Peru 9

Joanna Trümner

Dżungla i Lima

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie.  Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. Dlatego też duża część parku (ponad 80 %) to tzw. „zona restringida”, czyli strefa, do której turyści nie mają prawa wstępu. Indygenni mieszkańcy dżungli mieszkają w grupach, posługują się własnymi językami i mają swoje zwyczaje. Opowiadanie Ronalda, spacer w porannej mgle przez dżunglę i jej odgłosy, wszystko to   jest dla mnie tamtego ranka tak niesamowitę, że odczuwam ulgę na widok celu naszej wyprawy, punktu obserwacji ptaków. Moja ulga jest jeszcze większa, kiedy na służącej do oglądania ptaków platformie rozpoznaję Amerykanów, z którymi przegadaliśmy wczorajszy wieczór w lodge. Platforma, z której obserwujemy setki różnokolorowych papug, które wcześnie rano i późnym popołudniem zbierają się wokół tzw. „clay lick”,  czyli „lizawki” z gliny, jest luksusowa. Podzielona jest na dwie części z ośmioma stanowiskami obserwacyjnymi, ma dwie turystyczne toalety, stoliki i krzesła. Robimy pierwsze zdjęcia, a potem Ronaldo zaprasza nas na śniadanie.

Spędzamy kilka godzin na obserwowaniu papug, po powrocie do ośrodka jemy obiad, pakujemy rzeczy i wyruszamy w dalszą drogę po rzece. Po kilku godzinach w docieramy do Manu Learning Center, gdzie spędzimy noc. W ośrodku mieszkają wyłącznie młodzi ludzie. Patrząc na nich, odnoszę wrażenie, że jesteśmy tutaj jedynymi płacącymi gośćmi. Moje przypuszczenia niebawem się potwierdzają. Siadamy na ganku przed domkiem, gdy odwiedza nas Sharon, jedna z osób odpowiedzialnych za projekt fundacji „Crees” na terenie ośrodka. W ramach tego projektu młodzi ludzie z całego świata, głównie ochotnicy, prowadzą badania fauny i flory w tej części dżungli i informują miejscową ludność o tym, jak zachować dżunglę dla przyszłych pokoleń i wykorzystać jej zasoby, nie niszcząc natury. Dziewczyna zaprasza nas na krótką prezentację na temat projektu po kolacji i pokazuje drzewo, na którym odpoczywa leniwiec.

Wieczorem dowiadujemy się od niej, że w ośrodku mieszka około trzydziestu młodych ludzi (19-35 lat) z całego świata. Okres pobytu w dżungli trwa od dwóch tygodni do dwunastu miesięcy. Ochotnicy i naukowcy z różnych uczelni świata badają stopień odbudowania się fauny i flory na dużym terenie parku, który przed trzydziestoma laty został nielegalnie wykarczowany. Pomagają przyrodzie odrodzić się po kataklizmie, jaki przeszła z ręki człowieka. Sharon przyjechała z Vancouveru – po ukończeniu biologii szukała dla siebie wyzwania -i z koleżanką, przemiłą Holenderką (której iminia niestety zapomniałam), prowadzi ten ośrodek od dwóch lat. Oglądamy jeszcze krótki  filmik nagrany na terenie ośrodka – kamera na podczerwień nagrała wędrującą nocą  pumę.

Po chwili podchodzi Ben, który przed kilkoma dniami przyjechał z Perth. Robi mi się nieswojo, kiedy widzę, że po jego ramieniu spaceruje wielka tarantula. „Tylko idiota myśli, że w dżungli nie ma zwierząt”, próbuję opanować swój strach. Jestem pod wrażeniem młodych ludzi, którzy na długi czas pozbawiają się wszelkich wygód współczesnego świata i  płacą na dodatek niemałe pieniądze, by spędzić kilka miesięcy na kompletnym odludziu, po to by ratować przyrodę przed bezmyślnym zniszczeniem z ręki człowieka. Na pożegnanie sponsorujemy ośrodkowi pojemnik z przedziałkami, w którym wolontariusze zbierają owady na terenie parku. To nasza mini cegiełka do ratowania dżungli.

Następnego dnia zapuszczamy się łodzią jeszcze głębiej w dżunglę. Po wielu godzinach docieramy do kolejnej „lodge”. Po obiedzie i godzinnej przerwie Ronaldo zabiera nas na spacer. Opowiada o faunie i florze dżungli i o tym, że 10% występujących na terenie parku roślin to rośliny nieznane i niezbadane.  W godzinę później przeżywam wielki sukces, dostrzegam  gatunek małpy (jest ich łącznie 14), której Ronaldo nie zobaczył podczas dziesięciu lat swojej pracy jako przewodnik. Z wędrówki wracamy po zapadnięciu zmierzchu, drogę co chwila rozświetlają robaczki świętojańskie, które w tej szerokości geograficznej mają wielkość trzmieli. Dużo wysiłku kosztuje mnie opanowanie strachu, odgłosy dookoła nas są niesamowite, przpomina mi się obejrzany wczoraj film z pumą spacerującą po ośrodku. Cieszę się, kiedy po dwugodzinnej wędrówce rozpoznaję w świetle latarki domki naszej “lodge”.

Zasypiamy natychmiast, następnego dnia wstajemy przed świtem, bo czeka nas wyprawa łodzią po bocznej odnodze rzeki. Wyprawa na łodzi zajmuje pół godziny. „Opłacało się”, myślę, patrząc na unoszącą się nad jeziorem mgłę. Panuje absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosami hoacynów, ptaków, które miejscowi nazywają „śmierdzącymi ptakami”. Hoacyny mają wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny, pokarm roślinny (jedzą wyłącznie liście) rozkłada się w wolu dzięki fermetacji bakteryjnej. Ten sposób trawienia powoduje, że ptaki obrzydliwie śmierdzą, co sprawia, że nie mają naturalnych wrogów. Nie mają też żadnych przyjaciół w świecie zwierząt. Nie dość tego, bo jeszcze są głośne i wydają z siebie obrzydliwy odgłos przypominający mi w tej scenerii filmy horroru.

Siedzimy na zbitej z desek platformie, którą transportują dwie łodzie i przyglądamy się budzącej się dżungli. Na brzegu widzimy stada małp buszujących po wierzchołkach drzew, oprócz hoacynów słyszymy i widzimy dziesiątki innych ptaków, pobyt nad laguną kończy krótkie spotkanie z kajmanem, wygrzewającym się na brzegu na słońcu. „Szkoda, że niedługo wracamy do cywilizacji”, myślę patrząc na ten raj.

Podczas obiadu spotykamy Anglika Gary’ego Prescota, obieżyświata, który od miesięcy podróżuje po Peru bez używania pojazdów napędzanych silnikiem. Pierwszy etap drogi przebył rowerem, który podarował później indiańskim dzieciakom, teraz spływa w dół rzeką na pontonie. Patrzę na jego suszący się na trawie ponton i nie chce mi się wierzyć, że udało mu się przepłynąć  dziką, nieokiełznaną rzekę tą zabawką dla dzieci. Podziwiam go za poczucie humoru, gdy opowiada o mijaniu pontonem uskoków i głazów na rzece. Gary próbuje pobić rekord Guinessa w ilości zobaczonych w ciągu trzech miesięcy w drodze ptaków. Od naszego pierwszego spotkania przy śniadaniu w jadalni “lodge” mam wrażenie, że znam go od lat. Opowiada nam o swej półrocznej podróży przez Polskę, Słowację i Czechy, wyprawie, której celem było również oglądanie ptaków. O „aresztowaniu” przez kontrolerów biletów w Warszawie, wspaniałej polskiej kuchni i gościnności ludzi.

W Peru Gary jest po raz drugi, młodzi przewodnicy, w tym nasz Ronaldo, znają go, widać, że cieszy się wśród nich dużym szacunkiem. Już od dzieciństwa był ornitologiem-hobbystą. Przez wiele lat pracował jako nauczyciel i organizował dla miejskich dzieci wyprawy za miasto w celu pokazania im przyrody. Od kilku lat nie pracuje, jeździ po świecie, ogląda zmiany w ekologii naszej planety i swoje ukochane ptaki, realizując równocześnie wiele projektów socjalnych. Biedny Gary jest potwornie pogryziony przez różne owady. Na widok jego nóg od razu darujemy mu nasze zapasy środków przeciwko moskitom i lekarstw łagodzących zakażenia. Niemieckie medykamenty działają tak dobrze, że następnego ranka przy śniadaniu Gary prosi nas o dokładną pisownię naszych imion, a  po kilku dniach wymieni nas na swym blogu (www.biknig birder) jako „uzdrowicieli z Berlina”.

Przy pożegnaniu życzę mu, żeby pobił ten swój rekord i zrealizował  w życiu jeszcze wiele projektów. Gary jest najlepszym dowodem na to, że świat pełen jest ciekawych, optymistycznych ludzi, którym los naszej Ziemi nie jest obojętny.

Nadszedł czas powrotu do cywilizacji. Podróż z dżungli do Puerto Maldonado, w której oprócz przewodników towarzyszą nam Myra i Helen, zajmuje siedem godzin. Na lotnisko docieramy głodni i zmęczeni, na szczęście przypomina nam się paczka z suchym prowiantem, którą rano wręczył nam Ronaldo. Przyznaję, że nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego samolot z lotniska w Puerto Maldonado, które obsługuje cztery loty dziennie, ma ponad godzinę spóźnienia. Na lotnisku w Limie żegnamy się z dziewczynami, które jeszcze tego samego dnia lecą do San Francisco.

Lima. Przed powrotem do Berlina spędzamy tutaj dwie noce. Pierwszego dnia z hotelu odbiera nas Percy (ten sam, z którym na początku podróży oglądaliśmy ruiny Pachacamac) i pokazuje nam starówkę stolicy, która od 1988 r zapisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie robi na mnie katedra, w której leżą zwłoki znienawidzonego przez mieszkańców Peru Francisco Pizarro. Większość budynków starówki, podobnie jak katedra, zostało kilkakrotnie kompletnie zburzonych przez trzęsienia ziemi. Lima, ukochane miasto Pizarra, jego „oczko w głowie”, ma kilka pięknych zakątków, jak na przykład Pałac Prezydencki, Pałac Biskupów, plac wyzwoliciela Peru Jose de San Martin. Tu też założony został w 1551 r.  najstarszy uniwersytet na kontynencie – Uniwersytet San Marcos.

