Gdzie jest ten dom…

Krystyna Koziewicz

Czas nie zaciera śladów

A dom wciąż stoi…

i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.”

Zwłaszcza, że czas nieubłaganie pędzi i z każdym krokiem, jak to mówią, ”zbliża nas do wieczności”…

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

Dzisiaj myślę o tym z wielkim sentymentem i czułością, a moje wewnętrzne dziecko przeżywa renesans.

Przewrotność losu… A może dar?

Tak się złożyło, że los rzucił mnie do miasta. Najpierw do Opola czyli stolicy polskiej piosenki, a gdy już byłam na emigracji, zamieszkałam w stolicy kraju graniczącego od strony zachodniej z Polską. Jakby na to nie patrzeć – miasto odebrało mi zieleń, która w dzieciństwie była moją oazą. To, co wypełniało całą prawie moją życiową przestrzeń, tu, w mieście, znajdowało się zaledwie pomiędzy blokami mieszkalnymi albo w parku. Czy moim losem rządził bardziej przypadek, że tak się stało, czy konieczność? Może tak właśnie miało być?! Może to przeznaczenie?! Sama nie wiem… Ale wiem na pewno, że nie wolno licytować się z losem, bo ponoć to, co zostaje nam dane, należy przyjąć takim, jakie jest, bowiem życie to szkoła pokory.

W moim berlińskim mieszkaniu sporo na regałach pamiątek, ale najważniejsze są fotografie mamy, dzieci, wnuczek… Mam ich na wyciągnięcie ręki i czuję, jak płynie od nich dobra energia, a zło tego świata przestaje mnie dotyczyć. Są przy mnie i we mnie, ale czasem to za mało. Chciałoby się ich dotknąć, przytulić… Ale to niemożliwe, więc uciekam we wspomnienia, bo tam są naprawdę.

Śladem wspomnień…

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

Rozmaite drogi prowadzą do wsi, gdzie znajduje się NASZ dom, ale ja zazwyczaj wybieram jazdę autobusem. To wielki komfort, móc rozsiąść się przy „panoramicznym” oknie i do woli kontemplować mijane widoki, przydrożne kapliczki i krzyże, wieże kościelne, mosty, rzeki….

Trasa wiedzie przez Śląsk i Małopolskę – region bogaty w bujną zieleń lasów i łąk, a więc to, co kocham od zawsze.

W tych stronach czuję, że jestem u siebie. Inaczej niż na obczyźnie, gdzie jestem wygnańcem bez ziemi, bez cioci, wujka, brata, kuzynki, bez pola, ogrodu i łączki…

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Coroczne spotkania z krewnymi ojca i mamy są dla mnie bezcennym źródłem wiedzy o czasie, który bezpowrotnie minął. Siostra mamy lubi opowiadać o swoich przeżyciach z lat wojennych i powojennych, także o skomplikowanych losach mojego taty i mamy. W ten oto sposób dowiedziałam się, że w czasie okupacji moi rodzice ukrywali w piwnicy Żydówkę. Narażali tym samym życie, a przecież ponad tym!
Po wojnie jak przez mgłę pamiętam przychodzące do nas paczki z Izraela. Dopiero teraz kojarzę, że mógł to być gest podzięki tej OCALONEJ. To jedna z wielu tajemnic, które rodzice skrzętnie przed nami skrywali. Inne odkrywam przypadkiem i chowam na dnie serca, by nikt mi ich nie odebrał. Nie wiedziałam na przykład, że mój ojciec urodził się w Ameryce. Przyjechał do Polski z rodzicami w odwiedziny i wybuch II wojny światowej uniemożliwił im powrót za ocean. Szczegółów tej sprawy nie znam, ale oczami wyobraźni widzę to, co mogło się wtedy dziać… Wszystko to wchłaniam jak gąbka wodę i obiecuję sobie, że następnym razem zrobię wszystko, by dowiedzieć się tego, czego jeszcze nie wiem.

Z ciotkami i kuzynkami czas upływa w przyjaznej atmosferze; śmiejemy się, opowiadamy sobie o sukcesach, radościach, żalach i planach na przyszłość. Jak zwykle, gdy tu przyjeżdżam, zakotwiczam się u brata. Ma fantastyczną żonę, gościnną i pełną poczucia humoru. W ich domu czuję się znakomicie. Wybudowali go w Krynicy Dolnej nad strumykiem, gdzie łaziłam sobie po krystalicznie czystej wodzie oddając się marzeniom. Teraz wody tyle co na lekarstwo i przerażenie mnie ogarnia, gdy patrzę jak nie tylko ta rzeka ale w ogóle rzeki znikają nam z oczu.

Uwielbiam wylegiwanie się na trawie i pogaduszki z bratem przy piwku. Łączy nas sentyment do domu, który nas wykołysał i wykarmił. Nie ma końca wspomnieniom. Często też, kiedy domownicy wybierają się do pracy, ruszam w drogę z aparatem w ręku odwiedzić ciocię w Grybowie, wujka w Kąclowej, kuzynkę na Równiach i dom w Białej Wyżnej.

Odwiedziny u ciotki, która od urodzenia mieszka w naszej CHAŁUPIE, są mi najbliższe, bo przecież to miejsce mojego dzieciństwa. Nie można tam dojechać ani samochodem ani rowerem, więc nie pozostaje nic innego, jak dreptanie na piechotę, co zresztą uwielbiam! Dawniej ciężko było stąpać po wyboistej, pełnej kamieni dróżce, dzisiaj to przyjemność, chociaż, przyznam, niekiedy dostaję zadyszki. Młoda już nie jestem (duchowo, a jakże!) a tu trzeba się wspiąć, tu coś przeskoczyć, równocześnie łapać oddech i równowagę… Oj, nie jest łatwo! By dostać się na drewniany mostek, pod którym płynie rzeczka – Białka, trzeba przecisnąć się przez krzaki, co już mniej mi się podoba. Jej kamieniste koryto w niczym nie przypomina rzeki. Zarośnięte jest dziką roślinnością, a wody w nim tyle co na lekarstwo. Ale dawniej bywało groźnie, bo ta, zdawałoby się, niepozorna „żmijka” siała postrach wśród okolicznych mieszkańców. Wystarczyły tylko trochę obfitsze opady, a wylewała i podtapiała wszystko, co napotykała na drodze. Gospodarze w takich chwilach zapalali w oknach gromnice, by w magiczny sposób oddalić od siebie niebezpieczeństwo powodzi.

Jako dziecko chlapałam się w niej nieustannie i wygrzebywałam kolorowe kamyczki do gry w kostki. Było tak fajnie… tak spokojnie i bezpiecznie…

Po drodze mijam już nie jakieś tam chatki-bidule, ale wymyślne architektonicznie murowane domy z tarasami, balkonami, wysokimi płotami, ogrodami pełnymi drzew owocowych, warzyw i kwiatów. Z podwórek dochodzą znane mi gdakania kur, pianie kogutów i szczekanie psów. Odbieram ową bliskość zwierzęcego towarzystwa jak swoiste powitanie. Jeszcze chwila, a stanę oko w oko z przeszłością. Jeszcze tylko parę kroków i… jestem!

Ot, stoi sobie samotnie ten mój poczciwy „staruszek-dom”, który z racji sędziwego wieku jest nieco pochylony, jakby chciał się położyć na zielonej trawie i wreszcie odpocząć… Wisząca na sznurach pościel i dymiący komin upewnia mnie, że zastałam ciotkę w domu. Zanim zapukam do drzwi, muszę przejść koło drewnianego płotu oplecionego pędami fasoli i grządek, gdzie aż nos wykręca od unoszących się w powietrzu koperkowo-cebulowo-pietruszkowych aromatów. Wokół chałupy, jak za dawnych czasów, zalegają sterty porąbanego drewna do palenia w piecu. Na pierwszy rzut oka widać, że czas w tym miejscu dawno się zatrzymał…

chalupaTu mieszkałam…

W CHAŁUPIE mieszka ciotka Helena. Gdy rodzice się wyprowadzili, Ciotka zostawiła w świętym spokoju wyposażenie domu. „Żadnych przemeblowań!”- oświadczyła. Być może dlatego, by graty przy przesuwaniu rozleciały się w drobny mak. Owszem, jest czysto, dużo kwiatów na oknie, ale jakoś bardzo ubogo i smutno. Aż serce ściska z żalu….

Ciotka okazuje zaskoczenie i zakłopotanie zarazem. Czuje się niezręcznie, „nie ma nic do poczęstowania”… Uspokajam ją, mówiąc, że nie oczekuję wielkiej gościny, chcę tylko popatrzeć na okolicę, dotknąć mebli w izbie i usiąść przy stole w kuchni. Jak zwykle kieruję rozmowę ku przeszłości, bo to mnie interesuje, a wiem też, że i ciocia uwielbia te pogaduszki. Mam czasem nawet wrażenie, że kiedy zaczyna wspominać, w sekundzie młodnieje…

Przyznaje, że ona i całe jej siedlisko oderwane jest całkowicie od cywilizowanego świata, ale już się z tym pogodziła. „Czy tak do końca?” – myślę. Przecież dostrzegam w jej oczach skrywany żal… Robi mi się smutno i nie wiem, co zrobić, bym nie musiała udawać.

Wiem dobrze, że ciotka nigdy nie pracowała. Utrzymywała się jedynie z roli, stąd brak renty. Dni spędza na pracy w ogródku, bo to jej jedyny żywiciel! W przeszłości było łatwiej, chowała krowę, świnię i kury, ale pieniędzy i tak wystarczało tylko na podstawowe potrzeby. O remoncie domu czy wyposażeniu go w przedmioty ułatwiające prace domowe mogła tylko pomarzyć. A przecież, mimo tej wielkiej biedy, to właśnie dzięki ciotce cała ojcowizna przetrwała.

