Ze śpiewnika patriotycznego

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski / Muzyka & wokal Andrzej Klukowski

Ojczyzno

1. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

Między Moskwą a Brukselą jest Warszawa
W której żyją ludu sorty wrogie dwa
Jedni nie chcą dyktatury Jarosława
Drugim dyktatura jego „pasie, Gra”

2. Rządy PiS-u wiodą naród do upadku
Wiodą suwerena nad przepaści skraj
Dobry Boże nie zasypiaj, daj im mądrość
A nam siłę i odwagę ojcze daj.

Byśmy mogli swą Ojczyznę uratować
Od faszyzmu, dyktatury, krwawych dni
Byśmy mogli suwerenność swą zachować
Byśmy nadal w wolnym kraju mogli żyć.

3. Mały poseł wraz ze świtą mu poddaną
Niszczy wszystko co się demokracją zwie
Najpierw TK, teraz sądów niezawisłość
Czego ten szaleniec od rodaków chce.

Nie pozwólmy na kolejne zniewolenie
Rozsiewanie nienawiści pośród nas
Nie pozwólmy aby przyszłe pokolenie
Otrzymało w spadku utracony czas.

4. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

BROM – Berlin 20.07.2017

Andrzej Klukowski

Tekst. Muzyka. Wykonanie: Autor

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Zamiast kazania przedpaschalnego

Roman Brodowski już od lat zapewnia nam duchową strawę w pierwsze piątki miesiąca, tak sobie w te dni filozofując na temat ludzkiego życia, przy czym niekiedy bardziej zajmuje go sfera profanum, niekiedy sacrum, niekiedy polonicum, a czasem również politicum…

Roman Brodowski

Rozważania filozoficzno-religijne

Pascha – czyli najważniejsze święto chrześcijańskie. Święto Wielkanocne, w kościele katolickim rozpoczynające się Wielkim Piątkiem, a kończące, tradycyjnie, lanym poniedziałkiem, w dzieciństwie i wczesnej młodości było dla mnie świętem wyjątkowym, doniosłym i tajemniczym.

Wychowany w duchu teologii kościoła rzymsko-katolickiego, zarówno dzień Śmierci jak i Zmartwychwstania Pańskiego pojmowałem, zgodnie z tym czego mnie nauczono, jako dni mające przypominać mi o ofierze, jaką złożył za nas Jezus zwany Chrystusem i Synem Bożym. On, oddając swoje doskonałe życie – tak uczy nas katecheza – złożył okup za nas, uwolniając w ten sposób cały ludzki ród od grzechu pierworodnego i w ten sposób otworzył wrota nadziei na zmartwychwstanie w dniu ostatecznym. Innymi słowy – umożliwił otrzymanie życia wiecznego.

Jednak mój beztroski, naiwny okres dzieciństwa powoli przemijał, a ja w porywie rozwoju intelektualnego zacząłem odczuwać potrzebę poznania tej, tak zwanej, „wielkiej tajemnicy wiary”. Im głębiej zanurzałem mą „ciekawskość” w historii , filozofii i, wypełnionej wielobarwiem dogmatów, teologii chrześcijaństwa, tym bardziej zastanawiałem się nad wpływem religii na rozwój mej osobowość, zwłaszcza w sferze emocjonalnej.

Dzięki poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie, a dotyczące wiary pytania, oraz potrzebie poznania i zrozumienia mojej pozamaterialnej przestrzeni, jaką była właśnie wiara, powoli ale systematycznie zacząłem odkrywać dla siebie tajemnice chrześcijaństwa. Niestety obraz rzeczywisty kościoła, jaki zaczął mi się wyłaniać, był, powiedzmy, daleki od moich dotychczasowych wyobrażeń.

Wcześniej, byłem przekonany, iż „wiara” i przynależność do wspólnoty religijnej do czegoś zobowiązują, że wskazują drogę do zbawienia i nakreślają ramy prawa etycznego i moralnego, a każdy, kto wierzy, w swoim doczesnym życiu go przestrzega.

Głodny poznania fundamentu, na którym opiera się cała teologia katolicka, czyli Biblii, postanowiłem samodzielnie odkryć i pojąć jej zawartość, zwłaszcza w kontekście myśli religijnej i etycznej. Niestety, konfrontując poznane tak wartości z naszą rzeczywistością, zacząłem dostrzegać w moim otoczeniu wszystko, co było i co jest zaprzeczeniem tego, co jako prawdziwi chrześcijanie powinniśmy reprezentować.

Dzisiaj niestety wiem, że to, czego uczą nas nasi duchowi przywódcy oraz nasza religia ma się nijak do wskazówek zawartych w pismach zarówno apostolskich jak też ewangelicznych. Zgodnie z Księgą chrześcijanie powinni przynajmniej starać się, by być naśladowcami Chrystusa i pielęgnować w sobie pierwiastek boskich przymiotów.

Ponoć „stworzeni zostaliśmy na obraz i podobieństwo Stwórcy” – na te słowa zawarte w biblijnej księdze rodzaju 1:26 powołują się „pasterze” w naszych świątyniach – a skoro tak, to dobrze było by co najmniej starać się rozwijać w sobie przymioty tego, który jest sensem wiary, czyli Boga, a zwłaszcza ten najważniejszy, o którym wielokrotnie podczas swojej misji mówił twórca chrześcijaństwa, Jezus z Nazaretu, czyli – M I Ł O Ś Ć.

Przecież nikt inny, jak właśnie ten Wielki Nauczyciel i prorok w jednej osobie w doskonały sposób pokazał nam istotę idealistycznego Boga poprzez nie tylko słowa ale i uczynki.

„Bóg jest miłością” – czytamy w pierwszym liście Jana 4:8.

A jaka powinna być Miłość, tego również dowiadujemy się z kanonu pism, ze stron tej najstarszej Księgi Judeo-Chrześcijańskiej.

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje”. 1 Kor:13

Nie jestem kaznodzieją, więc nie będę w tym artykule poruszał wątków teologicznych, a skupię się na wykładni religijno-filozoficznej, a właściwie na tym, w jaki sposób niektórzy tzw. „chrześcijanie” rozumieją dzisiaj słowa: miłość, nadzieja i wiara w stosunku do pojęcia „bliźni”. A czynię to prowokacyjnie właśnie dlatego, że zbliża się Święto Paschy, czas na rozważenie tego, jacy jesteśmy, ile w nas Boga, czym jest cierpienie, co po nas pozostanie…

Przykładem, jakim się do tego celu posłużę, niech będzie niedawna pielgrzymka „wspaniałej” Młodzieży Wszechpolskiej do Sanktuarium na Jasnej Górze.

Młodzież Wszechpolska, jak wiadomo, na codzień utożsamia się z tzw. polskim ruchem nacjonalistycznym i zgodnie z jego wykładnią nosi na sztandarach hasła typu: „Precz z czerwoną hołotą”, „śmierć Żydom, czarnym, homoseksualistom” itd. Ostatnio pojawiły się także hasła przeciwko islamowi i wszystkim wyznawcom religii niekatolickich, bo, i to też wiadomo, „Prawdziwy Polak to katolik”. Jak widać, hasła te są wyrazem aprobaty i miłości, tej, jak mniemam, mniejszości młodzieży naszego kraju, do Boga.

Mimo iż organizacja ta wyznaje wartości, moim zdaniem, nieetyczne, biskup jasnogórski w swym kazaniu do uczestników tej pielgrzymki nie wahał się użyć w stosunku do nich chrześcijańskich superlatyw, nazwał ich kwieciem naszego narodu i porównał do młodzieży walczącej podczas Powstania Warszawskiego w „Szarych szeregach”.

Czy przykład ten nie daje nam powodu, aby zastanowić się nad tym, jaki sens miała i ma dla nas Ofiara Jezusa? Zwłaszcza w przededniu zbiliżających się Świąt?

Czy nie daje nam powodu do tego, by zadać sobie pytanie, czy, jak to określił duchowny jasnogórski, ta awangarda młodzieży polskiej, rzeczywiście w jakimś stopniu nie jest, lub nie była, odzwierciedleniem mojego własnego duchowego, emocjonalnego i etycznego wnętrza? Ile jest we mnie samym naśladownictwa Boga? i czy potrafię współczuć, nie nienawidzić, żyć tak, by„inni przez ze mni nie płakali”?

Wracając do Święta Paschy, do istoty obchodów Świąt Wielkiej Nocy, to w wymiarze teologiczno-religijnym ja osobiście nie znajduję ich merytorycznego sensu. Widzę go natomiast w wymiarze etnograficznym i kulturowym, jako dziedzictwo tradycji naszych przodków.

Jak więc była geneza Wielkanocnego Święta, jego początkowa forma, jego ciągła na przestrzeni wieków, ewolucyjna transformacja?

Według wielu źródeł historycznych już podczas soboru nicejskiego w 325 roku ustalono, że Wielkanoc będzie corocznie obchodzona w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, albowiem z chronologii biblijnej wynika, że Jezus zmarł w dniu trzynastym miesiąca nisan, czyli trzynaście dni po wiosennej pełni księżyca.

Natomiast zgodnie z tradycją kościoła to najważniejsze ze wszystkich świąt chrześcijańskich, święto upamiętniające misterium paschalne Jezusa, jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie obchodzono już wcześniej, jeszcze w czasie, gdy żyli apostołowie. To oni ponoć w okresie, kiedy Żydzi obchodzili Paschę, świętowali dzień śmierci swojego „Rabbi ”, gdyż cud zmartwychwstania dokonał się dzień po uroczystościach żydowskiej Paschy, upamiętniającej dzień wybawienia Żydów z niewoli egipskiej.