W dzień naszego powrotu do Europy miasto jest tak zapchane, że wbiegamy na lotnisko z obawą, że nie zdążymy na odprawę i samolot odleci bez nas. „Czas wracać do siebie”, myślę, czekając na odlot i obiecuję sobie, że spróbuję kiedyś wrócić do tego fascynującego kraju.

Koniec

Peru 8

Wczoraj pisałam o tym, jak ciekawie dzięki Facebookowi układa się nam życie towarzyskie. Dziś nasza autorka w ostatnim akapicie też porusza ten temat…

Joanna Trümner

Dżungla Amazońska

W ostatnią noc w Cuzco długo nie mogę zasnąć. Myślę o ostatnim dniu spędzonym z Martinem w Świętej Dolinie Inków i o mojej porannej rozmowie z nim. Mijaliśmy właśnie kolejne małe miasteczko w Świętej Dolinie, kiedy z okna samochodu zobaczyłam korowód pogrzebowy, idący główną ulicą miejscowości. Tym razem nikt z żałobników nie kołysał trumny w rytm muzyki, a uczestnicy procesji ubrani byli na czarno. Opowiadam Martinowi o pogrzebie młodej dziewczyny, który widzieliśmy na drugim końcu Peru, w okolicy Nazca, i pytam go, czy rzeczywiście tradycje pogrzebowe w tym samym kraju tak bardzo się różnią. Po chwili namysłu Martin wyjaśnia, że różnica polega na innej interpretacji katolicyzmu w różnych regionach. „Zanim staliśmy się katolikami, mieliśmy w różnych regionach przez tysiące lat swoje własne kultury, religie i wartości”, mówi. „Potem przyszli Inkowie, w pewnym sensie pierwsi „konkwistadorzy”, którzy przywłaszczyli sobie osiągnięcia innych kultur, nieraz nazywając je swoimi”, dodaje. „Inkowie to kultura, która trwała tylko przez niecałe 300 lat, jej popularność wynika tylko z tego, że udało jej się podbić duże tereny i stworzyć Imperium Czterech Części. Panowali na tyle krótko, że zabrakło im czasu do zniesienia lokalnych wpływów i tradycji”. Od Martina dowiaduję się, że obrządki pogrzebowe na terenie całego kraju mają jeden wspólny mianownik, mianownik, który prawdopodobnie dotyczy też terenów innych państw, będących kiedyś częściami Imperium Inków, czyli Ekwadoru, Boliwii, Kolumbii, Chile i Argentyny. Tym mianownikiem jest przekonanie, że spalenie ciała zmarłego jest karą za niegodne życie, karą równoznaczną ze znalezieniem się w piekle. Dzięki temu przekonaniu Hiszpanom udało się podbić Imperium. Trzynasty władca Inków, Atahualpa, odmówił początkowo poddania się władzy hiszpańskiej i nawrócenia na chrześcijaństwo. Po wielomiesięcznym pobycie w areszcie domowym został, pomimo zgromadzenia obiecanego okupu (ponad 6 ton złota i 11 ton srebra), oskarżony przez Hiszpanów o brak współpracy, kazirodctwo i poligamię i skazany na karę śmierci przez spalenie na stosie. Była to dla niego tak niepojęta i najgorsza z wszystkich kar, że w jej obliczu Atahualpa zgodził się na przyjęcie przed śmiercią chrztu, a za nim podążyli jego poddani.To posłuszeństwo wobec Hiszpanów nie opłaciło się, Atahualpa i tak został niebawem uduszony. Martin opowiada mi o jeszcze innym zwyczaju pogrzebowym, typowym dla regionu And. W rok po pogrzebie rodzina wygrzebuje trumnę z ziemi i wyjmuje z niej czaszki zmarłych, które stają się częścią urządzenia domu wiszą na eksponowanym miejscu w jadalni i uczestniczą poniękąd dalej w życiu rodziny. Martin rozbraja mnie, dodając: „u mnie w domu też wis babcia z dziadkiem”. Nie wnikam już w to, jak można w biały dzień po prostu wygrzebać sobie trumny na cmentarzu i coś z nich wyjąć, gdzie są strażnicy, administracja cmentarza? „Co kraj to obyczaj”, myślę uśmiechając się do Martina.

Jestem pewna, że będzie mi brakowało jego poczucia humoru, podobnie jak bbędzie mi brakowało jego przepełnionego historią miasta i jego tęczowej flagi, która na początku wywołała u mnie zaskoczenie.

Rano ruszamy w podróż do Parku Narodowego Manu, na pograniczu Kordylierów Wschodnich i peruwiańskiej części dżungli amazońskiej. Tym razem jesteśmy częścią małej ekspedycji, w samochodzie oprócz nas jedzie kierowca, dwóch przewodników i dwie amerykańskie turystki. Przed wjazdem na teren parku zatrzymujemy się w małym, malowniczym miasteczku, Paucartambo. Zwiedzamy muzeum historii parku, gdzie znajdujemy też informacje o indygennej ludności tych terenów. Tu też natykam się na kolejny polski akcent. Rezerwat Biosfery Manu zawdzięcza wpisanie na listę UNESCO w r. 1987 Celestino Kalinowskiemu. Ojciec Celestina, Jan, pracował na zlecenie Konstantyna i Aleksandra Branickich przy tworzeniu w XIX wieku Muzeum Zoologicznego w Warszawie. Jeździł po świecie w poszukiwaniu interesujących okazów, dwa lata spędził w okolicach Władywostoku, skąd wyruszył w drogę po Korei i Japonii. W roku 1889 bracia Braniccy sfinansowali mu wyjazd do Ameryki Południowej. Tu ożenił się z Peruwianką, Marią Villamonte, i nigdy już nie wrócił do Polski. Zamieszkał w rejonie Manu, gdzie prowadził badania naukowe. W pracach często towarzyszył mu syn Celestino (jeden z czternaściorga dzieci!!), który niestety nie mówił już po polsku. Podobnie jak ojciec Celestino Kalinowski jako dorosły mężczyzna zarabiał na chleb zbierając i preparując rozmaite okazy roślin i zwierząt, które sprzedawał następnie do muzeów i placówek naukowych w różnych zakątkach świata.

Oglądamy jeszcze mały, piękny kościółek w Paucartambo, w którym widzę kolejną wersję Matki Boskiej. Tym razem jest to Matka Boska sprawująca pieczę nad dżunglą, otoczona papugami.

Za miasteczkiem droga staje się coraz gorsza, jedziemy po strasznych wertepach, przy każdym mijanym kilometrze coraz bardziej żałuję, że przed wyjazdem z Cuzco zjadłam wielkie śniadanie w hotelu. Cieszę się z piętnastominutowej przerwy przy tablicy informacyjnej przy wjeździe do parku, jednego z najbogatszych pod względem przyrodniczym rejonów Nowego Świata. Na terenie o powierzchni połowy Szwajcarii żyją tutaj dwa tysiące gatunków zwierząt, jak tapiry, mrówkojady, małpy i leniwce, oraz ponad tysiąc gatunków ptaków.

Według legendy na terenie parku znajdują się też pozostałości tajemniczego inkaskiego państwa-miasta Paititi. Miasta, do którego uciekli przed konkwistadorami członkowie klas panujących Inków, zabierając ze sobą wszystkie bogactwa (sztaby złota, biżuteria, monety, figurki oraz inne przedmioty ze szczerego złota). Wartość poszukiwanego od r. 1572 miasta szacuje się na 10 milardów dolarów.

Ruszamy w dalszą drogę. Przysypiam, marząc o znalezieniu tajemniczego miasta. Stan rozmarzenia przerywa nam niezapowiedziany postój. Przejeżdżamy przez miasteczko, w którym odbywa się czterodniowa fiesta z okazji dnia Świętej Róży z Limy, prekursorki służby społecznej w Peru i pierwszej świętej kościoła katolickiego pochodzącej z Ameryki. Droga wyjazdowa z miasteczka zablokowana jest dwoma ciężarówkami. Nasz przewodnik Ronaldo wraca do samochodu z niewyraźną miną. „Nie chcą nas przepuścić, a zanosi się na kilkudniowe świętowanie”. „Innej drogi nie ma”, dodaje po chwili. Wychodzimy z samochodu rozprostować nogi i popatrzeć na świętowanie. Na ulicy zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy okolic, od małego dziecka do starych dziadków i babć. Są tu stoiska z jedzeniem, dewocjonaliami, piciem (mężczyźni kupują piwo skrzynkami). Nie zabrakło też miejscowych polityków, którzy walczą o ostatnie głosy (wybory lokalne tuż tuż). Jest głośno i kolorowo, jestem pewna, że podobnie wyglądają fiesty w całym byłym imperium Inków. „W sumie to by była niezła przygoda, gdybyśmy zostali tutaj na noc”, myślę. W tym samym momencie widzę przed nami wyraźnie spokojniejszego Ronaldo. „Udało się, możemy jechać dalej”, informuje.

Wsiadamy z powrotem do auta przy akopaniamencie gwizdów. Po kolejnej godzinie jazdy po wertepach drugi z przewodników, Cecile daje kierowcy ręką znak, żeby się zatrzymał. Wysiadamy i nie robiąc żadnego hałasu zbliżamy się do miejsca, w którym patrzy nam w oczy idealnie zielona żmija.

Przez kilka minut przyglądamy się sobie, każdy z naszej grupy ma szanse na zrobienie zdjęcia. „To tak, jakby chciała przywitać nas w parku”, komentuje Cecile. Zanim ruszymy dalej, mamy jeszcze szczęście zobaczyć narodowego ptaka Peru, cock-of-the-rock (rupicola), którego uroda jest moim zdaniem dosyć kontrowersyjna.

