą zimę z roku 1942 na 43 – trzecią klasę gimnazjalną, a ona chyba pierwszą licealną. Anka poszła do sióstr wcześniej niż ja. Mój ojciec bardzo wspomagał ten klasztor i jakoś to zostało finansowo załatwione, że Ankę tam przyjęto. Jakaś inna pani z córeczką przyjechała zajmować się Hanusią i jej ojciec, ten właśnie Henryk Dąbrowski, zabrał ją w 1946 roku do Anglii, gdzie jeszcze dotąd żyje.

No więc w szkole w Częstochowie miałam w Ance wspaniałe oparcie, ona już była w klasie maturalnej i pomagała mi w matematyce. Bo ja miałam te dwa miesiące do nadrobienia. Polskiego nie musiałam nadganiać, miałam znajomość literatury na odpowiednim poziomie i nie było też problemem samej poduczyć się geografii czy historii, ale matematyka! A trzeba było nadgonić i program z matematyki, bo z każdego przedmiotu miałam ustny sprawdzian.

Wróćmy jeszcze do wojny. Jak funkcjonowały Bystrzanowice podczas wojny?

Wojna dotkliwie dała się odczuć w życiu rodziny, ale nie dotknęła majątku. Bystrzanowice znalazły się na terenie Generalnej Guberni, czyli nie zostały włączone do Niemiec. Trzeba było obowiązkowo odstawiać kontyngent, tak to się nazywało, bardzo duże ilości zboża, a wysokość dostawy była naliczana w zależności od ilości ziemi użytkowanej rolniczo. Był też przymus sadzenia takiej rośliny, która się nazywała oxalis, z której Niemcy chcieli produkować paliwo. Ziemniaki się nadal wywoziło do syropiarni, tylko pewnie tam Niemcy zabierali produkcję. Kolczykowano też świnie – Niemcy wprowadzili taki „spis” świń, wiedzieli, ile ich było i nie wolno było zabić dla siebie na potrzeby gospodarstwa, tylko te wyliczone sztuki, wyhodowane do normalnej wielkości, musiały być dostarczone do niemieckiej rzeźni. Oczywiście to się omijało, jak się zabijało świnię, to się jej obcinało kolczyk z ucha i przyczepiało prosiakowi.

A pracownicy?

Stosunek ludzi do ziemiaństwa nie zmienił się w czasie wojny. W każdym razie u nas się tego nie odczuwało. Mój ojciec był bardzo uważający dla swoich pracowników. Na przykład sprzedawał im zboże po normalnych cenach, co było w gruncie rzeczy nieopłacalne, bo na czarnym rynku zboże było wielokrotnie droższe. Ale ojciec nie handlował zbożem na czarnym rynku. Bo to było tak – część ziemian stawiała ponad wszystko wartości etyczne. Mówiło się – chlebem się nie handluje. Nie w czasie wojny. Sprzedaje się uczciwie, ale nie na lewo. Tak samo wuj Staś z Planty nie sprzedawał na lewo żyta, bo to jest chleb.

Dlaczego akurat zboże było towarem na czarnym rynku?

Polakom nie wolno było mieć białej mąki na bułki, tylko razową. Bo biała mąka jest nieekonomiczna – tylko 40% ziarna idzie na mąkę, reszta to otręby, czyli pasza dla zwierząt. Kaszy manny też Polakom nie wolno było mieć. Dlatego się jechało do znajomego młyna, bryczką, z wizytą, wiozło się 50 kilo pszenicy, za to dostawało się 20 kilo kaszki manny dla dzieci, dla staruszków.

Czyli pradziadek nie handlował na czarnym rynku?

A i owszem, ale nie zbożem. Bo na polach siało się nie tylko samo żyto czy ziemniaki, ale była też plantowana koniczyna czy lucerna, których jednak nie kosiło się jako zielonych roślin, tylko były hodowane na nasiona. I to się bardzo opłacało. Nasiona się odstawiało do spółdzielni rolniczej, za to się dostawało deputat cukru, spirytusu albo wódki i materiały, kupony na odzież. Wódkę całą ojciec sprzedawał. W domu się nie piło, trochę się robiło nalewek, więc jak był deputat na 100 litrów, to się powiedzmy dwa litry zostawiało w domu, a resztę się sprzedawało, gdzieś tam w Częstochowie. Cukier też ojciec częściowo sprzedawał.

Czyli trzeba było odstawiać kontyngent dla Niemców, ale trzeba też było płacić dzierżawę? Jak to było z tą dzierżawą?

Dzierżawa opiewała właściwie na dziewięć lat, ale przepisy w czasie wojny były takie, że nie rozwiązywano umów i dzierżawa się przedłużała na czas nieokreślony. Gdy Rosjanie się zbliżali, Niemcy dosyć szparko zwiali ze Złotego Potoku i okolicy, chyba już w marcu, ale jeszcze w kwietniu próbowali bombardować Częstochowę. Pamiętam, bo już wtedy, od 1944 roku, byłam w internacie u sióstr Nazaretanek. Był alarm. Kazano nam zejść do piwnicy. Siedziałyśmy rządkiem w takim korytarzu kuchennym, a z nami Matka Przełożona. Nie pamiętam dokładnie, co tam robiłyśmy, pewnie różaniec odmawiałyśmy. W okolicy Częstochowy nie było żadnych walk, w każdym razie ja nie widziałam żadnych akcji wojennych, tylko koło Bystrzanowic przejechały jakoś tak bokiem sowieckie czołgi, w drodze na Zachód.

Bystrzanowice cały czas były pełne ludzi?

Pod sam koniec wojny wszyscy ci krewni i znajomi, którzy u nas mieszkali, po kolei opuszczali Bystrzanowice. Ciocia Azia wyjechała, jej męża, już po wojnie, zastrzeliło podobno AK, ponoć miał kogoś zdradzić. Cioci Azi znacznie się poprawił stan zdrowia, ale później, w Krakowie, miała chyba znowu jakieś kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Początkowo pracowała jako nauczycielka, uczyła języków. Kiedy się jej pogorszyło, opiekowała się nią jej młodsza siostra, ciocia Zosia, która też w międzyczasie owdowiała.

Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Cd w poniedziałek za tydzień

Koledzy mojej Cioci

Ciotuchna (spisała Ewa Maria Slaska)

Moja Ciocia ma 92 lata i jest ostatnią osobą z rodziny z tego pokolenia. Wszyscy inni już odeszli, a ona wciąż sprawna intelektualnie, dowcipna, zaangażowana, mieszka z kotem na Ochocie w Warszawie. Ja mam Ciocię na Ochocie, mówię zawsze, jak ktoś mnie pyta, gdy jadę do Warszawy, gdzie będę mieszkała? Ciocia teraz, od dwóch chyba lat, już nie pisze sama, ale dawniej pisała, jako Mirka albo jako Ciotuchna, jej teksty można znaleźć tu na blogu, liczne i na różne tematy, od wspomnień okupacyjnych po relacje o tym, jak domowa suczka miała małe. Dziś już nic mi nie napisała, ale porozmawiałyśmy.

Zacznijmy więc od tego, że Ciocia chodziła do słynnej szkoły, czyli tzw. Rejtana, który był jedyną szkołą, jaka w miarę nietknięta wyszła z wojny i powstania. Reszta leżała w gruzach, a uczniowie tłoczyli się jakichś zaimprowizowanych budynkach. W szkolnym roczniku Cioci, tym który przyszedł do szkoły w roku 1946, a w roku 1948 zdał maturę, było kalendarzowo licząc aż siedem lat metrykalnych. Najmłodsi uczniowie urodzili się w roku 1931, a uczyli się na kompletach i często przeskakiwali klasy. Z drugiej zaś strony byli też uczniowie z roczników 1924 czy 1925, którzy przez całą wojnę nie mogli chodzić do szkoły. Teraz uczyli się wszyscy razem, a byli wśród nich różni bardzo potem znani ludzie. Jednym z nich był malarz Fangor, o którym już kiedyś z Ciocią sobie poplotkowałyśmy, a ja te plotki spisałam i opublikowałam TU.

Tym razem właściwie nie będzie nic o Fangorze, tylko troszeczkę o Madzi, która z Ciocią i Józiem chodziła do tej samej klasy i o tym Józiu dziś poplotkowałyśmy, czyli o Józefie Patkowskim, a to dlatego, że właśnie ukazała się jego biografia, zatytułowana…

Niezwykły tytuł, a podobno on sam był równie niezwykły. Urodził się 15 listopada 1929 roku w Wilnie. Dziś miał by urodziny, i to sprawiło, że dziś tu o nim piszę. Zmarł 26 października 2005 roku w Warszawie.

Pochodził ze znanej profesorskiej rodziny. Jego ojciec, również Józef, był profesorem fizyki na Uniwersytecie w Wilnie, niewykluczone, że również dziadek był profesorem, ale na temat dziadka nic nie znalazłam.

O tacie Józefa, muzyka i muzykologa, Wikipedia pisze:

Józef Stanisław Patkowski (1887-1942) – polski fizyk. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Monachium. W 1917 uzyskał tytuł doktora filozofii. W II RP był naukowcem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Tematem jego badań była promieniotwórczość i spektroskopia optyczna. W roku 1934 uzyskał nominację na profesora zwyczajnego. Po wybuchu II wojny światowej mieszkał w Warszawie z żoną i pięciorgiem dzieci. Był wykładowcą na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Zginął w nocy 20/21 sierpnia 1942 roku podczas bombardowania Żoliborza w trakcie sowieckich nalotów na Warszawę.

O synu zaś czytamy:

Józef Patkowski, (1929-2005) polski muzykolog i twórca muzyki filmowej. Zasłużony dla rozwoju polskiej muzyki elektro-akustycznej.
Ukończył w 1953 studia muzykologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, przedstawiając pracę magisterską pt. “Znaczenie prawidłowości akustycznych w badaniach muzykologicznych”. Równocześnie, w latach 1950–1953 studiował fizykę na UW. Przeszedł do historii polskiej muzyki współczesnej, jako założyciel (w 1957) Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia – jednego z najstarszych na świecie, a pierwszego w Europie wschodniej, którym kierował do 1985. W 1974 założył Studio Muzyki Elektronicznej Akademii Muzycznej w Krakowie, które prowadził aż do 2000. Był także czynny w środowisku muzycznym, będąc latach 1979–1985 prezesem Związku Kompozytorów Polskich, później (1985–1996) sekretarzem generalnym Polskiej Rady Muzycznej przy UNESCO. Od 1989 do 1995 sprawował także funkcję prezesa Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego. Był członkiem honorowym Związku Kompozytorów Polskich, Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej oraz Deutsche Gesellschaft für Elektroakustische Musik.

Na stronie culture.pl można jeszcze znaleźć notkę o karierze akademickiej Patkowskiego: Od 1952 roku był wykładowcą akustyki, technologii muzyki elektroakustycznej i estetyki muzyki XX w., do r. 1972 na stanowisku asystenta, w latach 1974-1995 starszego wykładowcy, a później docenta kontraktowego w Zakładzie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1992-2000 był wykładowcą w Akademii Muzycznej w Katowicach, a w latach 1995-2000 profesorem nadzwyczajnym Akademii Muzycznej w Krakowie.

Recenzent(ka) biografii Patkowskiego pisze:

Agnieszkę Pinderę zafascynowały łatwość, z jaką Patkowski łączył wiedzę z różnych dziedzin, oraz intuicja pomagająca mu wyławiać nowe, wartościowe przejawy twórczości. Zgromadzony materiał pokazuje, że można Patkowskiego uznać za jednego z pierwszych kuratorów sztuki w Polsce, oddanego artystom opiekuna projektów na pograniczu nowych mediów, performansu i instalacji. Tak jak awangarda w muzyce ukształtowała Patkowskiego jako muzykologa, tak neoawangarda na polu wszystkich sztuk ukonstytuowała przyjętą przez niego rolę – mediatora między dziełem a odbiorcą. „Ambasador muzyki z Marsa” jest więc nie tylko biografią Józefa Patkowskiego, ale też raportem z kształtowania się nowego interdyscyplinarnego zawodu kuratora, który upowszechnił się wraz z nadejściem XXI wieku i wyszedł poza mury muzeów i galerii sztuki współczesnej.

Pisze też, że: Patkowski swoją pasję realizował dzięki współpracy z kompozytorami i animacji życia koncertowego, a dla jego audycji – nadawanych począwszy od 1959 roku – zasiadali przed radioodbiornikami spragnieni nowej muzyki słuchacze.

Inny recenzent, dr hab. Paweł Możdżyński, dodaje, że tłem życia zawodowego Patkowskiego były kolejne punkty zwrotne życia kulturalnego w XX wieku: socrealizm, odwilż, stan wojenny, obrady Okrągłego Stołu.

Przyglądam się tym różnym zapiskom i dziwię się, że nie ma w nich tego, co prawdopodobnie z punktu widzenia (słyszenia?) normalnego widza w tym, co wiemy o Patkowskim jest pewnie najważniejsze: był jednym z twórców i kuratorów Warszawskiej Jesieni, festiwalu, o którym Ciocia powiedziała krótko i treściwie: moje ucho tego słuchać nie umiało i nie chciało.

Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” to największy w Polsce i jeden z ważniejszych na świecie festiwali muzyki współczesnej. Powołany został do życia w roku 1956, a już w roku 1958 podjęta została decyzja, że organizowany będzie corocznie. Przez długi czas był to jedyny festiwal muzyki współczesnej w Bloku Wschodnim. Organizatorem “Warszawskiej Jesieni” jest od początku Związek Kompozytorów Polskich. Festiwal odbywa się w drugiej połowie września i trwa dziewięć dni.

W powyższych zapiskach nie ma też innej, z naszego punktu widzenia, ważnej informacji: w roku 1985, po 25 latach pracy, Józef Patkowski został wyrzucony z Polskiego Radia.

Krzysztof Knittl na pogrzebie Józefa Patkowskiego przypomniał nie tyle wielką postać, ile człowieka, który przyjął jego i jego żonę na rok do siebie na mieszkanie, kiedy Knittl kończył pracę magisterską i nie miał gdzie mieszkać. Wspomina to z wielką atencją i wzruszeniem.

