Transsyb (5)

Zbigniew Milewicz

Nad Jenisejem i Angarą

Do następnego etapu podróży jest niecałe czternaście godzin, można więc przeboleć, że znowu mamy boczne koje. Naprzeciw mości się sympatyczna rodzina, jadąca z Kazachstanu aż za Krasnojarsk, na 80 urodziny mamy męża. Pochodzą z Białorusi, od najstarszego do najmłodszego, kilkuletniego wnuka wszyscy okrągli jak piłki. Połowę ich bagażu na pewno stanowi prowiant na drogę i praktycznie przez całą podróż jedzą, a my z Edmundem musimy im w tym towarzyszyć. Obraziliby się na nas, gdybyśmy odmówili. Ojciec z synem znają mnóstwo dowcipów, jest więc wesoło jak na familijnym pikniku.


Rodzinie towarzyszy starsza, drobna Kazaszka, która od lat pracuje pod kręgiem polarnym, w Norilsku. Opowiada o trudnych warunkach życia w tym mieście, których przeciwwagą są wysokie pensje, bo miasto siedzi na niklu. Pół roku trwa – opowiada kobieta – noc polarna, lądem do nich nie sposób się dostać, brak dróg, pozostaje Jenisej albo połączenia lotnicze. Norilsk jest miastem zamkniętym, przybysz musi mieć wizę, na którą czeka się średnio pół roku, a żeby ją dostać, trzeba wykazać się zarobkiem miesięcznym powyżej 14 tysięcy rubli na członka rodziny i odpowiednimi gabarytami mieszkania. Słowem, tylko nielicznym udaje się tam dobrowolnie dostać, ale my na szczęście jedziemy w innym kierunku.

Continue reading “Transsyb (5)”

Transsyb (4)

Zbigniew Milewicz

Droga na kościach

Bez transsybu nie byłoby Nowosybirska, ale po kolei. Kiedy w górach Ałtaju na początku XIX wieku położono pierwsze w Rosji tory kolejowe o długości około 2 kilometrów, po których konne zaprzęgi transportowały urobek srebra z kopalni, w Anglii powstawały już pierwsze prototypy parowozów. Prawie kolejnych trzydziestu lat potrzebowała Rosja, żeby na linii Petersburg – Carskie Sioło – Pawłowsk otwarta została pierwsza pasażerska linia kolejowa, obsługiwana przez parowóz. W 1860 r. długość linii kolejowych na świecie wynosiła już 108 tys. km: w Stanach Zjednoczonych – 49 tys., Wielkiej Brytanii – 17 tys., Niemczech – 11 tys., a w ogromnej Rosji ledwie 1590 km. Światłe głowy w państwie rozumiały, że opóźnienia te hamują jego rozwój, ale w budżecie brakowało środków na postęp techniczny. Z pomocy prywatnego i zagranicznego kapitału cesarz nie chciał skorzystać, monopol na kolej miał być niepodzielnie państwowy.

Dopiero przegrana w Wojnie Krymskiej w latach 1853-1856 uświadomiła władzy konieczność pewnych kompromisów. Mogło nie dojść do poddania Sewastopola wojskom sprzymierzonym z imperium osmańskim, gdyby Moskwa miała połączenie kolejowe z Morzem Czarnym, umożliwiające szybki transport wojskowego wsparcia. W czasie wojny zmarł Mikołaj I Romanow. Następca tronu, Aleksander II był politykiem bardziej elastycznym i przewidującym, ale dopiero za panowania następnego z Romanowów koleje w Rosji otrzymały zielone światło. Aleksander III, znany ze skrajnego, politycznego konserwatyzmu, antysemityzmu, tudzież z wielkiej podejrzliwości wobec otoczenia (za jego panowania powstała słynna, carska Ochrana, protoplastka późniejszej Czeka i kolejnych służb bezpieczeństwa w tym kraju), był jednak dobrym gospodarzem. Poszerzył granice państwa o nowe zdobycze terytorialne i stworzył możliwości dla rozwoju technicznego. Jedno bez drugiego nie mogło się obejść. Na Wielkim Trakcie Syberyjskim, zwanym potocznie moskiewskim, albo irkuckim (w zależności od tego, kto dokąd zmierzał ) ruch był coraz intensywniejszy. Z centralnej części kraju na Wschód docierały towary przemysłowe i poczta, w odwrotnym kierunku – futra, złoto, srebro i herbata z Chin. Trakt kontynuował tradycje Wielkiego Szlaku Herbacianego, sięgające XVII wieku. Towarami najczęściej wysyłanymi do Chin były futra, skóry oraz arkusze żelaza, a najchętniej sprowadzanymi do Rosji, poza herbatą – jedwab, aksamit, cukier, laka. Autorzy dwutomowej pracy p.t. „Transport kolejowy Wschodniej Syberii od XIX do XX wieku“, opublikowanej na stulecie Transsyberyjskiej Magistrali1 podają, że w latach 1887-1891 przewóz towarów wzrósł na owym trakcie pięciokrotnie. Z Tomska w stronę Irkucka szło co roku do 70 tysięcy wozów z ładunkami towarów o łącznym ciężarze 1,6-1,7 miliona pudów. Zajęcie przy tym miało 16 tysięcy woźniców. Transport trwał jednak miesiącami, droga była trudna, niebezpieczna, w porze deszczów i roztopów w ogóle nieprzejezdna. Był to także szlak tysięcy zesłańcow, którzy na katorgę wędrowali pieszo, przeważnie zimą i latem, kiedy drogi się do tego nadawały. Ich też przybywało, carska Ochrana dwoiła się i troiła. Kolej miała te ograniczenia wyeliminować.