Mijamy różne rodzaje dżungli, las górki, las mglisty i las równikowy, zjeżdżamy samochodem coraz niżej (zaczęliśmy na 2.400 m). Zmieniamy środek lokomocji, żegnamy się z kierowcą, który tak brawurowo przewiózł nas przez te wszystkie wertepy, rowy i strumyki, aby wsiąść do łodzi, a właściwie dwóch łodzi. Nasze współtowarzyszki z Kaliforni, Myra i Helen jadą do innej „lodge”, spotkamy je ponownie dopiero za kilka dni. Kiedy docieramy do miejsca noclegu, dosyć szybko zapada zmrok. Na szczęście od razu udaje nam się znaleźć latarki. Mimo to nieznane mi odgłosy na zewnątrz domku trochę mnie na początku przerażają. Wieczorem siedzimy przy świeczkach w jadalni ośrodka. Nawiązujemy kontakt z pięcioosobową grupą Amerykanów, których spotkaliśmy już wcześniej w drodze do dżungli. Już wtedy wpadły mi w oko ich aparaty fotograficzne z niesamowicie długimi obiektywami. To grupa biologów, którzy wspólnie studiowali na University of Massachussets przed dwudziestu kilku laty. Następnie zgubili się z oczu i znaleźli przypadkowo przez Facebooka. Peru to ich wspólna, trzecia wyprawa. Wyjaśnia się też tajemnica długich obiektywów. Jeden z nich, Brian, pracuje jako fotograf dla National Geographic i stąd ten w pełni profesjonalny sprzęt. Wszyscy są bardzo sympatyczni, ale tak bardzo się między sobą różnią – w grupie jest emerytowany urzędnik państwowy, dwóch profesorów uniwersyteckich, jeden autor i fotograf – że zastanawiam się, czy byliby w stanie bez konfliktów spędzić więcej niż dwa wspólne tygodnie w roku. Po świetnej kolacji i kilku drinkach wracamy do naszego domku przy akompaniamencie tylu odgłosów, że mam wątpliwości, że uda mi się przespać noc.

Cdn

 

Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

Peru 6

Joanna Trümner

Cuzco

Po zapadnięciu zmierzchu na wyspie Suasi robi się tak zimno i mokro, że nieliczni goście hotelu uciekają z nieogrzewanych pokoi i gromadzą się w jedynym pomieszczeniu z kominkiem, dużym lobby, będącym równocześnie i recepcją i jadalnią. Pierwszego wieczoru na wyspie wpadła mi tam w ręce gruba książka „Pintura Peruana contemporanea” (Współczesne malarstwo peruwiańskie). Ten pięknie wydany album poświęcony był prawie w całości najbardziej znanemu peruwiańskiemu malarzowi, rzeźbiarzowi i grafikowi Fernando de Szyszlo (1925-2017), synowi Peruwianki i polskiego geografa, podróżnika i konsula polskiego w Peru w latach 1918-1939, Witolda Szyszły. Nie mogłam oderwać oczu od jego pięknych, kolorowych i lirycznych obrazów, na których bez trudu rozpoznałam motywy z kultur prekolumbijskich. „Więc nawet na tym drugim końcu świata Polacy zostawili swój ślad”, myślę z dumą i odkładam książkę na bok. Pobyt na wyspie Suasi kończymy opłynięciem jej w ciągu niecałych dwóch godzin kajakiem. Silny wiatr znosił nas do oddalonej o kilka kilometrów Boliwii, wiosłownie na wysokości 3.800 metrów kosztowało mnie tyle siły, że w drodze powrotnej statkiem do Puno zapadam w kamienny sen.

Następnego dnia ruszamy miejscowym autobusem do Cuzco. Do legendarnej stolicy państwa Inków docieramy późnym popołudniem. Skąpane w promieniach zachodzącego słońca i położone w dolinie miasto wygląda pięknie. Po rozpakowaniu bagaży w (ku mojej wielkiej radości) przegrzanym pokoju hotelowym wyruszamy na zwiedzanie. Chodząc wąskimi uliczkami tego wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO miasta odnoszę wrażenie, że znalazłam się we Włoszech lub w Hiszpanii, a nie w centrum byłego wielkiego imperium Inków.

Po dwóch tygodniach podróżowania dojrzałam do tego, żeby zjeść narodową potrawę peruwiańską, cuy (świnkę morską), będącą dla mieszkańców tego państwa daniem na specjalne okazje. Do tej pory coś we mnie wzbraniało się przed zamówieniem talerza z przekrojoną na pół, rozpłaszczoną na talerzu i niemalże patrzącą mi w oczy świnką, proszę więc kelnerkę o radę. Z jej rozbawionej miny wnioskuję, że turyści bombardują ją pytaniami na temat tego specjału. Cuy, które wylądowało na moim talerzu, jest tak zakamuflowane, że nie można dopatrzyć się w nim żadnej analogii z małym, słodkim, włochatym zwierzątkiem. Potrawa jest przepyszna i smakuje jak mieszanka cielęciny z królikiem.

Następnego dnia z hotelu odbiera nas przewodnik po Cuzco i Świętej Dolinie Inków, Martin. Mój początkowy sceptycyzm na widok tego młodego, na mój gust zbyt bezpośredniego mężczyzny szybko przechodzi. Martin ma dużą wiedzę, którą przekazuje z wielkim entuzjazmem i dowcipem. Wspólne zwiedzanie zaczynamy od słynnej fortecy Inków za miastem, Sacsayhuamán. Przed wejściem na teren ruin zatrzymujemy się na chwilę na górze, skąd mamy piękny widok na Cuzco. „Cuzco znaczy w naszym języku ‘pępek świata’”, mówi Martin. „Nasz język” („język ludzi”) to keczua, język urzędowy imperium Inków, którym nadal posługuje się około 11 milionów ludzi (w Argentynie, Ekwadorze, Kolumbii, Peru oraz Boliwii). Gdyby nie inwazja konkwistadorów byłby on głównym językiem urzędowym w liczącym ponad 12 milionów mieszkańców państwie Inków.

Twierdza Sacsayhuamán powstała w miejscu, w którym za czasów preinkaskich znajdowała się świątynia. Zbudowano ją z głazów, których waga osiąga do 17 ton. Przy jej budowie pracowało w drugiej połowie XV wieku przez siedemdziesiąt lat 20 do 40 tysięcy ludzi. „Skąd Inkowie wzięli tylu niewolników?”, pytam. Dowiaduję się, że Inkowie, podobnie jak większość kultur preinkaskich nie mieli niewolników. Każdy dorosły mężczyzna, mieszkający na terenie imperium miał obowiązek przepracowania miesiąca w roku na rzecz króla jako rolnik lub budowniczy. Ta „dobrowolna” danina na rzecz króla była motorem inkaskiej gospodarki.

Martin opowiada mi o mszy, którą w tym miejscu celebrował papież Jan Paweł II. „To był najlepszy z papieży”, dodaje z entuzjazmem. W Sacsayhuamán papież zwrócił się do wiernych w języku keczua, a jego kazanie było prawie w całości poświęcone godności ludzkiej i obowiązkowi przechowywania tradycji.

Wracamy do Cuzco i zwiedzamy katedrę, a właściwie kompleks trzech kościołów, zbudowany w miejscu, w którym przed przybyciem konkwistadorów znajdowała się inkaska świątynia. Wyraźnie widać różnice w sposobie układania cegieł. Mur inkaski jest układany tak perfekcyjnie, że pomiędzy idealnie dopasowanymi bez użycia zaprawy cegłami nie ma prawie żadnej przerwy. „Hiszpanie nie mieli zielonego pojęcia o trzęsieniach ziemi, dlatego w całym kraju nasze ruiny przetrwały, a ich nie”, mówi Martin z wyraźną dumą i wyjaśnia nam zasady inkaskiej architektury: pochyłe ściany, przemiennie wypukłość i wklęsłość cegieł, okna i drzwi w kształcie trapezu.

W katedrze znajduję kolejne obrazy z tzw. kuzkeńskiej szkoły malarskiej. Myślałam, że po widzianym w Arequipie obrazie Ostatniej Wieczerzy ze świnką morską na półmisku przed Chrystusem nic mnie już nie może zaskoczyć, okazuje się, że się mylę. W katedrze widzę obraz Marii z Józefem – oboje mają policzki wypełnione liśćmi koki, nieco dalej obraz Marii ciężarnej i na koniec otoczonej aniołami Marii na łożu śmierci. Najważniejszym obrazem w katedrze jest obraz Pana Jezusa od Trzęsień Ziemi, obnoszony co roku po mieście w procesji wielkanocnej. Obraz ten w roku 1650 według legendy uchronił miasto przed zniszczeniem podczas powtarzających się trzęsień ziemi. „Jak tu nie wierzyć w cuda?”, zastanawiam się na wspomnienie legendy wokół obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Po południu rozstajemy się z Martinem i chodzimy po mieście na własną rękę. Pakujemy plecaki na trzydniową podróż do Machu Picchu (nie prowadzą tam żadne drogi, aby tam dotrzeć trzeba korzystać z usług kolei, która ogranicza bagaż do plecaka o wadze do 5 kg).

Po śniadaniu Martin zabiera nas do Świętej Doliny Inków. Zwiedzamy ruiny w Pisac i Chinchero, zatrzymujemy się, żeby zobaczyć tarasy uprawne w dolinie rzeki Urubamba. Święta Dolina jest tak piękna, że zastanawiam się, czy samo Machu Picchu jest w stanie mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć.

Ostatnim miejscem, które wspólnie zwiedzamy, jest miasteczko Ollantaytambo. Stąd odchodzą pociągi do Machu Picchu (a właściwie do miejscowości Aguas Callientes).

Śliczne, zabytkowe miasteczko pełne jest turystów, głównie Amerykanów w koszulkach z napisem „I survived Inka trail” (przeżyłem szlak Inków). Martin nie może się powstrzymać od komentarza „To przeważnie ci, co przeszli trasę o długości czterech godzin”. Szlak Inków można zaczynać w kilku miejscach i w zależności od programu iść nim od czterech godzin do siedmiu dni. Trasa prowadzi przez wysokie góry systemem dróg, którzy stworzyli Inkowie (jest to około 5 tysięcy km dróg, które dzisiaj są wpisane na listę UNESCO). Rozstawieni w sztafety chasqui (posłańcy w czasach Inków) potrafili przebyć dzięki systemowi zbudowanych z lin i koszy mostów w ciągu dnia 200 km po górskich ścieżkach.

Wokół szlaku Inków powstał cały przemysł, turystom towarzyszą podczas drogi tragarze (każdy uczestnik ma swojego prywatnego tragarza), przewodnicy, kucharze, pomocnicy, niekiedy tłumacze itp. Martin pokazuje nam objuczonych ciężkimi ładunkami tragarzy, którzy niosą wąskimi górskimi ścieżkami na plecach do 30 kg. „Często dźwigają przez góry kompletnie niepotrzebne rzeczy”, dodaje i mówi o tym, że turyści, którzy „przeżyli” szlak Inków, mają na trasie co najmniej jedną zatrudnioną na swoje potrzeby osobę. Po południu wsiadamy do pociągu do Aguas Calliente. Po raz pierwszy od przyjazdu do Peru pogoda nam nie sprzyja. Deszcz miarowo stuka w okna panoramicznego pociągu. Podobno jedziemy piękną drogą przez góry.