…miał bardzo silną, przywódczą osobowość, był niezwykle kreatywny i oryginalny, a także skuteczny. Wymyślał lub wynajdywał istotne muzyczne cele i najczęściej sam realizował swoje projekty (…) lubił pracować w grupie i umiał kierować zespołami wielkich indywidualności. Przyjaźnił się z najwybitniejszymi twórcami swojej epoki, drugiej połowy XX wieku, (…) często przebywał z młodymi kompozytorami, w Studio Eksperymentalnym organizował dla nich seminaria i warsztaty, próbując zarazić ich swoją miłością do nowej sztuki, a nade wszystko do muzyki elektroakustycznej. (…) był tolerancyjny, miał wyrafinowane poczucie humoru, (…) świetnie gotował.

Cała nasza klasa u Rejtana, ta która zdawała maturę w 1948 roku, była bardzo ciekawa, mówi Ciocia. Była to klasa matematyczna, a mnie ta informacja stopuje, bo całe życie wiedziałam, że Ciocia jest zakamieniałą humanistką i, bądź co bądź, psycholożką. Dlaczego chodziłaś do klasy matematycznej?, pytam i myślę, że znam Ciocię całe swoje życie, przegadałyśmy ze sobą setki, a może tysiące godzin i nie wiedziałam, że jako licealistka ciocia uważała się za matematyczkę i zamierzała studiować na politechnice.

W klasie było sześć dziewcząt i 40 chłopaków. Była taka grupka czterech kolegów – Józek Patkowski, Bogdan Wyporek, Maciek Zimiński i Rysio Gajewski – która… wybudowała sobie łódkę. Gdy łódka była gotowa, chłopcy spytali katechetę, księdza Bronisława Kuleszę, czy zechciałby ją poświęcić? Kulesza był typem księdza rebelianta, do historii nie tylko szkoły przeszło, że cytował… Lenina w oryginale, bo, jak twierdził, tłumacz nic nie zrozumiał i wszystko przeinaczył. Kulesza zgodził się, przyszedł umówionego dnia nad Wisłę, poświęcił łajbę i wszedł jako pierwszy na łódź. Stał wyprostowany jak maszt, a ubrany był w sutannę, tymczasem łódź nieubłaganie zanurzała się w modrej wodzie Wisły. Chłopcy rzucili się do cum, przyciągnęli łódkę na brzeg, przemoczony Kulesza wysiadł i bez słowa sobie poszedł. Pierwszego dnia szkoły cała czwórka siedziała w klasie cicho jak myszy pod miotłą. W końcu Kulesza był i księdzem, i nauczycielem, a oni go zwabili nad rzekę i narazili na różne nieprzyjemności, za które można się było spodziewać co najmniej reprymendy, a najpewniej również kary. Tymczasem ksiądz nie wspomniał o niczym nawet jednym słówkiem, tak jakby całej afery w ogóle nie było.

Chłopcy byli bardzo zainteresowani sportami, pływali, wiosłowali, jeździli na nartach. W szkole było też dobrze działające kółko teatralne. Co ciekawe, dodaje Ciocia, w tym roczniku maturalnym było aż 12 małżeństw. Jednym z nich było małżeństwo ślicznej Madzi, całej w loczkach, z Józiem Patkowskim, w którym urodziło się dwoje dzieci, a które się jednak dość szybko rozpadło. Druga żona Józia była ponoć dość rozmowna, tymczasem Józio, który w końcu nie tylko wykładał akustykę, ale i komponował, a do komponowania, jak mówił, potrzebna jest cisza, gdy przychodzili goście wychodził do kuchni i przygotowywał kolację. Tam przynajmniej było cicho, a kluski nie gadały, tylko smakowały. To zresztą wiemy, Knittl już nas poinformował, że Józef Patkowski gotował nader smakowicie.

Tyle ploteczek szkolnych o wielkim reformatorze powojennej polskiej sceny muzycznej. Pozostaje jednak pytanie, jak to się stało, że matematyczka zamiast studiować elektryczność na politechnice, poszła jednak na studia psychologii w Wyższej Szkole Higieny Psychicznej? I tu, nie po raz pierwszy zresztą, usłyszałam pochwałę… choroby. Podczas wakacji przedmaturalnych Ciocia pojechała na obóz harcerski, który był oczywiście fantastyczny, tyle że wszystkie harcerki wróciły chore na szkarlatynę. Jej stan był tak ciężki, że została umieszczona w szpitalu na oddziale chorób zakaźnych. Czyli z zakazem odwiedzin. Czytać też nie bardzo było można, bo książki też się zarażały szkarlatyną i trzeba je było niszczyć, a w pierwszych latach powojennych nie niszczyło się książek! Ciocia leżała więc sobie sama i bez żadnego zajęcia, zdana całkowicie na siebie samą i własne myśli. Tak się więc stało, że przyszłam do szpitala jako matematyczka, a gdy sobie wszystko gruntownie przemyślałam, po sześciu tygodniach wyszłam jako humanistka.

Mity nasze powszednie (1) Ajtra

Obiecałam Konradowi, że napiszę mu co jakiś czas coś o jakimś micie greckim. Aby nie uznał, że pisząc będę wybierała coś, co dobrze znam, zaproponowałam, żeby podał mi losowy numer strony, szpaltę i lokalizację hasła w mojej ukochanej ongiś książce, czyli Małej Encyklopedii Kultury Antycznej (rok wydania 1968, właśnie zaczynałam studiować archeologię i przeczytałam ten leksykon dosłownie od deski do deski). Wybrał stronę 28, lewą szpaltę u góry. Wylosował Ajtrę, właściwie nawet dwie, obie interesujące, ale musiałam się zdecydować na jedną. Wybrałam pierwszą.

Ewa Maria Slaska

Była córką króla Trojzenu i matką Tezeusza, tyle wiemy na pewno.

Mit chce, by Tezeusz był, jak tylu innych bohaterów (i bohaterek) greckich opowieści, synem (córką) ziemianki i boga. Był więc herosem, podobnie jak Herakles, Jazon, Orfeusz, Orion, Perseusz. Herosi byli ludźmi i umierali tak jak ludzie, bogowie żyli wiecznie. Uważani byli jednak za lepszych ludzi i pośredników między światem bogów i ludzi. Herosi byli piękni, silni, dzielni, wędrowali po świecie, walcząc z bestiami, karząc zbrodniarzy i ratując dziewice z rąk czarnoksiężników i sprzed smoczych pysków. Dziewczęta urodzone w takich związkach były nadzwyczajnie wręcz piękne, co nie zawsze przynosiło im szczęście. Helena trojańska, najpiękniejsza kobieta na świecie, pierwszy raz została porwana, gdy miała lat 12, a porywaczem był… Tezeusz; jej bracia odbili ją z rąk Tezeusza, Helena wyszła za mąż za Menelaosa, króla Sparty, po czym porwał ją Parys i zabrał do Troi, a dalej już każdy wie, Grecy postanowili ją odebrać, rozpętała się wojna, nazwana potem trojańską, która trwała 10 lat, Grecy zwyciężyli, a Helena z mężem wróciła do Sparty, wciąż jeszcze młoda i nadzwyczajnie piękna.

Jeśli niemal nikt nie pamięta Ajtry, matki Tezeusza, sam bohater jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych bohaterów mitów greckich, a jego przygody powtarzają się do dziś niemal niezmienione w legendach o królu Arturze, bajkach o tym jak rycerz pokonuje smoka, wielu opowieściach SF i Fantasy. Klasycznym herosem jest więc sam Tezeusz, podobnie jak Lancelot, rywal i przyjaciel króla Artura, jak Wiedźmin, jak Aragon z opowieści o Władcy Pierścieni, liczni bohaterowie Gry o tron, oczywiście, Don Kichot, a nawet Benia Krzyk, menel i bohater, król odeskich bandziorów u Babla. Praktycznie rzecz biorąc każda wartka opowieść o kolejnych nie związanych ze sobą przygodach walecznych wojowników jest powtórzeniem greckiego mitu heroicznego.

Tezeusz wychowywał się z mamą i dziadkami w Argolidzie. Obaj domniemani ojcowie przespali się z Ajtrą (czyli Eteryczną, a zatem Jasną) tej samej nocy, dlatego nie-jasne jest, który z nich faktycznie spłodził Tezeusza. O świcie Posejdon obiecał Ajgeusowi wyłączne ojcostwo spodziewanego potomka, po czym udał się do swych boskich zadań (co często oznaczało wylegiwanie się na kanapach i popijanie nektaru z ambrozją), a Ajgeus podążył dalej ku swem właściwemu celowi, czyli Attyki, którą zjednoczył i ustanowił jej stolicą Ateny. Zanim jednak odpłynął, pozostawił synowi miecz i sandały. Ukrył je w świątyni i przycisnął głazem. Jeśli urodzi się syn, powiedział Egeusz do Ajtry, powiedz mu, że tu ukryłem dla niego insygnia władzy. Gdy dorośnie i będzie w stanie poruszyć ten głaz, znajdzie tu przedmioty, które ma zabrać i przypłynąć do Aten. Zostanie moim następcą, królem Attyki.

Miecz w kamieniu, Excalibur, to jeden ze starych symboli prawa do władzy, pierworodny syn nie zostaje władcą za nic, musi udowodnić, że ma dość mocy, by po tę władzę sięgnąć.

Interesujące jest to, że w mitologii greckiej w wyniku podwójnego stosunku, a zatem niepewnego ojcostwa, kobieta zazwyczaj rodziła bliźnięta, które mimo iż identyczne, miały jednak odmienną naturę – jeden dzieciak był bogiem, drugi – człowiekiem. Najsłynniejszą taką parą (a właściwie czwórką) są Kastor i Polideukes (Pollux), bracia dziewcząt bliźniaczek Heleny (trojańskiej) i Klitajmestry. Ich ojcami byli Zeus w postaci łabędzia i Tyndareos, mąż Ledy. Polideukes i Helena byli bogami, Kastor i Klitajmestra – śmiertelnikami. Polideukes tak kochał brata, że ubłagał ojca o zapewnienie mu nieśmiertelności. Zeus zgodził się, ale jak to zawsze się dzieje, gdy bogowie coś obiecują – była to zgoda dziwaczna i perfidna. Obaj mieli co dzień zmieniać przeznaczenie. Jednego dnia żyli jako ludzie na Ziemi, następnego przebywali jako bogowie w konstelacji Bliźniąt.

Heros miał do wykonania liczne zadania, które przyjęło się nazywać “prace”. Do prac Tezeusza należało zabicie Minotaura, które uczyniło go sławnym, ale wykonał też wiele innych prac: rozprawił się zwycięsko z ogromną świnią, straszliwym bykiem i trzema zbójami: Perifetesem, Skejronem i Prokrustem, zabił olbrzyma Sinisa i pokonał w zapasach siłacza Mickuna oraz stoczył zwycięską walkę z Centaurami.

Jako archeolożka dodam, że herosi wędrowali po świecie starożytnym na historycznej granicy między kulturą minojską a mykeńską, czyli mniej więcej w XIV wieku przed naszą erą. Tezeusz był przedstawicielem najeźdźców i reprezentował kulturę achajską (mykeńską), a jego słynna wyprawa na Kretę jest opisem zwycięstwa dzielnych i surowych Achajów nad zniewieściałymi mieszkańcami greckich wysp. Jeszcze niedawno Grecy byli poddanymi króla Minosa i co rok musieli mu wysyłać daninę w postaci siedmiu dziewcząt i siedmiu chłopaków, których rzucano na pożarcie Minotaurowi. Młodych ludzi losowano i zazwyczaj siłą wydzierano rodzinom. Tezeusz zgłosił się dobrowolnie z zamiarem pokonania potwora i uwolnienia Attyki od okrutnej daniny.

Minotaur (byk minojski) był pół bykiem i pół człowiekiem. Byki są nieodłącznym elementem składowym kultury minojskiej. Matką króla Minosa była fenicka księżniczka, Europa, którą Zeus pod postacią białego byka porwał, przepłynął z nią z Azji Mniejszej przez morze na Kretę, gdzie spłodził z nią trzech synów. Minos zatem, sam zrodzony z śmiertelniczki i boga w postaci byka, musiał pogodzić się z szaleństwem swej żony, Pazyfae, bez pamięci zakochanej w byku i cierpieć na stałe obecność jej zwyrodniałego potomka, który miał ludzką postać i głowę byka, a obdarzony był nadludzką siłą. Byk ojciec, byk mąż, byk syn.

Można by wzruszyć ramionami i powiedzieć, cóż za bzdura, nawet jeśli zdarza się, że zwierzęta i ludzie uprawiają seks, nigdy nie doczekają się żadnych potomków. Oczywiście na poziomie racjonalnym sceptycy mają rację. Przez wiele stuleci tłumaczyło się te wcale nierzadkie greckie mity o seksie bogów, ludzi, zwierząt, a nawet roślin, zwłaszcza drzew albo myśleniem życzeniowym (Pazyfae zapatrzyła się na byka, ale seks uprawiała z człowiekiem), albo metaforycznym (a więc Pazyfae zakochała się nie w byku, lecz w umięśnionym, silnym i pełnym wigoru mężczyźnie), albo symbolicznym (wyrafinowana kultura ulega zwierzęcej sile barbarzyńców). Ale (pisałam o tym TU) jest też inna możliwość: nie jesteśmy pierwszą wysoko rozwiniętą cywilizacją na Ziemi. Przed nami była jeszcze co najmniej jedna (albo wiele) i ich eksperymenty doprowadziły do upadku ich cywilizacji, pozostawiając nam w dziedzictwie wyprodukowane przez siebie potwory. My właśnie doszliśmy po raz drugi (albo kolejny) do etapu produkcji potworów. Zaczęło się od sklonowanej owieczki Dolly, ale poszło dalej. W środę, 02 kwietnia 2008 roku w prasie znalazła się następująca wzmianka: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Napisałam o tym na blogu, a mój komentarz brzmiał: właśnie wyprodukowaliśmy Minotaura!

Tezeusz z pomocą córki Minosa, Ariadny, pokonał Minotaura, co historycznie oznaczało, że Grecja achajska strząsnęła jarzmo minojskie, choć z upływem lat coraz bardziej się upodabniała do swej poprzedniczki. Ale, jak mawiał Kipling, to już zupełnie inna historia.