Ciotka nie wyrzuciła mebli, a w sieni wciąż stoją te same miski do mycia i te same wiadra na wodę. Swego blasku nie straciły też wiszące w kuchni makatki z wyszytymi słowami: „Gość w dom, Bóg w dom”. Nad piecem węglowym rozpoznaję mamusine chochle do zupy, warząchwie, wieszak na pokrywki, garnki, a nawet metalowe kubki. Są chwile, że nie mogę uwierzyć w to, że te przedmioty wciąż istnieją. To, że są i ja je pamiętam, jest świadectwem mego istnienia w tym miejscu. To takie nieprawdopodobne! Właściwie, to powinnam ciotkę pod niebiosa wychwalać i nagrodzić za to, że choć nieświadomie, ale jednak… uchroniła pamiątki rodzinne, które inni mogą dzisiaj oglądać jedynie w skansenach. Ja nie muszę!

Chciałoby się tu istnieć bez reszty…

Aż trudno pojąć, ile ten dom mieści w sobie przeżyć i wspomnień…

W moim maleńkim domu były zaledwie dwie izby. W tej dużej, gdzie spali rodzice, wciąż stoją te same drewniane łóżka, a na nich puszyste pierzyny i wielgachne poduchy. Sienniki pachną świeżutkim sianem… „To z tegorocznych zbiorów” – mówi ciocia, a ja odgrzebuję w pamięci ten zapach sprzed lat i widzę, jak nieustannie toczyłam z rodzeństwem walkę o to, kto dostąpi zaszczytu spania u boku taty i mamy. Kto miał pecha, musiał spać w izbie, która nie była ogrzewana.

Nad łóżkiem, w tym samym miejscu co przed laty, wisi portret ślubny rodziców. Zdjęcie mocno retuszowane, ale bardzo bliskie memu sercu, bo zatrzymało w czasie chwilę szczęścia rodziców. Niestety, nie było dane jej trwać, rodzice rozeszli się, gdy najmłodszy brat miał trzy, ja siedem, a najstarszy trzynaście lat. Ojciec był surowy, już na ślubnym zdjęciu widać tę surowość, natomiast mama była piękna i wygląda na oazę spokoju. Miała 18 lat, kiedy wychodziła za mąż, za wdowca z dwojgiem dzieci. Na głowie pełnej fantazyjnych loków miała koronkowy welon przepasany wiankiem mirtowym, co zgodnie z tradycją miało oznaczać, że wstępuje w związek małżeński jako niewinna panienka. Nigdy nie zapytałam mamy, czy za wiankiem mirtowym kryła się prawda…

W pokoju zachowało się duże lustro, w którym jako dziewczynka przeglądałam się i stroiłam śmieszne miny. Lustro odbijało moje wydumane role, które próbowałam grać. Lubiłam te przebieranki i udawanie to lekarza, to sklepowej, a czasem nawet zakonnicy. Byłam wtedy w swoim żywiole!

Na ścianach, tuż obok łóżka, nadal wiszą obrazy święte, przed którymi każdego wieczoru odmawialiśmy pacierz. Z boku izby wciąż stoi ciężka trzydrzwiowa szafa, którą ojciec zamykał, a klucz chował w kieszeni spodni. Zawsze ciekawiło mnie, jakież to skarby skrywa, ale ojciec nikomu nie pozwalał tam zaglądać. Tylko czasami udawało się nam ukradkiem zerknąć przez dziurkę od klucza, ale nic poza ułożoną w kostkę pościelą, koszulami i ubraniem rodziców ojca nie odkryliśmy. A szkoda, bo lubiłam tajemnice…

Na jednej ze ścian wciąż stoi ten sam piec do którego przytulałam się, by ogrzać zmarznięte ręce i plecy, kiedy za oknem szalała śnieżyca. Nie do wiary, że jeszcze działa! Tuż za szafą mieści się okno, do którego nigdy nie było dojścia, ponieważ drogę zagradzał stolik z kwiatami, a na środku izby ciągle stoi kwadratowy stół z białym obrusem i czterema krzesłami. Na stole świecznik metalowy i krzyż z Chrystusem. Wspomnę jeszcze zimną izbę, która była najbardziej ponurym pomieszczeniem. Mieściła w sobie stare, zawilgocone kanapy i dlatego mało kto lubił tam przebywać. Niewiele się pod tym względem zmieniło. Obydwie izby nadal przedziela sień, gdzie stoją wiadra, skrzynie, worki, kosze na warzywa, owoce, węgle i odpadki. Cioci to nie przeszkadza i nie chce niczego zmieniać. Mnie też to nie przeszkadza. Jakże by mogło, przecież to moje miejsce w którym żyłam…

Każdy ma swoją prawdę…

No cóż, lubię ten dom, który mnie wykołysał i wykarmił. Nieustannie do niego powracam i powracać będę, jak długo to będzie możliwe, bo dla mnie to ważne, by wciąż czuć oddech przeszłości.

Tutaj są moje korzenie i mimo tego, że nie mieszkam w tym domu od ponad 50 lat, to miejsce wciąż wiele dla mnie znaczy.

Jestem wdzięczna cioci za to, że uratowała NASZĄ CHAŁUPĘ od zapomnienia, a losowi, że wciąż pozwala mi na powroty, których nigdy nie mam dość. Bo kiedy tu jestem, cieszy mnie wszystko i chce mi się żyć. Krewni nie podzielają mojej fascynacji, mi to jednak nie przeszkadza. Wciąż przeżywam radość i podziwiam nawet to, co dla innych jest brzydkie.

„A co, u was nie ma ładnych widoków”? pytają czasem miejscowi.

krysia i chalupa

Z obserwatorium zwykłej baby…

Krystyna Koziewicz

Ten pierwszy raz

Moja jesień życia upływa często na przywoływaniu wspomnień z przeszłości, wtedy gmeram w pamięci, która przepuszcza życie przez sito i zostawia tylko to, co sama uznała za szczególnie ważne. Tym niemniej – przeżyte chwile nie giną, niektóre ślady znikają na długo, ale nigdy nie wiadomo, kiedy i dlaczego wybudzą się z przeszłości? Im odleglejsze są wspomnienia, tym częściej retuszują przykrości naszego życia i jest to bardzo dobre dla higieny mózgu. Ta sama zasada sprawia, że przyjemności są przekoloryzowane i całe szczęście, bo przynajmniej jest się z czego cieszyć.

Tak to niekiedy jest, gdy w głowie pojawia się uparta myśl o kimś lub o czymś. Za każdym „słowem” kryje się jakieś „ty” a wraz z nimi przeżycia.

Koniec wstępu!

O tej porze roku, kiedy zimowe miesiące nie zachęcają do dłuższego wychodzenia z domu, wtulamy się w ciepły kocyk i jeśli nie czytamy książki czy gazety, to oglądamy telewizję albo po prostu rozmyślamy, o czasie teraźniejszym i tym przeszłym. Przyszłość bywa zawsze pod znakiem zapytania, lepiej więc o niej w dzisiejszych niespokojnych czasach nie myśleć!

W lutym młodych ludzi ogarnia szaleństwo z powodu zbliżających się Walentynek, dnia świętego Walentego – czyli święta zakochanych. Nasze pokolenie ma raczej dystans to tego dnia, natomiast młodzi już nie. Owszem, co niektórzy mężczyźni są trendy kupują swojej ślubnej czy przyjaciółce prezencik lub wręczają serduszkowce co nieco. Wszak nie wypada samemu nie wręczać, kiedy wokół biegają po mieście panie i panowie z bukiecikami.

Ulegając czarowi święta zakochanych, zaczęłam szperać we wspomnieniach i tak oto przypomniałam sobie mój pierwszy pocałunek, moje pierwsze przejawy zakochania.

Wspomnę tylko, że dawniej było całkiem inaczej. Na randki chłopak przychodził zawsze z jakąś miłą niespodzianką, rzadko z gołą ręką. Gdzieś tam w zanadrzu, za plecami skrywał niespodziankę w postaci zerwanego po drodze kwiatka lub zakupionej w kwiaciarni różyczki. Oficjalnie nie witano się całuskami, ten intymny akt był skrywany i zarezerwowany wyłącznie dla dwojga ludzi. Publiczne całowanie się było mocno piętnowane, bo co by ludzie powiedzieli? – powtarzała moja babcia.

I tak odtwarzając obrazy z młodości przypomniałam sobie mój pierwszy pocałunek i właśnie o nim postanowiłam napisać na Blog Ewy z okazji Św. Walentego – patrona zakochanych.

Może to temat niepoważny dla mego wieku, ale co tam? Przecież ten dzień trąci słodkim infantylizmem, nieprawdaż?

Wracajmy do wspomnień…

A było to tak! Każdego roku na wakacje jeździłam do babci Ani na wieś. W roku pierwszego zakochania miałam 13 lat. Do sąsiadów za płotem przyjechało dwóch studentów z Krakowa, którzy często grywali w piłkę. Jak to z piłką często bywa, wpadła nie tam gdzie była wyznaczona bramka, a daleko obok. No i wpadła do babcinego ogródka, początek naszej znajomości rozwiązał więc sam przypadek, los można by rzec. Od tego momentu zaczęła się nasza wspólna wakacyjna przygoda. Razem chodziliśmy do lasu na jagody, kąpaliśmy się w rzece, zrywaliśmy porzeczki, czereśnie, wiśnie lub godzinami przesiadywaliśmy na ganku.

Ich było dwóch, a ja jedna. Mieli to samo imię – Andrzej.

Pewnego razu pojawił się w naszej zagrodzie tylko jeden Andrzej, ten wyższy, bo mniejszy poszedł do miasta na pocztę. Siedziałam na długich belach drzew. Rozweselony kolega dosiadł się, chyba trochę zbyt blisko. Dziwnie się zachowywał, za bardzo kierował wzrok prosto w oczy i wcale nie wyglądało na to, że chodzi mu o kolor. Patrzył zupełnie inaczej niż zwykle. Wtedy po raz pierwszy poczułam w sercu coś takiego jak zauroczenie. Wstydziłam się jednak dać odczuć, by się nie kapnął.