W początkowej fazie chrześcijańskie święto paschalne miało charakter stricte religijny i rozpoczynało się Rezurekcją, czyli procesją połączoną z nabożeństwem. Trwało jeden dzień, a celem jego było przypomnienie wiernym i światu dnia zmartwychwstania pańskiego, oraz znaczenia tego faktu dla ludzkości.

Na przestrzeni wieków kolejni Biskupi Rzymu czyli Papieże wprowadzali do tego święta nowe wątki religijne, jak na przykład post, czy poszerzali liturgię o dalsze elementy posługi sakralnej.

Z czasem, w okresie ewangelizacji Europy, dla złagodzenia często wrogich Kościołowi nastrojów społeczeństw lokalnych, dopuszczono łączenie nowego porządku religijnego z tradycją i wierzeniami danego obszaru. Dlatego też na różnych terenach w obrębie wszystkich religii nicejskiego wyznania wiary, ba, niekiedy w obrębie tej samej społeczności wyznaniowej, na przykład katolickiej, spotykamy odmienne formy adoracji Jezusa podczas obchodów Świąt Wielkanocnych (zresztą, dodajmy, nie tylko w okresie Wielkiej Nocy).
Aby w ramy świętowania oprócz czystej formy chrześcijańskiej zmieścić inne wierzenia i tradycje, mamy dziś dwa, trzy, a nawet cztery dni „wielkanocnej zadumy”.

Na naszym, polskim podwórku z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych. Niektóre z nich wywodzą się ze starosłowiańskiego „święta Jarego” (był to słowiański obrządek religijny kończący zimę ku czci bóstwa Jaryły), jak na przykład śniadanie wielkanocne, pisanki, święcone, śmigus-dyngus czy też palma wielkanocna.
Dzisiaj niestety Święto Zmartwychwstania zawłaszczyła totalna komercja. Tradycja i wierzenia powoli odchodzą do lamusa, świąteczna atmosfera ginie na sklepowych regałach pod postacią wielkanocnych ciast, upominków, pisanek i dewocjonaliów, na kilka tygodni przed świętami. Stroikami wielkanocnymi przyozdabia się nie tylko witryny sklepowe, ale i biura czy urzędy, ale obfitość dekoracji tym bardziej odbiera temu niegdyś rzeczywiście religijnemu wydarzeniu wszelką wartość sacrum, zamieniając je w jeszcze jedną bezduszną, świecką tradycję.

Bez wzgędu na to, jak się do tego święta odnosimy, wiemy, że od wieków towarzyszyło ono naszej nie tylko katolickiej, ale i polskiej, historycznej rzeczywistości.

Zanim więc niebawem usiądziemy do rodzinnego, wielkanocnego stołu, zanim staniemy w naszych „stajenkach” po duchową strawę od naszych „pasterzy”, pomyślmy o tym, jakie znaczenie mają dla nas te Święta, co czynimy dla innych, by chrystusowa ofiara żyła w naszych sumieniach, by nie słowami a uczynkami dać sobie i naszym bliskim świadectwo prawdy jakim jest „Miłość” – bo bez niej nie ma wiary.

Szanujmy i tolerujmy się nawzajem, bez względu na kolor skóry, narodowość, płeć, wyznanie, orientację i przynależność. Żyjmy obok siebie, ze sobą i dla siebie, bo tego uczył Ten, w którego dzień zmartwychwstania wierzymy. On z pewnością nie bałby się tych, którzy stanęli by obok niego w potrzebie, w niebezpieczeństwie, w chorobie, i to bez względu na zagrożenie – bo to jest siła i ważna część „wielkiej tajemnicy wiary”.

Wasz

Roman Brodowski (nie teolog)

Kaziuki 2017

Roman Brodowski

Kaziuki

„Na Kaziuki do Wilna pan Kazimierz zaprosił” – tak rozpoczyna się jeden z moich wierszy napisany i poświęcony Kaziukom oraz Wilnu. Pisałem już TU o tym święcie, ale przypomę je raz jeszcze.
Od ponad trzystu osiemdziesięciu lat (z przerwami) „kaziukowe święto” nieodłącznie towarzyszy mieszkańcom Wilna i jedgo okolic.

Dzisiaj Kaziukami nazywa się jarmark odbywający się w stolicy Litwy … i nie tylko, w dzień św. Kazimierza (4 marca). Jednakże geneza „Kaziuków” była inna, bo było to święto na wskroś religijne, z procesją, modłami oraz odpustem. Typowe święto liturgii rocznicowej przypominające o dniu śmierci królewicza Kazimierza wyniesionego przez papieża Klemensa VIII w 1602 roku na ołtarze,

Kim był dzisiejszy patron Litwy, a dawniej i Rzeczypospolitej, św. Kazimierz?

Był drugim z kolei synem Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki.
Znany był z dobroczynności, często utożsamiał się z biedotą, prowadził ascetyczny tryb życia, głęboko pobożny czciciel Eucharystii i Maryi.
Urodził się 3 października 1458 roku w Krakowie (na Wawelu), zmarł 4 marca 1484 roku w Grodnie.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Żył 26 lat, ale mimo bardzo krótkiego życia pozostawił po sobie obraz prawdziwie oddanego sługi Boga i …nędzarzy. Do dzisiaj stawiany jest za wzór człowieka, który konsekwentnie realizował wytyczoną przez siebie misję – pomocy i miłosierdzia wobec potrzebujących i cierpiących. Często powtarzał o sobie, że „ prawdzwy królewicz nie może nic przystojniejszego czynić, jak w ubogich służyć samemu Chrystusowi” . Z informacji zapisanych w kronikach wynika , że od najmłodszych lat, pod wpływem duchowności franciszkańskiej, akcentującej ascezę, wiele czasu poświęcał na modlitwę, połączoną z wielogodzinną adoracją Najświętszego Sakramentu , oraz kontemplacją męki oraz śmierci Jezusa.

wilno-11

Młodego królewicza do prawdziwej, królewskiej dorosłości przygotowywali tak znamienici nauczyciele jak Jan Kanty, Jan Długosz czy też przybyły z Wenecji na Wawel, humanista, poeta i prozaik piszący w języku łacińskim Filip Kalimach (Filippo Buonaccorsi). To dzięki ich nauce królewicz, młodzieniec pełen wiedzy i wrodzonej inteligencji, mógł bez przeszkód sprawować powierzone mu przez ojca, Króla Polski, ważne w królestwie funkcje. Jego mądrość i dojrzałość były powszechnie podziwiane, nie tylko w Polsce, ale i na znamienitych dworach ówczesnej Europy.
Już w wieku trzynastu lat wyruszył na Węgry, by przyjąć dla rodu Jagiellonów tamtejszą koronę, którą zaproponowali mu Węgrzy, występujący przeciwko Maciejowi Korwinowi. Kazimierz, pamiętając, że Korwin jest siostrzeńcem Władysława Pogrobowca, wroga Jagiellonów, wypowiedział mu wojnę. Wyprawa pod wodzą Piotra Dunina wyruszyła 2 października 1471 roku, ale zakończyła się porażką, gdyż polska armia była nieliczna, a zabrakło jej wystarczającego wsparcia ze strony tamtejszych magnatów. W efekcie Kazimierz wrócił do Polski.

Nieudana wyprawa była dużym przeżyciem dla tego wrażliwego chłopca.

Gdy miał lat 23 był podczas nieobecności Kazimierza Jagielończyka , który przebywał z trzyletnią misją na Litwie, wyznaczonym przez ojca namiestnikiem i sprawował faktyczną władzę w królestwie. W tym czasie nosił tytuł “secundogentis Regis Poloniae” i rezydował w Radomiu.

wilno-009Dał się poznać jako sprawiedliwy i zatroskany o ubogich władca. Był jednak też zręcznym politykiem i z powodzeniem dbał o bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne państwa oraz swoich poddanych. Właśnie w Radomiu Królewicza zaczęły coraz bardziej trapić choroby. Okazało się niestety, że jest chory na gruźlicę. Przyczyną jego choroby mógł być ascetyczny tryb życia, a więc naśladowanie Chrystusa i miłość bliźniego w duchu św. Franciszka. Królewicz praktykował codzienną ascezę, nosił włosiennicę, uprawiał długotrwałe posty, spał na podłodze, unikał nie tylko rozrywek, ale i wypoczynku.

W związku z pogarszającym się stanem zdrowia późną wiosną 1483 r. został odwołany do Wilna.

Za te wszystkie przymioty, za troskę jaką okazywał mieszkańcom Wielkiego Księstwa, Kazimierz również na Litwie zyskał sobie wśród ludności wdzięczność i popularność.

Pomimo choroby pod koniec 1483 r. wraz z ojcem wybrał się w podróż do Lublina na zjazd szlachty królestwa. Jednakże ta podróż okazała się zbyt ciężka, tak że względu na stan zdrowia zatrzymał się w Grodnie. Król po otrzymaniu informacji w lutym 1484 r. o agonalnym stanie syna przerwał obrady i przybył do Grodna. Tam też w obecności ojca Kazimierz zmarł 4 marca 1484 r. Został pochowany w Kaplicy noszącej jego imię, w katedrze wileńskiej.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Wybrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Uni Lubelskiej z 1569 roku.

Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem rodzimego patrona, który był potrzebny dla religijnego prestiżu tego narodu i to Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi

wilno-3Zgodnie z obowiązującą zasadą liturgii kościelnej dniem wspomnienia świętego Kazimierza został dzień jego śmierci – czwarty marca.