Gdy Tezeusz wracając z Krety zapomniał zmienić żagle z czarnych na białe, Ajgeus przekonany, że misja syna się nie powiodła, zabił się, skacząc w odmęty morza, które odtąd zwane jest jego imieniem: Morze Egejskie. Co ciekawe Ajgeus – Egeusz dał też drugą nazwę kulturze greckich wysp, nazywa się ją bowiem nie tylko minojską od króla Minosa, ale również egejską, co oznacza po prostu kulturę wysp na Morzu Egejskim. Tym niemniej zabawne jest pomyśleć, że obaj ojcowie niedobranej pary kochanków, jakimi zostali Tezeusz i Ariadna, dali imię kulturze, którą Minos doprowadził do rozkwitu, a syn Egeusza zniszczył.

Na zakończenie luźnych skojarzeń, jakie wywołało we mnie imię Ajtra, muszę jeszcze napisać o sprawach Tezeusza z kobietami. Zaczęło się od tego, że możliwość zabicia Minotaura, którego ojciec trzymał w  Labiryncie i wydostania się z matni nasz heros zawdzięczał Ariadnie, córce Minosa. Dziewczyna zakochała się w obcym pięknym jak bóg chłopaku i zdradziła mu tajemnicę Labiryntu. Dedal, budowniczy więzienia, przed ucieczką z Krety (uciekał na skrzydłach) powiedział jej, że ktoś, kto wchodzi do labiryntu ma przywiązać jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i rzucić kłębek przed siebie, a ten potoczy się do miejsca gdzie mieszka Minotaur. Uciekając z Krety Tezeusz zabrał Ariadnę ze sobą, porzucił ją jednak, samotną, na wyspie Naksos. Po powrocie do Aten i śmierci ojca Tezeusz został królem. Prowadził rozliczne wojny w tym z Amazonkami. Poślubił królową Amazonek, Antiope. Ich syn – Hippolytos (Hipolit) stał się jako młody chłopak obiektem namiętności kolejnej żony Tezeusza – Fedry. Odtrącona Fedra popełniła samobójstwo, oskarżając Hipolita o molestowanie. Tezeusz wygnał syna i dopiero po jego śmierci poznał prawdę. Wreszcie jako dość wiekowy mężczyzna porwał słynną już wtedy z urody dwunastoletnią Helenę, córkę Ledy i Zeusa, której jednak ze względu na jej wiek nie poślubił. Zachodzi więc pytanie, po co ją zatem porywał.
Wszystkie te historie są dość wątpliwe moralnie.

Zakończenie. Ten wpis mógłby być znacznie dłuższy, mógłby stać się rozdziałem książki, książką, albo księgą. Każde napisane tu zdanie można by było rozwinąć i poprowadzić opowieść w inną stronę, do Racine’a, Prousta, Einsteina, Bachusa, iluminatów, argonautów, wojny trojańskiej, Odyseusza, zabicia Ifigenii, patriarchatu, feminizmu, Freuda, Erynii, Klitajmestry, sztuki pamięci, Ericha von Dänikena, labiryntu, Borgesa… Gdzieś jednak trzeba się było zatrzymać.
Jeśli ktoś ma ochotę też coś napisać o mitologii, serdecznie zapraszam.

Rozmowy a nauka (rozmowy z Konradem)

Ewa Maria Slaska, Konrad oraz (z książek) Dariusz Bogucki, Jack Halberstam

Kasi i Konradowi z podziękowaniem za tysiące inspiracji

Dla wyjaśnienia, dla tych, którzy może tego nie wiedzą. Konrad wiosną zdał maturę w Gdańsku, ma 20 lat i od września studiuje filozofię na jednym z uniwersytetów w Anglii. Komunikujemy się głównie za pomocą WhatsAppa. Przysłał mi (na moje własne życzenie) skrin z prezentacji na temat kradzieży, omawianej podczas wykładów z etyki. Siedem sposobów okradzenia torebki pani Jessop. Chociaż moim zdaniem to nie są sposoby, tylko motywacje, powody albo przyczyny. Ale nie bądźmy drobiazgowi.

Ewa: Przeczytałam, ale jakoś nie poruszyło mnie to wyliczenie
Konrad: Mało co Cię porusza z moich zajęć 🙂. Już się przyzwyczaiłem
Ewa: Naprawdę? Ojej, przepraszam
Konrad: Za co? Tak reagujesz. Jest ok. Może po prostu to nie jest Twoja działka i to Cię zwyczajnie nie interesuje.
Ewa: Nie, nie o to mi chodzi. Mnie interesują różne rzeczy, to nie jest więc pytanie, czy to moja działka, czy nie. Kradzież jest zresztą fascynującym tematem literackim, socjologicznym, politycznym. Oczywiście również filozoficznym. Moim ulubionym bogiem greckim jest Hermes, czyli, wiadomo, bóg kupców i złodziei. Ma skrzydła u stóp. Ale te rzeczy, które mi przysyłasz, są bez polotu i ciężko obarczone nudną powagą. Bardzo nie angielską.
Konrad: Hmmm. No taka jest filozofia 🙂. Szalone pogadanki w środku nocy na balkonie zamieniają się w naukę.

Hmmm, no cóż, ponad wszystko uwielbiam pogawędki na balkonie, a rozmowę uważam za najwspanialsze osiągnięcie ludzkości 🙂

Dariusz Bogucki
z książki Śladami życia

Ciocia Marysia (…) zaproponowała, bym (…) stanął do egzaminu na kurs wstępny na Politechnikę Gdańską. Bo akurat taki się organizuje dla tych wszystkich, którzy nie mieli matury, a chcieli studiować. Bedziesz tam miał to swoje budowanie okrętów, powiedziała, i to od razu na poważnie, na przyszłość.
Plan był prosty: jeśli zdam, a następnie ukończę kurs, po roku będę studentem. Mieszkać zaś mogę u wujostwa, a nie w płatnym internacie.
Zamilkłem z wrażenia. Moje wyśnione morze było na wyciągnięcie ręki, ale decyzję, jakże ważką i „dorosłą”, musiałem podjąć samodzielnie, bez odwoływania się do starszych. No, i nie był to wcale prosty plan. Intuicyjnie czułem jednak, że choć to, co zamierzyłem, jest potwornie trudne, to jest to dla mnie wielka szansa.
(…)
Egzamin na poziomie maturalnym, dopuszczający na kurs wstępny, miał się odbyć na początku września. Wróciłem zatem do Gniezna i zabrałem się ostro do pracy. Powtórzyła się sytuacja sprzed paru miesięcy. Czekał mnie egzamin, do którego brakowało mi dwóch lat regularnej nauki, tyle że o poziom wyżej, bo nie gimnazjalnej, tylko licealnej. Do tego teraz byłem zdany wyłącznie na siebie, gdyż nie było tu pani Lody, która mi wtedy tak bardzo pomogła. Nie miałem też książek, z których mógłbym się uczyć. Skromna biblioteka pani doktor, u której mieszkała moja mama, była czysto medyczna, a w mieście na żadną bibliotekę nie natrafiłem. Gniezno bowiem w czasie wojny zostało włączone do Reichu, a to oznaczało, że działania okupantów miały na celu całkowite zniemczenie wszystkich podległych im grup etnicznych i kulturowych. Stąd niemal zupełny brak polskiego dziedzictwa w tym, co odzyskaliśmy tutaj po wojnie.
Nie mając wyboru, zmieniłem taktykę i zamiast z książek, uczyłem się przez rozmowy z mamą, z panią doktor, i w ogóle z każdym, kto pojawił się na horyzoncie naszego życia. Tak przygotowany, a właściwie nieprzygotowany, z początkiem września pojechałem do Gdańska. (…) Bez większej nadziei, ale zdeterminowany, zasiadłem do egzaminu. Tym razem nie były to zadania, tylko ogromny zestaw pytań w postaci testu z całej wiedzy, jaką przystępujący do matury licealista powinien rozporządzać. Na połowę pytań odpowiedziałem zaraz przy pierwszym czytaniu, na pozostałe, wprawdzie już z namysłem i niezbyt pewny swego, zdążyłem odpowiedzieć, mieszcząc się w czasie.
Następnego dnia okazało się, że dałem prawidłowe odpowiedzi na niemal wszystkie pytania. Egzamin ustny, ku mojemu pełnemu zaskoczeniu, poszedł równie gładko. Tym sposobem, wczesną jesienią 1945 roku, zostałem studentem kursu wstępnego Politechniki Gdańskiej.

Jack Halberstam, Przedziwna sztuka porażki
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2018

* Jack Halberstam (urodzony jako Judith Halberstam) – amerykański kulturoznawca, badający kulturę wizualną, media, sztukę queer i subkultury. Profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Opublikował m.in. Female Masculinity oraz Gaga Feminism. * Przedziwna sztuka porażki to manifest kluczenia, improwizacji, mylenia się, kręcenia się w kółko, w których znaleźć możemy jednak zupełnie nieoczywisty nowy cel. Mając za przewodników SpongeBoba Kanciastoportego i rybkę Nemo wyruszmy w rejs, w którym „zamiast opierać się kresom i ograniczeniom, pozostańmy radośnie wierni wszystkim naszym nieuniknionym fantastycznym porażkom”.

Dziękuję mojej siostrze, która podarowała mi tę pozycję bez żadnej okazji (ale nie bez żadnego trybu), tylko dlatego że uznała, iż Marylin Monroe z wąsami na okładce publikacji o porażce to na pewno książka, którą będę zachwycona. I tak właśnie jest! Patronami wydania są portale Chujowa pani domu, czyli, jak twierdzi jej autorka, Magdalena Kostyszyn, strona przekłuwająca bańkę perfekcjonizmu, oraz Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Michał Michalski, założyciel strony, mówi, że Coaching i rozwój osobisty to taki ruch antyszczepionkowy sfery mentalnej. Cóż za znakomity patronat! jestem pod wrażeniem.

A tu garść cytatów z podziękowań i wstępu, bo już w podziękowaniach objawiają się fantastyczne propozycje:
alternatywne formy produkcji wiedzy (o tak!)
alternatywne pedagogie
dążenie do niewiedzy
które są (jak rozumiem) odszczepieńczą, subwersywną i wywrotową formą uprawiania intelektu poza campusem.

Nie sortuję tych cytatów, nie zaznaczam cudzysłowami, nie wstawiam nawiasów z kropkami. Niekiedy je uzupełniam, najczęściej skracam. Tym niemniej wszystko, co poniżej, to cytaty. Chyba, że coś jest zaznaczone na zielono – bo wtedy to ja.

Zacznijmy od najważniejszego: Rozmowa zamiast praktykowania mistrzostwa faktycznie wydaje się naprawdę konkretnym sposobem bycia w relacji do nabywania wiedzy u mistrza (wykładowcy, profesora, nauczyciela) na uczelni, sposobem wolnym od obowiązku mierzenia się na punkty czy na publikacje (publish-or-perish).

Wszyscy przywykliśmy do tego, iż nasze marzenia idą w rozsypkę, nadzieje zostają rozwiane, iluzje roztrzaskane. Wiemy, wszyscy to wiemy. Co jednak zajmuje miejsce nadziei, gdy jej już nie ma?
Co? Poszukiwanie mądrości i nowego, porowatego jak gąbka stosunku do życia, kultury, wiedzy i przyjemności, sformułowanie alternatywnej wizji życia, miłości i pracy oraz przełożenie tej wizji na praktykę. Radykalni utopiści szukają sposobów na bycie w świecie, innych niż te, które zaleca konsumencki liberalizm.
Ta książka, badając te sposoby w kulturze masowej, porusza się na stałe w obszarze teorii niskiej, starając się zidentyfikować wszystkie miejsca “pomiędzy”, dzięki którym nie ulegamy pokusom konsumpcyjnym, ani nie nadziewamy się na haczyki hegemonii.
Oczywiście liczymy się z tym, że alternatywy zamieszkują w mętnych wodach bezgranicznie mrocznego królestwa krytyki i odmowy.
Autor, tłumaczony czasem jako kobieta (bym chybiała celniej), a czasem jako mężczyzna (Jack Halberstam na okładce), zastanawia się nad sposobami bycia i posiadania wiedzy, które plasują się poza konwencjonalnymi wyobrażeniami o sukcesie, bo sukces w społeczeństwie heteronormatywnego kapitalizmu jest w gruncie rzeczy utożsamiany z dwiema tylko cechami: dojrzałością reproduktywną i gromadzeniem bogactwa. A już nawet ekonomista, a nie tylko antropolog kultury widzi gołym okiem, że obie normy w XXI wieku przestały cokolwiek znaczyć.

Wiek XX zakończył się plajtą myślenia pozytywnego (“sukces jest moim dziełem, porażkę uczynili mi inni”). Sukces to “zbiorowe urojenie”, a bankructwo wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu, oznacza szansę dla odmieńców, bo niepowodzenie to coś, co odmieńcom (queers) zawsze wychodziło wyjątkowo dobrze. Niekiedy niepowodzenie, przegrywanie, niedawanie rady, nieposiadanie wiedzy mogą przynosić twórcze wspólnotowe i zrównoważone rozwiązania. Hasłem takich wspólnot jest zdanie: Nikt nie zostanie na lodzie lub (jak podczas wiosennej pandemii korony lub w listopadzie 2020 roku w Polsce podczas strajków pod hasłem “wypierdalać”) Nigdy nie będziesz szła sama /You will never walk alone.

Być może porażka to najwłaściwszy sposób bycia, pozwala ujść karzącym normom narzucanym nam przez społeczeństwo i pozwala uniknąć iluzji optymizmu. Pozytywne myślenie nie uleczy raka, a fakt, że zachorowaliśmy na raka nie uczynił z nas lepszych ludzi. Optymizm pozytywnego myślenia napędza tryby istniejącego porządku społecznego. Porady typu “bądź sobą” i “podążaj za marzeniami”, jeszcze niedawno najpiękniejsze hasło, jakie można było dać na drogę młodemu człowiekowi, wkraczającemu w życie, okazały się egoistyczną mazią, smarującą tryby korporacji, globalizmu i zniszczenia świata.

Nasz świat nie powinien zostać wydany na pastwę ludziom sukcesu, musi w nim być miejsce na coraz więcej odmieńców. Nauki ścisłe, szczególnie fizyka i matematyka, znają wiele przypadków niesfornych intelektualistów, ludzi błądzących po nieodkrytych terytoriach, don Kichotów nauki. Wprawdzie sam Don Kichot nigdzie w książce nie został wymieniony, jest ona jednak wręcz entuzjastyczną pochwałą donkichoterii i przydaje jej głębokiego sensu społecznego. Ci niesforni intelektualiści unikają konwencjonalnych metod produkcji wiedzy i wydeptanych szlaków, również dlatego że prawidła dyscyplin stoją na przeszkodzie poszukiwań, bo dają gotowe mapy myślowe tam, gdzie intuicja i błądzenie po omacku może przynieść lepsze rezultaty. Wąsko wyspecjalizowane dziedziny nauk, które się wyłoniły się ponad 100 lat temu w odpowiedzi na zapotrzebowanie nowej gospodarki rynkowej, tracą obecnie znaczenie. A to dobry czas, żeby ustalić nowe zasady. Możemy skorzystać z tego czasu, żeby wymyślić od nowa projekt myślenia i uczenia.