Nie pamiętam, bym do tego czasu patrzyła na chłopaka takim wzrokiem. Przysuwał się do mnie coraz bliżej i bliżej, aż w pewnym momencie o mało nie wylądowałam na trawie. Zabezpieczając mnie przed upadkiem, chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie, cmokając w prosto w usta. No i stało się to, czego się najmniej spodziewałam. Zaczął mocno przyciskać usta, że brakowało mi tchu. Wystraszona, przerażona wyrwałam się w jego rąk, bo zrobiło mi się strasznie gorąco, a usta zaczęły rozgrzewać się, jak farelka. Szybko pobiegłam do pokoju, sprawdzając w lustrze, czy czasem babcia nie zmiarkuje, co zrobiłam? Na szczęście nie było śladu. Przyjemność jednak odczuwałam i to sobie na zawsze zapamiętałam…

krysia-buziakiDrugi Andrzej był mniej śmiały, choć wyczuwałam, że był mną bardziej zainteresowany. Po wakacjach tylko z tym drugim kontynuowałam znajomość, a przetrwała ona okres szkoły średniej aż do ukończenia studiów.

Zasypywał mnie listami, od czasu do czasu odwiedzał mnie w internacie, akademiku. Byłam nawet na świętach u jego rodziców, ale nie wyszła nam nasza wspólna przyszłość. Po tej wizycie kontakt urwał się prawie na pół wieku.

To jeszcze nie koniec naszej historii.

Traf chciał, że dwa lata temu brałam udział w warsztatach niedaleko Krakowa. Napisałam na stary adres wiadomość, że będę w tych i tych dniach tam i tam. Czas mijał, a on się nie pojawiał.

Przyszedł jednak! Byłam w holu na przerwie. W pewnym momencie podszedł do mnie nieznany mi mężczyzna, pytając, czy wiem, gdzie jest pani… i tu wymienił moje nazwisko. Kiedy oznajmiłam, że to ja, zaraz po oczach rozpoznałam dawnego Andrzeja. Oczywiście ucieszyłam się ze spotkania, on chyba też?

Początek naszej rozmowy nie kleił się, ale po chwili wszystko było po staremu. Dużo opowiadaliśmy o swoim udanym i nieudanym życiu. Przyznał sie, że byłam w jego życiu tą jedyną, z którą chciał się ożenić. Po tym wyznaniu cały dzień miałam z „głowy”, podekscytowana rozmyślałam o moich życiowych wyborach. Było… minęło…

***
Wracając wspomnieniami do pierwszego pocałunku, z ciekawości zapytałam znajomych, co oni przeżywali i co z tego zapamiętali? Otóż, znajoma mając 11 lat bawiła się na podwórku z kolegą Marynkiem. Mieszkali w tym samym bloku, więc często razem wracali do domu. Któregoś razu niespodziewanie przycisnął ją do siebie i pocałował w usta. Wystraszona, szybko pobiegła do mamy i z drżącym głosem zapytała, ”czy się z tego urodzi dziecko, bo mnie Marynek pocałował?”

Z kolei kolega Marek mając 14 lat grywał z koleżanką szkolną w ping ponga. Po jakimś czasie dziewczyna zaczęła częstować go ciastkami, czekoladkami, sokami owocowymi. Wieczorami siadywali razem na ławce. Pewnego razu nieoczekiwanie usiadła mu na kolanach i zaczęła go namiętnie całować. Jak sam powiada – było mu wtedy tak bardzo przyjemnie, że od tej pory gnał na spotkania, by zażywać rozkoszy pocałunków.

Całkiem odmienne odczucia przy pierwszym pocałunku miał znajomy – Władek. Nie odczuwał żadnej przyjemności. Wręcz odwrotnie, już od samego początku ogarnęło go obrzydzenie. Od tej pory unikał kobiecych ust jak diabeł święconej wody. Czasami tylko, jeśli bardzo zależało mu na kobiecie, zmuszał się do całowania, ale za każdym razem mocno wycierał usta. Niechęć do całowania w usta pozostała mu do dzisiaj.

Zapytałam jeszcze innych, ale twierdzili, iż nie było to dla nich nic szczególnego, byli raczej wystraszeni po szybkim i krótkim akcie cmoknięcia. Wystraszeni, każdy uciekał w swoją stronę.

Trudno się dziwić, że nie wszyscy pamiętają swoje pierwsze uniesienia, ale jeśli macie ochotę się nimi podzielić, to proszę bardzo…

***

Dwa PS od Redakcji

1/ Krysia zapytała i mnie o pierwszy pocałunek – niestety ze wstydem muszę przyznać, że nie mam pojęcia z kim i kiedy. Podejrzewam, że mogło to się zdarzyć na opisanej TU prywatce. Natomiast bardzo dobrze pamiętam pierwszego chłopaka, w którym się zakochałam. Miałam cztery lata, a on się nazywał Andrzej Jagodziński! Pamiętam jak dziś! Siedzieliśmy w przedszkolu na podłodze i turlaliśmy do siebie piłkę. Andrzej miał ciemne włosy i ciemne oczka. 

2/ Farelka – Krysia użyła słowa farelka, a ja myślałam, że to jakiś jej śląski regionalizm, tymczasem Wikipedia podaje po prostu, że jest to termowentylator.  No proszę.

 

Czego nam brakuje?

Krystyna Koziewicz

Widzia(l)ni od święta     

“Żadna ludzka istota nie może przeżyć bez ludzkiej wspólnoty.”
Dalaj Lama

Grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu – rozpoczyna się nieustające święto zakupów: na Mikołaja, „na gwiazdkę”, „pod choinkę”, na Sylwestra, a potem Nowy Rok. Dawać to nie znaczy tracić, a zwyczaj wzajemnego obdarowywania się, to chwila spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia w wieku 8 lat napisała w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega Asi powiedział mamie, by „Mikołaj” wszystkie prezenty zaniósł do rodziny, gdzie zmarła matka i ojciec samotnie wychowuje czwórkę dzieci. Sąsiadka z bloku raz do roku przynosi z poczty stosik przekazów i wysyła pieniądze potrzebującym, przeważnie z Afryki. Inna znajoma (nota bene nazywam ją potocznie „świętą Marią”) napotkanym na ulicy czy w metrze bezdomnym wkłada do ręki po 10, 20 euro. Sąsiad z mojego piętra w przeszłości, jak tylko widział moje wnuczki z Polski, obsypywał je słodyczami, a św. pamięci sąsiad turecki – właściciel piekarni – koło stacji metra rozdawał ludziom w potrzebie pieczywo, nie jakieś tam czerstwe, a świeżutkie pachnące bułeczki. Moja koleżanka, Ola, zbiera ciepłe ubrania dla bezdomnych, wydzwania i prosi o puszki, kalesony, rajstopy, skarpety. Przyjaciel niemiecki opiekuje się trzema samotnymi osobami, jedna z nich, sąsiadka, porusza się na wózku inwalidzkim, druga mieszka w domu opieki – tej czyta książki i co najmniej dwie godziny poświęca na rozmowy. Trzeciego – kolegę z demencją – odwiedza regularnie pomimo braku kontaktu słownego („porozumiewamy się wzrokiem” – mówi). Utrwaliło mi się jego credo życiowe: „niepotrzebne byłyby domy starców, gdyby każdy z nas rozejrzał się i zaopiekował choć jedną samotną starszą osobą”.

Parę lat temu, gdy ciężko zachorowałam, jeden z naszych kolegów, Marek, gdy wyszłam ze szpitala, podrzucał zakupy i wcale nie wyciągał ręki po pieniądze. Któregoś razu, podczas akcji charytatywnej WOŚP-u w Berlinie, wpadł na pomysł, by przy okazji zrobić zbiórkę pieniężną, co wywołało moje oburzenie. Jednak potem, kiedy się głębiej zastanowiłam, doszłam do wniosku, że był to całkiem ludzki odruch. Byłam wtedy faktycznie, na szczęście krótko, w potrzebie, może nie finansowej, ale potrzebowałam chwilowej opieki. Z kolei Magda, pomimo iż sama nie cieszyła się dobrym zdrowiem, codziennie chodziła do śmiertelnie chorej koleżanki i nie zostawiła jej aż do śmierci. Nie zapomnę też gestu Urszuli, która na wieść, że zginął mi trzeci rower, natychmiast podarowała mi całkiem nowy, jeszcze zapakowany w folię. Także Marianna, wiedząc, że moje dzieci w Boże Narodzenie przebywają za Oceanem, zaprosiła na Wigilię, bym nie czuła się w tym dniu samotna.

W listopadzie na dworcu głównym w Berlinie pokazano wystawę – portrety bezdomnych Unsichtbaren (Niewidzialni) i ich historię. Byłam tak wstrząśnięta dramatem ludzkim, że od tej pory inaczej spoglądam na cuchnących pasażerów metra, śpiących na ławkach w parku, czy żebrzących na ulicy.

niewidzialniFoto Autorka

Wydaje mi się, że społeczeństwo niemieckie jest szczególnie zaangażowane, wiele osób wspiera tu akcje charytatywne. W Berlinie powszechnie znana jest wigilia dla ubogich, organizowana przez piosenkarza Franka Zandera. Od lat śledzę reportaże z tej bodaj największej akcji charytatywnej. Raz do roku bezdomni są gośćmi ekskluzywnego hotelu, gdzie znani artyści, politycy, biznesmeni serwują im klasyczne niemieckie danie wigilijne: gęś z kluskami i czerwoną kapustą. W tym dniu każdy uczestnik kolacji otrzymuje ciepłą odzież, może skorzystać w hotelu z prysznica, przychodzą fryzjerzy, żeby na życzenie obciąć włosy, piwo i papierosy są za darmo, podczas kolacji gra jakiś znany zespołu muzyczny. Raz do roku nie są niewidzialni. Może więc są nawet szczęśliwi.