Continue reading “Transsyb (4)”

Transsyb (3)

Zbigniew Milewicz

Na Wschód

Do Nowosybirska jedziemy w „plackarcie“. Słowo to oznacza zarówno miejscówkę, jak i zbiorowy wagon z miejscami do leżenia, mogący pomieścić 54 osoby. Drażnią mnie germanizmy w języku rosyjskim. Je się buterbrody, chodzi do kofehauzu, nosi bjustgaltery itd. Wracając jednak do plackarty, w znaczeniu miejsca życia zbiorowego na kołach, to jest ona jednorazową przygodą, którą nawet mimo pewnych niedogodności warto przeżyć, ale trzeba zapomnieć o stereotypach. Nie ma powszechnego bratania się, chóralnych śpiewów przy akompaniamencie harmoszki, toastów „na zdarowie“ wznoszonych szklankami pełnymi wódki, zwierzeń weteranów, obwieszonych medalami, gęsi w koszykach, ani suszących się onuc u powały. Takich filmów już się nie kreci. Po zmianach ustrojowych ludzie pozamykali się w sobie, ich świat się też zglobalizował. Widać to w stylu życia, konsumpcji, modzie. Ponieważ jednak życie składa się z kompromisów, pizzę można popić petersburskim piwem, a bliny coca-colą, do rodzimego dresu założyć adidasy, sms-ować z Nokii, ale słuchać tylko rosyjskiego pop-u. Młodzi podróżni w wagonie, a wiodą prym, mają w uszach słuchawki z mp-3, więc dokładnie nie wiadomo czego słuchają. Muzyka dolatuje natomiast z głośników zamontowanych w wagonie, nie jest za głośna, można przy niej czytać, rozmawiać, uciąć sobie drzemkę. (Foto: wnętrze zbiorowego wagonu)

Continue reading “Transsyb (3)”

Transsyb (2)

Zbigniew Milewicz

Moskwa

Do hotelu jedziemy metrem. Moskwa liczy oficjalnie około 10,5 miliona mieszkańców, przy powierzchni 1081 km2 i kiedy w godzinach szczytu na ulicach zaczynają się tworzyć gigantyczne korki, to metro – mimo także sporego ścisku – cały czas dobrze funkcjonuje i pozwala tysiącom ludzi dotrzeć do pracy i domów. W porach szczytu ich liczba sięga 0,5 miliona. Stacja Tekstilszcziki, wysiadamy. Jak wszystkie dworce moskiewskie obstawiona jest bazarową architekturą różnej urody; handlują przeważnie kawkazcy. Ich szaurma, gorący i chrupiący placek, nadziewany mięsem tak pachnie, że od razu kupuję. Edmund bierze kurczaka z rożna. Jemy na stojąco, przy kontuarze smażalni. Do hotelu jeszcze kawałek – najpierw zaśmieconym skwerem, później chodnikiem wzdłuż ciągu monotonnych, kilkunastopiętrowych domów z wielkiej płyty. Z niej był zbudowany cały blok komunistyczny.

Całe szczęście, że była ta płyta, dziś ludzie nie mieliby gdzie mieszkać – mruczy Edmund.

Continue reading “Transsyb (2)”

Transsyb (1)

Zbigniew Milewicz

Zasada pierwsza

Wierz, ale sprawdzaj.

***

– Po co ci ta wyprawa? – pyta Zuzia. – Tutaj masz Dalekiego Wschodu pod dostatkiem, sam do ciebie przyjechał.