Oczywiście teraz, gdy to piszę, pandemia wymusiła na nas nowe techniki uczenia i uczenia się, a my myśleliśmy, że wymusi też na nas nowe myślenie o świecie i naszym w nim miejscu, ale na razie oprócz strachu, co będzie, jak system się zawali, nie widać, żebyśmy się przygotowywali do nowych zadań. Oczywiście najsłabsze ogniwa w łańcuchu sukcesu już czują ciężar spowodowanego koroną kryzysu – młody filozof pisze właśnie w Süddeutsche Zeitung, że jego koleżanki i koledzy nie znajdują teraz typowych prac studenckich, jak praca w knajpach czy babysitting, pracują w fabrykach lub zatrudniają się przy zbiorze jarzyn i owoców. Za każdą linijką tego artykułu czai się strach. Nie jest to oczywiście strach egzystencjalny, nikt z nas jeszcze nie przypuszcza, że będziemy umierać na ulicach i nie będziemy mieli co jeść, ale strach o to, co będzie i jak sobie poradzimy, towarzyszy wszystkim. Mieszkam w Niemczech, państwie opieki społecznej, gdzie każdy, kto nie zarabia sam, może liczyć na urzędową pomoc, ale oczywiście pobieranie zasiłku jest zgodą na to, że urząd pozbawi człowieka części jego praw obywatelskich. Czy dałoby się to rozwiązać inaczej? Przyznając wszystkim wynagrodzenie podstawowe? Wprowadzając zasadę solidarnego podziału tego, co zarabiamy? Opodatkowując bogatych? Robiąc fantastyczny indiański potlacz?

Niewątpliwie potrzebujemy nowych wizji społecznych, politycznych, nowej nauki, nowego systemu nauczania, nowego systemu własności. Bo siedem powodów okradzenia torebki pani Jessop to stosunkowo błahe powody.


– chcemy mieć coś, czego nie mamy (i bez czego świetnie możemy się obejść)
– kradniemy, bo jesteśmy biedni
– kradniemy dla zabawy
– ktoś nas zmusił (dwie opcje)
– jesteśmy kleptomanami (dwie opcje)

Tylko bieda jest w tym przykładzie prawdziwym dylematem. Autor tej listy z typową (chyba) obojętnością angielskiej klasy średniej pomija cały szereg innych powodów (a i obiektów) kradzieży. Bez drążenia tematu, wymienię tu jeszcze kilka problemów:
1. Do kradzieży z torebki (kradzież a sprawa polska)

A. Kradzież, bo się nadarzyła okazja

B. Kradzież, bo nigdzie nie można kupić
C. Bo to państwowe, czyli wspólne, czyli niczyje
D. W stylu Janosika – odebrać bogatym, dać biednym
E. Konspiracyjna (np Piłsudski)
Wersja a: osłabić okupanta
Wersja b: zdobyć środki na dywersję

2. Kradzież dla wyższych celów

A. Sokrates (kradzież duszy ucznia)

B. Prometeusz (kradzież ognia dla dobra ludzkości)
C. Plagiat (kradzież czyjejś własności intelektualnej)
D. Odebranie monopolu
E. Każda własność prywatna jest kradzieżą, a zatem kradzież nie jest niczym nagannym. Więcej nawet: kradzież można potraktować jako wyrównywanie niesprawiedliwego podziału dóbr

Halberstam podsuwa jeszcze jedną opcję dozwolonej kradzieży: kradzież z uniwersytetu (oczywiście nie chodzi o kradzież materialną), chodzi o to, żeby kraść oświecenie dla innych, stworzyć podwspólność uniwersytetów, co równa się deprofesjonalizacji nauki. Uwolnienie procesu zdobywania i tworzenia wiedzy od systemu egzaminowania i zbierania punktów. Nauka w okowach systemów uniwersyteckich równa jest więzieniu. Nie tyle idzie o zniesienie więzień, ile o zniesienie społeczeństwa, w którym możliwe są więzienie, niewolnictwo, płaca.

Czytelność, minimalizm, uporządkowanie są elementami opresji społecznej, bo ich prawdziwym sensem jest uproszczenie, ułatwiające zdyscyplinowanie chaosu. Idei pustego białego pokoju w kanciastym betonowym domu przeciwstawić musimy różnorodność, niezdyscyplinowanie, wzajemność, kolektywność, plastyczność i adaptacyjność. Małe różnorodne ośrodki zamiast ujednolicającej wszystko globalizacji.

Foucault wzywa studentów, by opierali się “globalnym i wszechogarniającym teoriom” i zwracali się ku wiedzy podbitej (ujarzmionej, a przez to porzuconej), czyli tym formom produkcji wiedzy, które zostały przysypane, odepchnięte, zlekceważone, a nawet zakazane. Nowy człowiek nauki powinien zwrócić uwagę na wiedzę naiwną, niską, nienaukową. Ale, tam gdzie to będzie potrzebne, ma bez lęku “okraść uniwersytet”. Okraść i wyjść poza porośnięte bluszczem ściany campusu, wybrać nieważnych, od których będziemy się uczyć, a stawić opór mistrzowi. To właśnie tu pojawia się rozmowa jako forma stawiania oporu mistrzowi.

I to by było na tyle, zatoczyliśmy koło, możemy wrócić na balkon i porozmawiać.

Burnum Burnum

Lech Milewski

26 stycznia 1988 roku Australia obchodziła uroczyście 200 lat… hmmm, trochę trudno
powiedzieć czego… Australii.
Obchody 200-lecia były huczne, pamiętam że przybył też polski statek szkoleniowy Dar
Młodzieży.
Nikt nie zauważył, że tego samego dnia, na skałach Dovru, aborygeński aktywista Burnum
Burnum ogłosił swoją deklarację: KLIK.

Oto dość swobodne tłumaczenie:

Ja, Burnum Burnum, szlachetnie urodzony mieszkaniec starożytnej Australii, biorę Anglię w
posiadanie na rzecz Ludu Aborygeńskiego.
Roszcząc sobie prawo do tej kolonialnej placówki, nie zamierzamy wyrządzić tubylcom żadnej
krzywdy, lecz wprowadzić tu dobre maniery, wytworność i dać szansę nowego startu.
Dlatego wizerunek Aborygeńskiej twarzy ukaże się na waszych monetach i znaczkach, aby
zaznaczyć naszą suwerenność w tym dominium.
Dla bardziej zaawansowanych wprowadzimy tu złożony język Pitjatjajara, nauczymy ich, jak
nawiązać duchowy kontakt z Ziemią i jak przygotować posiłek z tego, co można znaleźć w lesie..
Nie zamierzamy konserwować głów 2.000 waszych ludzi ani wystawiać publicznie szkieletów
waszych królów, jak to zrobiono z naszą królową Truganini, nie zamierzamy zatruć waszych wód, ani podrzucać wam strychniny.
Opierając się na naszej trwającej 50.000 lat tradycji, stwierdzamy konieczność zachowania rasy kaukaskiej z powodu naszego zainteresowania starożytnością i możemy chcieć zmierzyć wasze czaszki, by określić poziom inteligencji. Natomiast obiecujemy nie sterylizować waszych kobiet ani nie zabierać dzieci rodzicom.
Zobowiązujemy się nie stworzyć uzależnienia waszego społeczeństwa od rządowych zasiłków, lecz zapewnimy korzystanie z wszelkich pożytków aborygeńskiej równości.
Po dwustu latach zawrzemy z wami układ na drodze pokojowej, nie zaś przez podbicie.
Na koniec, uroczyście obiecujemy, że nie przekształcimy Anglii w kopalnię, nie będziemy eksportować Waszych minerałów do Australii, nie zniszczymy też trzech czwartych Waszych drzew, lecz poprzemy akcję Naprawy Ziemi, aby zjednoczyć ludzi, społeczności, religie i narody we wspólnym, produktywnym i pokojowym celu.

Burnum Burnum

Spójrzmy bliżej na kilka spraw —

Autor Deklaracji ​ – Burnum Burnum – urodził się w 1936 roku jako Harry Penrith. Jego rodzice zmarli, gdy był małym dzieckiem. Wiele lat spędził w rządowych domach dziecka, po czym rozpoczął pracę w urzędach rządowych.
Przyjął nazwisko swojego dziadka ze strony matki. Wyróżniał się w grze w krykieta i rugby.
W latach 60 ubiegłego wieku studiował na uniwersytecie na Tasmanii. Otrzymał stypendium W. Churchilla na studia społeczności aborygeńskich. W wieku 50 lat wystąpił w kilku filmach.
Głównym nurtem jego życia była praca w instytucjach zajmujących się sprawami Aborygenów.
Zmarł w roku 1997.

Najwięcej rozgłosu przysporzyła mu Deklaracja, będąca tematem tego wpisu.

Treść Deklaracji  – wydaje mi się, że kilka punktów zasługuje na wyjaśnienie.

* Wzięcie Australii w posiadanie ​ –
Czy Anglia wzięła Australię w posiadanie?
Z formalnego punktu widzenia sprawa nie jest oczywista.
Po pierwsze: początek sprawy to rok 1770 – wizyta kapitana Cooka.
Kapitan Cook dostał polecenie sprawdzenia, czy wielki ląd rzeczywiście istnieje, czy ma jakiś ekonomiczny potencjał i, jeśli jest zamieszkały, nawiązania kontaktu z tubylcami i za ich zgodą wzięcie w angielskie posiadanie dogodnych pozycji.
Więcej na ten temat, ale w żartobliwej formie, pisałem na tym blogu ​TUTAJ​.
W roku 1788, kapitan Filip polecił wznieść brytyjską flagę i nazwał tereny (wschodnie wybrzeże) kolonią Nowa Południowa Walia.
W następnych latach identyfikowano dalsze tereny, początkowo włączano je do Nowej
Południowej Walii, później nadano im status kolejnych kolonii. Każda miała swojego
gubernatora, który podlegał angielskiemu monarsze.
Australia jako jedna jednostka administracyjna powstała w 1900 roku, już jako niepodległe
państwo.
Warto wspomnieć, że to państwo ignorowało istnienie Aborygenów, prawa obywatelskie
uzyskali dopiero w roku 1948, prawo głosu w 1962 roku.

* Język Pitjantjatjara ​ –
Australijscy Aborygeni posługują się ponad 300 językami, język Pitjantjatjara jest drugim
najpopularniejszym – używa go około 3.100 osób.
Żaden z aborygeńskich języków nie miał swojego pisma. Języków aborygeńskich uczy się w szkołach komunalnych, od kilkunastu lat również w szkołach stanowych. W roku 2019 w stanie Wiktoria uczyło się ich 1.867 uczniów.

* 2000 aborygeńskich czaszek, królowa Truganini –
W drugiej połowie XIX wieku Australią zainteresowali się antropologowie. Przyczyniły się do tego teorie, że Aborygeni są brakującym ogniwem w łańcuchu ewolucji. W rezultacie wiele muzeów w Europie prezentowało aborygeńskie czaszki.
Istotna sprawa to fakt, że według Aborygenów zmarli powinni być pozostawieni w absolutnym spokoju. Nie powinno się wspominać ich nazwisk, ani prezentować ich wizerunków. Obecnie w czołówkach filmów wyświetlane są ostrzeżenia, jeśli ta zasada nie została zachowana.
Pod koniec XX wieku rozpoczęto energiczną akcję odzyskiwania tych “zabytków”. Najdłużej opierało się British Museum.
Truganini była córką przywódcy jednego z plemion tasmańskich. Została wykorzystana w
akcji tworzenia przez Anglików zamkniętych rezerwatów dla Aborygenów. Sama zmarła w takim rezerwacie. Wbrew jej woli jej zwłoki zostały ekshumowane i jej szkielet wystawiono w gablocie w muzeum. W 1976 roku Burnum Burnum odzyskał je i zorganizował kremację.

* Zatrucie wody, podrzucanie trucizny –
Kolonizatorzy nie próbowali nawiązać kontaktów z Aborygenami. Zajęli ziemię, a następnie, w miarę wyzwalania skazańców, przydzielali im spore działki ziemi i zostawiali wolną rękę.
Wyzwoleńcy brali się do roboty i okrutnie traktowali kogoś, kto chciał im przeszkodzić.
Do największych konfliktów doszło chyba na Tasmanii, gdzie gęstość zaludnienia zarówno
Aborygenów jak i wyzwoleńców była największa.
Tam właśnie doszło do masowego podrzucania trucizny. Anglicy widzieli tylko jedno rozwiązanie – zamknięcie Aborygenów w rezerwatach na otaczających Tasmanię wyspach.

* Zabieranie dzieci​ –
Intencje były dobre.
Angielscy kolonizatorzy a potem władze niepodległej Australii nie widzieli szansy na integrację Aborygenów. Pozostawienie ich na marginesie lub w rezerwatach oznaczało całkowite zmarnowanie dzieci.
W tej sytuacji zabranie dzieci do ośrodków wychowawczych wydawało się dobrym
rozwiązaniem.
Ośrodki zapewniały podstawową edukację i pomagały w znalezieniu zatrudnienia.

* Akcja Naprawy Ziemi​ –
Akcja znajduje się w stadium początkowym. Nie tylko w Australii.

* Sytuacja obecna –
Jest tak pokręcona, że nie czuję się na siłach jej przedstawić.
Na poziomie rządu federalnego istotna/główna sprawa to specjalne uhonorowanie Aborygenów w konstytucji. Generalnie zgodzono się, że powinno być, ale od wielu lat nie sprecyzowano, co to miałoby być.

Z wolnej stopy 20

Zbigniew Milewicz

Miało być dobrze…

Niepodległość Polski, wywalczona 102 lata temu, była jak górniczy urobek, opłacony ludzkim znojem i życiem. Można było z niego zrobić diament. Premier nowo utworzonego rządu, socjalista i piłsudczyk, Jędrzej Moraczewski z euforią wtedy pisał: Po 120 latach prysły kordony! Nie ma ich! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili (…). Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swoim życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast, robotnik, urzędnik porzucał pracę. Chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów.