Cdn.

Barataria 89 Peru 5

W elitarnym klubie baratarystów pojawia się oto nowa autorka! Na blogu znana od dawna, ale w klubie – nie. 🙂

Joanna Trümner

Wyspy na jeziorze Titicaca

Opuszczamy kanion Colca. Zanim wyruszymy w dalszą podróż do Puno, największego miasta nad jeziorem Titicaca, mamy trochę wolnego czasu na wypicie pysznej herbaty z liśćmi koki i mięty andyjskiej (muña) i zwiedzenie kościoła na głównym placu w Chivay. Obrazy i rzeźby sakralne diametralnie różnią się od europejskich. „To wygląda jak maskarada”, myślę patrząc na niosącego krzyż Jezusa w przepięknym, zdobionym srebrem niebieskim ornacie. Święta rodzina w jednej z bocznych naw kościoła nosi równie bogate stroje. Obok rzeźba popularnego w Peru świętego Izydora  z Madrytu (Św. Izydor Oracz, patron Madrytu i rolników, żył w XI wieku w Hiszpanii, pochodził z bardzo bogobojnej i ubogiej rodziny, a bieda zmusiła go do ciężkiej pracy na roli w charakterze parobka u zamożnych sąsiadów. Według legendy podczas ciężkiej pracy pomagał mu anioł). Na rzeźbie w kościele w Chivay Izydor wygląda na zamożnego i pełnego elegancji mężczyznę.

Podobne dzieła widzę w wielu kościołach w Peru, z każdym dniem spędzonym w podróży po tym kraju coraz bardziej rozumiem tajemnicę „przerobienia” historii Jezusa i życiorysów świętych na potrzeby lokalnej kultury. Nauczeni przez tysiąclecia życia w hierarchicznych strukturach członkowie kultur preinkaskich oraz sami Inkowie, wychowani w systemie, w którym symbolem władzy, mądrości i siły było złoto i bogate stroje, nie potrafiliby się modlić do leżącego w żłobku w stajence u pasterzy Jezusa lub obrabiającego w skwarze cudze pole Izydora. Nie bez powodu Inkowie nazywali swojego głównego boga, stwórcę świata Wirakoczę Wielkim, Wszechwiedzącym i Potężnym. Na wszystkich obrazach sakralnych w Peru Maria nie ukazuje stóp, co oznacza, że jest częścią ziemi, podobnie jak preinkaska Pachamama, matka wszechświata i Ziemi.

Kiedy patrzę na obrazy w kościele w Chivay, przypominam sobie rozmowę sprzed lat, spotkanie z Michaelem, bawarskim dominikaninem, który podjął się prowadzenia parafii w Imbassai (małe miasteczko nad Atlantykiem w Brazylii). Michael opowiadał mi, jak po kilku miesiącach pracy w Imbassai zrezygnował z walki z małym ołtarzem, który wierni z jego parafii ustawili z tyłu kościoła i na którym regularnie znajdował ofiary z ryżu i innych posiłków, wypieków, mlecznych zębów dzieci i kosmyków włosów. „Najważniejsze, że przychodzą na msze”, powiedział z rezygnacją w głosie.

Po godzinnej przerwie ruszamy w dalszą drogę do Puno, która po raz kolejny prowadzi przez Przełęcz Wiatrów (4.910 m). Tym razem nie mam problemów z wysokością, wysiadam z autokaru i rozprostowuję nogi patrząc na dymiący wulkan Sabancaya. Na ostatnim etapie drogi do Puno dużo czasu tracimy na korkach w dużym, kompletnie pozbawionym uroku mieście Juliaca, którego mieszkańcy dorobili się fortun na szmuglowaniu towarów z o wiele tańszej Boliwii.Pod okiem, a prawdopodobnie przy udziale policji, kwitnie tam nielegalny handel podróbkami podróbek, głównie sprzętów elektronicznych i ubrań.

Po noclegu w Puno wyruszamy w podróż statkiem po jeziorze Titicaca. Pierwszym postojem na jeziorze jest archipelag wysp Uros. Jest to 65 małych wysepek, na których mieszka około 2 tysięcy mieszkańców. Wyspy zbudowane są w całości z trzciny tortora, otaczającej Uros, a zakotwiczono je w dno jeziora za pomocą palików i kamieni.

Zwiedzamy jedną z wysp. Jej prezydentką jest Maria, która oprowadza nas po maleńkiej wyspie i opowiada o tym, jakie ma obowiązki. Maria odpowiada za porządek i konserwację wyspy (trzeba regularnie nawarstwiać ją świeżą tortorą). Na wyspie spotykamy tylko kobiety i małe dzieci, mężczyźni za dnia pracują w oddalonym o pięć kilometrów Puno lub zajmują się połowem ryb na jeziorze, a większe dzieci są w szkole na jednej z sąsiednich wysp lub w mieście. Na archipelagu Uros nie ma policji, konflikty wewnętrzne załatwia się porzez odłączenie części wyspy wraz z osobami, które te konflikty wywołały. Każda z wysp sama zadecydowała o wyznawanej przez siebie wierze. Nasza „wyspa kobiet” składa się w 97% z Mormonów, ponieważ przed laty dotarł tutaj misjonarz Mormonów, który do dzisiaj za darmo uczy indiańskie dzieci angielskiego. W duchu myślę, że zaznajomił tę społeczność również z zasadami działania wolnego rynku, ponieważ kobiety dosyć nachalnie próbują sprzedać nam swoje wyroby.

Kolejnym postojem jest wyspa Taquile. Mieszkańcy tej wyspy (około 2.500 osób) zachowali do dzisiaj stare tradycje i żyją w zgodzie z inkaskim kodeksem moralnym: „nie kradnij, nie kłam, nie leń się”. Mężczyźni zajmują się rolnictwem, rybołóstwem oraz wyrobem tekstyliów i produktów tkackich znanych w całym Peru z najwyższej jakości. UNESCO doceniło tę wyspę, nazywaną „Wyspą mężczyzn robiących na drutach”, wpisując ją w  2005 roku na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jeden z mieszkańców Taquile opowiada nam, jak działają rosnące tu zioła. Mnie najbardziej zafascynował szampon z chujo (lokalny kaktus), który zapobiega siwieniu włosów i przywraca pofarbowanym tekstyliom ich naturalny kolor. Na zakończenie oglądamy jeszcze taniec rytualny wykonany przez mężczyzn.

Zarówno archipelag Uros jak i Taquile zostawiły u mnie mieszane uczucia, sposób prezentowania kultury przez mieszkańców miał charakter wyraźnie komercyjny i nie jestem do końca przekonana, że jest to ich tradycyjny sposób życia.

Mile zaskoczyło mnie natomiast docelowe miejsce naszego pobytu – jedyna prywatna wyspa na jeziorze Titicaca Suasi. Tutaj wszystko było autentyczne. Zbudowany z naturalnych materiałów, przypominający hiszpańską haciendę budynek bardzo różnił się od ofert dużych sieci hotelowych. Właścicielka wyspy, Marta, realizowała tutaj swoje ekologiczne wizje – to pierwsze miejsce w Peru, jakie widziałam, gdzie sortowało się śmieci i wykorzystywało energię słoneczną. Suasi jest w czwartym pokoleniu w posiadaniu rodziny Marty, energicznej, nigdy nie uśmiechającej się siedemdziesięciolatki. Wyspa jest zielona (a jesteśmy przecież na wysokości ponad 3.800 m), panuje tu absolutna cisza, a widok na jezioro jest niesamowity. Wieczorem patrzę na niebo pełne gwiazd i myślę o tym, że gdyby nie to przenikliwe, mokre zimno, to wyspa byłaby rajem. W nocy temperatura spada do zera i kiedy kładę się szczękając zębami z zimna do łóżka i odkrywam w nim nagrzaną gorącą wodą butelkę – przypomina mi się dzieciństwo i babcia Weronika.

Rano wstaję szczękając zębami z zimna i myślę: „Marta przesadziła z tą ekologią”.

Cdn.

Peru 4

Joanna Trümner

W kanionie Colca, coraz dalej od Nazca

Kolejnym etapem naszej podróży jest kanion Colca, drugi pod względem głębokości kanion świata (dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Colorado). Czeka nas wielogodzinna podróż autobusem. Co prawda Arequipę i miasto Chivay, do którego mamy dotrzeć, w linii prostej dzieli tylko ponad sto kilometrów, ale droga prowadzi przez tak wysokie góry (startujemy z wysokości 2.300 metrów w Arequipie, a najwyższe wzniesienie na trasie to Przełęcz Wiatrów na wysokości 4.910 metrów), że na ich pokonanie potrzeba co najmniej sześciu godzin. Na pierwszym postoju nasza przewodniczka, Milagros, namawia pasażerów do kupienia suszonych liści koki i cukierków z koki. Tłumaczy, że liście koki są częścią peruwiańskiej kultury i najskuteczniejszym na świecie naturalnym środkiem na chorobę wysokościową. Kojarzenie liści koki z kokainą (zwaną w Peru „diabłem”) jest, jak twierdzi, kompletnym nieporozumieniem. Do produkcji tego narkotyku potrzebne są odpowiednie procesy chemiczne i mieszanki z innymi składnikami. Milagros robi z naszego pierwszego kontaktu z koką fajną zabawę, radząc nam żuć te niezbyt smaczne suche liście w takt melodii przeboju Despacito (Powoli, powoli). Po pół godzinie żucia przerzucam się na cukierki z koką, które w przeciwieństwie do liści są smaczne i nie mają nieprzyjemnego ziemistego smaku.

Autobus pnie się coraz wyżej, ubywa roślinności, a za oknem coraz częściej widać zaśnieżone wierzchołki gór (granica śniegu leży w Peru na wysokości 5.000 metrów).

Dziwię się, że od czasu do czasu mijamy przypominające stepy polany, na których pasą się stada wikunii.  Te śliczne dzikie lamy żyją na wysokości powyżej 3.500 metrów.