Inna równie znana akcja charytatywna, to impreza na rzecz dzieci „Ein Herz fuer Kinder” oraz Gala Jose Carrery. Obecność znanych gwiazd show biznesu na koncercie ma zwrócić uwagę opinii publicznej na problem biedy, a tym samym wywołać większe zaangażowanie społeczeństwa w akcje zbiórek dla potrzebujących.

Na uznanie zasługuje fakt, że często są to prominenci. To przeważnie artyści pochylają się nad tragicznym losem wielu dzieci, które bez naszej pomocy nie mają szans na godne życie i na wyzdrowienie. Dzięki Bogu, że udaje się chociaż częściowo poprawić los ludzi w potrzebie, o czym donoszą media. To, co czynią artyści, czy zwyczajni ludzie, jak Marek, Ola, Ula, Helmut, jest „maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym co nadaje znaczenie twojemu życiu” – powiedział Albert Schweitzer

Gramy dla ...W polskich kręgach polonijnych od 12 lat odbywają się również koncerty charytatywne, do najbardziej popularnych zalicza się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Od trzech lat funkcjonuje też „Gramy dla…”, berliński projekt organizowany przez grupę ludzi o wielkim sercu. Impreza stopniowo zyskuje swoich zwolenników, w tym roku nie powinno być gorzej – myśleli organizatorzy. Spodziewali się większego niż w poprzednich latach zainteresowania. Specjalnie na tę okazję przyjechał wybitny muzyk Józef Skrzek, atrakcyjny repertuar piosenek przygotował berliński zespół muzyczny Harald’s Session Band. Kogo tak naprawdę zainteresował koncert charytatywny „Gramy dla…”? Nielicznych. Niewiele osób przyszło, więc i w skarbonce ledwo dno zakryte. Nie wiem, co powiedzieć? Indywidualnie potrafimy pomagać, natomiast z publicznymi zbiórkami różnie to bywa.

szklana skarbonkaFoto Autorka

Dlaczego o tym piszę? Bo lepiej by było, żeby takie akcje odbywały się przez cały rok, a nie tylko w grudniu, żeby więcej było w życiu codziennym takich osób jak Marianna, Ula, Helmut czy organizatorzy “Gramy dla…”

To wielki dar od losu, że DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi kryje się radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji wzbogacamy samych siebie, otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

***

EMS: Autorka poprosiła, bym uzupełniła jej tekst własnymi przykładami. Podzielę się dwoma refleksjami.

W tym roku dwukrotnie zbierałam pieniądze dla Ukrainy, raz dla młodej uciekinierki z majdanu we Lwowie, która bez grosza przy duszy wylądowała zimą w Warszawie, raz, by przekazać zebrane pieniądze do Krzemieńca, skąd od razu zostały wysłane dalej – na front. Zwracałam się do różnych moich znajomych, i tych dobrze, a nawet wspaniale, sytuowanych, i tych niezamożnych. Wsparcie dostałam przede wszystkim od artystów i ludzi kreatywnych, częstokroć takich, którzy sami ledwie wiążą koniec z końcem bądź żyją z zasiłku, a wręcz deklaratywnie zabrakło go ze strony ludzi zamożnych, przedsiębiorców, biznesmenów… Oczywiście, bywamy dobrzy, ale im się nam lepiej powodzi, tym mniej w nas tej dobroci. Tym częściej jesteśmy skąpi i bez serca.

Jakiś czas temu zwróciła moją uwagę notatka na Facebooku, o tym, że ktoś okazał dobre serce i kupił jedzenie bezdomnemu pod Tesco. Rzecz wydawała mi się chwytem marketingowym. Napisałam o tym TU. 9 grudnia pojawił się na Facebooku podobny wpis, tym razem z Będzina. Wpis opowiada identyczną historię, mam wrażenie, że nawet w podobnych zdaniach i z użyciem podobnych chwytów stylistycznych i słów. Podobne słowa powtarzają się też w komentarzach, zdecydowanie przeważają szacun i szacunek.

mateuszkobusTen wpis został ponad 46 tysięcy razy zalajkowany i ponad 17 tysięcy razy podzielony. Teraz już jestem pewna, że nasze spontaniczne (na pewno spontaniczne!) lajkowanie i dzielenie się tym wpisem zostało wywołane akcją jakichś agencji marketingowych na zlecenie wielkich sklepów spożywczych. Nadal tylko nie wiem, jaka tu jest opcja startowa, bo są trzy.

To może być autentyczne działanie z porywu serca, wykorzystane przez maszynę marketingową bez wiedzy i zgody osób dokonujących dobrego uczynku;

może  być to współpraca ofiarodawców ze specjalistą ds marketingu, co by znaczyło, że ofiarodawcy zostali zapytani przez koncern o zgodę na wykorzystanie ich działania i wpisu na Facebooku;

ale może to być również wspólnie zaplanowane działanie marketingowe.

Czy to ma znaczenie? Nie wiem. Ale jest mi przykro, gdy to widzę. Bo gdybyż ta akcja przełożyła się każdorazowo na kilkadziesiąt tysięcy aktów pomocy biednym, to pal diabli komercję, dokonalibyśmy w końcu jakiegoś znaczącego zrywu charytatywnego. Ale kilkadziesiąt tysięcy lajków? Po co to komu?

Z cyklu: z życia emigranta

Krystyna Koziewicz

O święta naiwności

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Przedstawiona poniżej historia jest kolejnym ostrzeżeniem dla tych, którzy łatwo ulegają czarowi słów wypowiedzianych w kolorach tęczy. Jak łatwo jest zapomnieć, że istnieje ciemna strona życia, w której dobrze prosperują wszelkiej maści spekulanci, kombinatorzy, kryminaliści.

W dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest wpaść w ich pułapkę. Wciąż wydaje się, że jak sam jesteś normalny, to nic złego nie może cię spotkać, a już zwłaszcza ze strony kumpli, czy nawet bliskich znajomych. O święta naiwności!

Jeszcze tak niedawno pisałam o młodej studentce, która miała zagwarantowana pracę w Berlinie. Bez szans na wykazanie się podziękowano jej po 3 godzinach stwierdzeniem „nie nadaje się”, jakby sprzątanie pokoi hotelowych wymagało ukończenia szkoły odkurzania, ścielenia, wymiany ręczników.

Podobnie było z synem znajomej, który od roku przebywał na saksach w USA, miał stałą pracę od pierwszego dnia przylotu. Wyjechał z Polski, by zarobić na modernizacje warsztatu samochodowego. W Polsce banki robiły mu wielką łaskę, latami pielgrzymował za kredytem, przekonywał o potrzebie unowocześnienia zakładu, naznosił piramidę dokumentów zabezpieczających wysokość kredytu. I nic!

Mając w nosie biadolenie rządzących na odpływ kolejnych podatników, wyjechał na saksy i przez rok spokojnie pracował w Baltimore. Łatwo mu nie było, bo wprawdzie zarabiał dobrze, ale nie radził sobie z tęsknotą za rodziną i z samotnością. Myślał o powrocie do Europy, choć pieniędzy nie miał na tyle, by zrealizować zamierzone plany. Okazją do powrotu stały się telefony z Polski od zaprzyjaźnionego kumpla, oferującego natychmiastową, dobrze płatną pracę w Norwegii. Chłopak niewiele się zastanawiał – bez wielkich przemyśleń, kalkulacji, sprawdzenia wiarygodności, poleciał czym prędzej na lotnisko kupić bilet powrotny. Spakował manatki, pożegnał się z pracodawcą, który żałował, że traci dobrego fachowca. Nie pomogły zachęty podwyżki – wyjeżdża i już! Będzie w Europie, blisko do domu, dzieci, mamy…

Radość rodziny i najbliższych była ogromna, trwała jednak bardzo krótko, bo trzeba było jechać dalej, do Norwegii. Tam już czekają, pracodawca wysyła ponaglenia i zapytania, kiedy? Po niecałym tygodniu od przylotu z Baltimore, chłopak ruszył w dalszą drogę z zakupami przekazanymi przez kogoś dla nowego bossa: pełne torby wędlin, kartony z mięsem, ogórkami, kaszą, grochem, herbaty, wory z proszkami do prania. Samochód uginał się pod ciężarem żarcia… sam zaś dla siebie wiózł reklamówkę z wałówką na pierwsze dwa dni i nic poza tym.

promNa miejscu w porcie czekał dziwny łysy mężczyzna, z zadowoleniem odebrał towar, po czym zawiózł do wynajętego pokoju-schowka z dostępem do kuchenki elektrycznej, toalety i prysznica. Na drugi dzień pojechał do firmy. Zobaczył warsztat „widmo”. Rupieciarnia przerobiona ze stodoły bez toalety, wody pitnej, jakiejkolwiek wody.

warsztaty2 Przetarł oczy, czy dobrze widzi. Szok. Szybko okazało się, że wszystko było nielegalne: rzekomy warsztat bez rejestracji, bez pozwolenia na działalność, praca na czarno, na odludziu, gdzie co jakiś czas pojawiał się policyjny wóz. Zrozumiał, że został wmanewrowany w jakieś wielkie świństwo. Mimo to pracował, by przynajmniej odrobić poniesione straty. Po pięciu dniach poprosił o zapłatę. Otrzymał z wielką łaską, niewiele z zarobionych pieniędzy,
ale wystarczyło prawie na styk,
by „dać dyla” z tego miejsca.

warsztaty1A nie było łatwo, wykorzystał jednak moment, że boss na krótko opuścił Norwegię promem, to pozwoliło mu zwinąć manatki i ruszyć w drogę powrotną. Oczywiście powiadomił bossa o rezygnacji i powodach, domagał się reszty zapłaty, ale już nic nie dostał. Uciekł. W tym samym czasie obaj znajdowali się na promie, z tą różnicą, że każdy płynął w przeciwnym kierunku.