Równocześnie od pierwszych dni wolności główne siły polityczne kraju spierały się o własne zasługi w dziele odbudowy niepodległości i każda z nich inaczej przedstawiała prowadzące do niej drogi i same początki państwowości. Narodowi demokraci lansowali pogląd, według którego o swym losie polityczno-państwowym zadecydował sam naród polski, nie tylko zachowując w okresie ponad stuletniej niewoli tożsamość, ale jeszcze umacniając swe dążenia niepodległościowe i wolę odbudowy państwowości. Naturalnie, główną zasługę przypisywali sobie, dowodząc, że ich koncepcja wiązania przyszłości Polaków z polityką państw Ententy przyniosła pozytywne rezultaty. Negowali jednocześnie heroistyczno-elitarną interpretację procesu odbudowy niepodległości Polski upowszechnianą przez piłsudczyków, którzy głównie w czynie legionowym widzieli przyczynę odzyskania wolności.

Inne ugrupowania – zwłaszcza konserwatyści – uwypuklali znaczenie działań dyplomatycznych i roli mocarstw zachodnich, przede wszystkim Francji i Wielkiej Brytanii. Natomiast środowiska chrześcijańsko-demokratyczne bardziej skłaniały się do opinii narodowo-demokratycznej i zwracały uwagę na udział Kościoła katolickiego w rozbudzaniu aspiracji narodowych Polaków. Opinii tych nie podzielali  z  kolei socjaliści i ludowcy, eksponując znaczenie warstw plebejskich – robotników i włościan – jako tych, które poniosły największą ofiarę w procesie spełniania się marzeń wolnościowych wielu pokoleń Polaków. Wypisz, wymaluj spierano się o ojcostwo sukcesu, równie usilnie, jak dzisiaj o to, kto ma wypierdalać: rząd z politycznej sceny, czy demonstranci z ulicy? Do dnia dzisiejszego jeszcze wrócę, chciałem tylko zwrócić uwagę na długą tradycję brudnych walk politycznych o władzę w Polsce, których symbolem jest Targowica. Marzenie socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego się spełniło, pozbyliśmy się cudzych pijawek, ale przecież szybko wyhodowaliśmy własne.

Zarówno pod rządami Narodowej Demokracji, jak i później sanacji rosła zasobność krajowych, gospodarczych elit, ale także proletariacka bieda i nie można jej było przypisać wyłącznie wojnie z bolszewikami. Wśród urzędników państwowych szerzyła się korupcja na taką skalę, że kodeks karny przewidywał za nią nawet karę śmierci przez rozstrzelanie. O ile się jednak nie mylę, sądy II RP (poza wojskowymi) nigdy jej w tych sprawach nie orzekły, choć nie należały do rzadkości samosądy, dokonywane przez zdesperowanych obywateli na winnych różnych nadużyć i wtedy Temida ferowała zwykle łagodne wyroki. Myślę, że rozumiem tę prawniczą wstrzemięźliwość. Sędzia sam jest urzędnikiem i gdyby tak komuś udało się go skorumpować (czysto teoretycznie oczywiście rozumując), to inny sędzia mógłby go kazać kropnąć, a znowu tego drugiego jakiś trzeci wysłałby pod ścianę… W końcu zabrakłoby sędziów. Nie po to ciężko studiowali prawo, żeby gryźć ziemię, kawior lepszy. Ich obecni następcy pewnie są podobnego zdania.

Po latach kolejnej wojny, jeszcze okrutniejszej niż pierwsza, komuna w Polsce hodowała swoje pijawki. Później miało być już tylko lepiej, a jest tak, że prawnukowie komunardów z 1905 roku formują na ulicach nowe demonstracje, w obronie swojej wolności i godności osobistej a przeciw nadużyciom obecnej władzy. Są to ludzie przeważnie młodzi, jak dawni studenci z Marca 68, których pacyfikowali milicjanci wspólnie z ORMO – ochotnikami spośród partyjnych aktywistów. Ci mają przeciw sobie oddziały policji i kiboli. Nami, z marca, kierowali tzw. komandosi z grupy Michnika, wypierdalacze robią to, czego chce PiS-owska opozycja. Osobiście jestem bezpartyjny, nie trzymam żadnej strony i nie wiem, kto wygra w tej grze, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę wskazać przegranego – szeregowego demonstranta.

Piszę to na własnym przykładzie. Przyłożyłem się w jakimś stopniu do zmiany ustroju w Polsce, ale nigdy nie poprawiłem sobie przez to życia, wręcz przeciwnie, tylko na tym straciłem. Po 68 roku, ze stempelkiem nieprawomyślnego w papierach nie zrobiłem oszałamiającej, zawodowej kariery, a kiedy przyszedł czas Solidarności, miano mnie już za recydywistę i w końcu dostałem wilczy bilet w prasie. O Michniku tego powiedzieć nie można, ale mu nie zazdroszczę jego Wyborczej. W każdej wojnie są żołnierze, którzy w imię jakichś ideałów o coś walczą i dowódcy, którzy później odcinają sobie z tego kupony. Pierwsi nadstawiają karku, drudzy pierś pod ordery. Kiedy mój dziadek pod koniec swojego życia powiedział mi, że właściwie żałuje, że walczył w trzecim powstaniu śląskim o Polskę, nie rozumiałem tego. Tej nagłej, jak mi się wtedy wydawało, utraty etosu; dzisiaj, kiedy mam już jego lata, przypuszczam, że stopniowo dojrzewał do tego przeświadczenia, pod którym też mógłbym się podpisać.

Maski

Teresa Rudolf

Dziwny karnawał

Zabrakło nam fantazji,
dziwny to teraz karnawał,
maski, a gdzie taniec?

Gdzie jego kolory, śmiech
oczu, ust, głosów śpiew?
Karnawał dla wszystkich,

starzy, młodzi, kobiety,
mężczyźni, wściekli,
smutni i wesołki.

Kim jesteś Ty,
potrącający staruszkę,
choć masz być daleko?

Kim jesteś Ty,
w supermarkecie coś
do siebie przeklinając?

Ciemny, zly, czyjś wzrok
przestraszył małe dziecko,
płacze całym sobą,

jeszcze bez maski,
jeszcze nie na balu,
już bojące się masek.

To masz…

Liście dziś pod stopami,
ich szelest, ich kolory,
szum wiatru rdzawego.

Domy na wzgórkach,
wmalowane w jesień,
uśmiechającą się złoto.

Ptaki w swych piruetach,
świergolące w swym jezyku,
nie rozliczając z niczego.

Dobroć Natury, tak naturalnie
całym ciepłem kochającej,
brylującej radością i śmiechem.

…to wciąż masz,
przestań niszczyć…

Wspomnienia (1): Bystrzanowice

Ewa Maria Slaska:

8 listopada 2020 roku umarła po krótkiej ciężkiej chorobie moja ukochana Teściowa, Zofia Slaska.

RiP

Dziesięć lat temu, w 2010 roku, mój syn przeprowadził wywiad z Babcią i wydał go na potrzeby rodziny w kilkudziesięciu egzemplarzach. Publikowałam już tu wiele lat temu fragmenty tych rozmów, teraz postanowiłam, że przypomnę po prostu całą rozmowę, po kolei, w kilku odcinkach.


Zofia Slaska i Jacek Slaski

Opowiedz może, jak poznali się Twoi rodzice?

O tym, jak moi rodzice się poznali, to ja wiem ze starych listów, jeszcze narzeczeńskich, moich rodziców, które swojego czasu miałam i je przeczytałam (możliwe, że one jeszcze leżą u mnie w szafce, albo je już zniszczyłam – bo ja bardzo dużo listów zniszczyłam; wszystkie moje narzeczeńskie). Wiem tyle, że byli poswatani. Kuzynka mojego ojca, Godlewska, poszukiwała kogoś… żeby poznać mojego ojca, Stanisława Grabkowskiego, z jakąś wartościową panną. A moja matka – Konstancja Morawska – na pewno była wartościową panną.

Podczas wojny moja matka była najpierw z rodziną w Kijowie i nie do końca wiadomo, co tam robiła. Potem wróciła do Planty, gdzie gospodarował jej ojciec, a mój dziadek – Tadeusz Morawski. I mieszkała u ojca. Ale te dorosłe córki, co one tam miały robić? Udzielały się społecznie. Były z dobrego domu, mogły to robić.

Mama po I wojnie światowej wyjechała do Warszawy i zaangażowała się w działalność społeczną w „YWCA” (Young Women’s Christian Association). Znała angielski i została przez YWCA wysłana na kilkumiesięczny pobyt do Stanów Zjednoczonych, gdzie przeszła przeszkolenie w pracy społecznej. W latach 20 XX wieku Stany Zjednoczone już były bardzo zaawansowane w pracy społecznej. Do Stanów moja mama pojechała z dwiema koleżankami, Sapieżanką, bratanicą kardynała Adama Sapiehy, tego wspaniałego kardynała z Krakowa – ja ją też poznałam i ciociu do niej mówiłam – ciocia Bisia. A druga była Dżonka (Joanna) chyba Kossak. Nie wiem czy z tych Kossaków, potem nazywała się Skarżyńska. Moja mama też była z nią w kontakcie, jeszcze w czasie II wojny światowej. Pojechały chyba w 1920 roku. Moja mama była urodzona w roku 1888, więc miała 32 lata. Zachowały się (też są tu w szafce) pamiętniki mojej matki z jej całego pobytu w Stanach. Mam tu cały szereg listów od jej różnych podopiecznych, którymi się zajmowała. Pracowała w edukacji, przygotowywała młode kobiety do zdobywania zawodu, ale nie była nauczycielką, może je czasem czegoś uczyła, ale była raczej menadżerem, organizowała kursy dla tych kobiet.

I właśnie Warszawie, u tej cioci Godlewskiej, moi rodzice się poznali. Nie umiem powiedzieć, czy to była jesień czy zima, ale następnego roku w sierpniu, 2 sierpnia 1927 był ślub moich rodziców. Brali ślub w Krakowie, u świętej Barbary. Huczny był ślub, duży, dużo prezentów mama dostała. A w tym czasie mój ojciec objął Biórków. To znaczy administrację Biórkowa. Ja się urodziłam w dzień przed ich pierwszą rocznicą ślubu. Oboje brali ślub bardzo późno, nawet jak na dzisiejsze czasy. Moja matka miała 39 lat, jak ja się urodziłam, a mój ojciec był o 9 lat starszy. Ożenił się tak późno, bo się szalenie kochał w pewnej pannie Zofii (zresztą dlatego ja mam Zofia na imię), którą w czasie I wojny zamordowali Ukraińcy na Wołyniu.

Skąd te zainteresowania prababci pracą społeczną?

Jej babka, Łempicka, żona Morawskiego, ogromnie się angażowała w działalność społeczną na wsi, i może to ukształtowało też zaangażowanie mojej matki, Konstancji. Prababka Łempicka zajmowała się krzewieniem umiejętności, nabywaniem zawodu przez dziewczęta i kobiety na wsi, i to chyba było tak przyjęte. Tylko, że moja mama była trochę inna niż te typowe kobiety i panny z dworów, co może wynikało z jej przyjaźni z Elżbietą (Bisią) Sapieżanką z Krakowa. Bo one to już traktowały bardziej profesjonalnie. Działały w YWCA, pojechały na kursy dokształcające do Stanów, a potem po powrocie, mama wykonywała zawód pracownika społecznego, aż do wyjścia za mąż.

Gdzie prababcia spędziła dzieciństwo?

To było tak. Rodzina mieszkała wtedy w Złotym Potoku. Wtedy jeszcze rodziło się w domu. Tam też mama spędziła dzieciństwo i młodość. Moja mama I wojnę światową spędziła w Kijowie, bo rodzina Morawskich – mieszkali wtedy w majątku Planta – miała obywatelstwo austriackie. Dziadek wprawdzie pochodził z Wielkopolski, ale mieszkali całe długie lata najpierw w zaborze austriackim, w Złotym Potoku i Krakowie, a potem w Plancie, w zaborze rosyjskim. I Rosjanie, jak wybuchła wojna, wywozili tych, którzy byli obywatelami wrogiego kraju (Austria i Prusy walczyły podczas I wojny światowej z Rosją). Po wybuchu I wojny rodzina została deportowana w głąb Rosji, byli w końcu poddanymi wroga, czy to Austrii czy Prus, nawet nie wiem, ale dla Rosjan to byli obywatele wrogiego mocarstwa.

Uwięziono ich?

Nie. Nie zostali uwięzieni w Kijowie, lecz osiedleni. Wysiedlono ich w głąb Rosji, ale nie byli więźniami, mogli tam normalnie żyć i pracować. Wuj Staś, najstarszy brat mojej Mamy, który później był w Plancie, ojciec 13 dzieci, ukończył już wtedy studia i administrował majątkiem jakiegoś Polaka na terenie dzisiejszej Ukrainy, a potem w Rumunii, dokładniej – w Mołdawii. To wiem z pamiętników Morawskich.
Dopiero po 1917 roku udało im się wyjechać z Kijowa z powrotem do Polski. Wojna jeszcze trwała, ale wojska rosyjskie już zostały odepchnięte i można było próbować. Mojej rodzinie się udało. Wuj Staś przejął administrację Planty, a wszystkie córki, w tym i moja mama, a żadna z nich nie była jeszcze zamężna, szukały jakiegoś sposobu zarobkowania. Mama i ciocia Azia pojechały do Warszawy, a ciocia Zosia, później Bocheńska, pojechała na rok do swojej kuzynki Potworowskiej do Wielkopolski i tam była praktykantką.

Inni bracia, nie wiem, może coś studiowali. Oni nie mieli majątków, Złoty Potok był plenipotencją Raczyńskich, dopiero potem dziadek odziedziczył Plantę. A brat mojej matki, Edward, wżenił się w majątek, bo ożenił się z zamożną panną z domu Turnau. Mieli majątek Karmin w Wielkopolsce. Moja mama była podczas wojny w Kijowie. Czasem, jak byłam mała, opowiadała coś o tym pobycie, ale co ona tam robiła, nie wiem, może jakieś dzieci uczyła polskiego?

Prababcia była nauczycielką?