W 1950 roku, Pius XII ogłosił Kazimierza patronem młodzieży litewskiej.

Na przestrzeni kilkuset, lat w powolnej ewolucji, święto kościelne przekształciło się w regionalne święto Kaziuki, tradycyjny dla Wilna radosny jarmark, w którym przeplatają się zwyczaje kościelne, ludowe i pogańskie, jak chociażby witanie nadchodzącej wiosny.

Kaziukowe jarmarki organizowane są w Wilnie od 1636 roku, rozpoczynają się zawsze w dniu św. Kazimierza, czyli 4 marca i choć dawniej trwały dwa tygodnie, teraz trwają dwa dni. Rozpoczyna je przemarsz ulicami Wilna orszaku przebierańców, handlarzy i kuglarzy. Na czele pochodu jedzie na koniu przebrany za św. Kazimierza wilniuk.
Nad Wileńką, na terenie starego miasta rękodzielnicy, rzemieślnicy, producenci żywności oraz inni handlarze rozstawiają jarmarczne stragany. Powstają regionalne karczmy, stoiska kulinarne oraz miejsca zabaw dla dzieci. Co kilkaset metrów na prowizorycznych scenach ludowi artyści zabawiają wilniuków śpiewem, tańcem, poezją i dobrą ludową muzyką.

wilno-008-kopie

Od jakiegoś czasu również i inne miasta, zarówno na Białorusi jak i w Polsce, organizują Kaziuki. W Grodnie od lat czwartego marca Związek Polaków na Białorusi, przy wsółpracy z innymi grodnieńskimi organzacjami kulturalnymi, korzystając z doświadczeń Wilna, także obchodzi swoje jarmarczne święto.
A i w Szczecinie, Białymstoku, Gorzowie i wielu innych miastach, wszędzie gdzie znajdują się ośrodki kultury kresowej, czy też skupiska przesiedleńców kresowych, zwłaszcza z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, pielęgnuje się tradycję kaziukowego święta.

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilnia
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie ma w Gdańsku,
w Warszawie.

Setki różnych kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I… z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy, Łotwy, Estonii,
Białorusi i naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
Że do kupna są chęci
Dla przyjaciół, dla siebie
dla brata.

Tak, tradycja wspaniała!
„Kaziukowe jarmarki ”
Świeto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Nie zobaczysz go w żadnej
Ze stolic

Wilno, 04.03.2009

wilno-007

Zimą o zimach

Roman Brodowski

W tym roku zima jest wyjątkowo mroźna. Tak przynajmniej twierdzą synoptycy informujący nas o pogodzie. Miejscami (powiadają) temperatura spada nocą do minus dziesięciu stopni, a i w dzień utrzymuje się poniżej zera.

I co w tym dziwnego? Tak właśnie powinno być, bo zgodnie z prawem natury w naszej przestrzeni geograficznej okres zimowy to czas mrozu i śniegu. Taka pogoda ziemi, zwierzętom i ludziom przynosi więcej korzyści aniżeli strat. Z jednej strony ziemia pod śnieżnym przykryciem odpoczywa, regeneruje siły na kolejny płodny rok, z drugiej zaś mróz w sposób jak najbardziej naturalny redukuje nadmiar owadów, złożonych przez nich jesienią jaj oraz wszelakich groźnych dla zdrowia i przyrody pasożytów.

Niestety globalne ocieplenie, związane (także) z przemysłową dzialnością człowieka, negatywnie wpływa na atmosferę, zakłócając cykliczne następstwo pór roku.

Dzisiaj ze świecą szukać wśród młodzieży kogoś, kto mógł by opisać z autopsji, jak wygląda przedwiośnie czy też przedzimie. Niestety obecnie takie zjawiska atmosferyczno-astronomiczne w strefie naszego, umiarkowanego, klimatu, praktycznie są już niezauważalne.

Wiosna zlewa się z latem, lato z jesienią, a i zima coraz częściej bardziej przypomina deszczową, szarą jesień.

Zimy jakie pamiętam, zwłaszcza te z okresu mojego dzieciństwa, zawsze były i mroźne i śnieżne. Temperatura, począwszy od trzeciej dekady grudnia, a na pierwszej dekadzie marca skończywszy, w nocy rzadko kiedy była wyższa niż 10° poniżej zera, a bywało (i nie było to niczym nadzwyczajnym), że spadała do minus dwudziestu i więcej. Śnieg natomiast, jak poprószył w okresie wigilijnym, tak (zazwyczaj) pokrywał ziemię do końca lutego lub początku marca. Bywało, że w związku z niską temperaturą, odwoływano zajęcia w szkołach. Zgodnie z zaleceniem kuratora oświaty zamykano szkoły, gdy temperatura powietrza przez trzy dni utrzymywała się na poziomie – 15°C.

Z początkiem marca jak w zegarku, bez większego opóźnienia następowało wybudzanie się przyrody. Spod śniegu wychodziły zwiastuny przedwiośnia – krokusy, przebiśniegi, zawilce. Na wierzbach pojawiały się bazie, a w rzekach, potokach i na stawach topniała kra. Życie w przyrodzie powoli wracało do wiosennej normy.

Tak, tamte zimy były nieporównywalnie mroźniejsze niż tegoroczna.

Doskonale pamiętam tę w moim życiu najcięższą, zwaną „zimą stulecia”.

Polarny mróz zaatakował Polskę na przełomie 1978 i 1979 roku. To dziwne, ale tamte święta, święta Bożego Narodzenia nie zapowiadały niczego szczególnego. Ba, temperatura utrzymywała się w zimowej, grudniowej normie. Gwałtowny spadek temperatury nastąpił dopiero w nocy z 27 na 28 grudnia. Od północy nadszedł arktyczny front atmosferyczny sprowadzając masy zimnego powietrza. Deszcz zaczął przechodzić w śnieg, a gwałtowny wiatr powodował zaspy. W ciągu trzech dni mróz ogarnął cały kraj. Kilkudniowe, intensywne opady opady śniegu sparaliżowały komunikację. Na wielu odcinkach dróg kolejowych pękały szyny a na torach pojawiły się sięgające półtora metra śnieżne zaspy. Dodatkowo zawieje spowodowane przez silny, arktyczny wiatr utrudniały normalne funkcjonowanie społeczeństwa.

Ze wzgędu na utrudnienia w prawidłowym funkcjonowaniu państwa wprowadzono stan klęski żywiołowej. Temperatura powietrza w wielu miejscach osiągnęła wartości syberyjskie, w Białymstoku i Suwałkach zanotowano − 36 °C.

Zamknięto większość szkół, kin, teatrów i muzeów. Wstrzymywano lub ograniczano produkcję w fabrykach, tak z powodu braku energii elektrycznej, paliw i ciepła, jak i dlatego że wielu pracowników nie mogło dojechać do pracy. Codziennie na wiele godzin wyłączano prąd. Zaopatrzenie sklepów, które nawet przy sprzyjającej pogodzie było marne, zostało jeszcze bardziej ograniczone, tak że brakowało podstawowych artykułów. Składy opału oblegane były przez tłumy ludzi chcących kupić cokolwiek nadającego się do ogrzewania mieszkań, nawet niskokaloryczny miał węglowy..

Mieszkańcy zasypanych miast i wsi z pomocą wojska odśnieżali ulice chodniki, torowiska. Wszędzie widać było wysokie, białe zaspy śnieżne

Stare, polskie przysłowie, że „ gdy święta po wodzie, to nowy rok po lodzie” w tym przypadku spełniło się w stu procentach.

Przy okazji spełniło się także i inne, a mianowicie to, że „ przyjaciół poznaje się w biedzie”. Tak ,w tamtym dramatycznym dla wielu z nas czasie, pomagaliśmy sobie bezinteresownie, począwszy od naszego najbiższego kręgu przyjaciół, a na wspólnocie narodowej skończywszy.

W wyniku zagrożeń, jakie niosła ze sobą aura, potrafiliśmy się zjednoczyć, by przetrwać ciężkie dla nas chwile. Pamiętam, że na przystankach autobusowych, peronach oraz miejscach publicznie ogólnodostępnych poustawiano koksowniki – metalowe kosze z płonącym koksem, dla tych, którym doskwierał mróz. W wydzielonych miejscach (tak przynajmniej było w Bytomiu) stały tzw. garkuchnie z gorącą herbatą dla każdego, kto o nią poprosił. Dyrektor naszej kopalni, w której właśnie podjąłem pracę, wydelegował kilkadziesiąt osób do pomocy dla miasta przy odśnieżaniu ulic, usuwaniu częstych , spowodowanych przez mróz awarii ciepłowniczych czy też rozbijaniu w wagonach zamarzniętego węgla, przeznaczonego dla potrzeb społecznych. W całej Polsce setki zakładów pracy delegowały swoich pracowników dla potrzeb sztabów kryzysowych utworzonych na terenie wszystkich miast wojewódzkich. Pamiętam, że dział socjalny naszej kopalni wyasygnował kilka ton ziemniaków i jabłek dla swoich byłych pracowników, będących już na emeryturach. Wiem, bo sam wraz z innymi górnikami, rozwoziłem te produkty po domach.

Widziałem wielu żołnierzy, milicjantów, a nawet więźniów, pomagających przy usuwaniu skutków zimy. Pracowali mimo trzaskającego mrozu w miejscach, które wymagały ludzkiej siły, pomagając „innym” przetrwać ten ciężki okres, Ci „inni” zaś często podchodzili do nich, nie tylko z dobrym słowem, ale i z ciepłą strawą.