O wartościach zrobionej z ich sierści wełny dowiedziałam jeszcze zanim zobaczy wikunii w naturze. W jednym z eleganckich sklepów w arkadach na rynku w Arequipie wpadło mi w oko beżowe ponczo na wystawie.  Weszłam do sklepu i wzięłam do ręki. Było tak przyjemne w dotyku i miękkie, że od razu zorientowałam się, że trzymam w ręku bardzo dobry i z pewnością drogi gatunek wełny.  Ponczo kosztowało ponad dwa tysiące dolarów, więc z żalem oddałam je z powrotem do rąk sprzedawczyni, która w chwilę później uświadomiła mi (z nieukrywaną wyższością w głosie),  że wełna z wikunii jest najlepszą gatunkowo i najdroższą wełną na świecie. Garnitur z wełny wikunii kosztuje przeciętnie od 10.000 do 20.000 dolarów, a płaszcze wykonane z tego materiału nosił między innymi Al Capone i Aristoteles Onasis. Te dzikie zwierzęta objęte są całkowitą ochroną i tylko dwóm peruwiańskim firmom wolno jest raz do roku schwytać je i ostrzyc. Następnie pod okiem dyżurnych weterynarzy zostaną wypuszczone na wolność.

Po drodze robimy kilka przerw, wysiadamy z autokaru i rozprostowujemy nogi. Na każdym postoju widzimy wulkan Sabancaya (5976 m), z którego nieustannie wydobywa się dym. Po raz pierwszy w życiu widzę czynny wulkan i robi on na mnie tak niesamowite wrażenie, że przez chwilę zapominam o tym, że z godziny na godzinę czuję się coraz bardziej niewyraźnie.

Na najwyższym punkcie drogi, na Przełęczy Wiatrów, mój organizm buntuje się. Wyglądam jak trup, głowa mi pęka, mam poczucie nudności, a po wyjściu z autokaru nie mogę złapać oddechu. Po chwili za pomocą kierowcy wracam na swoje miejsce w autobusie i w duchu modlę się, żeby to się skończyło. Milagros bada mój puls i uspokaja, mówiąc, że w autokarze jest butla tlenowa i powinnam z niej skorzystać. „Poczekajmy dziesięć minut”, odpowiadam i koncentruję wszystkie siły na spokojnym, miarowym oddychaniu. Wiem, że jesteśmy na najwyższym punkcie drogi, że będziemy teraz zjeżdżać w dół i będzie, musi być coraz lepiej. W pół godziny później zaiste czuję się o wiele lepiej.

Któryś z pasażerów pyta przewodniczkę, jak mieszkańcy Andów, szczególnie ci starsi i dzieci radzą sobie z chorobą wysokościową. Jej odpowiedź jest zaskakująca – mieszkańcy Andów różnią się  budową ciała od mieszkańców nizin. Ich klatka piersiowa ma większą pojemność, serce jest o 20% większe od naszego, a co za tym idzie płuca są również większe, dzięki czemu są w stanie chłonąć z powietrza większe ilości tlenu. Mieszkaniec Andów ma dwa litry krwi więcej niż mieszkaniec nizin, struktura tej krwi jest odmienna, zawiera wiecej czerwonych ciałek i dwa razy więcej hemoglobiny. „Jeżeli zostaniecie na tej wysokości przez miesiąc, to też będziecie mieli taką krew”, komentuje Milagros, uśmiechając się do mnie.

Docieramy do miasteczka Chivay (3650 m n.p.m.), bramy do kanionu Colca.

Zatrzymuję się przy tablicy pamiątkowej na głównym placu miasteczka. Z dumą czytam „Z tego miejsca dnia 13 maja 1981 roku wyruszyła polska akademicka wyprawa kajakowa Canoandes 79, która zdobyła i odkryła dla świata najgłębszy na ziemi Kanion – Rio Colca”. Kanion ma długość 120 kilometrów, a różnica poziomów pomiędzy jego wlotem a wylotem wynosi 2.200 metrów. Nie wiedzałam o tym odkryciu Polaków, może dlatego że uczestnicy tej wyprawy po ogłoszeniu stanu wojennego wyemigrowali na stałe z Polski. Do dziś mieszkają w Stanach.

Przed zapadnięciem zmroku docieramy do hotelu położonego w środku kanionu. W drodze do naszego bungalowu szczękam zębami z zimna. Z przerażeniem widzę, że w pokoju nie ma żadnego ogrzewania. Mimo to jest tu ciepło, wszystkie domki w ośrodku ogrzewane są podłogowo przez gorące źródła w okolicy. Po kolacji widzę ludzi w szlafrokach (mamy około pięciu stopni plus) w drodze do gorących źródeł na terenie hotelu. O dziewiątej i my siedzimy w  gorących basenach i wpatrujemy się w pełne gwiazd niebo, w Krzyża Południa. Co mniej więcej półtorej godziny na niebie widać światła Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Atmosfera jest niesamowita – pełna ciemność wokół mnie, rozświetlana jedynie gwiazdami, szum potoku i przyjemne ciepło gorących źródeł.

Z samego rana wyruszamy w drogę do Cruz del Condor (Krzyż Kondora). Kanion ma tutaj głębokość ponad tysiąca metrów i kondory czekają na prądy powietrza, które uniosą je w górę wąwozu. Zatrzymujemy się w Mirador Cruz del Condor (Punkt Widokowy Krzyża Kondora) i  już podczas, gdy kierowcę autobusu parkuje, widzę, że nie jesteśmy jedynymi osobami na świecie, które w tym miejscu chcą zobaczyć kondory. Nie da się opisać ilości ludzi rozmawiających we wszystkich językach świata (słyszałam również polski), czekających na pierwszego kondora. Do hałasu turystów dochodzą odgłosy sprzedawców napoi i jedzenia, pamiątek i nieodzownych koców z sierści lamy. W duchu dziwię się, że te ptaki w ogóle się jeszcze tutaj pokazują. Kanion jest przecież na tyle długi, że mogłyby znaleźć sobie spokojniejsze miejsce.  W kilka minut po przybyciu na miejsce widzimy kondory, jestem zachwycona ich majestatycznym lotem bez poruszania skrzydłami. Cieszę się, że to zobaczyłam i wstydzę się równocześnie za ten punkt widowiskowy (jeden z wielu po drodze) i ludzki hałas, który zakłóca im życie. Kondory nie mają wrogów naturalnych i żyją ponad sześćdziesiąt lat. „Ile jeszcze „miradorów” powstanie tutaj w ciągu sześćdziesięciu lat?”, myślę z przerażeniem.  W kanionie Colca spędzamy trzy dni.

Cdn

 

Peru 3

Joanna Trümner

Z Nazca dalej

Z Nazca ruszamy bardzo wcześnie rano. Nasz kierowca, Daniel, uprzedza nas, że podróż do drugiego co do wielkości miasta Peru, Arequipy, zajmie nam cały dzień. Na dłuższą rozmowę z Danielem nie pozwala nasza znajomość hiszpańskiego, w duchu wściekam się na siebie, że zabrakło mi cierpliwości na dalszą naukę tego języka. Mamy do pokonania prawie 600 km Panamericaną. Pierwsza część podróży jest dosyć monotonna, otacza nas pustynia Atacama, w tej części kraju deszcz spada raz na kilka lat. Czasami monotonię obrazów za oknami samochodu przerywa widok na wzburzony Pacyfik.

Z nudów wczytuję się w ustawione co kilka kilometrów plakaty i hasła wyborcze. Dla kogo te hasła ustawili, przecież tu nikt nie mieszka?”, zastanawiam się mijając kilometry drogi bez żadnych zabudowań (pomijając nieliczne kurze fermy). W październiku w Peru odbędą się wybory komunalne, do których startuje 16 partii. Większość z haseł jest dla nas, Europejczyków absurdem jak np. hasło „Un neuvo gallo por la region” („Nowy kogut dla regionu”) z mało sympatyczną twarzą kandydata jednej z partii lub też plakat, przekonujący wyborcę, że niejaki Hardin jest przyjacielem („Hardin, tu amigo”). Najwięcej kasy na kampanię wyborczą w tym regionie ma Alfredo Zegarra, jego nazwisko jest widoczne nie tylko na plakatach, lecz również na licznych przydrożnych kamieniach i słupach elektrycznych.

Daniel uśmiecha się pod nosem zza kierownicy „Tenemos Hitler tambien” („Mamy też Hitlera”). O tym Hitlerze przebąkowiał też coś nasz przewodnik w Limie, Percy. Nie daje mi to spokoju i jeszcze tego samego wieczoru w hotelu dowiaduję się z internetu, że w wiosce Yungar, w andyjskiej prowincji Carhuaz, w wyborach startuje jako kandydat na burmistrza miasteczka… Hitler Alba. W wywiadach przekonuje, że jest „dobrym Hitlerem”. Dodaje, że w międzyczasie pogodził się z nadanym mu przez ojca imieniem i nie zamierza go zmieniać. W sąsiednim dystrykcie do walki politycznej ruszył … Lenin Vladimir Rodriguez Valverde.

W Peru istnieje obowiązek udziału w wyborach, nie stawienie się przed urną wyborczą ponosi za sobą poważne, zależne od zarobków, konsekwencje finansowe. „Największym złodziejem był Kuczynski”, mówi Daniel w drodze do Arequipy patrząc na przydrożne plakat. Nie chwalę się tym, że Pedro Pablo Kuczyński ma korzenie w Wielkopolsce. To już czwarty prezydent tego państwa uwikłany w korupcję, Peruwiańczycy powoli przestają wierzyć w demokrację i od dawna odnoszą wrażenie, że ich bogate w zasoby naturalne państwo, które mogłoby należeć do przodujących przemysłowo państw świata, jest rozkradane przez polityków.

Po pięciu godzinach w drodze robimy się głodni i prosimy Daniela, żeby się zatrzymał, chcemy podzielić się z nim dużą paczką z suchym prowiantem, którą rano dostaliśmy w hotelu w Nazca. Widać, że i naszemu kierowcy ta przerwa jest na rękę. Wyjmujemy cztery duże plastikowe pojemniki z sałatką, kurczakiem z ryżem, kanapki i owoce. W chwilę później stwierdzamy, że hotel zapomniał nam dać plastikowe sztućce. „Estupendo”, mówię na głos, dumna, że coś jeszcze zostało mi w głowie z nauki hiszpańskiego. I chociaż chciałam powiedzieć coś zupełnie innego („estupendo” znaczy „wspaniale” a ja chciałam powiedzieć „estupido” czyli „idiotycznie”), Daniel jest na tyle inteligentny, że w pierwszym małym miasteczku po drodze zatrzymuje się i kupuje plastikowe sztućce.