Moja mama szkoły żadnej nie kończyła. Była wyuczona w domu, ale w zakresie nauk humanistycznych była wykształcona lepiej niż ktokolwiek z nas. Znała angielski i francuski. Potem też rosyjski i oczywiście niemiecki. W domu się mówiło po polsku, ale były guwernantki, po kolei różnej narodowości. Mama była więc bardzo wszechstronnie wykształcona. Powieści, które po niej odziedziczyłam, były angielskie, francuskie. Mam ich jeszcze kilka, stare, XIX-wieczne. Ja je potem całą wojnę z rozkoszą czytałam. Bo ja też zostałam tak wykształcona, że swobodnie czytałam po francusku i po angielsku. I też mnie wykształcono w domu. Przedwojenne szkolnictwo było tak zorganizowane, że była szkoła podstawowa, cztery lata gimnazjum i dwa lata liceum, i ja dopiero liceum robiłam w szkole.

A pradziadek czyli twój ojciec?

Mój ojciec był drugim z kolei synem w rodzinie Grabkowskich. Najstarszy był Bronisław, potem on – Stanisław, potem Jerzy, a potem trzy córki: Jadwiga, Zofia i Maria. Bronisław odziedziczył Śladów, ale miał dwie lewe ręce do roboty i przetracił majątek rodzinny, albo jeszcze przed I wojną, albo w czasie wojny. Dla mojego ojca nie było już majątku, tak jak dla jego brata Jerzego i obaj studiowali. Wuj Jerzy pracował potem jako urzędnik ubezpieczeniowy w Warcie w Zamościu. Mój ojciec był po studiach rolniczych. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie na przełomie wieków i był nawet na tym weselu w Bronowicach, chyba w roku 1900, które zostało opisane przez Wyspiańskiego.

Pierwszą pracę po studiach ojciec podjął u Sapiehów w Spuszy. Mam taką książkę Edmunda Sapiehy, o jego dzieciństwie w Spuszy. Oczywiście nie mówi tam o żadnym praktykancie, który tam pracował. Zresztą to musiało być jeszcze przed jego urodzeniem, bo mój ojciec był tam na samym początku wieku. Wspaniale wspominał swój pobyt tam, polowania. A potem ojciec podjął pracę w majątku na Wołyniu i tam poznał tę pannę Zofię, nie pamiętam, jak ona się nazywała. Ojciec mojego ojca, Adam Grabkowski, ożeniony był z Teodozją Woźniakowską, siostrą dziadka Jacka Woźniakowskiego. Adam posiadał majątek Śladów koło Kazimierzy Wielkiej. W Kazimierzy znajduje się ich grobowiec. Tam też niedaleko znajduje się wieś Grabki, z której podobno wywodzą się Grabkowscy.

Mój ojciec w czasie wojny dostał się do wojska, do polskiej formacji Dowbora-Muśnickiego, która walczyła po stronie rosyjskiej. W wojsku nie zajmował się walką, tylko aprowizacją… koni. (Tu są dwa dokumenty ilustrujące pobyt ojca w wojsku – list Stefana Wielowiejskiego do ojca, że spotkał Stanisława, który jest w wojsku i jest w dobrym zdrowiu, oraz ogłoszenie gazetowe, żeby zawiadomić matkę Stanisława, Teodozję Grabkowską, że jej syn jest w wojsku.)

Oddziały Dowbora-Muśnickiego opuściły Rosję i przeszły do Polski. Po zakończonych działaniach wojennych mój ojciec wziął w zarząd folwark Mszczonów na Kielecczyźnie i zabrał do siebie matkę. Ja nie poznałam moich dziadków ze strony ojca. Dziadek zmarł jeszcze w czasie wojny, a babcia Teodozja w latach 20, dobrze przed ślubem moich rodziców. Po jakimś czasie najmłodsza siostra mojego ojca owdowiała i z dwiema córkami zamieszkała u brata w Mszczonowie. Jednak w roku 1927 właściciel Mszczonowa postanowił sprzedać folwark i wymówił umowę z ojcem. Czyli w roku, kiedy mój ojciec żenił się z moją matką, nie miał zapewnionej posady i szukał pracy. Ale wtedy właśnie umarł wujek mojego ojca, brat jego matki, Marcjan Woźniakowski.

Dziadek pisarza Jacka Woźniakowskiego?

Tak. Syn Marcjana, też zresztą Marcjan, ale nazywano go zdrobniale Ciś, studiował i poproszono mojego ojca, żeby na okres studiów Cisia, przejął w zarząd jego majątek Biórków koło Proszowic.

Aha, tam się urodził Jacek Woźniakowski i opisuje go w swojej książce.

Mój ojciec zabrał zatem żonę do Biórkowa i ja się tam urodziłam. W Biórkowie był duży dom, ale sam majątek nie był specjalnie wielki. W Małopolsce majątki nie były rozległe, duże posiadłości były na Wschodzie. Oczywiście, taki Złoty Potok, który też był w Małopolsce, był duży, ale ¾ to były lasy. Poza tym był majątek Raczyńskich, arystokracji.

W Biórkowie rodzice zajmowali górne piętro domu, na dole mieszkała wdowa po Marcjanie, Babunia, dwie jej córki, no i Ciś, jeśli przyjeżdżał do domu. Na pierwszym piętrze rodzice mieli duży salon, sypialnię i z drugiej strony korytarzyka – pokój dziecinny, w którym rezydowałam ja z nianią. Tam spędziłam całe wczesne dzieciństwo, do roku 1933. Niewiele z tego okresu pamiętam, ale zachowały się zdjęcia. Mam cały album zdjęć z Biórkowa, i wiem, że dom był kamienny, było w nim zawsze zimno, a nade mną się trzęśli – byłam jedynaczką. Moja matka poroniła jakoś tak wcześnie po mnie drugie dziecko, synka – w końcu miała już 40 lat i nie było nadziei na więcej dzieci. Miał być Józio. W każdym razie mnie wywożono do Rabki, gdzie mieszkałam z nianią w pensjonacie. Moją nianię Cicię bardzo kochałam. Naprawdę nazywała się siostra Maria, a ja nazywałam ją Cicią, bo jako dziecku nie pasowało mi słowo „siostra“. Pochodziła z jakiejś dość skromnej rodziny z Wielkopolski, ukończyła w Poznaniu szkołę, którą taki doktor założył dla opiekunek niemowląt. Cicia została ze mną długo potem, jak już nie byłam niemowlęciem.

Jak rodzice żyli w Biórkowie?

Moja matka po wyjściu za mąż wciąż jeszcze angażowała się społecznie, prowadziła kursy dla gospodyń, które uczyła haftu i robót ręcznych. Nie zajmowała się domem i nie była w pełnym tego słowa znaczeniu panią domu. Rodzice nie byli u siebie, panią domu była Babunia Woźniakowska. Gdy Ciś skończył studia, wrócił na stałe do Biórkowa, i przez pewien czas obaj gospodarowali razem z moim ojcem. Ale mój ojciec szukał już innego zatrudnienia. I wtedy zgłosił się kuzyn ojca, Szczęsny Libiszowski, który był w Złotym Potoku pełnomocnikiem pana Karola Raczyńskiego. Pan Karol bardzo lubił studiować stare księgi, a nie zajmować się gospodarką rolną, rybną i leśną. Był to ten sam zresztą Karol Raczyński, u którego, gdy był jeszcze bardzo młody, mój dziadek Morawski, ojciec mojej matki, był plenipotentem. Szczęsny mieszkał u Raczyńskiego w pięknym dużym domu. Jak moi dziadkowie tam pracowali, a Karol mieszkał bądź w Krakowie, bądź za granicą, to moi dziadkowie mieszkali w pałacu i mama się tam urodziła. Pałac w Złotym Potoku wciąż istnieje. Byłam tam mnóstwo razy, po raz pierwszy jak miałam chyba 10 lat. Nie było tam żadnych dzieci w moim wieku. Państwo Raczyńscy mieli jednego syna, który gdy wybuchła II wojna światowa, wyjechał do Hiszpanii.

Jeździłam tam przed wojną z wizytami, a po wojnie byłam tam też z moimi dziećmi, Markiem i Ewunią. Czyli ze Złotym Potokiem istniały podwójne więzi, raz przez rodzinę mojej mamy, a z drugiej strony, bo kuzyn mojego ojca tam pracował. A w roku 1933, za namową Szczęsnego, mój ojciec wziął w dzierżawę majątek Bystrzanowice (i ubezpieczał go u swojego brata w Zamościu), który należał do majątku w Złotym Potoku. Bystrzanowice leżały 8 kilometrów jazdy lasem od Złotego Potoku, w województwie częstochowskim. Ojciec prowadził tam gospodarkę rolną i hodował konie.

Jak wyglądał dzień powszedni w Bystrzanowicach?

W Bystrzanowicach był rządca, który wstawał najwcześnie ze wszystkich, bo musiał dopilnować dojenia krów i transportu mleka pociągiem do Częstochowy. W międzyczasie fornale zadawali obrok koniom i wyruszali na roboty. Myśmy byli budzeni o 7.00 rano, bo o 8.00 się zaczynały lekcje. Lekcje były oczywiście w domu, a uczyłam się czy to z Tomkiem Bocheńskim, czy to z innymi dziećmi w moim wieku, na przykład z Rozmarynką Wolską. Tomek przyjeżdżał po Bożym Narodzeniu i zostawał do końca roku szkolnego. Tak więc wstawaliśmy i jedliśmy śniadanie razem z naszą nauczycielką. Rodzice jedli osobno, ojciec wcześniej, bo o 8.00 już albo urzędował w kancelarii, albo wyjeżdżał w pole. A mama może z nami jadała, ale nie pamiętam. Na pewno mama też wstawała wcześnie. Wszyscy wstawali wcześnie. I zawsze się wstawało o 7 rano. Nawet w niedziele. Bo lekcje były od poniedziałku do soboty, a w niedzielę się jechało do kościoła na 9.00, a żeby dojechać na 9.00, trzeba było wyjechać o 8.00 rano. No chyba, że była nadzwyczajna sprawa i ktoś był przeziębiony, to nie musiał jechać w niedzielę do kościoła. W dzień normalny po śniadaniu były lekcje, a obiad był o pierwszej, albo nawet o w pół do pierwszej. Na stodole był dzwon i o 12.00 jakiś podwórzowy dzwonił, a wtedy wszyscy schodzili z pola na posiłek. Robotnicy mieszkali w czworakach i tam jedli z rodzinami, a we dworze obiad był o tej samej porze. Rządca też żywił się we dworze, ale nie jadał z nami, tylko jedna ze służących niosła mu obiad w menażkach do jego mieszkania, w takim domku, już poza podwórzem. W tym domku z jednej strony mieszkał ogrodnik z żoną i czwórką dzieci. Te dzieci to już wszystko byli dorośli ludzie. Jeden z synów ogrodnika to był stolarz i ja wciąż mam tu meble, które on wykonał. I w tym domku ogrodnika było z drugiej strony osobne wejście do mieszkania rządcy. Rządca był kawaler, dlatego miał tylko pokój i kuchnię. Nie wiem, jak ze sławojką było. W moich wspomnieniach wraca często „chatka bliźniaków”. To było właśnie tam, taki pokój, do którego się wchodziło z tej samej sionki, co do mieszkania rządcy.

W tym domku często mieszkali ojciec mojego kuzyna Stanisława Augusta i jego brat. Oni uwielbiali tam mieszkać. I tam im się nosiło śniadanie, ale już na obiad i kolację to przychodzili do dworu.

To kto siedział przy stole podczas obiadu we dworze?

Moi rodzice, nauczycielka i my. A jak byli goście, to goście.

A po obiedzie?

Po obiedzie to myśmy się kładły, Rozmarynka i ja, leżałyśmy na podłodze na dywaniku, a mamusia nam czytała. Po polsku. Mamusia uczyła nas francuskiego i religii. Reszty uczyła nas nauczycielka, cały normalny kurs szkolny. Wszystko, łącznie ze śpiewem.

Po obiedzie szło się z nauczycielką na spacer, zawsze, obowiązkowo, niezależnie od pogody. Czasem, ale to już było wielkie święto, mama szła z nami na spacer, a ojciec nigdy. Ja już wtedy umiałam jeździć konno, ale to nie zastępowało spaceru. Konno się jeździło w czasie wakacji.

Ze spaceru wracało się na podwieczorek, a od podwieczorku do kolacji, najprzód się odrabiało lekcje, a jak się odrobiło zadania, to można było się pobawić. To był czas wolny, taka rekreacja. I kolacja była o w pół do ósmej.

Słuchało się muzyki?

Był gramofon w dziecinnym pokoju. Taki na korbkę. I słuchało się płyt. Kiepury, ale były też melodie taneczne, bo uczyli nas tańca, walca, tango, lambertłoka. To mój ojciec tak zadecydował i on nas uczył tańca. Gramofon zaginął już na początku wojny, jak wyjechaliśmy na ucieczkę. Kiedy wyjechaliśmy, to w powozie był gramofon i jak nocowaliśmy w Kurozwękach, to wszystko zostało wyjęte z powozu i zaniesione do przedpokoju, a rano zapomnieliśmy go wziąć. Rodzice nie bardzo się tym przejęli, ale my, dzieci, bardzo nad tym ubolewaliśmy.

Wróćmy jeszcze do życia w Bystrzanowicach.

Gdy miałam 8 lat, czyli jak już mieszkaliśmy w Bystrzanowicach, Cicia wciąż z nami mieszkała, ale przyjechała też nauczycielka, która miała mnie uczyć. Była też jeszcze guwernantka, Francuzka. Rodzina uznała, że trzy panie do jednej małej dziewczynki to za dużo szczęścia, i Cicia pojechała opiekować się w Karminie najmłodszą siostrą wuja Kajetana Morawskiego, Anią (Anusią), która się właśnie urodziła. Okropnie to przeżywałam, bo kochałam Cicię miłością wielką. W 1938 roku, gdy Anusia miała chyba trzy latka, wujostwo Edwardowie pojechali ze starszymi synami nad morze, a Cicia z Anią przyjechały na wakacje do Bystrzanowic.

Jakie były twoje nauczycielki i guwernantki?

Te nauczycielki, Francuzki i Angielki, załatwiało się przez specjalne biuro. Często nie mówiły po polsku, np. moja Angielka mówiła po francusku, ale to starannie ukryto przede mną, żebym się uczyła angielskiego, a nie mówiła po francusku. Bo przedtem przez trzy lata była u nas mademoiselle de la Bord, która nas, mnie i taką dziewczynkę Lidzię, uczyła francuskiego, i ja w tym wieku miałam pewnie większy zasób słów po francusku niż po polsku.