Na ostatnich kroplach paliwa dotarł do domu. Stracił dużo kasy, niepotrzebnie wydał na przelot z Baltimore, wyjazd do Norwegii tam i z powrotem.

Ale… Być może ocalił życie, nie wiadomo przecież, jak potoczyły by się losy, gdyby został, gdyby pojawił się groźny boss, który jak się okazało, zajmował się handlem alkoholem, prowadził dziwne interesy, był pod obserwacją policji.

No cóż, nasz pechowiec otrzymał przyspieszoną lekcję pokory i miejmy nadzieję, że nim znowu podejmie jakąś decyzję, pójdzie jednak po rozum do głowy. Za łatwo uwierzył, zwłaszcza koledze, który przecież miał dobre intencje. Jak się potem okazało, także kolega nie wiedział, że to było pośrednictwo przez piątą czy szóstą osobę. Tak to jest, że jeden drugiemu coś poleca, choć sam dokładnie nie wie, co… Coś tam się usłyszy, weźmie szybko informację, nic nie sprawdzi, zaufa i ryzykuje się w ciemno.

Najgorsze jest jednak to, że człowiek myślał, że los się do niego uśmiechnął. Tak, tak los uśmiechnął się… ironicznie, przy okazji drwiąc sobie z jego naiwności!

praca w norwegii

Oooo… oburzeni

Krystyna Koziewicz rozmawia z Ewą Marią Slaską o ruchu oburzonych, jej tekście do szczecińskiego EleWatora i potrzebie protestu mimo wszystko – wywiad miał się ukazać w berlińskiej gazecie Kontakty, ale się nie ukazał. Jest to więc kolejny dowód na to, że instytucja Salonu odrzuconych jest nieustannie potrzebna.

W tym roku po raz 17 zostanie przyznana Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska. Od roku 2013 nosi ona imię Tadeusza Mazowieckiego, w uznaniu dla działalności dziennikarskiej tego zmarłego w październiku 2013 r. działacza na rzecz praw obywatelskich i pierwszego demokratycznego premiera Polski po roku 1989. Nagroda co roku przyznawana jest w kategoriach Prasa, Radio oraz Telewizja, a od tego roku również w kategorii: Dziennikarstwo na Pograniczu. Fundatorami są Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Fundacja Roberta Boscha i sześć regionów partnerskich – kraje związkowe Brandenburgia, Meklemburgia-Pomorze Przednie i Wolne Państwo Saksonia oraz trzy województwa – zachodniopomorskie, lubuskie i dolnośląskie. Nagrodę Dziennikarstwo na Pograniczu ufundowała dodatkowo Brandenburgia. W każdej kategorii nominowano sześć prac, trzy ze strony polskiej i trzy niemieckie. W kategorii nagroda prasowa wytypowano między innymi tekst”Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą” Ewy Marii Slaskiej, opublikowany zimą 2013 roku w czasopiśmie literackim EleWator ze Szczecina. Decyzja, kto z nominowanych rzeczywiście otrzyma nagrodę w swojej kategorii, zostanie ogłoszona na uroczystości w Landtagu kraju związkowego Brandenburgii w Poczdamie 8 maja 2014 roku.
Ewa Maria Slaska już raz otrzymała tę nagrodę, również w kategorii prasa, w roku 2003 za artykuł „Pochwała lumpenproletariatu”, opublikowany rok wcześniej w tygodniku „Newsweek Polska”.

Krystyna Koziewicz – Oburzajmy się i ruch oburzonych – to temat rozmowy z Ewą Marią Slaską

W środowisku berlińskim znana jest jako pisarka, dziennikarka, blogerka, wydawczyni, aktywistka, działaczka społeczna. Czyli, jak sama mówi, „coś w rodzaju szamponu – 17 w jednym”. Bardzo zaciekawił mnie nominowany do nagrody artykuł, w którym Slaska porusza problematykę niesprawiedliwości społecznej. To temat, o którym wciąż się ostatnio mówi, pisze, demonstruje. „Należy położyć kres, dość patologii systemu finansowego” – powtarza papież Franciszek i to samo, choć innymi słowami, powiedział w święta Lech Wałęsa, deklarując chęć powrotu do działalności związkowej w Solidarności.

To o tym mówi Twój konkursowy artykuł…

Tak, to jeden z ważnych tematów, do których wciąż wracam, można by nawet rzec, jeden z moich tematów „życiowych”. Cieszę się więc, że został zauważony przez szacowne gremium, przyznające nagrody. Napisałam ten artykuł dla miesięcznika literackiego EleWator ze Szczecina. Jego redaktorem naczelnym jest dziennikarz i pisarz Konrad Wojtyła. Konrad każde wydanie gazety poświęca się jakiemuś przewodniemu tematowi. Bywały różne, a zeszyt z lutego ubiegłego roku poświęcony został tematyce ruchu oburzonych w Europie i na świecie. Wówczas, gdy Konrad przygotowywał ten zeszyt, temat był palący i aktualny, dziś po dwóch latach, nikt go już chyba nie pamięta. Problem pozostał. Otóż, rok wcześniej, trzy lata temu, na rynku ukazała się bardzo mała książeczka „Czas oburzenia”, starego francuskiego intelektualisty Stephane Hessela, który nawoływał do buntu przeciwko niesprawiedliwości i władzy pieniądza. Broszurka jest oskarżeniem dzisiejszego świata i zarzuca rządzącym, że ulegają instytucjom pieniądza, które w gruncie rzeczy nie podlegają żadnej kontroli, ani państwowej, ani społecznej. Hessel wydał tę broszurką własnym sumptem, a nagle, nie stąd ni zowąd, książeczka stała się największym bestsellerem światowym z nakładem 3,5 mln egzemplarzy, a więc takim, jakim może się poszczycić Biblia. Otóż Hessel trafił dokładnie w aktualne odczucie społeczne, bo to, co się dzieje, jest oburzające! Enigmatycznie ONI robią, co chcą, a my nawet nie wiemy, kto to naprawdę jest? Nie możemy powiedzieć, że to Hitler, Stalin, albo Franko, Mussolinii czy Honecker. Po prostu dzieją się sprawy, które rządzą światem i doprowadzają na przykład do głębokiego kryzysu w Grecji, Hiszpanii czy Portugalii. Na ratowanie gospodarki krajów dotkniętych kryzysem rządy europejskie wydają kolosalne pieniądze, przy czym zwykły obywatel nie rozumie, ani na co, ani dlaczego i jak to ma pomóc. Wie tylko jedno – te ambicje kosztują nas, odbierając nam nasz dobrobyt, nasze emerytury, renty chorobowe. Hessel napisał piękny króciutki tekst z takim francuskim przesłaniem.Oburzajmy się, oburzajmy i zostało to bardzo dobrze odebrane na całym świecie. Trudno się zatem dziwić, że wydawca EleWatora, Konrad Wojtyła położył rękę na pulsie i zabrał się za temat oburzonych. Moim zadaniem było przedstawienie ruchu oburzonych w Niemczech. No to napisałam.

Jaki był rezonans?

Chyba dobry, ale to co napisałam jest chyba złe… Nie mam tu na myśli wartości tekstu, tylko jego wydźwięk. Napisałam, że w Niemczech pojawiła się grupa młodych ludzi oburzonych, którzy chcieli dać wyraz swemu oburzeniu, ale ponieważ nic strasznego się im w życiu nie przytrafiło, to nie było ich stać na wielkie demonstracje, jak w Nowym Jorku, tylko sobie po prostu poprotestowali. Spróbowałam dociec i ocenić, dlaczego tak jest? Napisałam o różnych zjawiskach, były tam nawet polskie akcenty, bo do ruchu oburzonych odwołał się Artur Żmijewski, który w roku 2012 był kuratorem wystawy sztuki 7. Berlin Biennale. Poświęcił przestrzeń wystawienniczą sprawom oburzonych zapraszając do demonstrowania niezadowolenia w obronie oburzających spraw. Było to Biennale zastępujące sztukę polityką i dyskusją społeczną, co jednak przeszło w społeczeństwie bez większego echa. Cóż, było to zbiorowisko gestów i retoryki protestu, z którego nic nie wynikało. Żmijewskiemu należała się ostra krytyka, ale Niemcy już dawno przestali krytykować kogokolwiek, więc nie skrytykowali. Było sobie Biennale i się zbyło, jak to mawiały dzieci za moich młodych lat.

Jesteśmy zdominowani przez świat finansów, mnie również oburza arogancja instytucji finansowych. Znam przypadki młodych ludzi w Polsce, którzy mają za sobą dwuletnie pielgrzymowanie od banku do banku w poszukiwaniu kredytu, w jednym przypadku na założenie, w drugim – na modernizację własnej firmy. Obaj potencjalni inwestorzy, zamierzający rozwinąć swą działalność w Polsce, wkurzyli się w końcu i wyemigrowali. Nie dziwię się też mojej sąsiadce, która jak tylko popłaci należności, całą resztę wyciąga z konta i nie zostawia ani centa do dyspozycji banku. Podobnych reakcji oburzenia przydałoby się więcej… Nie lękajcie się, zmieniajcie oblicze tej ziemi – powtarzał Jan Paweł II. A więc oburzajmy się. Dlaczego jednak akcje oburzonych są tak mało skuteczne?