Chodzimy po praskim bazarze, aby kupić dla mnie szorty na podróż i faktycznie, pełna egzotyka. Wietnamczycy, Chińczycy, Koreańczycy z tanią elektroniką, papierosami, ciuchami i różnymi gadżetami. Nikt dokładnie nie wie, ilu ich jest w mieście, ale na pewno niemało. Zachowują się – jeżeli można tak powiedzieć – bezszmerowo. Nie wchodzą w konflikty z Polakami, ale przecież w Warszawie żyją, rodzą się, umierają, gdzieś muszą mieszkać. Tylko miejskie statystyki niczego nie wykazują. Obok straganów bary, fryzjerskie kanciapy, powinienem jeszcze się ostrzyc przed podróżą. Wchodzę do pierwszego z brzegu zakładu, skośnooka klientela i mistrz nożyczek patrzą na mnie, jak bym z księżyca spadł, słyszę: „tylko dla personelu, proszę pana.” Brzmi to jednak grzecznie i zupełnie poprawnie po polsku. Zuzi zawdzięczam dach nad głową w Nowym Dworze Mazowieckim. Najpierw miał to być tylko jeden nocleg, ale jest pełnia sezonu urlopowego i dopiero na 16 sierpnia udaje mi się kupić bilety na pociąg do Moskwy. Całe trzy dni zatem będzie mnie miała na karku. Podejmuje mnie z kresową gościnnością, zaprawioną ciętym humorem, ma rodzinne korzenie spod Stryja. Z wykształcenia jest nauczycielką historii, niestety bezrobotną, prywatnie – matką dwojga świetnych nastolatków, Kasi i Jakuba, a z zamiłowania tarocistką, z tego żyją. Mnie kabały przed podróżą nie chce jednak postawić. Od przyjaciół nie bierze pieniędzy, a jak nie weźmie, to wróżba traci moc – tłumaczy mi z powagą, a w oczach tańczą jej wesołe diabliki.

– Na twoja wątrobę to ty jednak kochanieńki w tej Rosji uważaj i z kobietami też ostrożnie – radzi dobrotliwie.

Continue reading “Transsyb (1)”

Transsyb (0)

To już było tu, ale tylko fragment

Zbigniew Milewicz

W sierpniu 2007 roku, w polsko-rosyjskiej polityce wiało chłodem, nie jakuckim mrozem, jak dzisiaj, ale już nie było letnio. Ociepliło się dopiero w listopadzie, kiedy resetowy Donald Tusk doszedł do władzy; ja wtedy odpoczywałem już po wojażach transsyberyjskich w domu i nawet jeszcze nie zabierałem się do pisania. Dlaczego tam pojechałem? Chciałem zobaczyć na własne oczy, jaka jest Rosja i jej mieszkańcy. To mi się częściowo udało, jednak swoje wrażenia opublikowałem na tym blogu dopiero w styczniu 2013 r. Świat wyglądał wtedy już inaczej, niż parę lat wcześniej – po rosyjskiej napaści krwawiła Gruzja, w Polsce opłakiwano ofiary tragedii smoleńskiej, liczono pokłosie I i II wojny w Czeczenii. Dzisiaj świat wygląda jeszcze gorzej, bo Rosjanie mają na rękach także krew syryjską i ukraińską. Za naszą wschodnią granicą ta wojna, którą wywołał Kreml, trwa niestety nadal. Z medialnych doniesień wynika, że mimo fatalnej prasy Federacja Rosyjska nie narzeka jednak na brak zainteresowania ze strony zagranicznych turystów. Prym wiodą wśród nich Chińczycy, sporo jest Niemców, ale podobno nie brakuje też Polaków. Fake newsy to – Made in Russia – czy prawda?

Wobec tego zapraszam na podróż do czasu przeszłego dokonanego tego kraju. Jego polityczna geografia już się w międzyczasie trochę zmieniła, ale rzeki, tajga, góry i miejscowości, przez które przejeżdżałem, pozostały tam, gdzie były. Z ludźmi jest inaczej, bo są zmienni, niezależnie od szerokości geograficznej. Pokazuję takie twarze, jakie zapamiętałem. Twarze nie idealne, ale przeważnie ludzkie. Wśród oprawców z Buczy i Mariupola takich nie znajdziecie, choć przecież nie wiem, czy na przykład pocieszny handlarz Miszka, albo Igor z Władywostoku też tam nie byli.

Zasada pierwsza – wierz, ale sprawdzaj

PS od Adminki: To ja zaproponowałam autorowi, żebyśmy wrócili do jego starej, już tu kiedyś w skrócie opublikowanej, relacji z podróży koleją transsyberyjską. Skłoniło mnie do tego kilka powodów. Pierwszy wydawał mi się najważniejszy – myślałam, że nigdy już tam nie pojedziemy. My, Polacy. Nie tylko dlatego że teraz tam wojna, myślałam bowiem, że nawet jak ta cholerna wojna kiedyś się skończy, to Rosja jeszcze przez dziesiątki lat będzie wrogiem i przecież nie jeździ się turystycznie do oprawcy. W każdym razie nie od razu, co dla mnie oznaczało, że nigdy. I pomyślałam, że od lat chciałam przejechać przez Syberię tą koleją, a moje chęci wzmogła jeszcze lektura Lodu Jacka Dukaja, którą to powieść uważam za jedną z najlepszych we współczesnej literaturze polskiej i często w myślach do niej wracam, ale nigdy tego nie zrobiłam, a teraz też i nie zrobię.