Tak, zimy w tamtym okresie były naprawdę długie, mroźne i śnieżne.

Jednak, tak jak to było podczas „zimy stulecia”, taka zima jednoczyła naród. W tamtej cholernej, komunistycznej rzeczywistości potrafiliśmy być dla siebie jedną, narodową rodziną.

Dodam może jeszcze, że podczas tamtej zimy, zmarzło na śmierć oficjalnie 18 do 25 0sób, nieoficjalnie – 45. W obecnych czasach natomiast, podczas nieporównywalnie łagodniejszych zim, umiera z wyziębienia około 150 biednych dusz.

Tak, w tej podłej komunie każdy musiał pracować i mieszkać, a eksmisje były zakazane, chyba że z zamianą na inny, zastępczy lokal. Dzisiaj natomiast, w naszym kapitalistyczno-demokratycznym raju, każdy może wyeksmitować ( a więc po prostu wyrzucić na bruk) każdego. Dlatego mamy obecnie w Polsce około 60 – 70 tysięcy bezdomnych. A ilu naszych rodaków, nie mających warunków do egzystencji w Ojczyźnie, żyje pod mostami Europy.

Zapraszam do Berlina.

Epifania i inne święta

Dziś piękne święto Trzech Króli a jednocześnie prawosławne Boże Narodzenie. 1 stycznia skończyła się Chanuka, a my strasząc ptaki, jeże, lisy, psy i koty petardami weszliśmy w Nowy Rok. Wciąż jeszcze świętujemy, a więc i nasz autor, który od lat zapewnia nam teksty w pierwsze piątki miesiąca, pisze o świętowaniu.

Roman Brodowski

Na Wigilii u Romówromanuromow2016-5

Święta Bożego Narodzenia to święto nie tylko dla katolików, ale także dla wyznawców prawosławia i wspólnot ewangelickich. Jest to święto ogólno chrześcijańskie, mające przypominać o narodzinach Jezusa Chrystusa, który jest fundamentem chrześcijaństwa. Wszyscy skupiamy się wokół wcielenia w nim Boga jako człowieka, tu, na Ziemi. Święto to jest z jednej strony czasem zadumy i refleksji nad życiem, z drugiej – okazją do odnowienia więzi z Bogiem w obrębie swego kościoła. Ale jest to obecnie również po prostu wolny czas, spędzany w kręgu rodziny, przyjaciół, znajomych. Wiele organizacji społecznych, zakładów pracy, wspólnot, instytucji organizuje dla swoich członków, pracowników czy osób współpracujących wieczory opłatkowe, spotkania przedwigilijne, lub inne imprezy poprzedzające czas bożonarodzeniowy.

romanuromow2016-3 romanuromow2016-2

Ja także od wielu lat mam sposobność uczestniczenia w tego typu spotkaniach, zarówno w Berlinie, jak i Polsce, na Białorusi, czy Litwie. Wszystkie te spotkania, ze względu na specyficzny charakter, są dla mnie niepowtarzalne i niezapomniane. Mógłbym o nich opowiadać godzinami lub pisać elaboraty.

Skupię się jednak na jednym, na spotkaniu wigilijnym, zorganizowanym przez Gorzowskie Stowarzyszenie Romów w dniu 17 grudnia 2016 roku. Uczestniczyłem w nim z ogromną radością, zwłaszcza że z Romami dotąd nie miałem styczności.

Spotkanie to odbyło się w jednym ze środowiskowych domów kultury, na peryferiach Gorzowa. Romowie już od wielu lat organizują tu swoje spotkania i zapraszają różne stowarzyszenia, regionalne i kulturalne, działające na terenie województwa lubuskiego.

Byli więc i Wilniuki, i Lwowianie, i Dolnoślążanie, Polesiuki i Stowarzyszenia Hucułów i Wołynian. Wyjątkowość imprezy polegała na tym, że każdy uczestniczący w nim region, przygotował na tę wieczerzę nie tylko swoje potrawy regionalne, jakie spotykamy u nich na wigilijnych stołach, ale i krótki program artystyczny z kolędami i pastorałkami.

romanuromow2016-4

Przyjechałem na tę imprezę z Berlina, ale reprezentowałem nie Polonię berlińską, lecz moją drugą ojcowiznę z wyboru – Kresy Wschodnie, a do udziału zaprosiło mnie Gorzowskie Stowarzyszenie Miłośników Wilna i Okolic.

Tradycyjnie, powitaniem gości oraz życzeniami złożonymi z okazji świąt, wieczerzę rozpoczęli gospodarze, czyli prezes stowarzyszenia Romów z małżonką, na co dzień właściciele
teatru romskiego w Gorzowie.

romanuromow2016-13 romanuromow2016-12 romanuromow2016-11

W spotkaniu uczestniczył też ksiądz misjonarz, który od kilku lat mieszka w Gorzowie, a przybył z wieloletniej posługi duszpasterskiej, jaką odbywał na dalekiej, mroźnej Syberii.

Po poświęceniu wigilijnego opłatka, modlitwie, oraz złożeniu sobie wzajemnych życzeń, rozpoczęła się część biesiadna. Nie od razu dane było jednak gościowi, który u tego stołu zasiadł, posmakować kuszących i pachnących potraw. Bo najpierw jeszcze odbyło się wspólne kolędowanie, połączone z prezentacjami lokalnych społeczności. Każda z nich miała po dziesięć minut na prezentację zwyczajów regionalnych, począwszy od wigilijnych przyśpiewek, pastorałek i kolęd, a skończywszy na wiktuałach świątecznych ustawionych na pięknie przyozdobionych stołach.

Także i ja miałem moje trzy minuty. Ale nie wzbogaciłem wieczerzy ani kulinariami wschodnimi, bo lepiej ode mnie zrobili to gospodarze, ani berlińskimi. Chociaż, kto wie, może sałatka ziemniaczana i kiełbaski, czyli berlińskie przysmaki wigilijne, wzbudziły by zainteresowanie zaproszonych gości… Jednak, skoro jestem poetą, poprzestałem na poezji i przeczytałem, napisane przed laty apokryfy o narodzinach Jezusa.

… „Gdzie jest ten narodzony król Żydów? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę, będąc na wschodzie, i przyszliśmy złożyć mu hołd“ – Mat 2, 2

Rzeka zmieniła swój pierwotny bieg
Wysuszona ziemia zrodziła nienawiść.
Bogobojni Żydzi dawno już odeszli
I nikt nie czeka kolejnego poranka.

A gwiazda wędruje wyznaczonym torem
Świecąc światłem Bożego majestatu.
Na dalekim wschodzie ciągle bez zmian.
Nawet mędrcy odeszli w niesławie.

Potomkowie Dawida wymieszani z ziemią
Jak nawòz na skalistej zwietrzałej roli
Wydają ostatnie plony na ołtarz ofiarny
Kainowy dar rzucony w pustą przestrzeń.

On zaś w nędznej stajence z dala od sfory,
Otulony lichą płachtą matczynej miłości,
Nadejdzie porą tajemnicy proroctwa
Niby ofiara złożona Bogiem dla człowieka,

Berlin, 12.04. 1988

… „Kazał w Betlejem oraz w całej jego okolicy zgładzić wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej” – Mat 2, 16

Zajęczały wiekowe cedry w półmroku
Jak chór niewiniątek ukryty w organach.
W domach żydowskich zapachniało ofiarą krwi
Jak w dzień przedpaschalnej dziękczynności.

Wieczorny chłód wypełnił przestrzeń sakralną
Gdy Baranek ubrany w dziecięcą niewinność
Leżał w bezruchu obok matczynej boleści.
Nawet kamienny ołtarz Najwyższego zapłakał.

A noc zbliżała się gwiezdnym pacierzem.
Wilki gotowe chronić swoje małe szczenięta
Wyły dziękczynnie do srebrnopełni księżyca
Szczęśliwe, że brak w nich człowieczeństwa.

Berlin, 13.05. 1988

Dzień Górnika

Roman Brodowski

Jak to dobrze, że w tym roku dzień św. Barbary wypada w niedzielę. Co prawda od ponad trzydziestu lat, czyli od wyjazdu z kraju, z górnictwem łączą mnie tylko wspomnienia i sentyment do tamtych młodzieńczych chwil spędzonych w kopalnianych czeluściach, ale mimo to zawsze czuję, że jest to moje, także moje święto. Dzień Górnika przypomina mi nie tylko o mojej odległej już przeszłości, o czasie spędzonym w przykopalnianej szkole górniczej oraz technikum, ale przede wszystkim o ludziach, którzy w tamtym okresie towarzyszyli mi w codziennym życiu. Przypomina mi o spędzonych pod powierzchnią ziemi trzydziestu dziewięciu miesiącach ciężkiej, ale jakże interesującej roboty. To właśnie tam rodził się we mnie szacunek do odpowiedzialności za siebie i innych, szacunek do pracy, szacunek do drugiego człowieka. Moja prawdziwa lekcja życia, a tak nazywam czas spędzony pod ziemią, nauczyła mnie postrzegania innych nie przez pryzmat wykonywanej przez nich pracy, ich wykształcenia i obyczajowości, ale przez to jacy są pod zewnętrzną powłoką swojego „jestestwa”. Większość ludzi, których wówczas poznałem, mowa tu o górnikach, to byli mężczyźni na zewnątrz gruboskórni, bez ogłady, często trywializujący otaczającą ich rzeczywistość, którzy tam pod ziemią byli prawdziwą wspólnotą, bractwem gotowym wspierać siebie nawzajem w każdej sytuacji. Byli prawdziwym symbolem tego, co kryje się pod filozoficznym terminem Homo sapiens, obrazem człowieczeństwa…, i to tego rozpoczynającego sie od wielkiego „C”.
Kto nie poczuł unoszącego się w powietrzu smaku człowieczego potu , zmieszanego z wszelkimi zapachami tego, co „mateńka ziemia” skrywa w swoim wnętrzu, kto nie zaznał „dobrodziejstwa” przebywania kilkaset metrów pod ziemią, w miejscu pozbawionym światła i wolnej przestrzeni, kto nie zobaczył trudu rąk wydobywających dla całego naszego społeczeństwa , polskiego „czarnego złota”, na którym od pokoleń opiera się nasza gospodarka, ten nie jest w stanie docenić i zrozumieć wyjątkowości specyfiki zawodu „Górnik”

„Dzień Górnika” – Barbórka – jest dla społeczności zajmującej się na co dzień tym, co kryje się pod wspólnym szyldem „ geologia”, ludzi wykonujących zawody mieszczące się w jej obszarze, dniem radości, zabawy i wdzięczności dla ich codziennego trudu.