Otóż to. Spróbowałam to w moim artykule zanalizować, zobaczyć, co się działo, zanim oburzeni w hipsterskich ubrankach sobie pokoczowali z namiocikami i pokrzyczeli. Opisałam między innymi akcje, i te już historyczne i te wcale nie tak dawne. Były to akcje, które się udawały. Zaczęłam od lat 60 i protestów przeciwko zbrojeniom, produkcji broni atomowej, przeciwko elektrowniom atomowym, od marszy wielkanocnych. Te protesty w perspektywie politycznej okazały się skuteczne, doprowadzając na przykład do powstania partii politycznych. Zieloni przeszli od protestów do rządzenia, a to zmusiło nawet partie konserwatywne do zmiany postaw. Ale to stare dzieje, tymczasem jeszcze całkiem niedawno miały miejsce protesty społeczne, w których społeczeństwo wygrało. Opisałam dwie takie akcje, jedna to Stuttgart 21 gdzie tzw. „wściekłe staruchy”, bo to był protest ludzi starszych, wygrały z władzami pieniądza, doprowadzając nie tylko do zastopowania projektu budowy nowego dworca, ale i do wygranej Zielonych w najbliższych wyborach. Hesja była pierwszym krajem związkowym w Niemczech, w którym Zieloni doszli do władzy samodzielnie a nie jako koalicjant. A mimo to w końcowym efekcie protestujący przegrali. Już po wyborach odbyło się referendum i większość głosujących opowiedziała się za wznowieniem budowy kontrowersyjnego dworca.

Drugi przykład to „walka o wodę” w Berlinie. Mniej więcej 10 lat temu władze miasta tajnie, nie informując społeczeństwa, sprywatyzowały wodę, co doprowadziło do tego, że woda zdrożała wielokrotnie. Kilka lat temu sprawa wyszła na jaw, a oburzona opinia publiczna podjęła akcją zmierzającą do anulowania umów i deprywatyzacji wody. Zrobiła się wielka afera, protestujący nie tylko jak w Stuttgarcie doprowadzili do referendum, ale jeszcze to referendum wygrali. Woda została z powrotem skomunalizowana: Było to wielkie zwycięstwo ruchu oburzonych! Woda nie staniała ani o grosz…

Oba te przypadki, a jest ich więcej, pokazują, że dobrze biegamy, rzucamy dzidą i kamieniem, a jak mamy w ręku maczugę, to sprawnie nią wywijamy… I co?

Czyli akcje nie mają już mocy sprawczej? Może brakuje lidera?

Myślę, że w każdym kraju, a w Niemczech szczególnie, wezwanie o lidera… to kojarzy się zapewne z führerem, byłabym więc ostrożna. Powiedziałabym tylko jedno, bo wniosek nasuwa się sam – skoro wygrana akcja jest fiaskiem, to po co mamy ją robić?

A jednak uważam, że ma sens, że każda gniewna reakcja jest potrzebna, że poruszamy przez to świat, wprawdzie małymi krokami, ale jednak poruszamy, nie odwracajmy więc wzroku, nie zamykajmy ust.

To jest właśnie to! Trzeba poruszać świat, bo nie wiadomo, co ONI, ci tajemniczy władcy bez społecznej legitymacji i kontroli, wymyślą, jeśli nie będziemy protestować. Na zakończenie mojego artykułu o oburzonych zacytowałam więc Sartre’a: jeśli w młodości nie będziesz się buntował to na starość będziesz potworem. Nie ma wyjścia – buntujmy się, by na starość nie być potworami…

Nominowanej, Ewie Marii Slaskiej życzymy zwycięstwa! Trzymajmy kciuki!
KK

Prima Aprilis

Krystyna Koziewicz

Klub pod psem

Co tu dużo ukrywać – pani Janka spod 115 urodą na kolana nie rzuca. Jej pies tym bardziej. Spotykam ich często, czy to rano skoro świt, czy późnym wieczorem. Pani Janka już z daleka macha ręką, biegnie truchcikiem uśmiechnięta od ucha do ucha. Zawsze w wybornym humorze, zawsze tryskająca energią. Gdybym nawet z pogrzebu wracała – trudno – też się muszę mimo woli uśmiechnąć. Tym swoim radosnym humorem wlewa w człowieka pozytywniejsze nastawienie do świata, dystans do problemów. Ta twarz pełna zmarszczek od śmiechu, te błyszczące oczy, to dla nas sąsiadów z jednego podwórka, antidotum na troski.

Zupełnie inaczej rzecz się ma z przystojniaczkiem spod 116. O! – on i jego dog zawsze mają ponure miny. Obaj na grzecznościowe dzień dobry tylko odwarkują. Omijamy ich zgodnie dużym łukiem.

Ostatnio pan Marek od pinczerka zwierzył mi się, że zakochał się na zabój w pani Jance za tę jej pogodę ducha, za wesołość. Z pana Marka niezły filozof, wdaliśmy się więc w dyskusję.

– Bo to z nami Polakami już jest – perorował pan Marek – że w ogóle nie mamy humoru.

– Co pan powiada?! – zareagowałam ostro – a nasze polskie komedie filmowe? Te stare i te najnowsze? A czterdziestolatek, Alternatywy 4, czy Kargul?  A Fredro i Joanna Chmielewska? A kabarety? A Dziewoński, a Olga Lipińska?

Pan Marek pokiwał głową z dezaprobatą.

– Tak nie można wszystkiego na raz do jednego worka wrzucać. Tak, my mamy poczucie humoru, gdy śmiejemy się z innych. Aż łzy nam lecą, taki mamy ubaw. Ale gdy tylko dowcip nas dotyka, zaraz obrażamy się na amen. Jak ten z drugiego pietra, co to ma buldoga. Jak mu powiedziałem, że coś w tym jest, iż właściciel upodabnia się do psa, do dzisiaj mi się nie kłania.

– Bo tak to już jest – tłumaczy cierpliwie – nie można mylić humoru z nastrojem. Nastrój można mieć pod psem, niczym nie umniejszając tym naszym, bo na przykład samochód się zepsuje, rura pęknie i zalewa cały parkiet, a do tego zgubiliśmy portfel. Ale humor to coś więcej. Poczucie humoru albo się ma, albo nie. A my Polacy mamy za dużo bolących odcisków. Tu nastąpisz i aajji, tak zaraz boli.

Wychodzę często na podwórko, bo lubię popatrzeć na radośnie biegające  psy. Kątem oka jednak mimo woli przyglądam się i zastanawiam: podobna jestem do jakiejś rasy?

Z tym humorem to faktycznie dziwna sprawa. Przecież też umiemy się śmiać ze swoich wad narodowych. Cała seria zaczynająca się Polak, Rusek i Niemiec – kogo nie ubawiły te dowcipy. Albo karykaturalny Kiepski z serialu. Czy tak na pewno uraził czyjąś godność? Jak się komuś nie podoba to czy owo, to nie ogląda, nie słucha i już. Kabarety natrząsają się ze naszych przywar rodzimych, ile wlezie i daleko nam do obrażania się i wychodzenia w połowie spektaklu.

Ale pan Marek nie myli się do końca: już angielskie dowcipy smagające hydraulika, albo niemieckie o naszych złodziejach mercedesów wydają nam się niesmaczne, poniżej pasa. Nasza godność narodowa staje w obronie chociażby i złodzieja. Wszak on też nasz i wara innym od natrząsania sie.

Czyli humor mamy taki swojski, wewnętrzny. I sądząc po oglądalności w kółko powtarzanych komedii filmowych, po rozchwytywanych książkach Chmielewskiej – humor w narodzie nie przygasa. I chyba tylko dzięki niemu daliśmy radę przetrzymać czas octu na półkach sklepowych, komitetów kolejkowych, rajstop na kartki… A że na co dzień nastrój miewamy podły, to już taka polska specjalność.

– C0 tam słychać nowego? Ach, wiesz pan same kłopoty na głowie. – Słyszał pan ten dowcip? – Nie, a słyszał pan ten? I Kowalski z Nowakiem rechocą zdrowo i pogodnie.

I humor warto mieć. Te wszystkie aspekty zdrowotne wynikające z dobrego przewietrzenia płuc, z trenowania niezliczonych mięśni podczas dobrego wybuchu śmiechu, to jedno. A drugie, nie mniej ważne, to fakt, że śmiechem zjednujemy ludzi. Trzeba mieć specyficzne doprawdy poczucie humoru, aby przepadać za gburami, no chyba, że czarne. Oglądam niemieckie kabarety, w dodatku w gwarze bawarskiej, nie rozumiem ani słowa, a mimo to pękam ze śmiechu.

Zresztą – konia z rzędem temu, kto choćby bez uśmiechu pod nosem ogląda filmy z Louisem de Funès, Gang Olsena, Monty Pythona czy wreszcie Flipa i Flapa. Może tak ponuracy całego świata powinni obowiązkowo dostawać karnety na komedie?

Humorem świat się zdobywa i po to właśnie już w XIII wieku ktoś bardzo mądry wymyślił Prima Aprilis.

Uczcie się polskiego. Napisy polityczne

Krystyna Koziewicz

„Uczcie się polskiego”
Solidarnośċ, NRD i Stasi

Taki tytuł nosi dwujęzyczna wystawa w Heinrich Böll Stiftung w Berlinie. Wystawa czynna jest do 14 kwietnia, od poniedziałku do piątku w godz. 8- 20.
Adres: Schumannstr. 8 / 10117 Berlin.

Wystawę zrealizowało biuro Bundesbeauftragte für Staatssicherhitsdienst der DDR.

polskiego01Solidarność inspiruje, jej duch, jej idea, pomimo uływu czasu, żyje w pamięci ludzi z krajów zniewolonych. Tak było dawniej, w Czechosłowacji, na Węgrzech, w NRD, i tak jest po dzień dzisiejszy, na Ukrainie, w Moskwie.