Druga połowa drogi to wspinanie się serpentynami w górę („Białe Miasto” Arequipa leży na ponad 2.300 metrów), cieszę się, kiedy zapada zmrok i nie muszę już dłużej oglądać licznych krzyży po drodze i spadzistych, niczym nie zabezpieczonych krawędzi. Do miasta docieramy około siódmej. Po rozlokowaniu się w hotelu, idziemy na główny plac, Plaza de Armas, który o tej porze tętni życiem. Kończymy dzień popijając pisco na balkonie restauracji z widokiem na przepiękną olbrzymią katedrę (cała starówka Arequipy jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Dopiero następnego dnia zobaczę, jaki mamy widok z okna pokoju trzy wulkany w tym jeden czynny – ten czynny to Misti, 5822 m, pozostałe to Chachani 6057 m i Picchu Picchu, 5665 m. Okolice Arequipy często nawiedzane są przez trzęsienia ziemi. Tutaj nasuwają się na siebie w tempie 77 milimetrów rocznie południowoamerykańska płyta tektoniczna z płytą Nazca. Całe Peru jest zresztą miejscem, regularnie nawiedzanym przez trzęsienia ziemi.

Naszą przewodniczką po Białym Mieście jest Gloria. Podczas miesięcznego pobytu w Peru była to jedyna nasza wpadka z przewodnikami, Gloria, podobnie jak wszyscy oprowadzający nas przewodnicy mówiła bardzo dobrym angielskim, ale przez cztery godziny chodzenia z nami po mieście prowadziła z małymi przerwami na powiedzenie nam kilku słów nieustannie rozmowy przez komórkę. Nie wiem, co się w tym dniu stało w jej życiu i przy pożegnaniu widziałam, że zdaje sobie sprawę z tego, że przesadziła z tymi rozmowami, niemniej jednak myślę, że lepiej byłoby zrezygnować z Glorii, pogrzebać w internecie i zwiedzić to przepiękne, stare miasto na własną rękę. Rozstajemy się z nią w klasztorze Świętej Katarzyny, który na szczęście ma własnych przewodników z wyłączonymi komórkami.

Klasztor został zbudowany przez Hiszpanów niedługo po podboju Peru, w 1580 r. i przez wiele lat służył jako szkoła z internatem dla córek z bogatych hiszpańskich rodzin, prowadzona przez siostry zakonne z zakonu im. Św. Katarzyny z Sieny. W tamtych czasach tradycją było, że druga córka lub drugi syn w rodzinie wstępował do klasztoru (pierwsza córka miała zgodnie z tradycją bogato wyjść za mąż, a pierwszy syn zrobić karierę w wojsku).

Santa Catalina przyjmowała do klasztoru wyłącznie kobiety z najbogatszych hiszpańskich rodzin z Arequipy i okolic, które przed wstąpieniem musiały zapłacić „wiano” w wysokości około 2.400 srebrnych monet oraz przynieść ze sobą liczne przedmioty, spisane na specjalnej liście. Zakonnice miały prawo posiadać służbę – po wyposażeniu cel widać, jak były zamożne. W jednej z cel widzę klawesyn.

Klasztor jest przepiękny, bardzo przypomina hiszpańskie miasteczka, których nazwę noszą ulicę w klasztorze. Powierzchnia całego kompleksu przekracza 20 tysięcy metrów kwadratowych znajdują się tu cele zakonnic, kapela, ogród, pralnia, cmentarz, pomieszczenia gospodarcze. Obecnie w klasztorze mieszka kilkanaście sióstr.

Po wizycie w klasztorze mamy wolny czas. Zaglądamy do małego kościoła niedaleko głównego placu (Iglesia La Compania). Oglądamy obraz ostatniej wieczerzy, z którego znany jest kościół. Przed Chrystusem na półmisku leży świnka morska, pozostałe dania to nieznane jeszcze wtedy w Europie chili i ziemniaki. Patrzący nam prosto w oczy Judasz, z którego promieniuje zło, ma twarz Francisca Pizarra.

Cdn.

Peru 2

Joanna Trümner

Nazca

Nigdy przedtem nie słyszałam o Marii Reiche, podobnie jak nigdy nie przeczytałam i nie przeczytam żadnej książki Ericha von Dänikena, dla którego linie Nazca były miejscem lądowania przybyszy z kosmosu. A szkoda, bo nazwisko Reiche jest jednym z pierwszych nazwisk, o którym słyszą dzieci w peruwiańskich szkołach. Urodzona w Dreźnie w 1903 roku Maria Reiche przyjechała do Peru w roku 1932, po ukończeniu studiów  matematycznych. Na początku pobytu pracowała jako opiekunka do dzieci niemieckiego konsula w Cusco, następnie wyjechała do Limy i utrzymywała się z różnych dorywczych prac – jako nauczycielka języka i tłumaczka. Spotkanie w roku 1940 amerykańskiego naukowca, Paula Kosoka, który prowadził obserwacje niedawno odkrytych na płaskowyżu Nazca linii i figur, zmieniło jej życie. Geoglify, stworzone przez kulturę Nazca pomiędzy 800 a 200 lat przed Chrystusem, stały się jej obsesją. Po rozstaniu z Kosokiem, od 1946 r. Maria zamieszkała w małym pokoiku na skraju płaskowyżu i poświęcała każdą chwilę na analizie figur. Finansowo wspierała ją mieszkająca w Niemczech siostra, lekarka. Dochody z publikacji książki Mystery on the Desert badaczka przeznaczyła w dużej mierze na opłacanie strażników i uniemożliwienie rozdeptania geoglifów. Dzięki uporowi Marii Reiche płaskowyż został wpisany na światową listę zabytków ludzkości (1994). 40 lat na pustyni, suchy skwar w ciągu dnia, przenikliwe zimno w nocy, przemierzanie ogromnych przestrzeni, amputacja palca po ukąszeniu przez owada, wózek inwalidzki, samotność – wszystko to nie zniechęciło jej do dalszej pracy.

W wieku 52 lat przymocowana do skrzydeł helikoptera Maria Reiche zrobiła zdjęcia geoglifów, a następnie zadbała o to, żeby świat się o nich dowiedział. Z czasem linie (widoczne tylko z powietrza) stały się prawdziwym magnesem dla turystów z całego świata. Ludność miejscowa, która latami nazywała Marię „wariatką z pustyni”, z szacunkiem zaczęla nazywać ją „damą z pustyni”. Zmarła w wieku 95 lat w niewielkim domu na skraju płaskowyżu, w którym spędziła ostatnich 25 lat życia. Dzisiaj znajduje się tu małe, ale bardzo interesujące muzeum. Oglądając skromne warunki, w jakich żyła, zastanawiam się, gdzie świat byłby dzisiaj bez takich ludzi jak ona i nie mogę doczekać się lotu nad liniami.

Danielle zamówiła nam przedostatni lot o 17.30. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu okolicy. Nasz pierwszy przystanek to cmentarz Chauchilla, na którym od trzeciego do dziewiątego wieku naszej ery ludzie kultury Nazca chowali swoich zmarłych. „Tyle jest jeszcze do odkrycia w tym państwie”, myślę, przypatrując się mumiom, które dzięki pustynnemu klimatowi i dużej ilości przynoszonej z wiatrem z Pacyfiku soli, zachowały się w niemal idelanym stanie. Na terenie peruwiańskiej pustyni znajduje się wiele podobnych, nie zbadanych jeszcze przez naukowców miejsc. Przed rokiem odkryto na pustyni mumie, o których do dzisiaj chodzą pogłoski, że są to mumie stworzeń bez ludzkiego DNA. Kolejna teoria zwolenników „kosmitów” interesuje mnie mniej niż fakt, że i tutaj wszystkie wartościowe rzeczy w grobach zostały rozkradzione.

W niewielkim muzeum widzę mumię kilkumiesięcznego dziecka, które prawdopodobnie było ludzką ofiarą złożoną bogom. Podobnie jak dziesiątki pięknych, młodych dziewczyn z Domu Wybranych Kobiet w Pachacamac. Danielle uspakaja nas, że ludzkie ofiary były składane bogom bardzo rzadko i że rodziny, których członkowie od wczesnego dzieciństwa przeznaczeni byli na śmierć dla udobruchania Boga Słońca, Deszczu, Urodzaju, Gór i dziesiątków innych bogów, czuły się wyróżnione.

Po cmentarzu kolej na zbudowane około 1.500 lat temu przez kulturę Nazca i zaopatrujące do dzisiaj okolicę w wodę akwedukty Cantalloc. Jest to około dwudziestu ujęć wody, do których prowadzą spiralne rampy. Bez problemu można zejść na głębokość około dziesięciu metrów i napić się krystalicznie czystej wody spływającej z gór. Akwedukty są połączone między sobą podziemnymi korytarzami. Raz do roku odbywa się ich czyszczenie – dwie lub trzy osoby niewielkiego wzrostu przechodzą cały odcinek korytem rzeki pod ziemią i oczyszczają je z gałęzi i kamieni. Ceremonia czyszczenia akweduktów połączona jest z wielką, kilkudniową fiestą dla mieszkańców okolicznych wiosek.

Obiad jemy na własną rękę, z przerażeniem widzę jak pulchna i śmiejąca się od ucha do ucha kelnerka podaje nam olbrzymi talerz z przekąskami. Po zjedzeniu go nie jesteśmy już głodni, można byłoby zapłacić, wstać od stołu i odejść, a tu czeka nas jeszcze drugie danie, wielki talerz z Aji de Gallina (pikantne danie z kurczaka) i ciasto cytrynowe na deser. W uszach brzmi mi przestroga Danielle „Tylko nie jedzcie zbyt dużo na obiad”. Widząc nasze zwątpienie na widok ilości zamówionej przez nas kalorii roześmiana kelnerka komentuje: „W Peru porcje są zawsze takie duże”. Jest tak pełna uroku i rozbrajająca, że śmieję się razem z nią. W godzinę później siedzimy na najmniejszym i najpełniejszym lotnisku świata, na którym liczne linie lotnicze (doliczyłam się dziewięciu) oferują lot nad liniami Nazca. Na odgłos startujących samolotów robi mi się niedobrze. Nigdy w życiu nie leciałam z tak pełnym żołądkiem. Chodzę tam i z powrotem wśród tłumu ludzi w nadziei, że to potworne uczucie przejedzenia jakimś cudem samo przejdzie. Nie wiem jakim cudem udaje nam się przetrwać lot bez incydentów. Może zawdzięczamy to temu, że to, co widzimy za oknem helikoptera jest niesamowicie piękne. Rozpoznajemy każdą z figur: kolibra, pająka, małpę, fregatę i szamana (uważanego przez wielu zwolenników teorii science-fiction za astronautę).