Windą do dołu

Windą do dołu
W czeluść ziemi
Pionową drogą
W świat ciemności
W krainę piekieł
Nie do nieba
Po czarne złoto
Dla ojczyzny
Po kromkę
Razowego chleba.

Ciermiężna praca
Ponad siły
Ktoś przecież musi
Ją wykonać.
Tak tam na dole
Czeka pokład
A na powierzchni
Matka żona.

I tak codziennie
Nie dla chwały
Coraz odważniej
Coraz głębiej
Zjeżdżają ludzie,
Brać gòrnicza…
By w twardej skale
Dobyć węgiel
Węgiel potrzebny
Nam do życia.

Windą do dołu
Nie do nieba
Nie dla pochwały
I przestrzeni
Tylko dla siebie
I dla kraju
Dajemy skarby
Naszej ziemi.

Bytom 23.11. 1981

Dla mnie jednak dzień ten jest także dniem smutku i pamięci o tych, którzy w różnych okolicznościach, wykonując powierzone im zadanie, tragicznie od nas odeszli.

Osobiście byłem uczestnikiem jednej z wielu tragedii, kiedy to „natura” upomniała się o „daninę”

Było to 10 października 1979 roku w kopalni Dymitrow w Bytomiu, gdzie wówczas pracowałem.

Na drugiej zmianie, podczas wykonywania robót strzałowych nastąpił zapłon gazu, a po nim wybuch pyłu węglowego. Zginęło wówczas 34 górników. Ja miałem szczęście. Pracowałem na pierwszą zmianę. Niestety mój kolega, który podczas wybuchu znajdował się dokładnie w tym samym miejscu w którym dwie godziny wcześniej byłem ja, kilkaset metrów od epicentrum wybuchu, nie miał tego szczęścia. Podmuch był tak silny, że dotarł wraz z gorącym powietrzem i do niego. Rzucony na „ocios” doznał poparzenia, pęknięcia żeber i urazu głowy. Do pracy wrócił dopiero po kilku tygodniach. W wypadku zginęło jednak dwóch innych moich szkolnych kolegów.

Za wypadek obwiniono ekipę wykonującą roboty strzałowe, począwszy od strzałowego, a na sztygarze i nadsztygarze dozoru skończywszy. Prawda jednak była inna. O tym, że na dole, w wyrobisku, gdzie planowano odstrzał, stężenie gazu wielokrotnie przekraczało normy, nadzór techniczny, wraz z dyrektorem kopalni został poinformowany na dwie godziny przed tragicznym zdarzeniem. Niestety nikt nie podjął decyzji o przesunięciu planowanego odstrzału do czasu przewentylowania wyrobiska i zlikwidowania zagrożenia.

Moim zdaniem pogrążono tych, którzy stali się ofiarami błędnych decyzji, tych którzy zapłacili najwyższą cenę. Prawdziwi winowajcy, wraz z dyrektorem, którego po wypadku, przeniesiono na takie samo stanowisko do innej kopalni, doczekali sowitych emerytur.

Kilka dni po tej tragedii napisałem wiersz poświęcony ofiarom tamtego wydarzenia, tym których znałem, których codziennie witałem i którzy mnie witali naszym górniczym Szczęść Boże. Jest to jeden z tych wierszy, który zakwestionowała „cenzura”, gdy zaproponowano mi udział w projekcie „Życia Literackiego” jakim było wydanie antologii pisarzy młodego pokolenia.
Z projektu mnie wycofano, ale myślę, że bez tego wiersza byłbym w tamtym ich dziele co najmniej „niespełniony”.

Nie wolno milczeć

Właśnie wróciłem do domu
Po rannej szychcie, zmęczony,
Gdy usłyszałem głos syren
To kopalniane są dzwony

Te dzwony biją na trwoge,
Coś się wydarzyć musiało
Strach i niepewność, pytanie
Co tam na dole się stało?

Wrzuciłem kurtkę na plecy
Wybiegłem z domu spocony.
Słysząc koszmary po drodze ,
Wciąż te nieznośne dzwony

Nagle ujrzałem przy szybie
Ludzi stojących w bezruchu
Słowa złowieszcze szeptali.
Wybuch? – już po wybuchu?

Wybuch metanu i pyłu
Na tejże ścianie gdzie byłem.
Stamtąd o Boże drogi…,
Stamtąd niedawno wróciłem.

Liny szybowe jęknęły
Szola* ruszyła ku niebu
Wywożąc z piekła mych Braci
Ileż to będzie pogrzebów

Leżą przed szybem worki
A w każdym worku człowiek
Nikt ich nie liczy, nie pyta
Łzy słone płyną spod powiek

Wszyscy cierpliwie czekają .
W modlitwach rodzi się złość
Jak to się stało, dlaczego
Czy może zawinił ktoś

Nagle przerwano milczenie
Dyrektor z listy wyczytał.
Kto nie powróci do domu
Kogo nie będzie nikt witał

Znalem jednego z imienia
Niedawno z nim rozmawiałem
Był elektrykiem na zmianie.
Kolegą z klasy – płakałem

Nie miał lat jeszcze dwadziestu
Zaczynał spełniać marzenia …
A inni? Trzydziestu czterech
Dusze okryła ziemia.

Jakąż to cenę płacimy
By plan napięty wykonać
Cholerne normy, wymogi
A gdzie tu człowiek? Ma konać?

Nikt się nie liczy z górnikiem
Ważne sukcesy, wskaźniki
Byle z produkcją do przodu
A w skałach ofiar jęk, krzyki

Nigdy nie wolno zapomnieć
Na życie ceny wciąż nie ma
To co się stało źli, smuci
Pozostał tylko – Poemat

Bytom 20.12. 1978

* Szola – w śląskiej gwarze winda szybowa.

Dlaczego właśnie o tamtym wydarzeniu wspominam? Dlatego aby ci, dla których „górnik” znaczy tyle samo co „piekarz” – z pełnym szacunkiem dla tego zawodu – zrozumieli, że tym ludziom należy się szczególny szacunek, bo jak nikt inny codziennie narażają swoje życie, licząc na dobroć „matki natury” dla siebie, dla swoich rodzin, dla nas wszystkich.

PS. W chwili przygotowywania tego materiału do publikacji z kraju dobiegła do mnie informacja o kolejnej tragedii górniczej. Tym razem miało to miejsce w kopalni miedzi. Każdy dramat, każdy wypadek, w którym giną ludzie, dotyka najbliższych ofiar wypadku, ich rodziców, żony, dzieci, ale nie tylko. Widać to na przykładzie wspólnoty, którą zwykliśmy nazywać „górniczą bracią”. Właśnie w takich momentach górnicy, zwłaszcza ze środowiska bezpośrednio związanego z miejscem tragedii, jednocząc się w bólu, organizują wszelką pomoc, nie pozostawiają dotkniętych bezpośrednio dramatem, samym sobie. Stają się dla nich, zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach, jedną, wielką rodziną.

To smutne, ale jak na ironię, najwięcej kopalnianych wypadków wydarza się w w dniach, tygodniach, poprzedzających „barbórkowe święto”.

Łącząc się z najbliższymi poległych górników w modltwie do św. Barbary, prośmy Ją o ukojenie smutku i otarcie łez tych, którzy dzisiaj płaczą, opiekę dla tych, którzy codziennie ryzykują swoje życie, dla bytu innych i przyjęcie tych którzy odeszli do grona swoich wiecznych przyjaciół.

„Niech się szczęści trud górniczy – Szczęść Boże”.

 

Grzybobranie

Może jeszcze zdążymy z autorem na grzyby, w listopadzie na pewno jeszcze coś się znajdzie, a filozofować, jak widać, można zawsze i wszędzie.

Roman Brodowski

W promieniach powolnie budzącego się wczesnojesiennego słońca, siedzieliśmy na skraju lasu obok siebie, Przed nami roztaczał się iście sielankowy widok wiejskiej rzeczywistości. Pofałdowany morenowy teren, widniejące na planie nieba wielokolorowe czupryny drzew i wisząca nad pożniwnymi polami poranna mgła, przypominały mi nieco przedgórze polskich Bieszczad.

To dziwne ale… tyle razy jako dziecko przychodziłem tu z rodzicami, przyjaciółmi, a niekiedy sam, na grzyby, orzechy czy też tak lubiane przez moją mamę, dziko rosnące jeżyny, ale nigdy nie zwracałem uwagi na uroki tego jakże romantycznego przecież miejsca.