Untitled-2 copyWystawa pokazana w Heinrich Böll Stiftung w Berlinie ma przywróciċ pamięć tym rządzącym, którym wydaje sie, iż są panami świata. Każde społeczeństwo, każdy człowiek ma prawo do wolności i jeśli się je ogranicza, to wcześniej czy później nastąpi sprzeciw. Respect existence or expect resistance twierdzą oburzeni na całym świecie. Zdjęcia pokazane na wystawie o tym przypominają. W sierpniu 1980 roku społeczeństwo polskie masowo poparło ruch Solidarności, co, jak wiemy, zakończyło sie upadkiem komunizmu. Kraje bloku wschodniego widziały w Solidarności ogromną nadzieje na reformy polityczne, ale we władzach budziła ona strach, zwłaszcza w DDR gdzie Stasi bacznie śledziła wydarzenia w Polsce, obawiając się, że iskra zapali się, zagrażając państwu zwanemu NRD.

polskiego02Róbcie jak Polacy

Nie wszyscy wiedzą, że pierwsze w NRD reakcje na wydarzenia w Polsce pojawiały się w formie napisów na murach: „Wolność dla Polski”, „Wypuścić Wałęsę”, „Polska się pali – w Berlinie zaspali”, „Zróbcie tak, jak Polacy” czy tytułowe „Uczcie sie polskiego”. To tytuł, który można dwojako interpretować. Można się uczyć nie tylko języka polskiego, ale także polskiego myślenia, które od wieków wyrażało się tęsknotą za wolnością i niepodległością.

polskiego04Dużymi literami: Strajk, a na dole Polska dobrze lub Polacy dobrze

W społeczeństwie enerdowskim odważnych nie było za wielu, zbyt wysoka była cena, szczególnie dla osób obarczonych rodziną. Trzeba było się kamuflować, bo obserwatorów było wszędzie pełno. Poparcie dla polskiego ruchu związkowego w formie apeli i graffiti jak „Polen gut” lub „Obudźcie się! Robotnicy, nasi polscy koledzy nas potrzebują”, może tylko zaświadczyć, iż solidaryzowanie się z Solidarnością odbierane było jako znak przełomu.

polskiego04 (1)Wolność dla Polski, wypuścić Walesa

Wydarzenia w Polsce były dla wielu krajów bloku wschodniego sygnałem do startu, ale musiało minąć jeszcze kilka lat, zanim możliwe się stały masowe protesty w ubeckim kraju kraju, jakim było NRD. Na palcach obu rąk można policzyć pojedynczych opozycjonistów, społeczeństwo było za bardzo zastraszone.  Dopiero, jak wiemy, udało się w Lipsku. Pokojowe demonstracje w 1989 roku zmieniły bieg historii NRD. Niemcy z NRD nauczyli się polskiego. Zwyciężyła wolność!

polskiego04 (5) polskiego04 (2) polskiego04 (3) polskiego04 (4)Na samym dole: Robotnicy, nasi polscy koledzy nas potrzebują!
Na zdjęciu powyżej: Niech żyje polska walka o wolność.

Ach, święty Walenty…

Krystyna Koziewicz

Czy to jest miłość…

O fascynacji młodzieńców do starszej wiekiem kobiety pisze się bardzo rzadko. Odnosi się wrażenie jakby, problem w ogóle nie istniał. A przecież jest, to wiem… istnieją przypadki zakochania się pomimo dużej różnicy wieku. Weźmy przykład moich dwóch sąsiadek z bloku, jedna z nich związana jest od roku z mężczyzną o 27 lat młodszym. Czy jest szczęśliwa, tego nie wiem, ale obserwuję u niej duże zmiany na korzyść. Druga jest w związku ślubnym z młodszym o 20 lat facetem z Portugalii, ponoć jest im dobrze ze sobą – tak powiada. Nie pytałam o szczegóły, w każdym bądź razie obie pary wyglądają na zadowolone z partnerów i wcale się nie wstydzą paradować po mieście.
Natomiast w przypadku mężczyzn, jeśli różnica nie jest zbyt widoczna to nie ma sensacji w temacie. Wiemy, jak to jest, gdy w pewnym wieku chłopy zaczynają wariować, szukając potwierdzenia atrakcyjności wśród młodych dziewcząt, zostawiając małżonki z dzieciakami. Bez znieczulenia. Kobiecie natomiast jakoś nie wypada pokazywać się w towarzystwie młodego, bo zaraz pada ciekawskie pytanie, czy to syn, brat czy wnuczek? Dość typowa reakcja.

W moich wspomnieniach przywołam gehennę, jaką przeżyłam z młodym mężczyzną, który długo zadręczał nasz dom bezustannymi odwiedzinami. Po prostu zakochał się i kiedy o tym myślę, zastanawiam się, co ich fascynuje i czego szukają młodzi mężczyźni? Co ma wtedy kobieta zrobić z taką miłością? Przecież z góry wiadomo, że młodzi mężczyźni raczej dla przygody wiążą się ze starszymi kobietami. Może potrzebują opiekuńczości partnerki, jej dobrych rad, bo ze względu na ego nie bardzo mają ochotę słuchać rad swoich rówieśniczek. Dojrzała kobieta w stosunku do młodszego nie ma wielkich wymagań, doświadczenie seksualne przewyższa wszelkie umiejętności jego koleżanek, co najzwyczajniej w świecie pewnie ich bardzo „kręci”.
A jeśli dojrzała kobieta wiąże się z młodszym mężczyzną to na plus jest fascynacja młodością, która w ten sposób odmładza ją nie tylko mentalnie, ale jest też dostrzegana przez otoczenie.

W literaturze też znajdziemy ciekawe wątki zakochania się, jak choćby w kultowej powieści Rodziewiczówny “Lato leśnych ludzi”, gdzie do chaty w lesie przysyłają chłopaka, licealistę, który kochał się w kobiecie o kilkadziesiąt lat starszej i ponoć chciał sie truć czy strzelać.
No i pysznie, tylko, że naprawdę w tej chacie mieszkały… same kobiety, a Rodziewiczówna była Rosomakiem. To ciekawe, kogo naprawdę tym paniom tam przysłali i czy to chłopakowi pomogło?

Podobno w Konopnickiej, jak miała 50 lat, kochał się na zabój młody chłopak i nie mogła się od niego opędzić. Czyli wypisz wymaluj moja historia, tylko ja byłam wtedy dużo młodsza.

No i był taki film reżysera Bogdanowicza, kiedyś bardzo słynny, nazywał się “Ostatni seans filmowy” i tam też podobna historia jak ta niżej opisana, kiedy chłopak ze szkoły i kolega syna kocha się w mamie kolegi.

Na koniec więc coś z życia wzięte. Jest mężatka, jest dwóch synów i kolega z klasy, który często przychodził z wizytą. Zbyt często, ale niczego szczególnego nie zauważono, ot, chłopcy mieli wspólne zainteresowania, tematy, gry, zabawy. Pewnego razu, kiedy synowie pojechali na wakacje, niespodziewanie pojawił się ów młodzieniec. Już w drzwiach został poinformowany, że „przecież synowie wyjechali i wrócą za dwa tygodnie”. No, to już wiecie, że to byłam ja…
– Ale ja do Pani przyszedłem – oznajmia.
– Do mnie, stało sie coś? – miałam na myśli moje dzieci.
Zaniepokojona i podenerwowana wpuściłam do domu, pytając, o co chodzi? To, co usłyszałam zaskoczyło mnie całkowicie.
– Zakochałem się w Pani i to trwa od pół roku, nie mogę przestać o Pani myśleć, spać, ciągle mam Panią przed oczami.
Słucham, a on, że chce tu bywać częściej i, co ciekawe, zastrzega, że mam się nie dziwić, bo on dużo czytał na ten temat i taka miłość istnieje naprawdę.
– A jakiej spodziewasz się reakcji z mojej strony?
Gadałam prawdopodobnie bez sensu, bo nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Oczywiście, żadne argumenty, że jest w wieku syna, że jestem mężatką, że to mnie śmieszy, nie przekonały młodzieńca. Prosił, bym zastanowiła się i do następnego dnia dała mu odpowiedź, czy wyjadę z nim na wakacje pod namioty. O mało nie spadłam z fotela, słysząc propozycję wspólnego wyjazdu.
– A co miałabym robić pod namiotem?
– Jak to co, kochać się do upadłego… – odważnie wyjaśnił chłopak.
Byłam w szoku, pewnie myślał sobie, że skoro mąż na saksach, to ja być może potrzebuję najzwyczajniej seksu…Może i dobrze myślał, ale oczywiście nie zgodziłam się. Strasznie się zdenerwował, kiedy kategorycznie odmówiłam. Wyszedł obrażony, trzaskając drzwiami, aż cały dom się zachwiał. Nawet się trochę wystraszyłam, że sobie coś zrobi…
Po jakimś czasie, kiedy chłopcy wrócili z wakacji, znowu się pojawił, przychodził jak zwykle do syna, który początkowo o niczym nie wiedział. Siedział zawsze osowiały, jakiś dziwny, jak nieobecny – stwierdził mój syn. Stan ten trwał prawie rok. W końcu powiedziałam synowi o koledze, ale i tak niewiele to zmieniło. Przychodził nadal wprawdzie rzadko, ale pojawiał się, przynosząc a to lody, a to ciastka, a to coca colę. A mnie wcale nie było do śmiechu, byłam zła, chciałam mu siebie obrzydzić i mieć święty spokój. Wyjazd na Zachód dał kres niechcianej miłości!

Wspomnienia wróciły niedawno, kiedy po wielu latach na Naszej Klasie na moim profilu pojawił się kilka razy. Ręce mi opadły, jeszcze go interesowałam… Po tylu latach… Ach, święty Walenty!