Z powietrza nie zdaję sobie sprawy z ich długości (figury mają od 50 do 300 metrów). Podobnie jak nie zdaję sobie sprawy z tego, że znajdują się na powierzchni 750 kilometrów kwadratowych (50 km długości i 15 km szerokości). Słońce stoi już bardzo nisko (tak blisko równika wstaje przez cały rok, latem i zimią punktualnie o szóstej rano i zachodzi o szóstej wieczorem), dzięki czemu mamy piękną widoczność.

Przed hotelem żegnamy się z Danielle, jutro czeka nas długa podróż samochodem z kierowcą do Arequipy. Ostatnią rzeczą, o której myślę przed zaśnięciem jest jedzenie.

Cdn.

Peru 1

Joanna Trümner

W drodze do Nazca

W dzień po przylocie do Peru jedziemy przez Limę, miasto, które nie ma początku i końca. Mieszka tu ponad 10 milionów ludzi, a skrajne bogactwo i piękno przeplata się ze slumsami i biedą. Za każdym razem, kiedy zatrzymujemy się na światłach, oblegają nas tłumy sprzedawców. Dziwię się, że zarówno nasz przewodnik, przystojny trzydziestoparoletni Metys Percy, jak i kierowca kupują od ulicznych sprzedawców kilka butelek wody po pięć Soles (1,50 €). „Drogo”, myślę i czekam na wyjaśnienie tej zagadki. W chwilę później dowiaduję się, że Peru przyjęło od początku roku ponad pół miliona uchodźców z Wenezueli. „Trzeba im teraz pomóc, my zawsze mogliśmy na nich liczyć”, komentuje Percy. Następnie opowiada o czasach wojny domowej i teroryzmu w Peru, o pełnych przemocy latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy Świetlisty Szlak przeprowadzał tutaj rewolucję marksistowsko-leninowską. Wśród 70.000 ofiar Szlaku znaleźli się członkowie jego rodziny w andyjskiej wiosce, z której pochodzi. Sam Percy jako siedmioletni chłopiec zamieszkał u ciotki w Limie. „Kim byłby, gdyby został w górach”, zastanawiam się, „gdyby codziennie poświęcał trzy do czterech godzin na dotarcie do szkoły? Może należałby do tych 25% dzieci, które wbrew zapewnieniom oficjalnych statystyk nie chodzą do szkoły?” Na wylocie z miasta mijamy wielki kompleks więzienny dla kobiet. Ponad trzy czwarte więźniarek to młode Europejki, przyłapane na próbie przemytu narkotyków. Odsiadują kary od 10 do 15 lat. Po ponad godzinnej jeździe docieramy na przedmieścia, do ruin Pachacamac, założonego przed dwoma tysiącami lat ośrodka religijnego kultury prekolumbijskiej. W chwili przybycia do Peru konkwistadorów miasto liczyło 80.000 mieszkańców.

Czuję się nieswojo widząc na polach, gdzie archeolodzy ciągle jeszcze prowadzą wykopaliska, porozrzucane ludzkie kości. Percy z nieukrywaną złością mówi, że państwo nie ma pieniędzy na opłatę ochrony, w nocy więc każdy może wejść na teren ruin i szukać skarbów. Często robią to również mieszkańcy pobliskich slumsów. Wiszące wszędzie tabliczki z napisem „prohibdo pasar” (zakaz wstępu) służą wyłącznie uspokojeniu sumienia władz. W nowoczesnym muzeum, pokazującym pozostałości kultury Huari i Inków, natykam się na nazwisko Marii Rostworowskiej, badaczki kultur andyjskich polskiego pochodzenia, która w wieku 33 lat zaczęła jako wolna słuchaczka uczęszczać na studia historyczne w Limie, aby dla uwieńczenia kariery badawczej zostać dyrektorką Narodowego Muzeum Historii w Limie. „Nikt lepiej nie poznał naszej historii”, mówi Percy i dziwi się, że nie znałam nazwiska kobiety, która obok Ernesta Malinowskiego (twórcy kolei transandyjskiej, przebiegającej po części na wysokości 5.000 metrów) jest peruwiańską bohaterką narodową.

Rozstajemy się z Percym, dalsza droga prowadzi nas do parku narodowego Paracas. Krajobrazy za oknami zmieniają się, coraz mniej widać zieleni, po kilku godzinach jazdy otacza nas pustynia Atacama. „Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu”, nucę pod nosem i po chwili reflektuję się, „skąd mi się przypomniał ten potworny kicz Tercetu Egzotycznego?”

Percy’ego zastąpiła dwudziestokilkuletnia urocza, wiecznie roześmiana Danielle. Jedziemy Panamericaną, najdłuższą drogą świata. Kompromituję się kompletnie, szacując jej długość na dziesięć tysięcy kilometrów (w rzeczywistości liczy sobie 48.000!!) Po czterech godzinach jazdy zatrzymujemy się w parku narodowym Paracas. Widok jest księżycowy, nie chce mi się wierzyć, żeby w tych warunkach mogło istnieć jakiekolwiek życie. Z piętnastu stopni w Limie w ciągu czterech godzin podróży zrobiły się 32 stopnie, moja zimowa kurtka wygląda idiotycznie. Żółtą, czasami białą skalistą pustynię przerywa niekiedy przepiękna, spadzista czerwona plaża, gdzie czasami można zobaczyć flamingi (nam się niestety nie udało). Legenda mówi, że Jose de San Martin,  argentyński generał, który wyzwolił Peru spod panowania hiszpańskiego, wylądował na wybrzeżu Paracas w 1820 roku i zasnął z wyczerpania na plaży. Kiedy przebudził się, zobaczył gromadę flamingów. Zauroczony ich widokiem zdecydował, że flaga Peru będzie nosiła kolory biało-czerwone.

Opowiadanie Danielle przerywa huk quadów. Wiem, że po pustyni można jeździć wszystkim, my też przejechaliśmy po niej kilka kilometrów autem, nie mniej jednak te quady działają mi na nerwy. Po chwili ośmioosobowa grupa przejeżdża koło nas wznosząc tumany kurzu. Jeden z kierowców odwraca się i przez huk silnika krzyczy w moim ojczystym języku do pozostałych: „Dawaj, k…., niedługo będzie ciemno”.

Park Narodowy Paracas

Hotel w Paracas, w którym spędzamy noc, jest bardzo elegancki. Nie rozumiem, dlaczego nawet połowa pokoi nie jest zajęta, przecież sezon jeszcze się nie skończył. Pani w recepcji od razu daje nam tzw. „upgrade” czyli pokój lepszej kategorii. „Nie lubię jak mi się wciska kit, przecież te pokoje są i tak wolne”, myślę. Humor poprawia mi się przed kolacją. Odkrywam tabliczkę zawieszoną przed wejściem do baru, informującą mnie (i innych), że spędziłam jedną noc w Cabo Blanco, miejscu, gdzie Ernest Hemingway spędził w 1956 roku 32 dni na łowieniu czarnego marlina.

Rano wstajemy bardzo wcześnie, statek zawozi nas tuż po wschodzie słońca do archipelagu wysp Islas Ballestas. Widzimy kolonie pingwinów Humboldta, wylegujące się na skałach lwy morskie, pelikany i kormorany, którym Peru zawdzięcza swoiste bogactwo, tzw. „guano” czyli bogate w minerały ekstrementy, służące jako nawóz pod uprawę w całym państwie, eksportowane również do innych krajów świata. Danielle opowiada, że co trzy lata na wyspy przyjeżdżają ochotnicy, którzy zbierają to „bogactwo”.

Wracamy z wycieczki statkiem, wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku jednej z najstarszych destylerii pisco w Peru. Pisco to wieloprocentowy narodowy napój Peru i Chile, zrobiony z winogron, serwowany w formie coctailu pisco sour (pisco, sok z cytryny, cukier, białko jajka kurzego i lód). Destylarnię w stylu kolonialnym zwaną Hacienda la Caravedo założono w roku 1684. Bardzo mi się podoba. Jeszcze nie wiem, że próbowanie tak mocnego alkoholu (około 40%) na pusty żołądek przy trzydziestostopniowym upale okaże się moim najgłupszym pomysłem podczas całego urlopu. Nie potrafię zrozumieć sensu peruwiańskiego przysłowia, a w zasadzie życzeń pomyślności składanych z okazji urodzin lub nowego roku „życzę ci, żebyś wypił Pisco w Pisco w Pisco”. Te trzy pisco to alkohol, wielkie, ceramiczne naczynie do jego przechowywania oraz miejscowość. „Przecież tego pisco w pisco w Pisco żadna wątroba ani głowa nie wytrzyma”, myślę i po wejściu do auta zapadam w głęboki sen.

W samochodzie budzi mnie głośna, skoczna melodia przypominająca muzykę meksykańskich Mariachi. Wyglądam przez okno i widzę tłumną procesję ubranych na biało ludzi. Mijamy ich bardzo powoli i nie mogę ukryć zaskoczenia, gdy widzę że na czele procesji idzie ośmiu ubranych na biało mężczyzn, którzy w takt muzyki kołyszą trumnę. „To pogrzeb młodej dziewczyny”, mówi Danielle „dlatego wszyscy ubrani są na biało”. Nie wiem, co mnie bardziej zaskakuje, czy ta muzyka, czy fakt, że uczestnicy procesji śmieją się i rozmawiają ze sobą, tak jakby nie widzieli w tym pogrzebie żadnego powodu do smutku.

Opuszczamy wioskę. Nagle ni stąd ni z owąd na horyzoncie pojawiają się wysokie piaszczyste wydmy. Na piasku widać grupki młodych ludzi z deskami surfingowymi pod pachą. Sandsurfing, o którym słyszę po raz pierwszy w życiu, jest jedną z największych atrakcji w Huacachina.

Po smacznym obiedzie w malowniczej oazie powoli trzeźwieję. Czeka nas dalsza droga. Wieczorem docieramy do kolejnego etapu podróży, niewielkiego, pięknego miasta Nazca, znanego dzięki tzw. liniom Nazca, systemowi linii, które oglądane z powietrza przypominają kształtem zwierzęta, rośliny i figury geometryczne. Nikt nie wie, kto je wykonał. Zwolennicy teorii pobytu na Ziemi wysłanników z Kosmosu, przypisują je owym tajemniczym przybyszom.