Myślę że wówczas, w tamtym, pozostałym we wspomnieniach czasie, nie tylko ja, ale i nikt z moich rówieśników nie nadawał temu miejscu jakiejś szczególnej wagi. Wówczas był to zwyczajny las, zwyczajny drzewostan. Teraz jednak ten zagajnik oddalony o niecałe cztery kilometry od moich kochanych Pszczółek, rozpoczynający sobowidzki kompleks leśny, zwany przez nas potocznie, „Klemplinami”, wydaje się oazą spokoju, przykładem doskonałości boskiego dzieła i …, przedsionkiem rajskiego ogrodu, za którym nie powinno być już nic oprócz wiecznej (opisywanej nam podczas lekcji religii przez naszego mistrza teologii, pszczółkowskiego proboszcza) szczęśliwości niebios.

Maria spojrzała na nieco zachmurzone niebo, tak jakby za chwilę miało się na nim coś ważnego pojawić. Nie zwracając na mnie uwagi liczyła coś szeptem. Do moich uszu płynęły ledwo słyszalne cyfry: pięć, siedem, jedenaście, szesnaście… Nagle umilkła. Wydawało mi się, że powoli pogrążała się w tajemniczy świat nostalgii, by w końcu, odcięta od rzeczywistości parawanem niebytu, zniknąć, pozostawiając siedzący przy mnie jej fizyczny obraz filozoficznej zadumy.

Obserwując ją dyskretnie, poszukiwałem tamtej, szesnastoletniej, o długich ciemnoblond warkoczach, zawsze uśmiechniętej, energicznej dziewczyny, gotowej z matczyną troską rozwiązywać problemy naszego niedoskonałego świata, tamtej, z czasów naszej beztroskiej młodości.

Myślałem o dniu naszego ostatniego spotkania. Jak na pełnoformatowym, zawieszonym w wolnej przestrzeni, ekranie, mocą wyobraźni zobaczyłem dwoje dorosłych dzieciaków stojących obok siebie na przystanku autobusowym. Z pewnością było to w lecie, oboje ubrani są tak na lato ubrani. Ona w wielokolorowej, lnianej sukience, on w dżinsowych spodniach i jasnej koszuli z krótkimi rękawami. Oni to oczywiście – my. Tak, to na pewno była ciepła, sierpniowa sobota. Chyba nawet ostatnia przed moim wyjazdem do internatu. Pamiętam, że padał drobniutki deszcz. Poprzedniego dnia spotkałem Marię w Pszczółkach, tuż obok naszego kościoła. Przyjechała z rodzinnego Kolnika na zakupy. Porozmawialiśmy chwilę, zaprosiła mnie na wspólną wycieczkę do trójmiasta, a właściwie do Oliwy i Sopotu, gdzie na stancji mieszkała jej siostra. Chociaż była ode nas starsza, znałem ją dobrze. Też chodziła do naszej podstawówki. Postanowiliśmy ją odwiedzić i razem nią spędzić ten dzień. Pamiętam, że nie zastaliśmy jej w domu.

Tyle już lat od tamtego spotkania minęło. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć. Zresztą, czy to takie ważne, ile? Ważne jest to, że niczego nie zapomniałem. Może nie ze szczegółami, ale pamiętam jej głos, naszą rozmowę i… ten deszcz, wystukujący rytmicznie jakiegoś marsza w rozłożone ponad głowami parasole. Jeszcze teraz słyszę szum morza i dźwięk uderzających o piaszczysty brzeg fal. Czuję ten długi spacer we dwoje po sopockiej plaży. Szliśmy po mokrym piasku, pozwalając morzu, by czasem obmywało nam bose stopy chłodną, słoną wodą. Podziwiając bezkres Bałtyku, opowiadaliśmy sobie o naszych doświadczeniach z pierwszego roku naszej nowej rzeczywistości, w której to, na przedprożu dorosłego życia, uczęszczając do różnych szkół, żyliśmy z dala od siebie. Wspominaliśmy naszych przyjaciół, nasze dobre i złe chwile, naszych nauczycieli i nasz wciąż jeszcze odchodzący do skarbczyka pamięci okres ostatnich kilku wspólnie przeżytych lat w ławkach naszego powszechniaka. Nie widzieliśmy się zaledwie rok, a wspomnień mieliśmy tyle, jakbyśmy się nie widzieli przysłowiowe pół wieku. I chyba nie było w tym przesady, bo Maria w ten rok zmieniła się bardzo mocno. Może nie tyle fizycznie, bo te zmiany zachodzą w powolnym procesie, ale intelektualnie, emocjonalnie i duchowo. Wydawało mi się, że z szybkością przekraczającą barierę dźwięku przeszła na podób motyli wewnętrzną metamorfozę. Słuchałem mojej rówieśniczki, a jakbym słyszał bogatą w życiowe doświadczenie, w pełni poglądowo ukształtowaną a nade wszystko, zaprzysiężoną swojemu Bogu, dorosłą osobę.

Maria z pewnością należy do jednej z tych z nielicznych osób, których z zainteresowaniem i to bez przerywania (co jest w moim niezbyt kulturalnym zwyczaju) potrafię cierpliwie słuchać . Myślę, że była tą, która wzbudziła we mnie potrzebę samookreślenia i zachęciła, bym odpowiedział sobie na pytanie, kim tak naprawdę chcę być?

Myślę, że właśnie ta, wypełniona być może przesadnie metafizyką, rozmowa, będąca połączeniem wizji życia obarczonego chorobami, wojnami, nienawiścią, problemami egzystencjonalnymi i wszelkimi plagami zła ziemskiego bytu z jednej strony, a sensem cierpienia będącego niepojętym elementem bożego zamysłu , stanowiącym przepustką do wiecznego dostatku dobra, zwanego Rajem, z drugiej, stała się dla mnie drogowskazem wyznaczającym kierunek mojego dalszego rozwoju intelektualnego.

Chociaż od tamtego spotkania w moim życiu wydarzyło się wiele rzeczy, nadal poszukuję mej ziemskiej tożsamości, tak tej fizycznej jak i ideowej. Wciąż nie wiem, kto lub co stworzył formę mojego człowieczeństwa. Ewolucja to czy dzieło istoty wyższej? Rozumowo skłaniam się ku koncepcji darwinowskiego przypadku , ale instynkt, czy może bardziej – potrzeba wiary, podpowiada mi coś zupełnie innego.

Po raz kolejny spojrzałem na siedzącą w bezruchu postać i mimo woli nasunęły mi się, kolejne pytania. Jaka ona jest dzisiaj, po tylu latach? Jak zagospodarowała swój dar teologicznego postrzegania świata? Ile oddała siebie innym i ile w zamian od innych otrzymała?

Maria jakby wyczuwając moje pytania, uśmiechnęła się do mnie i niespodziewanie zaczęła opowiadać.

Jej religijna postawa, zakotwiczona w silnych podstawach teologii, jej wiara w to, o czym mówiła podczas tamtego, sobotniego spaceru, pomimo wielu przeciwności losu nie zachwiały jej przekonania, że żyjemy w doskonałym, unipolarnym, harmonijnym świecie pod rządami Wszechmocnego. Maria była pewna, że jej świat nastąpi, o czym informują pisma kanoniczne, po „Dniu Sądu Ostatecznego” i dlatego już dzisiaj, w oczekiwaniu, dba o to, by jej „lampa oliwna” ani na moment nie przygasła.

 

Po ukończeniu liceum rozpoczęła studia teologiczne, po czym oddała się posłudze dla jej jedynej prawdziwej miłości – Boga. Wstąpiła do cywilnego zakonu sióstr „Niepokalanej Matki Kościoła”, by, tak to sformułowała, wspomagać misjonarzy w dziele ewangelizacji.

Dzięki tej przynależności, mogła przekazywać swoją wiedzę o tym co stanowiło sens jej życia – biblijną triadę wartości – „wiarę , nadzieję i miłość” tym, którzy tego potrzebowali, a w szczególności dzieciom. Kilka lat pracowała jako nauczycielka religii, czy jak kto woli, katechetka, w naszych Pszczółkach.

I chociaż ciężka choroba, która przykuła ją do łóżka, nie pozwoliła jej na samorealizację w takim stopniu, by mogła o sobie powiedzieć „Jestem całkowicie spełniona”, nadal walczy o czystość swojej „Niepokalanej Wiary”.

Słuchając jej zwierzeń, czułem, jak moja wewnętrzna przestrzeń wypełnia się empatią, wzruszeniem i własną niemocą. Brakowało mi słów. Pełen podziwu dla tej słabej, a jednocześnie silnej siłą woli walki o ideały, pryncypia i zasady, doświadczonej przez los kobiety, utwierdzałem się w przekonaniu, że jest święta. Oczywiście, to moja własna interpretacja tego słowa, święty to nie przedrostek imienia, to nie tytuł nadawany przez Papieża, i nie dostępująca zaszczytu przebywania w niebiańskim otoczeniu duchowych dzieci Boga postać, wybrana przez społeczność kościoła, dla potrzeb gloryfikacji, ale właśnie ci maluczcy, pokorni, tacy jak ona, uważani często przez innych, za nadinterpretatorów, nawiedzonych czy fanatyków. Dla mnie to właśnie oni stanowią pierwiastek etyczno moralnej i ideowej świętości.