Ach jak przyjemnie…

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała…

Krystyna Koziewicz

Z obserwatorium zwykłej baby: Ach jak przyjemnie…

Styczniowego popołudnia bieżącego roku, a więc całkiem niedawno, znajoma zaprosiła mnie na noworoczne przyjęcie niemieckiego Towarzystwa Turystycznego. W zaproszeniu znalazła się informacja, że  podczas spotkania organizatorzy zaoferują bezpłatny poczęstunek, dokładniej rzecz biorąc – kolację – oraz upominek. Dla każdego uczestnika. Propozycję przyjęłam, choć powątpiewałam w obiecanki cuda wianki. Znając życie uznałam deklaracje za chciwy chwyt organizatorów, bo kto dzisiaj rozdaje prezenty bezinteresownie?
Nie wiedzieć czemu, od początku byłam sceptycznie nastawiona  do  kuriozalnych imprez, o których wcześniej słyszałam od mojej sąsiadki, ale zgodziłam się towarzyszyć znajomej ze względu na nasze dobre relacje. Pani była, jak mi się wydaje, nadzwyczaj łatwowierna i już często widywałam u niej różne przedmioty, na których zakup dawała się naiwnie namówić, a to magnetyczny materac za dwa tysiące euro, a to zdrowotna poduszka za 200 euro, czy witaminy po 550 euro jedna seria, ale żeby poskutkowało – potrzebne były dwie. Kupowała, bo wierzyła, że będzie zdrowa od tych przedmiotów o magicznej  mocy.
Prasa niemiecka donosi czasem o nabieraniu ludzi w starszym wieku i nabijaniu ich w przysłowiową butelką. Moja sąsiadka jest tego przykładem, niestety nie dało się jej wytłumaczyć, że ma być ostrożna. Tym razem znajoma zapewniała, że chodzi o turystyczne prezentacje, a ponieważ zamierza wybrać się w  świat, to akurat coś dla niej. No dobrze – pomyślałam.
Spotkanie miało miejsce w restauracji w centrum Berlina, która ma nawet dość dobre wpisy (zajrzałam na stronę internetową, to wiem). Poszłam pod wskazany adres, gdzie  znajoma już wypatrywała mnie w oknie, oznajmiając przy powitaniu, że chyba mi się nie spodoba. No i miała rację, bo już na pierwszy rzut oka było widać, że będzie paskudnie. Bo oto weszłam do cuchnącej od papierosów sali o ponurym wystroju, stoły poustawiane jak na partyjnym zebraniu i żadnych oznak, że to – niby – jubileuszowe, noworoczne przyjęcie.
Spoglądając na uczestników przeżyłam drugi szok. Trzon zebranych stanowili staruszkowie, na moje oko – w wieku 80-90 lat. Później okazało się, że byli jeszcze starsi, jak np. kobieta licząca 105 lat!  Ciekawskim wzrokiem wodziłam po sali, zobaczyłam „prezydialny” stół, na którym leżały rozmaite produkty: biżuteria, wypolerowane garnki, odkurzacz, jakieś dziwne lampy, patelnia i komórka dla seniorów. Czyli wiadomo, w co mnie znajoma wpakowała. Chciałam zrobić  w tył zwrot, ale sąsiadka przekonała mnie, bym  jeszcze chwilę odczekała. Organizatorzy szybko dostrzegli moją skwaszoną minę, usłyszałam uszczypliwe uwagi. „Co ci szkodzi?” – mówiła znajoma – „najwyżej pośmiejemy się”. Do śmiechu nie było jednak ani razu, ani tyci, tyci…!
Kiedy już wszyscy uczestnicy na własny koszt pozamawiali napoje, zaczęła się pierwsza prezentacja. Na pierwszy rzut poszła nadzwyczajna w świecie  poduszka – „ taka prostokątna,  super wygodna do przytulania, na której zmieści się cała głowa – wynikało z objaśnienia – po bokach ma dużo wolnego miejsca do przytulania, bo każdy powinien mieć własną”. I  tak przez 20 minut wymieniano przyjemności z puchatą poduszką. To cudo poszło w obieg, można było dotykać, przytulić, więc ludzie wyrażali zachwyt, kiwali potakująco głowami, przyznając racje prowadzącemu. Wtedy pojawiła się informacja, że kto natychmiast za jedne 99 euro kupi tę poduszkę, otrzyma dodatkowo ”piękne” prezenty. Zgłosiły się cztery osoby, wyciągając  pieniądze z kopert pełnych banknotów. Szczęśliwcy otrzymują prezenciki – bezcenne badziewie z pchlich targów, jak uchwyt do zbierania śmieci, żeby się nie schylać, rękawice i skarpetę do podgrzewania w mikrofalówce. Pozostali, którzy nie zdecydowali  się od razu, spoglądali z zazdrością, że przegapili okazję, bo od tej pory poduszka dla niezdecydowanych podrożała, dając tym samym wyraźny sygnał, co oznacza szybka decyzja.
Zaraz potem w ruch poszły trzy garnki antybakteryjne, mega energooszczędne za jedne 1200 euro, komórka seniora z budzikiem za 199 euro, patelnia za 299 euro, mini odkurzacz za 299 euro oraz lampy rozgrzewające: mała za 1600 euro, duża za 3200 euro. Wymieniając ceny prowadzący bezustannie powoływał się na uszczęśliwioną żonę – posiadaczkę tychże produktów. Ludzie zaczynają nabierać ochoty bycia  szczęśliwym, postanowili zostać posiadaczami porcelanowej patelni, lekkiego odkurzacza i uzdrawiającej lampy. Przy okazji rewelacja – prezentowane eksponaty są wyprodukowane w Chinach i Korei, które  aktualnie na świecie są liderami w eksporcie, a jakość jest najwyższa (to już nie niemiecka????).  Zauważam, że ludzie wierzą w każde słowo prezentera i potakują mu.
A mnie ciśnienie skacze niebotycznie – nie można przecież bezkarnie wysłuchiwać takich bzdetów! I te dające się zewsząd słyszeć głosy starszych ludzi, użalających się na obolałe ręce, nogi, kręgosłup. Uzdrawiająca lampa to dla nich zbawienie! Kupują lepszą wersję, tę za 3200 euro i dodatkowo otrzymują wszystko, co jest wystawione na stole, łącznie ze świecącą biżuterią.
foto forumowe 025 Uczestnicząc w tej dziwacznej tragikomedii nie wytrzymałam i ostentacyjnie wyszłam, co też  pewnie przyniosło ulgę prowadzącemu, bo po co mu taka, co nie wykazuje zainteresowania kupnem i jeszcze kpiny sobie urządza!
Okazało się, że przegapiłam wiele okazji do śmiechu, kiedy ludzie po trzech godzinach totalnego wyczerpania kupowali drobiazgi za niby symboliczne jedno euro, a gdy przychodziło do płacenia to kwota wynosiła 20 euro (no  bo przecież tak się tylko mówi – wyjaśniał prowadzący zdziwionym). Był też trik z darmową kolacją, do której trzeba sobie było zakupić napoje. Zapytałam znajomą, co o tym sądzi, ale nie potrafiła mi niczego logicznie wytłumaczyć. Był to klasyczny pokaz wciskania starszym ludziom produktów, które na co dzień za znacznie mniejsze pieniądze można dostać w każdym domu towarowym albo w internecie. Być może osoby, które nie mają siły iść do sklepu korzystają z tego typu prezentacji. Im jesteśmy starsi, tym bardziej przecież potrzebujemy przedmiotów, które zlikwidują bóle i ułatwią życie. Niełatwo jest być wydanym na pastwę starczej niedołężności.
Wiedzą to organizatorzy i rozmaitej maści pośrednicy, sprzedawcy, prezenterzy, wiedzą też, że emeryci mają oszczędności, po które lekką ręką sięgną. I wiedzą, że ci ongiś pełni energii życiowej ludzie tęsknią za sytuacjami towarzyskimi. Kiedyś życie toczyło się wśród ludzi, teraz człowiek zostaje sam z bólem i lękiem. Jak przyjemnie pójść na imprezę noworoczną czy na spotkanie jubileuszowe, jak przyjemnie dostać upominki, lampkę wina, ciasteczko, a czasem nawet obfitą kolację. Ach jak przyjemnie…

Z życzeniami

Krystyna Koziewicz

„Z pierwszą na niebie gwiazdą
Bóg w waszym domu zasiędzie.
Sercem Go przyjąć gorącym,
Na ścieżaj otworzyć wrota-
Oto co czynić Wam każe
Miłość, największa cnota…”
JAN KASPROWICZ

…I PRZYCHODZI CZAS, BY ZASIĄŚĆ PRZY WIGILIJNYM STOLE…

mikolaj-kadeweNa całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym w kalendarzu miesiącem, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Pierwszy etap zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami.
Po pierwszym etapie przychodzi drugi – to pogoń za prezentami „pod choinkę”. To dalszy ciąg zwyczaju wzajemnego obdarowywania się, moment spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka… Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji, niejako, wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli z drżeniem serca oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się, jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też odświętne dekorowanie całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz pieczenie ciast różnej maści, a potem także gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia, którego zapach mile łechce nasze zmysły…? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi myśleć, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu.
Nietrudno jest więc zgadnąć, z czym kojarzą się Polakowi Święta Bożego Narodzenia. To przede wszystkim bliskie spotkania przy stole, dzielenie się opłatkiem,”pierwsza gwiazdka”, prezenty pod choinką, kolędnicy, pasterka i… zapachy, zapachy i jeszcze raz zapachy, które pamięta się przez całe życie i do których się niezmiennie tęskni.

Kochani, ŚWIĘTA zbliżają się milowymi krokami… Już są za progiem…Więc…

„ZATRZYMAJCIE SIĘ NA CHWILĘ W GONITWIE CODZIENNYCH SPRAW.
UCISZCIE MYŚLI.
JEŚLI UDA WAM SIĘ WSŁUCHAĆ W CISZĘ SWEJ DUSZY, TO NA PEWNO USŁYSZYCIE PUKANIE DO DRZWI.
TO BÓG PRZYNOSI WAM SWEGO SYNA, ABYŚCIE GO PRZYJĘLI.
ZAPALCIE ŚWIECĘ, USIĄDŹCIE PRZY WIGILIJNYM STOLE, PODZIELCIE SIĘ OPŁATKIEM I ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE…”

MAŁGORZATA STOLARSKA