Napisałam do autora, wyłuszczyłam powody (że nigdy i że Dukaj) i spytałam, czy chciałby może wrócić do tych tekstów.

W międzyczasie Facebook, który jak wiadomo czyta wszystko, co piszemy, podsłuchuje, o czym mówimy, a czasem, tak mi się wydaje, czyta w myślach, podsunął tę niewiarygodną, tak mi się wydawało, informację, że turystyka w Rosji kwitnie i ma się lepiej niż przed wojną. I to mimo sankcji nałożonych na Moskwę za inwazję na Ukrainę, które spowodowały zawieszenie lotów z większości krajów europejskich. W zeszłym roku sytuacja rosyjskiej turystyki była dramatyczna. Pandemia, brak wiz elektronicznych, brak możliwości płacenia kartami bankowymi i brak bezpośrednich lotów spowodowały ogromny spadek liczby turystów. Podawano nawet, że o 95-97%. I nagle, po roku wojny radykalna zmiana. Napływ turystów wzrósł o 130 % (naprawdę tak się liczy?).
Jak już napisał autor, najwięcej turystów przyjeżdża do Rosji z Chin, druga w kolejce jest Turcja, Niemcy są na trzecim miejscu, Polacy w pierwszej dziesiątce.
Nie mamy wstydu, czy nie myślimy? Czy może Rosja stała się po prostu tania?
Kto i dlaczego jeździ do Rosji?

Nie wiem, ale jednak nie jedźmy, kochani moi Czytelnicy, do Rosji. Poczytajmy fajny opis podróży przed kilkunastu laty i pomyślmy, że to dziś dla ludzi wrażliwych takie samo fantasy jak Lód Dukaja.

Zaczynamy za tydzień (zawsze we wtorki)

Wielki Nieobecny 2

ciąg dalszy z wczoraj

Zbigniew Milewicz

Nie obiecywałem w poprzednim wpisie, że to będzie wszystko na temat Sławomira Mrożka, w dziesiątą rocznicę jego śmierci. Znalazłem jeszcze wywiad z pisarzem, zamieszczony w Polityce, 28. 06. 2010, którego autorką jest krytyczka literacka, pisarka i dziennikarka, Justyna Sobolewska. Tak się on rozpoczyna:

Rozmowa ze Sławomirem Mrożkiem. I bez.

Mrożek w PRL objaśniał nam rzeczywistość i ratował przed schizofrenią. I teraz przydałoby się nam trochę Mrożka – jego przenikliwości, humoru i krytycyzmu.

Problem polega jednak na tym, że nie ma już jednego języka, który docierałby do wszystkich tak jak kiedyś język Mrożka. I dlatego z okazji osiemdziesiątych urodzin pisarza postanowiliśmy przeprowadzić z nim rozmowę, inną niż wywiady, których udzielał ostatnio, wyczerpującą i obszerną. Okazało się, że Mrożek mówi przenikliwie nie tylko o minionej epoce, ale i o dzisiejszym świecie. Kulisy powstania tej niezwykłej rozmowy wyjaśniamy na końcu tekstu.

Justyna Sobolewska: – Strach zadać pytanie, bo znany jest pan z małomówności.

Sławomir Mrożek: – Nie lubię opowiadać, wolę słuchać. Wychodzę z założenia, że opowiadając, nie dowiem się niczego, czego bym nie wiedział, a słuchając – wiele mogę się dowiedzieć. Po powrocie (do Krakowa z Meksyku – JS) oczekiwano, żebym zabrał głos w „sprawach zasadniczych”. Sprawy zasadnicze dotyczyły tego, o czym większość Polaków pisała i mówiła, nie mając w gruncie rzeczy pojęcia, o co chodzi. Gadali jednak nieustannie, ponieważ nie mieć opinii, uważane jest za brak kultury, ogłady i w ogóle za coś niedemokratycznego.

Małomówność i mizantropia stały się pana strategią niedługo po wyjeździe na Zachód w 1963 r. Nie przeszkadzały jednak panu w zawieraniu ciepłych, ale milczących znajomości z ciekawymi postaciami: Henrym Kissingerem czy Jaques’em Tati. Pomilczał pan podobno również z Beckettem…

Do zabierania głosu zawsze odczuwałem wstręt. Podczas emigracji dostawałem propozycje, żeby pojechać tu i ówdzie na jakiś zjazd, konferencję czy publiczną dysputę, i nigdy nie miałem na to ochoty. Z drugiej strony chciałem wyjeżdżać, kiedy tylko się dało, na różne kontynenty, a przynajmniej chciałem się poruszać po Europie. Kończyło się tak, że przyjmowałem zaproszenie, a na miejscu nie mówiłem ani słowa. Z początku dziwiono się i oczekiwano, że coś powiem, a potem machano ręką. Wyrzuty sumienia koiłem świadomością, że żaden z pozostałych uczestników spotkań z publicznością nie stosował mojej metody. Wszyscy przemawiali z wielką werwą.