Opowiedz trochę o samych Bystrzanowicach.

Bystrzanowice to była wieś i duży majątek, liczył 300 hektarów i zaliczał się do kategorii tzw. małych folwarków. Niestety ziemia była marna, same piaski, i dobrze rosły tylko kartofle. Ale już w latach 20 w Złotym Potoku, koło stacji kolejowej, bardzo rozumnie została zbudowana syropiarnia – produkowało się syrop z ziemniaków, z którego wytwarzano cukierki i mączkę ziemniaczaną czyli krochmal.

Właściwie stacja i syropiarnia znajdowały się w wiosce, która się nazywała Julianka, ale ponieważ ziemię pod stację dał majątek Złoty Potok, to stacja też się tak nazywała. Ale wioska nadal się nazywała Julianka i poczta też była Julianka.

Te ziemniaki…

Ziemniaki się kopie w październiku i zawsze była cała wielka akcja. Zwoziło się ziemniaki na pole na tyłach obory i stodół, i tam się budowało kopce. Sypanie kopców to bardzo specjalna technika. Trzeba było wykopać rowy, wyłożyć słomą, ułożyć ziemniaki, też je okryć słomą i obsypać ziemią na tyle grubo, żeby nie przemarzły. I w styczniu, ale tu już nie sklecę, musiała być temperatura poniżej 10 stopni, mój ojciec najmował z sąsiednich wiosek gospodarzy z wozami, to były takie specjalne wozy, jakby skrzynie, i przez trzy dni wywoziło się ziemniaki do syropiarni oddalonej o 13 kilometrów, czy nawet 15, bo 13 było do stacji kolejowej, a syropiarnia była dalej jeszcze niż stacja. W syropiarni podnosiło się z tyłu klapę wozu, osadzoną w łożyskachi wysypywało się ziemniaki.

Jakie było najbliższe miasto w okolicy?

Częstochowa, ale to było daleko, 30 kilometrów, dlatego wcale się tam często nie jeździło. W ogóle do dużych miast jeździło się rzadko. W 1939 roku byłam pierwszy raz w Warszawie. Mamusia zabrała tam nas, mnie i Tomka Bocheńskiego, mojego kuzyna, syna siostry mojej mamy, Zofii Bocheńskiej, z domu Morawskiej. Oni mieszkali pod Krakowem, ale jak siostra Tomka umarła, on został sam i wtedy za drogo było wujostwu mieć nauczycielkę tylko dla Tomka, żeby się uczył w domu, więc Tomek mieszkał w Bystrzanowicach i tu się uczył. Jego starsze rodzeństwo, przyrodnie, już było dorosłe. Wuj Leon był wdowcem, jak się ożenił z ciocią Zosią i Tomek miał trójkę przyrodniego rodzeństwa. Tomek przyjeżdżał do Bystrzanowic po Bożym Narodzeniu i zostawał do czerwca. Przerabiał tu swoją klasę, ale nie uczyliśmy się we dwójkę, bo ja byłam młodsza od niego. Przez pewien czas mieszkała też u nas moja kuzynka Rozmarynka Wolska, córka kuzynki mojego ojca, wnuczka poetki Maryli Wolskiej, której syn ożenił się z cioteczną siostrą mojego ojca. Mieli szóstkę dzieci, najpierw jeszcze piątkę, bo Piotruś się urodził dopiero na początku wojny. I Rozmarynka była chyba ze trzy lata w Bystrzanowicach.

Dlaczego wujek Tomek i Rozmarynka mieszkali w Bystrzanowicach?

Bo ja bym wyrosła na okropną egoistkę i rozpuszczoną – mój ojciec mnie bardzo rozpuszczał. Ale mama trzymała mnie w ryzach i dbała o to, żebym miała wokół siebie rówieśników. W moim pokoleniu niemal nie było jedynaków, nawet dwójka była dość rzadka. W rodzinach miało się dużo dzieci, troje i więcej.

Czyli pojechaliście…

Mama zabrała mnie i Tomka do Warszawy. Ale tylko raz. Za granicę, do Paryża czy Wiednia nie wyjeżdżało się w ogóle. A morze zobaczyłam chyba dopiero po I roku uniwersytetu. Takie wyjazdy były za drogie. Miałam obiecane, że chyba po 6 klasie pojadę nad morze, ale zdążyłam przed wojną skończyć tylko 5 klas. Ale jeździło się co roku. Do rodziny. Jeździło się do Planty, dopóki żyli moi dziadkowie – mama zabierała mnie, jak jechała odwiedzić rodziców. Podróżowało się pociągiem. Najpierw jechało się końmi do stacji Złoty Potok, która leżała na linii Częstochowa – Kielce, a potem koleją, do Kielc, do Krakowa. W Kielcach mieszkała siostra mojego ojca, tak że tam też się jeździło w odwiedziny. I w Kielcach trzeba się też było przesiąść, żeby pojechać do Krakowa.

O, a zimą 1938 roku dostaliśmy oboje z Tomkiem od babci Morawskiej, dziadek już nie żył, wyjazd na dwa tygodnie na narty. Mieszkaliśmy na Bukowinie, w pensjonacie. Z Tomkiem pojechała ciocia Zosia czyli jego mama, a ze mną panna Ala, moja nauczycielka. Moja Mama przyjechała na jeden dzień, jak kończył się nasz pobyt i zabrała mnie do Zakopanego, żeby się spotkać z bratową, z takim wujem „krawaciarzem” i synami Pawłem, Andrzejem i Tadziem. Panna Ala już pojechała do domu, bo przez nasz wyjazd nie miała urlopu i nie była u rodziny na święta. My z mamą z Zakopanego pojechałyśmy do Krakowa i dalej też do domu. W Krakowie było wspaniale. Mieszkało się w hotelu, chodziło do restauracji i można było samemu zamawiać. Ja zawsze zamawiałam to samo – kotlet mielony, bo to była jedyna rzecz, o której wiedziałam, że zjem. W domu też bywały kotlety mielone, ale bywały też różne niedobre rzeczy, na przykład wątróbki. Takie rzeczy, które trzeba było zjeść i nie wolno było nawet mrugnąć, ale to nie było dobre. A tam mogłam zamówić sama – kotlet mielony i lody. W Krakowie była rodzina i tam się chodziło z wizytą. Do Górskich się chodziło, do cioci Bisi Sapieżanki się chodziło i do takiej pani, panny Butrym, która była guwernantką mojej mamy, jeszcze w Złotym Potoku. Ale po sąsiedztwie niewiele się jeździło. Potem, już w czasie wojny, zdarzało mi się jeździć z moim ojcem do takich dwóch sióstr Rzewuskich, może zresztą nie nazywały się Rzewuskie, tylko jakoś inaczej. Jedna była za Grabkowskim i to było bezdzietne małżeństwo, a ta druga była za panem Szycem, który mieszkał kilkanaście kilometrów od Bystrzanowic.

Jakie jeszcze mieliście rozrywki?

Ja przed wojną byłam na dwóch wielkich imprezach rodzinnych. Jedna to był ślub mojej kuzynki, siostrzenicy mojego ojca, Teresy Wielowiejskiej, która wyszła za mąż za pana Jelskiego. Byłyśmy druhnami, trzy małe dziewczynki – dwie córki jej starszej siostry Jaskółowskie i ja. Niosłyśmy jej welon czy tren. Miałyśmy różowe sukienki i ślicznie wyglądałyśmy. A drużbami było dwóch chłopców Wielowiejskich w kontuszach. Świetnie pamiętam, że był taki osobny stół dla dzieci. To był czerwiec 1938 roku, a pierwszy syn Jelskich, Andrzej rodził się w 1939 roku pod bombami. Wesele było w Lubczy, to był wielki dwór rodziców panny młodej. W tym samym roku żeniło się też dwóch braci Teresy, ale to były śluby w Warszawie – tam nie byłam, moi rodzice jeździli.


W Bystrzanowicach, ceramika Janusz Bersz

A druga impreza to było 25-lecie moich wujostwa Adamostwa Grabkowskich, stryjecznego brata mojego ojca. To była wielka impreza, srebrne weselew Michałowie i to był chyba 1937 rok. Mój stryj Adam był plenipotentem Zamojskich w Klemensowie, w pałacu pod Zamościem. A stryjostwo mieszkali w wielkim dworze w Michałowie i tam właśnie wyprawiali swoje srebrne gody. Zamojscy też byli. Ja tam byłam najmłodsza i w dwa dni po ślubie zostałam do nich zaproszona, bo ich najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Pamiętam, że przyjechała po mnie powozikiem i zostałam zabrana do pałacu. Ja miałam 10 lat, a ona mogła mieć 12 lat. Miła dla mnie była, bardzo gościnna. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe drzewka cytrynowe. To było lato i te drzewka stały w takich wielkich donicach. Zamojscy to była arystokracja, mieli wielkie posiadłości i to był bardzo uprzemysłowiony majątek, były cukrownie i gorzelnie, bo to było Lubelskie. Tam się tańczyło i owszem, ale ja po prawdzie to niewiele mogłam skorzystać z tych lekcji tańca, których udzielał mi ojciec. W czasie wojny bywały podwieczorki tańcujące u państwa Grabowskich. Pan Grabowski to był nadleśniczy w Złotym Potoku. Państwo Grabowscy mieli trzy córki, dwie starsze ode mnie i Alina – młodsza. A ja byłam przyzwyczajona do tego, że jestem najmłodsza w prawie każdym towarzystwie, bo byłam najmłodsza w całej rodzinie. Obracałam się wśród starszych i byłam „mała stara”.

Najwyraźniej pamiętam z Michałowa dwie rzeczy. Myśmy zajmowali pokój na piętrze, wchodziło się na piętro, wokół holu były pokoje gościnne, a po środku było WC. Tak im było pewnie najwygodniej poprowadzić kanalizację. A druga rzecz, że mnie ogromna krzywda spotkała. To był wielki bal, zaczynał się po kolacji i mnie mama o północy zapakowała do łóżka, a lody były o pierwszej. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale te lody to pamiętam.

Często jedliście lody?

Oczywiście u nas w domu też bywały lody, robiło się lody, to była cała ceremonia. Lodówka była skrzynią, a w środku była mniejsza skrzynia. Wokół sypało się pokruszony lód. Lód przywoziło się zimą ze stawów, musiał być tęgi mróz. Lód składało się w lodowni – to był wielki dół w ziemi, taka wykopana piwnica, wyłożona słomą. Tam się ten lód sypało, przekładało też słomą, przykrywało i grubo obsypywało ziemią. I to do lata trzymało. Latem wybierało się ten lód dołem. Tam się też latem przechowywało bańki z mlekiem z wieczornego udoju. Rano, po porannym udoju, gdy mleczarek wywoził mleko na stację, to zabierał też bańki z wieczornego udoju. I to mleko dojeżdżało do mleczarni świeże.

A chodziło się do kina?

Byłam przed wojną w kinie. W Krakowie. Jechało się na egzamin po skończeniu piątej, a później szóstej klasy i u Urszulanek w Krakowie przez jeden czy dwa dni zdawało się egzaminy. To był 1937, 38 rok. W kinie byłam na filmie pt. „Ben Hur”, klasyk. To był film czarno-biały, ale z dźwiękiem. I na pewno widziałam jeszcze jakiś film z Shirley Temple. Może w Częstochowie? Byłam z mamą i z nauczycielką. I byłam w Krakowie w teatrze, na „Balladynie”. Bo to było tak, że najpierw wszyscy jechaliśmy do Krakowa, a potem my jechaliśmy dalej, np. do Łazowa do Bocheńskich, a nauczycielka jechała na wakacje do swojej rodziny.

Jak obchodziło się święta?

Na święta w Bystrzanowicach bywali goście, Morawscy, bliźniacy Morawscy, ci z Warszawy, i przyjeżdżała siostra mojego ojca. Bardzo pobożnie spędzaliśmy święta. Była duża choinka i w drugie święto była duża impreza dla dzieci z czworaków, u nas w pralni, we dworze. Ja byłam w stroju aniołka, a któryś z moich kuzynów był przebrany za św. Mikołaja i rozdawało się prezenty.

Na wigilię jadło się karpia, zupę grzybową i kluski z makiem. Nie pamiętam, czy było 12 potraw, ale na pewno były same niedobre rzeczy. Karp miał ości, zupa grzybowa niedobra, kluski z makiem bardzo niedobre. Kompot z suszeniny też niedobry. Lodów nie było. Ale prezenty były. Tylko prezenty to były bardzo skromne. Jakąś książkę się dostawało. Na imieniny też prezenty były bardzo skromne. Większy prezent dostawałam od mojej matki chrzestnej, siostry mojego ojca, tej, która z moją mamą zmarła w Oświęcimiu. Ładną sukienkę jakąś. Nie było wspólnego muzykowania ani instrumentów, ale ojciec miał dobry głos i ładnie śpiewał. Ciocia Mimi też ładnie śpiewała, więc jak było śpiewanie kolęd, to bardzo ładnie wychodziło. Kolędy również były na płytach.

Na Wielkanoc też było bardzo pobożnie i więcej było z tym zachodu, bo większe były przygotowania. Najgorsze było to, że się w Wielki Piątek piekło mazurki. I to było tak, że na stół w jadalni przynoszono wszystkie produkty potrzebne do mazurków. Mamusia miała przepisy. I my dzieci wszystko przygotowywałyśmy do kolejnych mazurków, według przepisów. Ale to był Wielki Piątek i nie wolno było łasować. Pamiętam, że się wszystko do kolejnego mazurka układało na talerzach, ale nie mąkę i cukier, tylko migdały, rodzynki. Jajek się nie malowało w obrazki, tylko były gotowane w cebuli i w czymś, co dawało zielony kolor. Jedzenie na Wielkanoc było smaczne. I Wielkanoc była wspaniała. W sobotę przyjeżdżał ksiądz święcić, ale nie jakiś tam koszyczek, tylko dwa zastawione stoły w jadalni. Na tych stołach było wszystko – baby, mazurki, wieńce kiełbas, a raz był nawet cały pieczony prosiak. Przed domem stała służba folwarczna ze swoimi koszykami i im ksiądz to też święcił. I na Wielkanoc było inaczej niż w normalne dni, bo w normalne dni nie wolno było nic podjadać, były ustalone godziny posiłków – tylko wtedy się jadło, a po obiedzie się dostawało dwa cukierki, chyba że czasem czekoladkę. A w Wielkanoc nie było obiekcji, można było między posiłkami ukroić sobie coś i zjeść.