Cdn.

Stuart 51

I don’t wanna be someone who walks away so easily
I’m here to stay and make the difference that I can make
Our differences they do a lot to teach us how to use
The tools and gifts we got yeah, we got a lot at stake
And in the end, you’re still my friend at least we did intend

Nie chcę być kimś kto łatwo odchodzi
Jestem tu by zmienić to co mogę zmienić,
Różnice pomiędzy nami uczą nas jak się posługiwać
Wszystkim co otrzymaliśmy a mamy tak dużo
A gdyby nam nie wyszło to wiem jesteśmy przyjaciółmi
I próbowaliśmy.
Jazon Mraz I won’t give up

Joanna Trümner

Ślub

Następnym etapem ich podróży po Europie była Bruksela. „Po raz pierwszy w życiu będę w miejscu, w którym ludzie mówią obcym językiem”, przyznała się Carlie. „Szczerze mówiąc dzięki tobie w ogóle po raz pierwszy wyjechałam z Australii”, dodała z wdzięcznością. Miasto zaskoczyło ich elegancją i graniczącym ze sterylnością porządkiem. Stuartowi przypomniał się miesięczny pobyt w Berlinie, miejscu, w którym od pierwszego dnia czuł się jak w domu. W Brukseli czuł się obco, po kilku godzinach zwiedzania miasta zastanawiał się, co go tu bardziej drażniło – język, którego nie rozumiał, czy też bogactwo i nienaturalna wręcz czystość ulic i parków. Wieczorny koncert był kompletnym niewypałem. Eleganckie, wielkie pomieszczenie z nowoczesnym, zbyt jaskrawym oświetleniem nie było miejscem odpowiednim dla jego muzyki.

Co ja tu robię?”, zastanawiał się i obserwował widzów, którzy ani na chwilę nie przerwali rozmów i cały czas zamawiali drinki. Był rozczarowany. „Nie jestem im do niczego potrzebny, taniej byłoby włączyć muzykę ze sprzętu audio”. „Nie wiedzałam, że tak się wpakujemy”, przepraszała Carlie podczas przerwy. „Zbyt pochopnie podpisałam tę umowę, trzeba było najpierw zorientować się, co to za miejsce. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy.” Stuart próbował dodać sobie odwagi przed ponownym wejściem na scenę „Po latach koncertów to pierwsza wpadka, to się kiedyś musiało zdarzyć. Mogę się cieszyć, że nie zostałem wygwizdany. Zresztą nie wiem, może to by było lepsze niż ta cholerna obojętność, zachowują się tak, jakby mnie tutaj w ogóle nie było. Muszę jakoś wytrzymać do końca.”

Czuł się tak upokorzony, że po powrocie do hotelu nie mógł zasnąć. Postanowił przejść się po mieście. „Nie gniewaj się, chciałbym teraz być sam, wrócę jak się trochę uspokoję”, przeprosił Carlie i wyszedł z hotelu. Przez kilka godzin chodził ulicami starówki, które mimo późnej pory były pełne ludzi, wracających z wieczornych wizyt w restauracjach i klubach. Czuł, że powoli przechodzi mu złość, a kiedy w witrynie jednego ze sklepów jubilerskich zobaczył piękny pierścionek z drobnym brylantem pomyślał „Na coś ten dzień był jednak potrzebny, znalazłem pierścionek zaręczynowy”.

Kolejne dwa koncerty przebiegły podobnie. W ostatnią noc w Brukseli cieszył się na myśl o tym, że niedługo opuści to miasto, które jednoznacznie dało mu do zrozumienia, że nie potrzebuje jego muzyki.

Pierwszy dzień w Paryżu był dniem wolnym od koncertów. „Miasto zakochanych” było w połowie lutego miejscem deszczowym i szarym, mimo to udało im się znaleźć kilka pięknych zaułków. Podczas wieczornego rejsu statkiem po Sekwanie Stuart oświadczył się Carlie. „Kocham cię i chcę, żebyśmy byli razem. Mam nadzieję, że mi wybaczysz ten kompletny brak wyobraźni. Zdaję sobie sprawę, że te oświadczyny są w kiczowatym stylu z nienajlepszego amerykańskiego filmu”, powiedział, czekając na jej odpowiedź. „Jasne, że za ciebie wyjdę. Zaskoczyłeś mnie, bardzo się cieszę”, Carlie poprawiła pierścionek na palcu.

Na weselu mojej siostry było sto osób”, dodała po chwili „Nie chcę takiego teatru”. „Nie wiedziałem, że masz siostrę”, Stuart zdał sobie sprawę, że po kilku latach znajomości narzeczona potrafi go jeszcze zaskoczyć. Do tej pory niewiele opowiadała o rodzinie. Wiedział tylko, że rodzice nie żyją od kilku lat, sposób w jaki wspominała, a raczej milczała o swojej rodzinie sugerował, że nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Mimo to fakt, że miała siostrę zaskoczył go, do tej pory był przekonany, że jest jedynaczką. Po chwili namysłu Carlie powiedziała: „Od lat nie mam z nią kontaktu, nie rozumiemy się. Nie chciałam dłużej patrzeć na to, jak bardzo uzależnia się od męża i jego religinego fanatyzmu. Obydwoje są świadkami Jehowy, razem chodzą po domach i nawracają ludzi. Są tak zajęci tym nawracaniem, że nie mają czasu dla własnego dziecka. Strasznie mi szkoda dzieciaka i kilkakrotnie próbowałam ich przekonać, że muszą poświęcać jej więcej czasu. Zagroziłam nawet, że sama się zajmę małą, bo każdy sąd przyzna mi rację, oni po prostu zaniedbują Susi. To była nasza ostatnia rozmowa, po tym jak ‘próbowałam im odebrać dziecko, bo nie mam własnych’, święty szwagier zabronił mi dalszych kontaktów. Czasami myślę, że trzeba było pójść do sądu albo przynajmniej zaalarmować odpowiedni urząd i jestem zła na siebie, że tego nie zrobiłam. Stchórzyłam. Zresztą to wszystko działo się w czasie, kiedy sama miałam masę problemów. Szczerze mówiąc nie ma dnia, żebym się nie zastanawiała, co teraz może robić Susi”.

Po koszmarze jakim były koncerty w Brukseli, Stuart z niepokojem czekał na pierwszy koncert w Paryżu. „Czy kiedykolwiek uda mi się zapomnieć to upokorzenie?”, zastanawiał się, widząc przed oczami zajętych rozmową i znudzonych muzyką słuczaczy. Po występie w małym klubie w Quartier Latin poczuł ulgę.

W dwa tygodnie później przylecieli do Berlina. „Nie mogliśmy się doczekać waszego przyjazdu”, przywitała ich Kate na lotnisku. „Pewnie jesteś ciekaw, co się zmieniło po zjednoczeniu. Zrobiło się tutaj jeszcze bardziej kolorowo, ciągle coś się dzieje, zaczęli masowo przyjeżdżać turyści z całego świata. Sami zresztą zobaczycie.” Stuart od chwili przylotu poczuł tą samą fascynację miastem, jaka towarzyszyła mu podczas pierwszej wizyty. Mimo zimna i opatulonych w ciepłe płaszcze ludzi Berlin tętnił życiem. Nieznany język, który tak bardzo drażnił go w Paryżu i Brukseli, tutaj brzmiał jak znana melodia.

Kate była pierwszą osobą, której powiedzieli o zaręczynach. „Bardzo się cieszę, chętnie przyjedziemy na ślub”. „Jeszcze nie wiem, czy w ogóle będzie jakaś wielka impreza, to nie w naszym stylu. A kiedy wy?”, zapytał Stuart i w tej samej chwili pożałował, że zadał siostrze tak intymne, osobiste pytanie. „Nie wiem, ja ciągle nie jestem pewna, że to jest to, czego szukałam”, odpowiedziała Kate. Stuart przyglądał się siostrze z niedowierzaniem. „Jak mogła zdecydować się na dwójkę dzieci z kimś, kogo nie kocha?”

Stuart przysłuchiwał się rozmowom Kate z Walterem, wyłapywał z nieznanego języka poszczególne słówka i dziwił się, że można rozmawiać o tak przyziemnych sprawach. Jego mądra siostra, która kiedyś nie rozstawała się z książką, znała każdy film i godzinami słuchała muzyki, wycinała teraz kupony z gazety i jechała na drugi koniec miasta, tylko dlatego, że benzyna była tam o kilka groszy tańsza. Zgubiła gdzieś swą zwariowaną, nieobliczalną spontaniczność. Po kilku dniach nabrał przekonania, że nigdy nie będzie w stanie przekonać się do sztywnego i pozbawionego humoru Waltera, i otyłych, przemądrzałych dzieci. Z wyrzutami sumienia myślał o George‘u w Londynie, jedynym dziecku w rodzinie, z którym udało mu się nawiązać więź. „Może to się kiedyś zmieni?”, myślał patrząc na Petera i Lizę.

Carlie była zaskoczona Berlinem, „Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Niemcy”, powiedziała. „Myślałam, że znajdę bardzo czyste i świetnie zorganizowane miasto, w którym po zapadnięciu zmroku pustoszeją ulice. A tu jest jak w Londynie, kolorowo i nie niemiecko”.

Ostatni wieczór przed odlotem do domu rodzeństwo spędziło wspólnie. Carlie wybrała się z Walterem i dziećmi do kina. „Co zrobimy z pamiętnikiem mamy?”, zapytała Kate. „Długo o tym myślałem, chyba jednak nie powinniśmy go czytać”, odpowiedział Stuart. „Ja też się długo zastanawiałam. Nie mamy prawa do grzebania w jej myślach. Wszystko, czego o niej nie wiedzieliśmy, przestało być ważne. Liczy się tylko to, że nas kochała. Przy najbliższej okazji pozbędę się tego pamiętnika”, powiedziała Kate. Obydwoje poczuli, że kamień spadł im z serca.

Po powrocie do Sydney Carlie ze Stuartem wprowadzili się do domu Stuarta, którego wieloletni lokatorzy wrócili wreszcie do Brazylii. W czwartek, 09.09.1999 roku Stuart z Carlie byli jedną z wielu par, które wzięły ślub w pięknym, starym budynku urzędu stanu cywilnego na Queens Square. Świadkami byli Tom i cała jego rodzina – Rita, Emily i kilkumiesięczny John.

Koniec części pierwszej

Ciąg dalszy kiedyś