Wielokrotnie sportretował pan Polaka za granicą, który nie wie, kim jest. Jan Błoński pisał, że nasza tożsamość jest bardziej zbiorowa niż jednostkowa i dlatego ten Polak musi udawać heroicznego bohatera prześladowań. Dzisiaj żyjemy w innym świecie, ale znowu nasze cierpienia wystawiamy na pokaz. Tak jak na pana rysunku, na którym jedna postać skacze po drugiej krzycząc: Ja cierpię!

W opowiadaniu Moniza Clavier pojawia się postać (Polak), której jedynym argumentem jest to, że został pobity. Obchodzi towarzystwo, „O, o, wybili, panie tu wybili, trzonowego też wybili, ja panie, zaraz pokażę”. Otwiera się okno, ta głowa w oknie się ukazuje, do wnętrza, palcem dziąsła podważa, „wybili, wybili” powtarza, nudzi. Tamci na fortepianie grają, dyskusje prowadzą, a on wiecznie „O, o, wybili, tu wybili, o, o”.

Czuł się pan kiedyś sam jak bohater Monizy Clavier?

Miałem teorię „natężania się”, którą później sparodiowałem w Monizie Clavier. Polegała ona na tym, że Polak, kiedy mu nie idzie, przystępuje do natężania się i wtedy od razu idzie mu lepiej. Oczywiście cały proces odbywa się za pomocą alkoholu. Gdybym brał pod uwagę to, co zdarzyło się pewnego lipcowego dnia w domu ówczesnego profesora Harvardu, Henry’ego Kissingera, to uwierzyłbym w historyczną rolę jednostki i tą jednostką byłbym właśnie ja. Zaczęło się od cocktail party, a ja przystąpiłem do natężania się za pomocą alkoholu. Przesadziłem i wynik był żałosny. Obraziłem się na cały świat, już nie pamiętam z jakiego powodu. Wkrótce, nie żegnając się ani z gośćmi, ani z gospodarzem i jego żoną, ukradkiem wyruszyłem pieszo w drogę powrotną. Przeliczyłem się i zgubiłem drogę. Zaczął się koszmar. Na wpół pijany szedłem przez bogate osiedla i nie spotkałem żywej duszy. Aż dziw, że ktoś nie zadzwonił po policję. Nadmieniam, że było to jeszcze przed rewolucją obyczajową, kiedy taki widok był skandalem.

Bohater Monizy nie wie, kim jest, więc dla bezpieczeństwa podaje się za Rosjanina. Kieruje nim lęk. Czego Polacy pana zdaniem bali się i boją się nadal?

Boją się niewątpliwie, wszyscy razem i każdy z osobna, w różnych odcieniach i nasileniach, od niepewności do obawy, od strachu do paniki. I nie czują się dobrze. Od niezadowolenia do rozgoryczenia, stamtąd do nienawiści i amoku. Od rozdrażnienia do histerii. Jeżeli więc nie ma obiektywnego powodu, żeby aż tak się bać i aż tak się źle czuć, to jakiś powód ku temu musi jednak być. Powód poważny i nieukojony. Otóż Polacy boją się samych siebie i siebie nawzajem. I słusznie, że się boją, więc ja też się boję.

Pan tego swojego bohatera Polaka obserwował z oddali, ale jednocześnie wszystkie jego fobie znał z autopsji?

Polak dzisiejszy cierpi na utratę czy też nadwątlenie tożsamości. W tym mi brat! Ja również na to cierpię, choć z innych niż on powodów. Ja także już nie wiem, kim jestem i jakie jest moje miejsce w kosmosie, nie wiem nawet, czy kosmos jeszcze istnieje, i podejrzewam czasami, że już tylko chaos nami rządzi. Więc pisząc tylko o sobie, nie dla żadnego samorozkochania, lecz po prostu dlatego, że na niczym innym już się nie znam, być może będę mógł się podłączyć do ogólnej, społecznej rozterki.

Nawet w teorie spiskowe (namnożyło się ich po 10 kwietnia) próbował pan uwierzyć…

Chciałbym uwierzyć w Spisek, żeby nareszcie wiedzieć, na czym to wszystko polega. Wiedzieć, że ktoś to wszystko jednak kontroluje. Nawet przeciwko mnie, ale kontroluje. Odetchnąłbym z ulgą, wiedząc, że to nie chaos mną rządzi, ale ktoś czy coś. Raźniej by mi było. Dlaczego więc nie mogę uwierzyć w Spisek? Bo widzę, że tego świata kontrolować się już nie da. Świat coraz bardziej przypomina wielorodzinne mieszkanie komunalne ze wspólną kuchnią, korytarzem i łazienką. Wszyscy wiedzą, co się gotuje w cudzym garnku i co kto robi w ubikacji. Niech ktoś spróbuje dzisiaj mieć swoje sekrety! Ale nikt nawet nie próbuje, przeciwnie – każdy od razu leci do telewizji, żeby tam wszystko opowiedzieć i pokazać. Zgadzam się, że Spisek jest nam potrzebny psychicznie, a nawet ze względów praktycznych przydałby się jak nigdy. Toteż kto tylko może, weń wierzy. Cóż, kiedy ja nie mogę.