Na imieniny mojego ojca Stanisława fornale przychodzili, z bata strzelali i później ojciec z wódką wychodził. Ale imieniny to nie były wielkie uroczystości. W lecie zawsze było mnóstwo gości. Czasem i na Wielkanoc było dużo gości. Pamiętam taką Wielkanoc, ostatnią przed wojną. Była śliczna pogoda i byli Morawscy, Stanisław August ze swoimi braćmi. I graliśmy w krykieta przed domem. Zachowały się takie fotografie. Ja byłam w mundurku szkolnym. Bo od święta i niedzieli wyjściowym strojem był mundurek szkolny – granatowa spódniczka i bluza z marynarskim kołnierzem. To było moje odświętne ubranie.

Dożynki były wspaniałe, bo na dożynki fornale przychodzili przed mszą, a dziewczyny przynosiły wieńce, i śpiewali przyśpiewki, „A ta pani nasza…“. Dziewczyny miały zapaski, takie pelerynki w paski. Ja też miałam taką zapaskę i chodziłam w niej później, jak byłam w ciąży. Służba podchodziła pod dwór, a myśmy stali na ganku, odbieraliśmy wieńce, a potem roznosiliśmy poczęstunek. Ja już też chodziłam i częstowałam, chlebem, ogórkami kiszonymi, kiełbasą. Ojciec chodził z wódką. A potem była zabawa wiejska, ale nie przed domem, tylko jakoś dalej. Grało się na harmonii i były tańce. Ale tam już myśmy nie chodzili. A w czasie wojny nie urządzało się żadnej zabawy.

Jednak główną rozrywką było czytanie. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać sama, ale mimo to długo jeszcze nam czytano, na przykład całą „Trylogię”. Do wojny pożyczało się książki dla młodzieży z biblioteki Macierzy Szkolnej w Janowie. Na przykład 7 tomów powieści Jadwigi Łuszczewskiej (Deotymy) z epoki Bolesława Wstydliwego pt. „Branki w jasyrze”, o tym jak na Podolu Tatarzy porwali dziedziczkę i jej siostrę i wywieźli. Całe jakieś niesamowite historie, jak te kobiety zostały zarażone trądem, zostały wyrzucone przez Tatarów, wędrowały z dzwoneczkiem, żeby ludzie je omijali, i jak dotarły do Polski. W czasie wojny przywoziło się z Wierbki mnóstwo powieści, a ja też w czasie wojny zaczęłam czytać książki dla dorosłych z biblioteczki moich rodziców. A mieli oni – jak na dwór przystało – całkiem sporą bibliotekę. Czytałam „Noce i dnie”, „Chłopów”, ale też „Lato leśnych ludzi”. Pożyczało się też książki z pałacu. Stamtąd była powieść Gastona Leroux, którą czytałam po francusku „Le Fantôme de l’Opéra” („Upiór w operze”). A przed wojną dorośli mieli taką „latającą bibliotekę”, to była organizacja, którą zresztą zajmowała się ciotka mojego ojca. Dwór należał do grupy bibliotecznej i wpłacało się raz na rok jakąś określoną kwotę na zakup książek. W grupie było 12 dworów, które przekazywały sobie kolejno co miesiąc 5 książek – w obrocie było więc na rok 60 książek. I to jakoś tak było, że to, co dany dwór miał w grudniu, to już zostawało na własność. A rodzice abonowali też czasopisma, też francuskie, „Illustration“. Na pewno jakaś gazeta i był „Bluszcz”, takie damskie pismo, były tam jakieś powieści były w odcinkach, artykuły, przepisy, ja mam do dziś dnia przepisy z „Bluszczu” na mazurki. Dostawałam książki na gwiazdkę i na imieniny. Strasznie kochałam książkę Joanny Szczepańskiej „Córka kapitana okrętu” i powieści Marii Buyno-Arctowej, np. „Nasza maleńka”, jakaś jej powieść działa się w lesie, jakaś na Helu. I czytałam „Płomyczek”, takie czasopismo dla dzieci, i „Młody las”. Czytałam ten „Płomyczek” lata całe, aż później się okazało, że tam jakieś infiltracje bolszewickie są i przestano kupować. Rodzice mieli bardzo określone poglądy polityczne – w Bystrzanowicach lubiło się Piłsudskiego. Miałam lalki i jedna miała na imię Jagódka, a druga Wandzia jak żony marszałka. Sama im nadałam takie imiona, bo wciąż o nich słyszałam. Nie traktowałam tego jak poglądów politycznych, tylko jako sprawy ważne. W końcu jak Piłsudski umarł w 1935 roku to ja miałam 6 lat. Ale pamiętam z dzieciństwa, że Rosjan się nie lubiło. Chyba Austriaków bardziej się lubiło niż Rosjan i niż Prusy, oni tak nie prześladowali Polaków.

A wracając jeszcze do książek. W Złotym Potoku w administracji pracowali i mieszkali państwo Milewscy, którzy mieli trzy córki. Najstarsza była Jagoda, a druga była Hania – to jest dzisiaj pani Anna Milewska, która napisała książkę „Życie z Zawadą” – to ja ją pamiętam jako taką pięcioletnią dziewczynkę. Kiedy dziewczynki dostały wietrznej ospy czy odry, państwo Milewscy pożyczyli ode mnie dwa roczniki „Płomyczka” dla dziewczynek, bo one długo leżały i musiały coś czytać. Ale ponieważ to była choroba zakaźna, to te gazety później chyba spalono, a ja dostałam za to bardzo dużo różnych książek. I miałam też takie francuskie książki dla dzieci, które się abonowało – „Bibliotheque rose” i „Bibliotheque bleu”.

Dwór w Bystrzanowicach…

W Bystrzanowicach był prawdziwy dom, rodzice byli u siebie, mama była panią domu, zarządzała też ogrodem. Ciekawe, że ogrodnikiem w Bystrzanowicach był stary Piotr Mizgała, który był ogrodniczkiem w pałacu, gdy moja mama jako dziewczynka tam mieszkała. Został potem ogrodnikiem w pałacu, ale miał sentyment do mojej mamyi przeszedł do pracy u niej. Ogród był ogromny, miał osiem hektarów, był sad, szparagarnia, duża plantacja truskawek.

Dwór w Bystrzanowicach wciąż jeszcze stoi, byłam tam kiedyś z dziećmi, a kilka lat temu twój tata, Marek, też tam pojechał ze swoimi dziećmi. Był to duży dom murowany, który miał dziewięcioro drzwi zewnętrznych. Mieszkaliśmy tam my we troje, nauczycielka jedna, druga, a w czasie wojny mieszkała u nas masa osób: wysiedleni z Warszawy, rodzina, Hulewicze i tacy państwo Zwolińscy, których ojciec znał jeszcze z czasów jak pracował na Wołyniu. Był pan Zwoliński, wuj Leon, z synem, co córkę, Danusię, stracił w powstaniu, a ciotkę wywieźli na roboty do Niemiec, ale zostało to jakoś tak załatwione, że już na Boże Narodzenie 1944 roku wróciła.

Przed wojną rodzice prowadzili duże gospodarstwo, w samej kuchni było pięć osób służby, ale we dworze mieszkały tylko dwie. Z tego Mszczonowa, gdzie ojciec przedtem pracował, przyjechała za ojcem do Bystrzanowic jedna rodzina – Jędrzejowscy. On był inwalidą, nie miał nogi, tylko protezę. Jędrzejowski był stróżem nocnym, jego żona zajmowała się świniami i drobiem, zięć był fornalem, jeździł wozem drabiniastym, Jadzia nie pracowała, a młodsza ich córka Stefka przychodziła się bawić ze mną i Rozmarynką. Pamiętam, że urządzałyśmy przedstawienia. I cała ta rodzina przyjechała za moim ojcem, bo mój ojciec był dobrym pracodawcą, uczciwym, dobrze gospodarował, był sumienny, akuratny, nie tak jak jego brat, Bronisław.

Cd za tydzień, w następny poniedziałek

Fleck & Fleck / Boznańska / Karpiński

Ewa Maria Slaska

Przestawienie życia z realu na virtual jest właściwie nużące i męczące, człowiek aż się wzdraga, że znowu świat w czasach korony oferuje mu coś, co trzeba obejrzeć na ekranie, a każdy krok w kierunku wirtualnej rzeczywistości próbuje zmienić starszą panią (czyli mnie) w  urodzonego ze smartfonem w garści młodego człowieka. Ale jednak nawet w sytuacji przymusowej czasem się w tym surrealu trafiają fantastyczne wyjątki, bo oto Bogusław Fleck, polski artysta od lat mieszkający w Berlinie (i od lat zaprzyjaźniony) zaprasza na wystawę jego prac i taty (Fleck i Fleck), a ta wystawa jest ZNAKOMITA!

https://artspaces.kunstmatrix.com/de/exhibition/2189200/fleck-fleck

Wejdźcie i cieszcie się nią wszyscy, bo obsługa wirtualnego zwiedzania jest prosta, a nawet jeszcze prostsza, a prace są świetne. Spędzicie interesująco czas i, zapewniam, będziecie tu jeszcze wielokrotnie wracać.

***

W czasach pandemii i to właściwie w “najgłębszym” lockdownie zdarzają się jednak realne niespodzianki. Byliśmy 3 listopada na spacerze w Sopocie, zeszliśmy z góry “Monciakiem” (ulica Monte Cassino, ale to chyba aż niegrzecznie, że próbuję to wyjaśniać) i zatrzymał nas plakat tuż przed wejściem na molo z fantastycznym autoportretem Olgi Boznańskiej, podeszliśmy więc bliżej i… przeczytaliśmy, że wystawa jest czynna do 22 listopada. W Polsce obowiązywał już ścisły lockdown i właściwie nie wiem, co nas skłoniło do podjęcia próby wejścia. Bo przecież nie liczyliśmy na to, że wejdziemy. Tymczasem wystawa była czynna, zwiedzających wpuszczano w grupkach do pięciu osób (my byliśmy w czwórkę), musieliśmy tylko odkazić ręce i oczywiście mieć maski na twarzach.

Olga Boznańska, Autoportret, 1906, 49×36 cm, olej na desce; fot. dzięki uprzejmości Galerii aTak

I weszliśmy, a tam po prostu cuda… cała polska sztuka nowoczesna, i ta z kanonu (Malczewski, Wyspiański, Ślewiński, Boznańska i cała wspaniała reszta) i ta spoza, jak na przykład Mela Mutter czy Alfons Karpiński. Gdy stoimy z siostrą przed trzema ślicznymi obrazkami Karpińskiego (używam zdrobnienia, bo obrazki małe), rozmawiamy o tym, że to przecież rodzina. Nasza prababcia Jadwiga była z domu Karpińska (po mężu Krynicka), co nas łączy nie tylko z Franciszkiem (tym od Laury) i Lalą Jacka Dehnela, ale również z Alfonsem.

Dla wielu Czytelników słowo prababcia oznacza być może zamierzchłe czasy, których nikt nie pamięta, ale dla nas akurat nie, bo obie w dzieciństwie znałyśmy prababcię, chodziliśmy z tatą ją odwiedzać raz na tydzień, po niedzielnym spacerze po lesie. Prababcia była maleńka jak szpilka, a na starość jeszcze zmalała, kiedyś więc, jako mała dziewczynka, dostałam buciki, które jej kupiono, ale ją cisnęły. Mnie też cisnęły, ale małych dziewczynek we wczesnych latach 50 nikt nie pytał, czy chcą coś nosić, a zresztą oczywiście chciałam nosić buciki od prababci. Buciki zdeformowały mi co nieco palce u stóp i jak mnie dzisiaj bolą, to z czułością przypominam sobie i samą prababcię, i tabuny ciotek i wujaszków Krynickich, i piękne stare meble, i obrazy dziadka Jana Feliksa Boguckiego na ścianie, i fantastyczny zapach kawy, którą mieliło się na bieżąco w śmiesznym ręcznym młynku, wiszącym na ścianie.

“Mam gdzieś zdjęcie Alfonsa w pracowni”, powiedziałam do mojej siostry i obiecałam, że poszukam, jak wrócę do Berlina. Jednak nie znalazłam zdjęcia w komputerze, weszłam więc do sieci i znalazłam na stronie dzieje.pl i fotkę, i taką informację: “Pierwsza w Polsce galeria malarstwa Alfonsa Karpińskiego w Stalowej Woli”.

Alfons Karpiński w pracowni. 1926 r. Fot. NAC

To nie jest to zdjęcie, które miałam w komputerze, ale to jest na pewno ten sam stryjeczny pradziadek, nawet nos ma “taki rodzinny”.
Tak długo stoimy przed trzema obrazkami pradziadka, że podchodzi do nas pani pilnująca sali i mówi, że tam, gdzie wisi seria autoportretów, jest też i on. Idziemy więc i znajdujemy śliczny portret szczupłego, młodego człowieka o smutnym wyrazie twarzy. “O jej, jaki smutny”, mówię, ale moja siostra widzi na tym obrazie nie smutek, tylko skupienie artysty, który z lewej ma obraz, a z prawej patrzy w lustro. Może, może, ale smutny jest i tak. Kilkuset innych malarzy na świecie, którzy też patrzyli w lustro, nie ma aż tak smutnej miny.
Trochę go tu na tym zdjęciu mało widać, ale trudno, już nic nie odtworzę.

Jeśli mieszkacie w Trójmieście i jeśli Galerii nie zamknięto w międzyczasie, to koniecznie idźcie, nie wiadomo przecież, kiedy następnym razem trafi się taka okazja.

Ach, tu w tej notatce z FB widzę, że i owszem, zamknięto, ale podobno samą wystawę przedłużono do 3 stycznia. Czyli może jednak się Wam uda.

***

Był wspaniały jesienny dzień, taki naprawdę złoty. Po obejrzeniu wystawy kupiliśmy jeszcze w kawiarni na molo kawę i gofry, usiedliśmy na ławce i patrzyliśmy na morze. I wtedy pojawiła się Mewa Aria (to imię jest anagramem mojego, a wymyślił je znany już czytelnikom Konrad) i bardzo cierpliwie pozowała nam do zdjęć (zdjęcia zrobiła moja siostra, Kasia).