– Dziwne, ale z zasady tak jak filozofia, tak i teologia, nie potrafią znaleźć wspólnego pierwiastka, i nas więc, dwie religijno-poglądowe antypody powinno wiele różnić. Tymczasem my potrafimy ze sobą rozmawiać, rozumiemy się nawzajem, jesteśmy obok siebie jak dwie duchowo bliskie osoby – powiedziała Maria na zakończenie.
– Bo, odpowiedziałem, zarówno Teologia, jak i Filozofia religii, podobnie jak cała chrześcijańska kultura wywodzą się od tego samego korzenia. Wędrujemy różnymi drogami, poszukujemy źródła naszego pochodzenia w różnych miejscach, nadając naszym misjom szczególnego znaczenia. Wy teolodzy we wszystko, co dotyczy poszukiwania celu naszej ziemskiej wędrówki i ma związek z teizmem, wierzycie a priori, tworzycie dogmaty, opieracie swój duchowy rozwój na tradycji i wierzeniach kultur dawno wymarłych. A przecież tak naprawdę wszyscy umieramy w pełnej niewiedzy tego, co nas czeka poza granicą naszego ziemskiego bytu. Tak, wy teolodzy z założenia wiecie, co tam jest. Jesteście przekonani o słuszności waszych przekonań, twierdzicie, że wasza prawda jest tą jedyną. My zaś, filozofowie, ciągle wątpimy, poszukujemy, dowodzimy słuszności naszej jakże kruchej wiedzy. Także w sprawach wiary. Korzystając z waszych doświadczeń, z bazy pism kanonicznych, czy też apokryficznych, badając genezę i przebieg historyczny tworzenia kultury chrześcijańskiej, staramy się pojąć to, co dla was , od początku jest pojęte. – Ale my przecież Mario – dodałem, gładząc jej ciepłą dłoń – rozmawiamy ze sobą jak dwoje przyjaciół i z szacunku do siebie potrafimy to w tak sympatyczny sposób czynić.

Spojrzałem na rozjaśnione pierwszymi słonecznymi promieniami niebo i w mrok brzozowego zagajnika u naszych stóp, by wskazując palcem w przypadkowy punkt, stwierdzić, tam, pod tym drzewem rośnie wspaniały kozak.
– Jesteś tego pewien?, zapytała z przekorą Maria, wybuchnęła śmiechem, wzięła koszyk do ręki i ruszyła we wskazanym prze ze mnie kierunku.
– Tym razem to ja wierzę…, że coś znajdziemy. Ty natomiast wątpisz i dlatego idziesz sprawdzić, czy mam rację, dodałem i podążyłem za nią, karmiąc oczy pięknem otaczającego nas lasu.

Opowiadanie dedykowane M. L. Berlin, 27. 11. 2

O poezji i patriotyzmie

Dziś taki dzień, że dobrze jeśli chodzi o Ojczyznę

Roman Brodowski

Wielka Improwizacja (tytuł nadany przez adminkę)

Niedawno odwiedziłem moich znajomych. Zaproszony przez Janka i jego sympatyczniejszą cząstkę wspólnoty majątkowej Gosię (dla nieprzyjaciół Małgorzatę), na poetycki podwieczorek, wyruszyłem w czasie piania kogutów na ten ich koniec świata. Na szczęście koniec ten znajdował się tuż za miedzą rzeczywistości polsko-niemieckiej, czyli w Zielonej Górze. Do miasta dotarłem około południa. Zaraz po wyjściu z autokaru udałem się na umówione miejsce spotkania, czyli, tradycyjnie już, na ławeczkę obok pomnika Bachusa. Otulony ciepłem słonecznych promieni, podziwiałem kolorowe secesyjne kamieniczki. W odróżnieniu od wielu innych polskich miast, w Zielonej Górze większość zachowała swoją pierwotną formę. I nic w tym dziwnego, bo i miasto jest jednym z nielicznych ocalałych w wojennej zawierusze od bomb i pożarów.
Janek z tak zwaną niemiecką punkualnością (nie wiem dlaczego niemiecką? – odp. adminki, bo tak ongiś jeździły koleje niemieckie, że można było wg nich regulować zegarki – ech, gdzie te czasy?) przyszedł na spotkanie o trzeciej. Po krótkiej rozmowie, krętymi uliczkami, udaliśmy się tam, gdzie miała się odbyć moja z przyjaciółmi Janka, poetycko-filozoficzna biesiada czyli restauracji na obrzeżach jakiegoś parku. W bocznej sali przy połączonych stołach czekali już zaproszeni goście.
Usiadłem między dwiema miłymi paniami, wdychając mym zalergizowanym nosem zapach ich perfum. Nie wiem, czy były to perfumy Chanel N°5, ale pachniały delikatnie kawa z cynamonem i muszę przyznać, że moje receptory węchu przyjmowały ten zapach bezkrytycznie.
Wypiłem kilka łyków herbaty z cytryną (mój ulubiony napój), wysłuchałem powitalnego wstępu i rozpocząłem to kameralne spotkanie z miłośnikami poezji kresowej.
Ze względu na lekko już wychodzący poza ramy wieku średniego, wiek słuchaczy, postanowiłem skupić uwagę na poezji teologiczno-filozoficznej, rozpoczynając od twórczości apokryficznej.
Po przeczytaniu kilku utworów, doszedłem do wniosku, że zacząłem chyba od zbyt poważnej i być może trudnej do zrozumienia kategorii wiersza. Dla rozluźnienia nieco przygasłej atmosfery przeszedłem do poezji lirycznej, opisującej Kresy a i inne nasze ojczyźniane pejzaże. Dopiero jednak przy prezentacji wierszy dla dzieci oraz twórczości satyrycznej atmosfera stała się iście sielankowa.

A potem ktoś zapytał, czy piszę utwory satyryczne o tematyce społeczno-politycznej, komentujące sytuację w kraju, i czy może mam jakiś w zanadrzu.
– Oczywiście, odpowiedziałem, i takowe się zdarzają w mojej bogatej kolekcji literackich wypocin. Na prośbę większości przeczytałem dwa nieco sarkastyczne utwory. Miałem ze sobą jeszcze trzecią satyrę, a choć wydawała mi się zbyt frywolna, wulgarna, prawie że paszkwil, to w przypływie odwagi, czując podatny grunt pod nogami postanowiłem sprawdzić reakcję publiczności i…, po raz pierwszy przeczytałem ją w gronie większym niż trzy (moja małżonka, moje odbicie w lustrze i ja).

Nieco erotyczno polityczna bajeczka dla dorosłych

Zaprosiła mnie córeczka do ZOO
Do takiego więzienia dla zwierząt
Bym zobaczył słonie, lwy, jelenie
Bym zobaczył jak żyją, co jedzą

Stanęliśmy przy klatce z małpami
Z pawianami klateczka to była
W niej niewielki dupiaty pan pawian,
Wokół niego gromadka krążyła.

Pan i władca, choć mały, to wielki
Najważniejszy wśród małpiej czeladzi
Każda biegnie doń, łuska, dotyka
Nastawiając, by na nią się sadził.

Inni stada członkowie, pawiany,
Bezrozumne, krzykliwe stworzenia
Bezkrytycznie słuchali przywódcy
Dbając, by miał coś do… pieprzenia.

Nagle chwycił on samkę za głowę
I przysadził się do niej na plecy
Stado krzyczy w bezmyślnej ekstazie
A i samka z radością też beczy.

Zobaczyła to córka, Kasieńka
Mała jeszcze, więc nic nie rozumie
Zawołała – Tatusiu jak ładnie,
Jak ten małp pan zabawiać się umie!

Uśmiechnąłem się do niej bez słowa
Popatrzyłem na ten akt pawiana
I myśl taka mi przyszła do głowy.
Że ta scena jest dziwnie mi znana.

Tak, widziałem to nieraz w Warszawie
W parlamencie, na Wiejskiej ulicy…,
W twardej ławie też siedzi ktoś taki
Z którym stado partyjne się liczy.

Też biegają do niego samiczki
I pochlebców cała samców grupa
By zachcianki spełniać swego szefa
Choć dla innych w sejmie to on – pupa.

Nie potrafi jedności zbudować
Od pawiana z Zoo nie jest lepszy
Nawet gorszy, bo pawian swe samki…,
On natomiast Ojczyznę chce spieprzyć

Berlin 23.08.2016.

Ku mojemu zaskoczeniu właśnie ten utwór stał się tą najbardziej trafną formą literackiej wypowiedzi dla grona przybyłych na spotkanie gości…, po za jednym wyjątkiem. Miłe dla mojego ucha oklaski zakłócił dobiegający z sali głos. To jakaś starsza pani próbowała coś powiedzieć. Oklaski zamilkły. Starsza pani patrząc na mnie nieco zniesmaczona, rzekła
– Ten ostatni utwór, który pan przeczytał, jest nie tylko cyniczny, ale w obrazliwy sposób przekazuje nieprawdę i z pogardą odnosi się do tych, którzy walczą by wyciągnąć Polskę z marazmu, w jaki przez ostatnie lata wpychały nas rządy tej przestępczej koalicji PO-PSL. Jestem panem zawiedziona, mówiła dalej, myślałam, że ktojak kto, ale wy, poeci, powinniście świecić przykładem patriotyzmu. Myliłam się – dodała, i usiadła poddenerwowana na krześle.

Podszedłem do niej i szarmancko, jak to wszak mam w zwyczaju, powiedziałem, że poeci to taka specyficzna grupa ludzi, którzy uwięzieni w objęciach weny, piszą to, do czego ich ona zmusza. I nie wolno się na nich obrażać, gniewać z powodu ich duchowych słabości. Wyznałem też, że nie należę do grupy „wierszokletów” piszących na zamówienie, automatycznie, i bezbarwnie, nie tworzę na zawołanie żadnych jednominutówkek, ale w drodze wyjątku uczynię to dla niej, w akcie przeprosin. I być może sprawię, że pozostanę w jej oczach prawdziwym „patriotą”. Poprosiłem o kawałek papieru, wyjąłem długopis i w zupełnej ciszy zacząłem, ach, tworzyć. Po dwóch, może trzech minutach wstałem od stołu i z pasją prawdziwego aktora zacząłem recytować.