Ciąg dalszy wywiadu i jego zaskakujące zakończenie znajduje się w linku pod wpisem. Ze swojej strony chciałbym tylko dodać, że choć do rozmaitych teorii spiskowych także podchodzę z założenia nieufnie, to jednak o 10 kwietnia mam swoje zdanie. Wierzę bowiem, że tragedia pod Smoleńskiem jest skutkiem zamachu i spisku, przygotowanego nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie bardzo starannie. Jako wierzącemu wolno mi w to wierzyć, nawet, jak bym nie chciał. Cytując klasyka: nie chcem, ale muszem. Wielki, nieobecny mistrz paradoksu by to zrozumiał.

Dalej można albo czytać, albo słuchać, ale jeśli słuchać, to od początku, bo niestety nie da się (to znaczy ja nie umiem) usunąć z tego wywiadu tego, co już było wyżej na piśmie.

Wasza Adminka

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1506738,1,rozmowa-ze-slawomirem-mrozkiem-i-bez.read

Wielki nieobecny

Zbigniew Milewicz

Mija dziesiąta rocznica śmierci Sławomira Mrożka. Dramatopisarz, prozaik, satyryk, jeden z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Urodził się 29 czerwca 1930 w Borzęcinie, zmarł 15 sierpnia 2013 w Nicei. Mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Meksyku, w roku 1996 wrócił do Polski, do Krakowa. W roku 2008 ponownie wyemigrował z Polski i zamieszkał w Nicei, we Francji.

Tak zaczyna swoją opowieść o Nim publicystka z Culture.pl*, akcentując, że był twórcą wyjątkowo wszechstronnym, swobodnie poruszającym się w rozmaitych formach wypowiedzi. Jej relacja o Sławomirze Mrożku jest zręcznie skonstruowana i zawiera sporo ciekawych faktów, ale z uwagi na znaczną objętość materiału pozwoliłem sobie umieścić go w załączniku do tego wpisu. Mnie fascynował Mrożek przede wszystkim jako mistrz absurdu i krótkich form literackich, usiłowałem go naśladować w swoim pisaniu, ale nigdy nie udawało mi się choćby nadepnąć mu na piętę. Jak On wspaniale operował słowem. Nie wiem, czy to Państwo znacie:

Chcę być koniem

 Mój Boże, jak bardzo chciałbym być koniem…

Gdybym tylko zobaczył w lustrze, że zamiast rąk i nóg mam kopyta, z tyłu ogon i autentyczną końską głowę – natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego.
– Proszę o nowoczesne, duże mieszkanie – powiedziałbym.
– Niech pan złoży podanie i czeka na swoją kolej.
– Ha, ha! – zaśmiałbym się. – Czy panowie nie widzą, że ja nie jestem zwyczajnym, takim sobie, szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym, kimś ekstra!

I zaraz otrzymałbym nowoczesne, duże mieszkanie z łazienką.

Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć, że jestem niezdolny. Nawet wtedy, gdyby moje teksty były niedobre. Przeciwnie.

– Jak na konia, to znakomite – chwalono by mnie.
– Ten ma łeb – mówiliby inni.

Nie mówię już o korzyściach, jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie, uśmiać się jak koń, koń ma cztery nogi i też się potknie…

Oczywiście,  b y c i e  koniem miałoby pewnie strony ujemne. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Pisząc do mnie anonimy, zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan jest kucyk!”

Kobiety interesowałyby się mną. – Pan jest taki inny… – mówiłyby.

Idąc do nieba, otrzymałbym, siłą faktu, skrzydła. Stałbym się wtedy pegazem. Skrzydlaty koń! Czy może być coś piękniejszego dla człowieka?

Sławomir Mrożek, (w:) Opowiadania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s.14

Albo znakomity Artysta:

_________________

*Krystyna Dąbrowska, wrzesień 2009, aktualizacja sierpień 2013

Ciąg dalszy jutro

Krystian

Zbigniew Milewicz

Krystian Cichowski, zdjęcie z albumu Polonia w obiektywie Stefana Dybowskiego, tom 2, 2009 – 2011.

Dwa biołe psy…

Rzadko rozmawialiśmy ze sobą po śląsku. U Krystiana w domu, podobnie jak w moim, mówiło się na co dzień czystą polszczyzną, co nie znaczy, że tej gwary nie znaliśmy. Żeby nadać czemuś specjalne znaczenie, coś szczególnie zaakcentować, sięgało się do śląskiej godki, zamiast przedpokoju był antryj, zamiast garbu pukiel, zamiast młodzieńca karlus itd, itd. Lubiliśmy też sobie po naszymu pośpiewać. Na ostatniej berlińskiej wycieczce na Ukrainę, zorganizowanej parę miesięcy przed pandemią covida, hitem w autobusie były dwa biołe psy, które śpiewali wszyscy, nie tylko hanysy. Z Krystianem Cichowskim już tego kawałka razem nie zaśpiewamy, bo niestety odszedł na zawsze.

Continue reading “Krystian”

Ostatnia siostra miłosierdzia

Zbigniew Milewicz

Najpierw przyszła do mnie do redakcji pani Wiesia, żeby pożalić się na Konstancję. Mała, korpulentna, z tlenionymi blond włosami, uczesanymi starannie w modnego koczka. Znały się od wielu lat z kliniki przy ulicy Francuskiej, gdzie obydwie pracowały jako pielęgniarki na internie. Później, po przejściu na emeryturę czasami się widywały gdzieś w sklepie, na ulicy, albo na niedzielnym nabożeństwie w kościele Mariackim, bo mieszkały niedaleko siebie w centrum Katowic. Wtedy zamieniały ze sobą parę zdawkowych uwag, o tym, że jakieś autobusy nie jeżdżą, że znowu pada, albo nie dowieźli mięsa, ale na tym się kończyło, bo już w szpitalu nie lubiały się jedna z drugą.

Wiesia była zadbaną, śląską kobietą. W domu można było u niej jeść, jak to mówią, z podłogi. Tak sobie umiała zorganizować czas, że niezależnie od szpitalnego dyżuru, jej chłop miał zawsze narychtowane sznitki do roboty, po szychcie ciepły posiłek, córka i syn sprawdzone tornistry, wszyscy chodzili schludnie ubrani i spali w czystej pościeli. Konstancja przyjechała na Śląsk po wojnie zza Buga, była niezamężna, nie miała dzieci, za to chmarę kotów, które podobno nie tolerowały żadnych obcych ludzi w domu. Stąd nikt nie wiedział, jak Konstancja żyje w tym swoim dwupokojowym mieszkaniu, które miała po zmarłych rodzicach. Wiesia raz tylko zajrzała tam przez drzwi do przedpokoju, żeby odebrać jeden klucz, który koleżanka pomyłkowo zabrała z kliniki. Myślała, że się przewróci ze smrodu, który dolatywał ze środka. Jakim cudem Konstancja przychodziła do pracy mimo wszystko nienagannie higieniczna, tego Wiesia nie potrafiła sobie wytłumaczyć.

Mój felieton w katowickim Dzienniku Zachodnim o tolerancyjnej pielęgniarce, która pozwala swoim pacjentom na wszystko, na co nie wyrażają zgody ich lekarze, wywołał małą burzę wśród czytelników, dotknięte poczuły się kręgi medyczne. Co prawda pani Konstancja była już na zawodowej emeryturze i opiekowała się chorymi prywatnie, w ich domach, ale wcześniej pracowała w renomowanej placówce medycznej i niektórzy czytelnicy domniemywali, że mogło w niej dochodzić do podobnych zdarzeń. Zadzwoniła do redakcji także bohaterka tego felietonu, nawet nie z pretensjami, tylko – jak to ujęła – z potrzeby uściślenia pewnych informacji. Zaprosiłem ją do kawiarni w Domu Prasy przy ulicy Młyńskiej, gdzie mieścił się wtedy Dziennik Zachodni. Miałem nadzieję na możliwie krótkie, treściwe spotkanie, a trafiłem na potrzebę kobiecych zwierzeń. Konstancja chciała mi najpierw opowiedzieć, jak trafiła z Żytomierza na Śląsk, jak wraz z rodzicami musieli zostawić cały dobytek i w bydlęcym wagonie, razem z innymi repatriantami ruszyli na Zachód. Ojciec był profesorem geografii w liceum, mama uczyła biologii, godzinę dostali od ruskich na spakowanie rzeczy na wyjazd. Konstancja miała wtedy już 32 lata, za sobą ukończoną wyższą szkołę baletową i kilkuletnie doświadczenie w pracy na targowisku miejskim. W czasie wojny handlowała w Żytomierzu, czym się dało. A w Katowicach została pielęgniarką, bo bardzo ich wtedy brakowało.

– Nadal brakuje – zauważyłem – szczególnie tych z powołania.
– Myślę, że taką pielęgniarką byłam i nadal jestem, bo nawet na emeryturze dalej pomagam chorym.
– Pani przeciwnicy twierdzą, że chodzi o pomoc zwłaszcza w szybszym umieraniu.
– Wiem, że pan z Wiesią rozmawiał, bo to ona tak mówi, ale bezpodstawnie.