Patriotyczny Idiota

Prawda w czasie niezgody, rozłamów
Droższa jest od srebra, a nawet i złota
Lecz uszy prostego ludu niestety,
Cieszy fałsz, kłamstwo, populizm, głupota.

A mędrcy od wieków słowa te mawiają
Że mądrość powoli umiera w narodach
W których fobie i nienawiść rządzą,
Miast by spokój był, rozwaga i zgoda

Niech ja także, ja, głupiec, ja z tego systemu
Dadam od siebie znamienne już słowa
– Gdzie mądrość i prawda we wspólnocie żyją.
Tam Boże, ach Boże… Ojczyznę uchowaj.

Dopiłem herbatę i po chwili pożegnałem się z gospodarzami spotkania oraz pozostającymi w lekko jeszcze patriotycznej zadumie, miłośnikami poezji, by wraz z Jankiem udać się na dworzec autobusowy. W tym dniu czekało mnie jeszcze jedno spotkanie literackie, (tym razem nie moje), które odbyło się wieczorem w Berlinie.  Z furią występowały kobiety, ale miło było…

Autobus pokonywał 180 kilometrów przyjaźni polsko-niemieckiej.

Piątek w sobotę

Niemal od początku istnienia tego blogu, a jest to już, jakby nie było, dobrze ponad trzy i pół roku, niemal regularnie, Roman Brodowski publikuje wpis w pierwszy piątek miesiąca, a tu tymczasem pierwszy piątek miesiąca był wczoraj i został oddany Zbychowi Milewiczowi, który z kolei zawiaduje na tym blogu nie tylko świetnym reportażem, ale i dziwnymi rocznicami (np. jubileusz misia pluszowego), dziwnymi dniami (dzień prostytutki) i strasznymi katastrofami. Wczoraj minęła 350 rocznica ogromnego pożaru Londynu, o którym każdy z nas uczył się na lekcjach angielskiego (London’s burning), po prawdzie nie wiedząc, że to piosnka o autentycznym pożarze. I to jakim.

Tak czy owak pierwszy piątek miesiąca Romanowi przepadł, dostał więc za to pierwszą sobotę miesiąca… Ot, taka nowa, świecka tradycja.

Roman Brodowski

Festiwal kultury trzech narodów

Tam gdzie wielka polityka, zwłaszcza ta na najwyższych szczeblach zawodzi, gdzie interes państwa dotyczący stosunków międzynarodowych ważniejszy jest od ogólnospołecznego, tam często dla przeciwwagi lokalne społeczności biorą w swoje ręce inicjatywy i rozwijają dobre stosunki z sąsiadującymi narodami. Przykładów przytoczyć można wiele.

Jednym z nich jest, zorganizowany już po raz szesnasty Międzynarodowy Festiwal „Kanał Augustowski w Kulturze Trzech Narodów – Białorusinów, Polaków i Litwinów”. Organizatorami tej imprezy od strony białoruskiej są Wydział Kultury i Religii Urzędu Wojewódzkiego oraz grodzieński oddział Związku Polaków na Białorusi.

kanalaugu (2)

Początkowo impreza ta odbywała się tylko na Grodzieńszczyźnie, przy Kanale Augustowskim, w okolicy śluzy „Dąbrówka”. Jednak przy wsparciu Urzędu Miejskiego w Augustowie, augustowskich placówek kultury oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego, festiwal ten już po raz trzeci przekroczył granicę białorusko-polską i odbywa się także po polskiej stronie, w zielonej scenerii augustowskich jezior.

Jak zawsze imprezie tej patronuje po obu stronach granicy wiele instytucji, organizacji pozarządowych oraz media.

Dzięki białoruskim i polskim przyjaciołom, (zwłaszcza tym ze Stowarzyszenia Pomocy „Rubież” , z siedzibą w Białymstoku) w tym roku i my, Polacy z Berlina mieliśmy okazję poczuć atmosferę tej festiwalowo-festynowej zabawy. Pojechaliśmy we trzech, Andrzej, Jurek i ja.

kanalaugu (1)

Naszą podróż rozpoczęliśmy dwudziestego sierpnia w Białymstoku. To z tego miasta wczesnym porankiem, wraz z grupą działaczy i wolontariuszy Stowarzyszenia, autokarem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy Polski, gdzie, po obu stronach, odprawieni zostaliśmy szybko i bez jakichkolwiek niemiłych zdarzeń. Wielką niespodzianką natomiast był wjazd do Grodna. Zostaliśmy powitani przez przewodniczącego tutejszego oddziału Związku Polaków na Białorusi, Kazimierza Znajdzińskiego, jak nakazuje polska tradycja – chlebem i solą. Po ceremonii powitania udaliśmy się w dalszą drogę, bezpośrednio do położonej pośród pięknych lasów, nad kanałem, wspomnianej już wcześniej śluzy „Dąbrówka”.

kanalaug (3)

Czym jest Kanał Augustowski? Kiedyś był to gospodarczy szlak wodny łączący Polskę i Białoruś. Dzisiaj jest to prawdziwa perła Europy wśród turystycznych szlaków wodnych.Powstał w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku i łączy dopływy Wisły z Bałtykiem poprzez dopływy Niemna. Ma sto dwa kilometry długości. Posiada osiemnaście murowanych śluz, które umożliwiają pokonywanie różnicy poziomów wynoszącej pięćdziesiąt cztery metry. Ten jakże cenny zabytek co roku przyciąga tysiące kajakarzy. Kanał łączy nie tylko wody i krainy, ale też, przede wszystkim – ludzi. Sprawia, że mieszkający nad jego brzegami obywatele różnych narodowości spotykają się, by, jak co roku, wspólnie śpiewać, tańczyć, odnowić stare przyjaźnie.

Festiwal rozpoczął się przemarszem barwnego korowodu białoruskich, litewskich i polskich zespołów folklorystycznych, ku zadowoleniu licznie zgromadzonej, przybyłej na występy publiczności.

kanalaugu

Oficjalnego otwarcia dokonał wicegubernator Obwodu Grodzieńskiego. Pozdrawiając wszystkich, wyraził nadzieję, że w przyszłości festiwal być może będzie nie tylko okazjonalnie łączył przygraniczną ludność, ale stanie się imprezą dostępną dla każdego kto, kocha folklor i dobrą zabawę. Wiele ciepłych słów padło i z innych ust, głos zabrali bowiem: prezydent Augustowa, Konsul Generalny RP w PGrodnie , a także przedstawiciel konsulatu litewskiego. Wszyscy oni wyrażali nadzieję, nadzieję na wolną od granic i przyjazną tę część Europy.

Warto wspomnieć o wystąpieniu prezesa Stowarzyszenia Pomocy „Rubież”, Józefa Kulikowskiego, który przypomniał o genezie powstania festiwalu, o ciężkiej pracy wielu osób zarówno ze strony polskiej jaki i białoruskiej, dla urzeczywistnienia tej pięknej inicjatywy kulturalno- społecznej, jaką jest Festiwal Trzech Kultur, nad Kanałem Augustowskim.

kanalaug (2)

Na zakończenie oficjalnych wystąpień, w imieniu naszej skromnej, berlińskiej delegacji, i ja zabrałem głos, wspominając nieco o naszej wspólnej, polsko-białorusko-litewskiej przeszłości. Używając przenośni, porównałem, uczestników jak i gości imprezy do postaci Adama Mickiewicza, poety trzech kultur, piszącego po polsku o Litwie, wysławiającego piękno białoruskiej krainy, marzącego o szczęśliwym życiu w wolne j, „jak bracia pospołu” Ojczyźnie.

A potem rozpoczęła się prawdziwie sielankowa zabawa. Na scenie ze śpiewem, tańcem, muzyką prezentowały swój kunszt zespoły folklorystyczne. Wokół sceny, nad brzegami kanału, na porozstawianych straganach podziwiać można było okoliczne rękodzielnictwo, a i kupić co nieco. Place zabaw dla dzieci i dorosłych, stoiska na których regionalna strawa i napitek kusiły do skosztowania, ale przede wszystkim atmosfera jaka tam panowała, na niejednym z nas wywarła niesamowite wrażenie.

„Dąbrówka” tą atmosferą żyła do późnych godzin popołudniowych.

Następnego poranka, przez przygotowane tylko na ten dzień przejście graniczne w Lipszczanach, przejechaliśmy do Augustowa, gdzie w amfiteatrze, nad brzegami jeziora Necko po raz kolejny artyści ze Wschodu mieli okazję zaprezentować się publiczności. Powitani ciepłymi słowami przez prezydenta miasta oraz przedstawiciela Rejonu Grodzieńskiego, zarówno uczestnicy festiwalu, augustowianie, jak też przebywający nad jeziorem goście bawili się wspólnie przy muzyce i śpiewie, do godzin popołudniowych.

Akcentem końcowym był wspólny rejs statkiem po jeziorach , zorganizowany przez władze Augustowa.

Aby takie imprezy służyły łączeniu narodów, z pewnością życzy sobie znakomita większość rodaków. Ale… czy uczymy się, czy uczymy nasze dzieci, tej zwykłej, ludzkiej i nie tylko ojczyźnianej, ale tej ponadnarodowej jedności…?

Berlin, 24.08.2016