Pytam więc między innymi o te słodycze, którymi pani Konstancja karmi chorych na cukrzycę, o papierosy kupowane po kryjomu astmatykom, o wódeczności, którymi częstuje chorych na marskość wątroby. Patrzy na mnie w odpowiedzi tymi swoimi niewinnymi, szarobłękitnymi oczyma i szepce kokieteryjnie:

– No, bo mnie proszą, czasami błagają, a ja wtedy nie potrafię im odmówić. Kiedy wiem, że choremu nie pozostało już zbyt wiele życia, że jego dni, a czasem godziny są policzone, to staram się spełniać jego najskrytsze pragnienia. Jak niektórych za bardzo nie stać finansowo, żeby kupić na przykład lepszy koniak, to im go sama stawiam, z własnej kieszeni. Która szeregowa pielęgniarka tak robi?

Pani Konstancja wie, że mówią na nią Kostusia, albo nawet Kostucha. Nie rozumie jednak, dlaczego. Kiedyś była atrakcyjną kobietą, dzisiaj sylwetka się przygarbiła, przybyło zmarszczek, a ubyło włosów i zębów, ale do dentysty nie pójdzie, bo źle znosi ból. Pozatym uważa, że w człowieku najważniejsza jest dusza, a ona się przecież nie starzeje.

– Ma pani swojej duszy coś do zarzucenia?
– Absolutnie nie.

Kilka miesięcy po naszym spotkaniu miała miejsce awaria w starej kamienicy, w której żyła ze swoimi kotami pani Konstancja. Mieszkała na drugim piętrze, w kanalizacji wodociągowej pękła jakaś rura i mieszkania w jednym pionie zostały zalane, więc pilnie trzeba było się do nich dostać. Konstancji nie było akurat w domu, dozorca otworzył drzwi zapasowym kluczem i cała kocia mistyfikacja wyszła na jaw. Śladu bodaj pojedynczego sierściucha nie uświadczono, zamiast tego wszędzie piętrzyły się w nieładzie różne rzeczy po zmarłych rodzicach oraz pacjentach pani Konstancji. Kiedy gospodyni po raz ostatni sprzątała to mieszkanie ? Na to pytanie nie była w stanie odpowiedzieć przed sądem, bo jej sprawa ostatecznie znalazła swój finał na wokandzie.

Zarzutów było kilka. Główny – zaniedbywanie obowiązków pielęgniarskich w trakcie sprawowania prywatnej opieki nad chorymi i wcześniej w klinice, co mogło powodować pogorszenie stanu ich zdrowia, lub wcześniejszy zgon. Ponadto – wyłudzanie korzyści materialnych od pacjentów i działania na szkodę prawa budowlanego. Obserwowałem przebieg rozprawy z audytorium dla publiczności. Konstancja odpowiadała z wolnej stopy. Wyprostowana, jakby połknęła kij, w jakiejś za dużej dla siebie, męskiej kurtce, z małą główką osadzoną na długiej szyi, mocno zaciskała dłonie na balustradzie mównicy, tak jakby od tego szponiastego uchwytu wszystko zależało. Trochę z wyglądu przypominała strusia. Jej odwieczna rywalka Wiesia, dużo mniejsza wzrostem, za to gustownie ubrana i pełna kobiecych powabów, która zeznawała w sprawie, jako główny świadek oskarżenia, szybko została wyeliminowana przez obronę. Mecenas Berezowski, prywatnie mój dobry znajomy, wykazał, że obydwie panie w swoim czasie ostro konkurowały ze sobą o względy jednego z lekarzy. Wiesia przegrała, jej zarzuty wobec Konstancji nie mogły więc być obiektywne. Najcelniej jednak wybrzmiało:

– Wysoki sądzie, jak można nazwać opiekunkę, która stara się spełnić ostatnią wolę człowieka, którego może za chwilę już nie będzie między nami. Nieważne, czy jest to ciastko, lampka koniaku, czy pełen siostrzanej miłości pocałunek ukojenia. Nie inaczej, jak ostatnią siostrą miłosierdzia.

Na wysokim sądzie, który też był kobietą, na chwilę przed zawodową emeryturą, wywód ten wywarł bardzo dobre wrażenie i pani Konstancja została uniewinniona od zarzutu działania na szkodę swoich podopiecznych. Fakt zaś, że jakieś tam rzeczy dostawała po ich śmierci, nie miał wynikać z wyłudzenia, tylko z darowizn ich bliskich. Jedyne do czego ostatnia siostra miłosierdzia została zobligowana, to do prac porządkowych w swoim mieszkaniu, żeby lokatorowi z pierwszego piętra sufit pewnego dnia jednak nie zwalił się na głowę, a jej samej żyło się schludniej.